- Opowiadanie: uthModar - Jak w bajce

Jak w bajce

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Jak w bajce

 

– … i żyli długo i szczęśliwie.

 

Adrian zamknął książkę i spojrzał na syna. Tak jak się spodziewał, mały już smacznie spał, wtulając policzek w ciepłe futerko Buby, jego ukochanego misia. Delikatnie przeczesał włoski chłopczyka i ucałował pachnące lawendą czoło. Dopiero wtedy zgasił nocną lampkę i cicho wyszedł z pokoju, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi.

 

Usiadł w fotelu i przyjrzał się okładce książki, którą czytał Michałkowi na dobranoc. „Czytał” to może niezbyt precyzyjne określenie. „Baśnie dla małych i dużych” okazały się lekturą zdecydowanie dla dużych. Kto by pomyślał, że tradycyjne bajki, czytane dzieciom z pokolenia na pokolenie, przepełnione są przemocą i brutalnymi opisami. Chcąc oszczędzić synkowi traumy i nocnych koszmarów, w trakcie opowieści płynnie zastępował drastyczne wątki złagodzoną wersją wydarzeń. Adrian nie mógł uwierzyć, że niegdyś rodzice, dziadkowie i pradziadkowie narażali swoje pociechy na wypaczenie psychiki, częstując ich porcją drastyczności, która powinna być zarezerwowana wyłącznie na potrzeby filmów dla dorosłych. Uważał, że Bracia Grimm czy Hans Christian Andersen musieli być, jak to się teraz mówi w młodzieżowym slangu, zdrowo rąbnięci.

 

Tak bardzo absorbowało go roztrząsanie nikczemnej natury bajek, że nie zauważył przemykającego po ścianie cienia, pochylonego nisko niczym skradający się garbus. Krzyknął dopiero wtedy, kiedy niematerialne, powykrzywiane paluchy zacisnęły mu się chciwie na gardle.

 

 

 

Obudził go kopniak w żebra. Zajęczał jak zraniony pies i zwinął się odruchowo w kłębek. Źródło bólu wykwitło tym razem w skórnyokolicach nerek. Przez chwilę nie mógł złapać oddechu, wpatrując się wybałuszonymi oczami w ziemię.

 

– Albo wstaniesz od razu, albo pobawimy się dłużej. Możemy tak cały dzień.

 

Głos dobiegał zza pleców Adriana. Było w nim coś tak przerażającego, że słowa otrzeźwiły mężczyznę bardziej niż powitalna „przekopanka”. Czym prędzej chciał spełnić prośbę nieznajomego i zerwać się na nogi, ale z drugiej strony paraliżował go strach przed ujrzeniem jego oblicza.

 

– Czekam.

 

Głos był ostry niczym brzytwa, boleśnie kaleczył uszy. Adrian wyobraził sobie, jak słowo opuszcza usta oprawcy i w powietrzu przybiera kształt cienkiej szpilki, a potem bezbłędnie trafia do małżowiny ofiary, przebija się przez bębenki i zaostrzonym końcem drażni korę mózgową.

 

– Nie lubię czekać.

 

Trzy ukłucia, każde mocniejsze od poprzedniego.

 

„Gdzie ja jestem, zaraz zwariuję, niech on się zamknie, niech zrobi ze mną co chce, byle tylko się nie odzywał, niech się zamknie!”

 

Podniósł się powoli z zimnej kamiennej płyty, ale pozostał odwrócony plecami do Głosu. Znalazł kompromis pomiędzy posłuszeństwem a strachem.

 

Rozejrzał się ostrożnie po pomieszczeniu. Był zamknięty w jakiejś celi. Na odrapanych ścianach dostrzegł ślady krwi i nieregularnych wyżłobień, które pozostawić mogły na przykład długie paznokcie, próbujące bezskutecznie wydrapać sobie drogę ucieczki. Po drugiej stronie, za nim, zapewne znajdują się kraty i więzienne drzwi. Mógłby spróbować rzucić się w tył i puścić pędem przed siebie, ale wcześniej musiałby minąć Głos…

 

Adrian przełknął ślinę.

 

Był pewien, że padł ofiarą psychopaty, który włamał się do jego domu, ogłuszył i zaciągnął do swojej kryjówki, by torturować albo wykorzystywać jako obiekt perwersyjnych zabaw. Tyle się słyszy w telewizji o wariatach, ale czemu dotknęło to akurat jego, czym sobie zasłużył? Jest przecież dobrym człowiekiem, nikogo nigdy nie skrzywdził, opiekuje się sy…

 

Nagle wyprężył się, jak porażony elektrycznym impulsem.

 

– Co zrobiłeś z Michałkiem? – Znalazł w sobie tyle odwagi, by zadać pytanie, ale niewystarczająco, by skierować je prosto w oblicze Głosu.

 

– Och, jak mógłbym mu cokolwiek zrobić? – Seria iluzorycznych pocisków przeszyła duszę Adriana. – Przecież świat jest takim miłym i pięknym miejscem, nieprawdaż? Tragedie zdarzają się, owszem, ale zawsze innym. Ty postawiłeś przecież nad synkiem bezpieczny klosz, czy ktoś miałby śmiałość go niszczyć?

 

Z każdym następnym zdaniem Adrianowi bardziej zbierało się na wymioty. Konwersacja z Głosem przypominała nurkowanie w zbiorniku z nieczystościami. Ilekroć otwierał usta, dusiłeś się fekaliami i smrodem.

 

– Gdzie jest mój syn? – mężczyzna ciężko dyszał, przeklinając słabość, która nie pozwalała mu stanąć twarzą w twarz z psychopatą.

 

– Tam, gdzie go ostatnio widziałeś. Na twoim miejscu zadałbym raczej pytanie „Gdzie JA jestem?”

 

– Gdzie jestem?

 

– To już mi się bardziej podoba. – Adrian był pewien, że twarz Głosu rozjaśnił krzywy uśmiech. Krzywy jak sierp. Sierp nacinający zmysły. – Jesteś na obozie. I kiedy mówię „obóz”, chcę, żebyś przed oczami miał nie roześmianą gromadkę urwisów, taplających się w jeziorze, ale wychudzonych ludzi w pasiakach, którzy martwymi oczami śledzą ptaki, przysiadające na wysokim ogrodzeniu i słodkim zaśpiewem drwiące z ich niedoli.

 

– Kim ty w ogóle jesteś? – wychrypiał Adrian, przerażony tym, co właśnie usłyszał.

 

– Spójrz i sam się przekonaj – Głos zachęcił go przymilnym tonem.

 

Mężczyźnie przeszło przez myśl, że Głos zabrzmiał jak słodkie ciastko nafaszerowane trucizną.

 

Wziął głęboki oddech, zacisnął pięści i szybkim ruchem obrócił się w jego stronę. Po chwili kulił się na ziemi, krzycząc wniebogłosy i obłąkańczo zasłaniając oczy. Umysł usilnie starał się wymazać z pamięci obraz, jaki niedawno zmuszony był przetworzyć. Musiał go wymazać, żeby zachować resztki zdrowego rozsądku.

 

Oto, co Adrian zdołał uchwycić w ciągu tych paru chwil, zanim mózg nie eksplodował mu pierwotnym strachem. O żelazne pręty opierała się dziwaczna postać. Nie miała na sobie koszuli. Adriana zakłuły w oczy wystające żebra i naciągnięta na nie blada skóra. Tak mogły wyglądać ciała nieszczęśników dotkniętych klęską głodu albo korpusy więźniów przetrzymywanych w sowieckich łagrach. Był przekonany, że przy gwałtowniejszym ruchu kości mogą przedziurawić podskórny całun i wyjść na światło dzienne niczym roztrzaskany maszt statku-widmo, wystający smętnie z morskiej toni. Przez cienką jak papirus skórę prześwitywały organy wewnętrzne, Adrian widział niemrawe pulsowanie serca i skurcze żołądka, które przypominały drgania połączonego w jedno stada węży. Wychudzone ręce wisiały wzdłuż tułowia jak gałęzie martwego drzewa.

 

Na długie, patyczkowate nogi postać założyła obcisłe spodnie, jakby w przypływie złośliwości jeszcze bardziej chciała uwydatnić mizerną posturę. Absurdalnie prezentowały się natomiast buty Głosu – śmieszne ciżemki z długimi, zakrzywionymi noskami, zwieńczone włochatym pomponikiem w kolorze sadzy. Ale nie one skłoniły Adriana do krzyku.

 

Głos miał założoną na głowę papierową torbę. Zwykłą, brązową torbę, pozbawioną jakichkolwiek oznaczeń, jaką często dostaje się przy kasie w małych sklepach spożywczych. Nie było w niej nawet wyciętych otworów, przez które można by patrzeć – po prostu dziecięcym stylem wyrysowano duże owale i zamalowano środek czarnym mazakiem. Pod prowizorycznymi oczami widniał szalony uśmiech. Czerwone kontury ust wykrzywiały się w nieludzkim grymasie, prezentując rządki małych, ostrych ząbków, ułożonych równiutko jak w paszczy rekina. Adrian miał wrażenie, że gdyby Głos zechciał go pożreć, narysowane kredą siekacze chwilę później zabarwiłyby się czerwienią, a fragmenty ciała i kości groteskowo przywarłyby do papierowej twarzy.

 

Widok był tak przerażający, że Adrian miał wrażenie, że przez moment oglądał oblicze diabła. A nawet jeśli nie, to diabeł ukrywał prawdziwą naturę pod tą pokraczną maską.

 

– Chyba wystarczająco się napatrzyłeś – Głos zakończył zdanie czymś, co mogło być urywanym, jazgotliwym śmiechem. – Nie wymagam gapienia się na mnie, tylko wykonywania poleceń. Wstawaj i ruszaj przodem, będę za tobą. Niewielu śmiertelników jest odpornych mój widok, nie mam ci tego za złe. – Znowu ten upiorny rechot.

 

Adrian usłyszał kroki. Głos stanął za nim, zwalniając wyjście z celi.

 

– Mówiłem już, że nie należę do osób cierpliwych.

 

Mężczyzna podparł się dłonią o brudną podłogę i powoli podniósł z klęczek.

 

– Skręć w lewą odnogę korytarza i idź prosto. Powiem, kiedy masz się zatrzymać.

 

Adrian powoli wyszedł z małego pomieszczenia. Stał w mrocznym holu. Co kilka metrów na ścianach, na żelaznych obręczach, osadzone były płonące pochodnie, dające akurat tyle światła, by blada poświata nie pozwoliła ciemności wziąć lochów w całkowite władanie.

 

Mężczyzna ostrożnie ruszył przed siebie. Minął celę, bliźniaczo podobną do tej, w której sam się obudził. W środku kulił się w kącie jakiś niewyraźny kształt. Nie zdążył przyjrzeć mu się dokładniej, bo poczuł nieprzyjemne ukłucie w ramię. Jakby dotknął go sopel lodu.

 

– Zwiedzać ci się zachciało? Jeszcze nie kazałem się zatrzymywać.

 

– Czy ja umarłem? Trafiłem do piekła? – zapytał cicho Adrian, posuwając się mozolnie naprzód.

 

– Nie i nie. Ale wierz mi, że to się może szybko zmienić. Na chwilę obecną można powiedzieć, że jesteś w bajce.

 

– W bajce – powtórzył niewyraźnie po Głosie.

 

– Dokładnie. Nie w takiej przesłodzonej, cholernej bajeczce, jakie opowiadasz synkowi na dobranoc, ale w bajce z prawdziwego zdarzenia. A raczej w Sferze Bajek, gdzie przeplatają się wszystkie historie.

 

– Czemu tu trafiłem? – Wpatrywał się tępo przed siebie, licząc mijane pochodnie. – Za co?

 

Przestał rozglądać się po celach, kiedy spojrzał prosto w wykrzywioną bólem twarz kobiety, zaciskającej chude palce na stalowych prętach. Rozczochrana fryzura i wyłupiaste oczy upodabniały ją do wiedźmy, ale Adrian podejrzewał, że jest takim samym człowiekiem jak on.

 

– Bo jesteś przestępcą. Co się robi z przestępcami? Wsadza do więzienia. Wię-zie-nia. – Adrian wyobraził sobie, jak paszcza rekina, narysowana czerwonym flamastrem na papierowej torbie, wypluwa z siebie poszczególne sylaby, a potem wyszczerza śnieżnobiałe zęby w zwierzęcym uśmiechu. – W twoim świecie, do kogoś takiego jak ja, zwracałbyś się „panie władzo”.

 

– Przecież ja nic takiego…

 

– Jeszcze masz czelność się spierać?! – Tuż obok ucha rozległ się warkot. Mężczyzna przełknął ślinę i prawie stracił równowagę. – Swoimi cudacznymi opowieściami plugawisz nasz świat. Podważasz dogmaty. Myślisz, że jesteś taki sprytny, że możesz zmienić coś, co stworzyli mądrzejsi od ciebie? Przekonamy się. Nie zwalniaj, ciągle kawałek drogi przed nami.

 

Korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Gdy Adrian doliczył się sześćset osiemdziesiątej trzeciej pochodni, przestał zwracać na nie uwagę. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa. Pozostawał tylko marsz.

 

W końcu doszedł do spiralnych schodów, ciągnących się w górę niczym poskręcana serpentyna.

 

– Hop siup, teraz schodami. – Głos wydawał się być rozbawiony. – Już blisko.

 

Po kilku minutach mozolnej wspinaczki opuścił więzienie i do jego nozdrzy doszedł wreszcie zapach świeżego powietrza.

 

– Witam w Fabel, stolicy Sfery Bajek.

 

Znajdował się na szerokim dziedzińcu, jasno oświetlonym promieniami popołudniowego słońca. Ale słońce w najmniejszym stopniu nie było podobne do tego, jakie przyzwyczajony był oglądać. Przypominało rysunek autorstwa przedszkolaka – żółta plama naniesiona na nieboskłon ręką niewprawnego artysty. Roztaczało sztuczne promienie, tak proste, jakby przy ich tworzeniu wykorzystywano linijkę. Również chmury posiadały pretensjonalne, bajeczne kształty. Puszyste obłoki formowały się w baranki i wesołe twarzyczki, pozdrawiające z góry wszystkich mieszkańców ziemi. Całość sprawiała wrażenie obrazu żywcem wyjętego z psychodelicznego snu.

 

– Chodź zobaczyć, co narobiłeś.

 

Adrian obejrzał się przez ramię, ostrożnie, aby nie natrafić przypadkiem na postać ukrywającą twarz pod papierową torbą. Obok wejścia do lochu przymocowano koślawą tabliczkę, na której dziecięcym charakterem pisma wyryto napis A FE! NIEDOBRZY OPOWIADACZE BAJEK. Teraz miał pewność, jakie przestępstwo popełnił.

 

 

 

Fabel przypominało Adrianowi miasteczko, do którego zawitał swego czasu podczas obchodów jakiejś wiekopomnej, acz na chwilę obecną zapomnianej przez niego rocznicy. Wtedy zrekonstruowano całą okolicę na wzór średniowiecznej mieściny. Na ulice wjechały stragany z żywnością i lokalnymi wyrobami, zachwalanymi przez odzianych zgodnie z epoką handlarzy. Wszędzie kręcili się mężczyźni w rycerskich tunikach albo w wełnianych płaszczach, a kobiety, ukrywające włosy pod białymi chustami, uśmiechały się skromnie do turystów.

 

W Fabel było bardzo podobnie, z tą różnicą, że napotkani mieszkańcy, zamiast witać go lekkim ukłonem, spluwali pod nogi i wyczyniali w jego kierunku niezrozumiałe gesty. Adrian miał wrażenie, że częstowali go ówczesną odmianą wyprostowanego środkowego palca.

 

– Gdyby nie było mnie obok, zlinczowaliby cię, uwierz. – Słowa Głosu nie brzmiały pokrzepiająco, a może w ogóle nie miały tak zabrzmieć. – Na początek kieruj się w stronę tego domku z czerwoną dachówką.

 

Adrian posłusznie wypełnił polecenie, wbijając oczy w brukowaną uliczkę, by nie prowokować nikogo spojrzeniem.

 

Już od progu dobiegł go straszliwy smród. Zakasłał i zacisnął palce na nosie.

 

– Och, jaki wrażliwy – zadrwił przewodnik. – Specjalnie nie sprzątaliśmy, czekając na twoje przyjście.

 

Adrian czubkiem buta popchnął ostrożnie uchylone drzwi. Odór uderzył z podwójną siłą, a jemu zakręciło się w głowie.

 

Ściany pomieszczenia wymazane było czerwienią, jakby ktoś odpalił ładunek wybuchowy wewnątrz beczki z farbą. Kiedy mężczyzna ujrzał zmasakrowane ciała, rozciągnięte w dziwacznych pozycjach na podłodze i łóżku, zgiął się wpół i zwymiotował. Ciężko było ocenić, czy zwłoki należą do mężczyzn czy kobiet, ciężko było nawet powiedzieć, ilu ludzi zginęło w pokoju. Zanim Adrian wyrzucił z siebie strumień rzygowin, na małym taborecie dostrzegł oderwaną dłoń.

 

– Wiesz, czyja to robota? – zapytał Głos i nie dając mężczyźnie czasu na zastanowienie, odpowiedział za niego. – Twoja. Może nie wparowałeś tu bezpośrednio i nie zadźgałeś tych biedaków, ale podkusiłeś tego skurwysyna, dałeś mu wolną rękę.

 

– Kogo? – Otarł usta wierzchem dłoni, nie mając odwagi ponownie spojrzeć na miejsce zbrodni.

 

– Kogo, kogo! Wilka, kogo innego?

 

Adrian miał mętlik w głowie.

 

– Pamiętasz swoją wersję „Czerwonego Kapturka”? Gdzie Wilk nie pożarł Babci, bo zrozumiał, jakie to złe i w ogóle wstrętne? I w której Babcia z Kapturkiem przygarnęły zwierzę i zrobiły z niego domowego pupila? Oto efekty.

 

Mężczyzna przemógł obrzydzenie i lekko podniósł głowę. Na podłodze dostrzegł postrzępiony skrawek czerwonego materiału, miejscami zabarwiony intensywniejszym kolorem.

 

– Skończyłeś opowiadać swoje brednie, a kilka dni później poczciwy Wilk przegryzł starowince szyję, a Kapturkowi dostarczył kilka godzin niepowtarzalnej zabawy w charakterze seksualnej niewolnicy. Babcia miała przynajmniej szybką śmierć… Żeby tego było mało, profilaktycznie zabił Leśniczego, który wpadł na podwieczorek. Gustav był lubiany, dobry w swoim fachu, teraz ze świecą takiego szukać. Narobiłeś sobie wrogów w Fabel, „przyjacielu”.

 

Adrian czuł się jak w koszmarnym śnie.

 

– Ale… ale ja chciałem dobrze…

 

– Wiesz, czym jest wybrukowane piekło, prawda? – zapytał retorycznie. – To nie wszystko. Teraz przejdziemy się do lasu.

 

 

 

Adrian myślał, że całej zawartości żołądka zdążył pozbyć się już w domku Babci. Bardzo się mylił.

 

– Rozumiem, że nie muszę ci tłumaczyć, do kogo należą te małe ciałka w spiżarni?

 

Nie musiał. Gdy opowiadał Michałkowi bajkę o Jasiu i Małgosi, dobrym pomysłem wydało mu się zastąpienie zakończenia jakimś pozytywnym akcentem. Zamiast więc kazać dzieciom włożyć Babę Jagę do pieca, wymyślił alternatywną wersję, w której niedobra czarownica podstępem zamykana jest w szafie. Nie siedziała tam jednak długo, o czym świadczyły zwłoki Jasia i Małgosi przerobione na wędzone mięso.

 

– Ta stara jędza zaszyła się gdzieś w lesie, jeśli szybko jej nie złapią, będziesz mieć na sumieniu kolejne istnienia. Jak można żywić jakikolwiek sentyment do pożeraczki dzieci? – dziwiła się na głos postać w papierowej torbie. – Nie masz serca, człowieku.

 

Brakowało mu sił na polemikę. Skąd mógł wiedzieć, jak to się skończy? Przecież to tylko bajki…

 

 

 

Po odwiedzeniu domku z piernika, Głos zaprowadził Adriana do bogatej posiadłości na skraju miasta. Przed zameczkiem rozpościerał się duży, zadbany ogród, pyszniący się krzewami uformowanymi na podobieństwo zwierząt i wielobarwnymi kwiatami, które tworzyły przepiękne, naturalne mozaiki.

 

Strażnik posiadłości, postawny mężczyzna z sumiastym wąsem, opierał się beztrosko o halabardę i wyglądał na bardzo znudzonego, dopóki Głos nie pojawił się w zasięgu jego wzroku. Wtedy wyprostował się jak struna i zasalutował.

 

– Pan w domu?

 

– Wyjechał na wieś w ważnej sprawie, sir. Nie będzie go jeszcze parę dni. – Krople potu zrosiły czoło strażnika.

 

– Rozejrzymy się.

 

– Oczywiście, sir.

 

Gdy znaleźli się w środku, Adriana uderzył przepych, z jakim urządzono rezydencję. Stąpał po puszystym, czerwonym dywanie, mijał sprzęty kryte złotogłowiem i portrety szlachciców, rzucających dumne spojrzenia z fantazyjnie zdobionych ścian.

 

– Gdzie jesteśmy?

 

– W domu włodarza okolicznych wsi. Może kojarzysz. Mówią na niego Sinobrody.

 

Adrian zadygotał. Kojarzył aż za dobrze.

 

– Zajrzymy do pokoju na końcu ganku. Tego, którego istnienie ukryłeś przed synem.

 

Adrian stanął przed drzwiami i położył dłoń na klamce. Pokój był zamknięty.

 

– Pozwól. – Poczuł aurę mrozu, kiedy obok jego ramienia przemknęła trupia ręka, trzymająca w zakrzywionych palcach mały kluczyk. Rozległ się cichy zgrzyt i drzwi stanęły otworem.

 

Rzeźnia. Takie słowo przyszło na myśl Adrianowi, kiedy zajrzał do środka.

 

– Oto i małżonki czcigodnego Sinobrodego. Wszystkie w komplecie. Jak widzisz, lokalny szlachcic preferuje zadawanie śmierci przez dekapitację. Tu, na prawo, jego najnowszy nabytek. – Mężczyzna obejrzał się w tamtą stronę. Nabita na pal głowa prześlicznej blondynki rzucała mu oskarżające spojrzenie. – Nieboraczka musiała być nielicho zaskoczona, gdy okazało się, że Sinobrody wcale nie trzyma za tymi drzwiami podarku ślubnego, jak się przy tym usilnie upierałeś. Przez ciebie nie zaalarmowała siostry, jej bracia nie ubili szlachcica, a terror Sinobrodego trwa w najlepsze. Zadowolony?

 

– Dość już, dość! – Adrian zatkał sobie uszy. – Po co mnie męczysz, po co mi to pokazujesz? Zrób, co masz ze mną zrobić, i zostaw w spokoju! Chcę wracać do syna!

 

– Po co? – wysyczał złowrogo Głos. – Żebyś zrozumiał, czym są bajki. Są gorzką prawdą, nie lukrowanym pączkiem. Są morałem. Jaki morał można wyciągnąć z twoich pokracznych historyjek? Czego nauczysz syna? Że świat jest cudownym miejscem? Że życie to ścieżka usłana płatkami róż? – Głuchy łomot świadczył o tym, że Głos uderzył pięścią w ścianę. – Baśnie hartują młode dusze. Krzywdzisz Michałka. Kiedyś się złamie, jak źle wykuty miecz. Nie dość, że niszczysz nasz dom, to jeszcze okłamujesz chłopca. Jesteś kolejnym idiotą przekonanym o tym, że może oczyścić świat, zamiatając brud pod dywan.

 

– Przepraszam, nie wiedziałem, chciałem tylko chronić Michałka… – Adrian osunął się na posadzkę i ukrył twarz w rozdygotanych dłoniach. – Przykro mi z powodu Babci, z powodu dzieci… – zaczął płakać. – Pozwól mi wrócić, zmienię się…

 

Głos westchnął.

 

– Gdyby to było takie proste. Nieźle narozrabiałeś. My też mamy swoje prawa. Jak poczuje się mama Czerwonego Kapturka, wiedząc, że puściłem cię wolno? Zdajesz sobie sprawę, ilu jeszcze obywatelom zniszczyłeś życie?

 

– C… co zamierzasz ze mną zrobić?

 

– Ta wycieczka była częścią pokuty. Gdy odbędziesz ją do końca, pozostanie wymierzenie jedynej sprawiedliwej kary za twoje zbrodnie.

 

 

 

Wiele dni później

 

Powietrze pachniało wiosną.

 

Tłum na placu gęstniał, zbierając się wokół szerokiej, drewnianej platformy. Dzieci przemykały między nogami dorosłych, śmiejąc się głośno i piszcząc radośnie. Wielu mieszkańców zabrało ze sobą wodę i prowiant, gdyż oczekiwali na widowisko już od samego rana. Wszystkim udzielało się rosnące podekscytowanie.

 

Mężczyzna, pogodzony z losem, pokornie położył głowę na pieńku. Uśmiechnął się smutno w kierunku tłumu. Wiedział, że kiedyś jego syn podniesie się z tej tragedii. Wyrośnie na silnego człowieka.

 

Kat uniósł topór w górę. Pordzewiałe ostrze zalśniło w promieniach słońca. Gawiedź jak na komendę wstrzymała oddech.

 

Nie wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Koniec

Komentarze

Witaj!

 

Bardzo lubię pomysłowość i kreatywność. U Ciebie znowu doświadczyłem jednego i drugiego. Poza tym podobają mi się również teksty z przesłaniem, nawet jeśli jest bardzo czytelne. Dla mnie pomysł na "5" i wykonanie również, więc z czystym sumieniem mogę postawić taką właśnie notę. Bardzo mi się podobało! :)

 

Pozdrawiam

Naviedzony

Życie to nie bajka. Niektórzy główni bohaterowie giną.

Buttercup, bodajże.

Lubię.

No nie wiem... Mnie jakoś nie przekonuje. Ładnie napisane, pomysł jest... Ale całość jakaś taka bez ducha, bez ikry. Ani nie straszy, ani nie szokuje... Od samego początku zastanawiałam się, co tak właściwie chcesz nam zaserwować: komedię, horror, powieść obyczajową? No i faktycznie okazało się, że mamy do czynienia z bajką. Z tym, że dla dzieci się nie nadaje, a dla dorosłych jest za słaba...

 

A tak z innej beczki: Ty tutaj taka szara myszka, a tu nagle publikacja w Nowej Fantastyce, po chwili Qfant się Tobą chwali :) Ładnie ładnie :) Trzymam kciuki za następne sukcesy :)

www.herbatkauheleny.pl

I tym razem również dziękuję za komentarze i cieszę się, że tekst przypadł go gustu.

@Suzuki, taki ze mnie zły cichociemny wojownik :>i 

Nie mam zarzutów, jeśli chodzi o wykonanie, ale moim zdaniem jest to jedyna mocna strona tego opowiadania. Szkoda, bo gdyby treść wzbudziłaby we mnie większe zainteresowanie, mógłbym wówczas napisać, że "naprawdę mi się podobało". Niestety nie tym razem.

Ty postawiłeś przecież nad synkiem bezpieczny klosz, (...). ---> zwykle nakrywa się, hoduje pod kloszem i tp...

Ilekroć otwierał usta, dusiłeś się fekaliami i smrodem. 

Dla pewności, że to ja czytałem. Przyłączam się do zdania Suzuki.

Byłam, przeczytałam, wrażenie pozytywne.

Na nic więcej mnie dzisiaj nie stać:/

Smutna kobieta z ogórkiem.

„Źródło bólu wykwitło tym razem w skórnyokolicach nerek.” - Hę?

 

„Ilekroć otwierał usta, dusiłeś się fekaliami i smrodem.” - to już Adam zauważył.

 

„...wyrobami, zachwalanymi przez odzianych zgodnie z epoką handlarzy.” - Z jakiegoś powodu to odzianie zgodnie z epoką mi zgrzytnęło.

 

„Adrian czuł się jak w koszmarnym śnie.
- Ale… ale ja chciałem dobrze…
- Wiesz, czym jest wybrukowane piekło, prawda? – zapytał retorycznie. - To nie wszystko. Teraz przejdziemy się do lasu.”

Nieścisłość podmiotowa. Tu podmiotem jest Adrian, więc kto zapytał retorycznie? Wypada dookreślić.

 

Poza tym warsztat, oczywiście, płynny i przyjemny.

 

Co do fabuły... bardzo mi się podoba pomysł trafienia do świata bajek za „przewinienie”. Ale jednak nie kupuję tego, że sam jeden Adrian tyle zniszczeń poczynił. Bo to on jeden na świecie załagodził, przeinaczył bajkę? Bo taki wszechmocny jest, że tylko od niego zależy życie Czerwonego Kapturka?

Poza tym mam nieprzeparte wrażenie, że bajki w takim świecie powinny się dziać tylko raz. Zatem, jak już leśniczy utłucze wilka, albo wilk leśniczego, niech będzie, to nieważne, w jaki sposób jakiś tatuś opowie synkowi bajkę na dobranoc. A nawet jakby miało się to wszystko dziać raz po raz, to ta bajkowa policja chyba od tego jest, żeby łapać przestępców? Skoro mieliby się tłumaczyć przed matką Kapturka, a ogólnie wiedzą, że wiedźma jest zła, powinni ją wsadzić profilaktycznie chyba, zanim dopadnie Jasia i Małgosię... No i dekapitacja na końcu. Och, ileż dzieci na świecie zostałoby sierotami, gdyby za przeinaczanie bajek groził topór!

 

Za dużo dziur jak dla mnie. Podobało mi się do połowy, ale od momentu rozpoczęcia wycieczki aż do zakończenia już nie bardzo.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo fajny pomysł. Oryginalny, spodobał mi się.

Podobno dzieci lubią w bajkach te wszystkie okropieństwa. Czują się bezpieczniej, wiedząc, że zło zostało ukarane i nikomu już nie zagrozi. A przecież im nic się nie może stać, bo były grzeczne, prawda?

Sama kiedyś jakimś cudem cenzurowałam sobie bajki. Na przykład wierzyłam, że macocha Kopciuszka ucinała kawałek z BUTA, a nie z NOGI córki. ;-)

Czemu błędy jeszcze nie poprawione? Po co Ci odstępy między akapitami?

Babska logika rządzi!

Opisanie nieoczekiwanych skutków zatajenia fragmentów bajek, sprowadzające się do coraz to nowych trupów i litrów krwi, jakoś mnie nie przestraszyło, a wręcz znieczuliło. Brakło mi stosownego klimatu narastania zagrożenia, by poczuć, że czytam horror.

Tak jak źle czyta się duże i zwarte bloki tekstu, tak równie źle czyta się tekst poszatkowany na maleńkie, często jednozdaniowe akapity.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Źródło bólu wykwitło tym razem w skórnyokolicach nerek.

Gdzie?

Widok był tak przerażający, że Adrian miał wrażenie, że przez moment oglądał oblicze diabła.

Tu mam drobny problem, bo nawet najbardziej wychudzony facet w papierowej torbie na głowie wydaje mi się raczej śmieszny niż straszny :/

Podobało mi się :)

 

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka