- Opowiadanie: Jafieli - Trzecia Sztuka

Trzecia Sztuka

Tekst: Aeli

//edycja: Poprawiłam dwukropki – dziękuję ślicznie za radę.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Trzecia Sztuka

Miarowe uderzenia zegara odmierzały czas do godziny policyjnej. Czwarte, piąte, szóste – siedzący za ladą aptekarz liczył w myślach – siódme.

Z zewnątrz dobiegały okrzyki, towarzyszące zamykaniu Bramy Łaziennej. Dalej, na Starym Mieście, ostatni robotnicy montujący wokół figury Kopernika napędzany parą układ słoneczny, pospiesznie zbierali się do domów.

Przełom kopernikowski rozpoczął koniec jednej z trzech sztuk tajemnych. Stopniowo natchnionych astrologów zastępowali racjonalni astronomowie, aż w końcu nikt nie mówił o czytaniu z gwiazd za to wielu – o zdobywaniu planet. Cesarz Eugène de Beauharnais Bonaparte wyznaczył w zeszłym roku nagrodę tysiąca franków dla wynalazcy, który przedstawi mu projekt sterowca zdolnego do lotu na księżyc. Panujący od piętnastu lat następca Napoleona nie stracił nic z ambicji swojego poprzednika.

Grzegorz Zielca machinalnie przerzucił stronę w leżącej na kolanach książce.

Z kolei jeśli chodziło o magię, związana z nią wiedza i ludzie spłonęli w czasie świętej inkwizycji. Pozostawała kwestia…

Cichy dzwonek obwieścił pojawienie się intruza. Aptekarz wzdrygnął się zdumiony i zacisnął palce na kolbie ukrytego pod ladą rewolweru.

Za ścianą z cichym sykiem pracował zespół maszyn destylujących – najnowocześniejszy jeśli nie w całym Księstwie Warszawskim, to przynajmniej w Toruniu. Produkty uboczne procesu – pachnący ziołami dym oraz para wodna zasnuwały wszystkie pomieszczenia. Wszechobecna, mleczna mgła i gorąco zaskoczyły nieznajomego. Zachwiał się i zakrztusił pierwszym haustem parnego powietrza.

– Alchemik Hraban? – szepnął w końcu, opanowując kaszel.

Nerwowo poprawił okulary, niemal gubiąc przy tym piastowane naręcze zapisanych kartek. W watowanym surducie i przykrótkich pantalonach wyglądał jak figura żywcem wyciągnięta z dziecięcych wspomnień Grzegorza. Może tylko brązowy materiał był zbyt wytarty, a jego właściciel wychudzony. Poza tym aptekarz nigdzie nie mógł dostrzec nieodzownego w tamtych czasach, wysokiego cylindra.

Wstał, cofając dłoń od rewolweru i odkładając książkę na ladę.

– Zależy, kto pyta – rzucił cichą odpowiedź.

– Tytus Maciejewicz. – Chłopak zawahał się, jednak po chwili kontynuował. – Jestem inżynierem. Potrzebuję pomocy. – Ożywił się, na ciemnym blacie zaczął bez pytania rozkładać notatki. – Mam ogólny projekt, ale utknąłem w martwym punkcie. Tu są moje obliczenia, oczywiście pewnie niektóre będą niezrozumiałe, ale w razie kłopotów, postaram się przybliżyć. Wszystko wskazuje na to, że brakuje tylko…

– Był pan z tym u lekarza? – Grzegorz zapytał z naciskiem. Odsunął na bok rozkładane przed nim papiery.

– Słucham? – Zaskoczony inżynier podniósł wzrok, upuszczając jednocześnie kilka kartek.

Grzegorz schylił się i zebrał te, które spadły po jego stronie lady.

– To jest apteka, posiadam tylko podstawową wiedzę medyczną. Możliwe, że pana przypadek wymaga wizyty u specjalisty. Kiedy otrzyma pan stosowny zapis, będę mógł sporządzić na jego podstawie odpowiednie leki.

W pomieszczeniu przez długą chwilę panowała napięta cisza. Grzegorz omiótł wzrokiem rozłożone przed nim, pokryte drobnym pismem, strukturami schematów i szkicami kartki. Poprawił monokl na lewym oku i sięgnął po stronę przedstawiającą skomplikowany projekt urządzenia. Na górze widniał napis „Napęd Spalinowy".

– Powiedziano mi, że znajdę tutaj alchemika. – Wynalazca po raz pierwszy podejrzliwie przyjrzał się stojącemu za ladą mężczyźnie.

Mógł mieć ponad trzydzieści lat, chociaż bez wąsów, brody i baków wyglądał młodziej. Lniana wypuszczona na spodnie koszula pasowała do potarganych włosów, związanych niedbale na karku, ale nie do ozdobnego monokla na złotym łańcuszku.

Inżynier rozejrzał się nerwowo po pomieszczeniu. Byli sami, jednak jego uwagę przykuły zamknięte drzwi, za plecami aptekarza. Wziął głęboki oddech i ponownie utkwił wzrok w mężczyźnie, który zdążył już pozbierać wszystkie jego notatki w jeden plik i teraz trzymał je przed sobą..

– Nie wiem, kto mógłby powiedzieć panu coś takiego – odpowiedział spokojnie aptekarz.

– Jestem pewien, że dobrze trafiłem – stwierdził z uporem chłopak, jednocześnie kładąc dłoń na stercie trzymanych przez Grzegorza papierów. – Słyszałem, że alchemik Hraban posiada recepturę najskuteczniejszej mieszanki na ból głowy. Cena nie gra roli! Zostały mi już tylko ostatnie kalkulacje, a zupełnie nie mogę się skupić! – Popchnął plik kartek w dół tak, że wypadły z trzymających je dłoni i z cichym trzaskiem wylądowały z powrotem na ladzie. – W tej chwili nie wiem nawet, z której strony powinienem puścić komin!

Oszołomiony aptekarz wpatrywał się w klienta. Przez chwilę przeszło mu przez myśl, że popada w paranoję, a wynalazcy rzeczywiście zależy tylko na leku. Ale nie, wyraźnie słyszał imię Hraban. Sposób, w jaki chłopak przyciskał do blatu notatki i obrzucał go wyczekującym spojrzeniem, także potwierdzały, że jeszcze nie zwariował. Nerwowo poprawił monokl i chrząknął.

– Nie jestem alchemikiem – stwierdził – ale być może mam coś takiego. – Sięgnął pod ladę i na oślep wyjął jedną z zakorkowanych buteleczek. – Proszę wypić całość, a potem położyć się spać. Rano nie powinno panu nic więcej dolegać. To będzie piętnaście centymów.

Wynalazca wahał się przez chwilę, jednak w końcu przesunął notatki na sam wewnętrzny skraj blatu i odebrał buteleczkę z jasnozielonym płynem. Wyjął z kieszeni garść monet i położył je na ladzie, obok papierów.

– Przyjdę za klika dni – zamilkł na chwilę – po nową porcję. – Nagle obrócił się na pięcie i niemal biegiem wypadł z apteki.

Dzwonek przy drzwiach dźwięczał jeszcze, kiedy na ulicy przebrzmiało echo pospiesznych kroków. Grzegorz z westchnieniem opadł na krzesło, wyjął monokl z oka i lekko drżącą dłonią przetarł powieki. Nie musiał długo czekać, nim dźwięk dzwonka rozległ się ponownie.

– Masz więcej imion niż nasi najlepsi ludzie. – Ubrany w granatowy mundur mężczyzna uśmiechał się krzywo, podchodząc do lady. – Poprzedni pytał o Dedericka, a dwóch wcześniejszych o Archimbalda jeśli mnie pamięć nie myli. – Podniósł leżący na ladzie plik notatek, przekartkował je od niechcenia. – Jeszcze ci się nie mylą?

– Na każde mam taką samą odpowiedź, więc to bez znaczenia. Poza tym myślałem, że to naszemu wywiadowi powinienem podziękować, za inwencję przy rozsiewaniu plotek. – Grzegorz z niechęcią spojrzał na pozornie pochłoniętego przeglądaniem zapisków mężczyznę.

– To ciekawe – stwierdził wojskowy, nie odrywając wzroku od jednego ze szkiców. – Bo mnie przyszło do głowy, że może, ale to tylko i wyłącznie może przysyła ich do ciebie któryś z tych szczurów. Swoją drogą Tytus, co to w ogóle za imię? Mógł wymyślić coś bardziej wiarygodnego – mruknął, pakując dokumenty do przewieszonej przez ramię sakwy.

Grzegorz drgnął pod wpływem słów koordynatora stołecznej komórki wywiadu.

Na jesieni 1816 roku, kiedy stało się jasne, że Napoleon nie zamierza spełnić obietnic związanych z odbudową Rzeczpospolitej, rozpoczęła swoją działalność mała grupa ludzi przeciwnych polityce cesarza. Stworzyli tajną organizację działającą pod nazwą Polski Podziemnej. W ciągu niespełna czterdziestu lat jej struktura rozrosła się i coraz ciężej było określić granice, gdzie nie dotarł żaden ze szczurów. O ile w ogóle pozostały jakieś granice. Zwłaszcza w Toruniu, który od 1809 stanowił stolicę Księstwa Warszawskiego, a zarazem jedno z jego lepiej ufortyfikowanych miast – szczury i żaby wymieszały się pomiędzy sobą, pod maskami ludzi.

– Jestem jak zwykle zobowiązany. – Mundurowy uśmiechnął brzydko i poklepał Grzegorza po ramieniu. – To kawał dobrych dowodów na wywrotowe działanie tego durnia. Co to w ogóle za brednie, teraz, kiedy mamy wiek pary, żeby chwytać się alchemii, naprawdę śmieszne, nie sądzisz? Bo przecież nie muszę ci przypominać, że ta twoja bezcenna sztuka jest nielegalna?

– Mam licencję na prowadzenie apteki. – Grzegorz wzruszył ramionami. – Aktualną.

– Oczywiście, z moim podpisem. – Mężczyzna skierował się do drzwi i zatrzasnął je za sobą.

Podmuch zachwiał płomieniami stojących na ladzie świec. Grzegorz z trudem zmusił się do rozluźnienia kurczowo zaciśniętych na książce palców. Wstał i z wystudiowanym spokojem zaczął przygotowywać aptekę do zamknięcia. Odłożył na półki słoiczki z maściami, które interesowały poprzedniego klienta, przetarł drewniany blat i zamiótł podłogę, na okna zaciągnął grube zasłony. W końcu zaryglował drzwi i zdmuchnął świece. Jego cały z trudem zachowywany spokój ulotnił się momentalnie, kiedy tylko pomieszczenie okryła ciemność. Aptekarz błyskawicznie opadł na podłogę i oparł się plecami o ladę, na oślep sięgnął po rewolwer. Bardziej niż jednostajny syk pary w pomieszczeniu obok, ogłuszało go przyspieszone bicie własnego serca. Jednak na ulicy panowała cisza. Żadnych kroków.

Po jakimś czasie odetchnął z ulgą. Dźwignął się na kolana, jednak nadal nie miał odwagi zapalać świec.

Ze skrytki w podłodze wyjął trzy małe buteleczki, rozpoznając pod palcami charakterystyczne zdobienia wybrał dwie i zmieszał ich zawartość – niemal widział, jak jasnozielony płyn po dodaniu fioletowego zmienia kolor na szkarłatną czerwień. Otworzył małą klapkę w bocznej części lady i wlał zawartość butelki do miedzianego kanaliku. Minęło kilkanaście sekund, nim zachodząca w zbiorniku trzy metry poniżej reakcja wprawiła w ruch mechanizm. Z otwartego przejścia buchnęły kłęby pary. Grzegorz przecisnął się przez wąski otwór w wewnętrznej części lady i zsunął po drabinie na niższy poziom. Niemal natychmiast, kiedy dotknął stopami kamiennej posadzki, na jego ramionach zacisnęły się kobiece dłonie, a ust dotknęły spękane wargi. Justyna odsunęła się szybko i łapiąc go za rękę, pociągnęła w głąb pomieszczenia. Płomienie świec rzucały migotliwe światło na rozległe laboratorium alchemika. Ich odbicia tańczyły w szklanych fiolkach, słojach z eksponatami i składnikami, miedzianych elementach mechanizmów.

– Chodź, natychmiast, czemu to trwało tak długo! Słyszałam wszystko, musisz się ukryć! – Zanim Grzegorz zdążyłby zaprotestować, zarzuciła mu na ramiona kortowy płaszcz i wcisnęła cylinder na głowę.

Alchemik zatrzymał się gwałtownie.

– Oszalałaś?! Nie mogę wszystkiego tak zostawić! Co z panaceum? Nie możemy użyć proszku, bez eliksiru życia to samobójstwo. Będzie jak po tamtym wypadku w Azji, epidemia znowu obejmie całą Europę, nie zapanujemy nad nią!

– Jeśli cię zabiją, w ogóle nie będzie Panaceum! Tylko ty znasz recepturę!

Justyna miała rację. Ze wszystkich alchemików wspierających Polskę Podziemną, tylko Grzegorz posiadał proszek filozofów – prawdziwe źródło „czarnej śmierci", oraz doskonaloną przez stulecia recepturę Panaceum. Po ostatnich modyfikacjach, na które wpadł przed pięcioma laty, eliksir życia był w końcu na dobrej drodze, żeby pojawić się na świecie akurat teraz, kiedy najbardziej go potrzebowali. Miniaturowa, kontrolowana epidemia pozwoliłaby na przejęcie Torunia przy minimalnych stratach ze strony powstańców, a silnie ufortyfikowane, stołeczne miasto było jednym z najważniejszych punktów strategicznych.

– Zaczekaj – szepnął, wyswobadzając dłoń z jej uścisku – masz rację, ale daj mi chwilę. – Rozejrzał się nerwowo po laboratorium.

Plan ucieczki miał opracowany już od kilku lat, razem z systemem haseł, przekazywanych przez przypadkowych, przeznaczonych do poświęcenia posłańców. Archimbald oznaczał, że Podziemie planowało jakąś wyjątkowo niebezpieczną akcję, Dederick uwagę cesarskiego wywiadu, a Hraban, kruk – śmiertelne niebezpieczeństwo. Grzegorz nie spodziewał się dostać ostatniego sygnału tak wcześnie.

Podszedł do jednego z umieszczonych pod ścianą mechanizmów i przeciągnął w dół długą dźwignię, zakończoną zdobioną gałką. Drugą, krótszą i cieńszą, pchnął w bok. Zębatki zaskoczyły niemal natychmiast, a jego uszu dobiegł szmer, towarzyszący odprowadzaniu wody z ponadtrzystulitrowej, kamiennej wnęki, wpuszczonej w podłogę pod przeciwległą ścianą.

Ubrania na zmianę wyjął ze stojącej obok skrzyni. Lnianą koszulę zastąpiła jedwabna, do tego kamizelka, frak , pantalony w kratę, buty i doklejane wąsy. Grzegorz zebrał rozrzucone przed chwilą rzeczy i razem z Justyną, w milczeniu przeszli na drugi koniec pomieszczenia.

W zagłębieniach kamienia i na sinej skórze trupa pozostały ślady substancji konserwującej. Kobieta starła ją bez słowa, wziętym z szafki ręcznikiem, potem razem wyciągnęli martwe ciało na podłogę i przebrali w poprzednie ubranie Grzegorza. Mężczyzna był podobnego wzrostu i postury co alchemik, to miało wystarczyć, nawet jeśli nie było między nimi innych podobieństw.

Nie rozmawiali nadal, kiedy pomagając sobie nawzajem wynieśli trupa na górę i w całkowitej ciemności posadzili w fotelu, stojącym w sypialni Grzegorza, obok pomieszczenia z destylatorami. Zeszli z powrotem do piwnic. Ze skrytki w ścianie alchemik wyjął i schował do kieszeni małą, metalową puszkę. W wyłożonym aksamitem wnętrzu spoczywała bezpiecznie szklana kula z proszkiem filozoficznym. Założył z powrotem zdjęte wcześniej płaszcz i cylinder.

– Nic więcej? – Justyna uparcie wpatrywała się w podłogę. Zdenerwowanie i potrzeba pośpiechu, które okazywała wcześniej, zdawały się zniknąć, zastąpione smutną rezygnacją. Panujące w pomieszczeniu gorąco przylepiło jej jasne, lekko rozczochrane włosy do policzków i karku.

Alchemik pokręcił głową. W skupieniu odliczał krople gęstego płynu, spływające z trzymanej przez niego fiolki do miedzianego lejka, ukrytego wcześniej pod jednym z kamieni posadzki. Piąta, szósta, siódma. Poderwał się na nogi.

Teraz, biegiem! – krzyknął, łapiąc Justynę za rękę i ciągnąc w kierunku tunelu prowadzącego dalej w labirynt piwnic.

Kiedy rozległa się pierwsza eksplozja, stali już bezpiecznie na Bulwarze Filadelfijskim. Potężny wybuch wstrząsnął murami stolicy, a zaraz po nim nastąpiła seria kolejnych. Płomienie ogarnęły sąsiednie budynki. Niespodziewanie, wraz z kolejną eksplozją Brama Łazienna zachwiała się w posadzie i runęła z hukiem, pośród ognia, kurzu i kłębów gryzącego dymu. W powstałym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi na parę młodych ludzi pospiesznie zdążających w kierunku Żurawia portowego.

Grzegorz nerwowo sięgnął do oka i zaklął. Stary monokl w złotej oprawce, jeden z jego pierwszych eksperymentów z proszkiem filozoficznym został w aptece, wpięty jak zawsze w kołnierzyk białej koszuli.

 

 

Koniec

Komentarze

" Produkt uboczny procesu - pachnący ziołami dym, wraz z parą wodną zasnuwały wszystkie pomieszczenia" - "produkty uboczne", gdyż - jakby nie patrzeć - były dwa.
"- Tytus Maciejewicz. - Chłopak zawahał się, jednak po chwili kontynuował: - Jestem inżynierem. Potrzebuję pomocy. - Ożywił się, na ciemnym blacie zaczął bez pytania rozkładać notatki: -. Mam ogólny projekt, ale utknąłem w martwym punkcie." - po pierwsze, nie lubię podwójnych wtrąceń. Polecałbym ich unikać. Po drugie, ": -." to bardziej emotikona, niż pasujący do sytuacji zestaw znaków interpunkcyjnych.
"Rano nie powinno panu nic więcej dolegać .To będzie piętnaście centymów." - spacja po złej stronie kropki. Tak, lubię się czepiać.

Wykryłem w tekście niewielką ilość błędów interpunkcyjnym, ale to akurat zdarza się każdym. Niemniej jednak, zapoznanie się dokładne z zasadami interpunkcji zalecałbym. Poza tym dialogi zapisane są trochę błędne. Niestety, w naszym języku obowiązują dość sztywne zasady zapisu dialogów i nie ma w nich miejsca na dwukropkowe innowacje. Polecam lekturę http://www.fantastyka.pl/10,4550.html.
Poza tym właściwie nie mam się czego przyczepić. Opowiadanie jest solidnie napisane i - poza tymi znakowymi drobnostkami - właściwie nie ma w nim błędów. Niemniej jednak, proponowałbym dokładne przeglądanie własnych tekstów przed publikacją, żeby uniknąć tych małych technicznych chochlików.
Fabularnie wstrzeliłaś się w moje klimaty, więc narzekać nie mogę. No i dużo tu takiej "chemicznej alchemii" z probówkami, płynami i mechanizmami, co akurat mi bardzo się podoba. 
Ode mnie zatem czwórka (ażeby nie rozpieszczać debiutanta) i obietnica, że z chęcią przeczytam twoje kolejne teksty.

   Pomimo starań, by znaleźć coś wyraźnie dobrego, nie udała mi się ta sztuka.
   Nie tak długo po lotach braci Montgolfier zaczęto zdawać sobie sprawę z faktu, że atmosfera rozrzedza się w miarę wzrostu odległości od powierzchni Ziemi, oraz z konsekwencji tego zjawiska. Sterowiec na Księżyc? Z głową Cesarza lub jego doradców coś nie teges...
   Wszechogarniający spisek. A potem powstanie ogólnonarodowe, bohaterska klęska po wojnie częściowo bratobójczej? Bez głowy ci spiskowcy.
   Alchemia i mistrz, podpalający całe miasto. Sygnał do powstania, czy co innego? Podwójny agent --- bo przekazanie materiałów funkcjonariuszowi kontrwywiadu może na to wskazywać --- tak słabo kryty, że musi wiać w panice?
   Ale może ja zbyt krytyczny dzisiaj jestem.
 

Bardzo mi się podobało. Niby krótko, a ma jakiś swoisty styl, klimat, który sprawia, że całość czyta się z przyjemnością.

Dziekuję Wam ślicznie za komentarze i ocenę.

vyzart: Auć, au... A ja własnie próbowałam napisać te dialogi poprawnie, w gruncie rzeczy też ze stronki korzystając, tylko innej - przynajmniej dwukropki nie są moim autorskim pomysłem. Bardzo dziękuję za poprawki i link, postarałam się poprawić. Cztery brzmi jak sympatyczne, niegryzące stworzenie na zachętę, dziękuję.

AdamKB: Dziękuję w takim razie za komentarz i że jednak starałeś się znaleźć coś dobrego. Mimo wszystko jeśli pozwolisz, chciałabym wysunąć cichutko swoje argumenty. Oczywiście wdzięczna będę za jakąś reakcję na nie.
W porządku, ale czy powstania, takie historyczne i w ogóle, nie brały się właśnie z konspiracji, plus kiedy były planowane, nie miały przynieśc raczej zwycięstwa niż klęski? Poza tym, czy nie były również bratobójcze? Nie mogę zgodzić się z tym zarzutem, powstania jako takie niekoniecznie nasze narodowe, nie zawsze muszą kończyć się klęską. Poza tym, nawet przy takim założeniu, to my chyba mamy tendencję do zrywów ogólnonarodowych, niekoniecznie logicznych, więc dlaczego historyczny właściwie fakt, jest minusem w opowiadaniu bazowanym do pewnego stopnia na historii? Nie uważasz, że to coś w rodzaju hm, cechy właściwej narodowi?
Również z podpaleniem całego miasta się nie zgadzam - część płomieni zdławią gruzy a czemu reszty nie dałoby się ugasić - nawet jeśli straty byłyby znaczące lub nawet ogromne?
O sygnale do powstania wydaje mi się z kolei, że nic nie pisałam. Na czym miał polegać jego początek zaznaczyłam - więc skąd taka myśl?
I agent chyba jednak nie tak słabo kryty, skoro może w ogóle uciekać, a nie zostaje zdemaskowany? Poza tym, wykonuje tylko plan awaryjny, nie wydaje mi się, żeby koniecznie każdy spiskowiec, nawet z tych ważniejszych nigdy nie mógł zostać zdemaskowany - przecieki informacji się zdarzają.
Jednak chyba muszę przynajmniej po części zgodzić się z Tobą w kwestii sterowca - bracia Montgolfier całkowicie wylecieli mi z głowy. Co prawda gdyby to miał byc zwykły sterowiec, nie byłoby sensu dawać nagrody za "projekt" - ale w ogólnym rozrachunku myślę, że tu masz rację.
Ale jeszcze raz dziękuję, mimo wszystko kopnąłeś mnie do pomyślenia jeszcze raz nad tekstem i motywami.

   Odpuść sterowiec, jakim by nie miał być, bo ani areostat, ani areodyna nie wzlecą ponad atmosferę, zainteresuj się technikami rakietowymi, bo znano już i stosowano w celach wojskowych prymitywne rakietki. William Congreve naprowadzi Cię na trop.
   Kryty nie kryty, podwójny czy nie, o agenta nie ma co się spierać. Miałaś koncepcję, ja tejże nie umiałem odczytać w pełni, być może dlatego, że czegoś, dla siebie oczywistego, nie napisałaś --- częsty przypadek.
   Powstania to temat do długiej dyskusji. Oraz bolesny. Patriotyczny zryw, kamienie na szaniec, do ostatniej kropli, i tak dalej. Krótko: powstanie powinno mieć szanse, realne, na sukces. Inaczej pozostanie zbędną ofiarą z ludzi. Porównaj powstanie warszawskie i praskie... Cesarz trzęsie całą Europą --- kto zadrze z potęgą Francji i jej ścisłych sojuszników, lenników, tylko dlatego, że garstka romantyków chwyciła za szabelki? Gdyby to był spisek paneuropejski, zachęcałbym do rozwinięcia. Tylko polski --- zachęcam do przemyślenia i urealnienia...

Podrzucasz różne ciekawe wątki, a potem ich nie zamykasz – sterowiec (fakt, że bez szans na realizację), spisek, sprawa polska… A czekałam z ciekawością na rozstrzygnięcia.

Apteka urządzona ciekawie, fajne opisy.

jego uszu dobiegł szmer, towarzyszący wypuszczaniu wody z ponad trzystu litrowej, kamiennej wnęki, wpuszczonej w podłogę pod przeciwległą ścianą.

Ponadtrzystulitrowej. Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Dziękuję ślicznie za komentarz! Już poprawiam, co jest do poprawienia.

 

Cieszę się ogromnie, że podrzucone wątki Cię zainteresowały. Sporym problemem tego tekstu od początku było to, że pisałam go z odgórnie narzuconym limitem znaków (5k!) – i tak, nie zmieściłam się jak widać ; D Starałam się umieścić motywy, które mogą przyciągnąć “czytelnika”, mimo, że nie miałam szans na ich rozwinięcie – przynajmniej nie w tym opowiadaniu. Może kiedyś? Zawsze zostaje mi jakiś sentyment do raz zarysowanego świata ; D

 

/Aeli

Jeśli to był debiut, to, poza wskazanymi usterkami, całkiem nieźle wypadł, a nawet pozostawił chęć, by rzecz potoczyła się dalej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A czemu takie nieskończone?

Czytało się dobrze :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka