- Opowiadanie: Julius Fjord - Informacja krytyczna

Informacja krytyczna

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Informacja krytyczna

This is the way the world ends

This is the way the world ends

This is the way the world ends

Not with a bang but a whimper.

 

Okiem rybim widzi wnętrze skąpane w stonowanych brązach – odcieniach snu.

Przez niedosunięte żaluzje sączy się leniwie światło, drobiny kurzu lewitują w bladych smugach. Sufit zdobi spiralna mozaika, geometryczna błogość, wir niepowstrzymanie chłonący wzrok. Naprzeciw masywne biurko, na nim metalowa aparatura i dwie zamazane fotografie. Na boazeriach obrazy, które nic nie przedstawiają – jedynie tła oprawione w ramy. Między biblioteczkami antyczny zegar z wahadłem; ciężkie tykanie (Puls) ustala rytm oddechu, rezonuje z biciem serca, sześćdziesiąt uderzeń na minutę, letarg niemalże.

Nieśpiesznie wstaje z szezlonga, obraca się, zanurza stopy w puchowym dywanie. Jak tu gustownie, jak przytulnie – myśli. Nic tylko leżeć i podziwiać, napawać się każdą sekundą, od wahnięcia do wahnięcia obciążnika, od zmilknięcia do rozbrzmienia Pulsu.

– Co to za miejsce? – pyta. Spogląda na klocek na biurku: dr Sigmund Zerman. Pierwsze słyszy. Doktor medycyny, filozofii, prawa, czego? – nie napisane.

Idzie ku światłu; podłoga płynie falami, kąty proste tańczą nieuchwytnie. Ach, jak lekko. W głowie rozkołysany mętlik. Nic na świecie, tylko to wnętrze, tykanie zegara, jasność wabiąca, może widok z okna.

Przeczuwa, co tam zastanie; śnił tyle razy.

Rozchyla żaluzje. Pod szarym niebem nic się nie porusza. Nie ma gruzów, rdzewiejących wraków, nieokiełznanej flory, nie widać dymów na horyzoncie ani choćby śladu pożogi, nie słychać płaczu miasta.

Ulica wyludniona, niema.

 

*

 

Tykanie zaczyna wzbudzać w nim niepokój. Gdziekolwiek stanie, jest równie wyraźne, fałszywie przyjazne; gdy idzie, Puls przesłania echem kroki i coś, co powoduje drżenie ciała.

W którą stronę? Chce zobaczyć, wytknąć palcem, może na głos wyśmiać – ludzkość ściśniętą w punkt, zapadłą pod własnym ciężarem. Ludzkość w czarnej dziurze informacji. On, separatysta na rubieżach Imperium Komunikacji, nigdy w Sieci nie splątany, do żadnego Matriksa ani Umysłodzielni nie podpięty, przetrwał.

Przetrwał?

Pamięta i nie pamięta. Wątpliwość zmraża ciemię (krew kołacze w skroniach).

Tam, nerwowo.

Chodnik, kolejne płyty monotonii. Mijane witryny wciąż tak samo puste, puste szyldy, bannery, billboardy; treść urwana. Przed oczami rozbłyski, jak gdy świt zbyt blady – oślepia, każe szukać cienia. Ale nie: szaro, dobrze. Nie, jakby w mózgu dziura.

On, ocalałe indywiduum – a jakiś niekompletny. On, ale jakby nie on, jakby tylko fragment. Takie uczucie: swędzi, a nie ma gdzie podrapać. Coś. Coś wszyte w umysł, do czego nie ma dostępu, czego nie widać.

W jednej chwili przerażająca myśl.

Ktoś patrzy.

Już strach. Spocone dłonie w pięści. Jakiś drapieżnik wyłaniający się z matecznika wyobraźni. Dookoła szepty. Musnęło mnie, lepkie? – czy wiatr, liść? – czy się zdawało?

I znowu, i znowu.

Ucieka przed rojem, odgania owady od twarzy. Kąsają go, zadają ból palącym dotykiem skrzydeł. Nie widzi, powieki zaciśnięte. Potyka się, upada.

Puls.

 

*

 

Taki półsen.

Dostrzega jaśniejący na ulicy przedmiot. Kartkę. Podnosi i ogląda z obu stron. Na jednej stronie napisano: Zdanie na przeciwnej stronie kartki jest prawdą, a na drugiej: Zdanie na przeciwnej stronie kartki jest fałszem.

Drapie się po głowie. Jeżeli pierwsze zdanie mówiące, że drugie jest prawdą, jest prawdziwe, to drugie zdanie mówiące, że pierwsze jest fałszem, jest prawdziwe, czyli pierwsze zdanie mówiące, że drugie jest prawdą, jest fałszywe, a drugie zdanie mówiące, że pierwsze jest fałszem, jest fałszywe, czyli…

– To nie dla mnie – mruczy, mnie kartkę w kulkę i wyrzuca na ulicę. Już odchodząc, uśmiecha się; raz jeszcze bierze kartkę, rozprasowuje ją na asfalcie, a tuż obok kawałkiem cegły z satysfakcją maluje zdanie: A kto nie wie, ten nie wie, że nie wie, że…

Przerywa, gdy zawisa nad nim cień.

 

*

 

Głos, głos balsamiczny przeziera przez tykanie zegara. Mówi:

– Chodź.

Dokąd? – pyta wzrokiem.

– Zobaczysz Dłoń.

Widzi. Niespracowana, męska Dłoń; paznokcie zadbane, na palcu sygnet singla. Dłoń jak dłoń, tyle że za nadgarstkiem się urywa, rozpływa.

Wstaje, podąża za miękkim kołysaniem Dłoni (wahadłem). Ma na ustach pytanie, ale boi się zadać.

Powietrze drży jakby od żaru niewidzialnych ognisk. Bębenki wibrują od niesłyszalnych fal dźwiękowych. Niesamowite! Czy to znaczy –

Nie, nie zapyta.

(Olśnienie: ta sama droga, którą przyszedł – która prowadzi do przytulnego gabinetu).

Doktorze Zerman, czy to twoja Dłoń? – próbuje zawołać, lecz nie może wydobyć z siebie głosu. Gardło zdławione ze strachu przed niedopowiedzianym, przed ciemnością odnajdowaną w jasności, przed słowami odartymi ze znaczeń.

Bezwolnie daje się wprowadzić w brązy gabinetu, zostaje z powrotem usadzony na szezlongu. Dłoń odchyla mu głowę.

 

*

 

Nazywasz się Kamil Łagrow.

Właśnie wychodzisz z biura Stevenson Analytics, gdzie pracujesz od trzech lat. Jest siedemnasta pięć szesnastego grudnia dwa tysiące dziewięćdziesiątego dziewiątego roku.

Pogoda za nibyoknami przypomina Depresję, najczęściej pijany przez ciebie eliksir; szare kłęby skrywają we wnętrzu ulewną truciznę. Od czasu erupcji superwulkanu słońce widziałeś tylko w fantomacie. Niebo jest zamknięte, fotony grzęzną w pyle. Największy jest strach przed deszczem. Czasem oberwie się całą chmurą, cała siarkowo-chlorowodorowa esencja opadnie i trafi na piechura, który dojdzie lub nie, gdzie miał dojść. Nie wychodzisz na powierzchnię. Oczy przywykły do światła żarówek. Może i ty przywykniesz.

Ślimak, twoja siostra (spowinowacona wolą, nie genami) przyszła po lekcjach i stoi przed tobą, wysoka, wąska, przechylona – masz wrażenie, że lada moment upadnie. Zagadujesz, co u niej, a dawno się nie widzieliście, a co u rodziców, a jak w szkole, a czy ma jakąś sympatię. Mówisz, to i ona mówi – ale gdybyś nie mówił, ona by nie mówiła. Chwila milczenia wystarczy, a umyka ci, opuszcza przestrzeń, z którą nie ma punktów stycznych, dryfuje wraz z innymi telepatami. Myśli, że do raju. A dokąd naprawdę? Przecież nie powiesz jej prawdy. Że zbliża się do Osobliwości, z której nie ma powrotu. Nie pojęłaby.

Idziecie na spacer do artparku. Jest świetliście, ufały przyjemnie grzeją. Siadacie nad brzegiem rzeki, obracacie twarze ku miękkiej bryzie z konwektora i gapicie się na las namorzynowy. Ślimak niespokojnie pluska stopami o wodę.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – pytasz. Choć czujesz impulsywnie, że nie powinieneś, choć czujesz na sercu szpilkę.

– Taak.

– Co takiego? – zachęcasz, głaszcząc ją po włosach.

Twoja siostra przekrzywia głowę i otwiera usta, i zastyga w tej pozie, śledząc wzrokiem żelazną jaskółkę przelatującą śpiewnie. Kiedy już ci się wydaje, że nie ma jej w środku, że Ślimak czmychnął poza skorupkę, nagle wyrzuca jednym tchem:

– Bo ja się chyba ubezcieleśnię…

– Co ty mówisz, siostrzyczko? Dlaczego?

– No bo… – Wzrusza ramionami. – Tu jest zbyt… Wiesz.

– Jak? Realnie czy…

– Właśnie tak.

– … nierealnie?

– No też.

Bacznie ją obserwujesz: oczy spuszczone, buzi nie widać spod wodospadu słonecznych włosów, plecy zgięte kifotycznie, kończynami podryguje nie do rytmu, otoczeniem gardzi. Rozumiesz ją bez słów, które i tak nic dla niej nie znaczą. Gdyby nie rozważała tego na poważnie, toby nie wspomniała. Pragniesz tylko, żeby nie było za późno. Żeby zapytała coś w stylu: „braciszku, a dlaczego ty jesteś taki zaściankowy, a dlaczego nie zostaniesz telepatą?”, co znaczyłoby, że przynajmniej dopuszcza do siebie myśl o istnieniu wyboru. Że nie wszystko stracone.

Obejmujesz siostrę ramieniem, próbując dotrzeć do niej poprzez głupią czasoprzestrzenną bliskość.

 

*

 

– Na próżno… – szepcze.

Wyciera nadgarstkiem załzawione policzki.

Palce u Dłoni popukują o brzeg biurka. Wprawiona w ruch metalowa aparatura doskonale imituje perpetuum mobile. Zegar tyka, czas pulsuje irytująco głośno. Lewituje kurz czy wszystko inne opada? Upada grawitacja na głowę, ciągi przyczynowo-skutkowe rozświetlają się jak protuberancje na Słońcu. Aż gorąco, aż ból. Fakty, wspomnienia, sprzeczne, sprzeczne!, w sprzecznych układach, cały wielki system sprzeczności – moloch walący się, przydybany w stopklatce.

Percepcja wzbudzona, ostra, a on tak bardzo pragnie owinąć się w kokon niewiedzy i tak siedzieć.

I tak siedzi, dopóki dr Zerman nie powie balsamicznie:

– Jestem twoim terapeutą. Pomogę ci.

– Pomożesz? – dziwi się. Głosem słabym, ochrypłym, przez nos. – To dlaczego tylko dłoń? Czy ty… Czy to się stało? Czy to się naprawdę… To parter, czy tak?

Głos milczy elektryzującą ciszą.

– W pewnym sensie – mówi w końcu. – Ale tylko w pewnym. Zaplątałeś się w gąszczu pamięci, własnej pamięci. Moim zadaniem jest cię z niego wyplątać, poprowadzić przez anamnezę.

– Anamnezę?

– Tak, tak. Musisz sobie przypomnieć to i owo. Ale spokojnie, nie będę bardzo naciskał. Program terapii zakłada, że powinienem być przeźroczysty jak kryształ. Nieinteraktywny. Mam być tylko punktem odniesienia. Żebyś się nie zgubił, nie stracił orientacji. Ale to ty obierzesz drogę. Ty nią pójdziesz.

Nie nadąża.

– Ale dokąd? Po co? Dlaczego w ogóle miałbym?

– Ekhm. – Dłoń zmienia kąt, bezręki duch wstaje. Jedna z zamazanych fotografii ulega nieznacznemu przemieszczeniu, jak gdyby muśnięta pedantyczną siłą woli. – Jeśli to prawda… Załóżmy. Jeśli to prawda, spójrz na to inaczej. Jakie wtedy masz wyjścia, jeśli to prawda? Co zrobisz? Dokąd pójdziesz? Tak na to spójrz.

– Na świecie zostało wielu mi podobnych. Nam podobnych? – Mruży oczy, szukając po zakamarkach umysłu zrozumienia. – Jesteś naturalną, parterową inteligencją, czyż nie?

Dr Zerman wymijająco parska śmiechem. A kogo to obchodzi – gestykuluje Dłoń.

– Kamil, czy nie chcesz poznać prawdy?

– Prawda nas… A jeśli zaboli?

– A jeśliby cię to obchodziło, nie zostałbyś telepatą? Nie przeżywałbyś rzeczywistości zdalnie? Co najmniej z kondygnacji trzeciego stopnia?

Ukrywa twarz w dłoniach.

– Dużo o mnie wiesz. Wiesz dużo, o tym co się dzieje. Za to ani trochę nie chcesz się ze mną tą wiedzą dzielić. A niech cię szlag! Ja… moja siostra. Nie, to nie może być… Powiedz przynajmniej, co ja tu robię. Gdzie jestem.

– Przypomnij sobie, gdzie byłeś przedtem, punkt po punkcie, połącz punkty linią, a zaraz sam sobie odpowiesz na te pytania.

– Bardzo, kurwa, śmieszne. Jak?

– Na początek zamknij oczy.

 

*

 

Od godziny błąkasz się po podmieściu. Chciałeś gdzieś pójść, ale zagadnął cię uliczny prorok, straciłeś inicjatywę i dałeś się wyprowadzić na cuchnące moczem peryferia, chciałeś pójść gdzie indziej, ale odwiódł cię od tego nostalgiczny neon baru, gdzie upoiłeś się kwartetami smyczkowymi i endorwinem, w końcu chciałeś wrócić do domu, ale gdy szarpałeś się z bramką metra, okazało się, że ukradziono ci identyfikator płatniczy i jesteś zdany na własne, tkwiące w nogach siły.

W stroboskopowej drżączce żarówek przyglądasz się korowodowi demonstrantów. Każdy w łachmanach, każdy niesie świecę. Siadają rzędem pod popękanym murem z czerwonej cegły, na który przed momentem się załatwiłeś. Jeden z nich wymalowuje kredą napis: „fin de siècle”, po czym zaczynają ni to śpiewać, ni skandować jakieś nonsensy. Po którymś z kolei takcie wstają i uderzają głowami w mur, wcale a wcale niesymbolicznie, i znów siadają, i wydają dźwięki, bardziej lamentacyjnie i kakofonicznie.

Zaczepia cię facecina w przydługim płaszczu i kowbojskim kapeluszu nasuniętym na czoło. Rozpoznajesz Xiang Peha, byłego pracownika w Stevensonie. Odszedł w atmosferze skandalu, nie pamiętasz dokładnie. Proponuje ci obejrzenie ciekawszego widowiska niż głowobicie bandy zradykalizowanych apokaliptyków, odpierasz, że nie masz pieniędzy, Chińczyk przekonuje, że to nie problem, że on stawia, na co chętnie przystajesz. Skręcacie z arterii w wąski, czarny tunel i po krótkiej przeprawie wchodzicie do kopulastej hali, rozjaskrawionej eksplozjami błękitnofioletowego światła.

– Co to? – pytasz, osłaniając oczy.

– Oto mój Dom Plazmowego Węża i Nieważkiej Modliszki – oznajmia gospodarz z dumą. Staje na palcach i szepcze ci do ucha: – Burdel, znaczy.

Mijacie rozstawione luźno stoliki, przy których goście jak zahipnotyzowani sączą eliksiry z esowatych fiolek. To, co z początku wziąłeś za ogromny, oślepiający ekran, okazuje się sceną, na której w miarę zbliżania dostrzegasz krągłości, obłości, falliczne cuda niewidy, kołyszące się i transformujące płynnie jedne w drugie. W obłokach plazmy bujają kobiety, mężczyźni i roznegliżowane zjawy. Co i raz powietrze przecina błyskawica i powołuje do życia nowe projekcje. Przedstawieniu akompaniuje ambientowy muzak (założyłbyś się, że w systemie Dolby Intrinsic), pełen przestrzennych jęków i wzdychań.

Twój wzrok przykuwają spocone, zastygłe w stuporze twarze, należące do rozgwiazdujących sztywno ciał. Wskazujesz na nie Xiang Pehowi.

– Połączyli się z Siecią, pająki jebane – tłumaczy twój przewodnik. – Toleruję. W końcu to wolny kraj. Tylko ja nie wiem, to burdel czy klasztor Shaolin? – mamrocze, kręcąc głową.

Uważając, żeby nie nastąpić na kolorowe płyty G-gejzerów, kierujecie się ku loży. Wita cię wschodnia piękność w paryskim bodyarcie, sterczącej elektrostatycznie biżuterii i parze butomajtek.

– Changchang Noir – przedstawia się, przeciągając „r” gardłowo, kocio. Ręką trzymającą tlącego się w fifce papierosa wskazuje na kanapę.

Siadacie we trójkę i składacie zamówienie.

Już po pierwszym schizofrenicznym eliksirze twoja świadomość skokowo włącza się i wyłącza jak lasery na dyskotece. A potem to przyśpiesza. Tu wymieniacie uprzejmości, tam śmiejecie się z kulawej dziwki, tu zapijasz użyźniacze mózgu, tam wsłuchujesz się w anegdotę o lubrykantach dla robotów, tu Changchang siedzi ci na kolanach i mruczy, tam Xiang Peh zdziera koszulę, z trapezu pod kopułą skacze na główkę i zanurza się w erotycznym odmęcie, tu porywa cię przybój ciał, tam fruniesz w tanecznej ekstazie, tu czyjeś włosy wbrew grawitacji garną ci się do ust, tam twoje usta całują udo za udem, aż w końcu budzisz się nad ranem i patrzysz w smutne, skośne oczęta bezimiennej prostytutki, która rozpacza, ponieważ jej chłopak postanowił się ubezcieleśnić.

– Postawią przed zwierzątkiem miskę z pysznym papu. No i co, że mówią, że narkotyk. Że trucizna. A zwierzątko i tak zje, bo głodne. Ale błoooto – żali się.

Leżycie na poduszkowcu we trójkę. Changchang daje piersią słabe oznaki życia. Przysłuchujesz się opowieści dziewczyny, odprężony. Lubisz nie czuć ciała tuż po tym, gdy czułeś to ciało bardzo dotkliwie. Wtedy masz świadomość, że przez chwilę naprawdę, naprawdę żyłeś.

– Trochę nabroił, wiesz. No okej… trochę bardzo. I wyobraź sobie, że dali mu bana na dziesięć lat. Normalnie twardziel, a płakał jak dziecko.

– A ty co?

– Ja mu powiedzia’am, że jak chce być ze mną, to tylko w realu, a jak nie, to niech spada, nie? Jeszcze mia’abym dać się zamrozić. Tss…

– Proste.

– Powiem ci coś. Pozwalają im wysrywać mózgi. Szkoda, że od razu nie strzelą im w łeb. To byłoby przynajmniej fair.

 

*

 

Tępo wygląda przez okno. Ile to już czasu trzyma dłoń na pokrętle od żaluzji i się wstrzymuje, i nie może nic zrobić?

A właśnie, że będzie się gapił. Do znudzenia. Do obrzydzenia. Aż uwierzy, w to co widzi.

– Pamiętasz, jak zacząłeś głosić apokalipsę? – pyta Głos.

– Tak – odpowiada po wahaniu. – Później dość często odwiedzałem „dom” Xiang Peha. – Śmieje się. – Miałem romans z Changchang.

 

*

 

Zazwyczaj nie rozmawiasz z alfonsem swojej dziewczyny o pracy.

Ale nie, kiedy jest tak diabelnie inteligentny i to bez przedłużonego poza parter mózgu. Studiował medycynę, ekonomię, psychologię, fizykę i do tego umiał zarządzać burdelem. Geniusz. Częściej niż o, jak nazywał ją, „durnej charówie, dzięki której ma kasę na właściwą robotę”, opowiadał o działalności w Stevensonie, gdzie opracowywał badania statystyczne światów wirtualnych.

Pamiętam, jedliśmy sajgonki w małej, ludnej i niezbyt czystej restauracji, gdy zapytał znienacka:

– Kamil, czy ty wiesz, że od pół wieku na przedstawienie całkowitej dostępnej nam ilości informacji brakuje oficjalnego przedrostka w SI?

– Nie – odrzekłem między kęsami, dając znak ręką, żeby mówił dalej.

– Słyszałeś o prawie Moore’a? Chodzi o to, że dana wielkość rośnie w czasie w tempie wykładniczym. Na przykład moc obliczeniowa komputerów. Chodziłeś do szkoły. Wiesz, jakiego złomu kiedyś używano. Widziałeś te ich toporne układy scalone. A co mamy teraz… – Zawiesił głos z uznaniem. – Tam w pewnym momencie rozwój przystopował. Inaczej zaś rzecz się ma z informacją. Tu kurewstwo się sprawdza.

Zaintrygowany, odstawiłem tackę z jedzeniem. Xiang Peh dopiero się rozkręcał.

– Co roku wielkie firmy prognostyczne wieszczą bliskość granicy, po przekroczeniu której prawo Moore’a przestanie obowiązywać informację. I co roku patrzy im głęboko w oczy wielki mandżurski chuj. Bo powstaje nowa wirtualna kondygnacja, która jeszcze dwanaście miesięcy wcześniej była nie do przewidzenia, a która z kolei dwanaście miesięcy później rozdyma się do niewyobrażalnego wprost rozmiaru i żeby zaspokoić zapotrzebowanie rynku, będzie musiała utrzymać stopę rozwoju. A żeby tego dokonać, zacznie rodzić nowe kondygnacje, które będą puchły, jak tuczniki, po prostu jak monstrualne, niezaspokojone świnie, będą żreć, dadzą się zerżnąć, oświnią się, i wydadzą na świat kondygnacje-bękarty, które… i tak dalej, i tak dalej. To jest nie do zatrzymania.

Gdy mój rozmówca zdał sobie sprawę, że wymachuje plastikowym widelcem, zaraz odłożył sztuciec na serwetkę, pokazując uspokajający gest. Dyszał.

– A nie jest przypadkiem tak, że to liczba bezciałowców ustala popyt na nowe kondygnacje? – spytałem.

– Teoretycznie tak. Ale dwie sprawy. Po pierwsze wirtualnie nie masz ograniczeń jak w przyrodzie. Żeby jednego osobnika rozmnożyć do miliardowej populacji, wystarczy generator kodu życia i kilka chwil na zaimplementowanie. W zasadzie musi zostać spełniony jeden jedyny warunek. – Uśmiechnął się krzywo. – Musi się to opłacić. A po drugie wskaż mi czystej krwi bezciałowca. No wskaż. Gdzie nie spojrzysz, a to telepata, a to wirtuowirtualny kosmopolita, a to niedoprogramowany moduł multiplikujący się gdzie się da. Już wolę przelizać droida, niż mieć do czynienia z tym nie-wiadomo-czym. Telepatia. Zdalne odczuwanie. Też mi coś. Pół na tym świecie, pół na tamtym. Jak zombie. Nie może się toto zdecydować, które pół wybrać. Ale żeby jeszcze pół! – Złapał się za głowę. – Mieliśmy na skraju krzywej rozkładu przypadek kobiety, która współodczuwała na sześćdziesięciu tysiącach kondygnacji, z czego świadomie aż na stu!

– Dobrze. Może wyjdzie na to, że głupio pytam, ale… Z drugiej strony, skoro istnieje przestrzeń dla rozwoju, dlaczego jej nie wykorzystywać? Żyją sobie telepaci, okej, niektórzy ich nie lubią. Ale czym oni szkodzą?

– Nie rozumiesz? – zirytował się Xiang Peh. Kilkoro ciekawskich oczu popatrzyło na nas z głębi sali. – Jeszcze nie tak dawno ilość informacji co roku zwiększała się dziesięciokrotnie. Teraz samo tempo wzrostu przyśpiesza według podobnej funkcji. Kondygnacji jest już tak wiele, że nikt nie jest w stanie objąć całości wzrokiem. Ta wieża kiedyś runie.

– Runie? – zapytałem ironicznie. – Niech zgadnę, o tę kość niezgody pogryzłeś się z szefostwem?

Twarz mu pobielała. Miałem wrażenie, że się na mnie rzuci z widelcem. Ale nie, przetrzymał, zacisnął zęby i ciągnął dalej rzeczowo:

– Twierdzisz, że odrabiałeś w szkole lekcje, co? To pewnie liznąłeś co nieco wiedzy o czarnych dziurach na astronomii. I pamiętasz, że gwiazda o masie większej od wartości krytycznej, umierając, się zapada. A rozejrzyj się. A spójrz – wskazał ręką koloidalną szarość za nibyoknem – jakie słabe światło daje nasza hiperolbrzymia cywilizacja…

Patrzyłem na mojego rozmówcę z niedowierzaniem.

– Nie, nie mówisz poważnie – powiedziałem. – Informacja to nie masa. Nie waży. Nie ma czegoś takiego jak wartość krytyczna informacji, po osiągnięciu której miałby nastąpić kolaps.

– Wysil się na odrobinę obiektywizmu. Większość kondygnacji powstało na obraz i podobieństwo dobrze znanego nam świata. Ekskorporuj się na moment w eksperymencie myślowym. Już? Zapewne przybrałeś ludzką emanację. Zamieszkałeś przykładowo w Nowym Nowym Jorku. Jak ja to mówię: „zero bólu, zero przyjemności”, ale powierzchniowo żyjesz, jak żyłeś. Żeby nie tworzyć chaosu, przyjąłeś prawa fizyki w niezmienionym kształcie. Dla świętego spokoju płacisz podatki i uznajesz grawitację, jakby rzeczywiście tam była. Panienki rżniesz zupełnie tak, jakbyś posiadał masę. Tak, tak, Stevenson Analytics policzy, ile waży twoje życie. Ale w bajtach! No i najlepsze: skąd w ogóle masz pewność, że jeszcze nie ma pod tobą innej kondygnacji, w której istnieje jakieś Stevenson Analytics Prim, gdzie prowadzi się statystyczne badania wirtualnych światów z twoim, Kamil, udziałem?

– Nie, nie, nie. To są jakieś bzdury.

 

*

 

A jednak nie potrafisz wyrzucić ich z głowy. Napastliwie obtłukują ci czaszkę. Jeszcze dziurę zrobią.

Wdychasz kwaśną, robaczywą wilgoć. Pyszne papu. Jesteś tylko spragnionym zwierzątkiem, niczym więcej. Długimi susami mkniesz przez martwy krajobraz ładowania. Czarne leje przypominają te ziejące w jałowych ziemiach Bliskiego Wschodu. Zostawiasz za sobą błotniste ślady, kaskadami ulewasz się sam ze swoich butów. Wody, wody – rzęzisz. A przed tobą cały ocean. Wskoczyłbyś w najbardziej tsunamiczną z fal. Byleby dobiec, zatopić pustkę, zanim całkiem się wylejesz.

Jest, jest!

Dwudziesty drugi grudnia, lawiną otula was zima. Wszędzie dookoła wiszą girlandy. Ślimak radośnie bombarduje cię śnieżkami. Stawia oczy w słup, widząc, jak pożerasz masy białego puchu.

– No co? Woda! – krzyczysz z pełnymi ustami.

– Chodźmy lepiej na lody! – odkrzykuje.

I z górki na pazurki do centrum hedonii, na lody.

Tam, zaglądając w rozpromienione twarze polaryzujące się okazale w szybach sklepowych wystaw, podziwiając tłusty, dorodny tłum taplający się w świetlno-szklanym korycie, czujesz, że fantomat zaczyna cię uwierać. I choć dopiero co zjadłeś pięć wielosmakowych gałek z polewą tęczową, wciąż jesteś niesyty.

– Ślimak, już nie mogę. – Zapierasz się nogami, a ta ciągnie cię do Kosmicznego Teatru i na pokaz mody ekologicznej, a jeszcze jakaś impreza jej chmurkuje koło ucha.

– Braciszku… – miauczy.

– Mam migrenę. Muszę iść. Naprawdę.

Walczysz z głodem, choć miska pełna. Doprawdy, dziwne z ciebie zwierzątko.

Żegnasz się z siostrą, wsiadasz do nadświetlnej windy i pędzisz na ostatnią kondygnację. Żeby nabrać dystansu, odetchnąć w niskim ciśnieniu, otrzeźwić się prądem strumieniowym. Bo głowa skołowaciała, napuchnięta do granic wytrzymałości. Rozbiłbyś nią mur, gdyby to miało pomóc. A nuż pomoże?

(Z sufitu zwiesza się reklamowa czarna wdowa i przędzie z sieci ogłoszenie: „Bractwo Apokalipsy. Murów ci u nas pod dostatkiem.”)

A co mi tam – wzruszasz ramionami i spajdermenisz pod ich adres. Wicher we włosach. Na twarzy rozkosznie zielone promienie słońca, które wyjrzało zza radioaktywnej chmury. Na dachu wieżowca gra koncert deathnocturne’owa kapela.

Na miejscu instruują cię tacy dwaj uprzejmi panowie kościotrupowie. Masz skupić w sobie całą moc destrukcji, wymówić imiona dziesięciu dowolnych bóstw (tym z twoich znajomych, którzy je wyznają, zostaną automatycznie wysłane wizytówki BA) i uderzyć czołem tak, żeby nie ostała się ani jedna cegła. Jeżeli się postarasz, uwolnisz jakiś istniejący w innym wymiarze świat od ciężaru istnienia i będziesz o krok bliżej do nirwany (wtajemniczeni bracia poznają tajniki budowania Mostu Woli między murem a docelowym światem, co zwiększa ich szanse powodzenia).

No dobrze, spróbuuuję – wymieniasz byle jak na chybił-trafił wybrane imiona z podsuniętej ci listy, cel, zaciskasz powieki i pal. I drugi raz, i trzeci. Chyba marny z ciebie strzelec, bo mur jak stał, tak stoi, nie nadkruszony. Za to z głową gorzej.

Macasz ze zdziwieniem potylicę.

– Oj, urwało się – chichocze histerycznie jeden z kościotrupów. Pokazuje na podłogę. Podnosi z niej twój mózg. – Proszę.

Bierzesz, oglądasz. Ładny. Różowy. Po powierzchni pełzną węże emocji, kopulują nerwowo, kazirodczo; młode lęgną się w płatach skroniowych, kurczowo zaplatają z ciał warkocze, szukają, węszą. Gdzie jest papu? – syczą.

Na czubku, w rozstępach kory gwiżdże para. Bulgocze pod pokrywą zupa myśli. Myśli zgaszonych, stopniowo się zapalających, generujących auryczny blask, w którym elektryczne łuki łączą się w okręgi i wirują, wirują szybciej i szybciej. Głębiej i głębiej. Na przestrzał. Tworzą portal.

Z portalu wyłania się najpierw chudzieńka ręka i za nią druga, potem głowa, podługowaty grzbiet, aż w końcu cała postać zwieńczona komecim ogonem wypada z twojego mózgu i, ekspandując inflacyjnie, wzlatuje ku niebu.

Molochowa, zaczyna opadać…

Ślimak.

Krytyczna informacja dobywa się z ust twojej siostry. Dalej, to już reakcja łańcuchowa. Zapadające się wszystko wobec wszystkiego. Nieskończona gęstość w hamującym nieskończenie czasie. Smród odrywania prawdy od fikcji. Zdeformowany krzyk współodczuwających z całą walącą się wieżą, kondygnacja po kondygnacji. Z zewnątrz nuda wiecznej rozrywki, od wewnątrz emocje, jakich nie było. Pokarm dla węży.

(Czyżby maczał w tym palce apokaliptyk z innego wymiaru?)

 

*

 

– Uf. Koniec świata z głowy.

Głos pokpiwa. W żywe oczy.

W żywe oczy!

Kamil patrzy z niedowierzaniem: doktor Zerman siwiejący, w okularach, w garniturze. Dłoń lewa, Dłoń prawa. Na ustach Łuk Triumfalny.

Ludzie! W gabinecie pełno mundurowych. Dwaj stoją przy drzwiach, kilku w kącie obsługuje fantomaty, następni wchodzą z barczystym Azjatą na czele.

– Tak przecież nie mogło być. To jakaś groteska. Co wy mi tu wciskacie? Co wy…? Co… cco! Bierz łapy!

Żółtoskóry oficer podnosi go za ubranie i wywleka bezceremonialnie na zewnątrz.

– Inspektorze Li, tylko ostrożnie! – krzyczy za nimi dr Zerman.

Wychodzą w sam środek ulicznego zgiełku. Wystraszeni przechodnie opływają ich niby powietrze – skrzydło samolotu. Trąbią klaksony samochodów utkwionych w korku. Niebo szare, bez zmian.

– Masz swój koniec świata, dekadencie. – Li przemocą manewruje twarzą Kamila tak, żeby ten dokładnie się rozejrzał. – Godziny szczytu. Nie spodziewałeś się, co?

Kamil nie wie, co odpowiedzieć. Może i niedomówienia były nawiedzone widmem mistyfikacji, lecz co z tego. Szok ten sam.

– Napatrz się, napatrz. Albo będziesz współpracował, albo krajobraz obejrzysz okratowany. W pierdlu.

– Przecież nic nie zrobiłem!

– No to chodź.

Policjant ciągnie Kamila z powrotem do gabinetu. Rzuca nim o puchowy dywan naprzeciw biurka. Oszołomionemu podsuwa pod nos dwie fotografie.

– Pierwsza ofiara. – Apatycznym wzrokiem spogląda na niego dziewczyna o słonecznych włosach. – Karolina Skorupka. Pewnie bardziej ci znana jako Ślimak. Lat siedemnaście, łamane na cztery.

– Nie… To jakieś nieporozumienie… To…

– Przybrana siostra – przekrzykuje go Li – drugiej ofiary. Może nazwisko coś ci powie. Kamil Łagrow. Lat dwadzieścia osiem, łamane na dwa dni. Nie? Nie mówi? – Unosi sarkastycznie brwi. – W obu przypadkach przyczyną śmierci był postrzał w głowę.

Kamil wyrywa Azjacie zdjęcie z rąk. Dotyka dłonią nadrukowanej szczupłej, nieogolonej twarzy i porównuje odczucia, to samo czyniąc z własną, okrągłą, gładką.

– To przecież ja. Ale w takim razie, kim jest ten, który tu stoi?

– Poruczniku? – Dr Zerman wstaje z fotela. – Zrobiłeś, co do ciebie należało. To mój pacjent. Lepiej, jeśli osobiście się nim zajmę. Proponuję, żebyś zaczekał na zewnątrz.

Li napina atletyczne mięśnie żwacze, po czym niechętnie kiwa głową.

– Dobrze, doktorze. Ale nie przesadź z kurtuazją. Z takimi trzeba twardo. – Wychodzi, trzaskając drzwiami.

Kamil nieprzytomnie siada na szezlongu, wciąż gładząc fotografię.

– Nie miej tego inspektorowi za złe. Delikatnie mówiąc, bardzo się nie lubili z poprzednim użytkownikiem twojego ciała. Tak – dr Zerman podnosi rękę, widząc, że Kamil chce mu przerwać – przebywasz w ciele niejakiego Fu Qichanga, skazanego na śmierć wyrokiem sądu w Pekinie. Miał do wyboru zastrzyk lub to, wybrał to. Dzięki uprzejmości chińskich służb mogliśmy użyć Fu jako nośnika świadomości. Twojej świadomości, Kamil. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale chcemy, żeby nowy „ty” jak najpełniej zsynchronizował się z pakietami pamięci i osobowości, które udało nam się odzyskać z wyższej kondygnacji, gdzie przeniosłeś się na dwa dni przed dokonaniem zabójstwa z samobójstwem.

– Zabiłem siostrę i siebie. Czy jestem zły? – pyta ponuro.

– Ależ nie. Właśnie to staramy się udowodnić. Że działałeś z ograniczoną poczytalnością. Że padłeś ofiarą grupy terrorystycznej Bractwo Apokalipsy. Bo, trzeba ci wiedzieć, stworzyli oni automultiplikujący się, inteligentny kod o nazwie fin de siècle, który może wywołać społeczny chaos i destabilizację w całej Europie. Niestety ów kod jest nieskończenie trudny do namierzenia. Dlatego żeby go unicestwić, wpierw musimy zawęzić zakres poszukiwań do momentu, kiedy wirus przejmuje kontrolę nad świadomością. Wtedy nasi informatycy będę w stanie go wyodrębnić z potoku zer i jedynek. Lecz, niestety ofiary kodu w stu procentach przypadków popełniali samobójstwo, zanim zdołaliśmy do nich dotrzeć. Wcześniej działając destrukcyjnie na potęgę. Mordy, gwałty, napady. A to dopiero początek. Infekcja rozprzestrzeniła się już na transgraniczne kondygnacje. Nie bez przesady powiem, że cały świat jest zagrożony. Obecnie jesteś naszym najlepszym strzałem. Potrzebujemy twojej pomocy.

– Może mur? Przecież to po uderzeniu w mur, wszystko się zaczęło.

– Próbowaliśmy. Moment zainfekowania nic nam nie daje, bo kod nie implementuje się w swojej kanonicznej postaci. Zresztą musiałeś zarazić się znacznie wcześniej, ponieważ wirus ma dość długi okres inkubacji. Podczas głowobicia nastąpił dopiero pierwszy wyraźny objaw: blokada pamięci. To bardzo sprytne zabezpieczenie, zastępujące właściwe wspomnienia obrazem postapokalipsy, co w teorii powinno odciąć drogę cybernetycznym antyterrorystom.

– Czyli nie ma dostępu do tego wspomnienia, kiedy ja… – Głos mu się załamuje.

– Bezpośredniego nie ma. Ale my jesteśmy jeszcze sprytniejsi. Można pójść naokoło. Już raz się udało. Wstrzyknęliśmy ci w podświadomość coś, co sprawiło, że zacząłeś wątpić. Szukać innych dróg. Byłeś świadkiem zagłady, której „fin de siècle” nie zawierał, i potrafiłeś ocenić jej wiarygodność. Uznałeś ją za wewnętrznie sprzeczną, czy tak?

– Paradoks kłamcy…

– Otóż to. Znasz jego rozwiązanie? Jest bardzo proste, choć nieprosto będzie ci je wprowadzić w życie. Żeby osądzić, czy coś jest prawdą czy fałszem, musisz wyjść z siebie, stanąć na metapoziomie, spojrzeć z perspektywy. Zdanie na jednej stronie kartki nie może orzekać o zdaniu na jej drugiej stronie. Tak samo ty nie możesz pozwolić, by wspomnienia orzekały same o sobie. Wtedy powstają pozornie nie do rozwiązania sprzeczności.

– Jak mam tego dokonać?

– Po prostu pamiętaj, o tym, co ci powiedziałem. A nam pozwól działać. – Głos daje obsługującym fantomaty znak, żeby zaczynali.

Kamil błądzi sennym wzrokiem po gabinecie. Wsłuchuje się w Puls. Tyle informacji na raz. Co o tym wszystkim myśleć? Jak poradzić sobie z poczuciem winy? Czy w ogóle powinien? Czy on to jeszcze ten sam, którego emocje iskrzą mu boleśnie w nerwach? Czy ten, którego emocje… to ten sam, który dokonał tamtych okropności. Ostatnim półprzytomnym spojrzeniem zdąża obiec wiszące na boazerii obrazy, które – tak samo jak wcześniej – nic nie przedstawiają.

 

*

 

Twoje powieki stają się ciężkie, pozwól im opaść. Z koniuszków palców płyną fale rozluźnienia, opanowują dłonie, stopy, ramiona, uda, rozlewają się po całym ciele. Powoli wpadasz w trans, czujesz, że się unosisz; im bardziej jesteś świadomy unoszenia, tym bardziej wpadasz w trans.

Słyszysz dźwięki tak wyraźnie, jakby były one w tobie, w twoim umyśle. Tykanie zegara (Puls), mój głos rozproszony w ciszy. One cię prowadzą.

Oddychaj głęboko. Wdech-wydech, wdech-wydech, dobrze.

 

*

 

 

*

 

Przypomnij sobie noc sylwestrową dwa tysiące dziewięćdziesiątego dziewiątego roku. Po przeprowadzce w nowe ciało uprawiałeś seks z Changchang, myśląc o siostrze. Pamiętasz? Rozumiałeś Ślimak bez słów. Ale przecież słowa tak wiele mogłyby zmienić, gdyby tyle nie gadano.

Zrobiłeś wszystko dla niej. Ubezcieleśniłeś się. Zamieszkałeś na wyższej kondygnacji. Nawet przekonałeś sam siebie, że byłoby mniej przykro pęknąć razem, całą nabrzmiałą ludzkością, niż czekać końca w samotności na parterze. Bez Ślimak.

Potem, przeżarty infekcją – gdy Changchang dała ci broń i wyrzuciła na ulicę – poszedłeś do siostry. Dlaczego? Jak to o tobie świadczy? Fin de siècle niemal doszczętnie wypruło z ciebie wolę, a to, co pozostało, zwróciło się przeciwko twoim wcześniejszym zamierzeniom. Może i ty także urosłeś zbyt wielki, zbyt molochowy, że już nie dostrzegałeś z wysokości swoich stóp – najniższych, najbardziej pierwotnych dążeń? Dlatego musiałeś upaść? Dlatego zabiłeś to, co, wydawało ci się, najbardziej kochałeś?

Kiedy cię odnaleźli, nie przypuszczali, że proxy było ustawione pod synapsy tego ich skazańca. Poznałem doktora Zermana – porządny z niego fachowiec. Wiedziałem, że nie nawali. Miał wszelkie cyfrowe środki techniczne i rządowe wsparcie. Pogrzebał ci w główce i znalazł to, na czym mi zależało. Odseparował kanoniczną postać kodu, o który ci idioci z BA walili łbami. Kodu, który zakończy to, co i tak miałoby zostać zakończone. Nie przypuszczał, że kanały informacyjne, którymi się posługuje, są monitorowane. Że o kondygnację niżej, podłączony przez twój umysł, znajduję się ja. Xiang Peh. Ten, który skutecznie rozsieje krytyczną informację po świecie. Który uratuje parter wieży.

A teraz, Kamilu Łagrow, gdy ustanie tykanie zegara i umilknie mój głos, wrócisz do mniej lub bardziej kolorowego śnienia we wnętrzu krypty dla ubezcieleśnionych pod Główną Serwerownią. O śnieniu we wnętrzu innej krypty dla ubezcieleśnionych pod inną serwerownią… I tak dalej, i tak dalej.

Do czasu.

Koniec

Komentarze

Zapraszam do czytania i komentowania :)

(...) dwa tysiące dziewięćdziesiątego dziesiątego roku. ---> którego?

Reszta praktycznie bezbłędnie. Dobre słowotwórstwo. Żeby to wszyscy tak pisali...

 Problem tylko w tym, że napisałeś o tym, o czym czytać nie bardzo lubię, bo śmiech mnie bierze, gdy trafiam na wizje przeniesienia świadomości ludzkiej do, powiedzmy, infosfery. Ale to nie miejsce na takie dyskusje.

Zapamiętam, żeby poważnie rozważyć kwestię nominacji miesięcznej.

Dziękuję za komentarz i nominacyjne chęci, ale to chyba wbrew tutejszym regulacjom. Niemniej, polecam się na przyszłość :)

Dlaczego wbrew i jakim regulacjom? Każdy, powtarzam, każdy ma prawo zarekomendowania tekstów, które uważa za wyróżniające się in plus w danym miesiącu.

Zarekomendowania po prostu --- to tak. Ale w zabawie o piórka, zgodnie z informacjami znalezionymi tu: http://www.fantastyka.pl/10,5276.html , nie mogę wziąć udziału jako ubiegłomiesięczny laureat (nawet jeśli nie do końca słusznie wyróżniony)

Zawsze można sięgnąć "głębiej" w przeszłość i "zapodać" tytuł z poprzedniego okresu sprawozdawczopromocyjnego. :-) Dlatego napisałem, że zapamiętam. Do maja coraz bliżej... a na przyszłość to się tak nie spiesz z następnym dobrym tekstem. :-)

Grafomańskie paliwo rakietowe by się zleżało ;) A poza tym <krzyżuje palce> nie o piórka, nie o piórka chodzi...

:-) O Nobla od razu? Oni tam, zgredy, nie znają się na fantastyce... :-)

Pozwolę sobie na taką uwagę: niezależnie od tego, o co komu chodzi, lepiej na nic nie liczyć. Rynek książki ogólnie rozumianej jako fantastyczna karleje i psieje. Za trudne, za mądre, za lekkie, nie rozwojowy temat, a tylko, wie pan, trylogia pozwala zarobić... Pozostaje nam zabawa, im lepsza i mądrzejsza, tym lepiej dla nas.

Ale, jeśli o mnie chodzi, niechaj się Tobie spełni.

:D

Napisałbym na privie (gdyby istniał) lub w mailu (ale nie znalazłem na profilu). Czy mógłbym prosić o namiar na literaturę (najlepiej niebeletrystykę) na ów temat, który Cię śmieszy?

Też bym się pośmiał.

Pozdrawiam

Po pierwsze przepraszam za mało precyzyjne określenie, co mnie śmieszy. Otóż nie tyle sam temat transferu, ile sposoby podejścia, prezentacji następstw. Twoja jest bliska sensownej, to znaczy prawdopodobnej --- ale przeważająca większość pozostaje albo przy wycinkowości, albo "rozpędza" się ponad miary, które jako tako dają się ekstrapolować z dzisiejszej wiedzy. I z tego chichoczę w duchu, trafiając na wizje rozbuchane albo ograniczone do jedynego aspektu.

Po drugie tak zwany namiar jest z konieczności ogólny (ale nie ogólnikowy), ponieważ do złożenia wycinkowych rezultatów w całość jeszcze bardzo a bardzo daleko --- tym bardziej, że wciąż wszystko się komplikuje, wciąż "wyłażą" nowe znaki zapytania. Tak więc nikt w tej chwili nie posiada pełni wiedzy, nikt autorytatywnie nie stwierdzi, czy taki transfer stanie się możliwy i pod jakimi warunkami, z jakim skutkiem finalnym. (Co dla fantastów jest okolicznością bardzo sprzyjającą, sam przyznasz, bo pozostawia ogromne pole manewru.) Tak więc hasło wywoławcze brzmi: neurobiologia. To w tej chwili pierwsza linia frontu poznania problemów. Uzupełnieniem jest informatyka, komputery kwantowe, komputery oparte na przykład na DNA, zagadnienia sztucznej inteligencji. Z którą też same kłopoty, bo czym jest inteligencja, nikt nie wie --- to znaczy nie ma zgody, można wybierać spośród wielu poglądów...

Po trzecie możesz, jeśli radzisz sobie z angielskim w stopniu umożliwiającym lektury tekstów fachowych, szybko zyskać nade mną przewagę, a po czwarte Twój adres widnieje w profilu, więc nie ma sprawy, jeśli chcesz.

 

Tak, bardzo proszę.

Interesuje mnie zarówno sam transfer, jak i funkcjonowanie AI (po lekturze opowiadania B. Charltona Endosymbiont zafrapował mnie problem uwarunkowania moralności w cyfrowym świecie). Będę wdzięczny za adres bibliograficzny/internetowy każdej związanej z tematem pozycji w języku polskim lub angielskim; szczytem marzeń byłyby jakieś przeglądowe artykuły z odnogami do prac szczegółowych w przypisach (no cóż, pomarzyć warto :] )

OK, ale, wybacz, nie dzisiaj --- najzwyczajniej jestem padnięty, taki słodki dzionek w pracy...

nie ma problemu ;-)

Listonosz puka.

Chyba zawsze musi dwa razy, bo skrzynka pusta :(

Powtórzyłem.

O. Nie ma. (Czyżby służby specjalne przechwytywały moją pocztę?)

Mam nadzieję, że się nie naprzykrzam. Proszę tylko o jeszcze jedną próbę.

Dla pewności: kopec_tomasz@yahoo.com

Poszło po raz trzeci. Niezgodność protokołów? Inne diabelstwo?

<Ręce opadają> Nie ma. Zdarzało się, że dostawałem parę godzin później, niż powinienem, ale takiego cyrku jeszcze nie miałem.

Faktycznie cyrk, i to na kwadratowych kółkach.

No nic, poczekajmy, załamać się jeszcze zdążymy :-)

Zaczekam, może samo się rozwiąże (naiwna logika).

Ok. Już wiem. Nie śmiąc posądzić Cię, Adamie, o potrójną omyłkę przy wpisywaniu adresu :P (najczęstsza przyczyna niedostarczenia maila), dochodzę do wniosku, że po mojej stronie nawaliły filtry antyspamowe, które w podstawowej, niepłatnej wersji konta pocztowego są ustawione automatycznie (nie mam na nie wpływu) i b. restrykcyjnie.  Problem pojawia się jedynie przy mailowaniu z adresami spoza książki adresowej, dlatego trudniej go wykryć. Tak na marginesie przyznaję, że do tej pory mi się to podobało --- od ok. dwóch lat dostałem jedną jedyną spamową reklamówkę.

 

Żeby nie przedłużać --- uprzejmie proszę o zupełnie ostatniego-ostatniego maila pod zastępczy adres: quelcamisoatl8@gmail.com  Naprawdę wstyd mi za swoją pocztę.

 

Tymczasem zastanowię się nad wykupieniem wersji Premium :/

 

I napisaniem czegoś, co nie wystraszy komentujących ://

OK, poszło pod alias.

Niestety, może to zmęczenie, ale nie dotrwałam do końca. Nie mój klimat, i styl też nie mój. Zaznaczam tylko swoją obecność.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałem może do połowy, później już tylko przejrzałem pobieżnie. Nie zaintrygowało mnie to wcale, dlatego nie brnąłem na siłę do końca.

Nie ma rady, Juliusie --- pisz o duchach, zombie... :-)

Łomatko, jaki tu się romans skroił :)

 

Nie ukrywam, że mnie mocno wciągnęło. I pomysł i wykonanie świetne, z tym, że... Hmmm... Jakby to powiedzieć... Sama historia nie zrobiła na mnie wrażenia. Tak, jakbyś potraktował fabułę jako mało istotny dodatek do kreacji świata.

www.herbatkauheleny.pl

Nie ma rady --- będę pisał teksty do połowy :P

Dzięki za komentarze.

Cóż, twój tekst zdecydowanie jest trochę ciężki. Zmusza do wysilenia mózgownicy, a przy tym jest na tyle sensowny, że owo wysilenie pozostaje zasadne. Czasem balansujesz na granicy fabularnego i stylistycznego bełkotu, ale na szczęście - koniec końców - wszystkie elementy układanki trafiają na swoje miejsce. 

Szkoda, że tak niewiele osób pozostawiło tu znak swej obecności. Bo tekst zdecydowanie wart jest przeczytania.

Bełkot ^^ Dzięki, vyzart, za opinię :)

Bo tekst zdecydowanie wart jest przeczytania.

Szkoda, że tak niewiele osób pozostawiło tu znak swej obecności.

Zmusza do wysilenia mózgownicy, (...).

Właśnie dlatego.

P.S. Chodziło mi o to, że wymaga wysilenia mózgownicy w stronę i sposób odbiegający od najczęściej wymaganych i stosowanych. Dopisuję tę uwagę, ponieważ tak zwięzły powyższy komentarz mógłby być niewłaściwie, niezgodnie z moimi intencjami, odczytany.

A mi się podobało. Do licha, zdarzają się ważniejsze rzeczy niż fabuła. Motyw przeniesienia osobowości z lekka wyświechtany, ale ubrałeś go w bardzo ciekawe skutki. Religia, fanatyzm, regularnie powracający motyw końca świata… Szkoda, że nie dostałeś piórka.

Babska logika rządzi!

Czytałam i starałam się rozumieć, co czytam. Słowa i zdania pojmowałam. Problem się zaczynał przy akapitach. Mniej więcej w połowie przestałam walczyć z Informacją krytyczną i poległam. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka