- Opowiadanie: lychnis - Mene me, mamo, zmej ljubi [PARANORMAL 2012]

Mene me, mamo, zmej ljubi [PARANORMAL 2012]

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Mene me, mamo, zmej ljubi [PARANORMAL 2012]

Dostałam urlop. To była ta dobra informacja. Nie dostałam wypłaty za lipiec. To była ta zła, która stała się jeszcze gorsza, kiedy podsłuchała ją właścicielka mieszkania i uznała za odpowiedni powód, żeby wypowiedzieć nam umowę. Przeliczyłyśmy z Jane nasze oszczędności i zaczęłyśmy poważnie rozważać zamieszkanie w którymś z miejskich parków, przynajmniej do połowy września, kiedy to kawiarnia wznawiała działalność, a Marco, jak przysięgał, tym razem miał wysłać wypłaty na czas. Ostatecznie Jane zrobiła to, co robiła zawsze, kiedy miała jakiś problem – zadzwoniła do swojego starszego brata, streściła mu sytuację, a on po paru minutach podjechał pod nasz już były dom i podrzucił nas do siebie. Niespecjalnie uśmiechało mi się mieszkanie z mrukliwym bratem Jane oraz jego, dla odmiany, bardzo hałaśliwymi i niespecjalnie dbającymi o czystość współlokatorami. Nie żebym ich nie lubiła. Melvin to prawie równie dobry kumpel co Jane, po prostu jestem dość wybredna w kwestii tego, z kim dzielę moją przestrzeń życiową. Wszystkich moich dotychczasowych współlokatorów – w tej liczbie mieściła się również moja rodzina – zaczynałam nienawidzić równo po tygodniu oraz nabierałam do nich nagłej sympatii, gdy tylko opuścili moje progi. Poza Jane, oczywiście.

Na szczęście przynajmniej w tej materii rzeczywistość postanowiła pójść mi na rękę. Kumple Melvina wybyli w góry. Żeby nie było za różowo, wyjechała również Jane, która postanowiła dorobić jako instruktorka na obozie sportowym. Zostałam więc sama (Melvin za rzadko dawał znaki życia, żeby brać go pod uwagę), a choć lubiłam samotność, nie służyła mi ona najlepiej, zwłaszcza kiedy nie miałam nic do roboty. Powinnam była znaleźć jakąś zastępczą pracę, albo przynajmniej trochę pouczyć się przed rozpoczęciem semestru. Tymczasem pozwoliłam sobie poddać się zupełnej bezczynności, przetykanej użalaniem się nad sobą i złorzeczeniem okrutnemu światu. Sierpień w mieście zwykle jest okropny, a ten był jeszcze gorszy niż normalnie. Od paru tygodni nie padał deszcz, powietrze było suche, ciężkie i pyliste, w dzień było za gorąco, w nocy za zimno – wszystko, zupełnie wszystko było nie tak jak trzeba. Nie mogłam sobie nigdzie znaleźć miejsca, snułam się wte i wewte, bez określonego celu. Nie żeby specjalnie różniło się to od moich innych, dość częstych, napadów melancholii, ale tym razem miałam wrażenie, ze marazm opanował całe miasto, jakby ktoś powoli wysysał z nas wszystkich życie.

W końcu spadł deszcz, ale to, jak na niego zareagowałam, zaskoczyło nawet mnie samą. Czytałam gazetę w kuchni, a Melvin odgrzewał pizzę z poprzedniego dnia, kiedy nagle w mieszkaniu wysiadł prąd, za oknem błysnęło, zagrzmiało, a potem wielkie krople wody zaczęły bębnić o szyby. Deszcz, prawdziwa burza, wreszcie! Ni stąd, ni zowąd roześmiałam się głośno i w żaden sposób nie mogłam przestać. Melvin popatrzył na mnie jak na wariatkę, po czym wrócił do prób uruchomienia prądu. Ja za to, powodowana niezrozumiałym odruchem, wyskoczyłam przez okno na schody przeciwpożarowe, wychyliłam się mocno za balustradę, nadal się śmiejąc. Z dołu, z ulicy, zawtórował mi jakiś inny śmiech, wybijający się ponad szum ulewy. Na środku jezdni stał wysoki chłopak, może dwudziestoletni, zupełnie przemoczony. Ramiona rozłożył na boki, głowę odchylił do tyłu i szczerzył się do nieba w wariackim uśmiechu. Po chwili zauważył mnie i pomachał w moją stronę, po czym odwrócił się i ruszył w głąb ulicy. Błysnęło raz jeszcze, piorun musiał uderzyć bardzo blisko. Nagle poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramiona i zaczyna ciągnąć w tył. Odwróciłam się. Melvin.

W mieszkaniu znowu paliło się światło, a brat Jane patrzył na mnie z dezaprobatą. Wlazłam przez okno, Melvin spróbował je za mną zamknąć, ale przytrzymałam ramę.

– Co ci przeszkadza odrobina świeżego powietrza?

– Nic. Za to przeszkadza mi mokra podłoga.

Rzeczywiście, pod oknem utworzyła się spora kałuża, a pod moimi nogami formowała się kolejna. Z ubrania ciurkiem lała się woda. Cudownie, pomyślałam, jutro będę przeziębiona. Melvin, zapobiegliwy jak zwykle, już zdążył przynieść ręcznik. Osuszyłam się nieco, podniosłam książkę strąconą ze stołu przez wiatr, a potem ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że ciążące nade mną od tygodni przygnębienie jakby zelżało.

 

**

 

Burza skończyła się tak nagle, jak przyszła. W mieście z powrotem zapanował upał, ale mimo to poczułam się nieco lepiej. Pełna energii (jak na moje skromne możliwości) postanowiłam wziąć się za siebie i zrobić coś pożytecznego. Najpierw chciałam posprzątać w mieszkaniu, ale od samej wizji mój nowy, życiowy entuzjazm jakby oklapł, poza tym nie lubię, jak ktoś panoszy mi się po domu, więc Melvin też pewnie nie byłby najszczęśliwszy. Postanowiłam za to odnieść książki do biblioteki, dzięki czemu chociaż raz nie musiałabym uszczuplać wątłego budżetu karą za przekroczenie terminu zwrotu. Zerknęłam na kalendarz i poprawiłam się w myśli: choć raz kara byłaby stosunkowo nieduża. Zgarnęłam odpowiednie tomy do torby, wzięłam kluczyki ze stołu i krzyknęłam Melvinowi, że wychodzę.

Świat nie chce, żebyś oddawała książki na czas, pomyślałam kilka razy po drodze. W twarz wiał mi suchy, nieprzyjemny wiatr, sypiąc w oczy ziarenkami piasku, zrzucając kosmyki włosów na oczy i szarpiąc spódnicę. Tuż przed biblioteką wpadłam na jakiegoś faceta, upuszczając torbę z książkami na ziemię. Kucnęłam, żeby ją podnieść, a kiedy się podnosiłam, napotkałam spojrzenie pełnych niechęci oczu. Na bibliotecznych schodach siedziała nastoletnia dziewczyna i wpatrywała się we mnie, jakbym obrażała ją samą obecnością. Obejrzałam się za siebie, żeby sprawdzić, czy może ten nienawistny wzrok ma jakiegoś innego adresata, ale nie, na ulicy było raczej pusto. Popatrzyłam na nią znowu. Dziewczyna zmrużyła oczy, posłała mi jeszcze jedno jadowite spojrzenie, po czym wstała i wbiegła do budynku, przeskakując po dwa schodki. Widać nie tylko ja mam ostatnio kiepski okres, uznałam w końcu i również weszłam do biblioteki. Załatwiłam co trzeba, obiecując, że zapłacę karę do końca miesiąca, pokręciłam się trochę między półkami, nie natykając się na szczęście więcej na poirytowaną nastolatkę. Za to w drodze powrotnej spotkałam znajomą ze studiów, z którą odbyłam umiarkowanie sympatyczną rozmowę o niczym i nawet zostałam nagrodzona za mój wysiłek zaproszeniem na imprezę, mającą się odbyć następnego dnia. W mieście musiała panować jakaś towarzyska posucha, skoro Emily spraszała do siebie przypadkowo spotkanych dalekich znajomych. Z grzeczności spytałam o szczegóły, po czym rzuciłam jakąś niezobowiązującą odpowiedź i ruszyłam do domu.

Właściwie, pomyślałam nieoczekiwanie, i tak nie mam żadnych planów na jutro, ani w ogóle na najbliższe dni. Co mi szkodzi spotkać się z ludźmi z grupy. Może być całkiem zabawnie. Jakby w mieście była Jane, wzięłabym ją ze sobą i z pewnością bawiłybyśmy się świetnie, nawet jeśli towarzystwo okazałoby się nudne. Ale przecież może być fajne. Mogę poznać kogoś nowego. Kogoś ciekawego. Myśli o nowych, interesujących znajomych kłębiły się w mojej głowie, a chęć wybrania się na imprezę rosła i rosła, spychając wszystkie inne sprawy na dalszy plan. Kiedy dotarłam do mieszkania, wparowałam do pokoju Melvina, nie kłopocząc się pukaniem, i oznajmiłam mu, że idziemy na imprezę.

– Dlaczego miałbym uczestniczyć w czymś takim? – Melvin był chyba zbyt zaskoczony samą propozycją, żeby narzekać jeszcze na formę przekazu.

– Będzie wspaniale – powiedziałam radośnie. – Poznamy wielu ciekawych ludzi!

– To bardzo interesujące – odpowiedział patrząc na mnie z powątpiewaniem.

– Och nie jęcz tyle, jeśli okażą się głupi, będziemy mogli się z nich pośmiać.

– Nie wiem czy zauważyłaś, ale to ja, Melvin. Nie moja siostra. To Jane lubi gromadzić duże ilości nowych znajomych, a potem cieszyć się swoją intelektualną wyższością nad nimi. – zamyślił na moment. – O ile pamiętam, ty też zwykle tego nie robisz. Może to jakaś tajemnicza zamiana miejsc, i tak naprawdę rozmawiam z Jane w przebraniu?

– Melvin, nie marudź. Będzie świetnie. Po prostu to wiem – przekonywałam go dalej, chociaż po jego słowach poczułam, że coś rzeczywiście jest nie tak. Coś się działo. Coś… Jednak niemal natychmiast niepokój zniknął pod grubą warstwą entuzjazmu i dręczącej potrzeby pójścia na imprezę Emily. – Przecież jest weekend, nie pracujesz i mogę się założyć, że i tak nie masz nic do roboty wieczorem.

– Dziękuję za troskę, ale mogę ci obiecać, że dam sobie radę z zapełnianiem wolnego czasu.

– Nie chcesz, to nie. Ja pójdę i tak. – Poczułam się urażona jego odmową, chociaż nie do końca wiedziałam, czemu tak bardzo chciałam go tam zabrać.

Melvin popatrzył na mnie jakoś dziwnie.

– Nie wiem, co się z tobą dzieje, ale może rzeczywiście będzie lepiej, jeśli pójdę z tobą.

 

**

 

U Emily było raczej nudno, właściwie nigdy nie przepadałam za większością jej przyjaciół, więc nic dziwnego, że nie miałam się do kogo odezwać. Na dodatek cały czas czułam coś jakby niecierpliwość, dręczące wyczekiwanie, które nie pozwalało mi się skupić na niczym, poza wypatrywaniem tego, co, jak byłam pewna, powinno już tu być, już się dziać. Melvin o dziwo bawił się nieźle, przynajmniej odkąd spotkał znajomą z pracy i pogrążył się w najwyraźniej całkiem interesującej pogawędce. Ja tymczasem opróżniałam miskę z popcornem, niezbyt przytomnie potakiwałam przypadkowemu rozmówcy i czekałam.

Wiedziałam, że się zbliża, jeszcze zanim otworzył drzwi. Kiedy w nich stanął rozpoznałam go bez trudu – chłopak, który spacerował w trakcie burzy. Popatrzył na mnie i widziałam, że mnie rozpoznał. Ale potem odwrócił się i podszedł do Emily. Byłam jak sparaliżowana. Jak to? Tyle czekałam. Przyszłam tu dla niego. Czemu poszedł gdzie indziej? Co się dzieje?

Mój dotychczasowy rozmówca, nadal pogrążony w swojej opowieści, w ogóle nie zauważył, że już zupełnie przestałam zwracać na niego uwagę. Melvin jakoś zniknął z mojej świadomości, wszyscy dookoła jakby zbledli, dźwięki były przytłumione, wszystko zwolniło. Byłam w stanie tylko wodzić oczami za chłopakiem, patrzyć jak podchodzi do kolejnych osób, wita się, śmieje, rozmawia, żartuje, bawi się świetnie, a wszystko to – beze mnie. Gdybym mogła, zawołałabym, że tu jestem, że potrzebuję, żeby natychmiast do mnie przyszedł, żeby zwrócił na mnie uwagę, nie, żeby poświęcił całą swoją uwagę tylko mi. Jednak nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Nie wiem ile to trwało, chyba długo, ocknęłam się z odrętwienia dopiero kiedy Melvin podszedł do mnie, i powiedział, że idzie odprowadzić Suzie do domu i żebym też się niedługo zebrała, bo wyglądam nie najlepiej. Popatrzyłam na niego zdezorientowana, potem zerknęłam na zegarek – była prawie czwarta. W mieszkaniu zostało już niewiele osób, nie miałam pojęcia, kiedy wyszli. Pożegnałam się z współlokatorem i poszłam do łazienki, gdzie przemyłam twarz zimną wodą, mając nadzieję, że trochę otrzeźwieję. To musiał być alkohol. Nie żebym specjalnie dużo wypiła, ale widać dziś nie był mój najlepszy dzień. Kiedy wyszłam, tamtego chłopaka już nie było. Ulotnił się gdzieś, nie zamieniając ze mną ani słowa. Ruszyłam do kuchni, spróbować poratować się herbatą. Uznałam, że później wypadałoby znaleźć gospodynię, pożegnać się i tak jak radził Melvin zmyć stąd. Jednak kiedy weszłam do kuchni wyczułam w niej jego obecność, na moment przed tym, jak go zobaczyłam. Myśl o wyjściu wyparowała. Chłopak siedział na parapecie, z gitarą w rękach i coś nucił. Chyba nawet mnie nie zauważył. Najciszej jak mogłam domknęłam drzwi i zamarłam bez ruchu. Śpiewał w nieznanym mi języku, ale z jakiegoś powodu rozumiałam treść piosenki. Coś o polach płonących bez ognia, lesie szumiącym bez wiatru i o dziewczynie, którą pokochał żmij. Nie żeby to jakkolwiek pomagało w mojej sytuacji. Uznałam natomiast, że te nagłe zdolności lingwistyczne to jasny znak naszego duchowego pokrewieństwa. Jeszcze nie znałam jego imienia, ale już rozumiałam się z nim bez słów. Westchnęłam lekko. Tak dobrze wyglądał, zamyślony, na tle deszczowego świtu. Jego głos był niski, głęboki, bliski szeptu. Skończył grać, powoli odwrócił się w moją stronę i nasze oczy spotkały się. Poczułam na ramionach gęsią skórkę.

– Zimno ci? – spytał cicho. Kiwnęłam głową. Odłożył gitarę na bok, a potem ściągnął swój duży, szary sweter. Przełknęłam ślinę.

– No chodź, weź go, będzie ci cieplej – odezwał się łagodnym głosem, jakim wabi się płochliwego kota. Podeszłam i wzięłam zaoferowane ubranie, przelotnie dotykając dłoni chłopaka. Przeszył mnie dreszcz. Włożyłam sweter, wdychając jego zapach.

– Lepiej, nie? – znowu skinęłam potakująco. – Mam na imię Ilja, a ty?

– Elen – odpowiedziałam półgłosem.

– Ładnie. Mamy u nas podobne imię, Elena.

Nie wiedzieć czemu zarumieniłam się, jakby powiedział nie wiadomo jaki komplement. Zauważył to i uśmiechnął się szeroko, a rumieniec na mojej twarzy pogłębił się jeszcze bardziej.

– Jesteś zmęczona, prawda?

– Troszeczkę. Jest późno. – przypomniały mi się słowa Melvina. – Właściwie powinnam już wracać.

– W takim razie pozwól, że cię odprowadzę. – zeskoczył z parapetu, wziął mnie za rękę i wyprowadził z mieszkania. Po drodze minęliśmy Emily, Ilja pomachał jej, a ja, kiedy zobaczyłam jej pełen zazdrości wzrok, poczułam, że jednak warto było tutaj przyjść.

Na zewnątrz było dość chłodno, mżyło i w innych warunkach pewnie usiłowałabym złapać taksówkę, ale teraz marzyłam tylko o tym, by nasz spacer trwał jak najdłużej. Wszystko wydawało mi się piękne: obdrapane kamienice odbijające się w mokrym asfalcie, błyszczące od deszczu liście drzew o intensywnie zielonej barwie, tęcza rysująca się na granicy chmur i czystego nieba, a przede wszystkim mój towarzysz. Zerkałam na niego co chwila spod rzęs, przypatrując się to jego profilowi, to ciemnoszarym oczom, jeśli akurat napotykałam jego wzrok. Mówił coś do mnie swoim niskim głosem, chyba o tym, że przyjechał na jakiś czas zza granicy, że słabo zna okolicę, a musi kogoś odszukać, ale cieszy się, że przypadkiem znalazł również mnie… Łatwiej było mi skupić się na tonie, niż samej treści monologu. Chyba nie przeszkadzało mu wcale moje milczenie, parę razy zażartował, że lubi nieśmiałe dziewczyny, a chociaż zawsze denerwowało mnie, gdy ludzie tak mnie postrzegali, teraz poczułam zadowolenie z mojej małomówności.

Gdy dotarliśmy do domu przypomniałam sobie, że to wcale nie moje mieszkanie, a jego właściciel jest w środku, więc zaproszenie mojego nowego przyjaciela o tej porze może wypaść mocno niezręcznie. Stanęliśmy przed bramą, gzyms chronił nas od mżawki. Na ulicy było zupełnie cicho i pusto. Zaczęłam zdejmować sweter, żeby oddać go Ilji.

– Nie, zostaw. Oddasz mi innym razem. – powiedział, przytrzymując moją rękę. Wstrzymałam oddech, kiedy nachylił się do mnie i delikatnie pocałował. Kiedy po chwili przestał, byłam bliska omdlenia, ale stanęłam na palcach, przyciągnęłam jego twarz do mojej i zaczęliśmy wszystko od początku. Znowu straciłam poczucie czasu.

W końcu Ilja powoli odsunął się ode mnie.

– Muszę iść. – na widok mojej smutnej miny pogłaskał mnie po policzku. – Zobaczymy się niebawem, Eleno.

Zrobił jeszcze krok w tył, pomachał mi, a potem odwrócił się i poszedł. Oparta o skrzydło bramy patrzyłam za nim, aż zniknął za zakrętem. Później bardzo powoli weszłam na piętro, otworzyłam drzwi mieszkania i skierowałam się do swojego pokoju. Padłam na łóżko w przemoczonych ciuchach i od razu zasnęłam.

 

**

 

Nie zadzwonił. To znaczy: oczywiście, że nie zadzwonił. Nie dałam mu numeru telefonu. Sam o niego nie zapytał. Ale wiedział, gdzie mieszkam, mógł przyjść. Emily nie znała jego numeru ani adresu, albo po prostu była zazdrosna i nie chciała mi ich podać.

Nie dał znaku życia przez całe dwie doby.

Cierpiałam cały ten czas głośno i rozpaczliwie, nie zważając na Melvina, który po trzech pierwszych dramatycznych przemowach podchwycił mój ton i zaczął mnie przedrzeźniać. Kiedy znudziło go to, postanowił w inny sposób zmusić mnie do zamknięcia się, czy, jak to ujął, skierować moje myśli na inne tory. Zdecydował, że pójdziemy wybrać prezent na zbliżające się urodziny Jane, a ja, pogrążona w bólu, niespecjalnie protestowałam. Dzień był upalny i w galerii handlowej panował zaduch, widocznie klimatyzacja szwankowała. Ludzie snuli się wokół nas, kasjerzy byli marudni i opryskliwi, co ułatwiało mi udowadnianie Melvinowi, że zły świat sprzysiągł się przeciw mnie.

– Nie sądzisz, że trochę za bardzo przejmujesz się tym facetem? – spytał w końcu poirytowany.

– To nie jest tylko jakiś tam facet. On jest… niesamowity! – nie wiedziałam, jak mam wytłumaczyć dręczące mnie uczucia. – Od kiedy go poznałam, czuję się inną osobą.

– Właśnie to mnie martwi – mruknął Melvin. – Widziałaś kolesia raz…

– Dwa razy! Wcześniej spotkaliśmy się w trakcie deszczu i właśnie wtedy poczułam, jak rodzi się między nami więź…

Melvin przystanął i spytał z poważną miną:

– Elen, czy on cię uderzył? – zrobiłam wielkie oczy. – Bo tak się zachowujesz. Jakby ktoś cię uderzył. Patelnią. W łeb.

Parsknęłam tylko i ruszyłam wzdłuż półek.

– Słuchaj, nie chcę mieszać się w twoje życie – kontynuował Melvin.

– To się nie mieszaj.

– Nie miałem nic przeciwko temu, żebyś u mnie mieszkała, bo cię lubię, ale od kiedy zobaczyłaś tego gościa zachowujesz się, jakbyś miała watę zamiast mózgu.

– Bardzo dobrze mi z moją watą w mózgu.

– Dlatego od dwóch dni jęczysz i popłakujesz w łazience?

– Odpieprz się!

– Elen, zrozum. Naprawdę wolałem, kiedy miałaś mózg. A teraz martwię się o ciebie. No i trochę mnie wkurwiasz.

Wybrałam na chybił-trafił jakąś książkę i podetknęłam Melvinowi pod nos.

– Ta jest dobra? – bardzo chciałam skończyć tę idiotyczną rozmowę. Brat Jane demonstracyjnie uniósł wzrok do nieba, po czym odłożył książkę na półkę, odwrócił się ode mnie i zaczął przeglądać tomy na kolejnym regale.

Uznałam to za kapitulację i również zabrałam się za szukanie czegoś, co spodobałoby się Jane. Chwilę krążyłam po księgarni zerkając to tu, to tam, w końcu zauważyłam leżący na stoliku obok witryny album, o którym chyba kiedyś mi wspominała. Zaczęłam go kartkować, jednak w pewnym momencie poczułam, jakby ktoś mi się intensywnie przyglądał. Podniosłam wzrok znad książki i po drugiej stronie szyby zobaczyłam tę samą dziewczynę, na którą wpadłam jakiś czas temu w bibliotece. Patrzyła na mnie z nienawiścią malującą się na twarzy. Kiedy spostrzegła, że ją widzę, powiedziała coś. Zmarszczyłam brwi, próbując odczytać słowa z ruchów jej ust. Powtórzyła.

„Zostaw go.”

Nagle przypomniałam sobie, że przecież przyjechał tu, żeby kogoś znaleźć. Czy to o nią chodziło? Kim ona dla niego jest? Poczułam nagły przypływ zazdrości i popatrzyłam na dziewczynę wrogo.

„Zostaw go.” – powiedziała znowu, a ja pokręciłam głową na nie.

Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyna lekko się uśmiechnęła. Zamrugałam oczami, mając wrażenie, jakby dostał się do nich piasek. Znajoma Ilji uśmiechnęła się jeszcze szerzej i nagle coś uderzyło mnie w brzuch, aż zgięłam się wpół. I jeszcze raz, w plecy, tak, że z trudem utrzymałam się na nogach. Stałam zdezorientowana, łapiąc z trudem oddech. Nagle powietrze wokół mnie zawrzało. Zachłysnęłam się nim i wtedy podłoga gwałtownie ruszyła w stronę mojej twarzy.

Ocknęłam się na ziemi. Pochylali się nade mną Melvin i kasjerka, obydwoje mocno zaniepokojeni. Zerknęłam w stronę witryny. Dziewczyny nie było.

– Elen, wszystko w porządku? – spytał cicho Melvin. – Możesz wstać?

– Dzwonić po karetkę? – zwróciła się do niego sprzedawczyni.

Spróbowałam zaprotestować, ale gardło miałam zupełnie suche i nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Melvin chyba usłyszał mój cichy jęk i znowu na mnie popatrzył.

– Jesteś na coś chora? Masz padaczkę? Problemy z płucami? Jane nic nie mówiła.

Pokręciłam głową.

– Może to coś, co się późno ujawnia? – zasugerowała kasjerka.

– Dziewczyna… – powiedziałam cicho. Popatrzyli na mnie bez zrozumienia. Nie widzieli jej.

Zaczęłam się powoli podnosić.

– Lepiej?

Przytaknęłam.

– Wiesz co ci jest?

Mam zwidy. Moje zwidy są agresywne. Ale to nie było nic, o czym mogłabym mu powiedzieć.

– Nie.

– Pójdziemy do lekarza. Wezwać tę karetkę?

– Nie, dam radę, już dobrze, serio. – ostrożnie podniosłam się z ziemi.

Melvin odtransportował mnie do szpitala, posiedzieliśmy w poczekalni, przebadano mnie, ale poza kilkoma siniakami nic mi nie było. Zostałam na noc na obserwację. Następnego dnia lekarz wypisał mi skierowanie na parę badań i nakazał dużo odpoczywać, nie wychodzić na słońce i przy jakichkolwiek niepokojących objawach zgłosić się ponownie do szpitala. Melvin zawiózł mnie do mieszkania i przez kilka następnych dni traktował, jakbym była zrobiona ze szkła, równocześnie udając, że wszystko jest normalnie.

Prezentu w końcu nie kupiliśmy.

 

**

 

Ilja pojawił się wieczorem trzeciego dnia po wypadku w księgarni. Melvin wpuścił go raczej niechętnie, po czym zmył się z mieszkania. W moim pokoju panował chaos, więc zabrałam Ilję na schody przeciwpożarowe, skąd mieliśmy całkiem znośny widok na okolicę, a oprócz tego kuchnię i lodówkę właściwie na wyciągnięcie ręki, gdyby mój upragniony gość zażyczył sobie zjeść ze mną kolację. Słońce chyliło się ku zachodowi, było parno, zaczął wiać lekki wiatr wskazujący, że niebawem zacznie padać. Byłam ciągle trochę zdezorientowana i zmęczona, a do tego doszły zwyczajowe już problemy z zebraniem myśli przy tym chłopaku, dlatego nie bardzo wiedziałam, jak zadać mu te wszystkie pytania, które kotłowały mi się w głowie. Pozwoliłam mu się przytulić i całować, a im dłużej tam siedzieliśmy, tym dalej odpływały moje wątpliwości. Czy to ważne kim jest Ilja? Przecież rozumiemy się bez słów. Jest mi z nim tak dobrze. Dotąd zawsze męczyły mnie napady melancholii, ciągły stres i niepewność. Jakie to wszystko miało znaczenie, skoro mogłam po prostu być koło niego, dotykać go i poddawać się jego dotykowi. Jasne, kiedy odchodził byłam jeszcze bardziej rozbita niż zwykle, ale może jeśli będę dość dobra, postanowi zostać ze mną na dłużej. Może uzna, że warto powiedzieć mi, kim jest, skąd przybył i czym właściwie się zajmuje. Na pewno ma swoje powody, żeby mi jeszcze tego nie zdradzić. I wytłumaczy mi w swoim czasie, kim była tamta dziewczyna. Było mi z nim za dobrze, żeby psuć to natrętnymi pytaniami.

Ilja przytulił mnie mocniej, wsunął rękę pod bluzkę i zaczął gładzić moje plecy. Niechcący nacisnął na jeden z siniaków. Syknęłam i odruchowo odsunęłam się od niego. Popatrzył na mnie zdziwiony, po czym ostrożnie uniósł brzeg bluzki. Wodził chwilę palcem od stłuczenia do stłuczenia, aż w końcu odezwał się.

– Kto ci to zrobił? Kto śmiał cię tknąć?

– T-to… B-była taka dziewczyna. To znaczy nie wiem. Melvin jej nie widział, ani nikt inny, ale ona tak dziwnie na mnie popatrzyła… Wtedy coś mnie uderzyło, nie wiem co, ona była za szybą. I wtedy powietrze stało się bardzo gorące. – plątałam się strasznie. – Mówiła coś o tobie. – przed oczami stanęła mi jej twarz i usta sylabizujące słowa „zostaw go”. Jakiś głos w mojej głowie powtórzył je raz jeszcze. Otrząsnęłam się, Ilja coś znowu mówił:

– A więc rzeczywiście tu jest…

Ze zdumienia otworzyłam usta, a potem skinęłam głową. Więc jednak to nie przywidzenia. To działo się naprawdę. On wie.

– Kim ona jest? – spytałam niepewnym głosem.

– Eleno, miałem nadzieję, że uda mi się załatwić tę sprawę szybciej, i że nigdy nie będę musiał obarczać twojej słodkiej główki tak przykrymi sprawami.

– Kim ona jest? – przez warstwę błogiej przyjemności, jaką odczuwałam przy Ilji zaczęła przebijać irytacja.

– Nie pomyślałem, że ona może się o tobie dowiedzieć. Powinienem był cię ochronić. Ale nie przejmuj się niczym, moja śliczna. Jestem przy tobie.

– Ilja… – warknęłam przez zaciśnięte zęby.

– Eleno, Eleno, jakże mam ci to wytłumaczyć! – wydawał się raczej zaskoczony moją reakcją, niż chętny do wyjaśnień. Skąd on się urwał?

– Możesz zacząć od początku. – powiedziałam ze stanowczością, której nie słyszałam u siebie od bardzo dawna. Na chwilę zmartwiłam się, że Ilja może przestać mnie lubić, jeśli będę zachowywać się w ten sposób, ale zaraz przegoniłam tę głupią myśl. Co się ze mną dzieje?

Ilja milczał, wpatrując się we mnie. W końcu zaczął mówić:

– Elena, kochana, przepraszam cię, tak bardzo cię przepraszam. – skrzywiłam się, ale chyba nie zwrócił na to uwagi. – Nie wiedziałem, że spotkam tutaj kogoś takiego jak ty, a kiedy to już się stało, chciałem rozprawić się z tym potworem, a potem, gdy już będzie po wszystkim, powoli rozwijać naszą znajomość i gdy nadejdzie odpowiednia pora, wyjaśnić ci wszystko jak należy… Ale ta przeklęta lamia zobaczyła cię, i postanowiła cię zniszczyć, bo wiedziała, jaka jesteś mi droga. – uniósł moje ręce do ust i ucałował je. Zupełnie przestałam rozumieć, co się dzieje.

– Jaki potwór? O czym ty mówisz?

– Lamie zawsze chcą zniszczyć wszystko, co najpiękniejsze i najżywsze, nic dziwnego, że cię zaatakowała… Powinienem był to przewidzieć i obronić cię jak należy.

– O co ci do cholery chodzi? Jaka lamia?

– Myślę, że chodzi mu o mnie. – odpowiedział mi głos dochodzący gdzieś z góry.

 

**

 

Dziewczyna siedziała na schodach kamienicy naprzeciwko. Coś się z nią działo, ale nie potrafiłam powiedzieć co, jakbym nie mogła do końca skupić na niej wzroku, jakby na mgnienie oka jej kształt zmieniał się. Była czymś większym. Czymś znacznie większym.

– Wreszcie przestałaś się ukrywać! – Ilja wstał gwałtownie i przysunął się do barierki. – W takim razie stań do walki.

Dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu zdecydowanie zbyt szerokim, jak na jej drobną twarz.

Ilja wyciągnął w jej stronę srebrzystą szablę, i wtedy, jak na zawołanie, gdzieś bardzo blisko błysnęło i zagrzmiało. Jak mogłam nie zauważyć, że ma ze sobą szablę? Zamrugałam. Ilja miał skrzydła. Cholerne, wielgachne ptasie skrzydła, o rozpiętości jakichś sześciu metrów, ledwo mieszczące się na klatce. Kiedy się pojawiły? I kiedy wyrósł mu jaszczurczy ogon, którym teraz nerwowo zamiatał schody?

Błysnęło ponownie, ale wciąż nie zaczęło padać.

Zerknęłam na miejsce, w którym siedziała dziewczyna. Nie było jej. Za to kilka metrów wyżej, w powietrzu unosił się wielki, ciemny kształt. Nie chciałam patrzeć, wcale nie chciałam nic widzieć, ale oczy bez mojej woli same spoglądały w tamtą stronę, a mózg starał się dopasować widok do znanych kategorii. Miała cielsko pokryte żółtymi łuskami. Błoniaste skrzydła. Łapy najeżone długimi pazurami. Trzy wijące się wężowe szyje, a na każdej paskudną, jakby psią głowę z szeroką paszczą pełną ostrych kłów.

Pikowała prosto na nas.

Przytuliłam się do muru, a Ilja jednym ruchem przeskoczył barierkę, zamachał skrzydłami i ruszył na spotkanie lamii.

Pioruny uderzały niemal bez przerwy, coraz bliżej i bliżej. We wszystkich oknach pogasły światła, w samochodach na sąsiednich ulicach zawyły alarmy.

Krążyli wokół siebie wymieniając ciosy. Nietrudno było dostrzec, że lamia jest znacznie silniejsza od chłopaka, ale jemu łatwiej manewrować w wąskiej uliczce. W końcu któraś z paszczy potwora dosięgnęła celu i zacisnęła się na nodze Ilji. Pociekła krew, jednak on nie przejął się tym zbytnio i jednym ciosem odciął łeb. Lamia zawyła i odskoczyła od niego, zaczepiając się pazurami o mur. Ryknęła raz jeszcze, aż Ilję odrzucił potężny podmuch powietrza.

Skuliłam się i uczepiłam kurczowo barierki. Wiatr wciąż się zmieniał, jakby walczący starali się podporządkować go sobie i użyć przeciw drugiej stronie. W tej materii lamii szło chyba lepiej, bo Ilja nie mógł się do niej dostać od dłuższej chwili. Zawisł w powietrzu, z zaciętym wyrazem twarzy, dzierżąc przed sobą ostrze i mrucząc coś pod nosem.

Błysnęło tak, że odruchowo zasłoniłam twarz. Poczułam zapach ozonu, lecz zaraz zdominował go znacznie mocniejszy smród palącego się mięsa. Otworzyłam oczy i spojrzałam w dół, na ile pozwalały mi powidoki. Lamia leżała na jezdni, jej środkowa głowa wyglądała na kompletnie spaloną, aż do połowy szyi, natomiast z kikuta lewej wciąż tryskała krew, tworząc wrzącą plamę czerwieni na asfalcie. Ilja klęczał kilka metrów od niej, wyraźnie wyczerpany. Zerwałam się na nogi i zaczęłam zbiegać po schodach. Kiedy dotarłam na dół, Ilja wstał i bardzo powoli zaczął zbliżać się do stworzenia.

Zatrzymałam się kilka kroków od nich, nie wiedząc co właściwie chcę zrobić.

Jazgot samochodowych alarmów urwał się, gromy ucichły.

Ilja stanął nad ostatnią głową lamii i wzniósł wysoko szablę.

– Nie macie z nami szans, Ogniana, słyszysz? Nigdy nie miałyście. – syknął do niej w tym samym języku, który już kiedyś słyszałam.

Ostatni łeb uniósł się lekko i skierował wzrok na mnie. Może sprawiło to podobieństwo do psiego pyska, ale wyraz twarzy lamii zdał mi się nagle bardzo smutny. Ilja podążył za jej spojrzeniem, popatrzył na mnie, a potem znów na powalonego potwora.

– Czego chcesz od Eleny?

– Odstraszyć. Otworzyć oczy.

Ostrze śmignęło i ostatnia głowa potoczyła się po ulicy. Ilja nachylił się i wyrwał jeden z ostrych kłów, schował go i ruszył w moją stronę. Ciało potwora ogarnął płomień, który w kilka chwil zmienił truchło w popiół. Lunął deszcz.

Ilja znowu wyglądał zwyczajnie.

– Kim jesteś?

– Narodziłem się jako wąż, żyłem dwieście lat, a potem stałem się taki, jaki jestem teraz. W moich rodzinnych stronach nazywają nas zmejami, ale w twoim języku odpowiednie słowo to chyba żmij. – przemawiał do mnie bardzo łagodnie i miałam wrażenie, że znowu ogarnia mnie znajoma błogość. Wzdrygnęłam się.

– Przestań to robić. – odsunęłam się od niego kilka kroków.

– Dlaczego się mnie boisz? Czy to przez walkę? Jesteś taka delikatna. – podszedł do mnie i spróbował objąć. Cofnęłam się znowu. – Nie bój się, nie mam już na sobie jej krwi. Muszę walczyć z lamiami, cały nasz ród czyni tak od tysiącleci. Ażdachy i ały sprowadzają grad na plony, na wsie i miasta, dlatego odganiamy je od ludzi, ale lamie są gorsze, sprowadzają suszę i wysysają życie wszędzie, gdzie się zjawią. – w jego głosie czułam przekonanie o istotności tej misji. – Nie wszyscy żmijowie rodzą się jak ja, z długowiecznych gadów. Prawdę mówiąc niewielu jest takich, więc wiążemy się z kobietami z waszego rodzaju. Dlatego cię wybrałem. Chciałem ci to przekazać inaczej, powoli, tak, żebyś przywykła do tej myśli. – znów pogłaskał mój policzek. Jego ton odsuwał moją złość, strach i niepewność, pokrywając wszystko uczuciem spokojnej radości. Przytulił mnie i poczułam się dobrze i bezpiecznie. Przyciągnął mnie mocniej do siebie i wtedy nagle poczułam ból – to kieł lamii schowany w jego kieszeni ukłuł mnie w bok. Wyrwałam się.

– Przestań mieszać mi w głowie!

– Nie wiesz co mówisz…

– Przestań!

– Naprawdę wolisz nudne życie wśród ludzi? Tak bardzo pragniesz doświadczać tych okropnych, męczących uczuć, które tak długo cię prześladowały? Ze mną będzie ci lepiej. Mogę ci zapewnić szczęście.

– Zostaw moje myśli w spokoju i zejdź mi z oczu.

Przekrzywił głowę.

– Ty rzeczywiście tego nie chcesz. Mówiono mi, że ludzkie kobiety bywają głupie i uparte, ale ty wydawałaś się inna. Dobra i cicha. Lepsza od innych.

Zacisnęłam pięści i próbowałam powstrzymać nadciągający wybuch wściekłości.

– Myślę, Eleno, że mnie okłamałaś. – powiedział Ilja zmartwionym tonem. – Ale wybaczyłbym ci to, gdybyś chciała się zmienić. Jednak nie doceniasz szansy jaką ci daję. – spuścił głowę i westchnął ciężko. – Muszę cię opuścić. Mam nadzieję, że nie będziesz bardzo cierpieć z powodu swej decyzji.

Stałam na środku ulicy nie mogąc ze złości wykrztusić ani słowa. Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze, znikając między burzowymi chmurami.

– Będziesz sterczała na ulicy całą noc? – rozległo się z góry wołanie Melvina. – Przeziębisz się.

– Od dawna tam stoisz? – spytałam w końcu.

– Załapałem się na to, jak ta smoczyca przerwała wam randkę.

– Lamia. Mogłeś mi jakoś pomóc.

– Walka ze smokami nie jest moją najmocniejszą stroną. A z tym idiotą poradziłaś sobie całkiem nieźle sama. Jestem pod takim wrażeniem, że nie będę ci więcej wypominał, jak bardzo byłaś głupia, że w ogóle zaczęłaś za nim latać.

Jęknęłam na myśl o Ilji.

– Byłam zaczarowana. – wychrypiałam.

Robiło się coraz zimniej, a ja byłam całkiem przemoczona, więc ruszyłam wreszcie na górę.

– To z pewnością lepsza opcja, niż czasowe zidiocenie. Możemy trzymać się tej wersji. – powiedział, kiedy właziłam przez okno.

Ściągnęłam mokrą bluzę i buty. Lodówka zabuczała, światło włączyło się – prąd znów działał. Melvin zajął się przygotowywaniem herbaty, a ja przebrałam się i wzięłam z pokoju ciepły koc.

– Ale to mi się nie przywidziało, prawda? – spytałam współlokatora zaniepokojona.

– Najwyraźniej mieszkanie razem sprawia, że zaczynamy dzielić również halucynacje.

Siedzieliśmy w kuchni do późna.

 

**

 

Jest pierwszy września, Jane wróciła do domu jakieś pół godziny temu. Teraz miota się po pokoju wypakowując plecak, a ja i Melvin siedzimy na schodach przeciwpożarowych i popijamy piwo. Staram się nie patrzeć na ślady pazurów lamii na murze na przeciwko, bo robi mi się wtedy dosyć smutno i dziwnie. Melvin chyba to rozumie, bo sam omija to miejsce wzrokiem, no i ustawił się tak, żeby mi je trochę zasłonić. Więc patrzę sobie na niego, albo w głąb ulicy, a Jane co chwila krzyczy do nas, że zostawiła w ośrodku to czy tamto, że dzisiejsze dzieciaki są koszmarne i że jest po prostu wykończona. Jakiś czas później przychodzi do nas, z włosami jeszcze wilgotnymi po prysznicu, rozsiada się wygodnie i wystawia twarz do słońca. Miło mieć ją znowu obok, nawet jeśli podpija moje piwo. Jest dobrze.

W końcu moja przyjaciółka przerywa milczenie:

– To co mnie ominęło?

– Nic ciekawego, same nudy – odpowiadam.

Melvin szturcha mnie w ramię i śmieje się.

– Opowiedz jej o Ilji – mówi, a Jane spogląda na mnie z zainteresowaniem.

– Kim jest Ilja?

– Nie ma o czym gadać. Już po wszystkim. – wzruszam ramionami.

– No nie, nie wywiniesz się tak łatwo.

– Taki tam… wakacyjny romans.

– I co, tyle masz mi do powiedzenia? – Jane nie daje się zbyć tak łatwo. – Kto to był? Jak było?

Wiem, że potok pytań będzie trwał długo, więc nie spieszę się z odpowiedzią. Ostatecznie wyręcza mnie Melvin:

– Ilja był… nie z tej ziemi – mówi i zaczynamy się obydwoje śmiać, raczej ze zdziwionej miny Jane, niż z cienkiego żartu jej brata.

 

-----------

Mam nadzieję, że udało się mi oraz beta-czytaczowi wyłapać większość błędów i literówek.

No i że całość mieści się w ramach gatunku. ;)

Dla zainteresowanych załączam piosenkę, która stanowiła inspirację do powstania opowiadania, oraz którą Ilja czarował Elen: http://youtu.be/qY7_UrWwcn8

Koniec

Komentarze

A koleżanka z krakowa? Bo my się chyba znamy :).

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Owszem, z Krakowa.

Początek bardzo mi się podobał, ale ogólnie wyszło jak dla mnie zbyt babskie. Pewnie z narracją trzecioosobową byłoby lepiej, ale to podobno moje osobiste zboczenie.

Zasadniczy błąd: Ilii, nie Ilji.

Z Ilją zależy od transkrypcji, będę się trzymać tej, która bardziej odpowiada bułgarskiemu brzmieniu imienia, a obecna tak mi brzmi. 

Co do "babskości" - miał być paranormal romance, to się starałam trzymać konwencji. :P

Twoje kolejne opowiadanie, różne od poprzednich, ale, moim zdaniem, również porządnie napisane. Przeczytałam, doceniam umiejętności twórcze, ale zachwytu nie ma. Czekam cierpliwie na kolejne spotkanie z Kurtem Randallem. 

Pozdrawiam. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Noo, nad Kurtem pracuje mi się znacznie przyjemniej, to opowiadanie pisałam bardziej dla sprawdzenia, czy umiem wyjść poza okolice, które znam i lubię, i napisać znośny tekst w ramach gatunku, za którym średnio przepadam. 

Tekst jest całkiem znośny i owszem, w ramach gatunku, który do moich ulubionych także nie należy. Myślę też, że świadomość, iż potrafisz dać sobie radę z lamią, skrzydlatym żmijem, a ponadto wyleczyć dziewczynę z nagłej miłości - jest bezcenna.

Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie chodzi mi o formę podstawową, tylko o odmianę. W dopełniaczu końcówka "-ji" jest tylko po głoskach "s", "c" i "z", po "l" pisze się "-ii". Ilja -> Ilii. Tak swoją drogą, to moje ulubione imię męskie :).

Może to jakiś kompleks, a może nadmiar blogaskowych opek, ale ja po prostu z babskimi dziełami mam problemy, więc nie jestem w stanie jakoś w miarę obiektywnie się do tego odnieść.

Ok, co do ortografii się dostosuję (jakkolwiek już nie tu, tekstu nie da się już edytować).

Co do drugiego zarzutu - co właściwie rozumiesz przez "babskie"?

Nie traktuj tego jako zarzut. Starałam się tak formułować zdania, żeby nie brzmiało to jak coś, czym należy się przejmować. Ciężko mi określić, co tak działa, raczej chodzi o ogólne wrażenie. Najczęściej w babskiej literaturze występuje niedobór opisów (za wyjątkiem rzeczy, nad którymi się bohaterka zachwyca), spłaszczenie bohaterów, narracja pierwszoosobowa, bohaterka zagubiona w świecie, w przypadku fantastyki zdawkowe traktowanie podstaw zjawisk nadprzyrodzonych, dużo myśli i mało konkretów, nawet w sferze uczuciowej. Proszę, nie bierz tego za bardzo do siebie, bo teraz, jak to wymieniam, to brzmi jak potworne zbrodnie przeciw literaturze, a wcale nie o to mi chodzi, po prostu za dużo czytam takich i takich form. Tak naprawdę żadna z wymienionych przeze mnie cech nie musi być wadą - wystarczy, że dzieło ma do zaoferowania inne walory - Twoje opowiadanie ma i jest to na przykład ukazanie zdolności bohaterki do myślenia mimo zaczarowania i mimo ogólnej zajebistości Ilii.

Dodam jeszcze, że drażni mnie narracja pierwszoosobowa, a to dlatego, że wymusza ona skupienie się na narratorze i przez to cała reszta świata musi ustąpić miejsca przemyśleniom głównego bohatera. Problem polega też na tym, że uczucia narratora wymagają dopasowania stylu, a zdanie takie jak "Cierpiałam cały ten czas głośno i rozpaczliwie" nie bardzo pozwala mi wyobrazić sobie to cierpienie. Z tego powodu przeczytałam to opowiadanie i nie wiedziałam do końca, co przeczytałam. Dla porównania, z fasolowego cierpienia Kurta mogłam się beztrosko śmiać, bo pozwalał mi na to zdystansowany narrator.

Wiem jednak, że nie wszyscy mają takie podejście jak ja i niektórym, nawet mężczyznom, kompletnie nie przeszkadza babska atmosfera w literaturze. Ba, wiele osób jej po prostu nie wyczuwa. 

Dzięki za szczegółową odpowiedź.

Zadałam pytanie głównie dlatego, że sporo razy spotkałam się z określeniem "babska" czy "kobieca" literatura albo fabuła, przy czym zwykle było to zarzutem, ale za każdym razem rozwinięcie tego epitetu (kiedy dopytywałam osób używających go) było trochę inne. ;)

Literatura kobieca to bardzo trudne zagadnienie :). Swoją drogą przypomniało mi się, jak już kiedyś zdarzyło mi się o tym powiedzieć, że często w takich "babskich" dziełach da się wyczuć kobiecą delikatność i elegancję w opisie krwawej bitwy, z czym akurat bardzo kojarzy mi się Kossakowska. Wydaje mi się, że wynika to z wrodzonych predyspozycji kobiet do bycia damą, a to wymaga specyficznego podejścia do świata.

Literatura kobieca tudzież babska to zagadnienie, jak już słusznie zauważono, trudne, więc moją opinię o predyspozycji do byciu damą zachowam na inny post. ;) I skupię się na samym tekście. 

Sam motyw bardzo mi się podoba, język tekstu jest barwny, a wykorzystanie bułgarskiego folkloru - wprost cudowne. Brakuje mi jednak dawkowania napięcia, manipulowania nastrojem poprzez rytm wydarzeń i zdań, co sprawia, że opowiadanie staje się nieco "płaskie" w odbiorze. Bardzo chętnie przeczytałabym wersję rozbudowaną, bardziej złożoną, bardziej dynamiczną. Mam cichą nadzieję, że takowa kiedyś powstanie. :) 

Nowa Fantastyka