- Opowiadanie: emilhoff - Z głębokości

Z głębokości

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Z głębokości

Z głębokości

 

– A na dziesiątym piętrze mieszka pani Jasełko. – Klaudia wskazała brodą najwyższą kondygnację budynku. Źle położony tynk odłaził płatami od bloków styropianu, ocieplających konstrukcję. Buda osłaniająca wyjście na dach, ledwo widoczna z ziemi, pomalowana została w czasie remontu na rdzawą czerwień. Okazało się, że kolor nie tylko wygląda fatalnie, ale też przeciąga ptaki, które w imponującym tempie zapaskudziły cały dach wielkiego bloku.

Obraz nędzy i rozpaczy dotyczył nie tylko dachu i dziesiątego piętra, lecz całego budynku – ogromnego mrówkowca, złożonego z trzech bloków mieszkalnych poukładanych obok siebie jak klocki w kształt przypominający podkowę. Promienie zachodzącego słońca załamywały się w potłuczonych szybach, jesienny wiatr wył w przeżartych przez korniki framugach okien i drzwi do klatek schodowych. Ptasie gówna były wszędzie, zaś ich dumni producenci – nieprzeliczone setki wróbli – obsiedli chmarami zwisające smętnie przewody telefoniczne, spękane gipsowe gzymsy i poobtłukiwane parapety.

– Pani Jasełko to stara wariatka – ciągnęła Klaudia. Siedzący przy niej na ławce chłopak powiódł wzrokiem po ziejących dziurach wytłuczonych okien, spoglądających na parę nastolatków z wysokości dziesiątego piętra niczym setka oczu wielkiego, martwego potwora. – Kiedyś była przodowniczką pracy. Magiel urwał jej rękę i stała się pasożytem społecznym. Renta, te rzeczy. Rzuciło jej się na banię i teraz zatruwa życie wszystkim tutaj. O ile to faktycznie jest jakieś życie.

– Urwało jej rękę? – zainteresował się chłopak.

– No. Nie ma prawego ramienia. Bracia opowiadali mi, że ona czasem łapie przechodzące obok dziewczyny za barki albo nadgarstki i trzyma je przez chwilę, jakby oceniała, czy kończyna jest dobra. Jakby się zastanawiała, czy pasowałaby do niej. – Klaudia spojrzała kątem oka na towarzysza, chcąc odgadnąć, czy zareagował prawidłowo. – Dygasz się, Karol?

– Sfiksowany moherowy beret z kikutem to nie dosyć, by przestraszyć kolesia, znającego na pamięć każdą scenę oryginalnej „Teksańskiej masakry" – odparł chłopak z udanym politowaniem w głosie. – Ale historia ma potencjał. Czemu nigdy nie widziałem tej babki?

– Rzadko wychodzi – wyjaśniła dziewczyna. – Tylko ona mieszka jeszcze na dziesiątym piętrze. Odkąd popsuła się winda trudno jej tam wracać, jak już wypełznie z tego swojego barłogu. Ale jak trochę tu pomieszkasz, to ją w końcu spotkasz.

Karol skinął głową ze zrozumieniem. Jeszcze raz spojrzał na ponury rząd ziejących czernią otworów – widmowych okien, które w początkach panowania Gierka osłaniały szybami pełne życia pokoje i ich lokatorów – jeśli nie szczęśliwych, to przynajmniej mających nadzieję na przyszłe szczęście w rozwijającej się ludowej ojczyźnie. Teraz widok postrzępionych odłamków szkła wystających ze zbutwiałych framug przywiódł chłopakowi na myśl szczerzące się kły i przyprawił go o gęsią skórkę.

– No dobra, Kleo, dosyć już strasznych historii na dzisiaj. Jutro obrzydzisz mi to miejsce do reszty, a teraz idę do wyra. – Ławeczka zaskrzypiała, gdy Karol podniósł się i otrzepał spodnie. – Pokaż mi któregoś razu tę starą wariatkę, dobra?

– Rozpoznasz ją, gdy zobaczysz, uwierz mi. I pewnie poczujesz, bo strasznie od niej wali. – Klaudia dopiła wodę i cisnęła butelkę w stronę stojącego opodal plastikowego kosza na śmieci. Nieostrożnie położyła rękę na drewnianym oparciu ławki i jęknęła z obrzydzeniem.

– No nie wierzę! – Krzywiąc się, wytarła rękę o skrawek gazety, leżącej jej pod nogami. – Te ptaki srają już wszędzie!

– Zawsze macie tu tyle wróbli? – zaciekawił się Karol.

– Są tutaj, odkąd pamiętam. To jedna z cech wyróżniających nasze osiedle. Przyzwyczaisz się.

W tych dniach jednak ulec miało zmianom wiele cech osiedla imienia Jana Dantyszka, które Klaudia w myślach nazywała domem i które znała od podszewki, od każdej klatki schodowej, każdej okolicznej piaskownicy i górki, nadającej się zimą do zjeżdżania na sankach, i o którym opowiadała niemal cały ten dzień nowemu sąsiadowi. Zmiany te zaczęły się właśnie od ptaków w chwili, w której Karol i Klaudia zmierzali do odrapanych drzwi klatki numer 5 w jednym z dziesięciopiętrowych ramion potrójnego bloku.

Kiedy Dźwięk rozbrzmiał po raz pierwszy, wszystkie wróble, żyjące od dekad obok mieszkańców blokowiska, wiedzione impulsem, który ożywił ich zbiorowy umysł i kazał uciekać, uniosły się w niebo w zgodnym tańcu. Miriady ciemnych ciałek przesłoniły zachodzące słońce, rzucając na trzy samotne mrówkowce potężny cień. Szum skrzydeł zabrzmiał jak odległa burza.

Karol i Klaudia obserwowali z rozdziawionymi ustami paniczny odlot wróbli. Po kilku minutach już ich nie było. Cztery lub pięć ciałek uderzyło o ziemię, rozprute dziobami uciekających towarzyszy.

Tego wieczora wróble opuściły dachy na zawsze.

Klaudia weszła do mieszkania roztrzęsiona. Nagły zryw ptaków wystraszył ją, ale dużo bardziej przejęła się widokiem martwych wróbli, które zginęły w wyniku kolizji i od przypadkowo zadanych ran. Nigdy dotąd nie była świadkiem nagłej śmierci zwierzęcia.

– Boże, co ci jest? – Jej matka odchyliła się od kuchennego blatu i spojrzała na Klaudię zza framugi drzwi. – Blada jesteś strasznie.

– Nic, mamo – mruknęła dziewczyna. – Wróble mnie wystraszyły.

– Ptaków się boisz, skarbie?

– Odleciały tak nagle… Nigdy nie widziałam, by tak się zachowywały.

– Czasem przelatują kupami z jednego bloku na drugi; nic strasznego moim zdaniem.

Klaudia przewróciła oczami.

– Mamo, nie widziałaś tego. Zresztą wyjrzyj przez okno, one odleciały na amen. Nie ma ich na blokach.

Matka Klaudii wzruszyła ramionami i wróciła do rozwiązywania krzyżówki rozłożonej w mdłym świetle kuchennej lampki.

– Odleciały, to przylecą – mruknęła. – Rozbieraj się i do łóżka.

Klaudia kiwnęła głową ze zrezygnowaniem i ruszyła w kierunku swojego pokoju. Zatrzymała się po kilku krokach.

– Mamo! – zawołała przez ramię. – Nie wyłączyłaś pralki!

– Nie prałam, skarbie! – dobiegło z kuchni. – Skąd ten pomysł?

Dziewczyna zamrugała.

– Wydaje mi się, że słyszę, jakby pralka działała – mruknęła bardziej do siebie, niż do matki. To nie był dźwięk obracającego się bębna, ale raczej cichutkie buczenie mechanicznego urządzenia, które ktoś zapomniał odłączyć od prądu. Niski, jakby metaliczny odgłos, dochodzący z oddali i wciskający się uparcie w uszy, bez wyraźnego źródła, jakby wytwarzało go samo powietrze…

Klaudia potrząsnęła głową.

– Nic, mamo! – krzyknęła w stronę kręgu światła, rzucanego przez kuchenną lampkę. – Zdawało mi się.

Już niemal zamknęła za sobą drzwi do pokoju, gdy jej matka zawołała jeszcze z kuchni:

– Kolorowych snów! Zobaczysz, jutro wróble wrócą.

Jednak nie wróciły.

Mieszkańcy ułożonych w podkowę bloków stali na brudnym trawniku, który architekt osiedla zaplanował jako uroczy parczek, a który życie przekształciło w użytkowany wspólnie skład rupieci. Zamiast grządek z kwiatami trawnik urozmaicały pordzewiałe rowery, a winorośl, mającą piąć się w romantycznych splotach po ścianach bloków zastąpiły szybko butwiejące na deszczu deski, płyty pilśniowe i kartony, które dozorca poznosił z okolicy i zwalił na kupę pod oknami klatki numer 2, kiedy trzy lata temu zaangażował się w akcję sprzątania miasta. Samochód zepsuł mu się akurat tego dnia, kiedy miał zamiar wywieźć odpady na wysypisko. Nie miał pieniędzy na mechanika (ubezpieczenia i ważnych przeglądów też nie miał), więc kartony i deski stały się stałym elementem smętnego krajobrazu okolicy.

– Nie ma ptaków – wygłosił swe spostrzeżenie Andrzej Curyło, rencista z klatki numer 7.

– Jak to dobrze, że nam pan o tym powiedział – burknął Tomasz Olek, nauczyciel w pobliskim liceum (język polski). – Inaczej stalibyśmy tutaj do wieczora i zachodzili w głowę, czego brakuje.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

– To był sarkazm.

– Może ktoś wczoraj rzucał kamieniami? – podsunęła Euforia Adamek, emerytowana już nauczycielka we wspomnianym liceum (matematyka). – Pełno tu przecież dzieciaków.

– Nie zabiłyby kamieniem każdego jednego wróbla. – Dozorca Kitel podkreślił wagę swego spostrzeżenia obrzydliwym cmokaniem obwisłej wargi. – Ja tam się cieszę. Gówna nie będzie.

– Jakoś tak bez nich… łyso – zauważyła Ela Kochanek, z powołania psycholog dziecięcy, z zawodu kasjerka w Biedronce.

– Prawda – potwierdziła Euforia. – Myślicie państwo, że wrócą?

– Moja córka twierdzi, że widziała wczoraj, jak odlatują – odezwała się Sylwia Puchacz, korektorka w miejscowej gazecie. – Powiedziała, że to było tak, jakby się czegoś bały. Może faktycznie nie wrócą.

– Klaudia Puchacz – zaćwierkała radośnie Euforia. – Złote dziecko. Oprowadzała wczoraj mojego kuzyna po osiedlu, cały dzień! To wspaniale, że chłopak znalazł sobie koleżankę, nie będzie taki samotny w nowym miejscu.

Sylwia i pani Kochanek wymieniły ciepłe uśmiechy.

– No dobrze – pan Olek zmienił temat. – Może ktoś z państwa przyzna się do tego hałasu, który mi spać nie dawał całą noc? Jakiś nowy trend młodzieżowy, domyślam się. Najpierw czarny metal, potem cały ten dupa-step, a teraz to.

– Co pan masz na myśli? – zainteresował się dozorca. – To takie elektryczne piszczenie? Jakby odległe zgrzytanie, coś takiego?

– Też to słyszałam – wtrąciła Sylwia Puchacz. – Nawet poszłam w nocy do córki, bo myślałam, że to ona radio rozstroiła albo coś w tym stylu.

– Moja ślubna też na to narzekała – dodał pan Curyło. – Pomyślałem, że się ciśnienie zmieniło i dlatego mi w uszach dzwoni.

– Czyli żadne z państwa nie odpowiada za ten hałas i nie wie, co to było? – upewnił się Olek.

– Musi spięcie w elektryce – podsunął dozorca. – Blok się rozpada.

Przez kilka chwil mieszkańcy bez słowa wodzili wzrokiem po pustych dachach i zwisających smętnie przewodach telefonicznych, które od niepamiętnych czasów służyły za siedziska miriadom wróbli. Tego dnia osiedle ziało pustką: od dawna na wpół opuszczone przez ludzi, a teraz wzgardzone przez ptaki.

Trzy ogromne bloki wpatrywały się wytłuczonymi oknami w grupkę ludzi zebranych na brudnym trawniku.

– Starczy tego stania – burknął Kitel. – Niektórzy mają robotę do wykonania.

Po południu Dźwięk powrócił. Był głośniejszy niż w nocy.

– Widziałam o tym filmik na YouTube – powiedziała Karolina, wychodząc z klatki. – Podobny hałas mieli niedawno w Kijowie, nikt nie wie skąd pochodził.

– Albo Taos Hum – podsunął Karol. – Nie idź tak szybko.

– Co?

– Taos Hum. Taos to miejscowość w Nowym Meksyku, w USA. Jej mieszkańców też dręczy dziwny, nieustający dźwięk.

Karolina spojrzała na niego z pewną dozą uznania.

– Też poszperałeś? Dobra robota.

– Ale nie podoba mi się to, co znalazłem, Kleo. Ten cały Hum strasznie wnerwia mieszkańców Taos już od wielu lat.

– Myślisz, że hałas, który nie dał wczoraj spać mojej matce, też może trwać wiele lat?

– Na razie nie wiemy nawet, czy to coś podobnego…

– Cicho, cicho! – Dziewczyna stanęła w plamie słońca. Przymknęła oczy i wsłuchała się w otoczenie – nie było to trudne, gdyż bloki działały jak rezonator, odbijając słabym echem dźwięki dobiegające nawet z oddalonych o niemal kilometr nowych osiedli. Dominującym wrażeniem był niski, dość przykry dźwięk, przypominający odległe buczenie prądu, a trochę też odgłos jakby dwóch trących o siebie kawałków metalu. Klaudia nigdy wcześniej nie słyszała czegoś takiego. Monotonny odgłos czuło się całym ciałem, w zębach i pod czaszką.

– Wydaje mi się, że on ma źródło. Ten Dźwięk ma źródło – powiedziała.

– Serio? – Karol też zamknął oczy. – Jaj mam wrażenie, że dobiega zewsząd. Może trochę silniej…

– … od ulicy – dokończyła za niego dziewczyna.

Klaudia obróciła się, spojrzała na jezdnię przebiegającą równolegle do trawnika, i krzyknęła cicho, zaskoczona.

– Co jest? – zaniepokoił się Karol. Spojrzał tam, gdzie patrzyła Klaudia i uśmiechnął się szelmowsko. – To jest ta Jasełko? Wcale nie straszna. Raczej żałosna.

Pośrodku jezdni stała stara kobieta. Jej skundlone, poszarzałe włosy ledwie różniły się kolorem od zabrudzonej, staromodnej sukienki, na którą narzuciła wymięty płaszcz. Jej twarz była podłużna i brzydka, choć może raczej wyniszczona wiekiem.

Pani Jasełko wpatrywała się w asfalt pod swoimi stopami. Przytrzymywała płaszcz jedną ręką, tak chudą i bladą, że przypominała wyschniętą brzozową gałąź.

– Według mnie jest gorsza od Freddy'ego Kruegera – odparła kwaśno Klaudia. – Musimy tam pójść, ale lepiej się do niej nie odzywaj.

W miarę jak zbliżali się do jezdni, czuli coraz wyraźniej, jak Dźwięk delikatnie się nasila. Karol zaczynał mieć go dosyć; gwałtownie zatęsknił za ciszą.

Klaudia weszła na drogę. W obu kierunkach rozciągała się kompletna pustka – samochody rzadko tędy przejeżdżały, ludzie nie mieli widać wielu interesów na wymarłym osiedlu.

Jasełko nie poruszyła się. Wiatr rozwiał jej brudne, siwe włosy. Wpatrywała się uparcie w asfalt. To rzeczywiście wariatka, pomyślała Klaudia. Zeszła na dół, żeby pogapić się na jezdnię?

– Ona chyba zlokalizowała źródło Dźwięku wcześniej niż my – szepnął jej do ucha Karol. – Wydaje mi się, że najgłośniej jest dokładnie pod jej stopami.

Klaudia potrząsnęła głową, zaskoczona. Chłopak miał rację. Stara Jasełko gapiła się na spękaną nawierzchnię drogi, świadomie lub nie skupiając się na miejscu, z którego najwyraźniej dobiegał Dźwięk.

– Ale przecież tam nic nie ma – zaooponowała dziewczyna. – To asfalt. Asfalt nie buczy.

– W takim razie źródło buczenia jest pod ziemią – stwierdził Karol. – Chyba dobrze zrobimy, jak powiemy o tym dozorcy. To może być jakaś rura albo coś w tym stylu.

Klaudia pozwoliła sobie na westchnienie zawodu. Rura? To nie było wytłumaczenie, jakiego oczekiwała. Żadna zagadka nie jest dobra, jeśli ma tak prozaiczne rozwiązanie, jak rezonująca rura.

– Dobra, idziemy. – Dziewczyna ruszyła, zrezygnowana, w kierunku mrówkowca. – I tak sami niczego więcej nie znajdziemy – mruknęła, po czym dodała szeptem: – Poza tym ona działa mi na nerwy. Patrz, mam gęsią skórkę.

Kiedy Aldona Jasełko została sama, nieco się rozluźniła. Nie lubiła towarzystwa. Zmianę jej nastroju zdradziło tylko lekkie wygładzenie pionowej zmarszczki pośrodku czoła. Szalone oczy uparcie wpatrywały się w asfalt.

Dźwięk ją przepełniał.

Po kolejnych piętnastu minutach kobieta przekrzywiła głowę na bok, uśmiechnęła się szeroko spękanymi wargami i powiedziała:

– Naprawdę?

Karol nie spał, mimo późnej godziny i nadchodzącego wielkimi krokami poniedziałku. Dźwięk nie dawał mu spokoju. Mdliło go od tego buczenia. Kitel powiedział, że „coś pomyśli z tą rurą", ale chłopak miał silne przeczucie, że cieć nie weźmie się do dzwonienia po pogotowie gazowe bez wyraźnej przyczyny. Prawdopodobnie miał zbyt wiele roboty przy znoszeniu na trawnik jeszcze więcej śmiecia i pilnowaniu, by rowery równomiernie rdzewiały.

Przewrócił się na bok i znowu spróbował zasnąć. Opuścił powieki na kilka minut, wystawił jedną stopę spod kołdry, potem zakrył ją na powrót, przewrócił się na drugi bok, otworzył oczy i usiadł na łóżku. Zasłonił uszy dłońmi, a po chwili namysłu owinął sobie poduszkę wokół głowy.

– Niech to przestanie brzęczeć, proszę, niech to przestanie brzęczeć…!

Poduszka na uszach nieco stłumiła huk, który wstrząsnął szybami w oknie jego pokoju. Ale tylko nieco.

– Kurwa twoja mać! – wrzasnął dozorca Kitel, gdy hałas wdarł się do jego kawalerki na parterze klatki numer 1. Grom był potężny, jakby piorun uderzył w sam środek trawnika przed blokiem – ale nie brzmiał jak trzask błyskawicy, odgłos był dziwnie suchy i głuchy.

Mężczyzna ze strachu kopnął stojący przed nim turystyczny stolik, który służył mu za wszystkie meble, zwalając z niego ułożoną misternie piramidę z puszek po piwie. Nie kombinując za wiele Kitel rzucił się na ziemię i wczołgał za przewrócony blat. Hałas odbijał się echem od potężnych ścian mrówkowca.

Kitel słyszał, jak w opuszczonych mieszkaniach nad nim wylatują szyby.

Ale pierdolnęło, pomyślał. Pewnikiem ta rura.

Przeleżał za stołem minutę czy dwie; nie śmiał wychylić głowy zza mizernej zasłony, póki echa nie ucichły. Potem wstał, wyszedł z mieszkania, powoli uchylił drzwi klatki schodowej i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz.

Pierwsza obserwacja: nie zobaczył nuklearnego grzyba. Żadnych pożarów, żadnego rozbitego samolotu. Zupełnie nie jak w filmach. Okolica wydała się Kitlowi wręcz podejrzanie nienaruszona.

Zerknął na bloki. Mimo późnej godziny światła w oknach nielicznych zamieszkałych lokali pozapalały się – mieszkańcy osiedla imienia Jana Dantyszka musieli być nie mniej przerażani od dozorcy. Kitel dostrzegł krępą postać Euforii Adamek wybiegającej z klatki na trawnik. Matematyczka była w piżamie, na szyję zarzuciła jedynie szal albo inną szmatę – Kitel nie widział dobrze z tej odległości. Zauważył za to, jak na trzecim piętrze klatki numer 7 otwiera się okno i wychyla się z niego nalana twarz Andrzeja Curyło, który gromkim głosem wyraził myśl wszystkich sąsiadów:

– Chryste, co się stało?!

– Panie Januszu! – wrzasnęła Euforia do Kitla. Pomachała mu i zaczęła truchtać w jego stronę przez trawnik. – Co się stało, panie Januszu?!

– Jakbym to wiedział, tępa krowo – burknął dozorca pod nosem, po czym dodał głośniej: – Niech pani zostanie w mieszkaniu! Rura pękła albo co! Może gaz być.

Euforia zatrzymała się i pobladła. Curyło z hukiem zatrzasnął okno.

Kitel cofnął się do mieszkania, odszukał latarkę wśród gratów i wyszedł znowu w noc. Poświecił na trawnik – snop jasności padł na wyjątkowo wielkie psie gówno. Dozorca zrezygnowanym ruchem skierował latarkę w stronę ulicy i ruszył przed siebie. Po chwili usłyszał mlaskanie błota pod kapciami Euforii.

– Stara jestem, nie boję się gazu – wyjaśniła, a choć jej twarzy nie było widać w ciemności, Kitel był pewien, że uśmiecha się przepraszająco i kpiąco zarazem, tak jak to czasem robiła na zebraniach rady osiedla. Pod poczciwą powierzchownością Euforii Adamek prężył się duch wojownika.

– Chce być pani pierwszą osobą przy pękniętej rurze? – zapytał dozorca uprzejmym tonem. – Sądzę, że raczej nie napiszą o tym w „Naszym Dzienniku"…

– Ale we „Fakcie" napiszą – odparowała emerytka. – Dupnęło tak, że całe miasto będzie chciało wiedzieć, co to było. Niech pan uważa z tą latarką, od tego może gaz wybuchnąć, wie pan? Widziałam w telewizji.

– No tak, głupio by pani wyglądała na zdjęciu w gazecie ze spaloną głową – mruknął Kitel pod nosem i zachichotał.

– Co się pan tak cieszysz?

– Nic… – Kitel urwał i zmrużył oczy. Jezdnia wyglądała dziwnie. Światłem latarki wydobył z ciemności oba pasy wyłożonej asfaltem drogi i starał się zrozumieć, co jest nie tak. W końcu zobaczył. – O żesz w pytę jeża!

Euforia nabrała głośno powietrza – Kitel miał gdzieś, czy z powodu oburzenia, czy może dlatego, że i ona dostrzegła szczelinę ziejącą w jezdni.

Wąskie pęknięcie miało może metr długości. Kitel stanął nad nim i zaświecił do środka. Ściany rozpadliny nie zwężały się, lecz niknęły pionowo w mroku ziemi – szczelina była najwyraźniej bardzo głęboka.

– Tego tu wieczorem nie było – oznajmiła Euforia stanowczo.

– Teraz się zrobiło, stąd ten huk – stwierdził dozorca i pociągnął nosem. – Nie czuć gazu.

– Widział pan w środku rurę, jak pan tam świecił?

– Nie, nie ma rury. Ale i tak wezwiemy pogotowie gazowe. Coś tam musi być, asfalt sam się nie rozsadził.

– Daj pan poświecić. – Euforia wyjęła mu latarkę z ręki i sama skierowała snop światła na szczelinę. Zajrzała ciekawie w pachnącą ziemią ciemność. – Faktycznie, nic nie widać.

Kitel odebrał jej latarkę.

– Niech pani wraca do siebie. Rano wezwę gazowych. A jak pani kogoś spotka, niech mu powie, że wszystko elegancko i gazu nie ma.

Euforia skinęła głową. Odwróciła się już, by odejść, lecz przystanęła.

– Widzi pan, to teraz wiem, skąd dochodzi ten hałas.

Kitel oświetlił ją latarką.

– Jaki hałas?

– Ten, co dzwoni mi w uszach od wczorajszego wieczora. Mój kuzyn strasznie na to narzekał.

– A, faktycznie. – Mężczyzna znowu oświetlił szczelinę w jezdni. – Jak tak pani o tym wspomniała, to rzeczywiście, wydaje się, jakby ten hałas dochodził właśnie stąd. I jest głośniejszy.

Chwilę jeszcze stali i gapili się na pęknięcie w nawierzchni. Wreszcie Kitel wskazał brodą rozświetlone okna mieszkania Euforii. Oboje bez słowa ruszyli w stronę potrójnego bloku.

Nie przyjechali z „Faktu", za to osiedle imienia Jana Dantyszka odwiedziła w poniedziałkowy poranek furgonetka pogotowia gazowego.

Zebrano relacje świadków:

– Panie, tak dupnęło, że by się sam Jan Dantyszek zesrał w portki!

Zbadano miejsce zdarzenia.

– Mówi pani, że ten ubytek powstał sam z siebie w jednej chwili zeszłej nocy, tak?

– Właśnie tak. Pierwsza to zobaczyłam, dozorca zaraz po mnie.

Przyjrzano się planom budynku:

– Ale tędy nie biegnie żadna rura, proszę państwa.

– Jak to „nie biegnie rura"?

– Mówię państwu, że z projektu osiedla wynika, iż żadna rura nie biegnie pod tą ulicą.

– To co tak walnęło?

– Zapytaj pan geologa, ja jestem od rur i mówię panu, że żadnej nie ma pod tą jezdnią. A tak w ogóle, co tak brzęczy u państwa? Głowa mnie od tego rozbolała.

Wyciągnięto wnioski i powzięto środki bezpieczeństwa:

– To co pan z tym zrobi, panie Januszu? Ludzie się boją.

– Przykryję to dyktą.

Ponieważ jednak ani wyjaśnienia gazowych, ani ochronna dykta dozorcy Kitla nie przyniosły ukojenia nerwom mieszkańców osiedla, Tomasz Olek zaprosił wszystkich na wieczór do siebie, by przedyskutować wypadki ostatnich dwóch dób.

– Czy to znaczy, że robimy zebranie rady osiedla? – zapytała Ela Kochanek.

– Możemy to tak nazwać – odparł pan Olek.

– W takim razie przyniosę sernik.

– Cześć – powiedziała Klaudia. – Wyglądasz jak psu z gardła wyjęty.

– Dzięki – jęknął Karol. Miał wory pod oczami, był blady i ledwo powłóczył nogami, kiedy szli razem przez trawnik do mieszkania Oleka. – To przez ten Dźwięk. Mdli mnie od niego, nie mogę spać.

– Mnie też daje w kość. Teraz jest głośniejszy, co?

– Taa.

– Moja mama wczoraj od niego wymiotowała. Mnie też skręcają się flaki. W każdym razie, współczuję ci.

Karol ścisnął w palcach butelkę wody, westchnął i spojrzał odruchowo w kierunku jezdni. Wszyscy mieszkańcy wielkiego bloku nabyli ten odruch odkąd Dźwięk wtargnął w ich życie. Natrętne, metaliczne buczenie doprowadzało do szału i mdliło, a jego źródło przyciągało uwagę nieodparcie jak świetlny odblask rzucany na ścianę.

– Znowu tam stoi – stęknął chłopak. – Czy jej ten hałas nie wkurza? Przecież tam jest najgłośniej.

Pani Jasełko stała na jezdni nieruchomo jak wyschnięte drzewo i wpatrywała się w ciemną szczelinę w jezdni. Dykta Kitla leżała odsunięta na bok.

– Może ona lubi ten Dźwięk? – podsunęła Klaudia. – W końcu to wariatka.

Karol westchnął głośno, pociągnął łyk z butelki i ruszył w stronę samotnej kobiety.

– Co robisz? – syknęła dziewczyna. – Nie zaczepiaj jej! Co chcesz…

– Proszę pani – zaczął Karol. Na jego twarzy malowała się irytacja z małą domieszką złośliwego zainteresowania. Brak reakcji ze strony jedynej lokatorki dziesiątego piętra zrzucił na karb jej starczej głuchoty i powtórzył głośniej: – Proszę pani! Czemu się pani tak wpatruje w tę dziurę?

Pani Jasełko nadal milczała. Jej pożółkłe oczy nie poruszyły się, tylko skołtunione włosy rozrzucił powiew wiatru.

– Odpuść, Karol, ona nie kontaktuje…

– Co tam jest takiego ciekawego? – naciskał chłopak. – Nie przeszkadza pani ten hałas? Rzygać mi się chce od niego i pomyślałem, że może pani też mogłaby okazać jakieś ludzkie odruchy i znienawidzić ten Dźwięk tak samo, jak my wszyscy go nienawidzimy.

– Pragnę go. – Głos, który wydobył się z pomarszczonego gardła pani Jasełko zabrzmiał jak suchy trzask. – On mówi mi dobre rzeczy.

Karol zamrugał, oszołomiony. Szybko jednak otrząsnął się z zaskoczenia.

– To jednak umie pani po polsku? Świetnie. Proszę, niech mi pani powie, czego ciekawego dowiedziała się od dziury w ziemi. Moja koleżanka też chciałaby wiedzieć.

– Nie, ja wcale… – bąknęła Klaudia, ale kolejne słowa pani Jasełko sprawiły, że umilkła w pół słowa.

– Głos powiedział, że odrośnie mi ręka.

Karol parsknął śmiechem. Nawet nie próbował ukryć rozbawienia.

– Niech pani druga głowa wyrośnie, tylko tym razem nie taka pokopana.

Pani Jasełko uśmiechnęła się lekko. Miała równe, choć pożółkłe zęby. Palce jej bladej dłoni zacisnęły się nieco mocniej na kocu, w który się owinęła.

– Woła mnie z głębokości. Słyszę go nawet teraz – oznajmiła.

Karol patrzył przez chwilę na starą kobietę, po czym odwrócił się i pociągnął Klaudię za ramię.

– Chodźmy, już się nasłuchałem.

Dziewczyna przeszła kilka kroków i stanęła. Zmierzyła go spojrzeniem, w którym niedowierzanie mieszało się z oburzeniem. Jej usta zmieniły się w wąską linię.

– Drugi raz taki numer nie przejdzie, Karol. – Strąciła jego dłoń ze swego barku i ruszyła w stronę mieszkania Oleka. – To było chamskie i straszne. Zastanów się czasem nad sobą, bo chyba nie tylko ta pokręcona starucha ma problem z kontaktami międzyludzkimi.

– Proszę sobie nakładać – zachęciła Ela, odwijając papier śniadaniowy z sernika. – Samo zdrowie, żadnego GMO.

– Jeśli to nie była rura z gazem, to co? – zapytała Sylwia Puchacz. Siedząca obok matki Klaudia wyciągnęła szyję, by lepiej słyszeć. Karol zrezygnował z prób poprawienia humoru sąsiadce i nałożył sobie kawałek sernika, ku wielkiej radości Eli Kochanek.

– Powiedzieli, żebyśmy gadali z geologami – odparł dozorca Kitel. – Jednak ja żadnego nie znam. I po co mielibyśmy z nimi gadać? Według mnie to nie jest normalne, żeby asfalt tak pękał, i żaden geolog tu nie pomoże.

– To z tej dziury tak szumi! – zawołał Andrzej Curyło. – Przy dziurze ten szum jest najgłośniejszy.

– Dziękujemy za tę trafną uwagę, Andrzeju – mruknęła Sylwia – ale to już chyba wszyscy wiemy. Nie wiem, jak państwo, ale ja chętnie dowiedziałabym się, co powoduje ten zgrzyt, hałas, szum, jakkolwiek to nazwać. Chora jestem od tego.

– Święta prawda – potwierdziła Euforia. – Ja spać nie mogę.

– A moja ślubna narzeka, że ma od tego migrenę – dodał Curyło. – I pies nam uciekł.

– Myśli pan, że uciekł z powodu Dźwięku? – zainteresowała się Sylwia.

– No chyba, bo co innego? Wróble uciekły, to i Fidel dał nogę.

– Byłem u administracji i oni też nie wiedzą, co tak buczy. Myślę, że po prostu zaleję tę dziurę – oznajmił Kitel.

– Czym pan chce to zalać?

– Niech sobie pani nałoży, to czarne to rodzynki.

– Dziękuję, Elu.

– Cementem, a czym innym? Urobię cementu i wleję do szpary.

– A czy cement przypadkiem nie rezonuje? – chciała wiedzieć Euforia. – Przecież było w gazetach, że od hałasu ludziom ściany w domach pękały.

– A może faktycznie wezwać geologów – podsunęła Sylwia. – Wpuszczą tam jakąś sondę albo kamerę…

– Kamerę to hydraulicy wpuszczają – odezwał się pan Olek. – Mają kamery na patykach i wsadzają je w rury, żeby zobaczyć, co się zatkało.

– Wzywanie hydraulików jak nie ma żadnej rury to chyba kiepski pomysł. – Kitel pokręcił głową. – A może zapytać w komputerze, co to może być?

– Mówi pan, żeby poszukać informacji w Sieci? – Sylwia popukała się w bok nosa. – Mogę popróbować z Googlami…

– Ja już googlowałam i widziałam taki film o Kijowie – wtrąciła się Klaudia. – Tam też mieli dziwny dźwięk. I Jeszcze w Ameryce…

– Taos Hum – podpowiedział Karol.

– Wyrażaj się, mój drogi – zganiła go Euforia.

– Powiedziałem „Hum", a nie…

– Jak byś wymówił poprawnie, przez „a", to by nie było nieporozumień – wtrąciła Klaudia.

– Ale co z tym Kijowem? – chciał wiedzieć Tomasz Olek.

– Proszę państwa, nie wszyscy na raz… – zaczął Kitel i utonął w świetle.

Wieczór zmienił się w dzień, ale jasność nie przestała narastać i potężniała z każdym uderzeniem przerażonych serc, aż blask stał się jasny jak sama źrenica słońca. Światło wdzierało się do bloków przez szpary w wypaczonych framugach, dziury po sękach, załamywało się na potłuczonych szybach.

Jak w Czernobylu, pomyślał Kitel.

Jasność była tak oślepiająco biała, tak intensywna i wszechogarniająca, że struchlały mężczyzna nie znajdował innego wyjaśnienia niż to, że na trawniku przed jego blokiem w końcu rzeczywiście rozszczepiły się atomy. Nie miał odwagi krzyczeć, oczekując na bąble i czyraki, którymi w każdej chwili mogło pokryć się jego napromieniowane ciało.

I co z falą uderzeniową, pomyślał. Gdzie ta kurwa jest? Czy to nie powinna być szybka śmierć? Czy w tym kraju nawet na atomową apokalipsę trzeba czekać jak na gierkowski pekaes?

Fala uderzeniowa nie nadchodziła. Ani huk. Ani śmierć i zniszczenie. Ela Kochanek zaczęła płakać histerycznie, przyciskając pięści do oczu. Sylwia Puchacz przytuliła do siebie córkę. Euforia Adamek znieruchomiała i utonęła w blasku z sernikiem przy ustach. Tomasz Olek krzyknął raz i krótko.

Jasność trwała kilka sekund, po czym zaczęła słabnąć, pulsować, chwiać się jak kolumna dymu na wietrze. Źrenica słońca stała się jasnym dniem, ten przeszedł w pogodny wieczór i wreszcie znowu zapadły ciemności.

– Chryste Panie – powiedziała Euforia stanowczo.

Mieszkańcy osiedla imienia Jana Dantyszka zebrali się wokół pęknięcia w nawierzchni jezdni. Kitel miał ze sobą klucz francuski, który trzymał w gotowości do zadania ciosu. Tomasz Olek wznosił nad głową ciężki kufel po Tyskiem.

Strwożeni ludzie wpatrywali się w znikające we wnętrzu ziemi złociste smugi blasku, który jeszcze kilka minut wcześniej był szalejącym morzem jasności. Cokolwiek kryło się pod ulicą, zabierało światło z powrotem do siebie.

Dźwięk się nasilił.

Następnego dnia Karol i Klaudia nie poszli do szkoły. Karol pochorował się na dobre od nieustannego metalicznego brzęczenia, które sprawiało, że trzeszczały mu zęby i bolały oczy. Klaudia została w domu z matką. Obie potrzebowały siebie nawzajem, by jakoś dojść do ładu ze światem, który raptem stał się bardzo dziwny.

– W ziemi jest dużo światła – szepnęła Sylwia wieczorem, po czym zasnęła w ubraniu na łóżku, na którym spędziła prawie cały dzień.

Klaudia też się nie rozebrała – jednak nie miała zamiaru iść spać. Chciała czuwać, na wypadek gdyby światło znów rozbłysło i coś komuś zrobiło. Bo nie wątpiła, że prędzej czy później kogoś skrzywdzi. Było tak obce, że nie mogło nie ranić ludzi.

W ziemi jest dużo światła, a nie powinno go tam być.

Klaudia przymknęła oczy, czując, jak od Dźwięku wzmaga się jej migrena.

Światło rzeczywiście wróciło tej nocy.

Dziewczyna uzbrojona w okulary przeciwsłoneczne z filtrem, które jednak niewiele jej dawały, zbiegła po schodach i wypadła z klatki. Przeczucie jej nie myliło: zobaczyła, jak długi, wąski cień mknie przez trawnik w kierunku oślepiającej jasności, bijącej ze szczeliny w ziemi.

– Niech pani się nie zbliża! – wrzasnęła, aż zabolało ją gardło. Cień nie zatrzymał się jednak. Klaudia puściła się biegiem przez błoto i gówna. Wydawało jej się, że biegnie długie minuty. Widziała, jak chuda postać owinięta w koc wyrzuca jedno ramię nad głowę i z euforycznym okrzykiem wpada w światło bijące z jezdni.

Klaudia stanęła jak wryta, jakby czekała na coś – na kolejny cud, więcej magii, więcej szaleństwa. Serce podeszło jej do gardła, gdy po chwili usłyszała przeszywający wrzask bólu.

Stara wariatka wreszcie się doigrała, pomyślała dziewczyna i ruszyła w stronę jasności. Daleko za sobą usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi do klatki. Rzuciła szybkie spojrzenie w tył i krzyknęła z nową siłą:

– Karol! Pomóż mi!

Stanęła jakieś pięć metrów od rzygającej blaskiem szczeliny. Nie wiedziała, co się stało pani Jasełko, ani jakie pole rażenia ma to upiorne, podziemne światło – wiedziała tylko, że należy się go wystrzegać. Rozgorączkowana, osłaniając oczy dłonią, rozglądała się w poszukiwaniu rannej kobiety. Blask był tak silny, że przenikał przez jej palce, zmieniając je w niemal przezroczyste paliki z ciemnymi smugami kości wewnątrz.

– Pani Jasełko! – krzyknęła.

I wreszcie ją dostrzegła, nie ranną, lecz tańczącą wokół rozjarzonej szczeliny niczym kapłanka jakiegoś szalonego boga. Wariatka wyciągnęła kikut swej prawej ręki do światła, a kiedy zanurzyła w nim kończynę, wrzasnęła ponownie – w jej głosie ból mieszał się z ekstazą.

Ona się cieszy, pomyślała Klaudia z niedowierzaniem.

Pani Jasełko wyła jak opętana, gdy światło omywało i przenikało jej kikut. Klaudia obserwowała, jak blada skóra, zrośnięta wokół przeciętej przed laty kości, marszczy się, łuszczy i odpada.

– Pani Jasełko! – spróbowała znowu i zbliżyła się do kobiety. – Rany Boskie, co pani robi?

– Leczy mnie! – krzyknęła Aldona i zaniosła się przenikliwym jękiem, który po chwili przeszedł w cichy szloch. Płakała ze szczęścia. – Czuję, jak mnie leczy!

Klaudia nie mogła patrzeć na ten spektakl ani chwili dłużej – nie, jeśli chciała pozostać przy zdrowych zmysłach i ludzkich odruchach. Chwyciła starą kobietę za bark i szarpnęła.

Jasełko potknęła się o swój koc i wpadła na dziewczynę. Obie runęły w błoto. Za nimi jasność zaczęła pulsować, tak jak poprzednim razem. Powoli bezgłośna eksplozja światła zaczęła słabnąć i cofać się w głąb ziemi.

Klaudia spróbowała wstać, ale Jasełko przycisnęła ją całym ciężarem. Zbliżyła swe pożółkłe oczy i spękane wargi do twarzy dziewczyny. Światło bijące zza jej pleców prześwitywało przez chude, starcze ciało, nadając mu wygląd ożywionego trupa.

Klaudia poczuła ucisk chudych palców na prawym bicepsie. Wariatka uśmiechnęła się szeroko.

– Masz wspaniałe ramię, dziecko – powiedziała. – Chyba mogłabym go użyć.

Karol zwalił staruchę kopniakiem. Gdy sturlała się w błoto, nadal miała na twarzy obłąkany grymas bezgranicznej radości.

Klaudia wsparła się na ramieniu chłopaka i zaczęła iść w stronę bloku na chwiejnych nogach. Sama nie wiedziała, kiedy zaczęła płakać.

Dzień był pochmurny i zimny. Deszcz bębnił o szyby, matowe od brudu i ciałek owadów, które na swoje nieszczęście znalazły kiedyś przejście pomiędzy okienne ramy przez zmurszałe drewno, ale nie umiały odszukać drogi powrotnej do świata i zginęły z głodu lub strachu między szklanymi taflami.

Trochę jak my, pomyślała Klaudia. Uwięzieni w wielkim bloku, z dala od świata, podczas gdy otaczająca nas rzeczywistość z każdą godziną staje się coraz bardziej obca, nieznana i nienaturalna – niczym szklana szyba dla owadów.

Ziewnęła. Książka zsunęła się z jej kolan i spadła na klepki podłogi. Dziewczyna przeciągnęła się w fotelu i spojrzała w okno. Jakieś dziesięć metrów od pęknięcia w jezdni stał telewizyjny van. Dwóch facetów szarpało się z kablem wielkiej, stacjonarnej kamery, a trzeci z trudem balansował mikrofonem nad głową prezentera programu informacyjnego. Widać mocno wiało. Euforia Adamek i dozorca Kitel stali po obu stronach faceta z telewizji. Klaudia z łatwością rozpoznała z daleka krępą postać emerytowanej nauczycielki i nieco garbatą, chudą sylwetkę ciecia.

To był już drugi program, jaki dziś kręcono na osiedlu imienia Jana Dantyszka. Z samego rana przyjechała ekipa od Pobudki z Radiem i zaczęła przeprowadzać wywiady z każdym, kogo tylko udało jej się dopaść. Załapał się pan Olek i sama Klaudia. Żadne nie powiedziało dziennikarzom nic więcej ponad to, co już wiedziała policja.

O tak, była policja. Upiornej jasności bijącej z ziemi trudno było nie zauważyć. Za drugim razem ktoś z sąsiedniego osiedla nie wytrzymał i zadzwonił po mundurowych. Że terroryści, że eksplozja.

Przepytano wszystkich mieszkańców bloku, poza Klaudią i Karolem. Kiedy po całym tym horrorze na jezdni wpadli do klatki i ogarnęło ich złudne poczucie bezpieczeństwa, adrenalina opadła, a obłąkańczy rechot pani Jasełko dobiegał z przyjemnie dużej odległości, nogi ugięły się pod Karolem. Prawie zemdlał. Klaudia wtaszczyła go do jego mieszkania, do łóżka. Zignorowała histeryczne wrzaski matki i jej kategoryczne żądanie wyjaśnienia tego, co stało się na trawniku. Oznajmiła, że nie ruszy się z pokoju przyjaciela, dopóki ten nie dojdzie do siebie. Sylwia Puchacz powymachiwała jeszcze trochę rękami, skołtuniła sobie włosy dramatycznym gestem, lecz szybko ustąpiła. Weszła do nich tylko raz, by oznajmić:

– Gliniarze przyjechali. Siedźcie cicho i zgaście światło, to dadzą wam spokój.

Klaudia nie miała zamiaru niczego przed nikim ukrywać. Ale póki co mówienie o tym, co widzieli, czego doświadczyli – nie tylko parę godzin wcześniej na tym przeklętym trawniku, ale w ciągu ostatnich paru dni – wydawało się bez sensu. Opowie o tym, jak sama zrozumie, co to było.

Choć może nigdy nie zrozumie. W ziemi było dużo światła, a nie powinno go tam być.

Popatrzyła na przyjaciela, który leżał w łóżku i dogorywał.

– Jezu – jęknął Karol.

– Chcesz wody?

– Tak.

Wstała i poszła do ciasnej, ślepej kuchni. Przekręciła kurek, lecz kran parsknął tylko chrapliwie i wyrzygał do umywalki parę kropel rdzawej cieczy.

– Nie ma wody, sprawdzę u siebie – powiedziała, wsadzając głowę do pokoju Karola. – Zaraz wracam, okej?

Wyszła z mieszkania na zimną, wilgotną klatkę schodową. Deszcz napadał na podłogę i zmoczył ściany, gnany wiatrem przez wytłuczoną szybę, dającą widok na trawnik. Klaudia wzdrygnęła się, gdy mimowolnie kątem oka zobaczyła telewizyjnego vana, a obok ciemną kreskę pęknięcia w asfalcie.

Ciągle słyszała Dźwięk. Szumiał jej w głowie, natarczywy jak bzyczenie odległego roju owadów. Zastanawiała się, czy kolesie z ekipy telewizyjnej też mają go dość.

Przeszła przez klatkę i sięgnęła do klamki u drzwi swego mieszkania. Aldona Jasełko wysunęła się zza załomu korytarza jak wychudłe, umazane ziemią widmo, i wyrżnęła ją w głowę żelaznym prętem.

– Pani Puchacz! – zawołał Karol. Stał przed drzwiami mieszkania Klaudii, zawinięty w koc jak cygańska księżniczka. Pukał energicznie. – Pani Puchacz!

– Co się stało, na Boga? – dobiegł go zza drzwi stłumiony głos Sylwii. Zachrobotał odsuwany łańcuch i pani Puchacz wystawiła głowę z mieszkania. – Jak ty fatalnie wyglądasz, chłopcze! Nie powinieneś wychodzić!

– Czy jest u pani Klaudia? – zapytał Karol nerwowo.

– Nie ma jej u ciebie?

– Powiedziała, że poszła do państwa po wodę…! – Głos chłopaka zrobił się piskliwy. – Nie ma jej dwadzieścia minut.

– Jezu! – Sylwia pobladła. – Gdzie ta dziewczyna znowu poszła, do kurwy nędzy? Przepraszam.

Karol potrząsnął głową. W oczach miał dziki strach.

– Porwała ją Jasełko! Ta wariatka! – wykrzyknął tak głośno, że Sylwia cofnęła się odruchowo. – Trzeba wezwać pomoc! Trzeba iść na dziesiąte piętro!

– O czym ty mówisz, przecież ta kobieta ledwo sama stoi na nogach, nie mogłaby porwać…

– Pani jej wczoraj nie widziała! – zawył chłopak. – Pani nie było wczoraj na ulicy!

– Uspokój się! – Sylwia była blada, najwyraźniej sama musiała toczyć ze sobą walkę o zachowanie zimnej krwi. Wygrała, chwyciła Karola za ramię, spojrzała mu w oczy i powiedziała stanowczym tonem: – Może i nie było mnie z wami wczoraj. Żałuję. Ale teraz musisz myśleć trzeźwo. Idę do tej całej Jasełko. Ty idź po pana Kitla, niech przyjdzie tam do mnie.

– Nie może pani iść tam sama!

– Poradzę sobie z jednoręką staruszką, okej?

Sylwia wyminęła roztrzęsionego sąsiada i ruszyła po schodach na górę.

Niecały kwadrans później Karol i Kitel wpadli na dziesiąte piętro klatki numer 3. Najwyższa kondygnacja mrówkowca była najbardziej zdewastowana – oszklone drzwi oddzielające poszczególne klatki schodowe były tutaj bez wyjątków powyłamywane lub wytłuczone, co umożliwiało swobodne przechodzenie pomiędzy wszystkimi pionami mieszkalnymi w każdej części bloku.

Przed otwartymi drzwiami mieszkania pani Jasełko klęczała Sylwia Puchacz i kiwała się powoli w przód i w tył. Dłoń miała przyciśniętą do ust, a oczy wybałuszone. W progu mieszkania leżało ciało jej córki z odrąbanym prawym ramieniem. Zakrwawiony toporek kuchenny leżał tuż przy nim. Krew ściekała ze ścian korytarza, rdzawy ślad na zbutwiałych klepkach prowadził w głąb mieszkania.

Karol osunął się na kolana i zastygł w pozycji podobnej do tej, w której cierpieniu oddawała się Sylwia Puchacz. Janusz Kitel jednak ruszył przed siebie. Czuł w ustach metaliczny smak strachu, a serce tłukło mu w piersi jak ptak, który przypadkiem wpadł do pokoju i w panice szukał wyjścia. Lub jak owad pobzykujący w zdumieniu między okiennymi szybami.

Mężczyzna wszedł do sypialni Aldony Jasełko i znalazł ją na łóżku, bladą jak ściana, uśmiechniętą od ucha do ucha. Ramię Karoliny przytwierdziła do swego kikuta jakimś ohydnym, grubym spoidłem – Kitel nie widział w półmroku, czy to nić, czy drut. Dziękował Bogu za ten półmrok. Krew wsiąkała w pościel i poduszki, ściekała na podłogę gęstymi kroplami.

– Pasuje – szepnęła kobieta.

Mężczyzna ustawił kamerę, nacisnął REC, wszedł w kadr i ściągnął czapkę.

– Nazywam się Adam Puchacz i jestem starszym bratem Klaudii Puchacz, która została zamordowana dwunastego października tego roku w bloku za moimi plecami – oznajmił. – Jak pewnie wszyscy wiecie z gazet, telewizji i Sieci, zabiła ją do niedawna kaleka kobieta, która obecnie przebywa pod obserwacją „najtęższych umysłów medycznych świata", jak napisali na jednym portalu. Kobietę tę uważa się za klucz do tajemnic ludzkiego ciała, ponieważ ręka mojej siostry, którą w przypływie szaleństwa przyszyła do swego kikuta, zrosła się z nim i obecnie jest w pełni sprawna. Ja jednak uważam Aldonę Jasełko za potwora, który z zimną krwią zatłukł moją siostrę kawałem żelastwa.

Mężczyzna odwrócił twarz w stronę ciemnej bryły bloku ze jego plecami. Mrok pozbawionych szyb okien i poczerniałych ścian kontrastował z bielą leżącego wokół śniegu.

– Makabryczna zbrodnia uratowała życie Aldonie Jasełko – ciągnął po chwili – ponieważ przebywała w szpitalu, podczas gdy trzynastego października ze szczeliny w jezdni, którą widzicie kawałek za mną, wydobył się opar trującego gazu, który zabił wszystkich pozostałych mieszkańców osiedla imienia Jana Dantyszka, w tym moją matkę. Wojsko pobrało próbki, skąd tylko mogło, ale na razie nie wiedzą, czym był opar, który wykończył tych ludzi. Dość powiedzieć, że ziemia w promieniu stu osiemdziesięciu metrów została wyjałowiona prawdopodobnie do samej skały macierzystej, a drzewa w okolicy dosłownie w oczach rozpadają się na proch. Matki w kostnicy nie poznałem.

Mężczyzna milczy przez minutę lub dwie.

– Nie mogę już zemścić się na Aldonie Jasełko – stwierdził szorstkim głosem. – Ale odbierałem maile od mojej siostry i o tym, co tu się działo, wiem więcej od policji, wojska, medycznych umysłów i pewnie samego Pana Boga, którego ostatnio nie było w pobliżu. Zemszczę się więc na źródle, z którego – według mojej siostry – wzięły się wszystkie nieszczęścia, które na nas ostatnio spadły.

Mężczyzna przeszedł na bok, tak by szczelina w asfalcie była dobrze widoczna.

– Nie wiem, skąd wziął się odgłos, który słyszeli ci ludzie ani światło, które widzieli. Nie chcę wiedzieć, co jest pod tą ulicą. Chcę tylko, żeby już nigdy więcej nie zabiło żadnego człowieka. – Mężczyzna wskazał ręką w bok. – Po mojej lewej widzicie kadź rozrobionego cementu portlandzkiego, zasycha po kilkunastu godzinach. Wymieszałem go z przyjaciółmi przed chwilą, mamy tego dwieście litrów. Mam zamiar zalać tę szczelinę, zamknąć ją raz na zawsze, albo chociaż do czasu, aż uniemożliwię wojsku badania nad tym terenem na drodze prawnej. Ten film wrzucę na YouTuba, żeby nikt więcej nie przychodził tutaj na własną rękę i nie próbował rozwiązać zagadki. Naprawdę nie chcę, żeby ktoś jeszcze zginął. To wszystko ode mnie. Heja.

Mężczyzna wyszedł z kadru, dał się słyszeć metaliczny zgrzyt – na asfalt opadło stalowe koryto, po którym spłynąć miał cement.

– Rafał, wylewaj! – rozległ się okrzyk, a po chwili szczęk koryta napełnianego rzadkim spoiwem. W kadrze pojawiła się ciemnoszara masa, sunąca po stalowej ścieżce w kierunku pęknięcia w asfalcie.

Ściany szczeliny rozjaśnił delikatnie odległy, widmowy blask, jakby ktoś lub coś chciało dyskretnie zakomunikować swoją obecność i może zgodę na to, co się właśnie działo. Albo sprzeciw. A może nie było to nic, co mogłaby pojąć istota ludzka lub jakakolwiek inna.

Światło zadrżało, jego blade promienie zamigotały jak kruche palce wyciągające się z głębokości ku szaremu niebu, po czym cofnęło się w głąb ziemi i znikło.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Masz przyjemny styl to primo. Secundo, czytam ale nie obiecuje, że przebrne bo późna już pora, jeśli rozumiesz co mam na myśli. Zostawiam więc ślad obecności.Jutro może coś jeszcze dopowiem

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Em. Będą spoilery.

 Jej skundlone, poszarzałe włosy ledwie różniły się kolorem od zabrudzonej, staromodnej sukienki, ledwo widocznej spod brązowego płaszcza, a może własnoręcznie uszytego szalika lub koca, którym się owinęła.
To zdanie nadaje się do renowacji.

- To co pan z tym zrobi, panie Januszu? Ludzie się boją.
- Przykryję to dyktą.
To akurat mój faworyt :P.

Rozgorączkowana, osłaniając oczy dłonią, rozglądała się w poszukiwaniu zranionej kobiety.
Okaleczonej znaczy?

I wreszcie ją dostrzegła, nie ranną, lecz tańczącą wokół rozjarzonej szczeliny jak kapłanka szalonego boga.
To samo.

Aldona Jasełko wysunęła się zza załomu korytarza jak wychudłe, umazane ziemią widmo, i wyrżnęła ją w głowę żelaznym prętem, który znawca historii techniki mógłby zidentyfikować jako fragment przeżartego rdzą walca od magla.
Zdecydowanie poniosło cię, bez dopowiedzenia brzmiałoby to poważniej.

Niecałe sześć minut później Karol i Kitel wpadli na dziesiąte piętro klatki numer 3.
Niecałe sześć minut wcześniej Karol ledwo stał. Zresztą dozorca tez nie słynął z szybkich akcji. Nieprzemyślane. Rozciągnij to w czasie albo omiń nawet te nieszczęsne jednostki.

No i końcówka, autorze, całkiem patetyczno-grafomańska. Szkoda. Daje jednak 5 i polecam do piórka. Bawiłem się świetnie przy tym tekście a wspomniane błędy wyglądają na brak zewnętrznej korekty miast zaniedbanie autora. 

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Dobre. Wciągające. Tak się zaczytałam, że prawie rozgotowałam ziemniaki. Można by się poprzyczepiać do kilku detali, ale ogólnie całośc bardzo w porządku. Dałabym 5 gdybym mogła.

Smutna kobieta z ogórkiem.

Zanim zacznę marudzić, powiem: podobało mi się. Naprawdę. Tak na 5 właśnie. A mnie trudno zadowolić tekstem. Jest klimat, jest to coś.

A teraz wystarczy komplementów, pora marudzenie. ; P

Russ wymienił, to co wymienił, więc ja zahaczę o inne drobiazgi.

„Tylko ona mieszka jeszcze na dziesiątym piętrze. Odkąd popsuła się winda trudno jej tam wracać, jak już wypełznie z tego swojego barłogu. Ale jak trochę tu pomieszkasz, to ją w końcu spotkasz.
Karol skinął głową ze zrozumieniem. Jeszcze raz spojrzał na ponury rząd ziejących czernią otworów - widmowych okien, które w początkach panowania Gierka osłaniały swoimi szybami pełne życia pokoje i ich lokatorów...”

Za dużo zaimków, Autorze. A niektóre zdania niepotrzebnie komplikujesz metaforami i przymiotnikami.

 

„...i o którym opowiadała niemal cały ten dzień swojemu nowemu sąsiadowi.” Swój, swoja, swoje...

 

„- ... od ulicy - dokończyła za niego dziewczyna.” - niepotrzebna spacja po wielokropku.

 

„Jej skundlone, poszarzałe włosy ledwie różniły się kolorem od zabrudzonej, staromodnej sukienki...” - pomijając wszystko inne, raczej „skudlone” niż „skundlone”, prawda?

 

„Curyło z trzaskiem zatrzasnął okno.” - Za bardzo trzaskające to zdanie.

 

No i irytuje mnie to ciągłe powtarzanie, że blok jest potrójny. Wystarczy kilka razy przypomnieć, a nie co dziesiąte zdanie.

 

„Wszyscy mieszkańcy potrójnego bloku nabyli ten odruch odkąd Dźwięk wtargnął w ich życie.” - źle brzmi. Raczej: „nabyli tego odruchu”, może?

 

„Natrętne, metaliczne buczenie doprowadzało do szału i mdliło, a jego źródło przyciągało uwagę nieodparcie jak świetlny odblask rzucany na ścianę.” - A nie można prościej? Świetlny odblask? I w zasadzie dlaczego ma przyciągać uwagę?

 

„- Proszę sobie nakładać - zachęciła Ela, odwijając papier śniadaniowy ze swego sernika.” - znów swój, swoja, swoje...

 

„Jasność biła w niebo, niczym wąskie ostrze światła tnące kotarę nocy.” - Arrrgh.

 

„Ela Kochanek zaczęła płakać histerycznie, przyciskając pięści do oczu. Sylwia Puchacz przycisnęła do siebie córkę.” - Powtórzenie.

 

„Uwięzieni w wielkim bloku, z dala od świata, podczas gdy otaczająca nas rzeczywistość z każdą godziną staje się coraz bardziej obca, nieznana i nienaturalna - niczym szklana szyba dla owadów.”

Wcale nie są uwięzieni, nikt ich tam nie trzyma. ; P

A poza tym, prawdę powiedziawszy... z formalnego punktu widzenia dziwię się, że lokatorzy bloku nie mieli komu się poskarżyć. Bloki w Polsce są na ogół miejskie/gminne, albo spółdzielcze, albo należą do TBS, albo są wspólnotami mieszkaniowymi... A zmierzam do tego, że każdy budynek tego typu ma administratora lub zarządcę. Wiem, bo akurat sama takowym administratorem jestem. I wierz mi, nikt tak nie marudzi i nie gnębi administracji, jak lokatorzy walących się budynków. A bo to gdzieś cieknie, a to szczury, a to brudno, a to cośtam. Niektórzy cięgiem narzekają, że sąsiad za głośno mu tupie po suficie, a co dopiero by było, gdyby zaczął się rozlegać taki wszechobecny Dźwięk! Nie opędziłabym się od petentów, telefonów od nich i podań. Zatem, nawet jeśli mają ciecia na miejscu, na pewno mają też jakiż urząd/organizację, do której w te pędy by pobiegli na skargę. I nie wzywaliby do publicznej rury (znajdującej się przecież ponoć w drodze, a nie w budynku) gazowni ani hydraulika na własną rękę. Od tego jest administracja/spółdzielnia, lub urząd miasta.

Powiecie pewnie, że się czepiam, ale dla mnie to chleb powszedni i brak tego elementu w opowiadaniu dotyczącym takiej a nie innej nieruchomości podważa mi jego wiarygodność. A wystarczyłoby jedno zdanie, że administracja kazała im spadać na bambus, bo głupotami się nie zajmuje. Ot, polska rzeczywistość, bardziej niż wiarygodna. XD

 

Poza tym... osiedle, które składa się z jednego bloku? Nawet dużego? Trudno mi określić, jak to jest w niektórych miastach, ale wydaje mi się, że osiedle to raczej skupisko budynków, a nie tylko jeden.

 

„Klaudia z łatwością rozpoznała z daleka krępą postać emerytowanej nauczycielki i nieco garbatą, pociągłą sylwetkę ciecia.” - „Pociągły” to raczej epitet określający twarz, do sylwetki jakoś mi nie pasuje.

 

„Wymieszałem go z przyjaciółmi przed chwilą, mamy tego dwieście litrów.” - To brzmi jak, jakby do cementu dodał przyjaciół, lol. Raczej: „Wraz z przyjaciółmi wymieszaliśmy go przed chwilą...”

 

Tyle. Zakończenie osłabia znacznie efekt... ale i tak jest fajnie.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Aaa, jeszcze jedno - nie podoba mi się tytuł. ; P Pal licho estetykę, ale jakoś taki mało po polsku mi się wydaje. Raczej nie wydobywa się rzeczy "z głębokości", tylko "z głębi" chyba... a jeśli z głębokości to konkretnie z jakiej, np. z 300 metrów.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ja daję sześć, bo to moje klimaty. Znakomicie udało ci się oddać wzrastające napięcie, zróżnicowanie reakcji ludzi i poprzez to wzbudzenie grozy.Nie przestrachu, a właśnie grozy. To niezwykła sztuka.  Natychmiast przyszedł mi na myśl mistrz Lovecraft. Stylistycznie zgrabny , solidny tekst. Naprawdę bardzo mi się podobał. Od początku do końca kapitalny.Pzdr.

Dzięki wszystkim za krytyczne uwagi. Powyrzucałem trochę zaimków, pozmieniałem niektóre zdania, jedno czy dwa dopisałem (mówisz-masz, joseheim :)). Zakończenia nie zmieniłem - to właściwie pierwsza scena, jaką sobie wyobraziłem, gdy przymierzałem się do tej historii, i choć może się Wam nie podobać, musi zostać.


@emilhoff - raczej "w" niż "u" administracji (marudzi, marudzi...), ale tak czy owak dziękuję. ; ]

Myślę, że masz pióro w kieszeni. ^.^

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Tak zwany klimat opowiadanie ma, ale nie porywa. Jednoblokowe osiedle? --- że spytam za joseheim. Nic nie jeździ po ulicy? Sto kilometrów do miasta? W pobliżu jest szkoła --- młodzież nie zauważa, nie słyszy, nie interesuje się dziurą? Brakuje tła. Telewizja, dziennikarze, gapie oblegliby osiedle już po pierwszej emisji tajemniczego światła, wydaje mi się chyba nie bezpodstawnie...
Na bohaterów wybiera się od jednej do kilku osób --- zgoda. Ale nie zawiesza się ich w próżni, gdy akcję lokuje się w dzisiejszych czasach, w mieście, w miejscach publicznych, ogólnodostępnych. Kilka zdań więcej uratowało by sprawę...
(...) Tomasz Olek, nauczyciel w pobliskim liceum (język polski). - (...) - podsunęła Euforia Adamek, emerytowana już nauczycielka we wspomnianym liceum (matematyka).
W przypadku innych osób poradziłeś sobie bez tych paskudnych wstawek w nawiasach.

Zarzut dziwacznego osiedla się powtarza, to odpowiem: chciałem wytworzyć poczucie izolacji, stąd jeden blok (ale ułożony w podkowę, co tworzy rodzaj zamkniętej przestrzeni), jedna ulica po której nic nie jeździ, znaczne oddalenie lokacji od innych stref zamieszkania. Szkoła jest (bo to jednak nie pustynia), ale najwyraźniej nie w pobliżu.

To prawda, ciekawie byłoby opisać w sposób rzetelny i konsekwentny reakcje ludzi i instytucji z całego miasta (a może i kraju, po interwencji mediów) na dziwne zjawiska zachodzące na opisywanym osiedlu, ale tekst zrobiłby się od tego zbyt rozbudowany, wielowątkowy, za długi - a celem opowiadania jest jednak zaaplikowanie kilku scen "w pigułce". Stąd to moje dążenie do odizolowania całej akcji od świata tam, gdzie to możliwe (może i nie najzręczniej zrealizowane).

Te nawiasy to z kolei tylko zabawa narracją, urozmaicenie. Nie są paskudne, lecz zadziorne i rozbrykane.

Zadziorne i rozbrykane zabawy narracją nie pasują do tekstu o takim charakterze. W czymś lekkim, z przymrużeniem oka --- dałyby się strawić. Nawiasem --- lepiej w ogóle unikać nawiasowych wstawek... Łamią tekst.
Wybacz, ale:
Twoja odpowiedź: Szkoła jest (bo to jednak nie pustynia), ale najwyraźniej nie w pobliżu.
Tekst: (...) Tomasz Olek, nauczyciel w pobliskim liceum (język polski).

"Nie są paskudne, lecz zadziorne i rozbrykane."
Oj, nie lubię tego robić, ale czasami jednak trzeba.
Hmm... Człowiek publikuje na tym serwisie (tudzież w podobnych miejscach) po to, żeby poznać reakcje i opinie czytelników. Zwyczajnie nie można powiedzieć komuś, że coś jest takie a nie inne, bo każdy odbierze to inaczej.
Zatem mówienie Adamowi, że wstawki w nawiasach nie są paskudne, tylko "zadziorne i rozbrykane", nie ma racji bytu, bo Adam nadal będzie je uważał za paskudne. Bez urazy, oczywiście, ale na tym polega specyfika tej strony.
Cokolwiek autor miał na myśli, zwyczajnie nie może forsować tego na odbiorców komentarzem, jeśli nie zdołał przekazać zamierzonego sensu w tekście. Ok?

Pomijając fakt, że Adam ma rację z tym brakiem reakcji kogokolwiek z zewnątrz... Ale dopóki tego nie napisał wprost aż tak mnie to nie dziabnęło, więc... przypuszczam że wielu innych ludzi też może nie dziabnąć. Bo nadal czyta się dobrze, a nikt nie jest doskonały. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

*na odbiorcach, nie odbiorców, rzecz jasna...

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No fakt, co do szkoły to już moje niefortunne sformułowanie. Nie kłóćmy się o to, ile to jest "w pobliżu" i co oznacza "pobliskie". Myśl wyrażona wcześniej pozostaje aktualna: miejsce akcji jest z rozmysłem odizolowane, czego zmiana wymagałaby dopisania paru obszernych scen bez wyraźnej korzyści dla toku akcji. Stąd brak dziatwy szkolnej, służb miejskich i ogólnie społecznego tła wydarzeń.

To nie urok tej strony, ale ogólna prawidłowość. Nie tylko przeze mnie i nie tylko raz zostało wyrażone zdanie, że tak jak Autor(ka) jest bogiem dla swojego świata i postaci, tak czytelnik jest ostatnią instancją, ferującą wyroki bez prawa apelacji. Jak to rozumieć? Na pewno nie tak, że właśnie ja i tylko ja mam rację. Każdy czytelnik z osobna ma swoją rację, którą inni mogą podzielać --- całościowo lub częściowo --- albo odrzucać.
Mi brakuje tła, dziwi zawieszenie w pustce. Innym nie brakuje. No i OK, zgłosiliśmy uwagi, Autor niech je czyta, myśli nad nimi, odrzuci, zaakceptuje, przedstawi swoje racje --- na tym ta gra, w której wszyscy możemy uważać się za wygrywających, bo coś innego, nowego do nas dociera, polega.

No to jeszcze tylko dopiszę, że wydźwięk zadziornych i rozbrykanych nawiasów miał być wyłącznie humorystyczny. Jakżem niezręczny!

To ja będę złym człowiekiem i powiem, że nie doczytałam. Próbowałam, nawet kilka razy, ale nie wyszło. Wiadomo, nie doczytałam, nie oceniam.

Przeczytałem jeszcze raz i dalej podoba mi się jak cholera.Nie chcę wpadać w sidła machiny czepialstwa. Albo tekst akceptuję i konsumuję albo duszę się i zwracam. Jestem zdumiony zdolnością autora do konstrukcji tak misternej siatki powiązań. Ten blok przypomina najczarniejszy zamek, w którym straszy nawet odpadający tynk. Był tu kiedyś taki szort na ten temat. Ośmieliłem się odezwać, żeby trochę głębiej umotywować moją ocenę.I tak...


Tytuł? Fajny... To do nas należy zadanie wyboru interpretacji, co też piszący miał na myśli? Tytuł może być celowo weird i ponieważ jednak nie został zmieniony  podczas edycji, podbudowuje tezę istnienia – niedopowiedzenia.  Coś jak  Podskórze, Rozzgrzyt,  Rozcieńczenie, Przełamanie, Nierozcięcie – wiem, trochę nie gramatycznie, chciałem tylko oddać moją percepcję Zgłębokości – celowo razem. Powyższy teskt  jest dla mnie tworem grozy. W takiej konwencji niczego nie trzeba wyjaśniać. Wszystko może pozostać niedopowiedziane. Suspence, thrill - pobudzenie niepokoju, obawy przed niespełnionym, niedokończonym mogącym się ponownie ukazać i zagrozić. Pojedyńczy blok, stojący obok wysypiska śmieci, opuszczonej fabryki? Widziałem takie na Sląsku, budowano je za komuny i nazywano osiedlem pomimo, że było takim tylko z nazwy. Blok przyzakładowy, socjalny.  Był koło takiego lasek, gdzie zamiast kapeluszy grzybów można  było znaleźć w słoneczny dzień złote kapsle po piwie.Brak dzieci? A może ten podskórny blask  jak WIFI działa na narządy dzieciobójczo. Może już te urodzone topią się w kałużach, dławią błotem albo krztuszą za głęboko wciągniętymi smoczkami?  Szczerze..Uwielbiam tego rodzaju teksty, bo aż do ostatecznych limitów rozbudzają moją wyobraźnię.Pozdro

Z jednej strony, moja natura inżyniera - chemika nie lubi niedpowiedzeń i lubi, jeśli wszystko składa się w całość. Z drugiej strony, drzemiący we mnie pisarz - amator na tego typu "suspens" składa palce w pięść i unosi kciuk.
Na początku bałem się, że tekst nie przypadnie mi do gustu. Osadzenie go w takich bardzo zwykłych, blokowych realiach dawało wszelkie powody, aby sądzić, że fabuła będzie o niczym. Bo tak najczęściej jest. Ze zdumienie stwierdziłem jednak, że czytanie tego tekstu po prostu mnie wciągnęło.
Z mojej strony zatem duży plus i pokorne ukłony.
5/6 

A wystarczyłoby jedno zdanie, że administracja kazała im spadać na bambus, bo głupotami się nie zajmuje. Ot, polska rzeczywistość, bardziej niż wiarygodna. XD
joseheim
dementuje! u mnie administracja leży odłogiem. od roku cieknie rura, przyszli, powiedzieli że zepsute, poszli. serio.

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Poza tym... osiedle, które składa się z jednego bloku? Nawet dużego? Trudno mi określić, jak to jest w niektórych miastach, ale wydaje mi się, że osiedle to raczej skupisko budynków, a nie tylko jeden.
Superjednostka w Katowicach jest odrębnym bytem administracyjnym. To taki wielki blok właśnie. 

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

@Russ: "u mnie administracja leży odłogiem. od roku cieknie rura, przyszli, powiedzieli że zepsute, poszli. serio."
No ja wiem, stąd uwaga o słodkiej polskiej rzeczywistości. ; P Ale z drugiej strony administracja może nic nie zrobić, ale przynajmniej zawsze masz się komu poskarżyć. ; P

Przyznam jednak, że niestety praca działu technicznego w mojej jednostce rzeczywiście pozostawia sporo do życzenia. Na przykład życzenia sobie wymiany składu osobowego owego działu... ; /

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Opowiadanie mi się podobało; a z drugiej strony zgadzam się ze wszystkimi zarzutami. No i jak to ocenić?
Jeżeli potraktować to jako debiut, to małe niedociągnięcia są do wybaczenia; o ile autor wyciagnie z nich naukę na przyszłość.
Poczekam więc na następne prace emihoff.

@TomaszMaj
Mówisz o piurkowcu :P,heh. 

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

O piórkowcu.....
Sorry Russ, trochę mi zajęło zanim zajarzyłem o czym piszesz. Masz rację, autor nie jest już debiutantem i ma piórko w swoim dorobku. No to rzeczywiscie mógłby bardziej przemyśleć fabułę i poprawić niedociągnięcia.
Mnie najbardziej dziwią:
- osiedle składające się tylko z trzech połączonych bloków
- dziwne odosobnienie tego 'osiedla'; tak jakby ktoś wybudował bloki w szczerym polu kilometry od innych zabudowań. Bezsens.
- blok jest wielki, a w fabule występuje tylko kilkoro mieszkańców. Rozumiem, że to na nich koncentruje się akcja, ale na takim zebraniu mieszkańców nie powinno być tylko kilkoro osób ( które z łatwością można obdzielić jednym sernikiem). Porównaj sobie do kultowego "Alternatywy 4". Tam też jest grupka głównych bohaterów, ale za ich plecami pojawia się ileśtam stażystów robiacych za tłum.
 A i tak podoba mi się pomysł. Kojarzy mi się właśnie z "Alternatywy 4" i z "Innymi" (przez tą dziwną izolację od reszty świata). Szkoda, że niedopracowany logicznie.
Jeśli tak się sprawy mają, to oceniam. 4

Aż ciary mnie przeszły :) Fajne fajne, tak trochę pod Lovecrafta  mi podpada, ale w pozytywnym sensie :) 

www.herbatkauheleny.pl

Mnie też się podobało. Nie jest jakieś rewelacyjne, ale też i ja nie jestem żadnym konserem grozy. Muszę jednak przyznać, że klimat jest i narastające napięcie też. To jest dobrze. Z drugiej strony muszę z przykrością podpisać się pod zarzutami odnośnie świata przedstawionego. Ja też miałem wrażenie, że osiedle leży na pustyni w sercu miasta. Kiedy próbowałem sobie zwizualizować to blokowisko, dookoła była pustka, nic, czym możnaby wypełnić tło. Null. To jest błąd. Dlatego tylko 4.

Gęsty klimat jak najbardziej obecny :) Jedyne, czego mi brakowało, to jakieś ryjące głowę wyjaśnienie, z czym do diaska bohaterowie mieli do czynienia, chociaż z drugiej strony... Właśnie to mogłoby zabić całą historię. Z niecierpliwością czekam na więcej tekstów :P

Nowa Fantastyka