- Opowiadanie: masterofcookies - Czekoladki

Czekoladki

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Czekoladki

Killian lubił chodzić po sklepach. Potrafił godzinami przemierzać aleje pełne wszelkiego rodzaju towarów, oglądać je, oceniać i, oczywiście, kupować, chociaż to ostatnie starał się ograniczać. Jego portfel miał dość płytkie dno.

Najbardziej lubił podróżować po targach i bazarach, składających się z niezliczonych ilości małych sklepików, w których sprzedawcy o niepewnej narodowości mieli na sprzedaż dosłownie wszystko.

Pewnego dnia, podczas jednej z takich wielogodzinnych wypraw, zdarzyło mu się znaleźć na progu zupełnie nieznanego sklepu. Było to dość zaskakujące, bowiem Killian, jako stały bywalec wszelakich targowisk, znał je w większości lepiej niż okolice własnego domu.

Równie zaskakujący był wygląd samego sklepu. Na ile było to widoczne, składał się on z drewna, gwoździ, korników oraz rdzy. Zupełnie nie pasował do otoczenia, tworzonego głównie z plastiku i przybrudzonych plandek.

Pozbawiony był jakiegokolwiek szyldu, za to na dużej, wystawowej szybie wyryte były następujące słowa:

BARDZO DOBRE
CZEKOLADKI
KUPUJ JE
I CIESZ
SIĘ
Killian zajrzał przez zakurzoną szybę do środka i nie zobaczył niczego* – sklep był ciemny i pusty. Nie było tam żadnych półek, pełnych obiecywanych czekoladek, zaś długa, ciągnąca się od ściany do ściany lada stała zupełnie pusta. Za nią widać było wejście do pomieszczeń za sklepem, przesłonięte staromodną zasłoną z koralików.

Poza muchą, obijającą się o szybę od wewnątrz, Killian nie zarejestrował w sklepie żadnych oznak życia.

W związku z tym wszystkim sklep nie wyglądał zbyt zachęcająco, ale mimo to Killian skierował się do wejścia. Gdy już chwytał za klamkę, przez głowę przemknęła mu myśl, że być może sklep jest po prostu zamknięty, szybko jednak jego obawy okazały się niesłuszne – drzwi otworzyły się bezproblemowo, choć ze skrzypieniem sugerującym, że ich właściciel nigdy nie słyszał o tak egzotycznej czynności, jaką jest oliwienie.

Gdy tylko Killian wszedł do sklepu i stanął przed ladą, po jej drugiej stronie pojawił się sprzedawca, najwyraźniej zaalarmowany skrzypieniem drzwi.

Był łysym, pomarszczonym człowieczkiem, którego głowa ledwo wystawała ponad i tak dość niską ladę. Killian nigdy nie widział, by ktoś był tak niski i nie był dzieckiem.

Na widok Killiana sprzedawca zatarł z zadowoleniem ręce i uśmiechnął się szeroko.

– Dzień dobry, dzień dobry! – zawołał. – Nawet pan nie wie, jak się cieszę!

– Domyślam się, że nie trafia do pana zbyt wielu klientów – Killian rozejrzał się po sklepie. Wyglądał nadal na tak samo opuszczony jak z zewnątrz.

– Niestety, niestety… – zasmucił się człowieczek. – Nawet nie wiem dlaczego… Asortyment wydaje się dość atrakcyjny.

– Może lepsza reklama załatwiłaby sprawę? – Killian pozwolił sobie na delikatną sugestię.

– Może, może… Wie pan, jak to mówią.

– Chyba nie wiem – mruknął Killian.

– „Reklama jest dźwignią handlu" – wyjaśnił sprzedawca. – Zawsze mi to powtarzali. Ale nigdy nie miałem do tego pałeczki – potrząsnął ze smutkiem głową.

– Chyba ma pan na myśli smykałkę – poprawił go ponuro Killian. Z jego płonnej nadziei na jakieś sensowne zakupy zostały już tylko popioły.

– Tak, może i tak – sklepikarz wzruszył ramionami i podrapał się po łysinie. – To co panu podać?

W klatce piersiowej Killiana jego serce prawdziwego zakupoholika zabiło mocniej.

– A co pan ma? – spytał z nadzieją.

– Och, przekona się pan, że mamy naprawdę szeroką ofertę – człowieczek uśmiechnął się chytrze, a Killian zobaczył w tym uśmiechu dziesiątki lat doświadczenia w naciąganiu ludzi na wszystko, co nie rozpada się w rękach i/lub nie ucieka zbyt szybko.

– No, więc? – spytał niecierpliwie.

Sprzedawca założył ręce za plecy i odchrząknął.

– Z podstawowych produktów – zaczął – znajdzie się u nas Mieszankę Deluxe, Zestaw Podwójny czy Kwartet z Niespodzianką, ale mamy oczywiście również do wyboru wiele rarytasów dla koneserów, na przykład Kolorowe Trio albo Ogród Rozkoszy – człowieczek mrugnął do Killiana łobuzersko. – Wymieniać dalej, czy już dokonał pan wyboru?

Wyrecytowane przez sprzedawcę nazwy zupełnie nic nie mówiły. Killian czuł się trochę jak człowiek, który ubrał się w zabawny zielony strój, wziął strzelbę i pojechał na zlot, na którym, jak się okazało, wszyscy ubrani są w trochę inne zabawne stroje, mają ze sobą wędki i rozmawiają o spinningu i łowieniu na muchę.

– Myślę, że wezmę Kolorowe Trio – zdecydował niepewnie, mając nadzieję, że jego wybór nie okaże się zbyt drogi.

– Już podaję, już podaję – człowieczek popędził do pokoju za swoimi plecami i po kilkunastu sekundach wyłonił się z niego z powrotem, niosąc ze sobą nieduże, ciemne pudełko. Następnie położył je na ladzie przed Killianem i popatrzył na niego wyczekująco.

Mimo najszczerszych, optymistycznych chęci nie udało mu się dopatrzyć w wyglądzie pudełka niczego, co nawet przy kiepskim świetle można by nazwać „zachęcającym".

Było to proste, pozbawione jakichkolwiek ozdób opakowanie. Można by je wziąć za pudełko na bardzo niskie buty, gdyby nie jaskrawy do przesady napis „Kolorowe Trio", niemile kontrastujący z czarnym jak myśli nieboszczyka tłem.

– Tak… – rzekł powoli Killian. – Tak, to jest właśnie to, czego szukałem – dodał o wiele bardziej stanowczym tonem. Uznał bowiem, że skoro już wszedł do tego sklepu i nawiązał rozmowę ze sprzedawcą, powinien coś kupić. Tak z uprzejmości. To proste rozumowanie wielokrotnie pozwalało mu bez wyrzutów sumienia dokonywać zakupów poważnie odchudzających jego portfel.

Poza tym, o ile dobrze pamiętał, jego szafka na ciasteczka do herbaty nie zawierała w sobie obecnie nic więcej niż bardzo dużo miejsca na ciasteczka do herbaty. Czekoladki mogłyby – przynajmniej czasowo – zapełnić tę lukę.

Były tańsze, niż się spodziewał, ale droższe, niż miał nadzieję. Szybko za nie zapłacił, pożegnał się i wyszedł ze sklepu, po czym skierował się prosto do swojego samochodu.

Gdy już do niego dotarł, rzucił czekoladki wraz z pozostałymi zakupami na tylne siedzenie, a sam zasiadł za kierownicą i wsadził kluczyki do stacyjki. Szczęśliwie, silnik zapalił już za pierwszym razem.

***
Około godziny piętnastej Killian zwykł siadać do spokojnej herbaty, podczas której czytał najnowszy numer gazety, bądź oglądał w telewizji popołudniowe wiadomości. Nigdy nie interesował się polityką, więc nie miał kłopotów z wyborem odpowiadającej jego przekonaniom stacji – wszystkie pasowały mu doskonale.

Tak więc, jak co dzień, Killian zasiadł w swoim ulubionym fotelu i, powoli popijając gorącą herbatę, zabrał się do rozpakowywania czekoladek. W trakcie tego procesu zauważył dziwną rzecz – ani na spodzie pudełka, ani na jego bokach nie było żadnych napisów. Żadnej daty ważności, nazwy producenta, opisu produktu… Zastanowił się nad tym przez chwilę i uznał, że wszystkie te i inne informacje musiały znajdować się na jakiejś słabo przyklejonej kartce, która odpadła gdzieś po drodze ze sklepu do domu.

Gdy już otworzył pudełko, jego oczom ukazał się dość osobliwy widok.

W środku, na aksamitnej poduszeczce, znajdowały się trzy czekoladowe kulki, ułożone w równą linię. Pod każdą z nich znajdowała się mała, przytwierdzona szpilką karteczka. Widoczne było na nich drobne, eleganckie pismo. Na pierwszej, żółtej karteczce widniało słowo „Bogactwo", na drugiej, niebieskiej – „Rozum", zaś na ostatniej, koloru zielonego – „Zdrowie".

Killian ostrożnie odpiął jedną z karteczek i obrócił. Po drugiej stronie widniał krótki tekst.

Przed użyciem czekoladek skonsultować się z kimś, kto wie, jak z nich korzystać.
Więcej informacji mogą udzielić sprzedawca lub ktoś inny.
Na dwóch pozostałych karteczkach Killian znalazł taką samą informację.

To nie może być dzieło szaleńca, stwierdził w myślach Killian. Tylko człowiek zdrowy na umyśle potrafiłby z taką dokładnością wykorzenić z prostego tekstu wszelkie oznaki normalności.

Z uwagą popatrzył na czekoladki. Czy mogą być… niebezpieczne? Czy po zjedzeniu ich powinien spodziewać się jakichś emocjonujących ruchów jelit? Może najbezpieczniej będzie je wyrzucić i zapomnieć o straconych pieniądzach?

Chociaż… Nie wyglądały źle. Prawdę mówiąc, wyglądały bardzo zachęcająco. Killian niemal czuł mrowienie kubków smakowych na języku.

Powoli sięgnął po pierwszą, opatrzoną podpisem „Bogactwo" czekoladkę i włożył ją do ust.

Była bardzo dobra – cała z mlecznobiałej czekolady, a w jej wnętrzu kryło się gorzkie ziarno kawy.

Druga – „Rozum" – też była całkiem niezła w smaku, w którym mieszały się biała i czarna czekolada. Pozostawiła też na języku całkiem przyjemny posmak.

Ostatnia – „Zdrowie" – była z wierzchu cała z ciemnej, gorzkiej czekolady, ale jej wypełnione śmietankowym kremem wnętrze było przepysznie słodkie.

Gdy skończył jeść, wyrzucił pudełko i rozsiadł się wygodnie w fotelu, podpierając nogi na podnóżku.

Czuł się znakomicie. Wręcz zbyt znakomicie. Brakowało mu czegoś, kilku znajomych drobnostek, uprzykrzających mu życie w sposób, do którego zdążył już się przyzwyczaić i w pewnym sensie polubić.

Nagle zrozumiał, co jest nie tak – a raczej, co jest za bardzo „tak".

Po pierwsze – nie miał kataru. Od piętnastego czy szesnastego roku życia nękał go niemal nieustający katar sienny, wynik niefortunnej mieszanki genów jego rodziców-alergików.

A teraz zniknął.

Killian spróbował wytrzeć nos. Zero efektu. Chusteczka była tak samo czysta, jak wtedy, gdy wyciągał ją z opakowania.

Kolejnym zaginionym był ból w przedramieniu – pamiątka po skomplikowanym złamaniu z dzieciństwa. Czasem słabiej, czasem silniej, ale dawała o sobie znać – aż do teraz.

Killian przejechał palcami po przedramieniu. Nie był w stanie wyczuć znajomego zgrubienia.

Pomyślał o czekoladkach. „Zdrowie". Czy to możliwe…? Nie. To bez sensu. To nie może być.

Ale prosty eksperyment nie zaszkodzi, prawda?

Zaraz… Jakie były jeszcze te podpisy? „Rozum" i „Bogactwo", tak?

Wziął do ręki encyklopedię, strzepnął z niej warstwę kurzu, otworzył na pierwszym lepszym haśle i zaczął czytać. Co więcej – zaczął czytać ze zrozumieniem. Wszystkie, nawet najdłuższe i najtrudniejsze słowa i zdania bezproblemowo trafiały do jego mózgu, gdzie układały się w adekwatne znaczenie.

Przez dobrych piętnaście minut czytał encyklopedię, bez przerwy, jak gdyby miał do czynienia z najlepszą powieścią akcji.

Podniósł głowę i zamglonym wzrokiem spojrzał przez okno. Czuł się taki… wiedzący.

Gdy już nieco ochłonął, rozejrzał się uważnie po swoim mieszkaniu. Pośród niezliczonych, gracących je zakupów nie odnalazł śladów nagłego bogactwa – żadnych wypełnionych gotówką worków czy teczek, żadnych błyszczących sztabek… Czyli ostatnie odpada.

Zastanowił się chwilę. A może jeszcze nie?

Znalazł swój telefon i wybrał numer biura maklerskiego. W czasie krótkiej rozmowy dowiedział się, że wszystkie cztery małe spółki, w których miał po kilka procent akcji, w wyniku graniczącego z nieprawdopodobieństwem splotu szczęśliwych okoliczności stały się niezwykle dużymi spółkami, zaś on sam, Killian, stał się bogaty. Może nie niezwykle, może nie bajecznie – ale bogaty.

Killian z trudem wykrztusił z siebie podziękowanie, rozłączył się i opadł na fotel.

Więc to była prawda… Zdrowie, rozum, bogactwo… To wszystko prawda.

Czego nie mógłby teraz zrobić? Zastanowił się chwilę i nie znalazł niczego takiego. Mógł zrobić wszystko. Kupić wszystko.

***
Minęło kilka godzin, a pogrążony w marzeniach Killian wciąż spoczywał na fotelu. Jego rozmyślania przerwał dzwonek telefonu.

Wstał i skierował się do aparatu.

Kupię sobie bezprzewodowy, pomyślał machinalnie, nim podniósł słuchawkę. Albo najlepiej komórkę. Tak. Komórkę. Taką z dotykowym wyświetlaczem.

Następnych pięć minut okazało się najgorszymi z całego jego życia.

Dzwoniła jego matka. Zapłakana.

Dowiedział się od niej, że Mona, jego oczko w głowie, jego ukochana młodsza siostra z nieznanych przyczyn zapadła w śpiączkę i teraz leży w ciężkim stanie w szpitalu.

Killian nigdy nie zdobył się na prawdziwą miłość – nigdy nie zdobył się na to, by pokochać jakąś kobietę. Lecz to, co czuł do swojej siostry, ta łącząca ich więź, była na tyle temu bliska, na ile dopuszcza się to w krajach jako tako cywilizowanych.

***
Killian siedział na plastikowym krześle przy łóżku Mony. Jego siostra była blada jak papier i całkiem nieruchoma. Jedynie brutalnie przedzierające ciszę popiskiwania podłączonej do niej aparatury świadczyły o tym, że gdzieś w niej wciąż tli się iskierka życia.

Bał się nawet chwycić ją za rękę, potrzymać, dać znać, że jest tu, przy niej… Była tak delikatna – taka krucha. Zawsze był blisko niej, gotów jej pomóc, pocieszyć, poradzić… A teraz nie wiedział co robić.

Chyba, że… Myśl, którą jeszcze dzień wcześniej uznałby za całkiem szaleńczą, wpadła mu do głowy.

Tak! To musi zadziałać. Musi.

Wyleciał pędem ze szpitala i rzucił się do swojego samochodu.

***
Killian wypadł z samochodu i biegiem znalazł się przed sklepem z czekoladkami – wbrew jego obawom, był na swoim miejscu. Nie wyglądał jednak tak samo jak przedtem. Sprzedawca najwyraźniej wziął sobie do serca uwagę Killiana o lepszej reklamie. Napis na szybie został zmieniony.

NAPRAWDĘ
BARDZO DOBRE
CZEKOLADKI
KUPUJ JE
I CIESZ
SIĘ
Nowo dodana pierwsza linijka wyróżniała się spośród innych nieskażoną brudem nowością.

Na wystawie za oknem stał niski stołek, na którym znajdowało się otwarte pudełko z jedną, jedyną czekoladką w środku. O ile Killian dobrze odczytywał je przez zakurzoną szybę, drobne litery na fioletowej karteczce pod nią głosiły „Wieczność".

Przypomniał sobie, po co tu przyszedł i wbiegł do środka. Gdy zadyszany zatrzymał się przed ladą, wyraźnie zaskoczony jego widokiem łysy sprzedawca był już po jej drugiej stronie.

– Coś nie tak z czekoladkami? – zaniepokoił się.

– Nie… wszystko… w porządku – wydyszał Killian. – Tylko potrzebuję… jeszcze jedno… pudełko.

– Jeszcze jedno? – zdumiał się człowieczek. – Nie wiem, czy się znajdzie… A tamto panu nie wystarcza?

– Musi się znaleźć. Potrzebuję go dla mojej siostry – wyjaśnił Killian, siląc się na spokój. – Tylko szybko, naprawdę nie mam czasu.

– To niech pan da siostrze swoje czekoladki – sprzedawca niewzruszenie wzruszył ramionami. – Na jakiś czas, oczywiście. Gdy już się nimi nasyci, będzie mógł pan wziąć je z powrotem.

– Nikt nie może już się nimi nasycić – odparł niepewnie Killian, czując, że ta rozmowa nie tyle zbacza ze znajomych torów, ile się z nich kompletnie wykoleja. – Zjadłem je – dodał dla pewności, że zostanie dobrze zrozumiany.

Reakcja sprzedawcy była równie żywiołowa, co zaskakująca.

Szczęka mu opadła. Wytrzeszczył oczy. I złapał się obiema rekami za głowę.

Przez kilka dobrych chwil trwał tak w pozie pod tytułem „Nie rozumiem, jak ktoś mógł być taki głupi", po czym nagle oklapł. Ręce mu opadły, zgarbił się i zwiesił głowę – zdawało się, że grawitacja nagle postanowiła być dla niego o wiele surowsza.

– No, tak. No, tak – wymruczał, wpatrzony we własne stopy. – To przecież zawsze nam powtarzali. „To tylko kwestia symboliki, z małą domieszką pokusy. Ale pamiętajcie – małą". Tak… Czekoladki to może i była przesada. Za dużo pokusy, za dużo…

Killian przyglądał mu się w zdumieniu.

– To dostanę czekoladki dla mojej siostry, czy nie? – spytał w końcu. – Wystarczy ta na zdrowie.

Zaskoczony człowieczek uniósł głowę jakby wcześniej zupełnie zapomniał o obecności Killiana w sklepie.

– Proszę wybaczyć mi moją reakcję – odparł potulnie – ale po raz pierwszy zdarzyło mi się, by ktoś zjadł moją czekoladkę.

Killian nie skomentował.

– Nie może pan dostać czekoladek dla pańskiej siostry – kontynuował cicho sprzedawca. – Nakład został wyczerpany. Dziękuję i do widzenia.

Odwrócił się i ruszył do przesłoniętego koralikami przejścia.

– Nie, zaraz, chwileczkę! – wykrzyknął Killian. Sprzedawca zatrzymał się w przejściu.

– Słucham? – spytał znużonym tonem.

– Nie można zrobić więcej tych czekoladek?

– Nie ma takiej możliwości.

– No, to niech pan mi powie jak je zrobić – rzekł błagalnym tonem Killian. – Proszę!

– Nie ma takiej możliwości – powtórzył martwym tonem człowieczek. – Ma pan jeszcze jakieś pytania?

– Czy… – zająknął się Killian. – Czy to przez to, że zjadłem czekoladki, Mona jest teraz w śpiączce? – wyrzucił z siebie.

– Tak – odparł sprzedawca bez wahania. – Mógł pan poczekać, aż zmiany w pana życiu zajdą same – powoli, dzięki samemu posiadaniu czekoladek. Ale pan je zjadł. Uległ pan pokusie. To wszystko kwestia symboliki.

– Ale skąd miałem o tym wiedzieć? – spytał Killian ze łzami w oczach. – Przecież…

– Cierpliwość jest cnotą. Zachłanność nie – przerwał mu człowieczek. – Wystarczyło się trzymać tej zasady. Ale pan tego nie zrobił. Popełnił pan zbrodnię. A gdzie jest zbrodnia, musi być i kara. Pańska została wyznaczona bezpośrednio na podstawie pańskiej matrycy empatycznej. Można powiedzieć, że zabił pan siostrę swoją miłością do niej. Będzie pan żył wraz ze wszystkim, co łapczywie postanowił pan dla siebie zagarnąć, zaś w zamian utraci pan to, co wcześniej było dla pana najcenniejsze – zakończył beznamiętnym tonem i zniknął za paciorkami.

Killian padł na kolana, czując się, jakby ktoś zamienił jego kręgosłup w sopel lodu.

Drżąc cały, wypadł ze sklepu, przed oczami mając mieszające się ze sobą obrazy – roześmianą Monę i jej martwą, bladą twarz.

***
Gdy już się trochę uspokoił, pojechał do sklepu elektronicznego, gdzie zakupił kilkumetrowej długości kabel.

Następnie pojechał do domu i zabrał się do pracy.

Zdjął z przymocowanego do sufitu haka z rzadka używany worek bokserski, kupiony gdzieś w promocji.

Oczyścił przestrzeń naokoło i postawił pod hakiem swój ulubiony fotel – ten, na który przesiedział niezliczone godziny, popijając herbatę i jedząc słodkie ciasteczka.

Zawiązał na kablu pętlę, starannie przywiązał go do kaloryfera i przewiesił przez hak na suficie.

Wszedł na fotel i drżącymi rękoma nałożył pętlę na szyję.

Spojrzał na ściskane kurczowo w dłoni zdjęcie Mony.

– To dla ciebie – szepnął. I silnie kopnął w tył obiema nogami.

Fotel poleciał do tyłu, uderzył o drewniane panele i od razu znieruchomiał.

Killian nieruchomiał o wiele dłużej.

 

Przypisy:

*Nikt nigdy nie widział Niczego. Przypisuje się mu niepowtarzalne zdolności kamuflażu, pozwalające schować się wszędzie tam, gdzie powinno być coś, czego tam nie ma. Z wiadomych przyczyn największe światowe agencje szpiegowskie próbowały zwerbować go jako swojego agenta, ale jak dotąd żadnej z nich nie udało się z nim skontaktować.

Koniec

Komentarze

Ale czad. 6.

Mastiff

W tekście jest nieco powtórzeń, które można wyeliminować. 
Samo opowiadanie jest niezłe: sprawnie napisane, treściwe, z przesłaniem... Ale mimo to mnie nie porwało
Daję mocne 4.

"na którym, jak się okazało, wszyscy ubrani są tam w trochę inne zabawne stroje" - bez "tam" - żeby nie było, że się nie czepiam.
Tekst rzeczywiście napisany jest całkiem sprawnie, a główny bohater przypadł mi do gustu. W niektórych momentach pierwszej części tekstu nawet się uśmiechnąłem, a to zdecydowany plus. Jednak kompletnie nie przekonuje mnie motyw czekoladek. Rozumiem ideę pokusy i kary - to ma sens. Nie rozumiem tylko jakim prawem obiektem tej pokusy stały się czekoladki. Główny bohater kupił czekoladki i jest zjadł - to nie jest kwestia kuszenia i opierania się pokusie - czekoladki po prostu do tego służą. To trochę tak, jakby w magicznym sklepie Killian nabył długopis, zaczął nim pisać, a potem dowiedział się, że powinien był oprzeć się pokusie pisania tymże długopisem. Absolutnie bez sensu.
Opowiadanie naprawdę mi się podobało (pomijając już to, że w pewnym momencie z miłego, zabawnego tekstu, przemieniło się w moralizatorską prozę z przewidywalnym zakończeniem), ale kiedy sprzedawca zaczął mówić o opieraniu się pokusie, doznałem zjawiska, powszechnie znanego w popkulturze pod nazwą "facepalm"

Rzuciło mi się w oczy coś, czego nie mogę przeboleć: i/lub oraz Te proste rozumowanie. Myślę, że w pierwszym przypadku powinno stać jednak samo lub, a w drugim konieczne wręcz jest TO. Błąd niewielki, ale zwrócił moją uwagę.
Uważam, że tekst jest dobrze napisany. Końcówka zaskoczyła i lekko wstrząsnęła. Trochę zgadzam się z vyzartem - motyw z pokusą ciut niedopracowany. Jednak pomysł bardzo mi się podobał.

Killian ostrożnie odpiął jedną z karteczek i obrócił. Po drugiej stronie widniał krótki tekst.
Przed użyciem czekoladek skonsultować się z kimś, kto wie, jak z nich korzystać.
Więcej informacji mogą udzielić sprzedawca lub ktoś inny.

Bardzo dobrą praktyką jest wyraźne zaznaczanie, iż mamy do czynienia z cytatem. Na przykład przez postawienie dwukropka po "tekst".

Z technicznych spraw:

"- Domyślam się, że nie trafia do pana zbyt wielu klientów - Killian rozejrzał się po sklepie." - Po "klientów" kropka.

 

"...na drugiej, niebieskiej -„Rozum" - brak spacji przez "Rozum".

 

"Po drugiej stronie widniał krótki tekst.
Przed użyciem czekoladek skonsultować się z kimś, kto wie, jak z nich korzystać.
Więcej informacji mogą udzielić sprzedawca lub ktoś inny."

Czegoś mi tu brakuje. Albo dwukropka po "tekst", albo ujęcia samego tekstu w cudzysłów.

 

Poza tym zgadzam się z przedmówcami: opowiadanko napisane sprawnie i ciekawie, zakończenie deczko niespodziewane, ale to jednak mało. Najpierw dźgnęło mnie to, że bohater od razu zaczął odczuwać efekty czekoladek. Subiektywna kwestia, ale jakoś bardziej by mi pasowało, gdyby np. poszedł spać i dopiero rano poczuł odmianę, a nie tak z marszu, ale zapewne się czepiam.

Druga kwestia, wspomniana już nieszczęsna pokusa. Myślę, że łatwo byłoby zgrzyt naprawić, gdyby sprzedawca przykazał bohaterowi, że ma nie jeść, bo to "produkt kolekcjonerski", że nie pożałuje, niech trzyma na półce. A bohater i tak, zerknąwszy na czekoladki, uznałby, że to przecież tylko żarcie, o co chodzi, gość wariata z niego zrobił - i by zjadł.

Tym bardziej, że na karteczce jest napisane, że należy skontaktować się z kimś kto wie, jak czekoladek używać, a sprzedawca nie udzielił żadnej instrukcji, mimo że powinien.

 

Dałabym 4/6.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

O, Adam mnie ubiegł. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Niezły pomysł, ale niedopracowany.  Za bardzo brzmi to edukacyjnie ( zwłaszcza końcówka), jak na mój hust, a za mało w tym tajemnicy i napięcia.  Nie wszystkie wąyki  historii zostały wyjaśnione.  Nieżle się czyta.
Pozdowienia.
4/6  

Jak dla mnie bardzo sprawnie napisane - po tym, jak parę razy uśmiechnąłem się przy pierwszych akapitach troszkę zaskoczeniem był poważny wydźwięk końcówki. Co do przedmówców - rzeczywiście, troszkę dziwny motyw "opierania się pokusie", też bym zeżarł kupione czekoladki, ale... Chyba ta karteczka propo konsultacji miała pełnić rolę drugiej możliwości. Mógł najpierw wrócić do sklepu i zapytać się, o co chodzi.
A co mi tam: 5/6 

Też czuję mocny niedosyt. Tak, jakby tekst został za szybko skończony, a można by z niego wycisnąć naprawdę dużo więcej. No i te powtórki...

www.herbatkauheleny.pl

I czemu to językowo kuleje?! No?! Jak mam wstawić sześć, jak tak kuleje, przecież mi ręka uschnie!

Fajne pomieszanie, na początku trochę Kinga, na końcu trochę Pratchetta a w środku trochę jeszczze czego innego. A poza tym historia bardzo dobra. I sensowna.
Kupiłabym zbiór twoich opowiadań, o ile zatrudnisz kogoś do językowego wsparcia wersji przedfinalnej.

Nowa Fantastyka