- Opowiadanie: Cień Burzy - Nie wierz w ani jedno moje słowo!

Nie wierz w ani jedno moje słowo!

Niniejsza przedmowa została napisana na długo po tym, jak autorzy znajdujących się pod tekstem komentarzy raczyli mnie nimi obdarować. Większość z nich – jeśli nie wszyscy – zapewne zdążyła już nawet o tym incydencie zapomnieć.

Fakt ten wymaga podkreślenia, gdyż życzeniem niżej podpisanego jest, żebyście – Szanowny Potencjalny Czytelniku i Kochana Potencjalna Czytelniczko – nie musieli głowić się nad tym, dlaczego w komentarzach padają zarzuty o coś, co zostało wyjaśnione jeszcze w przedmowie. Ani tym bardziej, abyście nie posądzili niesłusznie pewnych osób o chwilową niepełnosprytność.

Wszystko co złe, wynika z mojej wyłącznej winy – tekst został opublikowany jeszcze w czasach, gdy o “przedmowach” nikomu tutaj się chyba nawet nie śniło, a ja świadomie przemilczałem fakt, że to opowiadanie jest tak naprawdę niczym więcej, jak tylko dość mocno rozbudowanym dowcipem, do którego – co oczywiste – nie mam żadnych praw autorskich.

Z perspektywy czasu widzę, że to był błąd, a jedyne, co mam na swoje usprawiedliwienie, to fakt, że nie chciałem nikomu psuć ewentualnej niespodziewanki.

Dzisiaj jednak to już nie ma dla mnie znaczenia – kto dowcip zna, ten wzruszy ramionami i poleci dalej (choć – mam taką cichutką nadzieję – może jednak, zapoznając się moim jego wydaniem, na nowo znajdzie w nim coś fajnego), a kto nie zna, ten i tak powinien się uśmiechnąć, bo żart genialny, a samą puentę pozostawiłem nienaruszoną.

 

Cień Burzy

 

Peace!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Nie wierz w ani jedno moje słowo!

Nie tak znowu dawno temu, pewne młode małżeństwo wybrało się na popołudniowy spacer do pobliskiego parku. Był piękny, wiosenny dzień; młoda, żywa zieleń niepodzielnie zapanowała nad światem, ptaszki ćwierkały wesoło, a w powietrzu unosiła się woń świeżo zakwitłych kwiatów. Po niebie leniwie wlokły się bielutkie chmurki, od czasu do czasu zasłaniając żółtą tarczę słoneczka. Słowem, był to jeden z takich dni, kiedy każdy – chcąc nie chcąc – czuje się szczęśliwy i pełen energii.

 

Nasze znajome małżeństwo dotarło nad niewielki staw, pokryty już pierwszymi nieśmiałymi pączkami lilii wodnych i młodą trzciną. Po spokojnej tafli wody pływały dwa śnieżnobiałe łabędzie, podskubując się wzajemnie czerwonymi dzióbkami i okazując sobie afekt na swój uroczy, łabędzi sposób.

Małżonkowie przez chwilę podziwiali piękne ptaki, przytuleni do siebie i – w co sami mocno wierzyli – szczęśliwi jak nikt na świecie. Wszystko wskazywało na to, że czeka ich długie, wspaniałe życie. Oboje dobrze zarabiali, byli zdrowi, atrakcyjni, niegłupi… Niedawno kupili piękny dom na przedmieściu, który spłacą już za kilkadziesiąt lat. Wkrótce trzeba będzie pomyśleć o dzieciach – trójka małych smyków… Tak, co najmniej trójka…. A w przyszłości wnuki, których wianuszkiem będą się otaczać, i którym będą opowiadać bajki. Nie te pierdoły o świecących wampirach, tylko prawdziwe, mądre baśnie, na których sami zostali wychowani.

Tak, życie jest piękne!

Facet, dajmy mu na imię Grześ, wziął do ręki obły kamyk, przez dziesięciolecia starannie wyrzeźbiony niestrudzoną, choć niezauważalną, falą, podmywającą brzegi stawu. Zrobił niewielki zamach, i – z wprawnym ruchem nadgarstka, znamionującym prawdziwego mistrza w tej trudnej sztuce – wypuścił kamyczek tuż nad wodą, a ten, w pięknych, równych odstępach odbił się od powierzchni stawu, pozostawiając po sobie wiele symetrycznych kręgów, nim w końcu zatonął z cichym pluskiem. Grzegorz doliczył się dokładnie dwunastu odbić, co uznał za wynik przeciętny, lecz w danej chwili zupełnie satysfakcjonujący. Małżonka jego – ochrzcijmy ją egzotycznym imieniem Ania – nie ukrywała bowiem zachwytu nad kunsztem mężowskiej sztuki. Ślubny zaimponował jej do tego stopnia, że zaczęła nagabywać go o naukę puszczania “kaczek”, wdzięcząc się przy tym i filuternie przygryzając wargę. Grześ oczywiście uległ kaprysowi żony, co – jak wiemy wszyscy z własnych życiowych doświadczeń, a o czym młody małżonek miał się dopiero przekonać – jest poważnym błędem, okraszonym zazwyczaj niemożliwymi do przewidzenia konsekwencjami.

Grześ wyszukał odpowiedni kamyk i stanął za Anią. Ujął jej dłoń w swoją, przysunął wciąż jeszcze podniecające go ciało małżonki jak najbliżej siebie, i objął ją w pasie. Bliskość ukochanej, ciepło jej ciała, zapach owocowego szamponu, wdzierający się do nosa… To wszystko, jak zawsze zresztą, sprawiało, że krew w żyłach szybciej zaczęła mu krążyć. Zmusił się jednak, by całą uwagę skupić na wykonywanym zadaniu. Pokazał Ani jak trzymać kamyk, poprawił rozstaw jej nóg (nie odmawiając sobie przy tym krótkiego macanka) i wskazał najdogodniejszą pozycję, tak aby mogła swobodnie balansować ciałem podczas rzutu. Przećwiczyli zamach i ruchy nadgarstka kilkakrotnie "na sucho", a potem Ania, wciąż doraźnie wspomagana przez męża, puściła pierwszą w swoim życiu “kaczuszkę”.

Pięć odbić, które udało jej się osiągnąć, mocno uszczęśliwiło kobietę, a Grzesia wprawiło w lekkie zdumienie. Po chwili uznał jednak, że cała zasługa za ten dość niezwykły wyczyn należy się jemu, gdyż widocznie – o co wcześniej nawet się nie podejrzewał – jest doskonałym nauczycielem. Tą myślą poprawił sobie humor i kontynuował lekcję. Po kilku mniej lub bardziej udanych próbach, wypuścił żonę z objęć i zachęcił, by spróbowała puścić “kaczkę” samodzielnie. Ania, z szerokim uśmiechem na ustach wzięła kamyk, wykonała ruch nadgarstkiem ściśle według wskazówek swojego ślubnego i rzuciła…

Oboje jak urzeczeni śledzili lot kamyka. A był to lot piękny, choć wyjątkowo niefortunny. “Kaczuszka” – wskutek błędu natury technicznej – zamiast płasko pofrunąć nad wodą, wzniosła się w przestworza, wykonując w powietrzu dziwny, wirowy taniec. Oboje widzieli również jak kamyk opada po paraboli i uderza dokładnie w sam środek parterowego okna pięknej, białej willi, pyszniącej się po drugiej stronie jeziorka.

Dźwięk tłuczonego szkła zabrzmiał tylko o ton mniej dramatycznie od lamentu dzwonów pogrzebowych.

Ania skuliła się w ramionach i zrobiła minę wystraszonego dziecka. Grześ zaklął w duchu. Bardzo, bardzo brzydko zaklął.

Niemniej jednak Ania i Grześ byli porządnymi obywatelami: nie bili harcerzy, nie chodzili na głosowania, nie opowiadali przyjaciołom o zabawach z kajdankami i lateksem, regularnie podlewali swoją roślinkę i nie puszczali zbyt głośno radia. Nawet w samochodzie. Na podstawie tego profilu psychologicznego łatwo wywnioskować, jaką w danej sytuacji podjęli decyzję.

W czasie, kiedy ja pisałem o polityce, twardej pornografii, narkotykach i znęcaniu się nad dziećmi, nasi bohaterowie zdążyli już przybrać skruszone miny i zadzwonić do drzwi wspomnianej willi. Otworzył im wysoki, postawny i – co nie uszło uwagi Anny – bardzo przystojny mężczyzna. Miał, na oko, pięćdziesiąt kilka lat i był już prawie całkiem siwy. Jego twarz okalała krótko przycięta, profesorska broda. Ubrany był w doskonale dopasowany, czarny garnitur i błękitną koszulę. Grześ nawet po godzinie przypatrywania się temu człowiekowi z bezpiecznej odległości nie zauważyłby tego co jego żona dostrzegła od razu – koszula miała identyczny kolor co schowane za okularami, jednak wnikliwe patrzące oczy nieznajomego.

No, ale Anna była kobietą.

Gospodarz przyglądał się gościom długo, pykając przy tym z niewielkiej fajeczki. Jednak w jego postawie nie było gniewu, czy irytacji, a raczej uprzejme zainteresowanie. Grześ, po stanowczo zbyt długiej chwili, odzyskał głos:

– Dzień dobry. Przepraszamy za najście, ale tak się nieszczęśliwie składa, że to my, oczywiście niechcący, rozbiliśmy panu okno i… oczywiście zapłacimy za naprawę i w ogóle…

Brodacz spokojnym, lecz władczym gestem przerwał tę tyradę i uśmiechnął się pogodnie.

– Zechcą państwo wstąpić na chwilę? Chciałbym z wami porozmawiać o czymś bardzo ważnym.

Młodzi, nieco skonsternowani, porozumieli się wzrokiem.

– No dobrze – odparł Grześ z ciężkim westchnieniem.

Podążyli za gospodarzem i już po chwili znaleźli się w obszernym, jasnym salonie. Gustowne, bardzo drogie meble aż raziły klasę średnią po oczach. Całą ścianę naprzeciwko drzwi, a prostopadle do okna, zajmowała biblioteczka, na której pyszniły się drogie wydania dzieł największych klasyków. Na środku pokoju stał mahoniowy stół, a wokół niego kilka zachęcająco wyglądających foteli obitych czarną skórą. Ścianę vis-a-vis okna zajmował ogromny, lecz raczej ozdobny kominek z szerokim gzymsem. Słowem, był to pokój z rodzaju tych, na które wspaniale jest popatrzeć, ale w których strach ruszać cokolwiek. A normalne, codzienne użytkowanie nie mieści się wręcz w percepcji.

Idylliczny obraz – ku głębokiemu przerażeniu naszego małżeństwa – psuł widok rozbitego w drobny mak szkła, zaśmiecającego całą podłogę (miękki, wytworny dywan; być może kaszmir), oraz – ku jeszcze większej konsternacji naszych bohaterów – szczątki błękitno-białej wazy, leżące obok kominka. Obrazu tragedii dopełniał mały, obły kamyczek, leżący spokojnie na podłodze i najwyraźniej zupełnie nieświadomy roli jaką odegrał w zniszczeniu życia dwojga, całkiem – bądź co bądź – sympatycznych ludzi.

– O mój Boże… – jęknęła Anna, przysłaniając dłonią usta w bardzo kobiecym geście. – My naprawdę nie chcieliśmy… Bardzo przepraszamy…

– Siadajcie proszę. – Gospodarz wciąż pykał z fajeczki, uśmiechając się tajemniczo. Odczekał, aż goście zajmą miejsca w wygodnych fotelach, a potem również usiadł. Założył nogę na nogę i beztrosko zaczął kiwać stopą odzianą w but wart pieniądze, za które można by przez miesiąc żywić afrykańską wieś średnich rozmiarów.

– Chciałbym wam podziękować – zaczął, wprawiając parkę w prawdziwe osłupienie. Jednak nie pozwolił im nawet otworzyć ust, tylko kontynuował: – Nazywam się Hassim abu Sarif ibn Asa… i jestem dżinem. Przez siedem tysięcy lat byłem więziony w tej przeklętej wazie i zmuszany do niewolniczej służby panu tego domu. A teraz – wskazał machnięciem buta na szczątki wazy – moje więzienie zostało zniszczone i w końcu jestem wolny! Dzięki wam.

Młodzi patrzyli na dżina w osłupieniu. Żadne z nich nie było w stanie wykrztusić nawet słowa. Ale Hassim widocznie spodziewał się takiej reakcji, bo już po chwili kontynuował, zupełnie niezrażony niezręczną ciszą.

– Święte prawa mojego ludu mówią, że dżin zobowiązany jest spełnić trzy życzenia każdego, kto udzieli mu pomocy. A ja nie śmiem tego prawa łamać. Jednakże… – Dżin tęsknym spojrzeniem zlustrował młode, piękne ciało Anny. – Mam dla was pewną propozycję. Chciałbym wam ofiarować kolejne trzy życzenia, ale mogę to zrobić tylko jeśli znów mi pomożecie… Moja propozycja jest następująca: dodatkowe trzy życzenia za jedną krótką chwilę w twoich ramionach – tu zwrócił się do Anny. – I proszę, nie zrozumcie mnie źle. Od ponad siedmiu tysiącleci nie miałem w swoim łożu kobiety, a mój czas na tym świecie dobiega końca. Muszę uciekać nim powróci mój pan i znów mnie zniewoli.

Młodzi nadal siedzieli dokumentnie zdurniali. Hassim mówił więc dalej, kusząc niczym Szatan:

– Pomyślcie tylko! Władza! Bogactwo! Zdrowie! Podróże! Zaszczyty! Sława! Wszystko, czego tylko zapragniecie, może stać się waszym udziałem! Tu i teraz!

Młodzi dalej nic. Siedzieli jak te Lota żony, niezdolni do jasnego myślenia. W końcu dżin westchnął:

– Rozumiem, że to bardzo trudna decyzja. Dlatego dam wam pięć minut samotności, byście się naradzili i postanowili coś wspólnie.

Po tych słowach opuścił pokój, dyskretnie zamykając za sobą drzwi. Grześ spojrzał Ani w oczy. Zaczęli się naradzać.

Pięć minut później Hassim wkroczył do pokoju zdecydowanym krokiem i usiadł na swoim miejscu. Wbił przenikliwe spojrzenie w swoich gości i zapytał krótko:

– I co zdecydowaliście?

– Zgadzamy się. – Grześ złapał żonę za rękę i ścisnął.

– Doskonale! – Twarz dżina pozostała beznamiętna. – Jakie są wasze życzenia?

– Chcemy mieć bardzo, bardzo dużo pieniędzy. Tak, żeby nigdy nam ich nie zabrakło.

Dżin uśmiechnął się pstryknął palcami.

– Od dzisiaj, co miesiąc każde z was będzie otrzymywać sakiewkę pełną złota i drogocennych kamieni. Jakie jest drugie życzenie?

– Chcemy w doskonałym zdrowiu dożyć późnej starości.

Dżin pstryknął palcami.

– Od dzisiaj żadne z was, ani żaden z potomków waszych, nie zazna ni choroby ni rany. Następne życzenie?

Młodym zaiskrzyły się oczy, a wszechogarniające szczęście rozpalało serca.

– Chcemy być zawsze szczęśliwi. Tak, by nie spotykały nas żadne tragedie i wypadki.

Dżin pstryknął palcami. Wyjątkowo głośno.

– To bardzo mądre życzenie. Od tej chwili żaden pech i żadne nieszczęście nie przekroczą progu waszego domu. A teraz chodźmy.

Podniósł się z fotela i wyciągnął dłoń do Anny.

– Chwileczkę! A pozostałe trzy życzenia!? – Grzesiek również zerwał się z fotela.

– Mogę je spełnić dopiero, kiedy znów mi pomożecie. – Dżin był lodowato spokojny. – Chodźmy.

Anna ujęła dłoń Hassima – trochę nazbyt chętnie jak na gust Grzegorza – i oboje wyszli. Młody małżonek został sam. Chodził po pokoju, oglądał książki i rozmyślał o tym, że sam sprawi sobie dwukrotnie… zresztą co tam dwukrotnie – dziesięciokrotnie większą bibliotekę! I kominek. Też większy. Przez chwilę zastanawiał się, czy sam nie zdołałby schwytać dżina. Ale waza się rozbiła… Ach, jakby tak…! Pożałował, że nie ma przy sobie Kropelki.

W końcu usiadł w fotelu i zaczął gapić się na drzwi, przerywając świdrowanie dębiny tylko po to, by sprawdzać godzinę. Minuty wlekły się tak niemiłosiernie, iż zaczął już przypuszczać, że ten szmelc znów się zepsuł. Obiecał sobie, że pierwszą rzeczą, jaką kupi za swoje złoto, będzie porządny Rolex® z pozłacaną – a co tam: ze złotą! – sprzączką.

Czemu tutaj, do ciężkiej cholery, nie ma telewizora!? Chałupa za kilka milionów, a nie ma zasranego kina domowego! I co oni tam wyprawiają tak długo!?

Zaczął rozważać – nie pierwszy już raz – czy nie wyruszyć na poszukiwania żony i dżina (to znaczy wyszukiwał dobrego usprawiedliwienia, by tego nie robić), gdy klamka drgnęła.

Ania wyglądała na wycieńczoną, ale – co wcale nie ucieszyło jej ślubnego – zadowoloną. Wręcz szczęśliwą. Hassim był zrelaksowany. Usiadł w swoim fotelu, ponownie założył nogę na nogę i wprawił w ruch obrotowy Armaniego, rozmiar czterdzieści cztery. Sięgnął do kieszeni po kapciuch z tytoniem i fajkę. Nabił ją nieśpiesznie, skupiając na tej czynności całą uwagę, jakby zupełnie zapomniał o swoich gościach. Dopiero kiedy z lubością zaciągnął się ostrym dymem, a potem wypykał kolejno pięć siwych kółek, przy czym każde było mniejsze od poprzedniego, zwrócił swe przenikliwe spojrzenie na Grzesia i Anię.

– No dobrze – westchnął. – Powiedzcie mi proszę, ile macie lat?

– No… yyy… Ja mam dwadzieścia dziewięć, żona dwadzieścia osiem…

– PIEPRZYSZ!? – zdumiał się brodacz. – Macie prawie po trzydzieści lat i dalej wierzycie w dżiny!?

Koniec

Komentarze

Był piękny, wiosenny dzień, wszędzie było już zielono

 choć niezauważalną, falą ruczaju - ruczaj to strumień, a Ty piszesz o stawie.

i jestem dżiem

Podniusł się z Fotela

Chaupa za kilka milionów



Opowiadanie napisane na kanwie dowcipu, dlatego niemal od początku wiedziałem, jak to się skończy. Autor chciał zapewne błysnąć końcówką, ale mu nie wyszło. Nie uśmiałem się niestety. Poza tym uważam, że takie kalkowanie znanych schematów, pomysłów nie przystoi szanującemu się twórcy. Ktoś kto nie znał akurat tego kawału o dżinie, mógł uwierzyć w Twój geniusz, Autorze.

Poza tym, co wyłapał domek.

 

„...zapach owocowego szamponu, wdzierającego się do nosa...” - Zapach wdzierający się. To zapach się wdzierał, nie szampon.

 

„Pokazał jej, jak jak trzymać kamyk” - powtórzenie.

 

„by przybrała odpowiednią pozycję i mogła odpowiednio balansować ciałem, podczas rzutu.” - zbędny przecinek.

 

„Oboje widzieli jak - w skutek błędu natury technicznej” - wskutek napisałabym łącznie (choć ponoć obie formy są uznawane, tylko w skutek jest dawną. Jak jest naprawdę? Nie wiem ; ).

 

„...władczym gestem przerwał tą tyradę...” - TĘ tyradę.

 

„Jednakże... - Dżin tęsknym spojrzeniem zlustrował młode, piękne ciało Anny - Mam dla Was pewną propozycję.” - Po 'Anny” kropka. A „was” małą literą. To samo z „twoich” kawałek dalej. I dalej też, jak widzę...

 

„Musze uciekać, nim powróci mój pan i znów mnie zniewoli.” - Muszę.

 

Zdecyduj się: Dżin czy Dżinn? I czy wielką literą czy małą?

 

„- Rozumiem, że to bardzo trudna decyzja. Dlatego dam wam pięć minut samotności, byście się naradzili i podjęli jakąś decyzję.” - powtórzenie.

 

„Grześ spojrzał Ani w oczy. Zaczęli się naradzać.
Pięć minut później Hassim wkroczył do pokoju zdecydowanym krokiem i usiadł na swoim miejscu. Wbił przenikliwe oczy w...”

 

„- Zgadzamy się - Grześ złapał żonę za rękę i ścisnął.” - kropka po „się”.

 

„Podniusł się z Fotela i wyciągnął dłoń do Anny.” - Bogowie, co za ortograf. A „fotela” małą literą.

 

„- Mogę je spełnić dopiero, kiedy mi pomożecie - Dżin był spokojny. - Chodźmy.” - Po „pomożecie” kropka.

 

„Anna ujęła jego dłoń i wyszli z pokoju. Grzesiu został sam. Chodził po pokoju...”

 

„PIEPRZYSZ!? - zdumiał się Brodacz – Macie” - Po „brodacz” kropka, poza tym brodacz małą literą.

 

 

Zgadzam się z domkiem – to zbyt znany dowcip chyba, by ktokolwiek dał się zaskoczyć. A nawet jeśli, to pomysł wszak nieoryginalny!

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nikt nie mówił, że to jest mój nowatorski, oryginalny i – broń Boże! – genialny pomysł. Ja też nie zaznaczyłem na początku, że jest to po prostu stary dowcip, by przypadkiem nie zepsuć zabawy komuś kto jednak go nie znał do tej pory. Wolę już zostać oskarżony o plagiat, nieoryginalność, wtórność i cokolwiek tylko Krytyka zechciałaby mi wytknąć, głównie dlatego, że: 

1) Krytyka ma rację.

2) Nic mnie to nie obchodzi.

Osobiście uważam, że Cover, też jest sztuką i to równie trudną, jeśli nie trudniejszą, niż tworzenie samo w sobie. A ja lubię wyzwania, lubię się bawić słowami, lubię wyciągać potencjał z czegoś, w czym ten potencjał dostrzegę. A dla mnie wiele kawałów ma taki potencjał. Już sama wizja napisania takiej właśnie długiej, dość bogatej (i w miarę możliwości: ciekawej) historii na kanwie zwykłego, badź co bądź prostego, kawału, była zbyt kusząca, by się jej oprzeć. Za wyłuszczenie błędów dziękuję. Prawdopodobnie poprawię. Josephim, na Ciebie zawsze mozna liczyć. Jakbym tak zechciał kiedyś coś na poważnie opublikować, to podrzucę Ci do przeredagowania, ok? ;) Ale nie ze wszystkim się zgadzam. Do każdego szanującego się stawu wpływa jakiś potoczek, strumyk (bądź ścieki), słowem – RUCZAJ. W tym punkcie, wzorem Sapkowskiego, pozwoliłem sobie zawierzyć inteligencji potencjalnego czytelnika i nie bawić sie w encyklopedyczne rozwarstwianie tekstu (już choćby dlatego, ze pisałem to dla zabawy, tudzież w ramach realizacji programu walki z nudą). Kto ogarnia temat, ten nie powinien mieć problemów z przedstawieniem sobie całego obrazu, kto nie ogarnia, ten – tak jak ja zazwyczaj – przyjmie na wiarę to co Autor napisał. Albo będzie filozofować. Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dobrze, dobrze. Sama znam parę coverów, które uważam za o niebo lepsze od oryginałów. ; P A jednak od tekstów literackich zawsze wymagam więcej. ^ ^

 

Mam uwidoczniony mail w profilu, jeśli Ci życie niemiłe, przyślij coś kiedyś. ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No przecież nie spieprzyłem puenty... Chyba...

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Witaj!

 

Nie podzielam zdania przedpiśców. Żart może i z brodą, ale podany w sposób więcej niż zadowalający. Drobne usterki warsztatowe nie mogły mi zepsuć przyjemności z czytania. Tekst nie jest genialny, ale lepszy niż średni. Ot, nawiązując do stylistyki AdamaKB, wyższe stany klasy średniej.

 

Pozdrawiam

Naviedzony

Dzięki Naviedzony. Krytyka bywa co prawda bardziej konstruktywna, ale pochwała zawsze jest przyjemniejsza. A fakt, że ktoś zrozumiał samą istotę tego zamysłu, cieszy jeszcze bardziej. Najbardziej jednak cieszy, że suma sumarum, sprawiłem komuś trochę przyjemności. Co do błędów, to nie trzeba w ich sprawie od razu bogom, którzykolwiek by to mieli być, głowy suszyć. Jestem dysortografikiem, o czym wspominałem przy okazji pierwszego mojego opowiadania, które tutaj opublikowałem, więc tak naprawdę rozsądniej by było wziąć i podziękować bogom, że (jeśli chodzi o ortografię) popełniłem tylko ten jeden błąd (zanim na mnie nakrzyczycie, że powinienem używać programów sprawdzających pisownię, to wiedzcie, że korzystam. Niemniej jednak staram się sam walczyć z ta swoją ułomnością). Zresztą błędy już poprawiłem (w każdym razie te, które mi wskazały Wasze bystre oczy), więc możemy spokojnie wrócić do gnojenia mnie za samą ideę stworzenia powyższego cudeńka, lub – jeśli kto woli – cudaka.

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jeszcze w życiu nie słyszałam, żeby ktoś prócz mnie tak długo opowiadał dowcip.

Ha nie znałem tego dowcipu, w związku z czym podobało mi się. W kilku miejscach bym Cię poprawił, ale Joseheim pewnie już to zrobiła, więc zaufam jej i nie będę dublować pracy. Napiszę tylko, że wszelkie dys-y mogą być usprawiedliwieniem na maturze, ale na pewno nie tutaj. Tutaj mierzysz się z trochę jednak wyższym standardem, więc nie dziw się, że się od Ciebie oczekuje. Zwłaszcza, że komputer sam wyłapuje za ciebie 80% błędów...

To, co wyłapała Joseheim (oraz ja sam) już poprawiłem, więc będę wdzięczny za wskazanie tego, co nam do tej pory jednak umknęło. Co do mojej dysortografii, to tak naprawdę tylko fajnie to brzmi – "80% błędów wyłapuje komputer". Prawda jest taka, że nawet jeżeli faktycznie komputer odwala cztery z pięciu części pracy, to ta pozostała jest dla mnie zabójcza. Żebym nie wiem jak się starał, ile razy czytał i poprawiał każde zdanie, to i tak zawsze się na czymś wyłożę. Jak nie będzie to interpunkcja, to gramatyka. Jak nie gramatyka, to interpunkcja. W moim wypadku jest to walka z wiatrakami, i obawiam się, że do póki ktoś nie wymyśli (czy raczej stworzy, bo wymyśliłem go choćby ja przed chwilą. A przede mną pewnie tysiące i tysiące tysięcy innych) komputera, który zapisuje zdania ułożone w myślach (a z którego i tak bym raczej nie skorzystał) to na tym polu będę wiecznym przegranym. Na szczęście jest Joseheim i są profesjonalni redaktorzy, którzy muszą zarobić na chleb, poprawiając za takimi jak ja bałwanami. Inna rzecz, że faktycznie niespecjalnie przykładałem się do prac korektorskich nad tym tekstem. Ot, nudziło mi się pewnej niedzieli, to napisałem sobie własną wersję tego dowcipu. I zapomniałem o tym. Dopiero po kilku miesiącach przypadkiem trafił na mój pulpit. Obejrzałem, pomruczałem, i doszedłem do wniosku, że dlaczego by nie? Przeczytałem, poprawiłem to co znalazłem (tworząc po drodze kilka nowych błędów) i wrzuciłem tutaj. Co do różnic między maturą a NF, to owszem, masz rację. Ale zauważ, że działa to i w druga stronę: nie jesteście komisją maturalną, a dodawane tutaj opowiadania nie są częścią żadnego egzaminu. W całej tej zabawie nie chodzi też o wytykanie sobie nawzajem błędów. I jakie znowu oczekiwania? Wybacz, jeśli Cię urażę, ale to twierdzenie mi osobiście wydaje się totalną bzdurą. Znaczy OK, rozumiem i szanuję to, że kolega, czy też koleżanka po piórze podpowiada, doradza i ogólnie stara się pomóc. Ale nie można popadać też w jakąś paranoję. O ile wiem, nikt z nas tutaj nie jest zawodowym krytykiem i nikt z nas nie oczekuje profesjonalnej recenzji. Ani tym bardziej oceny do dzienniczka. Nie wiem jak Wy, ale ja wstawiam tu swoje opowiadania by przekonać się, czy mogę się komuś podobać, czy nie. I by ewentualnie sprawiać przyjemność ludziom, którzy, tak jak ja, kochają czytać. Nie będę więc spuszczał się w nieskończoność nad każdym tekstem, by – nie daj Boże – nie zepsuć komuś dnia źle postawionym przecinkiem. Widzicie błędy czy niedociągnięcia, to zwracajcie na nie uwagę, jak najbardziej. Moja praca na tym zyska a duma bynajmniej nie ucierpi; jeden z moich ulubionych autorów napisał kiedyś: "Dzięki Bogu nie jestem Bogiem. Więc mam prawo się mylić". Podpisuje się pod tym zdaniem. Dosłownie i w przenośni. Ale wałkowanie w kółko tematu błędów naprawdę niczemu nie służy. Ja wiem, że mam z tym poważny problem i Wy wiecie, że mam z tym poważny problem. Po co w kółko się tym podniecać? No i znowu mnie poniosło. Nie przeproszę za długość wypowiedzi, ani zawarta w niej szczerość poglądów. Przepraszam tylko za błędy. Bo są tu jakieś. Na pewno. Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Uwielbiam to opowiadanie.

Śmiałam się do łez.

Błędy nawet jeśli zauważyłam… a pal je sześć.

Cudne, cudne opowiadanie.

Drugie Twoje, które przeczytałam, ale z wolna (jedno z moich ulubionych słów) staję się Twoją fanką. :*

 

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Sprawnie napisane, ale znałam ten kawał.

Babska logika rządzi!

Bardzo się cieszę, Emelkali, że znalazłaś dla mnie tak dobre słowo i jestem dumny, że udało mi się sprawić Ci odrobinę radości, a i zdawkowy komplement Finkli ogrzał moje serce. Jednak… Sprawnie napisane? Wasze komentarze, drogie Panie, skłoniły mnie do ponownego przeczytania tego opowiadania i dosłownie aż zabolało; niechlujstwo i błędy. Dwa lata nazad byłem gotów ścierać się na słowa w obronie siebie i tego tekstu dosłownie z każdym, ale teraz z przyjemnością skorzystam z faktu, że edycja stała się dobrem powszechnym i nielimitowanym, i zrobię tutaj – i nie tylko tutaj – porządek. Kiedyś. Wkrótce.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu drogi, w ustach Finkli “sprawnie napisane” to Nebula, Hugo, Nobel prawie. Weź i doceniaj :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dla Nobli jakoś poszanowania nie mam, ale doceniam pochwałę, oczywiście, że doceniam. W pewien sposób Finkla jest moim komentatorskim Alter Ego – ja nie potrafię przestać, za przeproszeniem, pieprzyć i rozdmuchiwać wszystko do rozmiarów eseju. Ona z kolei jest niezrównaną mistrzynią estetycznego minimalizmu.

 

Natomiast co do Ciebie, Emelkali, to muszę przyznać, że osobliwą jest świadomość posiadania fanki w osobie Autorki, której twórczości sam staję się coraz większym sympatykiem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Co za wartka akcja! Pościgi (wzrokiem za kamykiem), uczucie (miziająca się parka), przemoc i ofiary (szkło i waza), tajemnica (dżinn), seks (w sąsiednim pokoju), drugs (marzenia o bogactwie, szczęściu i zdrowiu) & rock n roll (kapciuch z tytoniem und faja)… 

 

Cieniu, pointa zabawna, ale rozciągnąłeś ten dowcip niemiłosiernie. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Owszem, ale zrobiłem to z premedytacją. “W podróży najważniejsze jest to, by cieszyć się każdym krokiem, a nie, by jak najprędzej dotrzeć do celu” i te pierdy. Nie wiem jak z tym było podczas czytania, ale ja miałem mega zabawę, pisząc tą historię.

Dzięki, że zechciałeś mnie tu odwiedzić i zajrzeć do tekstów, o których sam powoli zapominam. I fajnie, że Ci się podobało…. Bo podobało Ci się?

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Oj, nie wyczułeś ironii?

 

Ten tekst, wyjątkowo jak na twoje teksty, przez to nadmierne rozciągnięcie – bardzo średnio. Czasami, niektórym rzeczom, jest dobrze jak jest. Czyli krótkim, na ten przykład, krótko… 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Oj, nie wyczułeś ironii?

Aż mam ochotę zapytać o to samo^^. Wiesz, że zawsze szukam dla siebie czegoś dobrego w komentarzach. Nawet jeżeli wymaga to przeinaczania słów rozmówcy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Oboje dobrze zarabiali, byli zdrowi, trakcyjni, niegłupi… – Chyba chodziło o atrakcyjnych.

 

 

Kurczę, a tak się wczułam. :P

 

Cieniu Ty to masz dar do opowiadania dowcipów. Ekstra! :D

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Trakcyjni? Serio?

Kurdę, faktycznie!

Trakcja ma swój oczywisty urok, doceniany w szczególności przez wielbicieli geometrii, ale nie ma siły, trzeba to poprawić.

Dziękuję za wizytę i niezmiernie cieszę się, że Ci się podobało. Prawdę rzekłszy, jest to jeden z tych niewielu tekstów, z których jestem raczej zadowolony. Szkoda tylko, że oracyjnie (chyba źle to odmieniam, czy tam coś) nie radzę sobie tak dobrze z kawałami. No, ale cóż zrobić? Mój język wykazuje się innymi, moim zdaniem bardziej interesującymi talentami, a wszystkiego mieć przecież nie można, prawda?

 

Peace!

 

P.S.

Nawiązując do Twojego pytania spod “Szybu” – Nigdy, przenigdy nie powiem o jakiejkolwiek kobiecie, że jest przewidywalna, albo że dobrze ją znam. To jest jeden z tych błędów, które mędrzec popełni tylko raz, rozsądny facet dwa razy, a skończony głupiec – trzy razy. Ja swój limit już wyczerpałem. Niemniej miałem już okazję przekonać się, że takie klimaty Cię kręcą. A czy Cię podpuszczałem? Nie… No, może odrobinkę.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu masz bardzo fajny styl i dobrze czyta się Twoje teksty. Czy dowcip jest trudny do napisania? Myślę, że na pewno. Natomiast ten wyszedł Ci bardzo fajnie. Wydaje mi się, żeby móc dowcipkować w tekście trzeba mieć naprawdę lekkie pióro. Uważam, że to jeden z najtrudniejszych typów tekstów jakie ludzie piszą. Ja osobiście mam jeden taki o dziwo niby dowcipny tekst, ale nie skończony, bo niestety nie przychodzi mi lekko jego pisanie.;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Lektura nie sprawiła mi przykrości, ale, oględnie mówiąc, nie przepadam za twórczością inspirowaną dowcipami. Wyjątek stanowią sytuacje, gdy autorem twórczości i dowcipu jest ta sama osoba. W tym przypadku tak nie było, jednak dużo tłumaczy fakt, że ten incydent zdarzył się dawno.

To dobrze, Cieniu, że zorientowałeś się, iż nie był to najlepszy pomysł. ;-)

 

Po nie­bie le­ni­wie wlo­kły się bie­lut­kie chmur­ki… – Po nie­bie le­ni­wie wlekły się bie­lut­kie chmur­ki

 

Jed­nym sło­wem, był to jeden z ta­kich dni … – Powtórzenie.

Może: Innymi sło­wy, był to jeden z ta­kich dni

 

Oboje do­brze za­ra­bia­li, byli zdro­wi, trak­cyj­ni, nie­głu­pi… – Na czym polegała trakcyjność obojga? ;-)

 

Nie­daw­no ku­pi­li pięk­ny dom na przed­mie­ściach… – Czy kupili jeden dom w kilku miejscach? ;-)

Nie­daw­no ku­pi­li pięk­ny dom na przed­mie­ściu

 

Facet, dajmy mu na imię Grze­siu… – Facet, dajmy mu na imię Grześ

Ten błąd powtarzasz kilkakrotnie. :-(

 

Zro­bił nie­wiel­ki za­mach, i – z wpraw­nym ru­chem nad­garst­ka… – Zro­bił nie­wiel­ki za­mach, i – wpraw­nym ru­chem nad­garst­ka

 

jest do­sko­na­łym na­uczy­cie­lem. Tą myślą po­pra­wił sobie humor i kon­ty­nu­ował na­ucza­nie. – Może w drugim zdaniu: Tą myślą po­pra­wił sobie humor i kon­ty­nu­ował lekcję.

 

Po kilku mniej lub bar­dziej uda­nych pró­bach, wpu­ścił żonę z objęć… – Literówka.

 

py­ka­jąc przy tym z nie­wiel­kiej fa­jecz­ki. – Nie umiem palić, ale wydaje mi się, że …py­ka­jąc przy tym nie­wiel­ką fa­jecz­kę.

 

Całą ścia­nę na prze­ciw­ko drzwi… – Całą ścia­nę naprze­ciw­ko drzwi

 

Od dzi­siaj, co mie­siąc każde z Was bę­dzie… – Od dzi­siaj, co mie­siąc każde z was bę­dzie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, przyznaj się, jesteś robotem! Albo programem komputerowym; coś jak dobra wersja agenta Smitha z Matrixa. Gdzie to, kurna, mieć taki rentgen? Czasami mój podziw dla Ciebie przechodzi w coś na kształt przerażenia.

Niemniej bez polemiki i kilku uwag się nie obejdzie.

 

Wlokły zostaje. Obie formy są prawidłowe, jednak wlokły – jeśli wierzyć np. tej stronie – jest formą popularniejszą. A przy tym jakby bliższą autorowi, czyli, że mnie.

 

Na “trakcyjnych” uwagę zwróciła mi już Morgiana dosłownie chwilę przed Tobą. Jednak Cień jest dupa i nie poprawił od razu, przysparzając Ci niepotrzebnej pracy. Natomiast jeśli chodzi o Twoje pytanie “Na czym polegała trakcyjność obojga?”, śpieszę z wyjaśnieniami. Jeśli przyjmiemy, a przyjmiemy, bo ja Autor, ważniak za dychę, tak mówię, że chodzi o trakcję w rozumieniu “sposobu napędzania pojazdu szynowego“, to ona ciągła, a on pchał.

 

Przedmieścia w liczbie mnogiej wydają mi się prawidłową, a w każdym razie powszechnie stosowaną formą, niemniej zmieniłem. Bo tak.

 

Grzesiu… No tu się wygłupiłem trochę, ale mam usprawiedliwienie. Otóż Grzesiu istnieje naprawdę. Facet ma trzydzieści kilka lat, niewątpliwy zaszczyt bycia moim krewnym, gabaryty buldożera i ani jednej wzmianki w swojej biografii mówiącej o tym, że kiedykolwiek ktokolwiek mówił o nim lub do niego inaczej jak właśnie Grzesiu. Takie to swojskie i familiarne, że aż idealne do tego… kawału. Aczkolwiek nie dam głowy, że zrobiłem ten błąd świadomie, więc poprawiłem.

 

Jeśli chodzi o nadgarstek, to z też zostawiłem, albowiem ruch ten był tylko jednym z elementów niezbędnych do wykonania mistrzowskiego rzutu. Zresztą stwierdzenie, że “rzucił wprawnym ruchem nadgarstka” rodzi pytanie jak się rzuca czymś takim jak wprawny ruch?

 

Fajeczkę też zostawiam, na własną odpowiedzialność. Całą resztę grzecznie pozmieniałem.

 

Jeśli chodzi o to, czy napisanie tego kawału było dobrym pomysłem, to pozwolę sobie jednak twierdzić, że tak. Naprawdę świetnie się przy tym bawiłem, czegoś na pewno się nauczyłem, wyszło, mimo wszystko, całkiem ładnie, no i miałem zajęcie w wyjątkowo nudną niedzielę. Same plusy. Czy opublikowanie tego tekstu tutaj było błędem? Nie. Mimo wszystko. Po pierwsze dlatego, że nauczyłem się jeszcze więcej, po drugie, kilku osobom udało się sprawić trochę radości. A więc warto było. Jedno, czego żałuję, to że nie zaznaczyłem od razu, że to jest wariacja pewnego kawału. Tyle, że to wtedy nie było dla mnie ważne. Napisałem to dla siebie, z nudów, może trochę dla wprawki, ale przede wszystkim dlatego, że od dawna kusiło mnie rozwinąć ten dowcip, pobawić się konwencją. Kiedy pisałem powyższe cudeńko, miałem przed sobą jeszcze kilka dobrych lat błogiej niewiedzy, że istnieje ten portal, a sama myśl publikowania czegokolwiek, choć była moim marzeniem chyba od zawsze, budziła skrajne przerażenie. Potem jednak to i owo się zmieniło, więc pomyślałem “czemu nie?”. Ale, zaiste, byłem wtedy o wiele większym laikiem w obcowaniu z kulturą literatury niż jestem dzisiaj.

 

Dziękuję za wizytę, przeczytanie, bezcenną i – uwierz mi – należycie docenioną pracę regulacyjną, i za oględność w komentarzu. Kultura musi być.

 

Morgi, dziękuję. Napuszyłaś moje piórko i teraz będzie jeszcze lżejsze.^^

A co do pisania takich zabawnych, lekkich tekstów, to radę, czy może raczej obserwację, którą chętnie się z Tobą podzielę, mam jedną: pisz wszystko, co Ci przyjdzie do głowy. Nie zastanawiaj się, tylko pisz. Na zastanawianie się, ocenianie i analizy czas przyjdzie później. Jeśli w pewnym momencie zaczniesz się zastanawiać, jak coś napisać, żeby było lepiej, albo – nie daj Boże – zabawnie, to leżysz.

Wiadomo, z czasem i nabywanym doświadczeniem dojdzie i do tego, że przeprowadzisz te wszystkie analizy i wyciągniesz odpowiednie wnioski co i jak napisać, zanim jeszcze w ogóle napiszesz (patrz na Fisha – ten jak pier… z komentarza, to mózg w poprzek, a bardzo wątpię, by wymyślał swoje wypowiedzi z tygodniowym wyprzedzeniem), ale najważniejsze, to nauczyć się, czy może raczej wyczuć, taką totalną swobodę. Zresztą to się tyczy nie tylko “lekkiego” pisania, tylko pisania w ogóle. I jest chyba najlepszym sposobem, by odnaleźć samego – w Twoim wypadku: samą – siebie w świecie literek. Kiedy poczujesz, że słowa same z Ciebie wychodzą, przechodzą przez palce i lądują “na papierze”, to jesteś w domu. I nie ważne co, jak i o czym będziesz pisać. Po prostu pisz i rozwijaj swój niepowtarzalny styl. Wiadomo, że innych rzeczy, tematów i sposobów też trzeba próbować, żeby się rozwijać, ale najważniejsza i tak jest radość z samego aktu tworzenia, więc trzymaj się przede wszystkim tego, co Ci tę radość daje. Bez tego zawsze będzie się ciężko pisać. Zresztą po to jesteśmy stworzeni, żeby robić w życiu to, co czyni nas szczęśliwymi i spełnionymi, cokolwiek miało by to nie być.

 

I pamiętaj o jeszcze jednej ważnej rzeczy: nie mam żadnych kompetencji do udzielania Ci jakichkolwiek rad czy wskazówek.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, Ty tu rządzisz, to Twoje opowiadanie. Jeśli trochę pomogłam, cieszę się. ;-)

 

Z całą mocą zaprzeczam, jakobym była robotem. Uwierz w moją prawdomówność i natychmiast przestań się bać? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieniu mi bardzo miłe rzeczy przypisuje, ale oficjalnie się przyznaję, że to nie ja taki zajefajny pyskacz, tylko noszę ze sobą książeczkę pt. “500 replik na każdą okazję”. Biały kruk, rzadsza od osławionego Necronomiconu, daje nosicielowi +300% do riposty. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Reg, Twoje umiejętności zdecydowanie nie mieszczą się w moim pojmowaniu tego, co ludzkie, ale Twojej prawdomówności wierzę bardziej niż “mędrca szkiełku i oku”. Zwłaszcza, że mędrzec jaki jest, każdy widzi.

I tak, zdecydowanie pomogłaś. Jak zawsze i każdemu zresztą.

 

Fishu, mnie nie nabierzesz. W latach bardzo wczesnej młodości włamałem się do tajnych archiwów UJ i przestudiowałem dokładnie “500 replik…”. Poświęciłem na to jedenaście dni życia, ucząc się każdej strony na pamięć (potem w końcu mnie dopadli), robiąc notatki, analizując, żywiąc się komunistycznymi broszurami z lat dwudziestych i pijąc łyk wody dziennie z półlitrowej butelki. I co? I nic! Z pustym i “500 replik“ świata nie zwojuje. Tak więc albo się ma, albo się nie ma.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję, Cieniu. Jestem wzruszona.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieniu, Twoje komentarze są równie dobre jak Twoje teksty. Nawet nie zamierzenie wywołują uśmiech na twarzy.

 

W związku z Fishem, zgadzam się, że jest jedyny w swoim rodzaju. Dowcip w jego wykonaniu wychodzi chyba zawsze bardzo naturalnie.

 

Pozdrawiam. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Co do Regulatorzy, to podejrzewam, że ma coś wspólnego z hiszpańską inkwizycją rodem z Monthy Pythona – nikt się  jej nie spodziewa, a ona i tak zawsze umie się znaleźć ;-)

 

Cieniu, nie kokietuj, nie kokietuj… Najwyraźniej twój egzemplarz nie został pobłogosławiony. Mnie Argentyńczyk, od którego swój wycyganiłem za machorkę i numer telefonu do takiej jednej blondyny, wciskał, że sam Mrożek błogosławił, gdy sprzedawał/oddawał jakiemuś praszczurowi mego kontrahenta. “Idź w świat i niech się tobą ktoś podetrze” czy jakoś tak ;-)

Ot, ale robicie mi z Morgianą facjatę błazna – z pokorą przyjmuję, mimo ostatnio słabego okresu dyspozycyjnego. Błaznom wolno więcej ;-) A tak zupełnie przy okazji, chciałem zwrócić waszą uwagę na sztukę komentatorską w_baskerville z ostatnich kilku dni… Czuję się godnie zdetronizowany ;-)

 

EDIT:

Co do jednego Cień ma rację bezwzględnie: bez próbowania i ucierania się z literkami, nic nie wychodzi. Swoboda przychodzi z praktyką, ot tak.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Co do jednego, PsychoFishu, masz rację – zawsze umiem się znaleźć, albowiem jestem dobrze wychowana i znam zasady savoir-vivre’u. ;

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak nic, hiszpańska inkwizycja – Nicky Torquemada to ponoć też bardzo układna persona była… ;-) Ale fakt, orewuaru nie można ci odmówić, znać, że szlifowana na wielu błaznujących chłystkach przez lata ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

…znać, że szlifowana na wielu błaznujących chłystkach przez lata ;-)

Czy musisz mi wiek wypominać i podkreślać, żem w latach posunięta? ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

…przez bardzo gorące lata, które następowały po raczej krótkich wiosnach, w ostatniej trzylatce…

 

Kufa, alem wdepnął, wykręt też słaby. :-( Przyjm me pokorne przeprąciny, o aniele językowy! 

 

P.S. Ale z tym posuwaniem przez lata to, jak rozumiem, chodzi o rozliczne wakacyjne romanse, tak? :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie przejmuj się, jako i ja nie jestem przejęta latami, które tak posuwiście przemknęły. I tak uważam, że najlepsze jeszcze przede mną!

Chyba, mając takie widoki na przyszłość, nie posuwam się za daleko… ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uch, zarumieniłem się od tych twych posunięć mkłych, a szczególnie już od “się” wstecz, w przód i wzdłuż… Ale, ale, jeżeli twierdzisz, że te najlepsze posunięcia jeszcze przed tobą, mimo, że letnie, to nie pozostaje mi nic, jak oblać się falą gorąca na myśl samą i zazdrościć żaru, ba, wesoło trzaskającego ognia, który już tylko na lato czeka, by buchnąć sobie w plener, w ognisko…

 

 ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieniu, Twoje komentarze są równie dobre jak Twoje teksty.

Kobieto Brutalna… Za co?

 

A Tobie, Fishu, nie wstyd tak dzierlatkom w głowach bałamucić? Dyć za wcześnie jeszcze na wiosenne podrywy.

A zresztą… Bawcie się dzieciaki. Tylko nie posuńcie się za daleko.

 

Nie wiem, czy mój… to jest Jagielloński… egzemplarz był błogosławiony przez kogokolwiek, ale na ostatniej karcie jest odręcznie wpisana notatka: Miodne! Srogie! Sążne! Chędogie! Uśmiałem się. Jeno brak w tym fantasasmagorii. I podpis: Jan z Czarnolasu. Więc atest miała.

I ikt tu z Ciebie błazna nie robi. I to nie tylko dlatego, że wcale niema takiej potrzeby^^. Ot, po prostu zachwycamy się Twoim poczuciem humoru i doceniamy wkład w czynienie z tego portalu miejsca weselszego i bogatszego w żywe, wesołe barwy.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, weź przestań pisać głupoty… Jeśli Cię uraziłam to nie chciałam. Miałam jak najlepsze intencje. A to, że podobają mi się Twoje teksty, no cóż… Szkoda, że nie chcesz wierzyć. To był komplement, jakby tak ciężko było zgadnąć. Znikam już, bo zaraz napiszesz jeszcze, że przesadzam…

 

Pozdrawiam ciepło w ten piękny, słoneczny dzień. Przynajmniej w tej części kraju. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Wstyd, bezwstyd, co za różnica… Kadzisz, Cieniu, a ja rozróżniamy tylko trzy kolory, resztę chlapię na oślep.

 

A dedykację miał twój egzemplarz zacną…

Łap, Morgiano, to przebrzydle słońce, łap, póki świeci!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Morgiano, spokojnie, nie na wdechu^^. Doskonale zrozumiałem Twoją intencję i – choć sam nie mam zbyt wysokiego zdania o własnej pisaninie – bardzo mnie ona cieszy i cenię ją sobie nadzwyczajnie.

 

Fishu, może właśnie dlatego, że widzisz tylko te trzy kolory, udaje Ci się tworzyć tak niesamowite kompozycje barw.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Pst, Cieniu, ale widzę tylko czerwony, zielony i ch…jowy… Myslisz, że to dobre barwy podstawowe? ;-)

 

(Bardzo ci dziękuję, to było miłe).

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFishu, a sikobeżu nie dostrzegasz???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ummm… Emmm… Słyszałem tylko legendy o złowrogim kanarkowym oraz morderczym odcieniu kremowej kawy z mlekiem… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No to jeszcze nie słyszałeś wszystkiego.

A z powyższego zestawu wyłącz kanarka. Wprowadza zbyt wiele optymistycznych żółcieni.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bojam się barwy “krew w moczu” – czy to coś blisko sikobeża? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Najważniejsze, żebyś dostrzegał “podejrzanie brązowy” i potrafił w niego nie wdepnąć.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ależ nie! Tam nie ma ni krzty czerwieni!

Zapomnij o siku w nazwie. Barwa jest z natury bardziej skondensowana, jeśli tak rzec można. ;-)

 

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tutaj, z racji tego, że już nie mam komu i za co podziękować (choć, profilaktycznie: dzięki wszystkim i za wszystko raz jeszcze), ograniczę się tylko do życzenia kolorowych – choć niekoniecznie w odcieniu sikobeżu czy podejrzanie brązowym – snów.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

– Siadajcie[+,] proszę.

E, no, rzeczywiście rozwleczony dowcip, ale czyta się przyjemnie :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka