- Opowiadanie: syf. - Gdańskie strachy

Gdańskie strachy

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Gdańskie strachy

 

 

1. Podwale Przedmiejskie

Smutne marcowe słońce znikło za grzbietami odległych blokowisk, rozkładając nad Gdańskiem markizę nocy. Deszczowe chmury niby falbany zawisły tak nisko, że wieże bazyliki i ratusza zdawały się skrobać ich pulchne podbrzusza. Siąpiło, a zimna woda ściekała po dachówkach, brudnych szybach kamienic oraz twarzach spóźnionych przechodniów. Dziury koślawych trotuarów wypełniły się lustrami kałuż, na powierzchni których falowało wywrócone na lewą stronę miasto.

Poroj dostrzegł swoje odbicie.

Twarz białą jak wschodzący księżyc, do którego wyją bezpańskie psy. Poczerniały od odmrożeń garb nosa i włoski wystające z niego niby odnóża martwych much. Wplątane w pajęczynę zmarszczek krosty, wysięki oraz brunatne strupy. Zęby paskudne jak zardzewiałe gwoździe, dziurę w policzku i obszarpany ochłap ucha.

Rozmazane tysiącami kropel światło latarni ulicznych było bledsze niż skóra topielca z Motławy. Wiadukt Hucisko jak serce w rytm zielonych świateł pompował samochody na obwód dzielnic. Między pierzejami ulicy Ogarnej szumiał wiatr.

 

*

Na skraju okaleczonego radzieckim skalpelem Głównego Miasta – gdzie kamienice urywają się nagle jak urżnięte kończyny, by ustąpić miejsca paskudnej niby blizna po wrzątku szosie wylotowej na Warszawę, a skrywający mogiły piwnic smutny trawniczek jest wybiegiem dla psów – w cieniu pomiędzy śmietnikiem a odrapanymi garażami zgromadziło się kilkanaście postaci.

Z oddali dochodziło łomotanie odjeżdżającego pociągu.

Poroj zatrzymał się przy wejściu do zaułka. Niepewne rozejrzał się dookoła. Nagle zawrócił. Przeczłapał kilka kroków i się zatrzymał. W końcu jednak zdecydował się i podszedł do zgromadzonych. Z ociąganiem spytał:

– Po co mnie tutaj wezwaliście?

Przewodnik pustymi oczodołami spoglądał w ciemność. Zgarbiona Lena o ciele staruchy i twarzy dziecka dotykała intymnych miejsc. Rajca Gross mocno trzymał pod pachą uciętą głowę. W leżącym na ziemi lnianym worku coś się ruszało. Czerwone ślepia łypały spod kratki ściekowej, a ponure błony skrzydeł oplotły gałąź skarlałego klonu. W najczarniejszym kącie tłoczyło się jeszcze parę postaci. Z ciemności dochodziły szepty i mlaski. Powietrze przesycał swąd martwych owadów.

Po co ja tutaj przyszedłem, Poroj spytał się w myślach. W zasadzie nie miał nic wspólnego z nocnymi mieszkańcami Gdańska i nie obchodziły go ich problemy. W zasadzie… Poza tym, stwierdził z konsternacją, wolał w samotności oglądać swoje oblicze, odbijające się w pokrytych mgielną rosą nagrobkach, niż być po prostu kolejnym pośród stada dziwolągów.

– Właśnie – zaskrzeczała Lena. – Mam ciekawsze rzeczy do roboty. Kto nas tu sprosił?

– Nie ja – wysapał z wnętrza kanału właściciel czerwonych oczu.

– Ani ja. – Spod szmat błysnęła gładka jak kamień czaszka.

Brakuje tylko duchów z Dolnego Miasta, pomyślał Poroj, ale po chwili dostrzegł niewyraźne załamania światła latarni. Wzdrygnął się, gdy chłód przeszył jego ciało. Zimne zjawy stanęły tuż obok i nie wydawały się mieć ochoty podryfować gdzieś dalej.

– My też nie – chórem powiedziały postaci z najczarniejszego kąta.

– To kto? – Pisk był gorszy niż skrobanie kredą po tablicy.

Przewodnik wyciągnął przed siebie ręce i rozczapierzył długie palce. Zrobił kilka niepewnych kroków naprzód i potknął się o wystającą płytę chodnikową. Z trudem złapał równowagę, oparłszy się o kontener na śmieci, by wreszcie powiedzieć:

– To Heweliusz!

 

*

W srebrnym świetle księżyca błyszczały zakratowane okna starodawnych budowli po drugiej stronie drogi. Powojenne narośle z cementu szpeciły ich ceglane cielska. Wąskie drogi pomiędzy nimi – jak poprzecinane żyły – kończyły się, natrafiwszy na rzucone w poprzek betonowe krawężniki. Punktowiec z płyty niby karykatura kościelnej wieży wbijał się w niebo.

 

*

– Słońce weszło w znak Koziorożca i zaświeciła Gwiazda Grzechu – wydeklamował brodaty matuzalem, wchodząc do zaułka. – Księżyc wkroczył w konstelację Panny, a jego nasienie spłynęło na niebieskie łono firmamentu.

Wraz z przyjściem mężczyzny pogasły ostatnie światła w oknach kamienicy.

– O czym on ględzi? – Poroj nachylił się w stronę Leny.

– Moja babka mówiła, że od czterystu lat opowiada te same historie.

– Twoja babka? – Poroj wykrzywił usta w paskudnym uśmiechu.

– Dobrze, dobrze. Sama nieraz słyszałam – odparła Lena, zalotnie mrugając oczami. – Nie chciałam zabrzmieć staro.

Nad czerwonymi dachami szybowało stado gołębi.

– Oto wczorajszej nocy – kontynuował matuzalem – przemówiło do mnie Miasto.

– Jak to: Miasto? – wysyczała postać z kanału.

– Cicho – mruknął stwór z drzewa, zasłaniając studzienkę skrzydłem.

– Miasto trwa w bólu, bo jest przy nadziei. – Starzec rozrzucił ręce i poły brudnego płaszcza zafurkotały na wietrze. – Ono chce wydać na świat dziecię.

– Nie – chórem jęknęły postaci z najczarniejszego kąta – to niemożliwe!

– Tak! – wrzasnął starzec. – A wszystkie znaki na ziemi i w niebiosach wskazują na dzisiejszą noc. Musimy odszukać miejsce porodu i go odebrać.

– To bajki jakieś są! – ryknął rajca Gross. – Miasto umarło.

– Bajki, nieprawda – jak echo powtórzyły postaci z najczarniejszego kąta. – Miasto nie żyje!

– To nie są bajki. – Matuzalem kręcił głową, a z jego brody sypały się drobiny kurzu. – Musimy odnaleźć dziecię, zanim dopadnie je Diabeł ze Srebrzyska.

– Boubanne ma zamiar tutaj przyjechać? – Stwór na drzewie rozwinął skrzydła, a pozostali nagle zapomnieli o słowach Heweliusza. – Ja stąd uciekam.

– Jego czarna wołga już od paru dni krąży po mieście – wyszeptał Poroj, macając ścianę garażu. – Ja nie chcę z nim zadzierać.

– My też nie.

Zaułek nagle zaczął pustoszeć. Stwór odfrunął w stronę bazyliki. Czerwień oczu zgasła w ciemności kanału. Ucichło mlaskanie w najczarniejszym kącie. Rozbiegły się pająki i odleciały ćmy. Znikł nawet ruszający się worek spod śmietnika.

Pozostały jedynie trzy postaci.

– Wychodzi na to, że lepiej unikać prawdziwego Boubanne'a – mruknął Poroj – niż ganiać za wymyślonym dzieciaczkiem.

– Heweliuszu – zaczęła dobrotliwym tonem Lena. – Miasto przecież umarło podczas wojny. Nikogo już więcej nie będzie, jesteśmy tylko my.

Pogłaskała go po łysiejącej głowie. Otrzepała brud z brody. Wreszcie poprawiła płaszcz i zapięła kilka guzików.

– Zobacz. – Heweliusz wyciągnął z siatki pogięty teleskop i pokreślone pergaminy. – Spójrz…

– To tylko bajki.

 

*

– Niezbyt rozumiem całe to zamieszanie z przepowiednią Heweliusza – powiedział Poroj, gdy odprowadzał Lenę w stronę Krowiej Bramy. – Kolejna smutna historyjka bez morału.

Ulice nocnego miasta były puste.

– Ile czasu tutaj mieszkasz?

– Prawie rok – odparł. – Nie przychodziłem wcześniej na takie spotkania. I wydaje mi się, że w przyszłości trzeba będzie podtrzymać tę tradycję. Dzisiaj też w sumie jestem tu przypadkiem.

– Nie zrażaj się. Ty po prostu nie znasz dawnego świata. Nie czujesz tęsknoty. – Lena, gdy mówiła, zdawała się szukać rozbieganym wzrokiem słów ulatujących w przestrzeń. – Kiedyś tacy jak my rodzili się w każdym zakątku miasta. Jedni zostawali, inni wędrowali w świat. Dziś jest nas ledwie garstka. – Uśmiechnęła się i dodała: – Oraz przybłędy takie jak ty.

– Nadal nie wiem, po co tutaj przyszedłem – rzucił Poroj. –

Przecież nijak nie pomogę tym wszystkim dziwolągom.

– Oj – znów się uśmiechnęła – jakbyś sam nie był dziwolągiem, Poza tym mieszkasz w tym mieście i żyjesz tą samą nocą, co my – odparła. – A ja wiem, że wiąże cię z Gdańskiem coś więcej niż tylko nora, w której śpisz. Widziałam je…

– Niby co?

– Duchy – szepnęła Lena. – Duchy Dolnego Miasta.

 

 

2. Długa

Kamienice ulicy Długiej były jak wielkanocne wydmuszki. Wypalone szkielety – zamknięte w betonowych skorupach i owinięte kolorowym pozłotkiem nowych tynków – były martwe, a swąd zgnilizny zdawał się wydobywać spomiędzy zamkniętych drzwi i ciemnych okien. Być może dlatego w wąwozie ulicy, pomyślał Poroj, hulał tylko zimny wiatr. Jedynie Neptun na cokole ze smutkiem chylił głowę nad opustoszałym deptakiem. Ani żywej duszy. Ani jednej.

Światła ulicznych lamp robiły się matowe jak rybie oczy, gdy przechodzili przez nie eteryczni spacerowicze. Duchy, przemknęło mężczyźnie przez myśl, pewnie już nie mają wiele wspólnego z niewinnymi duszami. Z drugiej strony, oskarżycielko przypomniało mu sumienie, sam tę niewinność zabrał.

– Wtedy wszyscy byli winni – mruknął do siebie.

Postaci nagle przybliżyły się.

Otoczony marami Poroj w jednej chwili poczuł, jak wypływa z niego wszelka wola życia. Jakby ktoś łupnięciem młota wbił mu gwóźdź w potylicę i rozorał mózg. Mężczyzna padł na kolana i objął głowę koślawymi ramionami.

Gdyby ktoś na niego wtedy patrzył, pewnie zobaczyłby kolejnego gdańskiego menela, wymieniającego uściski z trotuarem.

– Winny – szeptały duchy, a ich szept był jak zgrzytanie pogruchotanych kości. – Spłać dług.

Widmowa kobieta nastąpiła koturnem na jego dłoń. Chłopiec bez głowy splunął na niego eteryczną krwią. Mężczyzna bez rąk, panny z rozkraczonymi nogami…

– Znajdź dziecię – syczały jak podziurawione płuca – a damy ci spokój.

– Tak, damy.

– Może.

– Na trochę.

– Może damy.

– Daj je nam.

Karuzela nicości wirowała wokół jego głowy. Podarte suknie. Podziurawione ciała. Porozrywane dłonie. Poruszały się porywistymi krokami, szepcząc i sycząc. Wreszcie znikły, jakby przegnane zimnym wiatrem od Motławy, który przeniknął mury Zielonej Bramy.

 

*

Poroj siedział na ławce dochodząc do siebie, gdy dostrzegł dwie postaci, wynurzające się z uliczki przy ratuszu. Poznał jednego z mężczyzn i uznał, że lepiej byłoby się jak najprędzej oddalić, ale nie miał siły, żeby wstać. Obaj mieli na sobie ciemne ubrania, lecz prawdziwy mrok czaił się w ich twarzach. Boubanne spuścił swoje ogary – zapewne usłyszawszy o dziecku Miasta, które można by pożreć.

– Patrzcie – zaczął jeden z nich. – Kogo widzą moje przenikliwe oczy.

– Nikogo – szepnął Poroj, pamiętając razy, które zebrał gdzieś pośród trójmiejskich lasów.

Obaj byli bladzi. Aureole sinizny otaczały ich przekrwione oczy. Strupy pokrywały wyschłe wargi. Dwóch ćpunów na wiecznym i niezaspokojonym głodzie.

– Racja – odparł drugi – to tylko kupa gówna, która śmierdzi na ulicy.

Zepchnęli go z ławki.

– Masz szczęście bratku, dzisiaj nie jest twoja noc.

 

 

3. Sienna Grobla

– Pssst. – Dźwięk był nieprzyjemny jak powietrze spuszczane ze starej dętki. – Gdzie leziesz!

Poroj – przygarbiony, jakby niósł worek kartofli – przemykał uliczką wzdłuż Motławy.

Od starych murów ciągnęło zimnem i wilgocią. Dach Domu Przyrodników przysłaniał niebo. Zaparkowane w błocie samochody wyglądały jak korpusy martwych chrząszczy. Zarośnięte podwórza, odpychające niby opuszczone cmentarze, były ciche. Głuche.

– Poszszekaj na mnie.

Poroj uniósł głowę i dostrzegł dorodnego szczura, pokonującego krawężniki wielkimi susami.

Zwierzak nazywał się Narloch. Dobiegł do mężczyzny i zastrzygł wąsami. Kręcąc pyszczkiem pokazał trzymany między zębami skrawek materiału.

– Paszsz, co znalazłem.

– Co to jest?

– Łakocie – zapiszczał szczur. – Kiedy osstatnio piłeś soś dobrego?

– A co cię to obchodzi?

– Barrdzo obchodzi. – Oczy zwierzaka błyszczały jak węgliki. – Znalazłem na sstoczni świeszszutkie i cieplutkie zwłoki. Powąchaj szszmatkę, jaką ssłodką krwią nassiąkła.

– Nie – mruknął Poroj, czując, jak odraza miesza się z gwałtownie pobudzonym zwierzęcym łaknieniem. Przełknął ślinę i dodał: – Daj mi spokój.

– Chceszsz, żeby dziewczynka ssię zmarnowała? – Szczur nagle wskoczył mężczyźnie na barki. Chwycił go pazurami za policzki. Owinął ogonem szyję. Podetknął szmatkę pod nos. Wysyczał: – Żeby pożarł ją Krwiopijca ze Sstoczni?

– Puść, do cholery! – Poroj próbował zrzucić gryzonia. Trzasnął go dłonią w pysk, ale zwierzę mocno się trzymało. W końcu, odurzony przyjemnym zapachem niedawnej śmierci, poczuł promieniujące z okolic wątroby ciepło i przestał walczyć.

Wysapał:

– Czemu sam nie pójdziesz, co?

– Ssam się boję.

 

*

Tysiące świateł niby płomyki zniczy w noc Wszystkich Świętych rozświetlały zimne mury budowli Starego Miasta. Czarna plama Wyspy Spichrzów straszyła jak zapomniany grób. Odbite w toniach Motławy, wywrócone na lewą stronę wieże gotyckich kościołów zdawały się płonąć.

Po drugiej stronie rzeki na wypalonej ścianie fabryki mięsa tańczyły rozmazane cienie. Zgarbiony człowiek wraz z przerośniętym szczurem przemykali nabrzeżem, pogrążeni w ciszy. Gdyby ktoś ich spostrzegł, pomyślałby pewnie o właścicielu wyprowadzającym psa na spóźniony spacer. O tej porze jednak nikogo już tu nie było.

– Gdzie ona jest? – wycharczał w końcu Poroj.

Próbował się opanować, ale zapach świeżej krwi zdążył już rozbudzić instynkty. Wyobraził sobie czerwonego robaka, tłustego i pomarszczonego, toczącego mu mózg. Pożerającego wszystkie emocje poza – paradoksalnie – głodem. Mężczyzna czuł, że nadchodzi chwila niewysłowionej wręcz rozkoszy nasycenia. Skamielina serca zaczęła łomotać niby dzwon zwiastujący pożar. Zamarłe katakumby jelit rozbudziły się w perystaltycznych drgawkach. Zjeżyły się włosy i napuchły wargi.

– Juszsz, juszsz – z radością odparł szczurek, dostrzegłszy przemianę towarzysza. – Dosstaniesz jeść.

Zwierzęca euforia zalała oczy oraz głowę Poroja i zdusiła okruchy człowieczeństwa. Jedynie najgłębsze pokłady sumienia niby smród z zabitej trumny przypominały mu, jak zbydlęcony będzie się czuł następnego dnia, kiedy minie opętanie krwią. Jakby w noc poślubną – zamiast prawowitej żony – zaprosił do łoża przydrożną dziwkę.

 

*

Była tam. Leżała między odrapaną ścianą hali a stertą niepotrzebnego żelastwa. Naga, nie licząc resztek podartej koszulki. Nogi rozrzucone jak połamane zapałki, kobiecość niby zadźgany jeż.

Po śmierci była bardziej kusząca niż za życia. Na oświetlonej blaskiem księżyca bieli wilgotnej skóry kwitły krwiste róże opadowych plam. Wyciekająca z ust, rozmazana po całej twarzy krew była niczym najsłodszy nektar. Nabrzmiała szyja…

Umysł Poroja odpłynął, a ciało rzuciło się na trupa.

 

*

Bon appétit – w przestrzeni rozlał się głos miękki i lepki jak płynny jedwab. – Monsieur Poroy.

– Pan Boubanne – służalczo zapiszczał szczur. – Pan tutaj…

Poroj starł krew z policzków. Nasycenie buzowało w jego ciele. Skóra odzyskała kolor, żyły nabrzmiały. Skronie były niby bębny armii maszerującej na wojnę.

– Nie jest to dla pana krępujące – kontynuował przybyły, przesuwając dłonią po krótko przyciętej bródce – spożywać posiłek w taki sposób, jak czynią to psy?

Światło księżyca odbijało się w przeraźliwie białym garniturze Boubanne'a Kremowa twarz zdawała się być przedłużeniem ubrania. Wzrok przyciągały róża w butonierce i równie czerwone usta. Usta, które niby atłas otulały insygnia zębów.

– Widziałem, jak monsieur się męczy. Niby barbarzyńca wsadza palce w jedzenie. Rozgrzebuje wnętrzności i wyrywa śledzionę, by ścisnąć ją jak przejrzały owoc, podczas gdy sok bryzga na wszystkie strony. – Głos Boubanne'a falował jak wody Motławy dotknięte jesiennym wiatrem. – Gdzie są pańskie maniery, monsieur Poroy, gdzie sztućce?

Poroj próbował odpowiedzieć, ale – jakby na potwierdzenie słów przybyłego – nie był w stanie z siebie wydać nic więcej prócz wymieszanego z krwią charczenia. Przywarł do ziemi jak zwierze poszczute ogniem. Starał się odzyskać panowanie nad sobą, ale żądza krwi wciąż była silna

– Ja panu dam, monsieur Poroy, i widelec, i nóż, i łyżeczkę. Ja panu dam estetykę stołu i un plaisir de manger. – Uśmiechnął się, wyszczerzając długie, wąskie jak naostrzone gwoździe kły. – W zamian za małą przysługę.

– Jaką – wybełkotał wreszcie Poroj – przysługę?

– Odnajdzie pan i przyprowadzi do mnie stworzenie, które ma się dzisiejszej nocy zalęgnąć na terenie miasta. Ja zaś w zamian obdarzę pana prawdziwą przemianą. Proszę mnie nie zawieść.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale.

Boubanne obrócił się i w mgnieniu oka znikł.

 

*

– Mały bydlaku – ryknął Poroj w stronę szczura – specjalnie mnie tutaj przyprowadziłeś. I ten trup.

Zwierzak w kilku susach znalazł się na wysokim murku, poza zasięgiem rąk mężczyzny.

– A nie bęzzie ci lepiej – wysyczał – jak przyjmieszsz dar pana Boubanne'a?

– Spieprzaj!

Rozmowa z Diabłem była niby kubeł zimnej wody. Poroj czuł, że człowieczeństwo w jego głowie wyłazi spod hałdy krwistych strupów jak cmentarne szczątki po powodzi. Ono jednak – w przeciwieństwie do spróchniałych zwłok – miało głos. I wyło.

Wycie niosło się także między opuszczonymi halami.

– To Krwiopijca! – pisnął nagle szczur. – Ussiekamy!

Masywny cień przetoczył się przez chaszcze. Zaśmierdziało zgniłymi ślimakami. Zajaśniały paskudne ślepia. Zrobiło się gorąco.

Poroj rzucił się w stronę rzeki. Słyszał sapanie i mruczenie. Kątem oka dostrzegł trafionego ciężką ręką szczura, frunącego przez plac. Ostatkiem sił wskoczył do wody, czując, jak pazury Krwiopijcy orzą mu plecy.

 

 

4. Kamienna Grobla

Leżał na skraju Wyspy Spichrzów, w sercu miasta, między wojennymi ruinami, których przez siedemdziesiąt lat nikt nie odbudował. Księżyc stał wysoko, a jego światło srebrnymi wstęgami przenikało przez puste oczodoły wypalonych okien. W słabym wietrze od zatoki cicho szumiały drzewa i pokrzywy.

Poroj przypomniał sobie żar płonących kamienic i spichlerzy, zapach benzyny i swąd gorącego tynku. Ryk przepastnych gardzieli haubic ustawionych na wzgórzach Wrzeszcza. Wesołe gruchotanie zapałek, równo leżących w pudełku. Ciężar granatów przypiętych do pasa. Wreszcie krzyki…

Delikatne zawirowania światła i dojmujący chłód przypomniały mu o marach, wciąż włóczących się za jego cieniem.

Na pomoście dwóch żuli piło tanią gorzałkę. Dostrzegłszy ich, Poroj stwierdził, że byli bardziej przerażający niż on sam. Skulił się więc i czym prędzej czmychnął wzdłuż płotu. Menele także musieli wspominać przeszłość schowaną w szyjce butelki, bo nie zwrócili na mężczyznę żadnej uwagi.

Poroj owinął się znalezioną w śmietniku szmatą i pokuśtykał w stronę blokowiska, porozmawiać ze światłą osobą, która mogłaby mu pomóc.

 

*

Klatka schodowa cuchnęła szczynami. Poręcze zdawały się być lepkie, jakby ktoś zebrał do wiadra brud z nieumytych dłoni i włosów, a potem rozsmarowywał go pędzlem. Żarówki zostały ukradzione, więc światło wpadało tylko przez poszarzałe szyby. Na jednych drzwiach była wydrapana gwiazda Dawida.

Dwóch wyrostków sprayem malowało obok napis jude raus.

– Co tak cuchnie – rzucił jeden z nich, widząc wspinającego się po schodach Poroja.

– Ej – warknął drugi – wypierdalaj stąd, menelu. Bo zaraz pomożemy ci sfrunąć.

Poroj popatrzył na nich smutno, a potem ściągnął kaptur.

– O kurwa!

– Co to jest?

– Won! – szepnął Poroj.

Dresiarze rzucili puszki z farbą i uciekli gdzieś na wyższe piętra.

Mężczyzna zapukał do drzwi.

 

*

– Aj waj! – szepnął niziutki zasuszony człowieczek, trzęsąc frędzlami tałesu. – Demon w progu mego domu.

Gość w dom, Bóg w dom się mówi – mruknął Poroj.

Żyd uśmiechnął się, rozkładając dłonie. Miał siwą brodę. Gdy mówił, wydawało się, że kurz sypie się spomiędzy zmarszczek na jego twarzy. Był podobny do Heweliusza, ale w ciemnych oczach nie widać było szaleństwa.

– Jaki bóg, taki gość – odparł. – Wejdź.

Wewnątrz unosił się ciężki zapach suszonych ziół i palonego wosku. Świece w menorach dawały słabe światło, a zastępy cieni tańczyły w kątach pokojów, między regałami i pośród starych ksiąg oraz zwojów Tory. W przedpokoju stała wysoka gliniana figura bez głowy i prawego ramienia. Na podłodze wciąż widać było potłuczone skorupy.

– Potrzebuję pomocy – powiedział Poroj.

– Ach, niewątpliwie. Stary Szmul każdemu chciałby pomóc. Oj, każdemu… Ale siły nie te.

Poroj przeleciał wzrokiem po opasłych tomiszczach. Popękane skórzane oprawy opisane były literami obcych alfabetów. Mężczyzna wciąż pamiętał, jak razem z Żydem ratował je przez apokalipsą radzieckich dział.

– Ze strachem wspominam, moje biedne serce niemal staje – mówił Szmul – jakeś dawno temu potrzebował pomocy. I coś mnie o mało nie zagryzł. Powiadają, że to złe Żydki krew kradną na macę, lecz to nie my otwieramy żyły i chłepcemy ciepłą juchę. Prawda, szanowny Poroju?

Poroj popatrzył na niego z odrazą – tak jak się patrzy na kleszcza wbitego w środek pleców, którego nie sposób samemu wyciągnąć.

– Uratowałem twoje skarby.

– A ja zapewniłem ci przyjaciół w Leningradzie, gdy – zrobił znaczącą pauzę – dotknęło cię nieszczęście i nie miałeś gdzie się podziać…

– Piłem dzisiaj krew – odparł Poroj, odsłaniając poszarpany rękaw. Pod suchą jak gips skórą pulsowały czerwieniejące linie żył. – Krąży we mnie. Mogę ci jej dać.

Żyd podszedł do sekretarzyka i wyciągnął stamtąd ostry nóż oraz kryształową ampułkę. Sprawnie rozciął nadgarstek Poroja i ściągnął płyn do naczynia. W międzyczasie szeptał:

– Przychodzili do starego Szmula po pomoc niejedni. Był starzec z Pragi, który rozsiewał ziarna waszej bezbożnej wiary, były króle i ruskie cary. Przyszedł nawet ten mały Francuz. Przynosili Szmulowi dary, a Szmul miał własną kamienicę, miał ich gdzie witać. Aj waj! – Nagle podniósł obie ręce. – A potem słudzy czarnego słońca zburzyli synagogę i po latach tułaczki biedny Szmul siedzi w domu z płyty, radując się paroma kroplami kradzionej krwi…

– Przestań, starcze, narzekać. – Rana na ręce Poroja w mig się zasklepiła. – Dostałeś swoje, a teraz mi odpowiedz: czy lepiej stać się prawdziwie nieśmiertelnym czy uwolnić od duchów przeszłości?

Żyd popatrzył na niego z ukosa i odparł:

– Czy lepiej być królem czy mędrcem?

– Nie rozumiem.

– Dlaczego wciąż próbujesz być czymś więcej niż tylko Wiaczesławem Porojewiczem?

 

*

Wybiegł z domu Żyda i wyszedł na deptak ciągnący się wzdłuż rzeki.

Nazwisko wciąż łomotało w jego głowie niby dzwon, którego uszkodzone serce może w każdej chwili wypaść. Nie słyszał tych słów od siedemdziesięciu lat i wydały mu się tak obce jak radość ze słonecznego dnia. Z zamyślenia wyrwało go nawoływanie.

– Poroju – krzyknęła Lena. – Poroju.

Mężczyzna dostrzegł ją, Przewodnika i bezgłowego rację, stojących nad brzegiem Martwej Motławy. Wyglądali na przygnębionych. Dochodziła północ i nic, prócz jęków pojedynczych ptaków, nie rozdzierało ciszy nocy.

– Brutale Boubanne'a – zaczęła – porwały biednego Heweliusza. Mówiłam mu, że nic dobrego z prawienia tych historii nie będzie.

– Sam się prosił – dodał Przewodnik. – Ale pewnie nic mu się nie stanie.

– Będzie tylko trochę bardziej stuknięty, niż jest teraz.

– Heweliusz miał rację – powiedział Poroj. – W mieście urodzi się dziecko.

– I ty oszalałeś – rzucił rajca. – Wariactwo najwyraźniej jest zaraźliwe.

– Rozmawiałem z duchami i z Boubannem.

– Ha! Potępieńcy i diabeł. Godna kompania – odparł. – Idź go szukać, może ogary Boubanne'a pobiegną za tobą.

– Żebyś się nie zdziwił, starcze – rzucił Poroj.

– Idź. I niech was wszystkich szlag trafi. – Rajca rozłożył dłonie i obrócił się w stronę miasta.

Lena jednak pobiegła za Porojem.

 

 

5. Chłodna

Poroj szedł pomiędzy kamienicami przy ulicy Chłodnej, a Lena dreptała za nim.

Buty łomotały o kocie łby, a echo niosło się między ścianami budynków. Tynki zdawały się łuszczyć z fasad jak skóra trędowatych. Odpadały płatami. W dziurach stały kałuże, ale gwiazdy nie były w stanie się odbić w błotnistej wodzie.

– Zawsze mnie zastanawiało, skąd dokładnie te twoje duchy wychodzą – szepnęła.

– Nie chcesz wiedzieć.

Pierzeje były dziurawe niby zęby człowieka dotkniętego szkorbutem. Tworzyły labirynt bocznych przejść, szemranych zaułków oraz zarośniętych trzepakami i garażami podwórek. Dalej ulica zakręcała, a kamienice kończyły się, ustępując miejsca polu ruin. Poprzetykane gruzem i krzakami klepisko było jak cmentarny śmietnik.

Poroj czuł, że tu są. Zimno, które je otaczało, było tak gęste, że niemal miało zapach. Zatęchły swąd spalenizny.

– Mogę przynieść dziecię – powiedział w przestrzeń – ale wy musicie mi wskazać miejsce.

Zrobił krok naprzód i…

 

*

… znów był Wiaczesławem Porojewiczem.

Nad miastem wisiała łuna pożaru tak ogromna, jakby to atrament nocy płonął. Serca żołnierzy waliły w rytm dyktowany spracowanymi dłońmi artylerzystów, uwijających się pośród ruin Wrzeszcza. Granaty przyjemnie ciążyły, przypięte do pasa. Zapałki grzechotały radośnie jak dziecięca zabawka. Benzyna w kanistrze zdawała się być słodsza i bardziej pożywna niż najlepsza wódka.

Porojewicz wrócił do znajomych drzwi prowadzących do piwnic, gdzie przesiadywały karaluchy. Germańskie diabły, które czekały na upokorzenie. Jęki ich strachu wyzwalały zwierzęce instynkty.

Porojewicz biegał sam, biegało ich dziesięciu, stu, tysiąc Porojewiczów – wchodzących do piwnicy, gwałcących, kradnących, zabijających. Wychodzili, zostawiając wiązankę granatów albo poprzestrzelane trupy. Czerwony bóg pasł się rozlaną krwią.

Aż w końcu to Porojewicz wył, gdy spadła na niego belka i rozległ się przeraźliwy…

 

*

… wrzask.

– Poroju. – Lena potrząsała nim i tuliła. – Co ci się stało?

Mężczyzna jeszcze przez kilka chwil wił się w błocie jak ryba wyrwana z wody. Tłukł dłońmi i stopami o kałuże. Rozchlapywał wodę i szlam.

– Wiem – wyszeptał. – Przy Vorstadt znaleźliśmy kilka osób. W piwnicy siedziała dziewczyna i jej mały brat. Było ciemno i duszno, w tych piwnicach zawsze było duszno. Jak w jaskini. Zastrzeliłem dzieciaka jak psa, gdy uwiesił się mojej nogawki. Potem zgwałciłem dziewczynę – mówił bez zacięcia, jakby to była spowiedź. Jakby mógł dostąpić spowiedzi. – Odstrzeliłem bachorowi łeb. Dziewczyna nazywała się Maria. Powtarzała to w kółko, jakby miało ją to uchronić. Chciałem drugi raz ją wziąć, a potem zabić, ale wtedy to mnie pochłonęła ciemność. I do dziś trzyma mocno. Jednakże oni wszyscy zostali pod gruzowiskiem, a mnie ktoś stamtąd wyciągnął.

Poroj odniósł wrażenie, że jego opowieść nie zrobiła na Lenie żadnego wrażenia, więc umilkł speszony.

– Musimy się pospieszyć – powiedziała .

 

 

6. Podwale Przedmiejskie II

Noc była jak zaczarowana. Światła ulicznych lamp były wyblakłe niby łuny pożarów oglądane przez mgłę. Na chodnikach nie było żadnego przechodnia, nie jeździły samochody. Jedynie kolejny pociąg mknął gdzieś w dal z głuchym łoskotem.

Opuścili Chłodną i powędrowali w stronę Głównego Miasta. Stanęli pośród bloków z płyty przy drodze ciągnącej się przez miejską tkankę niby blizna. Jak gdyby Stolem – zamiast usiąść na bazylice i w przeprosinach podarować kule zdobiące przedproża kamienic – postanowił gigantycznym wiadrem rozlać gorący asfalt, który wypalił wszystko dookoła. Po drugiej stronie piętrzyły się zacienione zabudowania.

– Powiedziałem ci – zaczął Poroj – kim kiedyś byłem, co robiłem.

– Ja się nie umiem gniewać na ludzi – odparła Lena. – Dlaczego mam być zła, skoro obudziłeś we mnie wiarę w miasto.

– Niedługo się przekonamy… – zawiesił głos, ogarniając wzrokiem okolicę. Dawno temu znikł najmniejszy ślad po wskazanych przez duchy budynkach. – To musiało być gdzieś tutaj.

– Co zrobimy z tym dzieckiem?

– Nie wiem.

Przeszli kawałek wzdłuż Podwala, aż dotarli do jednego z podziemnych przejść. Tunele spinały pęknięte miasto jak szwy. Paskudne konopne nici założone niewprawną ręką dawno zapomnianego architekta.

Wytarte schody były niby zejście do piekieł. Na końcu rozwierała się cuchnąca wilgocią i szczynami jama. Ciemność rozrywała ledwie migocąca jarzeniówka.

Ze środka słychać było jęczenie.

 

*

W boksach po lewej stronie tunelu kiedyś działały sklepy. Dzisiaj wszystko zostało zabite pilśnią, obwiązane łańcuchami i, zamalowane graffiti. Jedna z bud była rozwalona, a w ścianie za nią ziała wielka dziura. Rozsypał się tynk, rozpadła betonowa wylewka, a wewnątrz szpary znajdowały się zmurszałe krwistoczerwone cegły.

Wydawało się, że cały tunel zaczął ruszać się w spazmatycznych skurczach. Silniejszy rozbłysk jarzeniówki ukazał podłogę, pokrytą gęstym szlamem. Kolejne rysy(?) rozpełzły się po ścianach.

– Jej – westchnęła Lena.

– Co do… – głos ugrzązł Porojowi w gardle.

Antyczne cegły napęczniały i wybrzuszyły się, a breja na podłodze spłynęła karmazynową czerwienią. Jęk stał się coraz bardziej dojmujący i wibrował w uszach niby łopotanie skrzydełek muchy. Mięsiste cmoknięcie rozstępującej się ściany uwolniło chlust gęstego śluzu. Krawędzie szpary były miękkie jak guma i falowały wilgotnymi płatami w rytm skurczów. Mur nabrzmiał i pękł, a paskudne beknięcie rozniosło w powietrzu siarczystą woń.

Poroj i Lena podeszli do dziury. Ich buty lepiły się do podłogi. Wewnątrz ściany coś raz po raz kurczyło się i rozkurczało. Uwalniało ohydne dźwięki i kolejne fale szlamu. Nagle pośród kleistej czerwieni ukazał się czarny punkt. Znikł na moment, a potem pojawiło się go więcej.

Zaczynał przypominać małą stopę.

– Rodzi się – szepnęła Lena. – Rodzi…

Szpara nagle zakasłała, a cały tunel spiął się w niekontrolowanym spazmie. Cegły posiniały. Z sufitu posypał się tynk.

– Szybko – powiedziała – musimy pomóc… temu czemuś.

 

*

Oboje wsadzili ręce po łokcie w lepką jamę. Poroj poczuł, że coś go ugryzło, ale nie cofnął palców. Wyczuł obły kształt, który mógł być główką i podłożył pod niego dłoń. Druga zaplątała się w jakieś błony. Przygotował się i szarpnął…

Po chwili oboje z Leną leżeli na ziemi, unurzani w szlamie i cuchnący.

Poroj trzymał w ramionach małą czarną kreaturkę. Stworzonko miło wielką głowę i krótki ogonek. Było oblepione śluzem, ale już można było dostrzec ostre zęby wystające spomiędzy pomarszczonych warg. Na jego plecach bujały się skrzydełka. Nowo narodzony piszczał jak ślepe kocię i znów użarł Poroja w palec.

– No, no. – Śmiech rozniósł się po korytarzu. Ogary Boubanne'a, Diabła ze Srebrzyska, schodziły do tunelu, tłukąc o stopnie podkutymi buciorami. – Co my tu mamy.

Monsieur Boubanne miał rację. – Wyższy wyciągnął z kostki pałkę. –Śmieć doprowadził nas do skarbu.

– Czego wy…

– Co to za paskudztwo – przerwał niższy. – Nasz monsieur naprawdę chce to pożreć?

Poroj i Lena cofali się, brnąc w szlamie.

– Zleje z tego dziwoląga krew i ją wypije – odparł mu drugi. – A potem poczęstuje nas własną.

– Oddawać potwora!

– Spieprzaj – warknął Poroj, zrywając się do biegu.

Cios pałką posadził go na podłogę. Lena dostała kopniaka i upadła pod ścianę Dłonie w czarnych rękawicach sięgnęły po stworka.

 

*

– Odłóżcie go – głośno wypowiedział Przewodnik. – Natychmiast.

Stali na szczycie schodów we trzech. On, bezgłowy rajca i owinięty chałatem Szmul. A jednak, pomyślał Poroj, przyszli.

– Bo co mi zrobisz, dziwolągu? – ryknął ogar Boubanne'a.

– Oni ci zrobią – wskazał palcem na drugi wylot tunelu. Pośród mignięć jarzeniówki można było dostrzec bulwiaste cienie o długich łapach. – Jeśli sobie tego życzysz.

– O kurwa! – zapiszczał mężczyzna, dostrzegłszy zarys postaci, które nigdy nie opuszczały najczarniejszego kąta.

– Spierdalamy – powiedział drugi, delikatnie odkładając stworka na ziemi. – Boubanne się z wami policzy, cholerni zwyrodnialcy.

Uciekli pod ścianę i wyszli z tunelu schodami, gdzie stał Przewodnik. Tam ich nikt nie zaczepiał.

Lena rzuciła się w stronę stworka i wzięła go w ramiona. Poroj otulił ją i kreaturkę. Potem powiedział:

– Jednak uwierzyliście.

– Uwierzyli – uśmiechnął się Żyd. – Jak zawsze to niewierny musiał wzbudzić wiarę. I, jak zawsze, ten sam niewierny musiał ratować twoją skórę, Porojewiczu.

Wszyscy popatrzyli na małego stworka, który znów zaczął kwilić.

– Skąd to… on się wziął? – spytał Poroj.

– Czekał na ciebie – odparł Szmul.

Ściana na powrót wyschła. Mięsista dziura zamieniła się w zwykły kawał wykruszonego muru. Pośród połamanych cegieł sterczały jednak kawałki kości.

– Jaki ojciec, taki syn.

 

fin

Koniec

Komentarze

Jestem pod wrażeniem. Bardzo mi się podobało, a dodatkowy plus za to, że akcja dzieje się w Gdańsku i Wrzeszczu (nawet o Dolne Miasto zahaczyłeś, a tam nocą nie jest fajnie. Wiem coś o tym). Styl trochę skojarzył mi się z Barkerem, ale to pewnie tylko moje takie... Przeczytałem z przyjemnością.

Pozdrawiam

Mastiff

Nie czytałem wszystkich konkursowych opowiadań, więc trudno mi określić jak Twój tekst prezentuje się na ich tle, ale odważę się stwierdzić, że masz spore szanse. 

Do wykonania raczej nie można się przyczepić, treść też jak najbardziej na plus. 

Powodzenia w konkursie :-)

Przeczytałam.

No więc muszę powiedzieć, że bez zachwytu. Historia i zamysł mnie jakoś nie urzekły, niestety.

Jeśli chodzi o Twój styl, to "markiza nocy", "pulchne podbrzusza falban chmur" i inne tego typu zwroty stanowczo nie są w moim typie. ; ) Nie lubię i już.

Warsztat rzecz jasna na poziomie, tylko gubisz często kropki na końcach zdań.

Tyle.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Otóż, Syfie, gdybyś teraz uważnie się przysłuchał, usłyszałbyś dobiegające z głośników odgłosy klaskania. Bo nic innego nie pozostaje po przeczytaniu tego tekstu. Schylić głowę i zaklaskać. 

Powtarzałem to już wielokrotnie, ale bardzo cenię sobie fajną i nieprzesadzoną poetyzację prozy. Metafory to bardzo miłe zwierzaczki, jeśli umie się je oswoić, a ty najwyraźniej to potrafisz. Historia sama w sobie również jest niebanalna i na poziomie. Zakończenie, co prawda, trochę mnie nie przekonuje, ale rzadko które zakończenie tutaj do mnie przemawia. 

Gratuluję udanego tekstu. Naprawdę.

Szalenie ciekawa historia. Czytało mi się ją z przyjemnością, z radością docierało do pointy. Ale te pierwsze dwa akapity... No cofnęłabym się w czasie i porządną deską tłukła po głowie tego, co wmówił ludziom, że falbany, puchate brzuchy, pajęcze nogi i skalpele to porównania, które ludzie chcą czytać. Brr.

Choć sama końcówka jakoś do mnie nie trafia, to cała reszta stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie. Już sam fakt, że to jak na razie jedyne opowiadanie, które w tym miesiącu przeczytałem w całości, świadczy o czymś. W pierwszej chwili bardzo spodobał mi się styl, ilość i jakość metafor, ale chyba jednak troszkę przesadziłeś z tą ilością. Gdzieś w natłoku tych porównań gubi się sens, co utrudnia czytanie. Jednakże w drugiej połowie tekstu (tak od 4 rozdziału) sytuacja się poprawia :)

Myślałem, że postawię 6, ale to byłoby jednak troszkę za dużo. Zabrakło kilku kropek, przecinków i spacji, końcówka okazała się nieco rozczarowująca, a styl miejscami zbyt napakowany metaforami, dlatego daję tylko 5 ;) No i zastanowię się nad nominacją, wszak w tym miesiącu nic lepszego nie czytałem!

Pozdrawiam

Doskonały tekst. Gratuluję.6

Uważam, że zwłaszcza początek jest pięknie napisany. Ale fabuła jakoś do mnie nie trafia, dlatego dałbym też tylko 5.

"Kolejne rysy(?) rozpełzły się po ścianach." - o co chodzi z tym znakiem zapytania? :)
Tekst zabawny miejscami (nie wiem, dlaczego, ale wizja diabła jako Francuza rozśmiesza mnie, jest wybitnie nierealna i niespotykana), miejscami mroczny i przerażający, a miejscami... niezrozumiały.
Osadzenie akcji w Gdańsku to strzał w dziesiątkę: można się nieźle "zestrachać" idąc na wieczorny spacer po przeczytaniu tego opowiadania.
Co do samych postaci, to kreatury są jakby żywcem wyjęte z jakiejś farsy, parodii, co w mrocznym klimacie tworzy niepowtarzalny wręcz urok!
A końcówka nadaje takiego smaczku ;)
Pozdrawiam.

Z ręką na sercu przyznaję, że nie rozumiem większości Twoich porównań, a że potykałam się o nie praktycznie co drugie zdanie, to jestem bliska uznania tego zabiegu za zamach na czytelnika. Jesli to kolejny eksperyment - błagam, NIE IDŹ W TYM KIERUNKU!!! To nie jest ani ładne, ani pożytecznie, za to zakrawa na grafomanię.

 

Do tego co chwile rzucałeś czymś, nad czym do tej pory sie zastanawiam, np. jak można splunąć, nie mając głowy? Albo jak spojrzeć na kleszcza, ktorego ma się na środku pleców?

 

Co do samego tekstu... Mam dziwne wrażenie, że starałeś się zmieścić w ramach limitu znaków i przez to tekst bardzo dużo stracił. Samo uniwersum i postaci są naprawdę świetne, ale historia jest tak na 3-. Moze nawet nie sama historia, ale sposób jej poprowadzenia, taki mocno ograniczony. To jest temat na dłuższą opowieść, na zbudowanie klimatu i dawkowanie napięcia. Tutaj wszystko dzieje się za szybko i zbyt po łepkach.

www.herbatkauheleny.pl

1. Dzięki za komentarze.

2. Odbiór metafor to --- zakładam --- będzie kwestia indywidualna czytelnika. Moi Czytacze nie mieli co do nich większych zastrzeżeń, więc uznałem, że są zjadliwe. A propos, własnych pleców i kleszcza nie sposób dostrzec inaczej jak w lustrze, więc niewspominanie o lustrze uznałem za dopuszczalne w ramach rozsądnej licentia poetica.

3. Co do świata, to wydaje mi się, że w jego kreacji kluczowa jest groteska rodząca się z zestawienia przedstawionych postaci z rozbuchaną narracją. Gdybym przyciął metafory, to obawiam się, że wspomniane uniwersum i postaci po prostu straciłyby na atrakcyjności.

4. Co do eksperymentowania --- to owszem. Mam odrobinkę doświadczenia jedynie w opowiadaniach postapo. A reszta jest dla mnie zabawą i nowością.

pozdrawiam

I po co to było?

Ad 3. Jak dla mnie "rozbuchana" naracja jedynie niepotrzebnie przysłania uniwersum i postaci. Gdybyś przyciął metafory, to tak, jakbyś wyczyścił tekst ze szlamu. Moim zdaniem :)

 

I tak naprawdę nie chodzi tu o to, że narracja jest rozbuchana, czy coś, tylko o to, jakimi sposobami próbowałeś efekt osiągnać. Ja miałam wrażenie, że po prostu próbujesz w tych porównaniach dogonić pewnego pana, który zainspirował konkurs "Grafomania". Zapach gnijących ślimaków? No ja Cię proszę, co to w ogóle jest, bo moze jestem jedyna istotą na ziemi, która nie ma pojęcia jak pachną gnijace ślimaki? Do tego stosujesz metafory co drugie zdanie... Co za dużo, to niezdrowo.

www.herbatkauheleny.pl

Ślimaki --- nigdy nie miałaś stukniętego kolegi, który hodował latem ślimaki w słoiku, a nawet jeżeli --- to ślimak+gnicie nie wydaje Ci się ohydne?

Do tego stosujesz metafory co drugie zdanie... --- na to nie mam argumentu, ale

Ja miałam wrażenie, że po prostu próbujesz w tych porównaniach dogonić pewnego pana  --- to muszę uznać za bezpodstawne. Nie przeczę, że zdarza mi się wstawić nieudany środek stylistyczny, ale te, które przytoczyłaś, są zupełnie zwyczajne i raczej na siłę podciągnięte pod tezę.

Tym niemniej dzięki za ogólną krytykę. Jak mi się zdarzy następnym razem pisać coś w podobnej konwencji, to zwrócę większą uwagę na ilość środków.

pozdrawiam

I po co to było?

Przytoczyłam tylko te, które udało mi się zapamietać, bo były w miarę proste :) Ale już się zamykam :) Pozdrawiam również :)

www.herbatkauheleny.pl

Dodam tylko, że jedyna metafora, którą uważam za niedobrą, to ta: okaleczonego radzieckim skalpelem Głównego Miasta. Niby zrozumiała, ale jakoś kłuje w oczy. Swoją drogą trudno uwierzyć, że jeszcze teraz zachowały się jakieś ruiny powojenne, bo opowiadanie dzieje, zdaje się, współcześnie.

Zachowały się, chociażby na Wyspie Spichrzów. Poza tym, za " radziecki skalpel" odebrałem również budowle soc-realizmu, takie jak bloki za Martwą Wisłą czy popularny "Zieleniak".

Pozdrawiam

Mastiff

Ruin zostało dużo. Szkoda tych budowli, które przetrwały wojnę, ale potem znikły w ramach przewietrzania miasta albo walki z pruskim burżujstwem --- chociażby kamienice naprzeciwko dworca.

pozdrawiam

I po co to było?

Przywiodło mnie tu piórko, nie ukrywam, bo ostatnio jakoś nie umiem zabrać się za czytanie i komentowanie. Jestem pod wrażeniem. Należę do miłośników różnych pokrętnych metafor i ich nagromadzenie w żadnym stopniu nie umniejszyło przyjemności z lektury. Może ją nawet spotęgowało. Stawiam 6.

Klimat typowo Twój czyli zdecydowanie nie mój. ;-)

Wydaje mi się, że przekombinowałeś z porównaniami. Łuna tak duża, jakby atrament nocy płonął? Eee, atrament daje wyjątkowo pokaźny płomień? Dziurawy jak zęby chorego na szkorbut? Hmmm, a nie mówimy czasem o próchnicy? Dziury wypełnione lustrami kałuż? Lustro to powierzchnia, wypełnienie to objętość. (Nie cytuję dosłownie, ale idee chyba zachowałam.)

Babska logika rządzi!

Taką konwencję przyjąłem i tak wyszło ; )

I po co to było?

Z drugiej strony, oskarżycielko przypomniało mu sumienie, sam tę niewinność zabrał.

Tu zjadłeś literę.

 

Światło księżyca odbijało się w przeraźliwie białym garniturze Boubanne'a Kremowa twarz zdawała się być przedłużeniem ubrania.

A tu kropkę.

Smacznego.

 

Zdążyłem się już zorientować, po lekturze kilku tekstów, że twój styl jest dość obrzydliwy. Do Gdańska żywię sporo sentymentu, choć urodziłem się i wychowałem ładny kawałek od morza. Nie wiem, czy to wpłynęło na mój odbiór, ale bardzo mi się spodobały opisy poświęcone bezpośrednio miastu. Fajny pomysł, z rodzeniem dziecka przez miasto. Natomiast to co się dzieje między wprowadzeniem Poroja a porodem, hmm… Można było wykrzesać troszkę więcej ognia : ) osobiście zadowoliłbym się wyraźniejszym nakreśleniem motywacji bohaterów i tego, o co tak naprawdę chodzi. Bo choć podobały mi się poszczególne sceny, to jako całość trzyma się do kupy głównie przez miejsce akcji.

Może to defekt odbiorcy!

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

W konkursie chyba był jakiś limit znaków i pewne treści mogły zostać z tego powodu słabiej rozwinięte ; )

dzięki za wizytę 

I po co to było?

Osobliwe opisanie Gdańska.

Czytałam z pewnym mozołem, cały czas odnosząc dziwne wrażeniem, że Twoje to, a jakby i nie Twoje było. Innymi słowy – wolę, zdecydowanie wolę gdy piszesz tradycyjnym syfem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A bo to pewien eksperyment był. Za to dobrze się bawiłem przy pisaniu tego opowiadania ; P

I po co to było?

Nowa Fantastyka