- Opowiadanie: Mauea - Inny rytm

Inny rytm

Tekst ma dobre dwa lata - powstał na Polifonię 2012 :) (notatka z 1.04.2014)


Nota odautorska: przepraszam znawców Bliskiego Wschodu za swobodne mieszanie konwencji kulturowych. Geografów za luźne traktowanie pustyni także. Informacja dla zainteresowanych czytelników: imiona nie są przypadkowe. Znaczenie większości z nich można odkryć tutaj.

 

Opowiadanie inspirowane utworem „A Different Drum” Petera Gabriela. Pomimo moich najszczerszych chęci nie znalazłam w internecie tekstu tej pieśni, bo wszyscy twierdzą, że ona w ogóle nie ma słów – co, jak łatwo można się przekonać, jest kłamstwem. Myślę jednak, że niewiele to zmieniło.

Wiem, że tekstowi przydałoby się odleżenie, i nie ukrywam, że sama widzę pewne jego niedociągnięcia; bardzo zależało mi jednak, by zdążyć na Polifonię.

Życzę przyjemnej lektury.

 

M.

 

PS Russ, kocham Cię! – dziękuję za szansę i wyrozumiałość wobec mojej antyterminowości.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Inny rytm

Ten dźwięk? To tętent kopyt wierzchowców gnających przez kamienistą pustynię. Rytmiczne uderzenia o płaskie skały, gdy cztery konie cwałują za ofiarą. Ich jeźdźcy kulą się, przytuleni do grzbietów zwierząt, i wpatrują niezmiennie w ten sam punkt, zmniejszający się pomimo wysiłków.

Jeśli go nie dościgną, skarb plemienia zginie, a oni okryją się hańbą.

Pył ucieka spod końskich nóg, osłania je półprzejrzystym welonem do kolan. W rysach jeźdźców, na zakurzonych twarzach, stwardniał gniew. Wierzchowce kładą uszy po sobie i wyciągają szyje, zacinane do szybszego biegu.

Złodziej oddala się nieubłaganie.

Wyczerpani mężczyźni trzymają się w siodłach siłą woli i obowiązku. Ze zwierzętami nie jest lepiej – mają za sobą dwa tygodnie pościgu właściwie bez przerw. Nie potykają się dlatego, że znają ten teren; ich dom to ta pustynna ziemia, twarde, nagie płyty po horyzont. Są tu od zawsze. Mieli być na zawsze. Wspólnie.

Ale on przyszedł i zabrał ich najcenniejszy, boski dar.

 

 

Słońce już nie czerwienieje wieczorem, odkąd kapłani zaprzestali składania ofiary krwi Hvare Khshaeta. Przecież nie mogą tego robić, nie mając skarbu. Ono od kilku dni zachodzi więc na złoto, przeświecając przez piach dalekich wydm, jak gdyby patrzyło oskarżycielsko na czterech mężczyzn. Jutro może w ogóle nie wzejść – musi się wcześniej pożywić, by znów wyzwolić się z okowów nocy i wrócić na nieboskłon. Nikt nie wie, na ile jeszcze Porannemu Słońcu starczy sił z poprzednich ofiar.

W obozowisku, które z wprawą stworzyli, odzywa się tylko Omid. On jako jedyny szczerze wierzy w to, że wciąż mają szansę.

– Saleem? Ile dni wytrzymamy bez wody? – Jeździec zatrzymuje się przy najważniejszym z mężczyzn. W ręce trzyma pusty bukłak.

– Tyle, ile trzeba. Wiesz przecież.

Odpowiedź zamyka usta pytającemu. Omid nie został wybrany, by wątpić, lecz by podtrzymywać pozostałych na duchu.

Idzie więc zająć się końmi i postarać o jakąś strawę dla nich. Spalony słońcem Bahadur przegląda zabraną broń i sprawdza jej stan, a Alim mruży oczy, wpatrując się w gwiazdy. Ma obowiązek prowadzić wszystkich przez to morze bez wody. To do niego podchodzi Saleem, dowodzący pościgiem.

– Musimy przedostać się do oazy. Nawet nasze duchy będą potrzebowały wody, by móc ich dalej ścigać.

Alim kreśli palcem na płycie solnej, zaznaczając ich położenie. Nie odrywa przy tym wzroku od nieboskłonu, by nie popełnić błędu. Saleem nie rozumie jego rysunków – wie jednak, że za każdym razem okazują się słuszne, więc nie ma powodu do niepokoju.

– Dobrze, poprowadzę nas przez źródło. On też powinien do niego zmierzać, jeśli nie chce umrzeć. A jeśli zrobi inaczej… Tym lepiej dla nas.

Pytający kiwa głową, szukając bezskutecznie wzroku siedzącego mężczyzny. Pozwala sobie na lekki uśmiech i odchodzi, by udać się na spoczynek.

 

 

***

 

 

Wieczorem, gdy Hvare Khshaeta zstępuje pod ziemię, w niewolę nocy, złodziej zsiada z wierzchowca i szykuje dla niego posiłek. To piękne zwierzę; jedno z najlepszych, jakie cwałowało po tej krainie, obdarzone długą szyją i silnymi nogami. Potrząsa kształtnym łbem, rozdyma chrapy, strząsa z siebie krople potu. Ogier musiał dziś nieść więcej jeźdźców, niż jest przyzwyczajony. Mężczyźnie towarzyszy bowiem kobieta.

Oboje zasiadają na niewielkich matach wyplecionych z trawy. Po jej twarzy nie płyną już łzy. Wyciąga do niego dłoń o drobnych palcach, ozdobioną wokół nadgarstka rzadkim kamieniem wprawionym w złoto. Rozmawiają ze sobą po raz pierwszy – tego wieczoru uwierzyli, że uda im się wymknąć, przechytrzyć pościg. Są coraz bliżej gór, które zapewnią im bezpieczeństwo; muszą wytrzymać jeszcze tylko dwa dni.

– Nie wierzyłam, że ktoś mnie usłyszy, Abd-al-Hamidzie.

– Twój szept przeszywał rzeczywistość, Farid. Słyszałem go we śnie i na jawie, i gdybym za nim nie podążył, straciłbym zmysły.

– Farah. Mam na imię Farah… – Podaje mu część niewielkiego chleba, jaki dziś rano wypiekła na kamieniu. Nie zostało im wiele więcej, jednak nie martwią się tym. Oboje są wciąż młodzi, choć w jej oczach kryje się wiedza kobiety, która wiele pamięta z nocy spędzonych na przędzeniu nici i snuciu opowieści. On nie nosi takiego brzemienia; jego oblicze jest gładkie, a słowa pewne, wypowiadane ze szczerego serca. Nie musi zastanawiać się, nim przysięgnie na honor, bo wierzy, że wszystkiemu podoła.

– Radość – powtarza posłusznie, dziwiąc się, że we wsi nazywali ją inaczej. Przecież to jasne – jej uśmiech, wytrzymałość, chęć życia pomimo roli, do jakiej była przymuszana. Ta kobieta jest istotą pocieszenia, uosobieniem tego, co pozwala z podniesionym czołem stanąć naprzeciw wyzwań. Farah obudziła w nim wiarę, że uda się przerwać zaklęty krąg trwający od czasów, które istnieją już tylko w jej pamięci. Potrafi ją podtrzymać, a gdy Abd-al-Hamid słabnie wieczorami, kładzie ręce na jego głowie i nuci cicho, aż on odzyska siły i powiedzie ich dalej, tam, gdzie czeka swoboda.

Przecież to takie jasne.

– Tak nazwała mnie matka, gdy nadszedł ku temu czas. Mahdi miał jednak prawo zmienić jej decyzję. Zostałam więc Farid, Wyjątkową. I byłam nią do dnia, gdy przybyłeś, by naprawić jego błąd.

Kobieta milknie, a mężczyzna nie pyta więcej.

Jeszcze nie czas.

 

 

***

 

 

Poranne Słońce podnosi się z wysiłkiem, rozrywa nerwowymi szarpnięciami okrycie z chmur. Żółte, blade promienie docierają do ziemi i zalegają na pustyni, przynosząc dzień. Czterech mężczyzn jest już gotowych. Siodłają konie, cichymi pomrukiwaniami obiecują im, że niedługo nadejdzie koniec wysiłku. Nadszedł Przełom – pora, gdy Hvare Khshaeta oddaje część niebios wodzie i udaje się na spoczynek; ich starania wkrótce powinny przynieść efekt.

Pierwsze krople spadają na nich, gdy są już w drodze. Dodaje to sił ludziom i zwierzętom, choć wiedzą, że jeśli ghayth – deszcz – będzie gęsty, kopyta koni ugrzęzną w kleistej pułapce. Nie muszą już przeć w kierunku oazy, mogą podążać tropem zbiega. Tak przynajmniej myśli Omid, który potrafi się uśmiechać nawet teraz. Alim boi się, że bez pomocy Słońca wskazującego im drogę nie dostrzegą ludzkich sylwetek, drobnych ciemnych plam na oślepiającym tle, i oddalą się od złodzieja.

Prowadzący grupę Bahadur podąża nieubłaganie przed siebie, nie pozostawiając wyboru pozostałym. Będzie zabijał w imię bogów i kapłanów, by odzyskać to, co odebrano jego ludowi. Jadący za nim mężczyźni formują linię, prowadząc konie po śladach poprzedników, i w milczeniu pokonują kolejne kilometry dyktowane tempem wojownika. Gdy woda spływająca z nieba zmienia się w zręcznie utkaną, ciemną zasłonę, Saleem decyduje o postoju i rozstawia niskie namioty, wbrew prośbie najstarszego z mężczyzn.

Farid jest siostrą Bahadura.

 

 

***

 

 

Abd-al-Hamid zsiada z konia i wprowadza go pod nawis skalny, jedno z pierwszych spiętrzeń dotychczas płaskiej ziemi. W jego cieniu spędzą następne godziny, czekając na przejście najsilniejszego deszczu. Łapią, oczywiście, wodę i zlewają ją do bukłaków – ci, którzy marnotrawią otrzymane od bogów szanse, trwają na tym świecie tylko kilka krótkich chwil.

Farah patrzy na towarzysza zza zielonych tęczówek, lśniących delikatnie odbiciem srebrnej wody. To ją wyróżnia – pozostali ludzie mają oczy czarne lub brązowe, jak pustynia nocą. Znak celu, jaki wyznaczył jej Mahdi, gdy osiągnęła dojrzałość, jest widoczny po dziś dzień. Kobieta znów się uśmiecha, choć to, co mówi, nie brzmi radośnie.

– Wiesz, że oni nie odstąpią? Będą za nami szli tak długo, aż nas odnajdą.

– Wiem. Mnie czeka śmierć, a ty wrócisz w ręce kapłanów. – Mężczyzna gładzi zmęczone zwierzę po boku, dziękując mu za trud, który dla nich ponosi.

– Nie boisz się?

– Czego? Wezwałaś mnie, a ja spełniłem twoją prośbę. Czas, by Hvare Khshaeta wskazał nowe źródło, z którego będzie czerpał.

Uśmiech kobiety poszerza się nieznacznie, ujawniając drobne ranki w spękanych, suchych ustach.

– To prawda. Nie wiesz nawet, jak długo mu służyłam, nikt nie wie. Jestem zmęczona.

Opiera głowę na jego ramieniu, przełamując niewidoczną barierę, jaką postawiła między nimi pierwszego dnia. Hamid zauważa zmarszczki na drobnej dłoni, gdy otacza ją palcami.

Koń wystawia łeb na deszcz i parska cicho.

 

 

***

 

 

Ghayth rosił ziemię tak długo, że jeźdźcy ruszają w drogę dopiero pod wieczór, pomimo zimna i zalegających ciemności. Prowadzi ich przeczucie Bahadura.

– Na pewno nie będą szli dalej, są bez jedzenia i mają jednego konia. Wiem, gdzie się ukryli – oznajmił pozostałym godzinę temu, siodłając wierzchowca. Saleem nie miał wyjścia, musiał zgodzić się na podjęcie wędrówki. Więź, która łączy wojownika z siostrą, pochodzi od bogów; nikt nie może wątpić w ich decyzję. Mimo tego tym razem mężczyźni zbijają się w grupę, chowając najmłodszego Omida w środku. Nocą, na pustyni pozbawionej ochronnego blasku Słońca, pojawia się zło – kto nie zna jego sztuczek, łatwo daje się złapać Sayyi` w sidła.

W otaczającej ich miękkiej ciszy stąpnięcia kopyt na skałach wywołują pogłos, jak gdyby stukot odbijał się od niewidzialnych ścian.

Alim, którego nauczono wszystkiego, co tylko wie jego lud, próbuje zrozumieć ucieczkę Farid. Pamięta ją jako młodą dziewczynę o grubym, czarnym warkoczu, która spędzała w namiocie kapłana niemalże całe dnie. Wieczorem, wraz ze zstąpieniem Słońca pod ziemię, stawała przy ołtarzu, by nakarmić bóstwo krwią swoich rąk w rytm śpiewanej przez Mahdiego pieśni. Dzień nadchodził bez chwili zwłoki, w podzięce za ofiarę Farid i trud sługi Słońca.

Gdy zbliżają się do kilku wyższych skał, Saleem śpiewa głośno modlitwę chroniącą przed podszeptami zła. Ich cienie otwierają przejście do podziemnego świata, na ciemność nocy kładąc własne nieczyste duchy. Człowiek, który nie ma jasnego umysłu i pozwala sobie na zwątpienie, wkraczając do cienia, łatwo traci zmysły i nigdy już nie widzi dnia. Mężczyzna widzi te zgubione dusze, gdy pozwala sobie na zerknięcie w dół, pod kopyta konia. Nie może dopuścić, by powierzeni pod jego opiekę ludzie upadli, wzmaga więc swą pieśń i składa palce w znak ochronny.

Pustynny wąż z sykiem ucieka spod kopyt konia Bahadura. Jeźdźcowi przez moment zdaje się, że widzi na łbie gada złote koło, podobne do bransolety, którą kiedyś podarował siostrze. Gdy obraca się, by przyjrzeć się dokładniej, zwierzę znika już wśród kamieni.

 

 

***

 

 

Tej nocy Farah śpi niespokojnie, budząc się co kilka kwadransów. Śnią się jej brat i matka, oboje zatrzymani w czasie, niepostarzeni ani o kilka z tych lat, które spędzili u jej boku. Teraz zastępuje ich Abd-al-Hamid. Kobieta uśmiecha się z wdzięcznością, gdy myśli o poświęceniu, na jakie się dla niej zdobył. Gdy na niego patrzy, widzi jeszcze niedorosłego chłopca – choć wkroczył w wiek męski, zachował trzeźwość dziecięcego umysłu i czyste serce. Farah cieszy się, że to właśnie on odpowiedział na jej prośbę. Nikt z jej własnej wsi nie zrozumiałby, dlaczego chce się uwolnić od brzemienia, które przynosi szczęście wszystkim.

Podnosi się, by sprawdzić zdrowie konia służącego im grzbietem przez cały ten czas. Bez zwierzęcia już dawno zostaliby złapani i osądzeni, więc także wobec niego ma serce pełne miłości. Poświęcenie ogiera zapewni im wolność, a jemu być może odbierze życie. Ma nadzieję, że zostanie za to odpowiednio wynagrodzony w raju.

Nim wróci na posłanie, patrzy jeszcze w dal, nasłuchując słabnącego dźwięku deszczowych kropli. Przez ich plusk przebija słaby puls brata – a jednak jest tego pewna tak mocno, jak gdyby spał wraz z nimi pod skałą. Są blisko. Farah gładzi nieświadomie nadgarstek zdobny w wytwór jego rąk.

Za jej plecami budzi się Hamid i podnosi na łokciu, by spojrzeć na kobietę i upewnić się, że są bezpieczni. Dostrzega białe nici w warkoczu sięgającym niemalże do ziemi, choć za dnia z pewnością był lśniąco czarny. Przypisuje to zmęczonemu wzrokowi i wraca do snu. Nie pyta jej, dlaczego nie odpoczywa przed dalszą podróżą; zdążył się nauczyć, że takie pytania pozostawia bez odpowiedzi, bo nie dotyczą tego, co dawne, ani tego, co przyszłe. Nim zaśnie, miga mu jeszcze myśl, że jutro powinien zmusić ogiera do cwału. Im szybciej dotrą do gór, tym lepiej.

Ona czeka, aż jego świadomość zgaśnie, i podchodzi do niego z naciętą dłonią. Kilka kropli krwi spływa z wnętrza zaciśniętych palców i skapuje na jego czoło, usta i serce. Znikają szybko, nie pozostawiając śladu.

Potem do świtu siedzi, wpatrując się w przestrzeń pustyni, i płacze bezgłośnie.

 

 

***

 

 

Świt zastaje Abd-al-Hamida i Farah szybciej, niż się spodziewali. Przyjmują to za pomyślną wróżbę – Hvare Khshaeta pozwala im wyruszyć wcześniej, dając tym samym znak, że zgadza się na ich wolność.

Dla jeźdźców podążających ich tropem Słońce jest zniecierpliwione i głodne, wymaga więc, by włożyli więcej wysiłku w wyznaczoną im próbę. Bahadur czuje już, że Farid jest blisko, bo w umyśle słyszy jej oddech. Powinien pozostać z tyłu, by nie zdradzić swoich towarzyszy zbyt wcześnie, jednak nie potrafi cofnąć się przed ukaraniem złodzieja, który zabrał jego siostrę z domu. Nikt inny nie wypełni tego zadania tak jak on.

W stronę gór galopuje jeden piękny koń, za którym podążają cztery kolejne, zmęczone, lecz wciąż krzepkie. Za kobietą i mężczyzną, przytuleni do karków wierzchowców, pędzi czterech jeźdźców rozciągniętych w linię. Dwaj skrajni, Bahadur i Saleem, próbują wysforować się nieco naprzód, by móc skręcić razem ze zbiegami i nie dać im uciec.

Kto będzie pierwszy, zależy wyłącznie od zwierząt. Od ich siły i wytrzymałości, od lojalności, jaką czują wobec swoich właścicieli, od poświęcenia i wysiłku. Cztery przeciwko jednemu. Każdy z koni spędził na pustyni całe życie, nie znają innej rzeczywistości niż ta – spalona słońcem i pozbawiona wody. Traktowane od małego jak skarby, którymi w istocie są, umieją się odwdzięczyć za okazaną troskę i biją teraz kopytami w skały, pofałdowane już i pokruszone, chcąc pokazać ludziom, że ta przyjaźń nie jest jednostronna.

Jednak podwójne obciążenie okazuje się być zbyt dużym wyzwaniem dla ogiera Hamida. Choć robi, co może, koń zwalnia, dając szansę pościgowi na zmniejszenie dystansu. Saleem nie pozwala użyć łuku, który przygotował Omid. To najpewniejsza broń i dałaby im zwycięstwo – on jednak chce pochwycić złodzieja żywcem, bo tak jak Alim chce zrozumieć, dlaczego przerwał krąg codziennych modłów i zagroził wsi zniszczeniem.

Gdy jeźdźcy doganiają uciekinierów, linia gór jest oddalona już tylko o dwie godziny jazdy. Zatrzymują ich w kamiennej niecce, gdzie ostre skały od wieków kłują niebo, nieczułe na ataki wiatru i gorąca.

Farah przerywa Abd-al-Hamidowi skupienie i prosi go o zatrzymanie wierzchowca. Koń słania się już na nogach, a mimo tego stara się trzymać prosto, nie pozwala sobie na klęk.

Kobieta patrzy po kolei na każdego z jeźdźców, mrużąc oczy w ostrym słońcu. Przez to nie są w stanie dostrzec, jak ściemniały jej przepiękne zielone oczy.

– To wszystko, Farid.

Pierwszy odzywa się Bahadur, zsiadając z siodła. Trzyma konia za uzdę, a drugą rękę wyciąga w kierunku siostry. Chce, by poszła z nimi bez przymusu – wierzy, że została porwana wbrew swej woli.

– Farah. Mam na imię Farah – nieustępliwość w jej tonie przypomina Hamidowi pierwszy wieczór, gdy odezwała się sama. Ze zdziwieniem uświadamia sobie, że minęły tylko dwa dni, choć podskórnie czuje, że od tamtej chwili upłynęły lata. Dziesiątki lat wypełnionych ciszą i wspomnieniami Farah.

– Mam na imię Farah i jestem Radością. Mahdi, który zadecydował o moim życiu, porwał się na instynkt matki znającej dziecko najlepiej. Jestem Fortuną, którą zamknęliście w okowach, by sobie zapewnić spokojny byt. Poświęciliście mnie, by zdobyć własne szczęście… – Ironia tego faktu nawet teraz wywołuje w niej zmęczony uśmiech, podkreślający wypalone bruzdy po bokach ust. Dotyka bransolety z czerwonym kamieniem, zakrywa ją palcami.

– Nie ja miałam być Wyjątkowa, bracie. Nie ty i nie nasza matka, inna rodzina miała nieść to brzemię, ta, którą przygotowali bogowie. Ale Mahdi wiedział lepiej.

Potrząsa głową ze smutkiem. Przyglądający się jej mężczyźni widzą to, co Abd-al-Hamid w nocy – wśród czarnego dotychczas warkocza kryją się pasma siwizny. Saleem także zsiada z konia, zajmując miejsce za plecami złodzieja.

– Nawet jemu zdarzają się pomyłki, jednak nikt nie ma śmiałości wkroczyć w jego decyzje, wiesz o tym. Sama musiałam sprzeciwić się losowi, który błędnie dla mnie wybrano. Abd-al-Hamid jest niewinny! – krzyczy, zaciskając drobne palce na nadgarstku. Bahadur czuje puls siostry, zna jego rytm od chwili, gdy wspólnie wydostali się w brzucha matki – a jednak rozpoznaje go dopiero po chwili, gdy zmienione tempo tworzy nowe wspomnienie w jego umyśle.

Jej głos budzi dotychczas uśpionych mężczyzn, którzy ruszają, by spętać kobietę i porywacza. Najdłużej walczy ogier; zmusza jeźdźców, by go zabili, nie pozwalając się uspokoić ani zbliżyć nikomu. Kobietę bierze na siodło Bahadur, a złodziejem zajmuje się Alim.

 

 

***

 

 

Tej nocy Farah umiera w ciszy z zamkniętymi oczami. Łzy brata skapują na dłoń, którą trzyma do samego końca. Mężczyźni decydują się pochować ją wśród piasków pustyni będących jej domem – jedynym, choć tak znienawidzonym. Hamid w milczeniu układa kamienie wokół drobnego ciała starzejącej się kobiety, pozbawiony sił, bezwolnie wykonujący polecenia Saleema. Błądzi wzrokiem wśród pyłu i kamieni, nie podnosi głowy, apatyczny i zgaszony. Przywódca bardzo dba o jego zdrowie, bo śmierć Farid spoczywa na sumieniu złodzieja, lecz boi się, że i on odejdzie, nim Mahdi wymierzy sprawiedliwość.

Docierają jednak do wsi w pięciu. Nikt nie chce mówić, co wydarzyło się poza oazą, gdzie człowiek pozostawiony jest sam sobie i odsłonięty przed surowym okiem Hvare Khshaeta. Nikt, poza dziećmi, nie pyta.

Hamid podnosi wzrok dopiero wtedy, gdy Mahdi wydaje wyrok ukamieniowania złodzieja i porywacza, człowieka, który zdecydował się zdradzić pobratymców, skazując ich na gniew boga i śmierć w ciemności, na utratę ochrony Słońca przed Nocą.

 

 

Jego spojrzenie lśni świeżą zielenią.

Koniec

Komentarze

Cześć

że znają ten teren; ich dom to ta pustynna ziemia - jak dla mnie możesz śmiało wyrzucić "ta".

Słońce już nie czerwienieje wieczorem jak do tej pory, gdy kapłani składali ofiarę krwi Hvare Khshaeta. - W tym zdaniu o co chodzi? Słońce czerwieniało kiedy składali ofiarę? Tak? Bo jęsli mam rację to jest nieczytelne.  

Ogier musiał dziś nieść więcej jeźdźców, niż jest przyzwyczajony. Mężczyźnie towarzyszy bowiem kobieta. - rzeczywiście koń musiał być cudowyny skoro nie byli w stanie złąpać go ścigający. Przecież skoro skarb był tak ważny to konie ścigających nie były beznadziejne. Wstawiłbym jakiś ciekawy opis skąd go zabrał owy złodziej. Może rodowód wpleciony w opowieść? Lub bohaterka mogłąby konia też kropić krwią, żeby odzyskał siły.

tego wieczoru uwierzyli, że uda im się wymknąć, przechytrzyć pościg. Są coraz bliżej gór, które zapewnią im bezpieczeństwo; muszą wytrzymać jeszcze tylko dwa dni. - możesz skasować im, czytelnik domyśla się o kogo chodzi.

No jest tego sporo więcej. Przejrzyj i pokasuj.

No ładny melodramat napisałaś. Szkoda, że za nimi nie przepadam;)  Tekst zasługuje na przynajmniej na 4.

Pozdrawiam

M.C.

jeśli chodzi o powtórzenia i zaimki, stosowałam je świadomie, mając na uwadze to, że pewien styl tworzony w ten sposób nie każdego chwyci za serce i powali za kolana. jednak obstaję przy nim - prawo twórcy - bo jak mam się nauczyć złotej równowagi, jeśli nie poprzez używanie ;)

zdanie o czerwonym słońcu poprawię. tak, dobrze je zrozumiałeś.

wątek o ogierze, tak jak o prawach wsi czy symbolice imion, pozostanie zarysowany, ale niedokończony. miałabym pewien problem, jak to zgrabnie dopisać, nie tworząc całej większej wstawki - nie o to zresztą mi chodzi, bo koń nie jest głównym bohaterem opowiadania. zdam się na zaufanie czytelników, może wezmą na wiarę ;)

 

cieszę się, że mimo wszystko się podobało i pozdrawiam ciepło :)

powali na* kolana, oczywiście. chociaż takie powalanie chwytem za kolana też mogłoby być ciekawe ^^

Długi dosyć, jak na szort. Urokliwa opowieść, spodobała mi się.

Jeśli w przedmowie był jakiś link do strony z listą imion, to szlag go trafił.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam bez przykrości, ale i bez większych wrażeń. Opis ucieczki i pogoni zdał mi się mało porywający, wręcz monotonny, choć zdaję sobie sprawę, że tak uciekający, jak ścigający mieli zgoła inne odczucia.

I tylko koni mi żal, bo musiały ciągle biec.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka