- Opowiadanie: GaPa - Babuszka

Babuszka

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, regulatorzy

Oceny

Babuszka

Komandor Jengigns żuł źdźbło trawy, ze złością wpatrując się w zastępujący okno monitor. Przez chwilę manipulował umieszczoną na dachu zdalnie sterowaną kamerą, jednak ciągle był niezadowolony z osiągniętego efektu. Jego szczupła, pobrużdżona twarz wyrażała rezygnację.

– Panie majorze, będzie pan zaskoczony. Widzę wyłącznie szare prostokąty. Przyjmijmy, że to zdyscyplinowany smog – wyrzekł kwaśno, nie oczekując odpowiedzi.

Znali przecież sytuację. Znajdowali się w najlepiej strzeżonym na Ziemi budynku, którego wejście zdobiła skromna tabliczka „KEHM Siedziba Główna”. Oprócz niej od pozostałych biurowców odróżniały go potężne osłony, które utrudniały komandorowi obserwację. Nie były to atrapy. Pozostałe systemy obronne sprytnie zamaskowano, by nie zakłócały harmonijnej zabudowy Aglomeracji Centralnej. Wkrótce miały zostać zdemontowane, gdyż z uwagi na nasilające się napięcie na linii Komisji Etyki Handlu Międzyplanetarnego i Phalangidów zdecydowano o przeniesieniu jej siedziby do właśnie wykańczanego potężnego schronu, zlokalizowanego pod skalistymi stokami Kaukazu. Rozważana była także lokalizacja na Księżycu.

Major Milskiey się nie odzywał. Przyzwyczajony był do monologów przełożonego.

– Pamięta pan ten żart? – ciągnął tamten. – Jak spowolnić obrót planety? Należy rozdać ludziom fasolę i sprawić, by stanęli w jednej linii. – Wycelował kościsty palec w majora. – A my nie mamy już fasoli. Jej uprawa zwyczajnie się nie opłaca. Rozumie pan, o czym mówię? Tracimy wpływ na losy naszej planety.

Major wciąż milczał z szacunkiem. Nie rozumiał wszystkiego, o czym mówił Jengigns, nie takie też było jego zadanie. Komandor Jengigns był geniuszem w służbie Ziemi. A misją majora było służyć komandorowi. Czuł, że zbliżają się kłopoty. Westchnął cicho, a przez twarz przemknął mu cień. Wsłuchał się znowu w słowa przełożonego.

– Nie opuszczamy tego budynku od roku. Sytuacja nas zmusiła. Kupuje pan to? Zostałem zmuszony, a od roku nie widziałem muchy! Tylko pająki, wszędzie pająki! Co my tu robimy? – popatrzył znacząco na jedynego słuchacza.

Tym razem major uznał, że należy odpowiedzieć.

– Jest pan szefem Komisji, której Pająki, znaczy Phalanidzi, to znaczy rasa kosmicznych handlarzy…

– O ohydnej aparycji – wtrącił komandor.

– Rasa kosmicznych handlarzy o ohydnej aparycji – poprawił się jego podwładny – przedstawia produkty, które chce oficjalnie wprowadzić do dystrybucji. A Komisja może zezwolić na dopuszczenie ich do ziemskich rynków, jak i odmówić takiej zgody, co zazwyczaj wiąże się z kosztowną, wyniszczającą batalią sądową.

– Taaak – odparł komandor cichym, zachrypniętym głosem. – Proste postrzeganie świata. A ja ich nienawidzę. To daje mi siłę – wyrzekł nagle z mocą. – Od razu czułem, że coś nie tak z tym papierem, który chcieli nam wcisnąć. I co się okazało? Tylko i wyłącznie na oficjalnych pismach, na nim wydrukowanych, pojawiały się po jakimś czasie obsceniczne hasła. Absurdalne, po prostu głupie. To takie… – długo szukał pasującego słowa – …dziecinne.

Major uśmiechnął się. W niektórych z tych napisów pojawiało się nazwisko Jengignsa, którego zdawali się postrzegać jako głównego wroga.

– Albo pamiętasz tę maszynę do wywoływania deszczu? – ciągnął komandor. – Za każdym razem, jak była użyta, nieważne gdzie, w nas walił grad. Były też oczywiście naprawdę groźne rzeczy… Chociażby ta seria znaczków pocztowych nasączona środkiem obniżającym inteligencję, zdaje się z podobiznami ssaków australijskich. Chcą nas zdominować ekonomicznie. Patrzmy w historię, kolonialna Anglia i zrujnowanie Indii. Szczególnie jaskrawym przykładem jest tu indyjski przemysł tekstylny, tak szybko doprowadzony do zagłady. Nie możemy sobie pozwolić, żeby narzucili nam reguły gry. Ale tym razem nas pokonali. Nie wiem jak, ale jestem przekonany, że już po nas. Coś się zmienia w ich produktach, jakby skorygowali taktykę na bardziej subtelną. Lata prosperity i wolności już za nami. Pana też załatwili, dla mnie jest pan już tylko zombi. Zawaliłem.

Dalsze rozważania komandor kontynuował w myślach: – A kiedy się dowiem, jak tego dokonali, będzie za późno. Jestem jak mydlana bańka, rozprysnę się miriadami kropel i Ziemia będzie bezbronna. Ziemia i jej mieszkańcy, co do jednego. Duzi, mali, szpetni, młodzi, starcy. Byłem ostatnim bastionem, ale uległem, okazałem się słabym ogniwem. Zostałem przechytrzony przez ośmionogie potwory. Tym razem idzie o dusze.

– Tak, tak – powiedział głośno do majora, który z przerażeniem obserwował przełożonego. – Podchody się zaczęły. To koniec początku i zarazem początek końca. Zostawią jedynie szewców i ortopedów, reszta w kokon, rurka w pupsko i po nas. Nie powinienem był dzwonić do niej w nocy – zmienił nagle temat. – Przecież już nic nas nie łączy. Rozwód nastąpił miesiące temu.

Załamany ukrył twarz w drżących dłoniach. Szlochał.

 

Major wezwał lekarza. Sam był roztrzęsiony, nie widział jeszcze dowódcy w takim stanie.

– Panie komandorze, to tylko chwilowa niedyspozycja – starał się opanować panikę. Czymże jest Komisja Etyki Handlu Międzyplanetarnego bez Jengignsa? A czym Ziemia bez jej płaszcza ochronnego? I o co poszło? O zwykły program do tworzenia awatarów.

 Sprawdzona przez fachowców aplikacja wykonywała połączenia wyłącznie z oficjalnym serwerem reklamowym Phalangidów. Wyglądało to na zwykłą, zaprawioną robotą marketingowców zabawę. A jednak komandor dostrzegł tam coś jeszcze. Nie umiał tego nazwać, ale jego wyostrzone na polu walki z ośmionogami zmysły wyczuły jakąś ukrytą wartość dodaną.

Tak jak z Nieziemskim Wibracyjnym Młotkiem Do Rozbijania Mięsa, co do którego Komisja wydała pozytywną opinię, pomimo oporu komandora. Szybko zalały rynek i co się okazało? W czasie pracy w całej okolicy wyły psy. Defekt dotknął niewielką liczbę egzemplarzy, ale wszystkie nabyte przez ludzi związanych z ziemskim aparatem władzy były wadliwe. Tym właśnie przejawiała się chirurgicznie dawkowana nikczemność i złośliwość tej pajęczej rasy. Lista ciągnęła się bez końca.

– Będę opiniował pana na moje stanowisko – powiedział komandor, wstając ciężko, wsparty o ramię lekarza.

– Proszę nie podejmować pochopnych decyzji, na pewno szybko się pan wyliże – odpowiedział w puste oblicze zatroskany Milskiey.

Gdy został sam, wyrzekł: Boże, niech szybko tu wraca. Zbyt wiele złożono na jego barkach. Kto nas teraz ochroni przed knowaniami tych bestii? Jeśli lekarz pozwoli, jutro go odwiedzę. Ciekawe, czy można nabyć kolekcjonerski zestaw specjalnie spreparowanych traw. Przeżuj to sam – zaintonował do melodii starego przeboju. Komandor na pewno znalazłby pociechę w takim prezencie. Trzeba zacząć od dobrze znanych, małych rzeczy.

 

Gdy dwa tygodnie później świeżo awansowany podpułkownik Milskiey przedstawiał szefowi ziemskiej faktorii Phalangidów warunki dopuszczenia do obrotu ich programu, czuł promieniujące z ekranu poczucie tryumfu. Połączone ze zwyczajową pogardą i łatwo dającym się wychwycić poczuciem wyższości.

– Przerobili nas – powiedział po zakończeniu negocjacji. – Jengigns oczywiście miał rację. Złe ziarno zostało zasiane. Czekajmy na plony. Cóż to będzie? Ryją z każdej strony, aż nic nie pozostanie nasze. I nikt po naszej stronie.

Przyrządził herbatę. Popijając napar, smętnie wpatrywał się w telewizor, pokazujący tętniące życiem centrum miasta. Byle nie myśleć o tych potworach, coraz gorszym bilansie handlowym, zamykanych fabrykach. Nagle zapragnął chwycić w usta źdźbło trawy, a łza zwabiona grawitacją zwilżyła blat surowego, dębowego stołu.

 

***

 

Wolał, gdy nazywano go Bart. Babcia od razu to zaakceptowała. Kochał ją. Co innego biologiczni rodzice. Ojciec był dziwkarzem. W tym jednym słowie zawierała się też pełna charakterystyka matki. To babcia go wychowała. Nie potrafił inaczej się do niej zwracać, zawsze mówił: „babciu”. Gdy odeszła, został sam, bez wsparcia i pociechy. Pochłonęła go praca, wspinał się po szczeblach kariery, a wkrótce miał objąć wysokie stanowisko w agendzie ONZ zajmującej się wolnym obrotem towarowym.

Jednak nie praca go teraz absorbowała. Siedział podekscytowany przed ekranem komputera. Reklamy nie kłamały. To naprawdę była ona! Zeskanował wszystkie zdjęcia, na których została utrwalona, długo opowiadał, jaka była, co mówiła, lubiła, z czego się śmiała. Coraz rzadziej musiał poprawiać program. Wiedział, że to nie ona, że to tylko jego wyobrażenie o niej, ale z każdym dniem trudniej było zachować dystans. Jakby wciąż mieszkała w pobliżu, a on właśnie do niej dzwonił. Jak zawsze inteligentna, złośliwa, wypełniona zabobonami i ciepłem. Chwila reklam, logo Phalangidów z oficjalną pieczęcią KEHM i była gotowa do rozmowy.

 

Działo się to o zachodzie słońca.

– Popatrz – roześmiała się. – Moje zmarszczki, jakbym miała na policzku pajączka!

– Cała jesteś jak pajączek! – odpowiedział śmiechem.

– Biega po ścianie zajączek, nie ma nóżek ani rączek – zachichotała raz jeszcze. Szybko otworzyła i zamknęła usta, jakby była drapieżnikiem, który właśnie upolował beznogiego uszatego.

– Masz refleks, babciu. Jak ninja!

Rozmawiali jeszcze przez chwilę, przekomarzając się. Pożegnał ją i położył się spać. Wezbraną falą wypełniło go uczucie wdzięczności dla istot, które potrafiły tego dokonać. Oto otrzymał piękny dar, niemal za darmo. Cena była znikoma. Wiedział, co czuł do twórców programu – to miłość.

Powróciło wspomnienie dzisiejszej rozmowy. „Popatrz, co ona na siebie włożyła. Koniu ukradła?” – rechotała wesoło, oceniając sąsiadkę. „Ale nie szata zdobi człowieka” – dodała. Właśnie, nieważne jak wyglądasz, ważne, co dajesz innym. I czym możesz się odwdzięczyć. Z taką myślą zasnął.

 

Pająk plecie sieć – dokładnie w tym samym momencie pomyślał komandor Jengigns, niespokojnie przewracając się na drugi bok. Co wydawać się mogło tylko zbiegiem okoliczności.

Koniec

Komentarze

Tytułem usprawiedliwienia - jest to poprawione opowiadanie sprzed zaledwie paru dni. Musiałem pożegnać się z tematem (uwolnić mózg od pana komandora i ośmionogów), a czas... Czas mnie skrępuje i nie puści, na jakiś czas ;) Dlatego tak szybko.

Chciałem też podziękować osobom, które skomentowały poprzednią wersję, jeśli jest lepiej - jest to również Wasza zasługa, jeśli gorzej - mogę przez miesiąc pić przeterminowane piwo... nie dłużej (no i z przerwą na Chmielaki ;)

pzdr

Jest lepiej. Teraz mi się podoba, bo wygląda zrozumiale i znacznie bardziej przejrzyście, przynajmniej dla mnie. No i naprawdę podobają mi się pomysły z pierwszych akapitów tekstu.

Teraz te pająki mają sens. Przyczepiłabym się do tego, jak wygląda ten tekst - gdzieś wstawiłabym jeszcze gwiazdki, żeby to jakoś oddzielić czytelnie... Ale podoba mi się. Naprawdę się pozmieniało. To... hm, dla mnie to zaskakujące, do tej pory nie podejrzewałam, że można tak popracować nad tekstem, żeby aż do tego stopnia go zmienić. To mi się bardzo podoba.

Ta historia jest sympatyczna. Pająki, sieci, drobne złośliwości obcych (urocze!)... I "koniu" w ramach wisienki. Fajno.

Ciągle kojarzę ten tekst --- a poprzedni też --- ze "Szklanką po lapkach" i Leslie Nielsenem...

Byłby z tego fajny scenariusz filmowy.

> Altair Black

> Jest lepiej.  (...)

Uff, więc mogę odpocząć ;) Cieszę się, że udało się coś wyciągnąć z poprzedniej, nieudanej wersji ;) Mam nadzieję, że nieprzyjemny osad został zmyty.

 

> RogerRedeye

> Ciągle kojarzę ten tekst --- a poprzedni też --- ze "Szklanką po lapkach" i Leslie Nielsenem...

Oj, to chyba dobrze ) A pan Nielsen... Nikt tak oprócz niego i Petera Sellersa nie potrafił z kamienną twarzą wygłaszać absurdalnych dialogów...

pzdr

I tak właśnie jest.

> RogerRedeye

> A tak w ogóle to opowiadanie kojarzy się z klasyką kina... Oto link: http://roznefilmy.strefa.pl/Dr_Strangelove.htm/

 

Ha, w tę stronę Cię poniosło... ;)

Świetny film, Sellers szaleje, ale i George C. Scott daje do pieca. Taaak, Peter Sellers, w filmie Kubricka...

pzdr

Pewno, że nieprzyjemny osad zmyty. Zostało dobre wrażenie ;)

> Altair Black

Oj dobrze ;)

pzdr

Podobało mi się.

Pozdrawiam.

Fajnie, mam wrażenie, że teraz opowiadanie bardziej przybrało formę, jaką miało posiadać. Poprzednia wersja była z zakalcem.

pzdr

Warto było czytać ze świadomością, ze pompki zrobione, a kilometry przeszedłnię... eee... też zrobione.

Mnie sie podoba ogólnie sam pomysł.

> niezgoda.b

> Warto było czytać ze świadomością, ze pompki zrobione, a kilometry przeszedłnię... eee... też zrobione.

O tak, i nawet przetwór przetwornięto.

> Mnie sie podoba ogólnie sam pomysł.

Hm... to już coś ;)

pzdr

Niezły tekst, zachęcający do refleksji. I do poszukiwania ziemskich pająków…

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo, za komentarz. Jak widzę, prowadzisz wykopaliska. Co do pająków miałem jeszcze jeden tekst “pajączkowaty”, troszkę alternatywny w stosunku do tego, “Gdy karmisz potwory”, ale leży w kopiach (po zmianie wersji strony czeka na edycję).

pzdr

Bardzo zgrabnie wyplecione opowiadanie i pewnie dlatego lektura okazała się całkiem satysfakcjonująca. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, myślę że “Babuszka” jest… fajna (jako opowiadanie). Dość kompletna (jak na mnie). Pozdrawiam bez nawiasu ;)

【 ๏̯͡๏】 【ツ】

Nowa Fantastyka