- Opowiadanie: Świętomir - Dożdanka

Dożdanka

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Dożdanka

Najpierw czuła delikatne, wilgotne muśnięcie pocałunku na karku. Dopiero potem obejmował ją całą, niczym powiew nadmorskiej bryzy. Kładł dłonie na jej płaskim brzuchu, gładząc go i masując delikatnie. Wzdychała, kiedy przesuwał dłonie na piersi, wciąż jędrne, mimo upływu tylu lat nadal przedstawiające zachwycającą pełnię swych wdzięków.

Gdy kolejne pocałunki okrywały jej szyję, ledwie powstrzymywała się, by nie sięgnąć ręką za plecy, by nie pogłaskać jego gładko ogolonego policzka. Zawsze miała ochotę to uczynić, ale wiedziała, że jeśli się nie powstrzyma, znajdzie za sobą tylko powietrze. A tego uczucia nienawidziła z całego serca. Miała wtedy wrażenie, że cała ich wielka miłość jest niczym więcej, jak złudzeniem, że nie ma na całym świecie silnych, męskich ramion, które mogłyby ją objąć, ochronić przed niebezpieczeństwem, że to nie prawdziwy mąż, a wiatr tylko odwiedza ją co wieczór na tym wzgórzu. Lubiła wyobrażać sobie, że jej długie jasne włosy muskają te drogie policzki i że choć w ten sposób może odwzajemnić pieszczotę.

On jednak musiał być prawdziwym mężem, bo zawsze potrafił bezbłędnie odegnać jej tęsknoty. Wkrótce czuła, jak dotyka każdego skrawka jej ciała wilgocią spragnionych warg lub stanowczością twardych dłoni wojownika, każdego najdrobniejszego skrawka jednocześnie. Obok wszystkich wad, jej boski kochanek miał tę zaletę, że potrafił zadbać o wybrankę tak, jakby miał nie jedne, ale tysiąc ust, nie dwie, ale dwa tysiące dłoni. Smutne westchnienie dobywające się z jej piersi ustępowało wkrótce miejsca cichemu pomrukowi zadowolenia.

Mimo iż przychodził do niej zawsze dokładnie w ten sam sposób, nieodmiennie zaskakiwał ją moment, w którym wszędobylska przyjemność brała górę i powodowała, że nogi nie chciały już dłużej utrzymywać jej w pionie. Na początku bała się tego, lecz opiekuńczy kochanek nigdy jej nie zawiódł. Jego silne ramiona podtrzymywały ją i pozwalały z lekkością piórka opaść na rozgrzaną wieczornym słońcem wiecznie zieloną trawę.

Potem delikatne łaskotanie na podeszwach stóp sprawiało, że ona, dojrzała i doświadczona niewiasta, chichotała jak podlotek. Były wieczory, kiedy ze wszystkich innych właśnie ten moment zachwycał ją najbardziej. Natychmiast potem czułe wargi wyprawiały się w leniwą wędrówkę bez celu po jej piersiach, czasem zapuszczając się na ramiona, szyję i twarz.

Powiedzieć o tych chwilach, że jej serce łomotało głucho byłoby wielkim niedopowiedzeniem. To określenie pasowało dobrze do czasu, kiedy po kąpieli w pobliskim strumieniu, w napięciu wspinała się na wzgórze spotkań. Kołatało, jak oszalałe pod pierwszym, najlżejszym jego dotykiem. Kiedy leżała, czując przesuwające się z wolna wzdłuż jej lekko rozrzuconych kształtnych nóg delikatne muśnięcia wiatru i poruszanej nim trawy, serce miotało się w jej piersi, niczym oszalałe zwierzątko, pragnące wydobyć się z klatki na swobodę zielonych łąk i leśnych ostępów. Dyszała ciężko, smakując jego oddech.

Oczekiwała w napięciu na kolejną taką chwilę, która w nieodgadniony sposób i tak zawsze ją zaskakiwała. Choć jej ciało było daleko więcej niż gotowe, ona stale czuła się nieprzygotowana i zdumiona, że to już. Czas, kiedy nagle z całą oszałamiającą mocą mogła poczuć go nie tylko na sobie, ale i w sobie, nadchodził dla niej zbyt prędko, gdyż oznaczał zbliżający się nieuchronnie koniec spotkania, które dla niej mogłoby trwać nieprzerwanie w poprzedniej leniwości aż do skończenia świata.

Niekiedy miała do siebie pretensje o to, że całkowicie traci panowanie nad sobą w tych czarownych momentach. Z głośnym okrzykiem wyciągała wtedy ramiona w rozpaczliwej próbie objęcia go i zatrzymania przy sobie na zawsze. Ale zaraz potem odnajdował jej szczyt i to, że nie mogła dopiąć swego, na mgnienie oka traciło jakiekolwiek znaczenie.

Długo potem Żdanna potrafiła jeszcze spoczywać w trawie spocona i zdyszana, podziwiana w swej nagości przez ostatnie promienie zazdrosnego Słońca. Ale żaden nigdy nie ośmielił się dotknąć jej tak, jak robił to on. Strzybóg. Wiatr gładził delikatnie rozpalone ciało i bawił się jej puszystymi kosmykami, szepcząc do jej uszu czułe zapewnienia wiecznej miłości i rychłego powrotu. Czasem marzyła, że zawróci przed odejściem i weźmie ją raz jeszcze, albo może położy się przy niej, na chwilę choć przerywając swą wieczną wędrówkę. Ale to, odkąd pamiętała, nie zdarzyło się ani razu.

Niekiedy zasypiała tam, na wzgórzu, lecz częściej już wówczas zaczynała tęsknić zbyt mocno, by móc zmrużyć oczy. Brała wtedy kolejną kąpiel i stroiła się w wieniec i bransolety plecione z kwiatów, i wplatała we włosy wonne zioła. Innego odzienia nie używała, bo i po co, skoro na jej wzgórzu panowała wieczna wiosna, a gdyby nawet przypadkiem jakiś śmiertelnik zawędrował na to uroczysko, i tak nie zobaczyłby jej, o ile by sobie tego nie zażyczyła. Była przecież córką Jarowita. Choć nie tak potężna, jak starsi bogowie, należała do grona Nieśmiertelnych.

Jej matką była Jessa. Żdanna lubiła ją wspominać w długie samotne noce. Choć, gdziekolwiek postąpiła, roztaczała wokół siebie wiosnę, sercem zawsze bliższa była jesieni. Zastanawiała się, czy matka tęskni za ojcem tak jak ona za swoim kochankiem. Jeżeli tak, to tęsknota Jessy musiała być stokroć gorsza, bo Żdanna spotykała Strzyboga co wieczór, a ona, odkąd z wyroku Peruna rozstali się raz na zawsze, nieustannie ścigała Jarowita po świecie, jednocześnie przed nim uciekając.

Myśląc o tym, boginka mimowolnie czuła się odrobinę mniej nieszczęśliwa. Chociaż tak jak matka nie mogła wziąć swej miłości w serdeczne objęcia, mogła przynajmniej cieszyć się obecnością Strzyboga i jego pieszczotą. Mogła niekiedy z nim porozmawiać. Żaliła mu się niejednokrotnie na swe strapienia, lecz on odpowiadał tylko smętnie, że nie może nic poradzić na to, jakim go Weles uczynił u zarania dziejów, zresztą właściwie przez przypadek.

Znała tę historię. Było to wówczas, gdy świat był młody, a żadne z jej rodziców nie chodziło jeszcze po nim; gdy Świętowit stworzył Mokosz i dał ją Perunowi za żonę. Kiedy Gromowładca złączył się z Matką Ziemią, by ją zapłodnić życiem, jego żelazna błyskawica w starciu z żyzną glebą zrodziła dwie bliźniacze iskry: Swarę i Swaroga, pierwsze boskie dzieci. Bardziej jeszcze niż o samą małżonkę, Weles zazdrosny był właśnie o te dzieci i zapragnął zdmuchnąć je, nim urosną i spotężnieją. Z jego zawistnego tchnienia zrodził się Strzybóg, bezcielesny, bezpostaciowy, Wieczny Wędrowiec.

Nazywano go też Księciem Kochanków. Żdanna doskonale rozumiała, dlaczego. Nie wyobrażała sobie, by miłosne uniesienia mogły być jeszcze piękniejsze, chociaż nigdy nie kłopotała się sprawdzaniem tego. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że Strzybóg nie podziela jej oddania. Miał przecież niebiańską małżonkę, Pogodę, a pewnie i nie tylko ją. Ale przez wieki Żdanna nauczyła się o tym nie pamiętać. Nigdy nie miała i nigdy nie chciała innego męża, nawet takiego, którego mogłaby złapać i przytulić na zawsze do swego jesiennego serca.

Przed wiekami, gdy była jeszcze młodziutką boginką, ufała naiwnie, że otrzyma chociaż córki, które będzie mogła nosić w ramionach, karmić i stroić w polne kwiaty. Albo chociaż synów, którymi będzie się cieszyć przez marne siedem lat, zanim ich Strzybóg postrzyże i zabierze ze sobą na wieczną tułaczkę. Ze łzami w oczach wspominała chwilę, gdy po raz pierwszy jej łono zaczęło rosnąć wypełnione boskim nasieniem. I rozczarowanie towarzyszące bezksiężycowej nocy, kiedy lekko i prawie bezboleśnie porodziła tylko ledwie widocznego ducha, który nie po siedmiu latach, ale natychmiast odleciał w ślad za ojcem.

Pytała go kiedyś, czy nie mógłby raz dać jej prawdziwej córki z krwi i kości, ale oczywiście nie miał na to wpływu. Chciała też pytać Peruna, czy nie ma sposobu na spełnienie jej pragnień, ale jej wybranek nigdy jej na to nie pozwolił. Wyjaśniał z rozbawieniem, że Pierwszy Rogacz Wszego Świata, jak go czasem ledwie słyszalnym szeptem nazywał, nienawidzi niewierności odkąd sam jako pierwszy został zdradzony przez Mokosz. Przegnał ją wtedy od siebie i wziął za żonę swą córkę, gniewną Perperunę, która choć zmienna w nastrojach i kłótliwa, jak jej małżonek, ostatecznie była mu we wszystkim posłuszna. Zresztą – dodawał Wieczny Wędrowiec – Perun i tak nie ma pojęcia o tajemnicach tego świata. O takie rzeczy trzeba pytać Welesa.

Ten, którego Żdanna lubiła w myślach nazywać „świekrem", odwiedził ją kiedyś na wzgórzu. W złotych oczach sędziwego boga, starszego niż niebo i ziemia dostrzegła – po raz pierwszy w życiu – odrobinę zrozumienia. Bo choć młodzieńcze uczucia dawno już w nim wystygły, to nie ma takiej rzeczy, poza jedną, nienazwaną, której by Weles nie potrafił pojąć. Przyglądał jej się uważnie przez dłuższą chwilę wszystkimi swymi trzema twarzami. Gdy pierwsza z nich pokiwała lekko, Żdanna dostrzegła w jej oczach uznanie dla smaku pierworodnego syna. W źrenicach drugiej – tak jej się zdawało – błysnął nawet ślad pożądania, trzecia natomiast spuściła powieki, starając się wydobyć z mroku dawno zapomnianą tajemnicę.

– Jest sposób na spełnienie twych pragnień, córko – powiedziała wreszcie. – Ale jak wszystko na tym świecie ma on swoją cenę.

– Powiedz mi – poprosiła Żdanna – choć wiem, że zgodzę się na wszystko, co będzie w mojej mocy.

– Musisz jedynie przekonać Strzyboga, gdyż tak wielkiego dzieła nie mogę dokazać wbrew niemu. Ale gdy się to stanie, wyjdzie na jaw twoje istnienie, które on skrzętnie ukrywa. A wtedy gniew Pogody i Peruna, jej ojca, będzie cię ścigać po wsze czasy. Jeśli Strzybóg się zgodzi, musisz już tylko cierpliwie czekać.

Na te słowa upadła do jego stóp i z wdzięcznością ucałowała koniec każdej z trzech jego długich, złotych bród, obiecując, że niebawem przekona swego wybranka.

Długo namawiała go, prośbą i groźbą, lecz nie chciał się zgodzić. Tłumaczył, że zostaną odkryci i że będzie to koniec szczęśliwych dni, ale Żdanna nie słuchała. Wreszcie, któregoś wiosennego dnia z liści i traw utkała sobie zieloną tunikę pachnącą ziołami i kwieciem piękniej niż jakikolwiek jej dotychczasowy strój. A gdy nastał zmierzch, stanęła jak zawsze w oczekiwaniu na szczycie wzgórza. Na pierwsze muśnięcie wilgotnego wiatru na karku odsunęła się jednak, oświadczając stanowczo, że odtąd nie odda mu się aż do dnia, w którym będzie gotów dać jej prawdziwe dziecko z krwi i kości. Rozzłoszczony Strzybóg zadął srogim wichrem, rozdzierając delikatną materię jej odzienia i wyrywając wszystkie kwiaty wplecione w jej długie, jasne włosy. Nie ustąpiła jednak, więc odszedł wzburzony.

Żdanna bała się, że już nie wróci, lecz następnego dnia uszyła sobie nową suknię i jeszcze piękniejsze wonie przywdziała na siebie. A on przybył wieczorem, przynosząc nieznane jej dotąd zapachy z dalekich stron i kusząc słodkimi słowy, by porzuciła powzięte postanowienie. Gdy jednak mu odmówiła, rozzłościł się znów i, podarłszy jej strój, odszedł. Cierpliwie zrobiła sobie trzecią, jeszcze wspanialszą i jeszcze mocniejszą suknię, i przyodziana w nią czekała. Trzy dni i trzy noce Strzybóg nie powracał.

Gdy zaczęła już wątpić, czwartego wieczora, przyszedł jednak. Doznała zupełnie nieznanego jej dotąd uczucia mściwej satysfakcji, że jednak i jemu zależy na niej i umocniła się w postanowieniu. Długo ją namawiał i groził, lecz nie mógł rozerwać trzeciej sukni. Nad ranem zrezygnowany zgodził się wreszcie dać jej, czego pragnęła. Odchodząc, powtórzył słowa Welesa: „Musisz już tylko cierpliwie czekać".

Więc Żdanna czekała.

Co wieczór stawała w swej sukni na szczycie wzgórza, lecz nawet najlżejszy podmuch nie poruszał teraz powietrza wokół niej. Powiadają, że na trzy księżyce wiatry ucichły na całym świecie, pozwalając chmurom zalewać powodziami jedne obszary ziemi, inne zaś dając Słońcu prażyć niezmordowanie, aż się stały suche jak wiór. Niektóre wyschły ponoć tak bardzo, że po dziś dzień nie rośnie tam nic, jeno piasek i skały. Strzybóg bowiem natenczas porzucił swe obowiązki. Dzięki potężnym czarom swego rodziciela zatrzymał się w jego wyrajskim pałacu. Tam poddał się zaklęciom, które miały na jedną noc odmienić jego naturę Wiecznego Wędrowca.

Wreszcie w noc letniego przesilenia Strzybóg przyszedł do Żdanny tak stęskniony, że i trzecią jej suknię podarł w strzępy jednym dmuchnięciem. Gdy wicher okrutny rozwiał jej włosy i obnażył znów przez kochankiem, Żdanna była tak szczęśliwa jak nigdy przedtem czy potem. A nie była to noc czułych pieszczot i słodkich szeptów. Spragniony bóg porwał swą wybrankę do góry. Pisnęła, czując się znów, jak mała boginka, gdy rzucił ją na miękkie trawy, nigdy nie deptane stopą śmiertelnika, i napełnił sobą z zapamiętaniem, jakiego nigdy wcześniej nie okazał. Rozkosz mieszała się z bólem tej świętej nocy i nie spoczęli ani chwili aż do świtu.

Dopiero o pierwszym brzasku Strzybóg odszedł, pozostawiając wybrankę wyczerpaną, lecz szczęśliwą, jak nigdy. Przez kolejne trzy księżyce spała kamiennym snem, jakiego nie znała dotąd, aż wreszcie o pełni zbudził ją głód. Była rzeczywiście ciężarna. Jeszcze przez sześć miesięcy Strzybóg odwiedzał ją co wieczór i wszystko było jak dawniej z tą różnicą, że stał się teraz melancholijny, jeszcze delikatniejszy i czulszy niż przedtem, a nie odzywał się prawie w ogóle.

Liście i zioła, z których Żdanna szyła swoje trzy suknie rozleciały się po świecie i zdarza się czasem, że trafiają do rąk śmiertelnych. Najmędrsi z nich wiedzą, jak z roślin owych przyrządzić miłosne wywary lub zaklęcia dające im przymioty wiernej i cierpliwej boginki. Niektórzy wplatają je we włosy lub ubrania, wierząc, że dadzą im one szczęście w miłości. Żdanna zaś uplotła sobie nowe odzienie, przeczuwając, że wkrótce jej życie odmieni się na zawsze. Plotła też sukienki dla swej córki, choć nie była wcale pewna, czy Weles nie obdarzył jej synem. Matczyne serce czuło jednak. Zwało dziecię Dożdanką, to znaczy Wyczekaną, wiedząc jednak, że inni przezwą ją raczej Strzybogną od imienia ojca, jak to było w zwyczaju.

Wreszcie przyszła równonoc wiosenna a z nią czas rozwiązania. Przybyli do niej Strzybóg i Weles, by odebrać poród. Przez całą noc Żdanna w nieznanych dotąd mękach rodziła swą Strzybognę-Dożdankę. Poród niezmiernie ją wyczerpał, lecz nie było czasu na zwłokę. Pokrzepiwszy się ledwie czarodziejskimi naparami swego „świekra", musiała natychmiast opuścić dawną siedzibę z wątłą dzieciną przy piersi.

Pogoda bowiem nie spała. Od przedłużającej się nieobecności małżonka zaczęła coś podejrzewać, a teraz nareszcie zorientowała się, co się święci. Strasznym zapałała gniewem i choć Strzybóg posłał zastęp swych synów, by jej przeszkodzić, ona ścigała Żdannę chmurami, zimnem i gradem wszędzie dokąd ta się udała. Bardzo dziwny to był czas, kiedy pogoda najdziksze harce wyprawiała na ziemi. Jednego dnia śnieg potrafił zasypać domostwa aż po okiennice i stopnieć w palącym słońcu. A trwało to około roku, zanim się małżonkowie jako tako pogodzili.

Odtąd Żdanna błąkać się musiała i ukrywać wśród ludzi. Ukochany Strzybóg z rzadka tylko ją odwiedzał, gdy nie zagrażało mu wytropienie przez zazdrosną żonę. A ilekroć ta odnalazła boginkę, Żdanna musiała uchodzić znów przed jej gniewem. Wielu ludzi znienawidziło ją za to, że sprowadzała na nich złą pogodę. Jeszcze liczniejsi wszakże czcili ją i szanowali za jej wytrwałość i cierpliwość, prześcigając się w prośbach, by zechciała pobłogosławić im, zatrzymując się pod ich dachem.

Strzybogna rosła zdrowo, a tylu miała przybranych ojców, ilu mężów żyło w okolicy, bo każdy chciał zobaczyć cudowne dziecko i zyskać przychylność matki. Zmieniło się to z czasem, gdy podrosła, a ojców zastąpili zalotnicy. Niestety, choć była niezwykle długowieczna, wieszcze przepowiadali jej los śmiertelników. W godzinie niespodziewanej dosięgnie ją gniew Pogody i Dożdanka umrze, chociaż nie zazna nigdy chorób ani starości.

Nie chciała żyć jak matka, w wiecznej tułaczce. Wielu książąt i mężnych wodzów poślubiła w swym długim życiu, wszystkich darząc wiernym uczuciem i silnymi, zdrowymi potomkami. Każdego wiernie odprowadzała do grobu, lecz potem odchodziła w inne strony. Mimo że i ją ścigała nienawiść Pogody, nigdy nie brakło wokół niej zalotników. Dzięki niej niejedna książęca dynastia mogła poszczycić się boskimi korzeniami.

Zaś Żdanna, krótkim pocieszywszy się macierzyństwem, wędrowała samotnie i wędruje po dziś dzień z miejsca na miejsce, opłakując swój nędzny los. A gdziekolwiek zawita, choćby i w środku grudnia, tam na krótko nastaje zaraz kwitnąca wiosna. Jednak ta jej moc ustąpić musi potężniejszej bogini, która ją ściga nieustępliwie po wszystkich krainach, wiosnę wokół niej przekształcając zaraz w mroźną zimę, dopóki Żdanna nie odejdzie z tego miejsca.

Wieszcze wiślańscy chełpią się zaś, że odnaleźli owo wzgórze u stóp Karpat, gdzie Żdanna mieszkała za dni młodości. Wieść gminna niesie, że ustawili tam kącinę na jej cześć, choć ona nie powraca tam nigdy, by nie ściągnąć na to ukochane miejsce prześladowań boskiej rywalki. Młode dziewczęta, żdankami się zwące, nim za mąż wyjść się zdecydują, niekiedy składają tam ofiary ze swej miłości przemierzającym okolicę podróżnikom na pamiątkę związku Czekającej i Wiecznego Wędrowca.

Koniec

Komentarze

Piękne. Miałem iść już spać, ale szczęśliie dostrzegłem w samych pierwszych zdaniach Twojego opowiadania coś intrygującego. Zapytam z ciekawości. To na podstawie prawdziwego mitu? Bo jest tak świetnie i klimatycznie napisane, że brzmi jak prawdziwa, ludowa baśń. Cudowne, poetyckie wręcz dzieło. Jestem pod wielkim wrażeniem.

Bardzo ładny język - tak ładny, że aż przeczytałem do końca:) Niestety samo opowiadanie do mnie nie trafia i przyznam, że czułem się raczej znudzony (dziękuję za to pierszym czterem akapitom). Za dużo egzaltacji jest już na samym początku. Gdybym był 16 -letnią dziewczynką to ok, ale przykro mi nie jestem. Z drugiej strony gratuluję, bo pod koniec pomyślalem sobie: "prawie jak Parandowski". Kupuję to jako mit, ale nie jako opowiadanie fantastyczne. Za kwiecistość języka mógłbym postawić najwyższą notę, jednak że sama fabuła za bardzo mnie nie porwała, dostajesz pięć na szynach:P

Chyba na poważnie wziąłeś sobie moje słowa o rozwoju, Świętomirze, bo powyższy tekst jest z całą pewnością najlepszym w Twoim dotychczasowym dorobku, gratuluję! Od początku do końca czyta się to świetnie, płynnie i z nieskrywaną przyjemnością. Historia sama w sobie jest ciekawa, a sposób w jaki ją przedstawiłeś jest iście bajkowy. Za tę piękną baśń dałbym Ci 6, ale wciąż nie mogę wystawiać ocen ;/

Jeśli miałbym się na siłę do czegoś przyczepić, to do tego kawałka "stanowczością muskularnych dłoni wojownika". Wiem o co chodzi i niby jest ok, ale trudno mi sobie wyobrazić muskularne dłonie. Jeśli chodziłoby o ramiona, to jak najbardziej, ale dłonie mogą być raczje twarde, sękate, mocne, zniszczone itd. To tylko jednak moja czepliwość.

Raz jeszcze szczerze gratuluję naprawdę świetnego tekstu i pozdrawiam serdecznie :)

Świetny język i styl. Podziwiam i aż zazdroszczę. Co tu więcej dodać skoro poprzednicy powiedzieli już wszystko? Pozdrawiam i oby tak dalej.

Bardzo dziękuję wszystkim za uwagę i dobre słowa. :) Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, aż takich zachwytów. Historię zmyśliłem od początku do końca, wzroując się tylko na rozmaitych mitologiach (przykładowo Dożdanka w pewnym sensie przypomina Heraklesa ze względu na pochodzenie i ścigającą ją zawiść bogini). Imiona wymienionych bogów (prócz Żdanny, którą zmyśliłem od początku do końca) pochodzą ze źródeł historycznych, acz z ich wiarygodnością jest różnie. W miarę pewnymi postaciami mitologicznymi są Świętowit, Perun i Weles; w trochę mniejszym stopniu Strzybóg; resztę znamy tylko z imion i to często podejrzewanych przez różnych historyków, że zostały zwyczajnie wyssane z palca przez kronikarzy. Czy ta odpowiedź Cię, Mamucie, zadowala? ;)

Vako - być może  rzeczywiście przesadziłem z tą egzaltacją. Dziękuję za cenną uwagę. Postaram się o tym pamiętać na przyszłość.

Clod, odrobina czepliwości zawsze jest pożądana. Zdaje się, że masz rację co do tych dłoni, spróbuję to zaraz poprawić.

Raz jeszcze wszystkim dziękuję. Przydałyby się jeszcze jakieś panie. Zwłaszcza na ich uwagi krytyczne bardzo liczyłem, skoro główna bohaterka jest, jak by nie było, niewiastą właśnie. ;)

Jako przedstawicielka płci uważanej za piękną muszę przyznać, że początek mnie po prostu uwiódł. Bardzo, bardzo ładne. Egzaltacja mi nie przeszkadza. Egzaltacja jest irytująca tylko w wydaniu naiwnych idiotek.
„Prezentujące", a zwłaszcza „doświadczalnym badaniem tego zagadnienia" brzmi trochę zbyt nowocześnie. Przynajmniej mnie raziło.

Smutna kobieta z ogórkiem.

Niezmiernie się cieszę, dzięki. Też miałem wątpliwości co do "doświadczalnego badania", chociaż z drugiej strony uwielbiam ten zwrot i może dlatego postanowiłem go tu nadużyć. Wyrzucam. ;)

Skoro zmyślone od początku do końca, to jestem pod jeszcze większym wrażeniem niż wcześniej, gdyż jest to w tym wypadku naprawdę świetna, wprot mistrzowska, stylizacja. Odpowiedź jak najbardziej zadowalająca, a i owszem ;).

Świętomir - mógłbyś napisać mitologię Słowian od nowa, zmyślając ile się da, a i tak by się przyjęła jako jedyna prawdziwa i obowiązująca :-). Dopóki nie przeczytałem twoich wyjaśnień, byłem pewny, że wszystko wziąłeś z książek, tylko ująłeś to literacko.
'Podobało mi się' to zbyt słabe określenie.
Ode mnie 6.

Dla mnie jednak zbyt wystlizowane, zbyt kwieciste, nie powiem: grafomanskie, ale niemal... Skladanie slow dla samego skladania nigdy mi nie imponowalo, niestety. Ale pomysl, historia i konsekwencja jezykowa - oryginalne. Tyle, ze nie w moim guscie.

Bardzo wysublimowany tekst. Również zgadzam się z przedmówcami. Pozdr.

Tomaszu - nie mógłbym. Sumienie naukowca ścigałoby mnie do grobowej deski. ;)

Toms, nie wiedziałem, że można przesadzić ze stylizacją... :p Cóż, każdemu wedle gustu. Tak czy owak, dzięki za poświęcony czas. Podobnie, jak i wszystkim innym. Cieszę się, że Wam się podobało. Kłaniam się nisko i polecam na przyszłość. :)

oj, mozna, mozna... Ty dotarles do granicy, ale Rubikonu nie przekroczyles, bo wtedy nie bylbym taki... stonowany w komentarzu. 

Pozdrawiam i czekam na nastepny tekst. 

No proszę. Język i stylizacja bardzo dobrze dopasowane do tematu i klimatu. Jednak mimo że mitologię i legendy lubię (nawet jeśli są zmyślone... zaraz, przecież wszystkie takie są ; P), to jakoś nie zapadnie mi w pamięć. Przeczytałam, owszem, z pewnym zainteresowaniem, ale to jednak nie to.

Technicznie:
"...na mgnienie oka traciło jakiekolwiek znaczenie." - Czy nie raczej "wszelkie" znaczenie? Ma większy impakt.

"Wiatr gładził delikatnie rozpalone ciało i bawił się jej puszystymi kosmykami, szepcząc do jej uszu czułe zapewnienia wiecznej miłości i rychłego powrotu" - Czepialstwo mną powoduje, ale myślę, że warto zlikwidować powtórzenie jej, np. poprzez "...bawił się puszystymi kosmykami włosów, szepcząc do jej uszu...". No bo wiadomo czyje te kosmyki, podobnie jak czyje ciało.

 

"Pisnęła, czując się znów, jak mała boginka..." - niepotrzebny przecinek po "znów".

 

I tyle. Życzę dlaszego owocnego zmyślania. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No, wreszcie trzeźwiejszy głos! :p Dziękuję bardzo za uwagę i uwagi. Wezmę do serca na przyszłość, bo tutaj czas poprawiania niestety już upłynął. :)

Mnie się w-miarę-podobało. Myślę jednak, że powinieneś w tym odrobinę poskubać. Być może to i subiektywne, ale styl wydaje mi się odrobinę archaiczny, czasami nazbyt pompatyczny . Odnoszę wrażenie, że używając określeń z gatunku swą, swego czy natenczas trzeba być bardzo ostrożnym, bo łatwo zachaczyć o niezamierzony komizm. Brzmiałyby takie słowa jedynie w ustach bohaterów. Narrator używa języka, co prawda, ładnego, ale w miarę współczesnego (i bardzo dobrze). Moim skromnym zdaniem - powinien pozostać konsekwentny. Acha, muszę dodać, że nie podobało mi się zakończenie; spodziewałem się, że jakoś się rozwinie, a tutaj ni stąd, ni zowąd - kilka zdań wyjaśnienia, jakby autor gdzieś sie śpieszył. Podobał mi się natomiast przemyślany pomysł i dbałość o szczegóły fabularne reszty tekstu. Kłaniam się.

Zakończenie jest takie, jakie jest, ponieważ jeszcze go nie znam. :) Założenie było właśnie takie, żeby nie zamykać historii. Skoro już stworzyłem dwie ciekawe bohaterki, nie ch się nadadzą do późniejszego wykorzytsania. Ale może masz rację,że warto mimo wszystko to zakończenie trochę rozbudować. Dzięki. :)

Chyba zbyt poważnie podchodzisz do pisania. I to widać w zdaniach - równych, niemalże encyklopedycznych, a równocześnie przesyconych emocjami i przymiotnikami (wycinaj je!). Jakbyś starał się udowodnić, że to, o czym piszesz, jest wielkie i święte. I raptem świętość staje się mocniejsza od przekazu dzieła, które stopniowo urasta w manierę Autora. Szkoda! Bo to znakomity tekst i z potencjałem. Z przyjemnością się to czyta, mimo przeładowania, o których wspomniałem. No i niebiańsko spotkać boga wiatrów i córkę boga wojny. Szacunek wzbudza Twoja merytoryczność w czerpaniu z mitologii. Nie ma ściemy, opierasz rzeczy na faktach. Gratuluję!

Cóż, tak, podchodzę do pisania poważnie, bo lubię to i zależy mi na tym, aby robić to dobrze, jak najlepiej. Czy zbyt poważnie - to już kwestia indywidualnej oceny. Być może masz trochę racji. Ale ten nieco pompatyczny styl wynika raczej ze stylizacji tekstu na mit. Mit, który oglądany przez pryzmat świata przedstawionego, traktuje rzeczywiście o rzeczach najświętszych. Jestem zdania, że narrator każdego tekstu, niezależnie od tego, jak bardzo się przed czytelnikiem odsłania, jest osobą i jego osobowość rzutuje na sposób przekazu. Narrator też jest dla mnie częścią świata przedstawionego, a skoro tak, to jego opowieść o bogach musi być odpowiednio uwznioślona. Pisuję też teksty o sferze profanum i zdaje mi się, że ich język jest znośniejszy pod tym względem. ;)

Muszę jeszcze sprostować sprawę Jarowita. W moim świecie nie jest to bóg wojny. Ta funkcja przypadła Swarożycowi. Zdecydowałem tak dlatego, że jego dziedzina (ogień) najbardziej jest do wojny i walki zbliżona, a także ze względu na "swarliwość" wyraźnie obecną w jego imieniu. Zdaję sobie sprawę, że również Jarowit uzyskał na Połabiu bardzo silne konotacje wojenne. Ale to samo można powiedzieć praktycznie o każdym pogańskim bogu czczonym w tym rejonie. Kiedy spalono Radogoszcz, Słowianie siłą rzeczy odwrócili się od upadłego Swarożyca ku innym bogom, którzy mieli ich ochronić przed agresją chrześcijan. W ten sposób praktycznie każdy czczony tam bóg zajmował się wojaczką. Specyfika regionu nieustannie ograniętego wojną, i to wojną najstraszniejszą - bo religijną. Przyjąłem, że w pierwotnym panteonie miejsce dla boga wojny jest tylko jedno. Skoro obsadziłem je Swarożycem, pozostali "wojowniczy" bogowie Połabia musieli pierwotnie zajmować się czymś innym. Jarowitowi dostała się wiosna. Jego imię wyraźnie kojarzy się z siłą, młodością i płodnością - stąd funkcja to dla niego idealna. Podobnie jak pozostali bogowie pór roku jest zresztą w mojej wizji postacią dosyć wyjątkową, ale o tym w jednym z następnych tekstów. ;)

Darujcie ten wykład, ale sumienie nie pozwala mi obojętnie przechodzić obok podobnych nieporozumień, czuję się w obowiązku wyjaśnić je. A w tym przypadku, wobec znawcy tematu - także wytłumaczyć się z arbitralnie podjętej decyzji.

Aha, dziękuję za wizytę i wyrazy uznania, oczywiście. Kłaniam się i polecam na przyszłość. Postaram się następnym razem nie przesadzać ze stylizacją. ;)

WOW.
Jak będziesz prowadził wykład w realu, przyjadę. Nawet na koniec świata. Za zgodę, czy bez niej - Jarowita. Nie mówiąc o Lelum Polelum.

Dziękuję. Prawdę mówiąc to już go wygłosiłem parę ładnych lat temu (choć akurat Jarowit jakoś umknął moim ówczesnym poszukiwaniom). Zapewniam Cię, że gdybyś przebył pół świata, by go wysłuchać, byłbyś raczej rozczarowany. Podczas publicznych wystąpień moja elokwencja, jeśli powala, to raczej niskim niż wysokim poziomem. ;) Jeśli Cię to ciekawi, treść tamtego wykładu zawiera się w tym artykule. Smacznego.

Pewnie się powtórzę, ale dawno, dawno nie czytała m czegoś, co by mnie tak bardzo wciągnęło. Co za tym idzie - bardzo mi się to podobało. Podziwiam twoją wiedzę odnośnie mitologii słowiańskiej, biorąc pod uwagę fakt, że tak mało jest źródeł, skąd można tę wiedzę czerpać. Miałam w sumie iść spać, ale bardzo się cieszę, że jednak tego nie zrobiłam;).
Subtelne i piękne opowiadanie (dokładnie takie, jak lubię, chociaż to się akurat tutaj nie liczy).
Tekst wciągnął mnie tak bardzo, że jeśli jakiekolwiek błędy się pojawiły, to po prostu ich nie zauważyłam;).
Pozdrawiam i czekam na więcej;)

Dopiero teraz przeczytałam komentarze pod tekstem - i twoje wyjaśnienia (odnośnie Żdanny). Ale mimo to i tak podziwiam;)

Cóż mogę na to rzec? Bardzo się cieszę, że Ci się podobało. Postaram się nie zawieść oczekiwań w przyszłości. :)

Rad jestem zwłaszcza z Twojego (i Virginii) uznania. Przyznam, że najbardziej obawiałem się reakcji wlaśnie żeńskiej częsci publiczności. Drżałem o wiarygodność głównej bohaterki; czy nie zostanie uznana za płaską, płytką lub po prostu niewiarygodną. Najbardziej cieszę się właśnie z tego, że powyższe obawy okazały się - jak dotąd przynajmniej - nieuzasadnione. ;)

Co do wiedzy - właśnie dzięki temu, że źródeł jest tak mało, byle co może za nią uchodzić, niestety. Smutna prawda jest taka, że cały panteon, który gdzieś tam na udzielnych karteluszkach sobie skonstruowałem, zaopatrzyłem w genealogię i historyjki (a praca ta daleka jest jeszcze od zakończenia), jest tak naprawdę moim wymysłem. "Prawdziwe" są imiona i zgrubsza zarysy postaci bogów. A i te bywają często sporne, hipotetyczne. Oczywiście w mojej pracy na badanie sedna spraw wątpliwych miejsca nie ma, dlatego (jak już wyżej zaznaczyłem) muszę często arbitralnie wybierać jedną z dostępnych hipotez, choć czasem naprawdę brak logicznych przesłanek, które mogłyby właściwy wybór umotywować (gdyby takie istniały, nie byłoby wszak wątpliwości i w nauce).

Dlatego cieszy mnie bardzo Wasze uznanie, ale sumienie na mnie krzyczy i każe pod co drugim zdaniem zastrzegać: to tylko wizja literacka. Z naukową wiedzą ma tyle tylko wspólnego, ile ma domostwo z gruntem, na którym je wzniesiono!

Kłaniam się nisko,
Świętomir. ;) 

Prawdę mówiąc nie wiem, co napisać. Rzadko się zdarza, bym tego typu historie czytał bez zżymania się, bo najczęściej i czegoś w nich za wiele, i czegoś brakuje --- a w tym jest wszystko na miejscu i w odpowiednich proporcjach. Takie jest moje odczucie. Pozostaje złożyć ukłon...
Aha --- zdumiało mnie jedno: delikatność, niemal subtelność tak zwanych scen, a jednocześnie sugestywność. Pomyśleć, że pisał to "facet"...

Kto wie, może jestem niewiastą w przebraniu? :p

Dziękuję bardzo za wizytę i dobre słowo. Odkłaniam się. 

Właśnie odkryłem, że mogę wlepiać ocenki, więc obiecana szóstka już leci pod to jakże ciekawe opowiadanko.
Pozdrawiam :)

Cudownie. Dzięki za pamięć. :)

Będę wredna, ale tu zaimek na zaimku zaimkiem pogania, a ja przedzieram się przez tekst jak przez ściernisko... To na pewno ten sam tekst, którym powyżej się wszyscy zachwycają?

www.herbatkauheleny.pl

Nie Suzuki, podmieniłem go wczoraj, specjalnie dla Ciebie. :p

Być może rzeczywiście przedobrzyłem z zaimkami. To poniekąd pewnie wina stylistyki, która w zaimkach się lubuje. Będę na przyszłość pamiętać, żeby bardziej uważać przy tego rodzaju tekstach. Ale jeżeli to Twój jedyny zarzut, to i tak jestem zadowolony. Dzięki za wizytę.

To nie jest jedyny zarzut, ale wobec tylu pochwał, ktorych oczywiście nie rozumiem, wymienianie wszystkich i tak nie ma sensu. Podsumowując: fabuła fabułą, mnie nie ruszyła, ale to kwestia gustu. Za to napisane jest koszmarnie. Do stylizacji trzeba mieć talent, a tutaj miałam non stop wrażenie sztuczności, przedobrzenia i kiczu. Do tego tekst nie płynie, co się czuje instynktownie, tylko jest pełen zadziorów wybijajacych z rytmu. Takei jest moje odczucie, przykro mi. 

Pewnie i tak dostaniesz piórko, głosem większości, ale od razu Ci powiem, że moim zdaniem ten tekst na piórko nie zasługuje. Widać, że się uczysz, że cały czas próbujesz i eksperymentujesz, ale jak dla mnie, to jeszcze nie jest w pełni udany tekst.  

www.herbatkauheleny.pl

Nie wiem, czy czytałeś tekst Ajwenhoła "Oswoić noc". Tematyka lekko podobna, delikatna stylizacja jest i w sumei Twoj tekst od razu mi się z tym tekstem skojarzył. Też jest pieknie i poetycko (i też nie w moim guście), a jednak tekst "sam się czyta", płynie gładko i rytmicznie. U Ciebie tego właśnie najbardziej brakuje.

Ale, jak już mówiłam, masz tu mnóstwo zachwytów i śmiało możesz się moim marudzeniem nie przejmować :) 

www.herbatkauheleny.pl

Wymienianie wszystkich zarzutów jak najbardziej ma sens. Zwłaszcza, że - jak słusznie zauważyłaś - wciąż uczę się. Spróbuję przyjrzeć się temu jeszcze raz dokładniej i może jeszcze coś niecoś poprawić. Wreszcie kubeł zimnej wody. Zastanawiałem się, kiedy wreszcie nadejdzie i nie powiem, jakoś spodziewałem się go właśnie po Tobie. Dziękuję bardzo za szczerą uwagę. ;)

Dzięki i za odniesienie - przeczytam wkrótce. Będę się przejmować. Od pochwał nie nauczę się lepiej pisać.

No tak, na wredną Suzuki zawsze można liczyć ;) 

www.herbatkauheleny.pl

Gratuluję piórka. Przy okazji korzystam z mośliwości oceniania:).

Smutna kobieta z ogórkiem.

Pop przeczytaniu najpierw tekstu a potem komentarzy jestem gdzieś tak pomiędzy, że tak powiem,  między zachwytem a nudą. Początkowe akapity mnie ujęły (świetne zdanie: Obok wszystkich wad, jej boski kochanek miał tę zaletę, że potrafił zadbać o wybrankę tak, jakby miał nie jedne, ale tysiąc ust, nie dwie, ale dwa tysiące dłoni), ale potem tekst zrobił się nużący. To bardzo subiektywne uczucie bo trudno mi wskazać konkretną jego wadę, która to spowodowała. Zaimki nie przeszkadzają, "natenczasy" też... podobnie jak Suzuki tekst skojarzył mi się z "Oswoić noc" Ajwenhoła (i trochę z "Wodami głębokimi jak niebo" Brzezińskiej) - tam było to wszystko niby tak samo, ale inaczej ;) Chyba kwestia jest w bohaterach - u Ajwenhoła człowiek wciąga się w ich losy jak w najlepszą powieść, u Ciebie - po prostu czyta ładnie napisany mit.

Chyba masz rację, Dreammy. Też dochodzę do wniosku, że jednak lepiej bym zrobił, dofabularyzowując ten tekst. Może kiedyś. Dzięki za odwiedziny. :)

Gratuluję piórka!

Kłaniam się.

Historia mnie nie wciągnęła. Nie wiem, może to wina tego, że gustuję w bardziej "dynamicznych" tekstach, ale szacunek za udaną stylizację. Gdybym miał sięgnąć do zbioru legend Twojego autorstwa, zrobiłbym to bez wahania. Jak już wspomniano wcześniej - pomyśl nad takim zbiorem. Nawet jeśli większość wątków miałaby być zmyślona, to Twój styl nada im wiarygodności :)

Dziękuję. Pomyślę o tym. :)

Witaj!

Ponieważ czas ani miejsce nie mają znaczenia dla Naviedzonego - oto komentarz z przyszłości. Zupełnie zasłużone pióro i zasłużona średnia z ocen, którą (nieznacznie, ale zawsze) zbliżyłem do "6". Zachwycająca stylistyka baśniowa. Klimat mitów i legend słowiańskich zachowany bardzo dobrze i wiernie oddaje atmosferę tej epoki - z pogranicza baśni i historii. Plus oryginalność. Świetne.

Pozdrawiam

Naviedzony

Bardzo się cieszę, dziękuję i kłaniam się. :)

Smutne westchnienie dobywające się z jej piersi ustępowało wkrótce miejsca cichemu pomrukowi zadowolenia. to określenie tutaj nie pasuje. Pomrukiwać z zadowolenia może kot. Kobieta wzdycha, ewentualnie pojękuje z rozkoszy, przyjemności… Etc.

 Natychmiast potem czułe wargi wyprawiały się w leniwą wędrówkę bez celu po jej piersiach, czasem zapuszczając się na ramiona, szyję i twarz. – tak natychmiast – natychmiast? Ten dobór słów burzy nastrój  niespiesznych pieszczot.

 Powiedzieć o tych chwilach, że jej serce łomotało głucho byłoby wielkim niedopowiedzeniem. – znowuż: niezgrabność, która bije po oczach. Samo w sobie określenie nie jest złe, ale mi tutaj nie pasuje. Opis jest subtelny, a tu nagle ŁUP! Łomocze głucho serducho.

 Kiedy leżała, czując przesuwające się z wolna wzdłuż jej lekko rozrzuconych kształtnych nóg delikatne muśnięcia wiatru i poruszanej nim trawy, serce miotało się w jej piersi, niczym oszalałe zwierzątko, pragnące wydobyć się z klatki na swobodę zielonych łąk i leśnych ostępów. – rozrzuciła nogi? Brzmi mało lirycznie. Natomiast reszta opisu – dobra. Zarówno muśnięcia wiatru, trawy, jak i serce jak małe zwierzątko. Porównanie nie nowe, ale udanie zastosowane.

 Dyszała ciężko, smakując jego oddech. - może „Oddychała”? To pomieszanie subtelnego opisu, ze znacznie mniej subtelnymi jego elementami – nie wygląda najlepiej.

Z głośnym okrzykiem wyciągała wtedy ramiona w rozpaczliwej próbie objęcia go i zatrzymania przy sobie na zawsze. – jak dla mnie: niepotrzebne. Zalatuje tanim dramatem. Wystarczyłyby wyciągnięte ramiona.

Jej matką była Jessa. Żdanna lubiła ją wspominać w długie samotne noce. Choć, gdziekolwiek postąpiła, roztaczała wokół siebie wiosnę, sercem zawsze bliższa była jesieni. –  kogo tyczy się drugie zdanie: Jessy czy Żdanny?

 Nigdy nie miała i nigdy nie chciała innego męża, nawet takiego, którego mogłaby złapać i przytulić na zawsze do swego jesiennego serca. – złapać?? Chyba królika;))) Może "dotknąć"??

 - Powiedz mi - poprosiła Żdanna - choć wiem, że zgodzę się na wszystko, co będzie w mojej mocy. – może lepiej byłoby: „gdyż”, lub w ogóle zostawić samo „wiem”.

Poza tym - doskonałe. Porwało mnie i na wdechu przeczytałam do końca. Nie czytałam komentarzy, ale widziałam oceny - uważam, że zasłużone.

Pozdrawiam

 ja 

Jeszcze jedna lekcja do odrobienia. Dużo pracy przede mną. Cieszę się, że mimo potknięćtekst przypadł fdo gustu. Polecam się na przyszłość. Dzięki. :)

"Jej matką była Jessa. Żdanna lubiła ją wspominać w długie samotne noce. Choć, gdziekolwiek postąpiła, roztaczała wokół siebie wiosnę, sercem zawsze bliższa była jesieni. –  kogo tyczy się drugie zdanie: Jessy czy Żdanny? "

No Żdanny - wszak to ona jest podmiotem zdania poprzedzającego. To generalnie był koszmarny akapit, nijak nie szło ułożyć go bez powtórzeń, zaimkozy czy sztucznego wymyślania określeń dla dwóch postaci, o których mówi się zdanie po zdaniu na przemian. Ale uparłem się, nie wiedzieć czemu, zachować tę konstrukcję i wyszło jak wyszło.

Można przenieść trzecie zdanie niżej i zacząć: Gdziekolwiek postąpiła Żdanna (...), choć sercem (...). 

Pzdr

ja 

Będzie powtórzenie imienia.

Nowa Fantastyka