- Opowiadanie: Montgomery - Zjawa z "Genova Sky"

Zjawa z "Genova Sky"

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zjawa z "Genova Sky"

Żarówka w wąskim korytarzu zamigotała złowieszczo. Wielki Pastafari Ian McReady przełknął nerwowo ślinę i mocniej zacisnął palce na metalowym talerzu. Otworzył właz do pierwszego pomieszczenia w tym korytarzu i aż odetchnął z ulgą, kiedy okazało się składzikiem na narzędzia. Jak dotąd nie natrafił na żaden ślad ducha, przed którym tak go ostrzegała załoga. Czuł jednak, że coś go obserwuje – jakaś obca świadomość. McReady podszedł do drugich drzwi. Spojrzał na talerz i dla dodania sobie odwagi zaciągnął się zapachem doskonałego spaghetti z papryką i czosnkiem. Otworzył drzwi i stanął naprzeciw ciemności. Przerażony kapłan odskoczył pod przeciwległą ścianę.

– Pokaż się nieczysta duszo, która nie zaznałaś świętego smaku spaghetti i mocy jego Pana! W imię Wielkiego Latającego Potwora Spaghetti opuść ten statek!

Nic się nie stało. McReady uświadomił sobie, że światło w pomieszczeniu nie włączyło się automatycznie. Po prostu. Odetchnął z podwójną ulgą, ani nie spotkał zjawy, ani nikt nie widział jak się wydurnił. Nagle, na drugim końcu korytarza otworzyła się gródź, a z oddali dobiegł go przeraźliwy pisk. Pastafari podskoczył jak oparzony, kiedy poczuł, że coś spadło mu na kark. Talerz spaghetti z brzękiem spadł na pokład.

 

Niebo nad Cockney City było bezchmurne, a temperatura powietrza osiągnęła całe dwadzieścia stopni. Ponieważ zwyczajową pogodą na całym Starym Winstonie były deszcze i mgły, mieszkańcy skwapliwie wykorzystywali chwilową anomalię. Ludzie zapełniali parki i place, a kobiety zdejmowały rajstopy. Podobna atmosfera zapanowała na tarasie kosmoportu, gdzie obsługa błyskawicznie ustawiła leżaki. Czekający na odlot pasażerowie i załogi statków omal się o nie pozabijali.

– Długo tam już siedzą? – spytała znudzonym głosem Imogen Atherton. Kobieta zsunęła na bok ramiączka biustonosza i jeszcze bardziej rozpięła suwak kombinezonu.

Rudowłosej piękności udało się zdobyć ostatni wolny leżak i postanowiła popracować nad swoją opalenizną. Jej towarzysze, człowiek i k’Benthala, początkowo nie odpowiedzieli. Bardziej interesował ich widok Cockney City wraz z górującą nad miastem iglicą Mega Bena. Podobnie jak Imogen ubrani byli w żółte kombinezony.

– Ponad godzinę – odpowiedział w końcu Alican Atuk. Wysoki mężczyzna o kręconych włosach okręcił się na pięcie i spojrzał na swoją zwierzchniczkę.

– Nie gap się na moje cycki, Ali. Pozwalam na to tylko kapitanowi. Czasem.

Ali prychnął gniewnie.

– I naszemu „pasażerowi”. – Imogen pokazała mu palec.

– Jak szczenięta – Yq Toulpa, łysy obcy o bladoniebieskiej skórze również obrócił się i skierował różowe oczy na kłócącą się dwójkę. – Lepiej pomyślcie co zrobić, jeśli tym egzorcystom też się nie uda.

– Yq, wszyscy siedzimy w tym równie głęboko – powiedziała Imogen. – Skąd kapitan miał wiedzieć, że „Genova Sky” jest nawiedzony. Poza tym, czy mam przypomnieć dlaczego musieliśmy na gwałt kupić nowy statek?

K’Benthala zastrzygł nerwowo owłosionymi uszami.

– Pika! Ile mam przepraszać, że nie zauważyłem tej asteroidy? Poza tym spędziliśmy w tej kapsule tylko trzy dni.

– Myślę, że do samego końca – Ali uśmiechnął się złośliwie – I tak masz szczęście, że jako mechanik nie masz sobie równych. Inny kapitan wywaliłby cię przez śluzę.

– A propos kapitana – Yq spojrzał w stronę wejścia na taras – Jak to ludzie mówicie, o wilku mowa.

Ali i Imogen podążyli za wzrokiem k’Benthala. Lekko chwiejnym krokiem zbliżał się do nich kapitan Brian Mallory w towarzystwie błękitnego robota, dźwigającego kilka siatek z Tesco. Imogen zerwała się z leżaka i zapięła kombinezon.

– Znowu jest pijany! – wydarła się na robota i walnęła go pięścią w tors – Miałeś go pilnować, Złomek.

Automat nazwany Złomkiem (a naprawdę model DD7 Toshiba) spokojnie postawił siatki na ziemi i spojrzał na, widoczny w oddali, zegar Mega Bena.

– Wybiła piąta – stwierdził filozoficznie. Ze skrytki w torsie robot wyjął kubek i nalał do niego jakiegoś brązowego płynu z palca. Następnie podał naczynie kapitanowi. – Pańska herbata, sir. Odpowiadając na pani pytanie, panienko Imogen, uciekł mi na zakupach. Nie mogłem go gonić, bo akurat płaciłem. Poza tym wypił tylko dwie podwójne szkockie.

– To o dwie za dużo! – rudowłosa łypnęła groźnie na swojego szefa.

– No co? Nie histeryzuj, Imogen. Ten ciul Chagarlapudi obciął nam dziesięć procent. Twierdzi, że stal w jednej ze skrzyń zardzewiała i to z pewnością przez naszego ducha.

– Pieprzony ździerca – syknął przez zęby Ali, Yq znowu zastrzygł uszami, a Imogen drugi raz walnęła Złomka. Automat pozostał niewzruszony.

– Ale… – kontynuował kapitan Mallory. – Załatwił nam kolejny transport, na Inny Wrocław. A co z naszymi egzorcystami?

Jego załoganci spojrzeli po sobie niepewnie.

– Jak na razie nie wrócili – odpowiedziała w końcu Imogen.

– Oby nie wylecieli nago z ogolonymi głowami. Jak ten pop z Gwiezdnej Meteory – przypomniał sobie Ali.

– Wszystko mylisz – sprzeciwił się Yq. – To był Głos Meat Loafa. Popa znaleźliśmy z głową w kiblu.

– I od tej pory nie mamy czego szukać na Lacedemonie. – uciął dyskusję Mallory.

Chciał coś dodać, ale przerwał mu wrzask. Zgromadzeni wokół ludzie i obcy z niedowierzaniem wpatrywali się w dwójkę, która właśnie wbiegła na taras. Był to wielki Pastafari, który dziko podskakiwał, bił się po karku i klął. Towarzyszyła mu szczupła blondynka w czarnej garsonce i koszuli z koloratką. W klapie jej żakietu lśnił złoto-zielony krzyżyk Anglikańskiego Kościoła Wolnych Panien. Kobieta miała zmierzwione włosy i obłęd w oczach.

– To… On.. To… – wikariuszka próbowała coś powiedzieć, ale nie była w stanie sklecić rozsądnego zdania i tylko pokazywała za siebie palcem.

Tymczasem Pastafari McReady cisnął na ziemię swoją bluzę i próbował wyciągnąć coś zza kołnierza polo.

– Ratujcie! – darł się.

Imogen podskoczyła do oszalałego kapłana. Pewnym ruchem sięgnęła za jego kołnierz i z triumfalnym okrzykiem wyrwała czarny, bezkształtny kłębek materii. Spojrzała na niego… i wybuchnęła dzikim śmiechem. McReady i pozostali spojrzeli na nią pytająco. W odpowiedzi kobieta rozłożyła szeroko „napastnika” prezentując koronkowe stringi. Na ich widok zgromadzeni przyłączyli się do śmiechu Imogen. Za to wikariuszka spłoniła się jak rak, wyrwała Imogen majteczki i bez słowa rzuciła się biegiem do wyjścia.

– A pani honorarium?! – rzucił za nią Ali.

– Walcie się!

Pastafari McReady przestał się w końcu śmiać, podniósł z ziemi swoją bluzę i ciężko klapnął na wolny leżak.

– Wybaczcie mi. Dawno tak się nie uśmiałem. Przy okazji, dziękuję za pomoc, panno Atherton. Bałem się, że zaatakował mnie pełzacz peridiański. Niestety ja również nie mogę przyjąć od was zapłaty. Nie dałem rady wygonić waszego ducha.

– No to mamy naprawdę przesrane – stwierdził kapitan Mallory. Imogen zaklęła szpetnie.

– Wasz duch jest aż tak niebezpieczny?

– Taa… Niebezpieczny dla naszej reputacji. „Genova Sky” jest już znany na większości planet sektora Lawinii jako nawiedzony statek. Spedytorzy boją się powierzać nam ładunek bo ta pieprzona zjawa jest wybredna. Jeśli jej się nie podoba, rzuca skrzyniami po ładowni.

– To rzeczywiście problem. Spróbujcie z innymi egzorcystami.

– Pan i panna Dawson byliście ostatni. Zaliczyliśmy większość religii sektora. Zostali tylko Terranie, którzy jednakowoż nie uznają duchów i opętania. Więc jesteśmy w kropce – Mallory dokończył herbatę i oddał kubek Złomkowi.

– Naprawdę współczuję, kapitanie – pastafarianin zastanowił się. – A próbowaliście z obcymi egzorcystami?

Załoga „Genova Sky” aż rozszerzyła oczy ze zdumienia.

– Co takiego? – wykrztusił w końcu Mallory.

– No tak. Na pokładzie wyczułem… obecność. I mogę zdecydowanie stwierdzić, że nie jest to dusza człowieka. Choć ciągle duch.

– Jak to pan wyczuł?

– Jestem telepatą drugiej klasy. Pomyślcie nad tym – McReady podniósł się z leżaka – Jeszcze jedno. O co chodzi z tą bielizną?

– Ma jakąś awersję do stringów – odpowiedziała z wściekłością Imogen. – Podarł mi wszystkie pary i muszę teraz nosić bokserki.

Załogantów pożegnał szczery śmiech McReady’go. Mallory spojrzał pytająco na swoich podwładnych.

– I co tym sądzicie? Ten walnięty naukowiec z Santa Lucia też twierdził, że na pokładzie siedzi obcy.

– Kapitanie, on uważał, że to bezcielesny wampir fal mózgowych, który doprowadzi nas do obłędu.

– Fakt – odezwała się Imogen. – Ale, że to obcy… Idziemy na statek. Pokażę wam coś, co chyba może nam pomóc.

 

Podbudowana słowami Imogen załoga „Genova Sky” zeszła z tarasu i ruszyła do sektora kosmoportu, gdzie przycumowali. W drodze spotkała ich jeszcze jedna niespodzianka. Przy rękawie cumowniczym Mallory’ego zaczepił starszy jegomość w tweedowej marynarce.

– Kapitan Mallory? – zanim ten zdążył odpowiedzieć staruszek energicznie potrząsnął jego dłonią. – Profesor Eddington z Uniwersytetu Blaira. Dowiedziałem się niedawno o pańskim, tak zwanym, duchu. Podejrzewam, że to rzadkie zjawisko kwantowe powodujące losowe zaburzenia kontinuum. Proszę pozwolić mi na przeprowadzenie dokładnych badań i…

– A idź pan w cholerę!

Imogen wstukała kod na panelu i otworzyła gródź. Pozostali wciągnęli za sobą rozwścieczonego kapitana, który chciał właśnie zaatakować profesora siatką z Tesco. Naukowiec uciekł z krzykiem. Imogen spojrzała z dezaprobatą na kapitana, który w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami. Dziewczyna zamknęła gródź i energicznym krokiem ruszyła w stronę części sypialnej statku. Po kilku minutach wszyscy zatrzymali się przed jedną z łazienek.

– Zajrzyjcie tam.

Pozostali spojrzeli na nią pytająco.

– Przecież to twoja osobista łazienka – odezwał się w końcu Yq. – Zawsze zabraniałaś nam z niej korzystać.

– To wyjątkowa sytuacja. Właźcie tam.

– Imogen! Wiesz co sądzę o graffiti! – wydarł się kapitan. – Co to ma, kurwa, być!?

Wszyscy ze zdziwieniem wpatrywali się w ściany, które w kilkunastu miejscach pokryte zostały dziwnym, pełnym zawijasów pismem. Ali potarł jedną z liter i ze zdumieniem stwierdził, że napis wykonano przy pomocy szminki.

– O tym chciałam powiedzieć. Te napisy zaczęły pojawiać się jakiś tydzień temu.

– I nic nie powiedziałaś? – krzyknął Mallory.

– Nie wrzeszcz na mnie, Brian! Ten zafajdany duch zmarnował na te napisy moją najlepszą szminkę. Najpierw je zmywałam, ale każdej nocy pojawiały się znowu, więc je zostawiłam. Myślałam początkowo, że to jakieś bezmyślne bazgroły, ale wczoraj zeskanowałam je i wrzuciłam do sieci. Okazało się, że to pismo Mogarytów. Niestety, ich języka nie ma w TransNecie.

Kiedy Imogen wypowiedziała ostatnie słowa rozległ się szum spuszczanej wody, spadła zasłonka z prysznica, a z kranu umywalki trysnęła woda, która ochlapała wszystkich w łazience. Przerażeni załoganci wyskoczyli jak oparzeni z pomieszczenia. Oczywiście poza Złomkiem, który jak zwykle zachował metalowy spokój.

– Sugerujesz, że mamy ducha Mogaryty? – zapytał Mallory, wycierając twarz chusteczką

– Myślę, że właśnie dostaliśmy odpowiedź – Imogen wyciskała z włosów wodę.

– No to zajebiście – stwierdził ze złością kapitan. – Koras VII jest prawie czterysta lat świetlnych od sektora Lawinii. Nie stać nas na tyle paliwa!

– Nie musimy lecieć aż na Koras VII – Alican uśmiechnął się tajemniczo. – W ostatnim NG pisali o obcych enklawach w sektorze. Jedna z nich znajduje się na Nova Silesia. O ile sobie przypominam, to na przedmieściu Hindenburga. Zgadnijcie jaka?

– Mogarycka! – odpowiedzieli pozostali chórem

– Dokładnie. I jak sam właśnie powiedziałeś, szefie, mamy właśnie transport na stację Inny Wrocław…

– Która orbituje wokół Silesii – dokończył za niego Mallory. – Szykujcie statek do startu. Ja zadzwonię do Chagarlapudiego, żeby do wieczora przysłał ładunek. I jeszcze jedno. Imogen, poszperaj w danych o poprzednich właścicielach statku. Chcę wiedzieć, skąd wziął się tutaj Mogaryta!

 

– To jeszcze raz, Imogen – poprosił Ali i dolał koleżance herbaty.

– Rany! – pilot „Genova Sky” przewróciła oczami. – Już dwa razy opowiadałam co udało mi się ustalić. No nie patrz tak już, ale ostatni raz.

Siedzieli we dwójkę w kambuzie przy popołudniowej herbacie. Kilka godzin temu „Genova Sky” wylądował w kosmoporcie Hindenburga. Kapitan Mallory razem z Yq’em ruszyli na poszukiwanie mogaryckiego egzorcysty, a Złomek, jak zwykle, wybrał się na zakupy.

– Dziesięć lat temu nasz kochany rzęch był statkiem przemytników. Niestety jego kapitan miał pecha. Pewnego dnia wyczerpał swój limit wpadek i zginął razem z załogą, kiedy torpeda Służby Celnej wybiła dziurę w poszyciu. Z tego co ustaliłam, wśród załogantów znajdował się Mogaryta. Zapewne nasz „pasażer”. Swoją drogą, jest ostatnio wyjątkowo spokojny. Poustawiał równo skrzynie w ładowni, podaje mi ręcznik…

– Widać cieszy się, że w końcu stąd odejdzie. Może. – kostka cukru uderzyła Alego w środek czoła. – Sorry, nie bądź taki drażliwy. Ale pamiętasz, że Mogaryci to brodate karły o pomarańczowej skórze?

– Tak słyszałam, ale jego akurat nie widzę. Zresztą czytałam, że tak naprawdę są bardzo uprzejmi. A kontynuując. Wrak wyremontowała spółka Ceylani Transport & Trade i wykorzystywała do przewozu towarów w systemie Zosma. Wtedy też pojawiły się pierwsze doniesienia o problemach technicznych, które okazały się być winą naszego ducha. Ostatecznie spółka wystawiła statek na sprzedaż za minimalną cenę, po tym jak luk transportowy otworzył się podczas startu. Ładunek spadł na pałac prezydenta Tropiki, który zaocznie skazał pracowników Ceylani na śmierć, jeśli spróbują wrócić na jego planetę. Nie muszę dodawać, że przed wystawieniem „Genovy” na sprzedaż spółka starannie wyczyściła historię wypadków.

– Więc pozostaje dziękować twojemu kuzynowi z Magistratu.

– Na pewno mu podziękuję, jest najseksowniejszym z moich dalekich kuzynów – rozmarzyła się Imogen.

Alican chciał coś dodać, ale rozległo się pikanie oznajmiające, że właśnie otwarto główny luk. Obaj załoganci zerwali się od stołu i pobiegli do ładowni. Port w Hindenburgu był mały i nie posiadał rękawów cumowniczych, dlatego też wyjść i wejść można było tylko przez część załadunkową. W ładowni czekali już na nich Yq oraz kapitan Mallory w towarzystwie Mogaryty. Imogen i Ali poświęcili chwilę na dokładne przyjrzeniu się obcemu. Dla obu było to pierwsze spotkanie z tą rasą. Mogaryta miał około półtora metra wzrostu, beczkowatą sylwetkę, ogniście pomarańczową skórę i szarą brodę do kolan. O dziwo, pod wzorzystą tuniką miał ziemskie dżinsy i takież okulary przeciwsłoneczne na czole. Niósł też torbę, z której wystawało coś przypominającego butlę gazową.

– Dobrze, że jesteście – ucieszył się Mallory na widok swoich podwładnych. Imogen stwierdziła, że pierwszy raz od dawna nie upił się po zejściu na powierzchnię. – To Kerfiris Chodzący we Mgle. Jest egzorcystą i kapłanem boga Zaświatów. Razem z Yq’em przedstawiliśmy mu nasz problem i zgodził się pomóc.

– Za dwa tysiące – dorzucił k’Benthala.

– Cena nie gra roli – powiedziała Imogen. – Oby poskutkowało. Witam na pokładzie…panie Kerfiris.

Mogaryta łypnął podejrzliwie na wyciągnięta dłoń, a potem na samą Imogen.

– Jesteś samicą i odzywasz się do mnie? Wy, ludzie, jesteście jednak prymitywni.

– Hola! Jestem pilotem i nie dam się obrażać! I to ma być ta wasza pieprzona uprzejmość?! Kogoś tu przyprowadził, Brian?

– Oni chyba wszyscy tak mają. Są bardzo.. . konserwatywnym ludem.

– Skandal, panie Mallory! – teraz wybuchnął Kerfiris. – Nie wejdę na statek pilotowany przez samicę!

Mogaryta tupnął gniewnie i szarpnął brodę, a Imogen pogroziła mu pięścią.

– Spokój! – krzyknął Ali, który wszedł między nich. – Imogen, schowaj dumę do kieszeni. Panie Chodzący we Mgle, myślę, że trzy tysiące kredytów będą lepszym rozwiązaniem.

Imogen opuściła ręce, jednak widać było, że ciągle jest wściekła. Mogaryta Kerfiris z kolei, podrapał się po nosie i w końcu burknął, że akceptuje ofertę.

– Bierzmy się w takim razie do roboty. Nie zostanę tu dłużej niż to potrzebne. Gdzie pojawia się shenlaq?

– Co takiego? – spytał zdziwiony Mallory

Kerfiris nerwowo szarpnął brodę.

– Zagubiony, czyli „duch”.

– W zasadzie na całym statku, ale w jednym pomieszczeniu zapisał całe ściany waszym pismem.

– Prowadźcie tam.

– Ale… – próbowała wtrącić się Imogen.

– Cicho, Imogen. – rzucił twardo kapitan. – Złomek wyszoruje ci potem łazienkę do połysku. Za mną, panie Chodzący we Mgle.

Alican, Imogen i Złomek ruszyli za kapitanem i Kerfirisem do nawiedzanej łazienki. Na miejscu Mogaryta postawił na ziemi swoją torbę, z której wyjął małą butlę gazową z ustnikiem.

– Wejdę teraz do środka, sam, i spróbuję nawiązać kontakt z zagubionym. Przyjrzę się także jego przesłaniu.

– Można zapytać jak zamierzasz z nim rozmawiać? I dlaczego nie pisze po angielsku? Przecież wcześniej latał z ludźmi.

Mogaryta zatrzymał się z ręką na klamce.

– Nie jest to tajemnicą, użyję świętych oparów, aby otworzyć się na świat dusz. Jakby kto pytał, opary działają tylko na Mogarytów i są w pełni legalne. A drugie pytanie. Podejrzewam, że esencja zagubionego jest na tyle rozproszona, że choć pamięta częściowo swoje cielesne życie, to jednak odszedł na tyle daleko, że może porozumiewać się już tylko rodzinną mową.

Drzwi zatrzasnęły się, a załodze „Genovy” pozostało czekać.

 

Pół godziny później Kerfiris wybiegł z łazienki jak poparzony, miał rozbiegany wzrok i był wyraźnie pobudzony. Wrzucił swoją butlę do torby i narzucił ją na ramię.

– Tak, kapitanie Mallory. Sprawa jest prosta. Wystarczy, że odprawię pewien rytuał w naszej świątyni i odeślę go w Zaświaty. W sumie nawet nie musi pan płacić. Trafię do wyjścia.

To ostatnie rzucił przez ramię, prawie biegnąc w stronę ładowni. Wtedy stało się coś dziwnego. Mogaryta nagle oderwał się od pokładu i uniósł w powietrze. Bezskutecznie machał rękami i nogami, a w końcu wyrzucił z siebie długie zdanie po mogarycku. Zdziwienie na twarzach Mallory’ego i pozostałych zmieniło się w podejrzenie, kiedy w odpowiedzi na własne słowa Kerfiris uderzył głową w sufit.

– Ray’ya viq! – głowa Mogaryty ponownie spotkała się z sufitem, tym razem mocniej. – I la Terri! Au! Naa. – Kerfiris twardo spadł na podłogę.

– Chyba zapomniałeś nam o czymś powiedzieć – Mallory uśmiechnął się bardzo nieprzyjemnie. Podniósł karła za kołnierz i przycisnął do ściany.

– Tak – odpowiedział szybko przerażony kapłan. – Ten zagubiony polubił was i wybrał jako tych, którzy pomogą mu zakończyć ostatnią sprawę na tym świecie.

– Streszczaj się. Robimy się nerwowi.

– Już, już. Wasz zagubiony nazywał się Rannat Dwa Języki i prawie sto lat temu należał do załogi Raola Żółtego Roga.

– Tego argonidzkiego pirata, który złupił Kalanę? I którego skarbu nigdy nie odnaleziono?

– Tak! Był ostatnim z jego towarzyszy i równocześnie ostatnim, który był przy tym jak Raol pieczętował swój skarbiec. Raol nigdy tam nie wrócił, ponieważ w końcu został złapany i skazany na śmierć. Jednak nie zdradził miejsca ukrycia skarbu. Rannat uważa, że nie przeszedł w Zaświaty z powodu tajemnicy, której strzegł tyle lat. Mówi, że skarb wam się należy ponieważ nie jest już wprawdzie w stanie was zrozumieć, ale widzi, że jesteście…porządni. To tyle. Naprawdę!

– Co o tym sądzicie? – Mallory zwrócił się do Alego, Imogen oraz Yqa, ale nie puścił Mogaryty.

– Brzmi to cholernie nieprawdopodobnie, ale jednocześnie, to może być prawda – wyraziła opinię Imogen. Yq i Ali tylko przytaknąli.

– Czy du… Rannat powiedział, gdzie jest ten skarb?

– Na Pytii – wydusił z siebie Kerfiris.

– Nie kojarzę. Imogen?

Dziewczyna wyjęła z kieszeni notatnik i wstukała nazwę planety.

– Niezamieszkana planeta w systemie Naksos. Tlenowa atmosfera, surowe warunki. To tydzień drogi stąd.

Mallory zastanowił się przez chwilę.

– Po zapłacie za ostatni transport mamy wystarczająco dużo paliwa i, chwilowo, żadnej roboty. Lecimy tam, skoro to jedyny sposób na pozby… znaczy się odesłanie naszego pasażera. Ali, zadzwoń do Złomka, niech kończy zakupy i przyniesie z powrotem swoją blaszaną dupę. A ty, Kerfirisie, mam nadzieję, że nie kłamiesz.

– Nigdy! Przerażasz mnie! – Mogaryta wyglądał jakby miał zaraz zemdleć.

– A ponoć jesteście tacy wojowniczy. Nie myśl jednak, że cię teraz wypuszczę. Zadzwonisz do swoich i zawiadomisz ich, że musisz pilnie wyjechać. Powiesz to oczywiście po angielsku. Potem znajdziemy ci wygodny schowek, ale jeśli okaże się, że wszystko to zmyśliłeś, wylecisz przez śluzę. Jasne? – Mogaryta kiwnął głową na zgodę.

– Dzięki, Rannat – rzucił Mallory w powietrze.

 

Podziemny korytarzy ciągnął się w nieskończoność, coraz niżej i niżej. Mallory z całą załogą i Kerfirisem już od godziny penetrowali jaskinię na Pytii, którą wskazał im duch Rannata. Jak dotąd jednak nie natrafili na, wspomnianą przez niego, boczną odnogę.

– Nic nie widać – Mallory omiatał uważnie ściany jaskini światłem latarki.

Kerfiris zaciągnął się swoimi oparami.

– Rannat mówi, że już naprawdę niedaleko. A tak przy okazji, kapitanie. Cieszy mnie, że z więźnia zostałem wspólnikiem. Te obiecane piętnaście procent są rozsądniejszą propozycją niż obietnica spaceru w próżni.

– A my nie chcemy narażać się na mogarycką wendetę. Ciągle nie mogę uwierzyć, że twoje opary nie są narkotykiem – odezwała się Imogen.

– Od tygodnia wam tłumaczę. One tylko pomagają mi nawiązać kontakt ze światem shenlaq. I skończmy już tę dyskusję – powiedział zdecydowanym tonem Mogaryta.

– Na pewno zamknęliśmy wszystkie luki? – zapytał nagle Alican.

– Po raz siódmy, tak, paniczu Alican – w metalicznym głosie Złomka słyszało się coś na kształt irytacji. – Zresztą to bezludna planeta. Nikt nam nie ukradnie statku.

– Dlaczego on tak dziwnie mówi? – odezwał się Kerfiris.

– Ma zmodyfikowane oprogramowanie lokaja, często przydatne. No i robi świetną herbatę – odpowiedział kapitan.

– Zamknijcie się wszyscy! – krzyknął Yq i pokazał coś sześciopalczastą dłonią – Tam!

Poszukiwacze podbiegli do bocznego korytarza i skierowali w głąb niego swoje latarki. Korytarz kończył się litą skałą.

– To ślepy zaułek! Czy ten bezcielesny brodacz robi sobie z nas jaja?

– Nie – odpowiedział Mallory’emu Kerfiris – Rannat mówi, żeby podejść do ściany i jej dotknąć.

Pozostali zawahali się. W końcu Imogen podeszła bliżej i zrobiła to, o co prosił Mogaryta. Powierzchnia ściany nagle zamigotała i oczom całej załogi ukazały się metalowe drzwi.

– Sprytne – skomentowała – To hologram.

– Niestety Rannat nie poznał kodu. Raol zabrał go ze sobą na drugą stronę.

– I dlatego doradził nam zabranie tego – dodał Yq, który zdjął plecak i wyjął z niego palnik plazmowy. – Poświećcie mi, ale odsuńcie się.

Po kolejnej godzinie metalowa gródź stanęła otworem. Kerfiris i załoga „Genova Sky” prawie wbiegli w korytarz i zatrzymali się osłupiali. Znajdowali się w gigantycznej jaskini, której ich latarki nie były w stanie w pełni oświetlić. Z ziemi wyrastały potężne stalagmity, a wysoko w górze dało się zauważyć niewyraźne sylwetki stalaktytów.

– Patrzcie! – Imogen pokazała latarką jakiś zamazany kształt pośrodku jaskini.

Po krótkim biegu dotarli do obiektu, który okazał się być płachtą maskującą. Kiedyś pewnie upodabniała się do powierzchni, ale po tylu latach jej energia już dawno się wyczerpała. Mallory nerwowym ruchem zerwał materiał odsłaniając dziesiątki, równo poustawianych, skrzyń. Alican podszedł do najbliższej, zdjął wieko i odsunął się na bok. Pozostali załoganci oraz Kerfiris zajrzeli do środka i aż westchnęli. Skrzynię po brzegi wypełniały sztaby srebrno-błękitnego metalu.

– Czy to jest… ? – drżącym głosem zapytał Mallory

– Tak, kapitanie – Złomek dotknął jednej ze sztabek dla analizy – Amazyt pierwszej jakości, bez zanieczyszczeń.

– Raol zamienił łupy z Kalanu na sztaby amazytu – stwierdził Yq. – Wiecie ile to jest warte?

– Sądząc po ilości skrzyń, jakieś dwadzieścia do dwudziestu pięciu milionów – ocenił Złomek. – Nie patrzcie tak na mnie, moje bazy na bieżąco uaktualniają ceny surowców.

– Kurwa, jesteśmy bogaci! – Alican wyjął dwie sztabki i przytulił do piersi.

– Niestety, nie nacieszycie się długo swoim znaleziskiem – rozległo się nagle za ich plecami.

Jaskinię rozświetliły nagle, rzucone w powietrze, kule jarzące, które na moment oślepiły Mallory’ego i pozostałych. Kiedy ich wzrok przyzwyczaił się do światła, miny niedoszłych poszukiwaczy skarbów momentalnie zrzedły. Naprzeciwko stała grupa ponad dwudziestu ludzi i obcych różnych ras, wszyscy byli uzbrojeni i celowali do załogi „Genova Sky”. Na czele napastników stał średniego wzrostu mężczyzna z przepaską na oku, miał na sobie skórzane spodnie, pancerz piechoty kolonialnej i trójgraniasty kapelusz. Wszyscy od razu rozpoznali jego twarz, widniała na listach gończych rozsyłanych po całym sektorze.

– Ridge Badura – stwierdził zdumiony Mallory na widok niesławnego pirata.

– Tak jest – uśmiech korsarza był oślepiająco biały. – Dokładniej, kapitan Ridge Badura. Najszczersze podziękowania, kapitanie Mallory. Skarb Raola Żółtego Roga, nareszcie, po tylu latach. Radzę rzucić broń.

Na ziemi wylądowały miotacze Briana i Yqa oraz strzelba plazmowa Imogen.

– Skąd się tu, kuźwa, wziąłeś?! – krzyknął Ali.

– Och, to bardzo proste. Ukryłem nadajnik na waszym statku.

– Przecież nie mogłeś wiedzieć, że lecimy po skarb Raola! – Imogen była zdezorientowana i nagle łypnęła podejrzliwie na Kerfirisa – To twoja sprawka?

– W życiu! Nienawidzimy piratów.

– Nie wyżywaj się na Mogarycie. Wszystko zawdzięczam mojemu jasnowidzowi – tu Ridge Badura wskazał na chudego Drakka po swojej prawej stronie. Szaroskóry obcy w czymś na kształt szlafroka skłonił usłużnie jajowatą głowę.

– To przecież Drakk. Oni są psionikami, nie jasnowidzami – wypalił Yq.

– Z reguły tak, ale raz na milion rodzi się u nich medium. Dzięki Cherwatanowi zyskałem łączność ze światem duchowym. On prowadzi mnie do chwały! Teraz ziści się mój sen. Odzyskałem moje dziedzictwo i klany Argonidów zbiorą się pod moim sztandarem!

– Przecież jesteś człowiekiem! – wydarł się Kerfiris. – Jakim cudem Argonidzi mają cię uznać za wodza?

– Jestem reinkarnacją Raola, fakt że odzyskałem jego dziedzictwo tylko to potwierdza. Prawda Kooto? – Badura zwrócił się do potężnego obcego z rogiem na podbródku, Argonidy.

– Dokładnie. Zaświadczę o tym.

– I widzicie. Niestety, teraz musimy was zabić – powiedział piracki kapitan przepraszającym tonem.

– Chwila, może się dogadamy? – próbował grać na zwłokę Mallory.

– Przykro mi. Opowiem wam jeszcze, co zrobię ze skarbem.

Nikt nigdy nie dowiedział się co Ridge Badura zamierzał zrobić ze skarbem. W tej samej chwili w miejsce gdzie stał wbił się gigantyczny stalaktyt. Piraci Badury odskoczyli na boki, a załoga „Genovy” porwała z ziemi swoją broń i wskoczyła za skrzynie amazytu. Rozpętała się strzelanina, której pierwszymi ofiarami stali się Dracki jasnowidz i Argonida Koota, obu położyły celne strzały Imogen. Pozostali piraci jednak opanowali się i, pomimo braku przywódcy, zaczęli okrążać obrońców i zasypywać ich ogniem.

– Jakiś pomysł? – Mallory starał się przekrzyczeć kanonadę.

– Mam jeden – odpowiedział z paskudnym uśmiechem Kerfiris.

Do uchu załogi Mallory’ego doszedł odgłos nowych strzałów, dużo bardziej intensywnych, kilka chwil później w jaskini zapadła cisza.

– Możecie wyjść – usłyszeli słowa po angielsku, ale wypowiadane z fatalnym akcentem.

Kerfiris śmiało wyskoczył zza skrzyni, ale Mallory i pozostali z największą ostrożnością wystawili głowy. Piraci leżeli martwi na ziemi, a naprzeciw nich stała duża grupa uzbrojonych Mogarytów. Oczywiście trzymali załogę „Genovy” na muszce.

– Jednak dorwałeś się do nadajnika, Kerfirisie – bardziej stwierdził niż zapytał Brian.

– Przykro mi, kapitanie. Pokusa była silniejsza. Dobry pomysł z tym stalaktytem, Nebresie – zwrócił się kapłan do dowódcy Mogarytów.

– To nie my, wygląda na to, że sam spadł akurat na Badurę.

– Sam? – Kerfiris zaciągnął się oparami, uśmiechnął się i powiedział coś po mogarycku. – On naprawdę was polubił.

– Czyli Rannat istnieje? – zapytał się Ali.

– Oczywiście. Traktujemy te sprawy bardzo poważnie.

– I co teraz z nami będzie? – Imogen nerwowo ściskała kolbę strzelby, ale lufę skierowała ku ziemi.

– Tu jest problem. Nebres chciał was tu zostawić, bez statku tylko z nadajnikiem. Jednak Rannat obiecał mi, że wtedy nie tylko nie przejdzie do Zaświatów, ale przywiąże się do mnie. Dlatego proponujemy kompromis. Pół na pół.

Mallory spojrzał na swoich załogantów, którzy ponuro skinęli głowami.

– Z jedną poprawką, panie Chodzący we Mgle – odezwał się Złomek, który podszedł do roztrzaskanego stalaktytu i podniósł coś z ziemi. – Weźmiecie pięćdziesiąt pięć procent skrzyń, ale my bierzemy nagrodę za Badurę – mówiąc to, pokazał jedyne co zostało z herszta piratów, jego rękę. Następnie ze skrytki w torsie wyjął torebkę próżniową i zapakował do niej makabryczne trofeum.

Tym razem to Kerfiris spojrzał na Nebresa, który wprawdzie groźnie warknął, ale kiwnął głową.

– Zgoda. Tylko wymyślcie wiarygodną historię, jak ubiliście najgroźniejszego pirata sektora.

– Coś się wymyśli – uśmiechnął się Mallory. – Chyba wspomnimy o nieustraszonym oddziale mogaryckich najemników, którzy nas wspomogli. A co z Rannatem?

Kerfiris ostatni raz zaciągnął się oparami i słuchał przez chwilę.

– Wreszcie jest spełniony, może przekroczyć bramę Zaświatów, dziękuje i żegna was. „Genova Sky” nie będzie już nawiedzonym statkiem.

Jaskinię wypełniły okrzyki radości.

 

„Genova Sky” wystartował z Pytii z ładownią pełną skrzyń amazytu, a atmosfera w sterówce bliska była ekstazy.

– Nareszcie wolni! – krzyknął Mallory, pociągnął solidny łyk szkockiej i podał butelkę Alicanowi. – Imogen, kurs na Sankt Hermagor. O ile pamiętam masz kuzyna w New Swiss Bank, pomoże nam spieniężyć amazyt i otworzyć każdemu konta z wysokim oprocentowaniem.

– Sama miałam to zaproponować – rudowłosa wprowadziła kurs i włączyła autopilota. – Trochę jednak będzie mi go brakować.

– Nie żartuj – Ali otarł usta i podał butelkę Yqowi – Pomyśl sobie, że możesz znowu włożyć stringi.

– Fakt – Imogen uśmiechnęła się promiennie i wzięła butelkę od Yqa. – Zdrowie Rannata, niech spoczywa w spokoju.

– Nie będziemy już nawiedzonym statkiem – odezwał się Ali i czknął.

– Ale będziemy statkiem, który pokonał klątwę, a razem z nią Ridge’a Badurę! – wykrzyknął triumfalnie Mallory. – Jesteśmy teraz bogaci! Możemy spełnić marzenia. Sprawię sobie ze Złomkiem willę na Iberii, Imogen otworzy hotel, Ali odwiedzi Stambuł. A ty, Yq?

– Zabiorę dziewczynę na ekstra wakacje.

– Którą? Masz osiem dziewczyn z pięciu ras na sześciu światach!

– Oczywiście wszystkie! – odpowiedział uradowany k’Benthala i w euforii uderzył pięścią w konsoletę. Akurat w przycisk awaryjnego otwarcia ładowni.

 

Koniec

Komentarze

Z góry przepraszam za brak akapitów, edytor je wykasował.

Czy Futurełe posiada sterełe;

A może jej matka to tylko denatka?

Akurat w przycisk awaryjnego otwarcia ładowni.  

No i co z tego? Ładunek porusza się wraz ze stakiem, jest czas, aby zamknąć spokojnie ładownię. Chyba, że w Twoim kosmosie obowiązuje inna fizyka.  

Ale poza puentą --- jeśli to puenta... --- wyszło Tobie nieźle bawiące opowiadanie.

Je-je-je, nie jest źle

Wszystkie jej światy to Sagruaty

Jednak w mym bycie jest inne pożycie

I Futurełę wyrzucam za siebie!

Niezłe,  przyjemnie się czytało.

Oj, dawno się już tak nie uśmiałam. McReady idealnie pasuje do kapłana FSM i uroczo, że trafił się akurat na początku opowiadania.  "Wszystko mylisz – sprzeciwił się Yq. – To był Głos Meat Loafa." - tutaj już śmiałam się w glos. No i calkiem zabawna końcówka - słowem - smaczny kawałek tekstu.

 

Sympatyczne opowiadanie. ; ) Fajny, zabawny pomysł.

 

Przyczepiłabym się jednak do paru rzeczy, poczynając od nieprawidłowego zapisu dialogów, chociażby. Zajrzyj do podpiętego w Hyde Parku wątku Seleny, tam wszystko jest ładnie opisane.

 

W imię Potwora a nie na imię.

Wybuchnęła dzikim śmiechem, a nie wybuchła (przy tym czasowniku jest różnica, forma wybuchła stosowana jest bowiem do przedmiotów martwych, jak np. bomba, jednak przy istotach ożywionych - tylko wybuchnęła).

Tam, gdzie jest "obaj załoganci" ładniej byłoby przerobić zdanie, bo mówisz o kobiecie i mężczyźnie, czyli o obojgu, a nie o dwóch facetach.

Przy wielokropkach uważaj, bo zdarzają Ci się np. zjedzona spacja po wielokropku, a raz jest zapisany ".. ." z dziwną spacją.

Raczej zarzucił torbę na ramię niż narzucił.

"...tylko rodzinną mową. Drzwi zatrzasnęły się, a załodze "Genovy" pozostało tylko czekać." - powtórzenie.

"Dziewczyna z kieszeni notatnik i wstukała nazwę planety." - Nie sądzisz, że czegoś w tym zdaniu brakuje?

Podziemny korytarzy... literówka.

"Rannat mówi, żeby podejść do ściany i jej dotknąć. Pozostali zawahali się. W końcu Imogen podeszła i dotknęła skały." - powtórzenia.

Do cuhu załogi - uszu.

"atmosfera w sterówce bliska bliska była ekstazy" - bliska bliska

 

Z grubsza tyle. Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wyśmienicie napisana, przyjemna i lekka historia. Czytało się z prawdziwą przyjemnością.

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka