- Opowiadanie: Cień Burzy - Baśń o Kaczorku

Baśń o Kaczorku

“Baśń” jest opowiadaniem dosyć specyficznym, już choćby dlatego, że nie została napisana po to by ją czytano. A w każdym razie nie była tworzona “pro publico bono“.

Niniejsze opowiadanie jest po prostu prezentem, który moja przyjaciółka i jej facet otrzymali ode mnie z okazji okrągłej, bo jedenastej rocznicy ślubu. Pisałem to dla nich i tylko dla nich – jest to moja, dość wesoła wariacja na temat splotu zdarzeń, które doprowadziły do ich spotkania. Tak więc dla osób trzecich niektóre motywy mogą pozostać niezrozumiałe, a samo opowiadanie, choć zdaje się posiadać tak zwane “otwarte zakończenie”, to jednak życie już dawno dopisało do niego happy end. Oczywiście o tyle, o ile w ogóle można – a nie można – powiedzieć, że ta historia dotarła już do jakiegokolwiek końca.

“Kaczorka” pisałem szybko i bez żadnego planu, czy choćby głębszego zamysłu. Jest to więc totalna prowizorka – byle zdążyć przed północą (jak zwykle przyspałem i wszystko musiałem robić na ostatnią chwilę) – która nigdy tak naprawdę nie doczekała się porządnej edycji i poprawek. Z wyjęciem tych technicznych (i tu specjalne podziękowania dla nieocenionej Joseheim).

Dlaczego w końcu wrzuciłem “Baśń” tutaj? Dokładnie nie pamiętam. Wiem tylko, że miało to coś wspólnego z zachwytem obdarowanej i jej namowami, bym nie zamykał tego ptaszka w klatce.

 

Peace!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, PsychoFish, regulatorzy, Użytkownicy II

Oceny

Baśń o Kaczorku

Jest to, jak sama nazwa wskazuje, baśń o kaczorze.

 

A to źle. I to bardzo źle. Nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że ta historia tak naprawdę nie ma z baśnią nic wspólnego.

Kaczory ostatnio nie są zbyt popularne. Wręcz przeciwnie – jeśli zobaczysz gdzieś kaczora, to możesz wygodnie usiąść, uraczyć się popcornem i spokojnie oczekiwać na to, co się wydarzy. A wydarzy się – niemal z całkowitą pewnością – morderstwo. Ktoś weźmie i po prostu skubańca odstrzeli. Jeśli natomiast jesteś z tych, co to lubią sami załatwiać takie sprawy, to zapewne nosisz przy sobie wiatrówkę, łuk, procę albo ciężki karabin maszynowy konstrukcji niemieckiej i często spoglądasz z nadzieją w niebo, prawda?

 

A przecież nie zawsze tak było… Kiedyś kaczor, to był kaczor. I nic więcej. Żarł, pływał, kwakał, chodził do kaczek robić sobie jaja i całkiem nieźle smakował.

Co się więc zmieniło? Jedni twierdzą, że to przez politykę, inni, że przez religię. Znam też członka pewnej ściśle tajnej sekty o równie ściśle tajnej nazwie (podobno brzmi ona „Antykacze”, co moim zdaniem w pełni wyjaśnia, dlaczego chłopaki wolą się z nią nie afiszować), której doktryna głosi, że za wszystkim stoi ruska mafia, FBI, Talibowie, ostatni potomek Judasza albo kosmici… Tak naprawdę jest to jeszcze bardzo młoda sekta i jej ideologia nie zdążyła uformować się na tyle, by wskazać winnego z całkowitą pewnością. Dlatego też jej członkowie, czysto profilaktycznie, planują zabić wszystkich, którzy poruszają się, tak zwanym kaczkowatym chodem.

Jednak prawda o narodzinach tego multiuniwersalnego zjawiska, jakim jest Antykaczyzm Stosowany, jest zupełnie inna. Nie ma nic wspólnego z religią, a i z polityką łączy ją niewiele. U samych źródeł całego zamieszania, leży – jak zwykle zresztą – głupota.

 

Andrzej, zwany Wioskowym Głupkiem, miał swojego czasu Kaczora. Ale nie był to zwykły kaczor, oj nie. Najwłaściwszym słowem na określenie tego stworzenia byłoby chyba „Skurwysyn”. Niemniej jednak nikomu nie starczało odwagi, lub – jeśli wolisz – wszystkim starczało rozumu, by, patrząc temu kaczorowi prosto w oczy, nie powiedzieć: „Ty wstrętny skurwysynu!”. Toteż dość szybko wśród wszystkich zainteresowanych utrwalił się słowo „Sku-n” (wymawiane „Skuun”, z syczącym „s”, warczącym „k” i miękkim „u” – cokolwiek to znaczy. „N” w żaden sposób nie udało się zaakcentować), będące dość wymownym, a przy tym w miarę bezpiecznym zdrobnieniem.

 

Andrzej nie znosił – niebezpodstawnie zresztą – tego kaczora z całej duszy. Gdyby mógł, to z radością byłby go zabił, i to w najokrutniejszy możliwy sposób. Był z tym jednak pewien problem – Głupek nie mógł Sku-nowi zrobić nic. Tak bardzo jak chciał, tak bardzo nie mógł.

Nie, żeby nie próbował: Zabił tego kaczora osiemdziesiąt siedem razy, z czego pięćdziesiąt dziewięć razy z wyjątkowym okrucieństwem (nigdy jednak nie zdobył się na odwagę, by go ugotować i zjeść). Sprzedał Sku-na jedenaście razy, z czego cztery razy temu samemu rolnikowi, zostawił go przywiązanego w lesie siedemnaście razy – za każdym podejściem przy innym drzewie, a czasem i w innym lesie.

Wszystko na nic! Sku-n chyba nawet nie miał mu tego specjalnie za złe. Ale zawsze – a żeby go tak szlag jasny trafił! – zjawiał się pod domem Andrzeja punkt czwarta czternaście nad ranem i zaczynał kwakać na cały regulator. A że – jak już wiemy – kaczor ten nie był zwykłym kaczorem, to i regulator miał raczej nieregulaminowy. Jego działanie chyba najlepiej będzie przedstawić w ten sposób: Bardziej zapobiegliwa połowa wsi o wdzięcznej nazwie Średniowiecze, w której mieszkał Andrzej, ustawiała sobie budziki (albo specjalnie szkolone koguty) na godzinę czwartą trzynaście. Tylko po to, by nie zejść na zawał. Druga – ta bardziej rozumna – połowa Średniowiecza, zainwestowała ciężkie pieniądze w wygłuszanie swoich domostw na wszelkie możliwe sposoby. Skutek tych zabiegów był taki, że kwakanie Skun-a przypominało przejeżdżającą przez pokój ciężarówkę, a nie – jak poprzednio – nalot bombowy.

Kaczor, kierując się zupełnie niepojętymi dla nikogo motywami, kwakał dokładnie przez szesnaście minut i dwie sekundy. A był – żeby go tak małpa ejcem zaraziła – bardzo sumienny ten kaczor. Bez względu na wszystko (z własnym łbem odrąbanym siekierą i wrzuconym do ognia włącznie), kwakał przez te swoje cholerne szesnaście minut i zasrane dwie sekundy.

I tak przez całe lata. Długie, głośne, źle przespane lata.

 

Nikt, jak wiocha długa (czterysta metrów) i szeroka (sto dziesięć w porywach do stu trzydziestu metrów) nie winił Andrzeja za to, że istniał Sku-n. Wielu nawet serdecznie mu współczuło.

O ile mi wiadomo, nikt też nie winił Sku-na za to, że istniał Andrzej.

Nie przeszkadzało to jednak w tym, by każdy, jak wiocha długa (czterysta metrów) i szeroka (sto dziesięć w porywach do stu trzydziestu metrów), serdecznie nienawidził obydwu. A nienawidzono ich tym bardziej, że najwyraźniej nic nie można było na nich poradzić.

Andrzej oczywiście gorąco zaprzeczał, jakoby miał cokolwiek wspólnego z tym kaczorem. Cóż jednak z tego, skoro Sku-n najwyraźniej miał coś wspólnego z Andrzejem? Łaził za nim wszędzie, niczym cień, spoglądał groźnie na każdego, kto tylko znalazł się w zasięgu wzroku i – można by przysiąc – czekał tylko, aż ktoś popełni błąd. A błędy naturalnie się zdarzały. Najpoważniejszym była próba wygnania tej dziwnej parki ze wsi. Skończyło się to… dziwnie. Spłonęła niemal cała wieś i zaginęło trzydziestu ludzi, z czego czterdziestu pięciu nie odnaleziono do dzisiaj (w Średniowieczu matematyka nigdy nie była „Królową Nauk”). Natomiast Andrzej miał się doskonale. Prawdę mówiąc, tamtej feralnej nocy spał jak zabity, a o całym incydencie dowiedział się dopiero o czwartej czternaście nad ranem, kiedy wioska już właściwie dogasała.

Było mu przykro.

 

Skoro więc nie było możliwości wygnać Andrzeja ze wsi, wieś postanowiła wygnać samą siebie.

Trwało to bardzo krótko. I było zupełnie bezsensowne.

Mieszkańcy próbowali odbudować spalone domy tak daleko, jak tylko mogli, a część z nich wyjechała na przysłowiowy drugi koniec świata. Znalazło się też kilku zwolenników starej dobrej szkoły rozwiązywania problemów nie do rozwiązania; większość z nich oddała hołd wielowiekowej tradycji wieszania się na gruszy i to koniecznie tuż po wschodzie słońca, ale kilku wybrało bardziej nowoczesne metody, takie jak podcinanie żył czy kubeczek ruskiego paliwa rakietowego (o które, wbrew pozorom, wcale nie tak znowu trudno), rozcieńczonego czystym spirytusem.

Jednak gdzie by człowiek nie uciekł i tak dopadnie go czwarta czternaście nad ranem.

Ci, którzy uciekli na koniec świata (nieważne – który) i tak słyszeli piekielne kwakanie Sku-na, w dodatku znacznie głośniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, jednak niesłyszalne dla nikogo innego. Tych, którzy zamieszkali w Nowym Średniowieczu, również budziło to kwakanie, tyle, że jak najbardziej prawdziwe. Słyszała je nawet ziemia i trzęsła się – można by przysiąc – ze strachu (tak naprawdę sekret tkwił w wyjątkowo niefortunnym doborze terenów pod budownictwo; gdyby wieśniacy bardziej szanowali starszych, może któryś z nich pamiętałby o tym, że Średniowiecze stało w jedynym na przestrzeni wielu kilometrów kwadratowych miejscu, gdzie chałupa sama z siebie nie zapada się aż po dach). Wystarczyło, że któryś ze Średniowieczan postawił nowy dom i pomieszkał w nim tydzień, a nie nadawał się on już do niczego, prócz szabrowania.

Natomiast tych, którzy popełnili samobójstwo, nikt nie odkopywał, by sprawdzić, czy dalej słyszą Sku-na i przypadkiem nie obracają się w grobie.

Z czasem dla wszystkich stało się jasne, że Sku-n jest dobrem wspólnym całego Średniowiecza, a w dodatku jest gorszy niż podatki – nie ma sposobu, by przed nim uciec.

No i stało się nieuniknione; ludzie, tak jak kiedyś w pośpiechu opuszczali Średniowiecze, tak teraz powoli z powrotem się do tego Średniowiecza cofali.

Życie w wiosce z czwartej czternaście na czwartą czternaście stawało się coraz trudniejsze. Ludzie nabawiali się lęków, nerwicy natręctw, wrzodów i miewali koszmary. Swojego czasu w Średniowieczu powstał też Klub ANM (Anonimowo Nietrzymających Moczu), ale że na pierwszych pięciu zebraniach nie zjawił się nikt, łącznie z prezesem klubu, to projekt upadł.

Odsetek samobójstw wzrastał z roku na rok, a za każdym razem, gdy znajdywano nowe ciało, Sku-n wydawał się wpadać w doskonały humor. W dodatku plony były coraz gorsze, zwierzyna z pobliskich lasów uciekła, nie zostawiwszy nowego adresu, a i nawet ryby z pobliskiego jeziora, choć głuche jak… ryby, przeniosły się w końcu na spokojniejsze wody. Słowem, w Średniowieczu nastały ciężkie czasy. I nikt nie miał pomysłu, co z tym wszystkim zrobić.

 

– Głupek! Głupek! – niosło się donośnie po ulicy. Głupek zatrzymał się w pół kroku i rozejrzał niespokojnie. Skurwysyn zrobił dokładnie to samo.

– Głupek! Głupek! – zza jednej z chałup wybiegł kilkuletni kajtek. Gdy zobaczył Andrzeja, zamachał rękami i zawołał ponownie: – Głupek! Głupek! Cho no, Głupek! Szybko!

– E?

– No chodź, Głupek! Tatko cię woła!

Dzieciak odwrócił się i pobiegł z powrotem, nie oglądając się już za siebie. Tym razem wrzeszczał już „Tatko! Tatko! Idzie!”

Andrzej kopnął kaczora w kuper.

Kaczor spojrzał na Andrzeja z wyrzutem, jakby pytał – za co?

– W imię zasad, Skurwysynu! – bąknął Andrzej i ruszył w stronę średniowiecznego odpowiednika Urzędu Miasta.

 

Andrzej skręcił za róg i znalazł się na drugiej (i ostatniej) ulicy Średniowiecza, będącej tak naprawdę niczym innym, jak pięcioma metrami dobrze ubitego żwiru, prowadzącymi do dwupiętrowej stodoły.

Wójt Średniowiecza był prostodusznym, nad wyraz rumianym chłopem, wyglądającym tak, jakby całe jego jestestwo skupiło się w jednym miejscu, a konkretnie na brzuchu. Nic więc dziwnego, że wszyscy wołali go Słoneczkiem.

Słoneczko siedział na ławce przed tą właśnie stodołą… Urzędem znaczy… i odganiał się od natrętnego syna niezbyt przekonującymi groźbami. Kiedy zobaczył Andrzeja, nachylił się, jakby zamierzał wstać. Szybko się jednak rozmyślił – ławka tak dobrze podtrzymywała okrąglutkie Słoneczko, wraz z całą resztą układu…

– Witom, synie! – sapnął na powitanie, i już miał wyciągnąć rękę, ale znów się rozmyślił; tak przyjemnie poklepywało się nią Słoneczko w wolnych chwilach. A za taką właśnie uznawał nie tylko moment obecny, ale i całe swoje życie.

– Dzień dobry, Słoneczko – Średniowiecze było za małe, by bawić się w jakiekolwiek konwenanse – Co zaszło?

– Usiedniesz? – Słoneczko uśmiechnął się… no tak: promiennie – Musim pogadać.

W żadnym innym miejscu i czasie Wioskowy Głupek nie usiadłby na jednej ławce razem z wójtem, ale nie zapominajmy, że znajdujemy się nie gdzie indziej, tylko w Średniowieczu.

– Co wiesz o druidach? – Słoneczko nie tracił czasu.

– Zoofile. W dodatku wegetarianie… – mruknął bez przekonania Głupek. – Hodują różne zielska. Obleśne, zapchlone typki. Prawdopodobnie śmierdzą.

– Hmm… – Słoneczko przesłoniła delikatna chmurka zamyślenia. – Hmmm…

Mijał czas, a chmurka gęstniała coraz bardziej, przyćmiewając Słoneczka blask słoneczny. Było to niepokojące.

– Hmmmm… – zaczął w końcu wójt. – Chyba wartałoby było jednak… – mruknął tak cicho, że prawie niedosłyszalnie – żebyś, no… tego.

– Ale że co? – zapytał Głupek.

– A weźże, kurwo jedna, nie przeszkadzaj mnie, jak myśleć próbuję! – ryknął wyrwany z zamyślenia wójt, któremu z jakiegoś powodu wydawało się, że Głupek – jako ten mądrzejszy – śmieje się z niego. Słoneczko już uniósł rękę, by trzepnąć Andrzeja przez łeb i przypomnieć mu tym samym, kto tu jest panem, a kto plebsem, ale krótkie, ostrzegawcze kwaknięcie zatrzymało ją w pół drogi do celu.

By ukryć zakłopotanie, Słoneczko sapnął.

– Synie… – podjął Słoneczko po chwili i przerwał. Spojrzał ukradkiem na Skurwysyna i – tak na wszelki wypadek – postanowił zaczekać, aż Głupek mu przerwie. Tymczasem Głupek – tak na wszelki wypadek – postanowił nie przerywać wujtowi.

Kłopotliwa cisza trwała trochę zbyt długo. W końcu Andrzej się zmęczył. Wstał, poklepał przyjaźnie Słoneczko po ramieniu i bez słowa poszedł do domu. Słoneczko popatrzył za nim skonsternowany. Ale nie odważył się zrobić nic.

 

– Głupek! Głupek! – Niosło się donośnie po ulicy. Głupek zatrzymał się w pół kroku i rozejrzał niespokojnie. Skurwysyn zrobił dokładnie to samo…

Dokładnie tak, jak poprzedniego dnia, tak i teraz na planie pojawił się syn Słoneczka. Co wydarzyło się później, wiemy, lub się domyślamy. Przeskoczmy zatem do tego, czego jeszcze nie widzieliśmy.

 

– Synie… – Słoneczko aż promieniało – chyba znaleźlimy se sposoba, co by se zdjąć klątwę ze wsi.

Cisza. Obaj wyczekali, który odezwie się pierwszy i co z tego wyniknie. Żaden nie chciał kłopotów. W końcu porozumieli się wzrokiem, Słoneczko kiwnął zachęcająco głową. Głupek kiwnął na potwierdzenie, że zrozumiał. Obaj odetchnęli.

– Jaką klątwę?

– No z tym tam… – Słoneczko spojrzał niepewnie na Sku-na. Kaczor rozgrzebywał żwir i nie zwracał na nich uwagi.

– Aaaa…! – Andrzej dostrzegł spojrzenie wójta i, o dziwo, zrozumiał je. – Druid?

– Ano, druid – potwierdził szeptem Słoneczko. – Dobry druid. Weźmiesz Sku-na i…

– A jak mnie zgwałci!? – Andrzej zbladł wyraźnie.

– A weźże się, kurrrrrrrrr…! – Słoneczko opanował się w ostatniej chwili i nerwowo pogłaskał dłonią po Słoneczku – Co, ty koza jesteś, że miałby cię w dupę robić?

– A jak mnie w kozę pomieni? A potem zgwałci?

– A weźże nie…! – Słoneczko urwał i zamyślił się. – No tak. To jest możliwe… Ale jak go uczciwie opłacisz, to może cię nie zamieni…

– Nie ma mowy! Nie pójdę!

– Pójdziesz!

– Nie pójdę!

– Pójdziesz!

– Nie pójdę!

– Pójdziesz!

Szepty powoli przechodziły w pomruki, a pomruki w warknięcia.

– Nie pójdę!

– Pójdziesz!

– NIE PÓJDĘ!

– PÓJDZIESZ!

– KWAAAAK!

– …

– …

– No dobra… No to nie pójdziesz. – Wójt zmierzył Andrzeja ciężkim, wściekłym spojrzeniem. Głupek się zgarbił. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że przegrał w tej dyskusji.

– No dobra… To… Ech… Co z tym druidem?

 

Wiele dni później i wiele kilometrów dalej, Andrzej stanął nad najmroczniejszym stolikiem w najmroczniejszym barze w najmroczniejszej części miasta.

Przy stoliku siedział facet. Był wielki, miał krótką, ale gęstą brodę i mętne spojrzenie, mówiące wyraźnie: „Zabije…. Ykh!… Nieważne…!”

Ubrany był dziwnie: skórzane spodnie, skórzany kubrak (cokolwiek to jest), skórzana przepaska na czole, skórzane buty, skórzana peleryna… A wszystko znoszone, przetarte, brudne, a także – prawdopodobnie – śmierdzące.

I w stu procentach ekologiczne.

Andrzejowi ani trochę się ten typ nie podobał. Mimo to westchnął i zapytał:

– Ty jesteś Druid?

 

Druid siedział sobie spokojnie przy najmroczniejszym stoliku w najmroczniejszym barze w najmroczniejszej części miasta i przepijał ostatnie pieniądze. Nie pamiętał już nawet, za co je otrzymał. To chyba miało coś wspólnego ze szczurami i kanalizacją. Jeśli tak, to rzeczywiście lepiej zapomnieć…

Nie był specjalnie szczęśliwy z takiego obrotu spraw, jaki sprawy właśnie obierały, ale wiedział, że sam jest sobie winien. To nie są dobre czasy dla druidów. Cała ta cywilizacja… Mama zawsze powtarzała mu: “Nie bądź głupi! Idź do roboty jak normalny człowiek, a nie baw się w te swoje czary-mary! Taki sam jak ojciec, słowo daję… Nic, tylko magia, natura, runy i kozy! Co wy macie, do kurwy nędzy, z tymi cholernymi kozami!? I jeszcze te ciuchy… Mój własny syn wygląda jak jakaś ciota! Chcesz, żeby cię ludzie za sodomitę mieli? Sąsiedzi już dawno plotkują… Chcesz ratować zwierzęta, to zapisz się do pieprzonego Greenpeace, a nie…“

Czemu ja jej nie posłuchałem? – myślał. – Siedziałbym sobie teraz w cieplutkiej hali, przekładał jakieś śrubki i miał wszystko w dupie. Miałbym samochód… Albo motor! Motor to było by coś… Wypłatę miałbym marną, ale przynajmniej regularną, a tak…? Kurwa! Ja nawet pogody przewidzieć nie umiem! Po co żem się tak upierał przy tej całej tradycji? Może jakby tak tata nie dał się zabić… Po jakiego on się zmieniał w tego królika?… Na Fiacie chyba szukają ludzi… Może złożę CV… Tylko co ja w nim napiszę? – Druid uśmiechnął się pod nosem. – „Druid, level 41, specjalizacje: Oswajanie zwierząt – Ekspert, Przywoływanie Duchów Przyrody – Ekspert. Transformacja w zwierzę – Ekspert. Przejmowanie kontroli nad zwierzętami – Ekspert. Zmiana ludzi w dzikie zwierzęta – Ekspert. Zamiana ludzi w zwierzęta domowe – Zaawansowany. Zielarstwo – Zaawansowany. Przejmowanie kontroli nad roślinami – Średnio Zaawansowany. Czytanie Starożytnych Runów – Średnio Zaawansowany (na co komu te Runy zasrane? I tak wszystkie zaklęcia są dzisiaj zapisane po angielsku, pochodzą z chin i działają tak jakby je wymyślał kierowca rykszy w chwilach wolnych od uczciwej pracy, po ziarnku ryżu za sztukę; czyli wcale). Przewidywanie pogody – Początkujący. Doświadczenie w pracy na taśmie – BRAK! Umiejętności interpersonalne – BRAK!

Uśmiech Druida zgasł.

Właśnie miał pomyśleć, że warto by jeszcze coś wypić, zamiast zatruwać sobie głowę pierdołami, gdy stanął nad nim jakiś facet i zapytał:

– Ty jesteś Druid?

Facet był mały, miał niechlujny, kilkutygodniowy zarost i mętne spojrzenie wiejskiego głupka.

Ubrany był dziwnie – słomiany kapelusz (wygląda jak prawdziwy – przemknęło Druidowi przez myśl w pierwszej kolejności), wełniana koszula, wełniane spodnie i – a niech to wszyscy diabli! – trzewiki. A wszystko znoszone, przetarte, brudne, a także – prawdopodobnie – śmierdzące.

I w stu procentach ekologiczne.

Druidowi ani trochę się ten typ nie podobał. Mimo to westchnął i powiedział:

– JAM JE… EEEEEEEE!!!… – To żołądek Druida wtrącił swoje własne „EEEEEEE!!!”, omal nie strącając słomianego kapelusza. – Tak, to ja… – dokończył zniechęcony olbrzym, a potem wygłosił znienawidzoną formułkę tonem znacznie bardziej odpowiednim do przeganiania hien, niż witania gości: – Siadajcież, dobry człowieku i mówcie, czego wam potrzeba?

Dobry Człowiek zawahał się. Nie miał najmniejszej ochoty podchodzić do tego wielkoluda. Ale z drugiej strony dobrze by jednak było mieć czymś dupę zasłoniętą… Usiadł więc pośpiesznie, przycisnął kolana do siebie, a łono zasłonił wiklinowym koszykiem z przykrywką, w którym coś się ruszało.

– Potrzeba mnie twojej pomocy, o zacny magu… – zaczął ostrożnie Andrzej, ale druid przerwał mu z irytacją.

– Druidzie! Nie jestem, kurwa, żadnym Magiem… I nie będę o suchym pysku gadał. Idź po piwo!

– Druidzie – zgodził się Głupek. – Idę po piwo.

Wstał.

– Eeee… Jakie pijesz?

– Żubra oczywiście! Smakuje bardziej jak żubrze szczyny, ale jakoś tak swojsko… Wiesz… Posiedzieć przy Żubrze. Mój stary zawsze na Święta chodził po kolędzie, przemieniony w żubra… – Druid rozmarzył się lekko. – Dzieciaki od sąsiadów miały radochę. Zwłaszcza jak o północy zaczął ludzkim głosem gadać… Wiesz, jak pięknie brzmi „Lulajże Jezuniu” wybeczane przez prawie tonowego byka? Kurwa, po co on się zamieniał w tego królika…?

– Królika?

– Co!? – spytał ostro Druid, który widocznie powiedział więcej, niż zamierzał.

– Eee… Co? – Wioskowy Głupek uznał, ze najlepiej udawać głupka.

– Idziesz po to piwo?

– Żubr?

– Zaczynasz mi się podobać…

Andrzej jęknął. I pobiegł do baru.

Nie chcę być kozą, nie chcę być kozą, nie chcę być kozą…

 

Druid od razu wypił pół piwa i westchnął z satysfakcją.

– Szczyny!

Spojrzał na Andrzeja. Andrzej spojrzał na schowanego w koszu Sku-na. Skurwysyn spojrzał na Żubra. Żubr się spienił.

– To o co chodzi?

– Jest pewien… – Andrzej spojrzał na koszyk; przykrywka wyglądała na taką kruchą… – Kaczor… – dokończył szeptem.

Druid nachylił się nad stolikiem i również szepnął:

– Kaczor?

– Kaczor.

– I…?

– I… – Andrzej jeszcze bardziej zniżył głos. – Chcem się go pozbyć. Tylko tak… delikatnie… niezauważalnie… bo… no rozumisz… nie kce kłopotów…

– Rozumiem… Znaczy: Rozumim. – Druid się zamyślił. – Jak za kaczora, to będzie pięćdziesiąt.

– Złotyk?

– Polskich Nowych, zgadza się.

– Eeee… Czterdzieści?

– Złotych?

– Polskich Nowych, zgadza się.

– Czterdzieści pięć!

– Dobre!

– Dobre?

– Dobre!

– No to dobre!

– Jest tam…

– Co?

– No kaczor…

– A pieniądze?

– Co pieniądze? Pozbądź się kaczora, to będą pieniądze.

– Hola hola, napaleńcze! – krzyknął Druid. Szeptem oczywiście. – Ja za darmo nie pracuję!

– Dyć mówim! Pozbądź się kaczora, to dostaniesz pieniądze…

– Taaa… Wybacz, przyjacielu, ale nie wyglądasz na takiego, co ma pieniądze. Zapłacisz, to twój problem zniknie.

– Nie może być! Najpierw praca, potem płaca! Skąd mam wiedzieć, że w ogóle jesteś druidem? Nie wyglądasz, prawdę mówiąc.

– Żegnam zatem!

Andrzej się speszył. Nie tak miało być.

– Nie, nie, chwileczkę… – Oblizał nerwowo wargi. – Na pewno znajdziemy jakiś kompres…

– Kompres?

– No… Rozumicie, taki, co to wszystkich cieszy…

– Cieszy? Eeee…?

Co za głupek! – pomyślał Głupek. A na głos rzekł:

– No kompres, co to po nim wszyscy się zgadzają.

– Aha! Kompromis w sensie?

– Iście! Kompres!

Druid odpuścił.

– W takim razie co proponujesz, królu złoty?

– Jaki ja tam król… – Andrzej spąsowiał na podobieństwo panny cnotliwej, w tanie komplementy przez zawodowego podrywacza ubieranej.

– Ech… – Druid zwiesił głowę. – To co proponujesz, złoty… eee…? Chłopie jak złoto?

– Zara inszej! Z tym ptakiem? – Złoty chłop podrapał się po głowie. – Kurwość, że nie wiem…

– To może zróbmy tak – Druid spojrzał na Andrzeja lekko przepitym, ale chytrym wzrokiem – czterdzieści pięć złotych teraz, a drugą połowę po robocie.

– O! Zajebisty pomysł!

– To dawaj kasę!

Andrzej wyciągnął sakiewkę z pieniędzmi. Cała wioska się składała na podróż i opłacenie druida, więc miał prawie trzysta złotych. Odliczył czterdzieści pięć – co zajęło dłuższą chwilę – i dał Druidowi. Olbrzym bez słowa schował pieniądze do kieszeni (przeliczył kasę dziesięć razy, zanim Andrzej nabrał całkowitej pewności, że piątak nie jest w środku ze złota).

Gdy tylko interes został ubity, Druid rozluźnił się, rozparł wygodnie na niewygodnym krześle i już bez – jego zdaniem – niepotrzebnej konspiracji, zażądał.

– Pokaż go!

– Tutaj!?

– No to co?

– Eeee… No nie wiem…

– No, nie wstydź się! – Druid klepnął go poufale po ramieniu. – Pokaż!

– Nie no… Głupio tak…

– Oj tam, oj tam… Ptak jak ptak… No pokaż!

W tym momencie wstało czterech łysych z sąsiedniego stolika i podeszło do naszych przyjaciół, strojąc groźne miny.

– Spieprzać stąd, pedały! – warknął najłysiejszy z łysych. – Ale już!

Andrzej momentalnie zbladł i skurczył się na krześle. Druid natomiast dopił spokojnie piwo, odstawił kufel i wstał. Był wielki. Skórzasty. I uśmiechnięty.

– Bo…? – zapytał, niemal uprzejmie.

– Bo… – Łysina Łysego pofałdowała się od intensywnego myślenia. – Bo… Bo…

– Weźmiecie i spuścicie nam wpierdol, a potem wykastrujecie i wepchniecie nam nasze kutasy tak głęboko do gardeł, że się nimi udławimy? – podpowiedział usłużnie Druid.

– Nie, nie… Nie o to mi chodziło… – Łysy wyraźnie zbladł, stojąc w cieniu Góry. Góra cały czas patrzyła na niego wzrokiem obiecującym lawinę, więc na wszelki wypadek dodał: – Proszę pana…

– Aha… – Góra pokiwała powoli szczytem. – Więc chciałeś nam zaproponować, że postawisz kolejkę, jak na kulturalnego młodego człowieka przystało, tylko niechcący się przejęzyczyłeś?

– Eeee… Tak! To właśnie chcieliśmy panom zaproponować! Prawda, chłopaki?

Chłopaki zaświecili łysinami na potwierdzenie.

– Każdy z was chce postawić nam kolejkę? Widzisz, jaka ta dzisiejsza młodzież kulturalna? – Tu Druid zwrócił się do Andrzeja. – A tyle złego się słyszy w telewizji…

Andrzej, choć absolutnie nie był łysy, poczuł, że powinien pokiwać głową. Im gorliwiej, tym lepiej.

– W takim razie nie odmówimy. Dzięki, chłopcy.

 

Barman, człowiek z ogromnym życiowym doświadczeniem, zdążył już nalać osiem Żubrów i wystawić rachunek, kiedy łysi podeszli do baru. Zapłacili bez szemrania. Dodatkowo Fűhrer podsunął barmanowi dyszkę i spojrzał błagalnie… Barman wziął pieniądze, schował do kieszeni i rzekł:

– No już dobra… Zaniosę im. A wy zmykajcie.

 

– Wiesz… nikt nie lubi Druidów… – czknął Druid i odstawił ostatnie piwo. Teraz dopiero był naprawdę pijany. I czuł, że bardzo lubi swojego nowego towarzysza, choć nie mógł sobie przypomnieć za co. Nie pamiętał też jego imienia. Wiedział, tak na dobrą sprawę, tylko tyle, że gość był zdecydowanie dziwny.

– Nieee? – Andrzej zdziwił się całkiem szczerze, bo był jeszcze bardziej pijany i nie miał dostępu do pewnych obszarów swojego mózgu. – Dlaczego?

– Wszyscy mają nas za zoofili, uwierzysz?

– No co ty… tego… gadasz? Że niby ty z kozą…?

– No mówię ci! Albo że mięsa nie jemy…

– A jecie?

– No kurwa mać! Popatrz tylko na mnie! Czy ja wyglądam, jakbym wpieprzał trawę?

– No nie… A z tymi zwierzętami to też nie tego…? – Andrzej przypominał sobie mgliście, że kilka piw temu bardzo martwił się o swoją powłokę cielesną. I cnotę analną. Nie mógł sobie przypomnieć tylko, o które bardziej.

– Znaczy no… wiesz… – Druid zakłopotał się lekko. – Niektórzy podobno tam lubią… Ale ja wolę, kiedy kobieta nie ma sierści – zapewnił gorliwie.

– Uff… To dobrze… Nie chciałbym być kozą…

– Kozą?

– Kozą. – Andrzej powolutku pokiwał głową. Bał się, że zbyt szybkie ruchy wywołają reakcję łańcuchową.

– Byłem kiedyś kozą…

– No nie pierdol!

– Powaga! Jak uczyłem się przemiany.

– No, i jak było?

– A wiesz, że całkiem… no… symptat… tetycznie? Tylko człowiek… koza znaczy… cały czas głodny jest.

– Taaak… To brzmi nawet logicznie. Więc umiesz zmienić się w kozę?

– Umiem zmienić się we wszystko!

– Kurwa… To ty dobry jesteś…

– Najlepszy!

– A czemu tego… Nie pozamieniałeś tych łysych ciuli w coś… Kozy na przykład?… Abo te… No, co meczą… O! Kozy…?

– Taaa… A potem pójdę siedzieć za takich? Dajże spokój!…

– Bez sensu…

– A żebyś, kurwa twoja mać, wiedział! Druidzi w tych czasach to przeżytek. Masz problem z drzewem? To ciul je z piły mechanicznej. I nie ma ani drzewa, ani problemu. Za to jest opał… Dziadek mi opowiadał… Wiesz, że jestem siedemdziesiątym trzecim druidem w rodzie…? Że za jego czasów, to jak ci drzewo przeszkadzało, to prosiło się je, żeby poszło sobie gdzieś, i był spokój… A dzisiaj drzewa już nawet nie mówią…

Andrzej od dłuższej chwili próbował sobie przypomnieć, czy jego mać rzeczywiście była kurwą, ale był zbyt pijany, by dojść do jakiegoś konkretnego wniosku, więc dał sobie spokój i zapytał:

– To czemu zostałeś druidem… Druidzie?

– No wiesz… tradycja… – Wielkolud czknął potężnie. – Jak od kilkudziesięciu pokoleń wszyscy chłopcy w rodzinie zostawali druidami, to potem trochę ciężko myśleć o karierze, nie wiem, aktora… Albo innego, tego… Gołodupca. Ale tak naprawdę to ja zawsze chciałem być tym… pal.. pala… kurwa, jak im tam…

– Palantem? – podpowiedział usłużnie Andrzej.

– Sam jesteś palant! – burknął Druid. A potem dodał przepraszająco: – Mordo ty moja… O! Paladynem!

– Paladynem? – Andrzej się skrzywił – A po co?

– I ty się pytasz? Rzuci taki na siebie Aurę Zajebistości, a potem tylko sobie przebiera w spódniczkach… I wszędzie ich witają z otwartymi ramionami… Albo chociaż magiem bym se został… Porządne czary: kule ognia, lewitacja, telekineza, zamiana brązu w złoto, albo odwrotnie… A nie to gówno, co ja mam…

– W sensie?

– No wiesz. Zamienię cię w zwierzę – do pierdla! Siebie zamienię w zwierzę – do zoo! No chuj nie robota, normalnie… I jeszcze ci wszędzie problemy robią… Chcesz się w hotelu przespać, to bez zaświadczenia o szczepieniu na wściekliznę, chłopie, zapomnij! Czasem nawet chcą te… – Twarz druida wykrzywił wściekły grymas. – Zaświadczenie od weterynarza, że jestem odpchlony… ODPCHLONY, kurwa! Wyobrażasz to sobie? Pierdolona Unia z tymi swoimi dyrektywami…

Jego monolog przerwało pikanie zegarka.

– A to co?

– O kurwa!

– Co?

– O kurwa!

– No co?

– Zatkaj uszy!

– Co?

– Zatkaj…

KWAAAAK! KWAAAK! KWAAAAK! (przyjmijmy, że to kwakanie ciągnie się przez cholerne szesnaście minut i zasrane dwie sekundy)

– Co… to… kurwa… było…? – Druid był całkiem otępiały. Z uszu ciekła mu krew, a z ust ślina. Ale był przytomny, czym zaskarbił sobie u Andrzeja ogromny szacunek.

– Skurwysyn.

– ?

– No ten kaczor co to go masz tego… – Rozejrzał się po barze. Pech chciał, że to był jeden z tych barów, w którym o czwartej nad ranem jest najwięcej klientów. Wszyscy leżeli nieprzytomni, wielu w kałuży krwi i wymiocin. – …uspokoić.

– Pokaż mi go! – Druid momentalnie wytrzeźwiał, wziął koszyk, odsłonił wieko i spojrzał. Minęło dużo czasu, nim znów się poruszył.

– Biedactwo… – mruknął w końcu.

– To? Mówisz o TYM? – Wioskowy Głupek zgłupiał.

– Ano… Gadałem z nim.

– Z kaczorem?

– Nie… Z demonem.

– Jakim znowu… Z CZYM!? – Andrzej zbladł.

Druid spojrzał na niego ponuro.

– A cóżeś ty maślał? Że to zwykła porcja rosołowa jest? Po kiego chuja żeście zatopili ten statek, hę?

– Statek?

– Statek!

– Jaki znowu… A! TEN Statek! – Andrzej uśmiechnął się do swoich wspomnień, ale zaraz się zreflektował, przybrał skruszoną minę i oświadczył z pełną powagą: – To był wypadek.

– Wypadek!? – Ryknął olbrzym. – Wypadek, kurwa!? Całą wioską żeście tam wpadli i…

– A bo my myśleli, że to Smok Wodny ludzi porwał i ratować… tego… chcielim – przerwał mu Wioskowy Głupek.

– Smok? Jaki zaś smok?

– Dyć mówię, że wodny… Był wielki, dymił i ryczał strasznie, a w brzuchu miał ludzi, którzy do nas machali o ratunek!…

– O ratunek!? Mój Boże… Co ty, kurwa, głupi jesteś? Statku w życiu nie widziałeś?

– Ten był pierwszy… Nigdy wcześniej nic takiego nie wpłynęło na nasze jezioro.

– Skąd żeś ty się wziął w ogóle?

– Ze Średniowiecza.

– …

Druid się zamyślił.

– I co teraz z tym… czymś? – zapytał skonsternowany Andrzej.

– To jest demon! Demona nie da się zabić… Zresztą nie wiem, czy nie lepiej bym zrobił, jakbym tak dał mu spokój. Zasłużyliście, by was wszystkich do grobu wpędził, jebane matoły!

Andrzej zrobił skruszoną minę i skulił się jak pod ciosem. Cisza trwała długo. W końcu Druid westchnął zrezygnowany.

– Muszę pomyśleć… Przynieś mi piwo!

– Eee… Ale barman…

– Co?

– Jest tego, nieprzytomny…

– To co? Piwa nie umiesz nalać?

 

Andrzej postawił przed Druidem świeżego Żubra. Popijając drugiego usiadł i zapytał:

– Ale skąd on się wziął? Ten demon?

– Jakby ci to… – Druid opróżnił pół kufla i westchnął – Może tak: Na statku było dużo ludzi. I jeden duch…

– Duch?

– Nie przerywaj!

– Sorry!

– Ludzi utopiliście, co do jednego…

– Ratowaliśmy… – bąknął Andrzej.

– UTOPILIŚCIE! – powtórzył Druid z naciskiem. – A to ich… Hmmm… Wkurwiło…

– Wkurwiło?

– Ty byś się nie wkurwił, jakby ktoś cię utopił?

– No… – przyznał Głupek niechętnie. – Może…

– Więc tego… Był też duch… W sumie to nie był zły duch…

– Więc jaki?

– To był duch syreny okrętowej.

– Poważnie?

– Absolutnie.

– Hmmm… I co z nim?

– Pamiętasz o której ruszyliście, skurwysyny, „na ratunek”?

– Eeee… Nie za bardzo… W nocy tyleż.

– O czwartej czternaście…

– Aaaaaha… – mruknął Andrzej, który nagle doznał olśnienia.

– I „ratowaliście” go szesnaście minut.

Kaczor kwaknął.

– I dwie sekundy. – dodał posłusznie Druid. – Dokładnie tyle czasu statek tonął, a duch wył swoją syreną na ratunek… Prawdziwy ratunek… A potem statek poszedł na dno… Duch uciekł z niego i opętał najbliższe żywe stworzenie, jakie znalazł – Kaczora. Tyle, że wtedy nie był już duchem…

– Co co…!? – Głupek prawie przysnął, zamroczony piwem. – To czym…?

– A jak myślisz, debilu!? Demonem oczywiście! Nażarł się bardzo, bardzo wiele czystej nienawiści i… Ewoluował…

– Jak pokemon?

– Hmmm… Coś w ten deseń – Druid kiwnął głową.

– To one tak potrafią?

– Najwyraźniej!

– Aha… I on się tego… mści?

– Zgadłeś, Einsteinie!

Andrzej się uśmiechnął.

– Śmiesznie się u was mówi. Jestem Andrzej, nie żaden Ajnsztajn.

Druid nie skomentował. Siedział w ponurym milczeniu, wygrzebywał kryształki zaschniętej krwi z uszu i myślał intensywnie.

– Trochę to dziwne… – przerwał w końcu Głupek.

– Co zaś?

– No to mszczenie… Chujowe jakieś takie… Na filmach…

– A jak Ty byś się mścił, gdybyś był KACZKĄ!? – przerwał niecierpliwie Druid.

– Aha… No tak… A czemu przyczepił się akurat do mnie?

– A czyj to był pomysł, z tym „ratowaniem”?

Andrzej zwiesił głowę.

– Ja naprawdę nie chciałem…

– Tych wszystkich ludzi, którzy wyskakiwali ze statku też „niechcący” topiłeś gołymi rękami?

– Bali my się, że to duchy tych, których pożarł smok i trzeba było…

Głupek przerwał, widząc, że Druid obrzucił go spojrzeniem w stylu: „Każde następne słowo to jedna złamana kość więcej”.

– Ale czemu mnie w takim razie chroni? – Andrzej wytrzymał tylko minutę.

Druida jakby zaskoczyło to pytanie. Zwlekał chwile z odpowiedzią, aż w końcu zaczął mówić głosem spokojnym, ale aż ociekającym jadem.

– Bo cię nienawidzi i zwyczajnie nie chciałby, żeby ktoś przypadkiem pozbawił go przyjemności dręczenia cię jeszcze przez długie lata. Byłby niepocieszony, gdyby stracił możliwość patrzenia, jak powoli tracisz zmysły i w końcu wieszasz się na gruszy… – Druid przerwał, jakby zdziwiony własnymi słowami. Spojrzał na Sku-na, a potem na Andrzeja i zapytał: – Dlaczego akurat na gruszy?

– Taka tradycja… – mruknął Głupek. – Było kiedyś dwóch braci… Jeden miał piękną gruszę, która obradzała najpyszniejszymi owocami na świecie, a drugi miał gruszę, która w ogóle nie dawała owoców. Dlatego nieraz ten jeden prosił brata, by się z nim podzielił. Ale tamten był ciul i nie chciał dać. No i pewnego dnia ten drugi brat, co to nie miał gruszek, pomyślał sobie: ”Taki żeś mi ciul, braciszku, że się gruszkami nie podzielisz? Czekaj ino, to już ja ci te gruszki obrzydzę!” Następnym rańcem ten pierwszy brat – ten ciul – znalazł tego drugiego, wiszącego na swojej gruszy. Tamten chciał temu obrzydzić gruszki, więc się powiesił na jego gruszy, by ten jedząc je już zawsze o nim myślał, o tamtym drugim znaczy, i przełknąć nie mógł gryza nawet, i żeby miał najpyszniejsze gruszki na świecie i nie mógł ich jeść. Taką sę karę obmyślił ten brat dla tego drugiego, co to był ciulem i nie chciał się podzielić.

– Hmmm… Bardzo sprytne… I co było dalej?

– Dalej? Ten brat-ciul odciął tego drugiego i zakopał pod tą gruszą, bo mu się daleko łazić z trupem nie chciało. A gruszki i tak żarł dalej, zwłaszcza, że od tamtej pory grusza miała jeszcze lepsze owoce. Taki był ciul!

– To się braciszkowi sztuczka nie udała…

– Ano. Ale przynajmniej sławny się stał. Jest u nas przysłowie: „Przynajmniej gruszki będą smaczniejsze!”, które mówi się, jak masz poważne kłopoty. I właśnie dlatego teraz jak się ludzie ze wsi wieszają, to tylko na gruszy. I pod tą gruszą się ich zakopuje. Ale nigdy więcej jak jednego wisielca pod jedną gruszą.

– Dlaczego?

– Bo to przynosi pecha.

– Myślałby kto… – mruknął Druid. – A te gruszki to rzeczywiście smaczniejsze, jak się je takim wisielcem nawiezie?

– Ja tam nie wiem; nie znoszę tego cholerstwa.

Druid nie odpowiedział. Znów nastała długa, nieprzyjemna cisza. I znów to Andrzej ją przerwał:

– I co teraz zrobimy?

– Z?

– No z tym tam…

– My? Nic?

– Nic?

– Nic!

– Serio?

– Serio, serio!

– Dlaczego?

– Jestem druidem, nie niańką do demonów…

– To co ja, biedny, mam zrobić?

– Znajdź kogoś, kto wygna demona… Albo zacznij sadzić grusze. Tyle, by starczyło dla całej wiochy.

Andrzej uznał, że wcale nie słyszał niczego o żadnych gruszach. Skupił się na pierwszej myśli.

– Eeee… egzorcystę? – zapytał w końcu.

Druid naciągnął sobie palcem dolną powiekę lewego oka, ukazując mocno przekrwioną gałkę, i zapytał:

– A jedzie mi tu?

– Nie? Nie egzorcystę? To co… Anioła?

– Ile aniołów spotkałeś ostatnio? – sarknął Druid.

– Eeeee… Jakżem tu szedł do ciebie, tom spotkał jedną taką panienkę. Była taaaaka śliczna! Jak to nie był anioł… – Głupek próbował się bronić, ale Druid przerwał zniecierpliwiony:

– Potrzebujesz Świętego!

– Świętego? – Andrzej się zamyślił. – Ale oni nie są, tego… No wiesz…. Martwi… Wszyscy?

– Dałbyś spokój z tymi zabobonami!

Wioskowy Głupek był coraz bardziej zbity z tropu.

– No dobra… Ale skąd ja wezmę takiego Świętego?

– Ech… Słyszałem o kimś, kto mógłby ci pomóc….

– Tak? Co za jeden?

– To jest ona, nie on. Zwą ją Święta Izabela od Zwierzaków. Powinna być idealna.

– Brzmi rzeczywiście dobrze – uznał Andrzej po krótkim namyśle. – Powiedz mnie tylko, gdzie ona jest? Daleko to?

– No, będzie z… bo ja wiem, z trzysta kilometrów?

– Więc czas mi w drogę! Jak teraz ruszę, to za tydzień chyba dojdę, co?

– Dojdziesz!? Jak to „DOJDZIESZ”!? – Druid wybałuszył oczy.

– No, tego… Normalnie, nie?

– Na piechotę? Taki kawał?

– To co?

– A nie lepiej pojechać?

– Co?

– No pociągiem? Albo autobusem?

Andrzej zmarszczył brwi. Potem je rozprostował. I znowu zmarszczył.

– Nie rozumiem… – Oświadczył w końcu.

– Eeee… Gdzie leży Średniowiecze?

– Gdziesik nad morzem.

– Szedłeś tutaj piechotą ZNAD MORZA!?

– Yhym…

Druida tknęło bardzo, bardzo złe przeczucie.

– Jak długo? – zapytał, blednąc.

– Ze trzy niedziele będzie.

– O kurwa! – jęknął Druid – a ten kaczor tak noc w noc…?

– No… tak…

– I tak przez cały kraj…!?

Głupek tylko kiwnął głową.

– O Jezu…! – Druid przymknął oczy, jakby nagle bardzo rozbolała go głowa. – O Jezu, o Jezu, o Jezu…! Co za baran! – szeptał bezgłośnie. A potem znów spojrzał na Andrzeja i zapytał: – To pewnie nie byliście zbyt popularni?

– No, jak się tak zastanowić…

Jedno z ciał leżących na podłodze zaczęło się poruszać.

– Odzyskują przytomność. Lepiej już chodźmy! Szybko!

– Pójdziesz ze mną?

– Taaak… Myślę, że tak. Zawsze chciałem poznać tę całą Izę. Mówią, że spoko babka jest… Poza tym chyba powinienem wyjechać stąd… Na trochę… Tylko jedna uwaga: pojedziemy, nie pójdziemy. No już, wstawaj!

– No dobra…

– Aha: I Ty płacisz za bilety…

– A co to jest?

– Potem ci wyjaśnię, teraz chodźmy.

– No, a jak mi nie starczy, by zapłacić Świętej?

– Nie bądź głupi! To jest Święta, nie pasożyt. Cuda czyni za darmoszkę.

– Aha… To i dobrze.

– A pewnie, pewnie… Przypomnij mi, jak masz na imię?

– Andrzej.

– Ja jestem Eryk. Chodźmy!

 

 

Dla Izy i Eryka.

11.11.11.

P.D.

 

Koniec

Komentarze

Uśmiałem się. Pięć.

Podobało się. Może troszkę przydługie, mimo wszystko, ale - pomimo błędów - przeczytałam w zasadzie bez bólu i z zainteresowaniem. Lubię od czasu do czasu przeczytać coś w takiej konwencji, z podobnym poczuciem humoru. ; )

 

A teraz łapanka.

 

Talibanie – hm, a nie Talibowie?...

 

„Niemniej jednak nikomu nie starczało odwagi, lub – jeśli wolisz – wszystkim starczało rozumu, by, patrząc temu kaczorowi prosto w oczy, nie powiedzieć: „Ty wstrętny skurwysynu!” Toteż dość szybko...” - brakuje mi kropki po cudzysłowie. Jest znak interpunkcyjny na końcu cytatu, ale nie na końcu zdania.

 

„(wymawiane „Skuun”, z syczącym „S”, warczącym „k” i miękkim „u” – cokolwiek to znaczy. „n” w żaden sposób nie udało im się zaakcentować)” Warczące k? Poza tym kończysz zdanie po „znaczy”, więc W nowym zdaniu „N” powinno być wielką literą.

 

„Andrzej, zwany – niebezpodstawnie zresztą –
(...)
Andrzej nie znosił – niebezpodstawnie zresztą –„

Brzydkie powtórzenie.

 

„Andrzej oczywiście gorąco zaprzeczał, jakoby miał cokolwiek wspólnego z tym kaczorem. Cóż jednak z tego, skoro Sku-n najwyraźniej miał coś wspólnego z Andrzejem...?”. Chyba „tym” kaczorem jest zbędne, bo wiadomo, o którego kaczora chodzi dokładnie.

 

„...większość z nich oddało hołd wielowiekowej tradycji...” - Przyznam, że zaczęłam się zastanawiać, ale tak się zaplątałam, że pewności nie mam. Czy nie powinno być: większość oddała?

 

„No i stało się nieuniknione; Ludzie, tak jak kiedyś w pośpiechu opuszczali Średniowiecze...” Po średniku mała litera.

 

„Ludzie dostawali lęków, nerwicy natręctw, wrzodów, miewali koszmary a nierzadko i nocne moczenia.”

Nie wiem, czy lęk można dostać, czy raczej się go nabawić? Podobnie czy można mieć mocne moczenie? Wydawałoby się, że czegoś takiego się nie ma, to się po prostu robi. Poza tym przecinek przed „a”.

 

„– Głupek! Głupek! – zza jednej z chałup wybiegł kilkuletni kajtek. Gdy zobaczył Andrzeja, zamachał rękami i zawołał ponownie – Głupek! Głupek! Cho no, Głupek! Szybko!
– E?
– No chodź, Głupek! Tata Cię woła!”

Po „ponownie” dwukropek. A „cię” małą literą. Wielka litera jest uzasadniona tylko w bezpośrednich zwrotach do kogoś np. w listach. Ale jedna postać do drugiej będzie mówiła przez małe c, małe t w „tobie”, małe w w „wam”... itp. ; )

 

„...ruszył w stronęśredniowiecznego odpowiednika Urzędu Miasta.” - brak spacji pomiędzy wyrazami.

 

„...będącej tak naprawdę niczym innym, niż pięcioma metrami dobrze ubitego żwiru, prowadzącego do dwupiętrowej stodoły.” Wydaje mi się, że lepiej brzmi „nic innego, jak”, zamiast „nic innego, niż”. Ponadto Pięcioma metrami prowadzącymi do...

 

„...wyglądającym tak, jakby całego jego jestestwo...” - całe jego jestestwo.

 

„– Dzień dobry, Słoneczko – Średniowiecze było za małe, by bawić się w jakiekolwiek konwenanse – Co zaszło?” - Brak kropki po „konwenanse”.

Podobnie w kwestii dialogowej poniżej. I w paru następnych, jak widzę, takoż.

 

„– Hmmmm... – zaczął w końcu wójt. – chyba wartałoby było jednak...” - „Chyba” powinno być wielką literą. Poza tym nie wiem, czy „wartałoby” to zabieg celowy, ale z pewnością wygląda dziwnie. ; )

 

„...i przypomnieć mu tym samym, kto tu jest panem a kto plebsem, ale krótkie...” - przecinek przed „a”.

 

„Skurwysyn zrobił dokładnie to samo....” - Wielokropek powinien mieć trzy kropki.

 

„Taki sam jak ojciec, słowo daje...” - daję.

„Chcesz, żeby cię ludzie za sodomitę mięli?” - „mieli”.

„Może złoże CV...” - złożę.

O ile oczywiście to nie są jakieś celowe zabiegi w myślach bohaterów...

 

„Zamiana ludzi w zwierzęta domowe – zaawansowany.” - Wszędzie indziej oceny zaczynasz wielką literą, to i tu „Zaawansowany” przez duże „Z” być powinien. Niże zaś jest raz „Średnio zaawansowany”, a raz „Średnio Zaawansowany”. Przydałoby się ujednolicenie i konsekwencja.

 

„...pochodzą z chin i działają tak jakby je wymyślał kierowca rykszy w chwilach wolnych od uczciwej pracy...” „Chin” wielką literą. Brak przecinka przed „jakby”.

 

„...to żołądek Druida wtrącił swoje własne „EEEEEEE!!!” omal nie strącając...” - Przed „omal” przecinek.

 

„- Tak, to ja... – Dokończył Druid zniechęcony” - „dokończył małą literą”.

 

„...a łono zasłonił...” - Hm, łono kojarzy mi się wyłącznie kobieco, więc w odniesieniu do mężczyzny bardzo mi nie pasuje...

 

„Spojrzał na Andrzeja. Andrzej spojrzał na schowanego w koszu Sku-na. Skurwysyn spojrzał na Żubra. Żubr się spienił.” XDDD

 

„nie chce kłopotów...” - chcę.

 

„(przeliczył kasę dziesięć razy, zanim Andrzej nabrał całkowitej pewności, że piątak nie jest w środku ze złota).”

Przyznam, że nie rozumiem tego zdania.

 

Metafora góry – bezcenna!

 

„Prawda chłopaki?” Przecinek w środku.

 

„wywołają reakcjęłańcuchową.” - brak spacji.

 

„– Sam jesteś Palant! – Burknął Druid.” - Jestem w stanie zrozumieć motyw pisania niektórych określeń wielkimi literami (np. Druid), ale czemu palant też przez duże P?

 

„Rzuci takie na siebie Aurę Zajebistości a potem tylko sobie przebiera w spódniczkach...” - Literówka: taki. Brak przecinka przed „a”.

 

„Z uszu ciekła mu krew a z ust ślina.” - Znowuż przecinek przed „a”.

 

„Chcielim. – przerwał Wioskowy Głupek.” Nie powinno być kropki „chcielim”.

 

„– Skąd żeś Ty się wziął w ogóle?
– Ze Średniowiecza.”

XDDD

(Pomijając, oczywiście, że „ty” z małej litery).

 

„Nażarł się bardzo, bardzo wiele czystej nienawiści i... Ewoluował...
– Jak pokemon?”

AHAHAHAHAHAHAHA! XD

 

„...a drugi miał grusze, która...” - gruszę.

 

„...Taką sę karę...” - se?

 

„Zawsze chciałem poznać tą całą Izę.” - TĘ Izę.

 

Namolna jestem, nie? Stawiam 4, bo jednak te drobiazgi nieco psuły mi przyjemność z lektury i ją opóźniały. Pozdrawiam. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mimo błedów wymienionych przez joseheim, naprawdę przyjemnie czytało mi się Twój tekst, Autorze ;)

jak na taka ilosc gagow dwa razy za dlugie

4/10

Będzie kontynuacja?

Ogólnie dobra zabawa. Chwilami jak gdyby trochę na siłę przedłużane sceny, jak na przykład rozmowa Andrzeja ze Słoneczkiem. Za to "ujarzmienie" łysoli przez Druida --- świetne.

Błędami zajęła się joseheim, więc nie wcinam się.

joseheim, dziękuję Ci za korekte. Drobna (naprawdę drobna) część wymienionych przez Ciebie błedów błedami nie jest. Np: „Andrzej, zwany – niebezpodstawnie zresztą –

 

(…)

Andrzej nie znosił – niebezpodstawnie zresztą –„

To było jak najbardziej celowe. Choć może głupie. "Warczące k?" – absurd w czystej, cudownej postaci. „Ludzie dostawali lęków, nerwicy natręctw, wrzodów, miewali koszmary a nierzadko i nocne moczenia.” – polonistą nie jestem, ale wydaje mi się to zupełnie w porządku. "ale czemu palant też przez duże P? " – bo jestem dysortografikiem, a ten tekst pisałem w tempie ekspresowym, byle zdążyć przed północą. Ale i tak mi się nie udało. „(przeliczył kasę dziesięć razy, zanim Andrzej nabrał całkowitej pewności, że piątak nie jest w środku ze złota).” – wyobraź sobie gościa w słomianym kapeluszu, nadbryzającego i postukującego paluchem pozłacany środek pięciozłotówki. "Po „ponownie” dwukropek. A „cię” małą literą. Wielka litera jest uzasadniona tylko w bezpośrednich zwrotach do kogoś np. w listach. Ale jedna postać do drugiej będzie mówiła przez małe c, małe t w „tobie”, małe w w „wam”… itp. ; )" – ten (oraz wszystkie inne w tym guście) błąd jest natury czysto technicznej i nie wynika z mojej niewiedzy. Co do "łona", to skoro mam włosy łonowe, to i chyba na jekieś łono mogę sobie pozwolić jako facet, nie? ;) Zresztą niejaki Abraham również ma łono, i to takie na którym wielu chciało by się znaleźć.

Wszelkie zagrania typu "wartałoby było" "sę", etc. są świadomym, nazwijmy to, "zwieśniaczeniem" języka. Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się dotknięty tym stwierdzeniem; sam jestem ze wsi (w dodatku góralskiej) i wiem jak bardzo wymowa starszych ludzi z okolicy rózni się od potocznej polszczyzny. Jesli chodzi o brak spacji w kilku miejscach, to poczuwam się tylko do częściowej odpowiedzialności. W oryginalnie napisanym tekście nie ma mowy o czymś takim. Błąd musi tkwić gdzieś po stronie tutejszego edytora tekstów. Moją winą jest, że nie wychwyciłem wszystkich tego typu bugów przed publikacją (jeszcze w nocy czytałem już dodany tekst i szukałem “wtop”. Znalazłem dużo więcej "zagubionych przerw", ale – jak widać – nie wszystkie) Przez wzgląd na szacunek dla Twojego trudu, nie poprawię tutaj niczego, choć jeszcze mogę. Pozbawiłbym tym Twoją – moim zdaniem genialną – robotę całego sensu. Za to w oryginalnym tekście zrobię to niechybnie. Co do kontynuacji… Chyba winienem Wam jestem pewne wyjaśnienie. Tekst napisałem w ramach prezentu na jedenastą rocznicę ślubu mojej przyjaciółki (zgadniecie, kiedy to było?:) i jest to moja, przyznaję, dość swobodna wersja zdarzeń, które zapoczątkowały ich piękną przygodę. O kontynuację, jeżeli się pokuszę, to i tak najwcześniej w okolicach listopada. W każdym razie wcześniej nie ujrzy światła dziennego. Jeszcze raz dziekuję joseheim i ciesze się, że Wam się podoba. Pozdrawiam serdecznie. Wasz Cień

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Witaj!

 

Taki mam kiepski dzień, a tu tyle śmiechu. Szkoda, że to już koniec, bo chętnie bym jeszcze poczytał o przygodach Andrzeja. Ode mnie 5 na zachętę i czekam na więcej.

 

Pozdrawiam

Naviedzony

O, widzę, że mi komentarz zeżarło. Już nie pamiętam dokładnie, co tam miałam do napisania, ale chyba coś o sympatyczności tekstu. I o nieco nadmiernej długości. Początek niemal mnie zniechęcił, dopiero później się rozkręciło.

Babska logika rządzi!

 

Finklo, (chyba) cieszę się niezmiernie, że Ci się (chyba) podobało, mimo nadmiernej długości i suchawego początku.

 

A jeśli zeżre Ci komentarz, to wystarczy cofnąć stronę i pojawi się on znów, zupełnie nietknięty (przynajmniej tutaj, na NF). Jak przełamię nieśmiałość, to napiszę do Brajta, Dj, albo beryla, żeby zamieścili tą wskazówkę w jakimś dobrze widocznym miejscu, bo mogłoby to bardzo ułatwić życie użytkownikom i oszczędzić im sporo czasu oraz nerwów. Ponadto mam wyrobiony nawyk kopiowania wszystkiego przed dodaniem i innym również polecałbym go wypracować, bo niestety nie wszędzie można odzyskać raz zeżarty słowotok.

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, tak podobało się.

Wiem o cofaniu. Tylko zorientowałam się, że, kurczę, tekstu nie ma w “ostatnio komentowanych” (a powinien być!) kilka godzin po fakcie…

Babska logika rządzi!

hmmm… jak dla mnie cudne.

Ty, powiedz, co się bierze, żeby takie teksty pisać?

:*

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Jak byłem mały, to wpadłem do kociołka. Z grysikiem.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, do cholery, ile razy jeszcze:

 

Ci, którzy uciekli na koniec świata (nie ważne – który)

nieważne razem, jak kaczorek i kuperek, rozumiesz…

 

No, bardzo zabawna historyjka. Rozkręca się powoli, nabiera rumieńców, humor przaśny, ale wyszczerz przyzywa lepiej niż summoner ochnastego kręgu demony… :-) Tylko – kontynuacji brak!

 

Prezent genialny. Klepnę ci ja płetwą bibliotekę, ale popraw tego ortografa, bo wstyd w parafii.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cieniu, do cholery, ile razy jeszcze:

A wypraszam sobie! Na tym portalu tylko Jose – jako jedyna, która kiedykolwiek mi wytknęła ten błąd – ma prawo mnie w tej chwili gnoić za recydywę. I to nie jest “jeszcze” bo tekst ma ponad trzy lata, a co za tym idzie, jest tutaj protoplastą mojego analfabetyzmu; prorokiem zwiastującym przyszłe klęski. Tak więc proszę mówić do niego per “już wtedy”.

Błąd poprawiłem, a kaczy kuper nieprędko pozwoli mi o nim zapomnieć. Podobają mnie się Twoje metody dydaktyczne, Fishu. Nie miałbyś parcia, żeby zostać ministrem edukacji? Naród by skorzystał, a Przyszłość Narodu jeszcze bardziej.

 

Dzięki za klepanie, dobre słowo, czas i wszystko wszystko, za co doceniony autor powinien podziękować doceniającemu czytelnikowi – sztampa? Owszem, ale szczera.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jak to dobrze, że postanowiłam pozaglądać do starszych opowiadań i trafiłam na Twoją Baśń o Kaczorku. Przezabawna ona, choć początek nieco rozwlekły. Na szczęście ciąg dalszy wynagradza, co początek przynudził.

Ptaszka, o czym wspominasz w przedmowie, co prawda w klatce nie zamknąłeś, ale i nie wypuściłeś. I pewnie Sku-n ciągle siedzi w wiklinowym koszyku z przykrywką, jak jakiś dżin w butelce i swoje kwacze, i nawet nie wiem, czy Druid z Głupkiem, a Głupek ze Sku-nem, dojechali do Świętej Izabeli.

I powiem wprost, że zwyczajnie mi żal, że to już koniec…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, chciałbym powiedzieć, że po niemal dwóch latach, które minęły od Twojego wpisu, coś się w kwestii tego końca zmieniło, ale to, niestety, nieprawda – Sku-n i ekipa nadal nigdzie nie dotarli, choć zarówno im jak i mnie marzy się, żeby było inaczej. Ale, jak to mówią – póki nie dotarłeś do celu, podróż trwa. A póki trwa, wszystko może się zdarzyć.

 

Dziękuję za komentarz i cieszę się, że zdołałem sprawić Ci odrobinę radości. Za delikatną obsuwę w odkomentowywaniu przepraszam raz jeszcze.

 

[Maraton nadrabiania zaległych komentarzów własnych mode: off]

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zabawne opowiadanie.

Przyznam, że podeszłam do niego z niechęcią, bo jakoś mi się tytuł nie spodobał, ale mile się rozczarowałam ;)

Nawet nie przeszkadza mi, że właściwie nie wiadomo, czy bohaterowi udało się pozbyć demona.

Bardzo mi się podobały dialogi, cofanie do średniowiecza i ogólny klimat.

Przeczytałam z przyjemnością.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka