- Opowiadanie: alus99 - Mitakuye oyas'in

Mitakuye oyas'in

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Mitakuye oyas'in

Payakootha odpoczywał po wyczerpującym biegu. Usiadł nieopodal niewielkiego wodospadu i zamknął oczy. Szmer wody, delikatny powiew wiatru i kojący zapach lasu, dawały mu siłę i pozwalały uspokoić oddech. Machunu była już niedaleko. Święta Góra stała się jego celem i motywacją, pośrodku oceanu beznadziei. Słońce chyliło się ku zachodowi, nadając otoczeniu mistycznego poblasku. Oddech Payakoothy był już spokojny i miarowy. Wciąż nie otwierając oczu, podniósł się z miejsca i sięgnął po tomahawk. Ciemność pod jego powiekami zaczęła nabierać kolorów, kiedy wypowiadał słowa pradawnej modlitwy do Paha, boga Księżyca. Pośród ogarniającej go zieleni, ujrzał niewyraźny kształt królika. Do niego dołączyły wkrótce kształty wilków, a w oddali Payakootha dojrzał także niedźwiedzia. Ale nie zwierzęta go zaniepokoiły. Nagle, tuż przed sobą, ujrzał ogromny czerwono – pomarańczowy kształt. Kiedy otworzył oczy, był gotowy do skoku. Ale przed nim stał tylko prawie nagi człowiek. Miał niesamowicie błękitne oczy.

 

– Musisz stąd odejść – jego głos był zimny jak lód.

 

– Matka Ziemia uczyniła to miejsce dostępnym dla wszystkich – odpowiedział spokojnie Payakootha. – Kto dał ci prawo do władzy nad nim? – jego dłoń mocniej ścisnęła tomahawk.

 

Człowiek okrążył go kilka razy i pociągnął nosem. Jego dotąd zmarszczone czoło, nieco się wygładziło.

 

– Nie jesteś nemanau z mojego byłego plemienia – skonstatował nieznajomy. – Twoje pióra nie pochodzą stąd, prawda?

 

– Jestem Payakootha, wojownik plemienia Naabeehó Dine'é. Kim ty jesteś?

 

– Skoro zamierzasz tu zostać, możesz nazywać mnie Toka – odpowiedział mężczyzna i usiadł na skraju jeziora.

 

– Toka, oznacza wroga… Dlaczego chcesz bym nazywał cię wrogiem?

 

– Nie jestem twoim wrogiem – jego oczy wyrażały głęboki smutek. – To moje plemię, nadało mi to imię.

 

Payakootha zrobił kilka ostrożnych kroków w stronę nieznajomego. Wciąż miał pod powiekami jego obraz w świecie duchów. Pod maską człowieka, mogło skrywać się coś zgoła nieludzkiego. Wziął głęboki oddech i usiadł koło Toki. Biło od niego nienaturalne zimno.

 

– Powiedz mi, Toka, co tutaj robisz? – zapytał, rozluźniając dłoń, zaciśniętą na broni.

 

– Kiedyś nazywałem się Sapa, i byłem częścią plemienia Sawannuka, żyjącego nieopodal. Jeśli wszedłbyś na tamto wzgórze, ujrzałbyś dym z ich ognisk – jego głos był pełen tęsknoty, a na jego twarzy zastygł smutek. – Byłem wtedy młodym myśliwym, jednak moje imię stało się poważane przez starszych, kiedy z mojej ręki padł potężny mahkwa, pustoszący niegdyś te okolice. Byłem szczęśliwy, do czasu kiedy serce me skradła wikoskalaka z mojego plemienia. Nazywała się Falguni… – głos mu się załamał, a woda w jeziorze nieopodal niego, zaczęła zamarzać. Smutek na jego obliczu, został zastąpiony przez ból i rozgoryczenie.

 

– Zwodziła mnie przez wiele miesięcy, a ja… ja sam tego chciałem i nie dopuszczałem myśli, że nie darzy mnie takim uczuciem, jakie chciałbym jej ofiarować. Ale pewnego dnia, kiedy wracałem z polowania, zobaczyłem ją z innym mężczyzną – Payakootha zamknął oczy i słuchał dalej. – To był mój kola! Mój najlepszy przyjaciel…

 

Toka wydał z siebie przeraźliwy dźwięk, który wstrząsnął całym lasem. Ptaki zerwały się do lotu, co bardziej płochliwe zwierzęta uciekły w poszukiwaniu ukrycia, tylko Payakootha nie ruszył się z miejsca. Widział Tokę w świecie duchów, ale nie wyczuwał w nim wrogości. Jego eteryczny kształt, był rozdzierany innymi emocjami.

 

– Zabiłem go… – ciągnął wypranym z emocji głosem. – Na Falguni nawet wtedy nie potrafiłem podnieść ręki. Gonili mnie aż do granic lasu… kiedy osaczyli mnie, poczułem w sercu zimno. I wtedy stałem się tym…

 

Payakootha znowu otworzył oczy. Istota przed nim, miała człekokształtną budowę ciała, ale futro, wilcza głowa i jelenie rogi, sprawiały, że na tym podobieństwo do człowieka się kończyło.

 

– Nie potrafię tego opanować… kiedy widzę kogoś z nich, przypomina mi się to co mnie spotkało. Zabiłem… zbyt wielu.

 

– Stałeś się Wendigo – Payakootha z niesamowitym wręcz spokojem wstał i spojrzał bestii w oczy.

 

Toka padł na kolana i spuścił głowę. Ostatnie promienie słońca, padały na jego srebrzyste futro.

 

– Wojowniku… Chcąc nie chcąc, stałeś się powiernikiem mojej historii – potwór podniósł głowę i ich spojrzenia zetknęły się. – Chcę byś coś dla mnie zrobił. Zakończ moje cierpienie, nie pozwól zginąć nikomu więcej.

 

Payakootha skinął głową. Zmówił modlitwę do Gadającego Boga i czekał, aż poczuje siłę w swym ramieniu. Błogosławieństwo spłynęła na niego, niczym orzeźwiający strumień wody.

 

– Wojowniku… Czy kochałeś kiedyś kobietę? – wyszeptał Toka.

 

– Nadal kocham, bracie.

 

– Tak – potwór pochylił głowę i oparł ją o pobliski kamień. – Ja też nadal ją kocham…

 

Słońce zgasło i na niebie powoli zaczęły pojawiać się gwiazdy. Jedna z nich świeciła niesamowicie jasnym blaskiem.

 

 

*****

 

 

Payakootha biegł w dół ostrym zboczem. W oddali widział dym unoszący się z ognisk. Postanowił odnaleźć wioskę, o której mówił mu Toka. Potrzebował porządnego odpoczynku i bliskości ognia. Kiedy znalazł się nieopodal skupiska wigwamów, zatrzymał się. Księżyc oświetlał swoim blaskiem Świętą Równinę i wojownik był pewien, że zauważono go już dawno temu. Istotnie, pod powiekami zauważył kształty, które zbierały się nieopodal.

 

Timá hiyúwo – powiedział głośno jeden z nich.

 

Payakootha rozkładając ręce na boki, ruszył w jego stronę. Człowiek ten wyglądał na przywódcę myśliwych. Po jego bokach stali inni, uzbrojeni w łuki wycelowane w nadchodzącego.

 

Hau, kola! – pozdrowił go Payakootha. – Niosę wam wieści. Wasz brat Sapa, jest już w Krainie Wiecznych Łowów.

 

Myśliwi wymienili się spojrzeniami.

 

– Toka nie żyje? Jak go zabiłeś? – posypały się pytania.

 

– Sapa – Payakootha wyraźnie zaakcentował imię – oddał swe życie dobrowolnie. Niech Wielki Manitu zdecyduje, czy był waszym wrogiem.

 

Przywódca myśliwych spojrzał na swoich ludzi i kazał im opuścić broń.

 

– Chodź z nami przybyszu, mitakuye oyas'in.

 

Podeszli do centralnego punktu wioski i usiedli przy wielkim ognisku. Mieszkańcy zaczęli gromadzić się przy nim, rzucając ciekawe spojrzenia na przybysza. Payakootha usiadł i po chwili podano mu posiłek. Jadł powoli, ciesząc się smakiem upieczonego mięsa. Wkrótce wszyscy podnieśli się z miejsc. Oto nadchodził wódz. Jego pióropusz sięgał do samej ziemi, a dumne oblicze sprawiało, że wzbudzał respekt. Pomimo wieku, stąpał z gracją dzikiego zwierzęcia i można było domyślać się, że ciągle drzemie w nim ogień wojownika.

 

- Hau przybyszu! Jestem Waupee, wódz tego plemienia. Doszły mnie słuchy, że uwolniłeś naszego brata od przekleństwa. Chciałbym ci podziękować, albowiem uwolniłeś nas od wielkiego smutku. Proszę, siądź z nami i zapal fajkę – po tych słowach skinął na kobietę, która stała najbliżej.

 

Payakootha zaciągnął się z lubością i zaczął opowiadać o swoim spotkaniu z Wendigo. Ludzie słuchali go z zainteresowaniem i wkrótce zaczęli mu też zadawać inne pytania. Jednak on udzielał tylko krótkich i zwięzłych odpowiedzi. Nie miał zamiaru dzielić się swoimi problemami, pragnął tylko odpoczynku na jedną noc. Kiedy mieszkańcy zaczęli rozchodzić się do swoich tipi, zauważył, że jedna z kobiet przygląda mu się z pewnej odległości. Domyślając się, z kim ma do czynienia, ruszył w jej stronę. Rzeczywiście, nie kłamało znaczenie jej imienia. Była bardzo piękna.

 

– Ty musisz być Falguni – rzekł, założywszy ręce.

 

– A ty… nigdy nie zdradziłeś swego imienia – jej głos był ciepły i miły dla ucha.

 

– Jestem Payakootha.

 

– Twoje imię oznacza lecące chmury. Czy rzeczywiście nie potrafisz zostać długo w jednym miejscu?

 

– To zależy, uwierz mi, że gdybym mógł, przestałbym biec.

 

– Co jest wiatrem, który pcha cię do przodu?

 

– Pozwól, że mój wiatr, będzie wiał tylko dla mnie – spojrzenie i ton wojownika nie mogły być bardziej stanowcze.

 

Zbliżyła się do niego. Poczuł jej zapach, przyjrzał się roziskrzonym oczom i lekko rozchylonym wargom. Położył jej rękę na ramieniu i powstrzymał przed zrobieniem następnego kroku.

 

– Nie, Falguni – powiedział twardo.

 

Spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Nie rozumiała, a on nie zamierzał jej tego wyjaśniać. Odwrócił się w stronę zaoferowanego mu tipi i zrobił parę kroków w jego stronę.

 

– Wiesz, że nawet w chwili śmierci, on nadal cię kochał? – zapytał, nie odwracając się.

 

Pytanie pozostało bez odpowiedzi.

 

 

*****

 

 

Wstał po paru godzinach, jeszcze przed świtem. Podeszła do niego, kiedy przygotowywał się do drogi. Bez słowa wskazała na przyprowadzonego konia. Pogładził go po karku i szepnął parę słów do ucha. Falguni skinęła mu głową i wróciła do swojego namiotu. Coś w nim odezwało się, mówiąc, by poszedł za nią i ją pocieszył. Ale nakazał temu milczeć. Wskoczył na grzbiet wierzchowca i puścił się cwałem ku majaczącym w oddali wzniesieniom. Pęd powietrza orzeźwił go i do końca oprzytomnił. Pędził aż do południa, kiedy to słońce stało się nieznośne i postanowił znaleźć jakieś schronienie.

 

Nieopodal, przy korycie rzeki, ujrzał skupisko drzew, które dawały upragniony cień. Skierował się w ich stronę, kiedy nagle poczuł, że ktoś już tam jest. Zamknął oczy i zmówił modlitwę. Piątka ludzi i ich konie. Rozpalone ognisko. Cisza, przerywana od czasu do czasu obcym głosem. Payakootha popędził konia, mamrocząc formułę. Sięgnął do torby i wyciągnął z niej mały pojemnik. Wraz ze skracającym się dystansem, wyraźniej czuł emocje i intencje napotkanych ludzi. Zauważyli go i jak przypuszczał, byli wrogo nastawieni. Rozpoznał w nich Wyrzutków, ludzi bez plemienia i honoru. Odkręcił pojemnik i zanurzył w nim kciuk, a potem namalował czerwoną farbą dwa paski na policzkach. Poczuł na twarzy nieprzyjemne odrętwienie, ale jego wzrok wyostrzył się, a ciało reagowało znacznie szybciej. Kiedy pierwsza strzała przeleciała o włos od niego, popędził konia do galopu. Było ich czterech, piąty okazał się być najprawdopodobniej ich jeńcem.

 

Payakootha zeskoczył z konia, prosto na jednego z wrogów. Tomahawk błysnął i wzniecił fontannę krwi, kiedy wbił się w pierś Wyrzutka. Payakootha wyszarpnął swoją broń i skulił się unikając strzały. Dwaj Indianie zaatakowali jednocześnie, dzierżąc w dłoniach noże. Wojownik zanurkował między nich, i ciął na odlew. Wyrzutek po jego prawej zawył, łapiąc się za rozrąbane udo. Drugi dosięgnął Payakoothę nożem, nie czyniąc mu jednak dużej krzywdy. Chwilę później zdziwiony upadł na ziemię, patrząc na własne wnętrzności, wypływające z rozciętego brzucha. Ostatni przeciwnik stanął jak wryty, kiedy jego cel po prostu zniknął. Z napiętym łukiem, ruszył w stronę swego krzyczącego z bólu pobratymca. Payakootha pojawił się za jego plecami i jednym szybkim ruchem poderżnął mu gardło. Krew bryznęła na ledwo żyjącego Indianina, który zaczął błagać o litość. Jego prośby poszły na marne.

 

– Ale mi się zabijaka trafił, patrzcie państwo!

 

Payakootha spojrzał na człowieka przy ognisku. Miał białą skórę i dziwny strój, o wiele za ciepły, jak na panujące tutaj warunki. Indianin zmówił modlitwę do Skana i wykonał skomplikowany gest. Słowa związanego przestały być bełkotem.

 

– Rozumiesz mnie, czerwońcu? – zapytał jeniec, bez nadziei w głosie.

 

– Tak. I wolałbym, żebyś mówił do mnie Payakootha.

 

– Ha! A to ci dopiero! Rozumiemy się – w głosie nieznajomego zabrzmiał entuzjazm. – Mów mi Thomas. A teraz panie Paya byłoby miło, gdybyś mnie rozwiązał.

 

– Jak zostałeś jeńcem wyrzutków?

 

– A jak myślisz? Jechałem sobie spokojnie, może i przez wasz teren, ale pilnowałem swoich interesów.

 

– Wiesz dobrze, jak mój lud reaguje na was, blade twarze. Jesteście tu obcy i nie wszyscy chcą waszej obecności.

 

– Albo mnie rozwiąż, albo wbij mi ten kurewski toporek w czerep i miejmy to już za sobą – Thomas spojrzał na Payakoothę. Obaj przez dłuższą chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem, kiedy w końcu Indianin przeciął jego więzy. Thomas rozmasował obolałe nadgarstki i splunął do ogniska. Nie był już młody, jego twarz była pobrużdżona i z punktu widzenia Payakoothy, dość szpetna. Ale w jego oczach było coś, co przekonało Indianina, że ma do czynienia z kimś nieprzeciętnym.

 

– Dobra, gdzie są moje rzeczy… acha! – były jeniec sięgnął do torby, przywiązanej do końskiego siodła i wydobył z niej dwa rewolwery o długich lufach. Indianin widział już na własne oczy działanie broni białych ludzi, ale gardził nią. Thomas tymczasem wyciągnął skądś kapelusz o szerokim rondzie i nałożył go sobie na głowę.

 

– O.K. panie Kootha, miałbym pytanie. Próbuję znaleźć miejsce zwane Machunu, ale zupełnie nie znam tego skrawka ziemi.

 

– Dlaczego szukasz Machunu?

 

Twarz Thomasa stężała. Przez chwilę wyglądał na bardzo zmęczonego i bardzo starego człowieka.

 

– To moja sprawa Payakoo – powiedział twardo i na moment stracił tę swoją beztroską manierę.

 

– Rzeczywiście, to twoja sprawa. Wydaje się jednak, że szukamy tego samego miejsca. Każdy z nas ma własny problem do rozwiązania, ale kiedy dwójka ludzi zmierza do tego samego celu, nic nie stoi na przeszkodzie, by ruszyli razem.

 

– Nie wiesz na co się piszesz. Jestem raczej kiepskim kompanem, zwykle podróżuję sam.

 

– To jest nas dwóch – na twarzy Payakoothy zagościł delikatny uśmiech.

 

– Czyli tak po prostu zaufasz przerażającej bladej twarzy? – Thomas uśmiechnął się naprawdę szpetnie.

 

Mitakuye oyas'in – odpowiedział. – Wszyscy jesteśmy braćmi.

 

*****

 

 

Jechali aż do późnego wieczora, cały czas trzymając się rzeki. Dużo rozmawiali i udało im się znaleźć wspólny język. Kiedy zrobili się głodni, Payakootha zatrzymał konia nieopodal brzegu, a Thomas poszedł w jego ślady. W krystalicznie czystej wodzie, można było dostrzec wiele ryb. Wojownik wszedł do wody i czekał. Ku zdziwieniu Thomasa, zaczął chwytać ryby gołymi rękami.

 

– Szybki jesteś Pay – powiedział kiwając głową. – Nie przeszkadzaj sobie, ja zajmę się ogniskiem.

 

Wkrótce usiedli i czekali, aż ich posiłek będzie gotowy. Ryby smakowały wyśmienicie, szczególnie po całym dniu podróży. Zapadła noc i dwaj towarzysze zbliżyli się do ognia.

 

– Skąd pochodzisz Thomasie? – zapytał Indianin, gryząc ostatni kęs.

 

– Zza Wielkiej Granicy. Nie sądzę, żeby nazwa mojego domu cokolwiek ci powiedziała. A ty? Do którego plemienia należysz?

 

– Do Naabeehó Dine'é.

 

Twarz Thomasa na moment przyjęła nieodgadniony wyraz. Payakootha wyczuł, że jego towarzysz zawahał się.

 

– Mój syn… został zabity przez członka Naabeehó Dine'é.

 

– Nigdy nie atakowaliśmy białych, bo nie mieliśmy ku temu powodu. Jak to się stało?

 

– Wystarczy – uciął rozmowę rewolwerowiec. Naciągnął kapelusz głęboko na twarz i położył się na plecach.

 

Payakootha uszanował jego prywatność. Wstał z miejsca i poszedł się przejść. Przez wspomnienie śmierci, zalała go fala myśli, związanych z jego celem. Znowu poczuł bezradność, taką samą jaką czuł, kiedy wrócił z polowania, niecały miesiąc temu. Po raz kolejny, zaczął wątpić w sens swoich starań. Ale jak zawsze, kiedy przychodził ten moment, usiadł na ziemi. Z zanadrza wyciągnął nieco kenik-kenik i nabił fajkę. Odpaliwszy ją patykiem z ogniska, zaciągnął się mocno. Nie był to zwykły tytoń, ale specjalna mieszanka, przyrządzona przez jego mentora, szamana Kabinokę. Payakootha wprowadził się w trans, zaczynając nucić starą pieśń. Ujrzał wilczycę rozszarpującą królika. Następnie zobaczył tę samą wilczycę, padającą pod potężnymi pazurami niedźwiedzia. Nie wyczuwał w tej wizji harmonii i ocknął się niespokojny. Po raz kolejny, nie udało mu się zrozumieć tego co zobaczył. Kabinoka twierdził, że w transie można ujrzeć przeszłość, a czasami nawet przyszłość. Payakootha w końcu położył się i zamknął oczy. Wilki podjęły w oddali swoją pieśń.

 

 

*****

 

– Thomas, to jest pierdolone samobójstwo! – Bill wrzeszczał na całe gardło, ale był pewien, że przyjaciel nie słyszy, albo nie chce go słyszeć. Rewolwerowiec biegł jak szalony i z rozpędu wpadł na jednego z czerwonoskórych. Potężnym kopniakiem obalił go na ziemię i oddał strzał prosto pomiędzy przerażone oczy. Ukrył się za pobliskim głazem i czekał cierpliwie. Przy akompaniamencie krzyków, spadli na niego dwaj Indianie. Thomas wyszczerzył żeby w szalonym uśmiechu i wystrzelił błyskawicznie. Dwa trupy padły na spękaną ziemię, użyźniając ją świeżą krwią. Z wioski dobiegły go wołania o pomoc. Wyjrzał ostrożnie ze swojego ukrycia i zamarł z przerażenia. Garstka jego kompanów chroniła się za przewróconym wozem, ale ich los był z góry przesądzony.

 

– Tom! Wiejmy stąd, czerwońcy są za silni! – Bill dobiegł do niego i przykucnął, w obawie przed strzałami. Thomas uderzył go wierzchem dłoni.

 

– Tam jest mój syn skurwysynu, wyciągniemy ich stamtąd, rozumiesz?! Idziemy na trzy.

 

Billy otrząsnął się i mocniej chwycił strzelbę.

 

Raz… – Thomas zakręcił rewolwerami w powietrzu.

 

Dwa… – Billy przeładował strzelbę i splunął na ziemię.

 

Trzy! – Wypadli z obu stron głazu, strzelając najpierw na oślep, a po chwili celując do poszczególnych Indian. Strzała trafiła Thomasa w łydkę, ale ten parł dalej do przodu, jakby tego nie zauważył. Kryjąc się za czym tylko się dało, zbliżali się do wozu. Kończyła im się amunicja. Thomas uderzył jednego z Indian kolbą rewolweru i wyrwał mu z ręki tomahawk. Druga strzała trafiła go w ramię, ale i tak zdążył zadać morderczy cios czerwonoskóremu. Billy zacharczał i upadł na ziemię, dostał prosto w grdykę. Thomas przewrócił się i z trudem uniósł na jedno kolano. Sytuacja była beznadziejna, Indianie zataczali wokół wozu coraz węższy krąg. Ktoś rozpaczliwie krzycząc i podnosząc białą szmatę przywiązaną do strzelby, wychylił się zza plandeki. To był John, pierworodny Thomasa. Indianie na chwilę przestali strzelać, i trójka pozostałych przy życiu wyszła przed wóz. Młoda kobieta, wyglądająca na szamankę plemienia, podeszła do nich, osłaniana przez gotowych do strzału myśliwych. Białoskórzy padli na kolana i założyli ręce za głowy.

 

Inánjinyo – zwróciła się do Johna. Ten nie rozumiejąc pokręcił tylko głową. Dwóch stojących przy niej Indian, poderwało go brutalnie na nogi.

 

We! – krzyknęła i wbiła mu długi nóż w brzuch. Thomas zawył i puścił się biegiem do przodu. Ramię i noga bolały, ale krew zalała mu oczy i nie czuł żadnego bólu. Wpadł w sam środek skupiska ludzi i wystrzelił kilka razy w szamankę. Kiedy padała na ziemię, poprawił zdobycznym tomahawkiem. Stał, cały we krwi, ciężko dysząc.

 

Wayanka! – krzyknął jeden z Indian.

 

 

*****

 

 

Wayanka! – Payakootha wyrwał Thomasa ze snu i wskazał ręką na północ. – Icamna nadchodzi!

 

Chmury na północy były prawie czarne, a w oddali było słychać potężne grzmoty. Rewolwerowiec zerwał się z miejsca.

 

– Jasna kurwa, to nie wygląda dobrze.

 

– Będziesz musiał mi pomóc kola – powiedział spokojnie Payakootha. – To nie jest zwykła burza. Jeśli nas dopadnie, możemy nigdy nie osiągnąć celu.

 

– Co w niej takiego niezwykłego? – Thomas przytrzymał kapelusz, wiatr stawał się porywisty.

 

– Dostępu do Machunu, broni sam Tirawa. Nie będzie łatwo oprzeć się jego mocy.

 

– Dobra Payak, nie znam się na waszych bogach – rewolwerowiec wzruszył ramionami. – Co mam robić?

 

Indianin wbił tomahawk w ziemię i uklęknął. Pod powiekami ujrzał burzę w postaci ogromnego, czarnego tygrysa. Z torby, wyciągnął ozdobny róg bizona. Emanował wyraźną mocą. Następnie sięgnął po szereg pojemniczków z farbami. Wyuczonymi ruchami, zaczął malować na twarzy i całym ciele skomplikowane wzory.

 

– Skup się Thomasie. Weź tę farbę i pokryj nią swoje powieki – mówiąc to podał mu jeden z pojemników. Odrobinę skonsternowany rewolwerowiec przytaknął i zrobił to, o co go prosił.

 

Tate! Maka! Peta! Mni! – Payakootha wykrzyknął imiona czterech żywiołów. Uniósł nad głowę róg bizona. – Orenda! – wrzasnął i wbił go w ziemię.

 

Byli w świecie duchów. Thomas ujrzał tygrysa i cofnął się przerażony. Manifestacja burzy zstąpiła na ziemię i zaryczała przeszywająco. Payakootha wstał, w jednej ręce dzierżąc róg, a w drugiej tomahawk. Pod nosem mamrotał modlitwę do Gluskapa.

 

– Thomasie, twoja broń na nic się tutaj nie zda. Musisz ściągnąć na siebie uwagę bestii. Wtedy zaatakuję.

 

Rewolwerowiec zmełł w ustach przekleństwo i odbiegł na prawo. Krzyczał i machał rękoma, aż uzyskał pożądany efekt. Czarny tygrys ruszył w jego stronę, rycząc przeciągle. Thomas rzucił się do ucieczki. Payakootha czekał w skupieniu. Kiedy w końcu nadszedł odpowiedni moment, natarł na bestię z niesamowitą szybkością. Tygrys uderzył ogromnymi pazurami, o włos mijając głowę Indianina. Ten zanurkował pod jego łapą i wbił mu róg w gardło. Potwór ryknął i cofnął się do tyłu. Payakootha zamierzył się do cięcia, ale tygrys był szybszy. Uderzony Indianin zarył o ziemię. Thomas rzucił się do przodu i z całej siły pchnął róg, tkwiący w gardle bestii. Indianin podniósł się i zaczął coś szeptać. Wkrótce cicha modlitwa przerodziła się w zaśpiew, który stał się donośny niczym ryk bestii. Wojownik umieścił całą swoją zgromadzoną siłę w jednym miejscu. I uderzył z pierwotną furią. Przy fali oślepiającego białego światła, tygrys padł bez życia na ziemię. W ułamek sekundy później, Thomas stwierdził, że zaczyna widzieć normalnie i zabity tygrys stał się rozpierzchniętymi chmurami na nieboskłonie.

 

– No to mamy farta, Payakootho! – chyba pierwszy raz poprawnie wypowiedział jego imię.

 

Ale Indianin leżał nieopodal i nie potrafił się ruszyć. Ostatnim co zobaczył przed utratą przytomności, był obraz niedźwiedzia i wilka, wspólnie rzucających się na tygrysa.

 

 

*****

 

 

– Nareszcie! Już myślałem, że będziesz tak leżał w nieskończoność!

 

Payakootha ocknął się, ale ku swojemu zdziwieniu nie czuł bólu. Thomas właśnie pakował jakiś materiał do torby.

 

– Połatałem cię trochę i dałem ci się napić pewnego specyfiku, który skutecznie uśmierza ból – na twarzy Thomasa zagościł ten sam paskudny uśmiech, który widział kiedy się poznali.

 

Le mite pila, kola – podziękował Indianin. On również się uśmiechnął.

 

Jechali jeszcze przez dwa dni, jednak droga ich była spokojna i spędzili ją głównie na rozmowie. W końcu ich oczom ukazała się Święta Góra Machunu. Nie pasowała do krajobrazu wszechobecnej prerii, a jej majestatyczny szczyt ginął w chmurach. Rozpoczęli mozolną wspinaczkę, zostawiając konie u podnóża. Po czasie, który wydał im się całą wiecznością, dotarli na sam szczyt.

 

– Pora wezwać Kici Manitu… chyba, że przyszedłeś tu po coś innego Thomasie?

 

– Przyszedłem po sprawiedliwość. Przyszedłem po mojego syna.

 

Niebo pociemniało momentalnie. Chmury przybrały wielobarwny odcień, wiatr poruszył koronami drzew. Shakuru i Pah połączyli się w jedność, kiedy księżyc zaćmił słońce. Zwierzęta, wiedzione nieodpartym zewem, zaczęły gromadzić się dookoła nich.

 

Tanyán yahí yélo Payakootha – przemówił jeden z niedźwiedzi.

 

– Ja również, o Wielki Duchu – Indianin zgiął się w głębokim pokłonie.

 

– Ciebie również dobrze widzieć, Thomasie Carter – dodał mały królik.

 

– Powiedziano mi, że możesz wskrzeszać zmarłych. Chcę by mój syn powrócił do świata żywych! – Thomas założył ręce i czekał na odpowiedź.

 

– Twój syn był ofiarą za twoje grzechy – zawarczał wilk. – Z chciwości zaatakowaliście nikomu nie wadzące plemię. Przykro mi, ale nie mogę ci pomóc, harmonia musi zostać zachowana.

 

Wściekły Thomas dobył broni. Sokół zaatakował go z przeszywającym piskiem, wytrącając mu rewolwery z dłoni. Chciał je podnieść, ale stojący obok łoś, wydał niski ostrzegawczy dźwięk i skutecznie go do tego zniechęcił. Payakootha spojrzał na niego ze smutkiem pomieszanym z gniewem. Wszystko zaczynało mu się układać w głowie.

 

– Wielki duchu, ja również chcę cię prosić o przywrócenie osoby którą kocham. Moja kobieta, Heecha, została bestialsko zamordowana, podczas mojej nieobecności.

 

– Życie za życie wojowniku – odpowiedziała biała sowa. – Twoje myśli cię nie zdradzają, człowiek który zabił twoją ukochaną, stoi teraz przed tobą.

 

Payakootha skierował wzrok na Thomasa. Rewolwerowiec odpowiedział spojrzeniem. W oczach obydwu czaiła się wściekłość.

 

– Życie za życie Payakootho.

 

I wtedy w oczach Thomasa gniew został zastąpiony przez głęboki smutek. Padł na kolana i ściągnął kapelusz.

 

– Przyjacielu… ja… to wszystko moja wina. Nie chowam do ciebie urazy, uratowałeś mi życie, ale nie ma ono sensu. Żałuję, że zabiłem… – pojedyncza łza spłynęła mu po policzku.

 

Payakootha zamknął oczy. Spojrzał w głąb siebie i do góry w niebo. Usłyszał głos. Kojący, miękki i ciepły. Heecha?

 

– Wiesz o co proszę Kici Manitu… Żegnaj Thomasie – Payakootha uniósł tomahawk, a Thomas opuścił głowę.

 

 

*****

 

 

Konie zarżały usłyszawszy zbliżające się postacie. Jedna z nich położyła rękę na karku siwka, uspokajając go nieco. Postacie spojrzały na siebie, nie kryjąc łez.

 

– Chodź synu, przed nami długa droga do domu – powiedział Thomas, z całej siły obejmując zwróconego mu pierworodnego. Odjechali w stronę Wielkiej Granicy, prowadzeni przez dwie jasno świecące gwiazdy. Po dziś dzień zwą się one Payakootha i Heecha.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześc w trakcie lektury zauwazyłem, że masz problem ze słowem "był". Często się powtareza, nawet w jednym zdaniu. Spróbuj je czymś zastąpić.

Odkręcił pojemnik i zanurzył w nim kciuk nie jestem specjalista, ale nie wydaje mi się, zeby indianie mieli coś na kształt naszychhh sloików. niby jak to miało wyglądać? Jak juz wspomniałem, nie jestem specjalistą. po prostu mnie to ciekawi.

przyrządzona przez jego mentora, szamana Kabinokę. - a szamani nie przyjmowali ról społecznychhh męski i żeńskich jednocześnie? Nie byli berdaszami? Więc chyba nie mógł być mentorem wojownika.

- Dobra Payak, nie znam się na waszych bogach – rewolwerowiec wzruszył ramionami. – Co mam robić? - to zdanie strasznie naiwnie brzmi. Tak od razu przyją istnienie bogów indian w czasach, kiedy chrzescijanie uważali, że istniej tylko jeden?

Czarny tygrys -skąd wiedział, że to był tygrys? Może pantera albo puma? Skąd indianin mogl wiedzieć, jak ten wielki kot wyglada skoro on występuje tylst strasznie melodramaryczny. ko w Azji?

samego słowa tygrys tez nadużywasz. Znajdź jakieś zamienniki.

Tekst strasznie melodramatyczny. Nie podobał mi sie.

Pozdrawiam

Może powininem od razu zaznaczyć, że tylko INSPIROWAŁEM się mitologią i realiami Indian. Można mi zarzucać wiele nieścisłości, ale nie jest to przecież tekst historyczny, a akcja dzieje się w raliach PODOBNYCH do naszych, ale nie identycznych. Cóż, powininem to zaznaczyć na początku.

Dzięki za opinię ;)

Pozdrawiam

Zawsze można się inspirować. Chocdzi tylko o to, żeby to robić dobrze, a nie odwalać maniane.
pozdrawiam

Zarąbisty wzrok miał ten Pajakuta. Przypowiastkowo miało być? Bo jeśli nie, to do bani.

Raczej tak. Przecież postacie są przerysowane i ogólnie ocieka patosem. Chciałem spróbować napisać coś w takim stylu dla czystego eksperymentu. Osobiście uwielbiam fantasy w bardziej "szarym" klimacie, a już na pewno bardzo lubię złe zakończenia. Ale cóż, eksperyment nie musiał być udany jak widać.

Ja jestem na tak. Przyjemnie się czytało, zainteresowała mnie fabuła i losy postaci, a to wiele znaczy. Ciekawi mnie język indian, Jest oryginalny, czy wymyśliłeś te słowa? Bardzo dobrze wyszły ci dialogi, przynajmniej mnie one wciągły. Radziłbym jeszcze popracować nad narracją. Na samym początku jest ona za szybka, przynajmniej porównując do kolejnych momentów utworu. Poza tym, część o Wendigo ma mało wspołnego z główną osią fabuły, choć pomaga zarysować postać głównego bohatera. Ja bym jednak dał ją już po spotkaniu z Thomasem.

Większość słów i wyrażeń zaczerpnąłem z języka lakockiego, także nie, nie jestem autorem tego języka. ;)

Całkiem sporo powtórzeń.

Tak dla przykładu:

Pęd powietrza orzeźwił go i do końca oprzytomnił. Pędził

ujrzał niewyraźny kształt królika. Do niego dołączyły wkrótce kształty wilków, a w oddali Payakootha dojrzał także niedźwiedzia. Ale nie zwierzęta go zaniepokoiły. Nagle, tuż przed sobą, ujrzał 

W krystalicznie czystej wodzie, można było dostrzec wiele ryb. Wojownik wszedł do wody

Myślcie i piszcie, co chcecie --- nie przeczytałem systematycznie, nie dałem rady. Żeby było śmieszniej, nie wiem, dlaczego... Ergo: mnie tu nie było...

Teoretycznie jest przyzwoicie, ale... Jakoś tak prowadzisz fabułę, że wydaje się, że własciwie jej nie ma, że przedstawiasz tylko jakieś losowe strzępki, a potem, kiedy jednak pojawia się jakiś sens, buch i tekst się kończy...

www.herbatkauheleny.pl

Nowa Fantastyka