- Opowiadanie: Bauaser-kun - Klementynka (z cyklu o czarownicy Klementynie)

Klementynka (z cyklu o czarownicy Klementynie)

 

Zanim przeczytasz miej świadomość, że w żadnym wypadku nie jest to historia mroczna i poważna, to coś, co zwyczajowo określa się mianem "fantastyki humorystycznej", dlatego jeśli nie jesteś fanem gatunku to po przeczytaniu wstrzymaj się z komentarzami "e do kitu bo nie jest poważne/mroczne itp." Chętnie przyjmę sensowną krytykę – jeśli chcesz napisać że jest do kitu, podaj argumentację rozsądniejszą niż to, że nie lubisz humorystycznej fantastyki. Na pewno pomoże mi to w dalszych pracach.

Jest to pierwsze z dotychczas powstałych trzech opowiadań, jakie napisałem na prośbę mojej siostry. Liczę na wasze opinie, recenzje, oceny i rady. Jeśli wam się spodoba, zamieszczę kolejne dwa, a jak powstaną to może i jeszcze więcej, opowiadań o Klementynie.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Klementynka (z cyklu o czarownicy Klementynie)

Listonosz Marek nie lubił dowozić paczek do pani Klementyny Klementynowej. I nie chodziło wcale o to dziwne podobieństwo imienia i nazwiska, bo widywał już nazwiska znacznie dziwniejsze. Nie chodziło też o to, że była osobą niemiłą, bo nie była. Każdego gościa chętnie przyjęła, ugościła, poczęstowała herbatą i ciasteczkami własnej roboty. Pysznymi pierniczkami, słodkimi biszkopcikami, kruchymi z lukrem i całą gamą innych smakołyków. Była też bardzo ładna i młoda, prosto z liceum udała się na studia ale szybko zrezygnowała, bo wykładowcy jak jeden mąż nie poznali się na jej unikalnym talencie i nie zaliczyli semestru, od tego czasu minęło już wprawdzie kilka lat… Problemem był dojazd. Do pani Klementyny jechało się po wąskiej, wyboistej i zdezelowanej ścieżce pośrodku gęstego lasu. Żaden samochód nie miał na niej szans, a motorynki i rowery miały znaczącą wadę. Nie chroniły przed uderzeniami gałązek, oparzeniami pokrzyw, spadającymi szyszkami i niezwykle celnymi ptakami.

 

Gmina zdecydowała się dopłacać dwadzieścia złotych każdemu listonoszowi, który na ochotnika dowiezie przesyłki do pani Klementyny. Żaden listonosz nie uznał tego za zapłatę dość wysoką, by rekompensowała w pełni niewygody i kąpiele niezbędne po pokonaniu drogi do domku pani Klementyny i z powrotem. Kiedy na poczcie ogłaszano „przesyłka do Klementynki” wszyscy listonosze starali się jak najszybciej wyjść z budynku, ci którzy nie zdążyli brali udział w loterii. „Zwycięzca”, czy jak go nazywali listonosze „przegrany”, jechał z paczką lub listem w śmiercionośną trasę.

 

Pani Klementyna oczekiwała już na paczkę przed domkiem, z talerzem ciasteczek w rękach. Marek z satysfakcją stwierdził, że dziś czekają na niego miodowe tajemnice, pieczone podobno według przepisu babci pani Klementyny. Był to jedyny jasny punkt przegranej rankiem loterii. Pocztowy rower zarobił dzisiaj kilkanaście nowych rys, dużą ilość błotnistej sztuki abstrakcyjnej i wgniecenie na błotniku, wynikające z bliskiego spotkania z spadającym, z bóg wie skąd, kamieniem. Listonosz wyglądał podobnie, ale w jego przypadku sokół postarał się o urozmaicenie materiałów malarskich. Marek spojrzał na paczkę, już dawno przestał się zastanawiać, gdzie właściwie leży gmina Niebotyk, często znajdująca się na adresach zwrotnych przesyłek do pani Klementyny. Podobnie jak nie zastanawiał się już, dlaczego pani Klementyna jest jedyną mieszkanką miejscowości Bezgminowo.

 

Pani Klementyna, niewysoka, szczupła, rudowłosa panna na wydaniu, uparcie każąca nazywać się „panią Klementyną”, miała na ustach ten swój uśmiech, znany już wszystkim listonoszom. Nieco sztuczny, pojawiający się rzadko, ale kiedy gościł na jej twarzy, było jasne, że do domku nie można dziś wejść. Ponadto starała się zasłonić sobą okno. Marek nie zwracał na to uwagi, dwa lata dostarczania przesyłek do Bezgminowa i odwiedziny u pani Klementyny przyzwyczaiły go do okazjonalnego dziwnego zachowania dwudziestotrzylatki. Podobnie jak do widoku jej pieska. Kudłatego jak owca, szarego jak wilk, wielkiego jak niedźwiedź i leniwego jak obżarty kocur przy piecu. A przy tym łagodnego jak śpiący królik. Z właściwą sobie inwencją nazwała psa Kłaczkiem.

 

Kiedy listonosz odjechał pani Klementyna westchnęła, jej życie było ciężkie, ale cóż XXI wiek nie nadawał się dla jej zawodu. Pani Klementyna była, z urodzenia, wykształcenia, ale nie zamiłowania, wiedźmą. Prawdziwą czarownicą. Od tysiąca lat wszystkie kobiety w jej rodzinie były czarownicami. Między innymi dlatego na chrzcie nadano jej imię Jaga, pani Klementyna zmieniła imię przy pierwszej okazji, podobnie jak nazwisko, wcześniej brzmiące Babba. Pani Klementyna nie chciała być typową czarownicą. Owszem lubiła dzieci, ale jako wrzeszczący, uroczy, mały element środowiska, któremu należało wręczać słodycze przy każdej okazji. Normalne czarownice lubiły dzieci jako pieczyste w bułce z kminkiem. Pani Klementyna nie miała też żadnego z tradycyjnych domków czarownic. Jej babcia mieszkała w domu z piernika, był nawet przytulny ale miał kilka wad. Zimą lukrowo-miodowy cement trzymał tak mocno, że nie było mu równych, ale rozpalenie w piecyku nie wchodziło w grę, bo groziło to rozpuszczeniem się spoiwa ściany i cukrowych okien. Od wiosny do wczesnej jesieni słońce niemiłosiernie rozpuszczało cement, czekoladową farbę i śmietankowe elewacje zamieniając domek w lepką breję, w dodatku bardzo szybko wychodzącą z terminu przydatności do spożycia. Piernik świetnie chłonął każde ilości deszczu, ale miękł przy tym z przerażającą szybkością. Ponadto myszy regularnie urządzały sobie ucztę z biszkoptowych poduszek i drożdżowych mebli, a żadna elektrownia nie chciała puścić kabli w piernikowej ścianie. Jej matka, dla odmiany mieszkała w domku na kurzych łapkach, sporo większych niż łapki żywych kur, ale mniejszych niż typowa łapa, na której wiedźmy budowały swoje domki. Wszystko dlatego, że matka pani Klementyny miała lęk wysokości i nie mogła postawić normalnej czterometrowej kurzej łapy. Domek na łapkach zdawał egzamin dopóki pani Klementyna nie skończyła piętnastu lat. Wtedy w okolicy postawiono kurzą fermę, kurczaki karmiono tam chemiczną paszą dzięki której bardzo szybko rosły. Podobnie jak lisy, które te kurczaki z farmy podkradały. Magiczne kurze łapki potrafią same biegać, zwłaszcza wystraszone, a olbrzymie lisy widziały w nich idealny łup. Domek, który w ucieczce przed lisami co rano zapuścił się w zupełnie inne miejsce, niż był wieczorem, nie nadawał się do mieszkania. To dlatego pani Klementyna postawiła sobie normalny wiejski domek w lesie, z uroczym skalniaczkiem na tyłach. Pani Klementyna odziedziczyła też po matce lęk wysokości i z natury bała się dużych szybkości, więc latającą miotłę trzymała tylko do zamiatania domku. Weszła do siebie i machnęła ręką w kierunku małego kudłatego stworka siedzącego na krześle i z uporem próbującego napisać coś na klawiaturze jej najnowszego laptopa. Niestety krogulcze szpony stwora nie nadawały się do wstukiwania klawiszy.

 

– Zastanowiłaś się już? – Burknął stwór, gdy jeden z klawiszy wyskoczył z klawiatury z dźwiękiem niepokojąco podobnym do „ping”. – Nad wyborem chowańca?

 

– Nie, daj mi spokój. – Klementyna usiadła na drugim krześle i chwyciła jedno z jabłek na talerzu.

 

– Kobieto masz dwadzieścia trzy lata i do dziś nie wzięłaś sobie chowańca! Weź sobie jakieś porządne zwierzątko.

 

– To daj mi królika.

 

– KRÓLIKA? Kto słyszał o czarownicy z królikiem? Ropucha? jak najbardziej. Kruk? Z całą pewnością. Szczur, albo żmija? Bez dwóch zdań. Kot? Ewentualnie, jeśli by był czarny. Ale królik? Wiedźma z królikiem! No szczyt humoru.

 

– Edziu. – Klementyna zaczęła wreszcie otwierać paczkę ze stowarzyszenia magii. – Masz trzysta lat, prawda? Nie zauważyłeś, że czasy trochę się zmieniły?

 

– Jak miałem nie zauważyć? – Odburknął stwór, zeskakując z krzesła i zostawiając na parkiecie rysy po pazurach. – Dwieście lat temu właziłem ludziom w sny w jednym domu i przeskakiwałem z okna do okna, a obżerałem się strachu z ich koszmarów jak nie wiem. Starczyło takiemu we śnie pokazać smoka albo ropuchę ze skrzydłami. Sto lat temu nie mogłem skakać z okien, żeby się nie nadziać na prąd, ale po ulicach przełaziłem, a strachem jak się obżerałem to szkoda gadać. Starczyło im pokazać we śnie jakiegoś czarnego potwora z zębami i wężowymi ogonami. A dzisiaj? W środku nocy przejść się nie da przez ulicę, tyle tirów jeździ! A i koszmar trudno u człowieka wywołać, pokaże się im jakiegoś potwora to nie wystraszą się, pokaże się im wizje Armagedonu a oni lekko przestraszeni, najeść się da, ale to nie to co kiedyś.

 

– Pokaż im wściekłego szefa, albo dzieciakom jakiś oblany egzamin.

 

– Kto się boi takich rzeczy? Stary koszmar, taki jak ja musi się najeść naprawdę wielkiego strachu.

 

– Wszyscy się dziś tego boją. Potwory nie działają, chcesz widzieć dlaczego? – Wyjęła z paczki zestaw dziwnych pręcików i rzuciła za plecy. Coś strzeliło i poduszka na którą upadły zmieniła się w coś czego lepiej nie opisywać i uciekła. – Pokażę ci.

 

Wstała i włączyła szybko Internet, wyszukiwarkę grafiki i wpisała słowo „potwór”. Nadusiła enter, wyświetliło się kilkaset miniatur maszkar, połowa znacznie gorsza niż kiedykolwiek Edzio pokazywał ludziom w snach. Następnie wpisała „smok”, wyświetlone obrazki przedstawiały smoki o wiele wymyślniejsze niż te, które istnieją naprawdę.

 

– Rozumiesz już? Ludzie zaczęli uważać potwory za coś fajnego. Powymyślali jeszcze gorsze niż te prawdziwe, oglądają filmy z nimi, grają w potworne gry i się jeszcze z tego cieszą. Nie wystraszysz ich obrazem smoka górskiego, albo upiornego jeźdźca. No, jak nie masz mi nic więcej do powiedzenia, to zmykaj. Dzisiaj ma przyjść Jaś od Kawickich i Małgosia od Dobrzyckich, chcą się pobawić z Kłaczkiem.

 

– Dobra już dobra. Nie wiedziałem, już uciekam. Ale zastanów się nad chowańcem. Tylko wiesz takim porządnym. Nietoperzem albo ropuchą, taka wielką, tłustą, pokrytą brodawkami ropuchą.

 

I zniknął z trzaskiem. W miejscu Edzia przez chwilę unosiła się smużka dymu i para gałek ocznych, które zdążyły jeszcze zamrugać zanim ulotniły się na dobre. Pani Klementyna podeszła do szafy, położyła się na podłodze i zaczęła z zapałem grzebać w gęstwinie kurzu pod szafą.

 

– No chodź tutaj. – Mruczała pod nosem. – No już, bądź grzeczną poduszeczką i chodź do mnie. Mam cię! Blee! Aleś ty się oślizgła i kudłata zrobiła. No to Swoją postać przybrać czas, nie oszukuj więcej nas.

 

Buchnęło kłębami zielonego dymu i zapachniało siarkowodorem, ale poduszka wyglądała jak dawniej. Właściwie to była nawet lepsza niż przedtem, bo zaklęcie wyprało ją i dodało zapach rumianku, chwilowo tłumiony zbukiem. Coś przesłoniło okno, kompletnie blokując wpadające przez nie światło. Kłaczek zaszczekał radośnie i, skomląc niczym szczeniak pobiegł w kierunku lasu, odblokowując tym samym dostęp światła. Chwilę później wrócił do domu niosąc na grzbiecie dwójkę ośmiolatków. Miejscowa atrakcja dziecięca „Kłaczek i spółka” (spółka w postaci pani Klementyny i okazyjnie błąkającego się po okolicy kocura) przeżywała oblężenie co najmniej dwa razy w tygodniu. Kłaczek służył za żywą zjeżdżalnie, ustawiał się w pozycji siad, a dzieciaki zjeżdżały mu wzdłuż grzbietu i wspinały się po łapie. Dla Kłaczka było to coś w rodzaju drapania po plecach, które zresztą pies uwielbiał. Pani Klementyna wyniosła dzieciom talerz ciastek, Kłaczek stanął na tylnich łapach skomląc. Nigdy nie pojął, że, gdyby przewrócić panią Klementynę, mógłby bez przeszkód zjeść wszystkie wynoszone smakołyki. Dzieci uwielbiały patrzeć jak pięćsetkilowy kudłacz wykonuje sztuczki za ciasteczka. Pies nauczył się nawet wykonywać salto w tył, co miało sporo wspólnego z jego częściowo magicznym pochodzeniem. Kłaczek był krzyżówką magicznego migopsa i nowofundlanda. Dwa razy do roku, w każdą równonoc, objawiało się to jego nadpsim przyrostem inteligencji, jeszcze się nie zdarzyło, żeby w równonoc pani Klementyna wygrała z Kłaczkiem w szachy. Na wigilię z kolei stawał się wybitnie gadatliwy, i nie pozwalał Klementynie zasnąć, dopóki czarownica nie dała mu kolosalnej porcji makowca. Kłaczek uwielbiał makowiec, makowe ciasteczka i kluski z makiem. Był za to niezwykle wybredny w przypadku mięs. Nie jadał drobiu, podrobów ani chudego mięsa, z wyjątkiem koniny.

 

Pani Klementyna uśmiechała się szeroko patrząc na bawiące się dzieciaki i starając zignorować ostrzegawcze buczenie na skraju słyszalności. Nieomylny znak telepatycznej rozmowy stawał się jednak coraz silniejszy i coraz bardziej irytujący.

 

Czeg? Spytała w myślach. Telepatyczne rozmowy zawsze sprawiały jej trudność. Nie tylko sama nie potrafiła wysłać poprawnej wiadomości, ale miała jeszcze problemy z odbiorem. Jak kiepskiej jakości antena. A przynajmniej tak twierdził Edzio.

 

T ja. Odparł niemożliwy do pomylenia głos w jej głowie. Luminae Magister Magi, egzaminator Klementyny i jednocześnie największy z współcześnie żyjących magów w Europie. Nikt nie wiedział z jakiego kraju pochodził, za to wszyscy wiedzieli, że kilkakrotnie okrążył świat i znał biegle kilkanaście języków, a tytuł Magister Magi, czyli mistrz magii, uzyskał już w wieku dwunastu lat. Klementyna była daleko od tego tytułu w wieku dwudziestu trzech lat nie zapisała się jeszcze żadnym szczególnym osiągnięciem magicznym.

 

Sł cham Pan.

 

Adę do bie jutro. My pogadać o nych spraw.

 

Chwila analizy pozwoliła jej ustalić wszystkie możliwe wersje tej krótkiej rozmowy. Nie było wiele miejsca na pomyłki. Zastanawianie się, jakie to sprawy będą omawiane zostały szybko przerwane. Kłaczek wywalił się na grzbiet i zaczął się tarzać, druzgocąc tym samym płot. Dzieciaki piszczały ze śmiechu, kiedy Kłaczek wstał, a z jego klapniętego ucha niczym kolczyk zwisała deska. Psia morda wyrażała szczere niezrozumienie, nawet w momencie, w którym drapanie się za uchem zmusiło deskę to odbijania się od jego pyska.

 

Na zabawie z dziećmi zeszło jej do wieczora. Czy może raczej zeszłoby, gdyby nie miała jeszcze jednego umówionego spotkania. Wcześniejsze pożegnanie dzieciaki przyjęły ze smutkiem, o tyle szczerym ile ulotnym. Worek domowych ciastek i przejażdżka do domu na Kłaczku, zdecydowanie odebrały dzieciom ponury nastrój. Czarownica wróciła do domu i przeliczyła nowe pręty transmutacyjne. Jednego brakowało, ale to było normalne, Kłaczek miał w zwyczaju w niezauważony sposób podkradać i przeżuwać wszelkie wyroby z naładowanego magicznie metalu. Po prętach transmutacyjnych będzie zapewnie wymagać drobnej interwencji Klementyny, nadmiar magii wywoływał u psa bolesne kolki. Upewniwszy się, że pręty są zabezpieczone przed przypadkowym odpaleniem, Klementyna zaczęła przygotowywać się do przyjęcia pierwszego gościa. Przede wszystkim schowała wszystkie ostro pachnące rośliny i przyprawy, a także wyłączyła automatyczny dozownik odświeżacza powietrza. Jej gość był niezwykle wyczulony na wszelkie zapachy. Zaraz po tym przyniosła ze stryszku duże lustro, w ramach grzeczności, bowiem gość wykazywał skłonności narcystyczne. Potem, już dla własnej satysfakcji, wyczyściła cały dom. Zmęczyło to Klementynkę niemiłosiernie, nigdy nie radziła sobie z zaklęciami domowymi, więc sprzątanie musiała zawsze „wykonywać manualnie”. Zdążyła jednak uporać się z wszystkim na długo przed zachodem, co było pocieszające, bowiem pierwszy gość zawsze przychodził po zmierzchu. Z pewnych przyczyn nie mógł pokazywać się o innej porze. Kłaczek wrócił kilka minut po zachodzie, z ucha nadal zwisała mu deska od płotu, wstawił pysk do domu wyraźnie węsząc za kolejnym źródłem magii, które można by przeżuć.

 

– Nie! –Rzuciła ostro Klementyna. – Już wziąłeś jedną, więcej dzisiaj nie dostaniesz.

 

Pies zaszczekał krótko trzy razy. Wprawdzie wybitną inteligencję zyskiwał tylko w czasie równonocy, ale przez cały rok rozumiał ludzką mowę. I potrafił odpowiadać na proste pytania, oraz zaprzeczać wydarzeniom, które nie nastąpiły. Zaprzeczeniem było trzykrotne krótkie szczeknięcie.

 

– Oj… nie kłam, bo to nieładnie.

 

Kłaczek zaskomlał żałośnie, mniej więcej w tym samym momencie, w którym rozległ się dzwonek u drzwi. Klementyna otworzyła drzwi, stał w nich wysoki, przystojny brunet o głębokim i zniewalającym spojrzeniu czarnych oczu. Garnitur, który miał na sobie, nie tylko leżał idealnie, ale także podkreślał idealną sylwetkę mężczyzny. Mężczyzna sprawiał wrażenie idealnego na każdej kobiecie, choć każda opisywała go nieco inaczej. Słowo „ideał” zdawało się przylgnąć do niego we wszystkich możliwych aspektach.

 

– Witaj Klementyno. Z każdym spotkaniem robisz się coraz piękniejsza. – Głos miał idealny. Niski, budzący zaufanie, a przy tym niosący wrażenie siły. – Pozwolisz łaskawie, że ucałują twe delikatne dłonie.

 

– Oj… panie Wincencie, proszę nie prawić mi tu fałszywych komplementów, bo pana nie wpuszczę do domu.

 

– Litości, przecież nie będzie pani aż tak okrutna. Królowo złota.

 

Czarownica nie odpowiedziała, wróciła do pokoju i usiadła w fotelu i rozpoczęła z gościem pojedynek cierpliwości. Stojący w drzwiach mężczyzna przegrał.

 

– Czy mogę wejść? Pani Klementyno?

 

– Ależ proszę bardzo.

 

– Uwielbia pani męczyć gości ich słabościami, prawda?

 

– Ależ skąd, ja tylko nie lubię fałszywych komplementów.

 

– Cóż, nie były fałszywe, ale jeśli tak raczy pani uważać, niech więc tak zostanie. W każdym razie Pani Klementyno, przybyłem zgodnie z zapowiedzią, aby omówić z panią szczegóły kontraktu, jaki zamierza pani podpisać z Magicznymi Zabawkami Filipa. Umowa, której kopię była łaskawa mi pani przesłać, jest dla pani zdecydowanie mało korzystna i jako pani prawnik odradzałbym jej podpisanie, dopóki firma nie pójdzie na wymienione tutaj ustępstwa. – Idealnym ruchem, idealnej ręki, wyjął z idealnej kieszeni, idealnie skrojonej, marynarki mały i już nie tak idealny, notesik. Niemniej trochę idealności mężczyzny przeniosło się na notesik, nadając mu pozory piękna. – Te, które napisane są czerwonym atramentem są kluczowe i firma musi absolutnie się na nie zgodzić, z pozostałych może pani zrezygnować. Wybrałem je, aby miała pani z czego zrezygnować podczas negocjacji, bowiem trudno oczekiwać, by firma, proponująca tak niekorzystne umowy, zgodziła się na wszystkie pani żądania.

 

– Jak zwykle potrafi mnie pan zadziwić. W ciągu jednej doby zdołał pan nie tylko ocenić szansę zwycięstwa ale także przygotować broń i zapas amunicji. Wieki doświadczenia robią swoje, prawda?

 

– Oczywiście. – Wincent podszedł do lustra i poprawił krawat. Jak dotąd skutecznie powstrzymywał się przed samochwalstwem i fałszywą skromnością, ale Klementyna nieświadomie uruchomiła w nim odpowiedni program. – Widzi pani, cierpię na bezsenność, co jest u nas dość rzadkie, ale jednak zdarza się. Kiedy tak leżałem bezsennie w trumnie, pomyślałem sobie. „A może nie marnuj czasu… Zrób coś dla klientów, o na przykład dopiero co dostałeś zlecenie od Pani Klementyny. Przejrzyj je, zobacz, o co tam chodzi, może szybciej wymyślisz, jak jej pomóc”. I tak jakoś wyszło, że przed południem zakończyłem pracę, nawet udało mi się dokonać korekty testamentu pana Wigwiga, ale to oczywiście nie ma z panią nic wspólnego. – Uśmiechnął się promiennie ukazując długie kły. – Nie przeczę jednak, że MZF napisało bardzo zawiłą umowę i samo zrozumienie jej sensu sprawiałoby problem, większości przeciętnych prawników. Nawet dla mnie nie było to łatwe zadanie, ale jakoś udało mi się je wykonać.

 

– Panie Wincencie, byłabym wdzięczna, gdyby przestał pan już mówić o pracy. Nie chciałabym też omawiać żadnych szczegółów, jako że znając pana, wszystko zostało już dokładnie opisane, w tym notesiku.

 

– Ależ oczywiście, że są. Nie śmiałbym… Czy moje nietoperze zawsze miały truskawki zamiast głów?

 

Pani Klementyna spojrzała w okno, nie dostrzegła nic. Nie miała wzroku przystosowanego do widzenia w ciemności. Nie zdążyła jednak zaklęciem oświetlić ogródka, a już na drzewie siedziała sowa. Fosforyzująca na zielono i z króliczymi zębami wyrastającymi z dzioba.

 

– Oj. Chyba będę musiała prosić pana o przysługę, panie Wincencie. Skorzysta pan ze swoich więzi z nietoperzami i zorientuje się co jeszcze w okolicy uległo niekontrolowanej przemianie… A ja spróbuję zlokalizować mój pręt transmutacyjny, bo to chyba jednak nie Kłaczek go zwędził.

 

– Cóż, nie jestem członkiem OZM… – Jeśli istniało coś czego Wincent nie lubił, to były to właśnie nietoperze, ale wizerunek prawdziwie elitarnego wampira wymagał posiadania ich w dużej liczbie. – Ale chyba tym razem nie mam wyboru. – Dodał szybko, gdy na horyzoncie rozbłysło zielone światło, a stado kolorowych światełek zaczęło się oddalać od wsi. – Zostawiłem tam swój powóz. I duże stado gacków.

 

– Zatem proszę się dowiedzieć, co i gdzie uciekło, a ja idę do wsi.

 

Pani Klementyna pobiegła ścieżką, po drodze gwiżdżąc w kierunku lasu. Gałki oczne pojawiły się przed nią niemal natychmiast. Trzask materializującego się Edzia, jak zawsze zresztą, wyprzedził pojawienie kosmatego stworka o kilka sekund.

 

– Edziu, nie zadawaj pytań tylko skup się i szukaj umysłu, dziecięcego i roześmianego, a gdzieś w głębi przestraszonego, że dostanie szlaban jak już się skończy bawić.

 

– Co ja jestem? Radar jakiś czy jak?

 

– Mówiłam: Żadnych pytań.

 

– To może inaczej. Jestem KOSZMAREM. Nie znajdę umysłu, który się cieszy, nawet jeśli pod warstwą radości są całe pokłady strachu.

 

– To pomóż mi szukać przestraszonych rodziców.

 

– A ten przeklęty prawnik nie może ci pomóc?

 

– Kazałam mu zająć się innym problemem.

 

Edzio zmarszczył brwi i spojrzał w kierunku domku czarownicy. Akurat na czas, aby zobaczyć jak wielka czarna, przetykana okazyjnie innym kolorem, chmara nietoperzy spowija prawnika. Wampir nie zdążył nawet krzyknąć, a już był cały pokryty fruwającymi ssakami. Kłąb czerni podskoczył kilka razy, ale nietoperze nawet nie drgnęły.

 

– Wiesz, że on nigdy nie radził sobie z kontrolowaniem nietoperzy? O czekaj chyba znalazłem tych twoich rozrabiaków. – Przełknął głośno ślinę. – Co najmniej sześć wystraszonych umysłów! Ale będzie uczta! Nie czułem takiego strachu, odkąd ta twoja sąsiadka miała przedstawić ojcu narzeczonego. Bała się, że hoho, a chłopak nic się nie bał, no ale jak ktoś ma fioletowego czuba i w połowie stycznia łazi tylko w skórzanych gaciach z ćwiekami to…

 

– Opowiesz mi później, teraz lepiej znów się zniknij.

 

Trzasnęło i obok Klementyny płynęły już tylko gałki oczne. Koszmary nigdy nie potrafiły znikać swoich oczu, za to umiały poruszać się nawet jeśli nic nie widziały. Na ulicy wrzało, dosłownie, bo kawałek asfaltu zamienił się w ołowiany kociołek, pełen jakiegoś płynu. Po zapachu sądząc kisielu malinowego. Koń Kowalskich rżał dziko, przywiązany do dębu, który ni z tego ni z owego wydał owoce. Ogromne, soczyste gruszki i żółte, proste banany zwisały pogodnie ze wszystkich gałęzi. Światła nie brakowało, choć było kolorowe i migoczące, uliczne latarnie uległy przemianie w kule dyskotekowe. Pośrodku tego chaosu, złożonego z krzyczących ze strachu ludzi, rżącego konia, piszczących nietoperzy i nie wiadomo z czego stworzonych syren policyjnych stał Jaś Kawicki. W ręku trzymał zielony już pręt. Śmiał się od ucha do ucha i wymachiwał prętem zamieniając wiśnie w jabłka, kury w strusie, koty w tygrysy, krowy w żywe reklamy alpejskiej czekolady a ludzi w ludzi, ale za to poubieranych inaczej. Ta część wsi, która nie była jeszcze zorientowana w sytuacji szybko dołączała do tej zorientowanej, czyli wrzeszczącej części.

 

– Zadzwonić po czyścicieli pamięci? – Zabrzmiał gdzieś z tyłu głos Edzia. – Bo tego chyba nie zatuszujesz niedoszlifowanymi zaklęciami i psychologią.

 

– Dzwoń. – Pani Klementyna spojrzała na stado kaczek, które pod względem barwy przypominały teraz raczej papużki faliste. – A potem pomóż Wincentowi szukać po okolicy co jeszcze zostało przemienione.

 

Jaś piszcząc ze śmiechu skierował pręt transmutacyjny na czarownicę. Pani Klementyna nie miała czasu na odbijanie, zresztą odbijanie należało do magii bojowej, a tej uczono jedynie w specjalistycznych szkołach magicznych. Coś charknęło, a w miejscu znikniętego Edzia pojawił się duży wazon kaczeńców. Wazon wydał suchy trzask i zamrugał oczyma, a po chwili Edzio wyciągał już z futra kaczeńce. Obecność metrowego kudłatego stwora nie zaskoczyła już nikogo, po ulicy biegały w końcu pryzmatyczne szczeniaki i kury znoszące jajka Fabergé, a zamiast znaku ograniczenia prędkości stał automat z batonami dziesięć sztuk za jeden grosz. W dodatku szyld gospody, szczycącej się swoim szesnastowiecznym wyglądem, przedstawiał teraz bliżej niezidentyfikowane stworzenie z kreskówki. Klementyna pocieszała się tylko tym, że cała wieś zebrała się w jednym miejscu i czyściciele pamięci będą mieli po wszystkim niewiele szukania. Spodziewała się jednak rachunku na czterocyfrową sumę fretkodenarów. Lub pięciocyfrową, jeśli do ich przybycia nie uda się rozbroić Jasia.

 

– No Jasiu, to teraz ci pokażę magię wyszkoloną. Znika kolor, znika kwiatek, znika jajko znika bratek, znika wszelkie czarowanie, znika też oszukiwanie, na co pada więc wzrok mój kształt prawdziwy przyjmie swój.

 

Większość rzeczy odzyskała dawny kształt, choć nie wszystkie, jedno zaklęcie było zbyt słabe do odczynienia wszystkich, niekontrolowanych przemian, wywołanych przez Jasia. Ale podstawowy cel został osiągnięty: Chłopiec skupił swoją uwagę na prawdziwej czarownicy, z wyraźnym zamiarem pojedynkowania się w przemienianiu przedmiotów.

 

Czary mary, bum cyk cyk, różdżki nie ma już nasz smyk.

 

– Nie spodziewałaś się chyba, że to zadziała? – Edzio wyrwał z nosa muchomora, który wyrósł po kolejnym machnięciu Jasia. – Zaklęcia nieustalone mają bardzo dużo wad. Na przykład nie zawsze działają, tak jakbyś tego chciała.

 

– Po prostu pomóż mi odebrać mu pręt transmutacyjny, resztą zajmiemy się później. Razem z ekipą czyścicieli.

 

Koszmar zniknął z trzaskiem, chwilę potem para oczu otworzyła się przed twarzą chłopca. Pisk szczęścia i krótkie machnięcie sprawiły, że oczy zamieniły się w kreskówkowe, wirujące ślimaki. Edzio zmaterializował się z wielkim guzem wyrastającym spod futra. Pręt przyjął wściekle czerwone zabarwienie.

 

– Bezużyteczny koszmarek. Miałam nadzieję, że tego uniknę ale cóż. Mea magia capti. decem spíritum custodiam, capere adversario meo.

 

Dziesięć święcących lin oplotło Jasia od stóp do głów, było to chyba jedyne zaklęcie bojowe, jakiego można się było nauczyć bez uczęszczania do akademii magii bitewnej. I chyba pierwszy raz Klementynie udało się je rzucić poprawnie. Pani Klementyna podeszła do Jasia, i wyciągnęła rękę w kierunku pręta transmutacyjnego. Mniej więcej w tym momencie dziesięć duchów strażniczych zdecydowało się opuścić posterunek. Świecące liny zniknęły a Jaś w ostatniej chwili machnął prętem przed nosem czarownicy, z takiej odległości nie da się uniknąć przypadkowego wystrzału magii. Klementyna nie miała czasu sprawdzać gdzie jeszcze, nie licząc obfitej brody, nastąpił przyrost owłosienia, Jaś zamierzał się do kolejnego machnięcia. Koń Kowalskich nadal był koniem, z grubsza, miał teraz sierść w paski i bieguny.

 

– Oż ty, a ja ci dałam pół kilo ciastek. Tik tak, stuk puk, nie zobaczysz mnie już.

 

Czarownica zniknęła, niestety nie dało powiedzieć się tego o jej ubraniu. Edzio miał rację, zaklęcia nieustalone nie zawsze działały tak jak się chciało. Ale nie trzeba było wkuwać ich formuł na pamięć, wystarczyło na poczekaniu wymyślić rym do żądanego efektu. Jaś w tym czasie zdążył zamienić biegnące w powietrzu jeansy i bluzkę w włoską suknię. Szesnastowieczną z gorsetem, kwadratowym dekoltem i niezwykle szeroką spódnicą. Historyczny ubiór wywalił się w błoto, a jego zawartość ponownie stała się widzialna.

 

Precz stąd suknio historyczna, mnie tu czeka wielka bitwa.

 

Zaklęcia nieustalone ponownie dały o sobie znać. Klementyna miała na sobie teraz kostium wojownika ninja, przy pasie znalazła nawet zestaw gwiazdek do rzucania a na plecach miecz. Oddychanie utrudniały jej bandaże, ciasno owinięte wokół klatki piersiowej. Jaś pisnął ze śmiechu i ponownie machnął prętem, tym razem celując w sołtysa. Pręt zadymił i… Nic się nie stało. Przez chwilę panowała grobowa cisza, pandemonium, choć żaden efekt nie został usunięty, ustało. A potem pręt eksplodował. Kiedy opadł dym Jaś siedział w tym samym miejscu co przedtem. Miał osmaloną buzię i włosy sterczące we wszystkich możliwych kierunkach.

 

– Pręty mają ograniczoną pojemność magiczną. – Edzio wstał z ziemi, jego futro też sterczało w rozmaitych kierunkach. – Dlatego Klementynka zamawia je na paczki smarkaczu. A teraz lepiej zacznij się bać, bo jestem już piekielnie głodny.

 

Nikt nie zdążył zareagować na to stwierdzenie. Rozległa się seria świstów a na obrzeżach tłumu wylądowało kilka mioteł, lasek i rur. Każda niosąca na sobie postać w pelerynie z tym samym znakiem. Ośmioramienną gwiazdą z literami OZM.

 

– Dobry wieczór państwu. – Powiedział jeden z magów, którego płaszcz był dodatkowo zdobiony brązowymi haftami. – Jesteśmy z Oddziału Zatajania Magii. Otrzymaliśmy zgłoszenie od pana Edwarda Koszmarnego. – Edzio pomachał pazurzastą łapą. – Cześć Edziu. O niekontrolowanych wybuchach magii. Zapewniam państwa, że do rana wszystko wróci do normy, a wy nie będziecie o niczym pamiętać. Zapewniam również, że zabieg selektywnego usuwania pamięci jest bezbolesny i absolutnie bezpieczny.

 

– Jeśli robi to profesjonalista. – Mruknął Edzio. – Do dzisiaj nie mogę sobie przypomnieć gdzie, w 1765-tym, zakopałem kryształy Kurzejłapki.

 

– Będziemy wdzięczni, jeśli nie będą państwo utrudniać i ustawią się w elegancką kolejkę…

 

– Zauważył już, że pół wsi zdążyło się przygotować do biegu?

 

– Dziękuję bardzo, za wysłuchanie mnie. Moi ludzie rozpoczną teraz proces przywracania wszystkiego do normy.

 

– Miejscowy „poszukiwacz skarbów” wypchał już sobie gacie złotymi jajami. Może powinnaś mu powiedzieć, że zaklęcie i tak je zamieni w normalne? Bo będzie miał później problemy z myciem.

 

Klementyna spojrzała na koszmara. Stworek nie musiał się martwić, bo to nie on będzie płacić parę tysięcy fretkodenarów i to nie jemu groziło kilka miesięcy w skórze domowego zwierzaka. Wprawdzie fakt, że pręt został skradziony zostanie uznany za okoliczność łagodzącą, ale nie da się tego powiedzieć o fakcie, że złodziejem było dziecko.

 

– Pani Klementyna Klementynowa, zgadza się? Rachunek za usunięcie niekontrolowanych przemian o natężeniu sześciu stopni w skali Twardowskiego oraz selektywne modyfikowanie pamięci u osiemdziesięciu trzech osób wynosi siedem tysięcy dwieście dwadzieścia fretkodenarów netto. – Wręczył czarownicy świstek pergaminu. – Do zapłaty w Centrum Zatajania Magii, przy ulicy Anielskiej w Niebotyku. Dziękujemy za skorzystanie z naszych usług.

 

– Teraz czekasz już tylko na wezwanie do sądu, co nie?

 

– Oh, bez obaw. – Dobiegł ich z tyłu idealny wręcz głos Wincenta. – Jestem gotów reprezentować panią Klementynę w sądzie, w końcu posiadam uprawnienia do pracy we wszystkich dziedzinach prawa.

 

– Ot i odezwało się trzysta lat doświadczenia prawniczego. – Edzio odwrócił się i ryknął śmiechem. – Wincent a tobie co się stało?

 

Pani Klementyna też się odwróciła, Wincent nie wyglądał najlepiej. Idealny garnitur nosił teraz rozliczne ślady nietoperzowych pazurów, choć trzeba przyznać, że były to postrzępienia idealnie rozłożone, włosy miał idealnie zmierzwione, a idealny nietoperz ciągle próbował się z nich wydostać. Ponadto Wincent był idealnie upaćkany idealnym błotem i stracił gdzieś jeden z idealnych butów. W jego idealnych spodniach coś zaczęło się gwałtownie, i już nie tak idealnie, poruszać.

 

– Wincent, pal licho włosy ale ze spodni mogłeś nietoperza wypuścić. Gacki są pod ochroną, a ty chcesz, żeby się biedak udusił…

 

– Edziu wystarczy. – Klementyna położyła dłoń na głowię stworka. – Wracaj do domu, a ja ci uwarzę eliksir wywołujący koszmary. Podolewasz ludziom do kawy. Panu, panie Wincencie, oczywiście odkupię garnitur. I szczerze dziękuje za pomoc, rozumiem, że zebrał pan już wszystko co wymaga odczarowania w moim domku?

 

– Ekhm nie. Nietoperze jak zawsze nie chciały mnie słuchać i zaniosły mnie na bagno, zamiast poszukać po okolicy zaczarowanych stworzeń.

 

– No trudno. Pięćset fretkodenarów w tę czy w tamtą.

 

– Jeśli można coś zasugerować, powinna pani odsprzedać CZM prawa zarobkowe z pierwszej partii tych pani zabawek.

 

– A to legalne, sprzedawać takie prawa agencji rządowej?

 

– W świecie magicznym? Tak.

 

– No nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. – Uśmiechnął się Edzio. – Tego wywoływacza koszmarów dodaj trochę do ciastek Jasia.

 

– Jeszcze jedno, pani Klementyno. Jestem zmuszony zażądać podwyżki za pracę wykonaną poza zakresem, objętym przez naszą umowę. Dodatkowe piętnaście litrów, AB Rh-, w miarę możliwości z nadmiarem żelaza.

 

– A ludzie myślą, że wy po prostu się wgryzacie w karki. Wyjmiesz wreszcie tego nietoperza ze spodni?

 

Wincent uwolnił gacka, drugiego nietoperza, tego zaplątanego we włosy, uwolniła pani Klementyna, nietoperz był niebieski i miał oczy czerwone jak rubiny. Jeszcze jeden skutek machania prętem na chybił trafił. Klementyna westchnęła, wiele mówiło jej że to dopiero początek.

Koniec

Komentarze

Sympatyczna bajeczka i dzieciom na pewno przypadnie do gutu :)

 

Trzasnęło i obok Klementyny płynęły już tylko gałki oczne. Koszmary nigdy nie potrafiły znikać swoich oczu, za to umiały poruszać się z zamkniętymi oczami. – A ja bym zasugerował przeinaczyć drugie zdanko tak: Koszmary nigdy nie potrafiły zniknąć całkowicie (całkowicie stać się niewidzialne), za to umiały poruszać się z zamkniętymi powiekami. – Pozwoli to uniknąć trzykrotnego powtórzenia.

 

Wazon wydał suchy trzask i zamrugał gałkami ocznymi, a po chwili Edzio wyciągał już z futra kaczeńce. – Mruga się powiekami, z pewnością nie gałkami ocznymi. Zostaw po prostu, że zamrugał oczyma.

 

Tu masz wyszczególnione dwa byki, które podczas lektury rzuciły mi się w oczy. Co do powtórzeń, to było ich jeszcze kilka, ale to już sam przepatrz tekst pod tym kątem, bo jest jeszcze czas na poprawki.

 

Fabularnie ciekawe, bohaterka fajna. Nie moje klimaty co prawda, ale jak pisałem, dla dzieci idealne. Powodzenia przy tworzeniu nastepnych historyjek z przygodami Klementyny ;)

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Tytuł bez kropki na końcu... Brr...

Hehe, Roger - wiedziałem, że to napiszesz:).

Mastiff

Prosty, ale przykry bląd, łatwy do uniknięcia... Zasady pisowni tytułów są naprawdę proste. To nie dystynkcja pomiędzy "struzką" a "strózką".  Pewnie  Autor kropkę usunie --- i bardzo dobrze.

Niezwykle sympatyczne opowiadanie, zupełnie różne od innych, nawet tych bajkowych.Powiedziałabym, bajeczna fantastyka dla dzieci i dorosłych.

Znakomite wprowadzenie w świat pani Klementyny, zawrotne tempo akcji, wiele szalonych wydarzeń i same oryginalne postaci uczestniczące w tej zwariowanej zabawie, to, moim zdaniem, ogromny plus dla Autora.

Z przyjemnością przeczytam kolejne historie o pani Klementynie.

Pozwoliłam sobie na kilka uwag.


„Z właściwą sobie inwencją nazwała psa kłaczkiem.” -  Ponieważ to imię, to Kłaczek.


„Dzieciaki piszczały ze śmiechu, kiedy kłaczek wstał…” - Jak powyżej, ...Kłaczek wstał...


„Garnitur, jaki miał na sobie…” - Moim zdaniem: Garnitur, który miał na sobie...


„Nie miała wzroku przystosowanego do patrzenia ciemności.” - Moim zdaniem: Nie miała wzroku przystosowanego do widzenia w ciemności. Patrzeć w ciemności można, najwyżej nic się zobaczy. Ponadto brakuje w.

Edziu zmarszczył brwi…” - Moim zdaniem: Edzio zmarszczył brwi...


„…biegnące w powietrzu Jeansy i bluzkę…” - Dlaczego spodnie, jeansy, piszesz wielką literą?


„…przy ulicy anielskiej w Niebotyku" - A tu nazwa ulicy powinna być napisana wielką literą.

 

Są jeszcze powtórzenia, ale podejrzewam, że wiele z nich zastosowałeś celowo, dlatego wszystkie zostawiłam w spokoju.

Pozdrawiam. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za wytknięcie błędów, poprawię przy najbliższej okazji.

Byłem przeczytałem. Sympatyczne.

Tyle błędów, a tak mało czasu...

Jeśli miało być sympatycznie, to było.

Sympatyczne, ale nie powala. Zostały powtórzenia: ugościć i gość w jednym zdaniu, dalej dzieci i dzieciaki blisko siebie. Zazgrzytały mi "celne ptaki". Trochę jeszcze było językowych niedoróbek.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka