- Opowiadanie: RogerRedeye - White Creek

White Creek

Jako ilustrację wykorzystałem zdjęcie, wykonane na polu bitwy pod Gettysburgiem  - największego starcia wojny secesyjnej. John Stuart, jeden z bohaterów opowieści, brał udział w tej krwawej wojnie domowej - dla niego walki o wolność.  

W listopadzie 2013 r. opowiadanie opublikował portal "Herbatka u Heleny".

W stosunku do pierwowzoru, zamieszczonego na starej stronie "Fantastyka.pl" nieznacznie rozszerzyłem tekst.   

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Marianna, podstuwak, regulatorzy

Oceny

White Creek

 

– Nazywam się Hawkes. Długo będzie pan gościł u nas?

Miejscowy kowal podrapał się po nosie. Duża tablica na ścianie kuźni obwieszczała, że w jego stajni można zostawiać konie i muły.

 – Jestem John Stuart. Wyjadę jutro, może pojutrze – ze znużeniem odpowiedział Stuart.  

Stuart czuł zmęczenie wszystkich mięśni. Ocierając pot z czoła, zdał sobie sprawę, jak bardzo jest utrudzony długą drogą, codziennym wyskrobywaniem z patelni fasoli z boczkiem i spaniem z głową na siodle. Może najbardziej męczył go kurz, od świtu do wieczora wciskający się na szlaku do gardła. I upał, powodujący ból skroni. Od wczoraj zaczęła go boleć lewa noga, przypominając, że rok temu oberwał w nią kilkunastoma grubymi śrucinami. 

– Właściwie za dwa dni – zadecydował Stuart. – Muszę się porządnie wymyć, wyspać i uczciwie najeść.

Do tej pory nigdy nie zatrzymywał się w White Creek. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek przejeżdżał przez tę mieścinę. White Creek wyglądało na spokojne i senne miasteczko, mogące zapewnić wszystko, czego potrzebował. Na pewno mieszkańcy mieli hotel, saloon i jadłodajnię. W garkuchni w końcu zjadłby coś innego niż strawę, cierpliwie żutą przez ostatni tydzień.

Stuart sądził, że nawet najpodlejsze danie z kuchennego pieca będzie o niebo smaczniejsze od ciągle odgrzewanej słoniny i stęchłego chleba, popijanych mdłą, coraz bardziej lurowatą kawą.  

Musieli dysponować też miejscem, w którym mógłby się porządnie wyszorować.

– Dwadzieścia pięć centów za dzień pobytu w stajni, obojętnie, czy to koń, czy muł. – Hawkes głośno chrząknął. – W tej cenie dobry obrok, szczotkowanie zwierząt i sprawdzenie, czy nie wymagają podkucia. Za pańskiego konia i muła razem będzie jeden dolar.

Powietrze drgało, nagrzane upałem, ale mimo to z kuźni wyraźnie emanował żar. Hawkes odkuwał podkowy. Wysoki, rudy wyrostek długim drągiem poruszał skrzypiący miech, ciągle podsycając ogień w palenisku.

Kowal miał na sobie tylko cajgowe spodnie i skórzany fartuch. Co parę minut długimi szczypcami wyciągał kolejną sztabkę rozgrzanego do czerwoności żelaza, po czym uderzeniami młota spłaszczał i formował podkowę. Obrobiony metal wrzucał do wiadra z wodą.

W przerwach pomiędzy wykuciem następnej sztuki rozmawiał ze Stuartem. 

 – Dobrze. – Stuart pokiwał głową. – Niech pan je też od razu napoi.

Cena przedstawiała się zachęcająco, a stajnia wyglądała wyjątkowo porządnie.

Zsiadł z konia. Wyciągnął rękę i podał srebrną monetę Hawkesowi.

– Przerwa, Joshua! – krzyknął kowal. – Zmień wodę w cebrzyku! 

Dopiero teraz Stuart zdał sobie sprawę, jak wysokim i potężnym mężczyzną jest Hawkes.

Patrząc na Stuarta, nikt nie powiedziałby, że jest ułomkiem. Miał nieco ponad sześć stóp i cztery cale wzrostu, mocne barki i silne ramiona. Ale właściciel stajni przerastał go więcej niż o głowę. Długie ręce kowala z potężnymi bicepsami, wypukły, masywny tors, unoszący do góry skórzany kitel znamionowały niepospolitą siłę.

Słońce prażyło, ale na opalonej twarzy Hawkesa nie lśniła nawet kropla potu. Czoło i policzki znaczyła spora ilość większych i mniejszych, ciemnych wgłębień, nieprzypominających jednak śladów po ospie.

W tej kuźni wyparowało z niego wszystko oprócz krwi – pomyślał z niechęcią Stuart czując, że strużka potu ścieka mu po karku. – Opiłki żelaza naznaczyły jego twarz, pewnie już na zawsze.

Zauważył coś dziwnie niepokojącego w widoku wielkiej jak łopata dłoni Hawkesa, odbierającej należność.  Miała sześć palców.  

Stuart kaszlnął. Pierwszy raz w życiu widział człowieka o sześciu palcach dłoni. W głębi ducha musiał przyznać, że widok dwóch palców wskazujących u jednej ręki sprawiał nieco dziwne wrażenie.

Wiedział, że nie jest to jego sprawa, ale Stuart nie zastanawiał się, czy dobrze postępuje, pytając kowala o nienaturalny wygląd dłoni.

– Jak to się stało?

Wskazał ręką na palce kowala, obracające srebrną monetę.

Zaraz po tym, jak zadał to pytanie, pożałował, że to uczynił. Pomyślał, że brzmi ono tak, jakby zagadnął garbatego, dlaczego jego plecy nie są proste. Poczuł, że przenika go uczucie wstydu. 

Hawkes nie obraził się.

– Po prostu taki się urodziłem, panie Stuart. – Uśmiechnął się lekko. – Ta moja dziwna ręka często się przydaje. Sześć palców to nie to samo, co pięć.

– Pewnie tak – bąknął pod nosem Stuart, chcąc zakończyć rozmowę. – Pan to wie lepiej, Hawkes.

Chłopak obsługujący miech wolnym krokiem odprowadził konia i muła do stajni. Też imponował wzrostem, jak na swój wiek.  

– Wybudowaliście tutaj hotel?

Stuart pragnął upewnić się, czy nie popełnia pomyłki, planując dwudniowy postój.

– Mamy hotel, a niedaleko stoi piękny dom pani Wilkes, prowadzącej w nim bar. – Hawkes zaśmiał się. – Dobre u niej jedzenie. Pieczone ziemniaki z mięsem, jajecznica, pyszne ciasto. Łaźnia jest w hotelu, saloon na parterze, w tym samym budynku.

– Spokojne miejsce, więc będzie pan zadowolony, Stuart – dodał kowal, uprzedzając następne pytanie.

– To dobrze. – Przybysz pokiwał głową. – Odpocznę dzionek i pojadę dalej, nad Rio Pecos.

– Niech mi pan jedno jeszcze powie, Hawkes – dodał Stuart, chcąc wyjaśnić niezrozumiałą i dziwną dla niego sprawę. – Dlaczego wasze miasteczko nazywaliście White Creek? Nie widzę tu nawet kawałka rzeczki.

– Z drugiej strony płynie potok, a jego dno wypełniają białe kamienie. – Hawkes znowu się uśmiechnął. – Dużo ich leży też na brzegu. Domyśla się pan, że strumień nosi nazwę White Creek. Pewnie stąd wzięła się nazwa naszej osady.

– To wszystko wyjaśnia – potwierdził Stuart. – Ładna nazwa.  

Musiał jeszcze zrobić coś, o czym zapomniał. U łęku siodła konia wisiała skórzana sakwa. Przechowywał w niej przybory do golenia, lusterko, dwie koszule na zmianę, woreczek z monetami, a także akt kupna farmy nad Rio Pecos. Podręczne rzeczy nie miały wielkiej wartości, ale nie należało zostawiać w stajni pieniędzy i papierów potwierdzających własność ziemi.

– Joshua, podaj mi torbę, przywieszoną do siodła! – krzyknął w kierunku stajni.

– Robi się. Zaraz. 

Głos chłopaka z wnętrza stajni stłumiły grube ściany.  

Tyczkowaty wyrostek pojawił się w drzwiach szopy, trzymając widły w jednej ręce.

Pewnie od razu nałożył siana do żłobu – z zadowoleniem pomyślał Stuart.

W drugiej pomocnik kowala dzierżył skórzaną torbę. Wyciągnął rękę w stronę gościa.

Na twarzy młodzieniaszka, niedawno obsługującego miech, pobudzający żar palących się szczap drewna, nie widniał nawet ślad potu.

Wyjmując podręczny sakwojaż z dłoni chłopaka John Stuart spostrzegł, że też ma sześć palców u dłoni. Na gołej skórze przedramienia widniały liczne, ciemne punkty, przypominające zabliźnione już rany, spowodowane zetknięciem się z rozpalonym drutem.

Stuart pokiwał głową. Ten gest wyrażał podziękowanie, ale i milczące zdziwienie wyglądem niedorostka, nieśmiało uśmiechającego się do niego.

Musiał jeszcze o coś spytać. Pragnął wiedzieć, z jakimi ludźmi będzie się spotykał.

– Myślę, że w czasie wojny mieszkańcy White Creek opowiedzieli się po stronie Unii?

Spodziewał się tylko jednej, potwierdzającej odpowiedzi.

– Właściwie to nie opowiedzieliśmy się po żadnej stronie. – Wargi kowala drgnęły, jakby siłą woli tłumił mimowolnie rodzący się uśmiech. – Może z wyjątkiem własnej. Prawdę rzekłszy, staraliśmy się pozostać na uboczu. Nie zajmujemy się takimi sprawami.

Pierwszy raz w życiu Stuartowi ktoś otwarcie powiedział, że wojna spowodowana secesją stanów jego ojczystego Południa nie wywołała żadnego odzewu. Nigdy się z tym nie spotkał. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Hawkes mówi o kilkuletnich walkach tak obojętnie. Nawet jakby lekceważąco, jak o sprawie zupełnie nieistotnej.  

– W sumie, pewnie wybraliście najrozsądniejsze stanowisko – zauważył sucho. – Wielu ludziom uratowało życie.

– O to nam właśnie chodziło – potwierdził Hawkes, wkładając monetę do kieszeni spodni.  

Stuart uznał, że nie warto już zadawać pytań. Nie chciał być wścibski.

Uchylił stary, konfederacki kapelusz i wolnym krokiem poszedł w stronę nieodległych, pierwszych domów White Creek.

 

***

 

Stuart uważnie przyglądał się wysokiej, szczupłej kobiecie w szarej sukni, obsługującą nielicznych gości. Wczesnym popołudniem w saloonie nie zobaczył ich wielu.

Stwierdził, że pięknie się uśmiecha.

 Może jest to uśmiech przeznaczony dla wszystkich, ale i tak jest śliczny – skonstatował, sadowiąc się przy kontuarze.

Wysokie krzesło z oparciem dla rąk i wyściełanym siedziskiem okazało się rozkosznie wygodne. Rozsiadł się, czując, jak z ciała coraz szybciej spływa znużenie. Whisky w szklaneczce miała świetny smak. Kobieta, krzątająca się przy wielkim kredensie, pełnym karafek i butelek, bardzo ładna. Nieśpieszna z nią rozmowa o White Creek, przerywana układaniem przetartych kieliszków na szklanych tacach, przyjemna i niezobowiązująca, czasami akcentowana tym łagodnym, tajemniczym wygięciem pełnych warg.

Teraz jednak w skupieniu rozważał wypowiedziane przed chwilą słowa barmanki.

– Nigdy nie mieliście kłopotów z Apaczami?

Nie mógł w to uwierzyć. Wołał się upewnić.

Kobieta za lśniącą jak lustro ladą pokręciła głową.

– Mówiłam już – odpowiedziała spokojnie. – Jakoś nas omijali, nie wiadomo, dlaczego.

Miała duże, szare oczy i koronkowy, biały szal, okrywający kształtne ramiona. Nieruchoma, szczupła twarz przybierała często nieobecny wyraz zamyślenia.

 Stuart zastanawiał się, czy nie skusić się na trzecią szklaneczkę whisky.

Barmanka wybrała dla niego bardzo dobrą whisky, dla specjalnych gości. Tak ją określiła, sięgając do szafy pełnej butelek różnych kształtów. Złocisty trunek okazał się jednak wyjątkowo drogi, a John Stuart nie chciał wydawać za dużo. I tak postój w White Creek sporo go kosztował.

Jeszcze raz rozejrzał się po prawie pustym salonie. Pomyślał, że wszystko tutaj wygląda niezwykle okazałe.

Po chwili stwierdził, że nie znalazł dobrego określenia. Właściwe, uznał, panuje tu przepych.

Na ścianach wisiały wielkie lustra w grubych, srebrnych ramach. Za plecami kobiety w szarej sukni dwa kolejne zwierciadła odbijały jej szczupłą sylwetkę. Trzy wielkie, złocone żyrandole z wieloma obsadami dla świec zwisały z sufitu.

Bar lśnił czerwonawym połyskiem mahoniu, ozdób z mosiądzu i wieloelementowej intarsji. Wszystkie stoliki i krzesła wykonano z tego samego drewna, co kontuar, o który opierał łokcie. Pod jedną ze ścian stały dwa stoły do ruletki.

Stuart nie za bardzo rozumiał, dlaczego obok pianina ustawiono fortepian. Przewiezienie instrumentu musiało kosztować sporo pieniędzy.

Piękna, wyrośnięta palma w wielkiej, drewnianej skrzyni zajmowała środek pomieszczenia. Zobaczywszy ją, Stuart zaczął się zastanawiać, ile zapłacono za jej sprowadzenie. Spore podium z boku wskazywało, że właściciel pewnie zatrudnia tancerki. 

Ponownie rzucił okiem na stolik w kącie, zajmowany przez pięciu mężczyzn, grających w pokera. Wyglądali na zwykłych farmerów. Jeden z nich właśnie zagarniał spory stosik pieniędzy. Pozostali, śmiejąc się dobrodusznie, wyjmowali z portfeli kolejne banknoty.

– Wejście do gry po pięć dolarów – usłyszał głos jednego z graczy.

Stuart pomyślał, że nigdy nie zdecydowałby się zagrać o tak wysokie stawki.  

– Nalać jeszcze jedną, panie Stuart?

Kobieta za barem zachęcająco wyjęła korek z butelki.

– Proszę – zdecydował się Stuart.

Opłacił już pobyt w hotelu. W małym pomieszczeniu z tyłu budynku dokładnie wymył się w drewnianej balii, ogolił, a potem zmienił koszulę. Woda w dzbanie, dolewana podczas zmywania brudów drogi, okazała się nieco za zimna, ale Stuartowi to nie przeszkadzało – uważał ją za znacznie cieplejszą od nurtu wielu potoków, zwykłych miejsc kąpieli.  

Czuł się o wiele lepiej niż przed południem, kiedy wjeżdżał do White Creek. Przestała go nawet boleć noga, poharatana śrutem. Za pół godzinki zamierzał iść do tej pani Wilkes na pieczone ziemniaki z mięsem, wieczorem zjeść jajecznicę z boczkiem, posmakować świeżych bułek, wypić może jeszcze ze dwie szklaneczki i położyć się spać w wygodnym łóżku. Umieszczając w pokoju podręczną torbę, sprawdził, że łoże naprawdę jest miękkie i obiecuje rajski sen.

– Bardzo bogato tu u was – zauważył Stuart.

– Nie narzekamy. – Barmanka uśmiechnęła się. – Zaraz pan zobaczy i usłyszy przyczynę naszego dostatku.

Stuart, siadając przy barze, uprzejmie się przedstawił. Ciągle przestrzegał obyczajów, wpojonych mu w dzieciństwie w rodzinnej plantacji na Południu. Nie dosłyszał nazwiska kobiety w szarej sukni.  Głos zagłuszyły wtedy podniecone okrzyki pokerzystów po zakończeniu kolejnego rozdania.

Nie zamierzał zachowywać się jak natręt i niczym prostak ponownie pytać o jej imię i nazwisko.

– Czemuż zaproponowała mi pani whisky dla specjalnych gości? – zainteresował się Stuart, wolno dopijając płyn o miodowej barwie. – Nigdy tu nie gościłem, a ubieram się jak wszyscy.

– Wygląda pan na byłego szeryfa, a zatem dysponuje pieniędzmi – odpowiedziała barmanka, znowu przecierając ściereczką kieliszki. – To widać. Zamówił pan pokój na dwa dni. Nie pyta o jakieś zajęcie. Każdemu wyróżniającemu się przybyszowi proponuję taką whisky. To zwiększa zyski.

– Nie pomyślałem o tym. – Stuart zaśmiał się. – Chociaż rzeczywiście dwa razy nosiłem już srebrną gwiazdę stróża prawa.  Zatrudniałem się też u wielkich ranczerów i w agencji Pinkertona. Wiele się tam nauczyłem. Teraz jednak pracuję sam dla siebie.  

Ulicą ospale przechodziło stado ryczących krów. Stuart odwrócił głowę. Przez duże okno widział wyrośnięte, dorodne bydło o długich rogach.

Zaskakująco dorodne. Stuart nigdy jeszcze nie oglądał tylu tak dużych i tak dobrze odżywionych sztuk. Właściciel stada po ich sprzedaniu zostawał bogaczem.  

– Mówiąc o przyczynach dostatku, myślała pani o tych wspaniałych okazach rogacizny – zauważył Stuart. – Rzeczywiście, muszę przyznać, że wyglądają imponująco.

Widok za oknem przypomniał mu, że będzie musiał kupić sporo zwierząt na założenie hodowli. Wybudować dom i korral. Zdecydowanie odrzucił od siebie myśl wypicia jeszcze jednej szklaneczki. Powinien oszczędzać każdego centa.

– Wszyscy mówią, że to przez wodę w naszym potoku. – Kobieta w koronkowym szalu znowu uśmiechnęła się lekko. – Twierdzą, że jest taka, jakby to określić, po prostu pożywna. Dzięki niej wspaniale rośnie też trawa.

Stuart zastanowił się przez chwilę. Nie rozumiał, w jaki sposób woda mogła tak znacząco wpływać na wzrost i wagę krów i byków. Stado należało regularnie poić, i to wszystko. Uznał, że mógł to być dowcip, z całą powagą opowiadany przez ranczerów, chcących ukryć prawdziwe przyczyny znakomitych wyników hodowli.

Szczupła kobieta o szarych oczach i nieco nieobecnym uśmiechu po prostu powtarzała zasłyszaną historyjkę, wierząc w jej prawdziwość.

– Zaczyna się przegon krów do stacji kolejowej – dodała barmanka, opierając łokcie o lśniący kontuar. Patrzyła wprost w twarz Stuarta, nie mrużąc oczu. – Daleka droga przed nimi. Przez jakieś dwa dni kolejne stada przemierzą ulicę.

Stuart pomyślał, że kobieta w szarej sukni ma oczy równie piękne jak uśmiech.

Nie wypadało jej o tym mówić.

– Woda to bardzo ważna sprawa na ranczo. – Stuart pokiwał głową z namysłem. – Pójdę już na obiad. Ślinka mi leci na samą myśl o pieczonych ziemniakach z mięsem i kruchym cieście na deser.

Odsunął krzesło i wstał. Wiedział, że wypadło się pożegnać.  Nie chciał tak po prostu odwrócić się na pięcie i wyjść.

Może nawet – pomyślał – chcę jeszcze raz spojrzeć jej w oczy.

– Niech pan tu wejdzie, wracając. – Kobieta w szarej sukni splotła dłonie. Nadal uważnie przyglądała się Stuartowi. Nikły uśmiech niespodziewanie rozświetlił pociągłą twarz. – Postawię panu jeden albo i dwa kieliszeczki. Nikt o tym się nie dowie. Dobrze się z panem rozmawia. Możemy jeszcze potem chwilę pogawędzić.

Odłożyła ściereczkę za kontuar. Kiedy ręcznikiem wycierała do sucha dłonie, Stuart zauważył na jej skórze czarne ślady. Małe punkty, podobne pacnięciom czarnej farby, nie dających się jednak zmyć. Albo podobne pozostałościom uderzeń rozgrzanych do czerwoności cząsteczek żelaza.

Przedstawiały się tak samo, jak szramy, szpecące ramiona i twarze kowala Hawkesa i jego pomocnika Joshui.

Wyglądały tylko na znacznie mniejsze.

 

***

 

 Jeszcze jeden obiecany napitek, a potem poobiednia drzemka – pomyślał Stuart, nieśpiesznie zmierzając w stronę hotelu. – Przedtem miła rozmowa. Wspaniale.

Obiad bardzo mu smakował. Pani Wilkes, starsza, milcząca kobieta, dysponowała nawet przyprawami w kryształowych flakonikach ze srebrnymi nakrętkami.

Stuart przed rozpoczęciem posiłku w zamyśleniu obracał między palcami jeden z nich. Przypominały mu nieistniejący już rodzinny dom na Południu.

Widział już wiele jadłodajni, ale napotkał pierwszą, w której oprócz soli gość mógł skorzystać z pieprzu, imbiru, curry, cynamonu i wielu innych ingrediencji. Ich nazw nawet nie znał.

Stoły i krzesła wykonano z hebanu. Stanowiły komplet, a nie zbiór przypadkowych mebli kupionych okazjonalnie. Srebrna sztućce byłyby ozdobą każdego stołu na Południu.  

Stuart pomyślał, że to wszystko jest nieco dziwne. Mieszkańcy White Creek pysznili się niezwykłą zamożnością: to rzucało się w oczy. Przyczyna ich bogactwa nie stanowiła dla Stuarta tajemnicy. Portfele farmerów puchły z każdą sprzedaną sztuką bydła. Nie rozumiał tylko, dlaczego właśnie tutaj, w White Creek, tak znakomicie udaje się hodowla krów i byków.

Wzruszył ramionami. Doszedł do wniosku, że nie powinien się tym interesować. Pojutrze rano wyruszy w dalszą drogę nad Rio Pecos, a wspomnienia z White Creek szybko zblakną w jego pamięci.  

Kolejne stado długorogich zwierząt przemierzało ulicę. Wielkie krowy ryczały przeraźliwie, jakby przeczuwały czekającą je długą drogę i nieuchronny kres żywota w rzeźni. 

Człowiek, stojący teraz za barem saloonu, miał łysą głowę i sumiaste, rudawe wąsy. Równie wysoki jak kowal Hawkes, imponował jeszcze mocniejszą budową ciała.

Stuart z niechęcią pomyślał, ze chyba wszyscy mieszkańcy White Creek są wielkoludami. Z rozbawieniem stwierdził, że pewnie jest to uczucie zdziwienia rosłego mężczyzny, ciągle napotykającego ludzi wyższych od siebie.

Większość stolików zajęli nowi goście. Zaczynał się poobiedni ruch.

– Nie ma już kobiety, obsługującej saloon do południa? – zapytał.

Poczuł zawód. Oczekiwał rozmowy. Ta poprzednia podobała mu się.

– Panna Kate Hawkes rzeczywiście pracuje od rana. – Człowiek za kontuarem podrapał się po nosie. – Zmieniam ją, chociaż zwykle nieco później. Wezwał ją pan Masterson, właściciel.

– Panna Hawkes? – Stuart zdziwił się. Ucieszył się, że w końcu poznał nazwisko kobiety w szarej sukni. – Córka kowala?

– Nie. – Barman potrząsnął głową. – To tylko zbieżność nazwisk. W White Creek jest sporo Hawkesów.

Uśmiechnął się skąpo. Ten uśmiech nie podobał się dawnemu szeryfowi. Dobrze go znał i widział już wiele razy taki zimny, twardy grymas warg człowieka, zamierzającego za chwilę wyciągnąć rewolwer i strzelić komuś w plecy.

– Bardzo pana zaciekawiła panna Hawkes – dodał z wyraźnym naciskiem barman. – Wystarczy, że pan Masterson się nią zainteresował i dał jej pracę. Rozumie pan?

Stuart poczuł, że opuszcza go dobry humor. Wąsacz przemawiał zimnym, napastliwym głosem. Może chciał go sprowokować.

Nie zamierzał wszczynać awantury. Tego całego Mastersona nawet nie widział na oczy. Właściciel hotelu po prostu okazał się zazdrosny o miłą pogawędkę przy kilku szklaneczkach whisky. Ktoś pewnie mu o niej doniósł.

– Dobrze – odpowiedział ze znużeniem w głosie. – Pojutrze wyjeżdżam. Nie interesuje mnie panna Hawkes.  

Wziął z tablicy klucz do pokoju. Czekała go drzemka. Pomyślał, że to będzie znacznie lepsze od myślenia o szczupłej i zamyślonej kobiecie w szarej sukni i koronkowym szalu, tak ładnie się uśmiechającej.

Schody na piętro zaczynały się przy końcu korytarza, wiodącego na podwórko. Obok pierwszych stopni umiejscowiono duże, dwuskrzydłowe drzwi. W zamku tkwił klucz.  

Krzyk bólu z podwórka brzmiał przeraźliwie cienko, wibrując w uszach. Potem coś trzasnęło. Były szeryf znał ten dźwięk. Powietrze przeszył zawadiacki trzask bata. Jakiś niewidoczny mężczyzna sprawnie wywijał nim w powietrzu.

Stuart ostrożnie uchylił drzwi.

Kate Hawkes klęczała na ziemi, przywiązana za ręce do słupa wbitego w rogu ogrodzenia. Koronkowy szal leżał na ziemi. Tył sukni ktoś rozdarł aż do pasa. Trzech mężczyzn stało w rogu niewielkiego dziedzińca. Jeden z nich trzymał w ręku długi pejcz.

– Daj jeszcze tej suce, Masterson, zobaczymy, ile wytrzyma.

Szczupły człowiek wypowiadający te słowa wolno oblizał wargi.

Pejcz świsnął.

Kate Hawkes spazmatycznie wrzasnęła z bólu.

– Ta pinda ma plecy jak z żelaza. – Chudzielec stojący obok Mastersona ponownie przeciągnął językiem po wargach. – Chłop już by dawno zemdlał albo wyzionął ducha, a ta kobitka tylko lekko krwawi.

Stuart kopnięciem otworzył drzwi na oścież.

– Rzuć bicz, Masterson i rozwiąż pannę Hawkes, bo rozwalę ci łeb! – wrzasnął.  

Celował z rewolweru w brzuch właściciela hotelu. Wiedział, że celny strzał byłby wtedy pewniejszy, jeżeli musiałby pociągnąć za spust.

Wyjście na podwórko skrywał cień daszka u góry. Stuart osądził, że półmrok korytarza daje mu pewną przewagę.

Masterson schylił się i położył pejcz na ziemi.

– Człowieku, to nie twoja sprawa! – krzyknął ochryple. – Odejdź i zapomnij o tym, co widziałeś!

– Nikt nie będzie smagał batogiem kobiety w mojej obecności.

Głos Stuarta brzmiał głucho. Uchwycił drugą ręką nadgarstek dłoni trzymającej broń. Wiedział, że z tej odległości i w tej pozycji nie chybi.

– Uwolnij ją, parszywe ścierwo! – wrzasnął.

Nie potrafił pojąć i zrozumieć tego, co widziały jego oczy. Czuł tylko, że ogarnia go coraz większa, nienawistna wściekłość. 

 Masterson wolno rozplątywał sznur, zawiązany na nadgarstkach Kate Hawkes. Nie miał przy sobie broni, podobnie jak człowiek, nadal nerwowo oblizujący usta.

Dłoń trzeciego z mężczyzn zaczęła wolno zsuwać się kierunku brzucha. Być może, pomyślał Stuart, ma tam rewolwer wetknięty za pas.

Wymierzył starannie i strzelił. Kula trafiła w nogę. Mężczyzna zawył z bólu. Siedział teraz na ziemi, w osłupieniu przyglądając się czerwieniejącej od krwi nogawce spodni.

Kate Hawkes wolno wstała. Niepewnym ruchem założyła na ramiona przybrudzony szal. 

– Uciekaj, Kate! – krzyknął Stuart. – Szybciej!

Przez umysł Stuarta przeleciała myśl, że barmanka rzeczywiście jest niezwykle wytrzymała. Każda kobieta, uderzona kilka, a może kilkanaście razy bykowcem, powinna stracić przytomność. Kate Hawkes szła. Nieporadnie stawiała stopy, plątały się jej nogi, ale kroczyła naprzód.

Zaczęła nawet biec.

Stuart strzelił nad głową Mastersona.

– Niech nikt z was nie waży się mnie gonić! – wrzasnął dziko. – Zabiję jak psa każdego, kto pójdzie za mną!

Barmanka weszła już do korytarza. Stuart zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz. Kilka twarzy ostrożnie wysunęło się w prześwicie przejścia do saloonu. Jedną z nich zdobiły wiechcie długich wąsów.

Wyglądający jak kolos barman trzymał w ręku dubeltówkę o krótkich lufach. W jego dłoni wyglądała jak dziecinna zabawka.  

Stuart podniósł broń. Twarze zniknęły za framugą. Miał wolne przejście.

– Uciekaj! – krzyknął, popychając Kate Hawkes w stronę saloonu. – Czekaj na ulicy. Muszę zabrać bagaż z pokoju.

Mimowolnie rzucił okiem na nagie plecy kobiety. Rany już nie krwawiły. Zaczynały się nawet zabliźniać.

Stuart z niedowierzaniem pokręcił głową. Nie miał czasu się na tym zastanawiać.

Przeskakując po dwa stopnie schodów wpadł na górę. Zarzucił torbę na ramię. Wiedział, że nie może wrócić tą samą drogą. Na dole pewnie oczekiwał komitet powitalny. Nie miał wyjścia – musiał wyskoczyć przez okno.

Ulicę przemierzał kolejny tabun smętnie porykujących krów. To zwiększało ochronę przed kulami, i to znacznie.

Podniesienie do góry szyby poszło gładko. Stuart przecisnął się przez wąski otwór, uchwycił torbę zębami, zawisł na rękach, a potem skoczył w dół.

Kate Hawkes stała przed wejściem do budynku, odwrócona tyłem, rozglądając się niepewnie. Stuartowi wydawało się, że coś mówi do ukrytej za drzwiami osoby.

Nie miało to teraz znaczenia. Złapał barmankę za rękę.

– Przechodzimy na drugą stronę, a potem ile sił w nogach pędzimy do kowala! – zakomenderował. – Kobieto, pośpiesz się!

Odetchnął głęboko.

Wszystko nie wyglądało aż tak bardzo źle. Cały i zdrowy wydostał się z budynku. Trzymał w dłoni pakunek. Na ulicy mieli znacznie większe szanse przeżycia.

Uciekali szybko. Stuartowi wydawało się, że z każdym podniesieniem kolan do góry Kate Hawkes odzyskuje siły. Parę osób przyglądających się przemarszowi bydła odwróciło głowy. Ich twarze miały wyraz zdziwienia. Dwaj kowboje, eskortujący krowy z tej stronie ulicy, ściągnęli cugle i przypatrywali się kobiecie i mężczyźnie biegnącym ile tchu w piersiach.

Stuart nie zwracał na nich uwagi. Co kilka minut oglądał się do tylu, sprawdzając, czy nie goni ich Masterson wraz ze swoimi ludźmi.

Ze zdziwieniem spostrzegł, że nie widzi nikogo, kto podjąłby pościg.

 

***

 

– Hawkes, niech chłopak natychmiast osiodła konia i muła – z trudem wydyszał Stuart. – Za trzy minuty musimy wyjechać.

Czuł, jak łomoce mu serce. Bieg mocno go wyczerpał. Ręce nadal się trzęsły, ale zdołał załadować dwa naboje do bębenka rewolweru.

W olstrze przy siodle tkwił kawaleryjski karabin Spencera. To znowu zwiększało szansę pomyślnej ucieczki.

Stuart doszedł do wniosku, że naprawdę nie jest najgorzej. Jeżeli szybko odjedzie, powinien wykaraskać się z kłopotów. Nikt jeszcze nie zginął, więc może nawet nie będzie uporczywego i długiego pościgu.

Kowal przypatrywał mu się uważnie. Wypucowana do połysku kolba strzelby, trzymanej w dłoniach właściciela kuźni, lśniła w blasku słońca. Kate Hawkes gorączkowo coś mu opowiadała.

Stuart nie słyszał, o czym rozmawiają. Nie miało to teraz znaczenia. Liczyło się coś innego: nie sądził, żeby Hawkes nagle strzelił bez uprzedzenia.

– Pojedziesz na mule. – Odwrócił głowę w stronę barmanki. – Mogę cię zabrać na moje ranczo albo zostawić w najbliższej osadzie. Wybór należy do ciebie.

Joshua wyprowadził ze stajni deresza. Muł podążał z tyłu, prowadzony na długiej lince. Pomocnik kowala sprawnie przywiązywał sznur do łęku kulbaki. Na siodle jucznym leżały dwa grubo wypchane, nowe worki. 

– Zostanę tutaj. – Kate Hawkes pokręciła głową. – Muszę zostać. Jedź sam, John. To, co widziałeś na podwórku, już się nie powtórzy.

Stuart kilka razy odetchnął głęboko. Otarł ręką pot z czoła. Serce w końcu zaczęło bić normalnie.

– Podkułem konia. – Hawkes oparł fuzję o ścianę kuźni. – Karma w workach jest świeża. Lepiej niech pan już rusza. 

– Panna Hawkes nie odjedzie – dodał z naciskiem w głosie. – Nic pan nie płaci, Stuart, za podkucie mustanga i za obrok. Kate powiedziała mi, co pan zrobił i jesteśmy wdzięczni. Ale niech pan już rusza.

 Stuart wiedział, że kowal ma rację. Masterson mógł już skrzyknąć większą ilość ludzi. W starciu z nimi nie miałby szans.

Kate Hawkes uważnie przypatrywała się Stuartowi. W jej oczach lśniło coś, co Stuart odczytywał jako wahanie.

Dosiadł konia. 

– Czemu zostajesz? – Pochylił się w stronę kobiety. – Naprawdę mogę cię zabrać na farmę. Jasne, że się z tobą ożenię. Mogłaś źle odczytać moje intencje.

– Nie zrozumiesz tego, Johnie Stuarcie – miękko odpowiedziała Kate.

Uśmiechnęła się powściągliwie, jakby słowa Stuarta sprawiły jej radość.

– Może kiedyś opuszczę White Creek i wyruszę nad Rio Pecos, ale nie teraz – dodała po chwili. – Nie mogę powiedzieć, dlaczego.

 

***

 

Potok skrzył się białymi refleksami kamieni leżących na dnie. Stuart przyznał w duchu, że rzeczywiście wygląda pięknie.

Wcale nie musiał się spieszyć.

Objechał łukiem miasteczko, żeby wydostać się na szlak, prowadzący nad Rio Pecos.

Początkowo jechał szybkim kłusem, oglądając się za siebie. Potem zwolnił. Nie chciał niepotrzebnie męczyć muła.

Nikt go nie ścigał.

Stuart mocno się zdziwił. Masterson nie wyglądał na człowieka, puszczającego płazem zranienie jednego ze swoich ludzi. Może sąsiada, może kuzyna, ale na pewno kogoś, kto razem z nim zabawiał się chłostaniem kobiet. Nie wybaczyłby też przybyszowi, bez wahania strzelającemu tuż nad jego głową. Poza tym powinien przecież dbać o reputację i nie wystawiać jej na szwank.

Stuart porzucił te rozważania. Po prostu Masterson z niezrozumiałych przyczyn nie podjął pościgu, a on sam spokojnie i bez pośpiechu jechał dalej. Tylko to miało znaczenie.  

Koń zanurzył łeb w nurcie potoku. Chłeptał łapczywie. Po chwili w jego ślady poszedł muł.

To ta dobra, pożywna woda. Pojone nią bydło rośnie jak na drożdżach – pomyślał Stuart.

Dał zwierzętom napić się do syta.

Na brzegu leżało sporo białych kamieni. Zadźwięczały metalicznie pod końskimi kopytami, kiedy wierzchowiec Stuarta ruszył do przodu. Jeszcze mocniej twardy, przenikliwy ton powtórzyły uderzenia nóg muła, obciążonego wieloma pakunkami.  

Stuart zatrzymał deresza. Spojrzał w dół. Kamienie lśniły w mocnych promienia słońca. Zmusił konia do cofnięcia się w tył.

Znowu usłyszał ostry, wyrazisty dźwięk uderzenia podków o inny metal.

Przypominał dźwięk dzwonu. Wyraźny, silny odgłos zetknięcia się  gruszkowatego bijaka z otwartą od dołu metaliczną obudowę.

Zsiadł z konia. 

Kilkakrotne uderzenie białym kamieniem w świeżo podkute końskie kopyto przyniosło ten sam efekt.

Stuart obejrzał nieco przybrudzoną, gładką powierzchnię znaleziska. Opuszkami palców wyczuł jej nieznaczną porowatość. Prawie niczym nie różniła się od odłamka skały. Nie potrafił jednak podać jej nazwy.

Mógł powiedzieć tyle, że jest białego koloru i mimo warstewki kurzu pięknie błyszczy. Nieco przypominała płaski, gruby kawałek rozbitego dzbana.

– Strumień, niosący w swym nurcie bardzo pożywną wodę – zamruczał pod nosem, sadowiąc się z powrotem w siodle.

Stuart często mówił sam do siebie. Czasami podczas wędrówki szlakiem przemawiał do wierzchowca. Czyniło tak wielu, próbując przełamać doskwierające poczucie samotności. Stuart nie widział nic dziwnego w takim postępowaniu. 

– Kobieta tak wytrzymała, że nie rzucają ją na ziemię uderzenia bykowca – ciągnął, kierując wierzchowca w dół potoku. – Smagana pejczem piękna panna Hawkes z ranami zabliźniającymi się po kilkunastu minutach. Ludzie z sześcioma palcami u dłoni, wielcy jak repliki Kolosa Rodyjskiego, niewydzielający kropli potu. Strzelam do człowieka, ranię go, walę drugiemu z peacemakera nad czaszką i nikt mnie nie ściga. Białe kamienie wykonane z metalu. Jest trochę spraw do wyjaśnienia.

Przejechał pół mili wzdłuż brzegu leniwie płynącej, przezroczystej jak kryształ wody. Początkowo często dostrzegał błyski białych kamieni, lezących na brzegu lub w korycie White Creek. Potem napotykał ich coraz mniej, aż w końcu oglądał tylko falującą zieleń wyrośniętej, soczystej trawy.

Zawrócił deresza.

Stanął w strzemionach, chcąc ogarnąć okiem większy obszar. W odległości kilkuset jardów coś rysowało się na horyzoncie. Coś wysokiego. Coś tak normalnego, że początkowo nie zwrócił uwagi na samotny, stromy pagór ziemi, sterczący na równej przestrzeni.

Dotarł do niego szybko.

Dopiero teraz spostrzegł, że wzgórek jest naprawdę wysoki. Miał strome zbocza. Stuartowi przypominał metalową, spiczastą nasadkę na ołówek, nakładaną po to, aby uchronić rysik przed złamaniem. Stuart czasami widywał tak zabezpieczane ołówki w bankach i na stacjach telegrafu.

Zadarł głowę. Nie spodziewał się, że pagór będzie tak górował nad okolicą. Teraz zorientował się, że po prostu zajmuje środek sporego, spadzistego wgłębienia w gruncie.

Koń i muł pasły się kilka stóp dalej, przywiązane do palików, wyjętych z juków i wbitych w ziemię.

Wysokie trawy szumiały w lekkim podmuchu wiatru – jedyny odgłos, dobiegający do jego uszu. Nie cykały nawet świerszcze. Nigdzie nie mógł dostrzec nor piesków preriowych i nie widział ptaków.

– Jeżeli w White Creek napotkałem jakąś tajemnicę, to jej wyjaśnienie kryje się w środku tego kopca ziemi, prażącego się w słońcu – wypowiedział głośno myśl, zrodzoną w mózgu.

Dobrze wiedział, że nie jest tak do końca przekonany, czy ma rację, ale po prostu chciał to sprawdzić. 

W jukach woził przydatny przy urządzaniu obozowiska rydel z krótką rękojeścią. Wyjął go i metodycznie zaczął odwalać skiby darniny na bok. Wyciął w stoku wzgórza prostokątny otwór wielkości drzwi. Pewnymi ruchami wydobywał kolejne kęsy ziemi i odrzucał na bok.

Otwór się pogłębiał.

W chwili, kiedy ocierał pot z czoła, Stuart pojął, że znowu coś umknęło jego uwadze. Ziemia powinna się obsypywać. Wydrążył już spore wgłębienie, co jakiś czas sprawdzając, czy wykop biegnie poziomo. Wiszący nad jego głową ziemny strop nie kruszył się, zachowując swoją zwięzłość. Wydawał się być mocny, jednocześnie łatwo ustępując pchnięciom łopaty.

– Jest jak wykrajany miękisz chleba. Nóż robi w nim dziurę na wylot, reszta pozostaje nienaruszona – ze zdziwieniem głośno stwierdził Stuart. – Jakby jakaś siła trzymała to wszystko w kupie.

Zawzięcie rył dalej. Teraz za każdym razem, chcąc wyrzucić odkopaną ziemię, musiał cofać się o kilka kroków.

Ostrze szpadla zadźwięczało, kiedy napotkało silny opór. Stuart uderzył kilka razy w ścianę ziemi. Nieodkopana jeszcze warstwa gruntu osunęła się w dół, odsłaniając spękaną taflę metalu.

Wyniesienie resztek urobku zajęło Stuartowi nieco czasu.

Silne uderzenie rydla odłupało spory kawałek z tego, co zagradzało przejście. Dalej ziała pusta, ciemna przestrzeń.

Stuart wyniósł zdobycz na zewnątrz. Zmęczył się. Chciał nieco odpocząć. Paliła go też ciekawość, czym jest to, co oderwał od przegrody tarasującej niewielki tunel.

Przetarł znalezisko rękawem kurtki.

Wyglądało zupełnie tak samo, jak metaliczne kamienie obmywane czystym nurtem White Creek. Mocno przybrudzone, nie przyciągało tylko wzroku skrzącym się połyskiem bieli.  

Stuart westchnął. Zdał sobie sprawę, że podświadomie spodziewał się, że tak będzie.

Cisnął niepotrzebny już odłamek w darń. Rozejrzał się.

Koń i muł spokojnie się pasły. Nie widział w pobliżu nikogo. Nurt White Creek błyskał refleksami białych kamieni, leżących na dnie. Mustang Stuarta dwa razy potrząsnął łbem, chcąc odgonić napastujące go muchy. 

Wrócił do pracy. Silne uderzenia rydla w szpary skruszyły napotkaną przeszkodę.

Przez wykop wpadało niewiele światła, ale wystarczająco dużo, żeby Stuart, zapaliwszy zapałkę, mógł zobaczyć, co znajduje się w środku.

Cofnął się o pół kroku.

W półmroku widział trzy szkielety, siedzące na czymś, co nadal przypominało wysokie fotele. Czwarty kościotrup klęczał na kolanach z wyciągniętymi do przodu szarymi kiściami rąk. Zaciskał kości nieistniejących już palców na niewielkich dźwigniach.

Stuart patrzył na końcową część długiej ręki jednego z kościotrupów, trzymanej na czymś, co przywodziło na myśl wielki pulpit. Z nieistniejących już palców dłoni pozostały tylko gołe kości, nadal kurczowo zaciskające się na trudnym do określenia przez Stuarta przedmiocie, wystającym z rozległej, tonącej w kurzu płaszczyzny pulpitu.

Długa ręka miała sześć palców.

Stuart uważnie przyglądał się pozostałościom istot, nadal siedzących na swoich nienaruszonych zębem czasu fotelach. Nie czuł obrzydzenie i wstrętu, bo w swoim życiu oglądał już wiele trupów.

Nie ukończył jeszcze siedemnastu lat, kiedy, ukrywszy prawdziwy wiek, ochotniczo zaciągnął się do armii konfederatów. Widział ludzi, rozrywanych na kawałki uderzeniami odłamków szrapneli. Przyglądał się trumnom i szkieletom, wyrwanym z ziemi wybuchami armatnich pocisków. Czasami wraz z towarzyszami musiał powtórnie je grzebać.

Siarkowa zapałka zgasła, parząc palce. Stuart potarł następną o rant wyłomu Zapaliła się natychmiast.

Szkielety istot, nadal zajmujące miejsca na siedziskach z wysokimi oparciami, uznał za podobne do ludzkich, ale spostrzegł też wiele różnic. Żebra tworzyły jednolitą płaszczyznę, podobną do pancerza. Czaszki odznaczały się sporą wielkością i innym ukształtowaniem, z rzucającą się w oczy wysoką i zaokrągloną kością czołową.

Stuart przykucnął. Żółty płomyk oświetlił teraz coś, co kiedyś mogło być podłogą. Miał wrażenie, że jest wykonana z takiego samego surowca jak niedawno rozkruszona ściana. Wytężył wzrok, dostrzegając w płaskiej powierzchni wiele dziur. Miał zbyt mało światła, żeby dojrzeć więcej szczegółów pomieszczenia, rozciągającego się przed nim. Wziął do ręki większy odłamek i cisnął do środka jednego z rozległych otworów.

Nie usłyszał odgłosu upadku.  

Musiał wracać. Wiedział, że właściwie nic już nie może zrobić. Nie rozumiał, z czym się zetknął i za bardzo nie chciał się nad tym zastanawiać.

Zapalił jeszcze jedną zapałkę i rzucił okiem do wnętrza. Niejasne poczucie, niezbyt jeszcze oczywiste spostrzeżenie, ukształtowane wcześniej, teraz skrystalizowało się i pogłębiło. Ułożenia dłoni, zaciśnięcie kości palców, nachylenie kręgów i żeber tułowia sprawiały wrażenie, że istoty siedzące wewnątrz dziwnej komory desperacko, do końca, z czymś się zmagały. Walczyły z czymś, a być może o coś. Stuart kilka razy widział takie sytuacje i sam w nich uczestniczył. Dobrze pamiętał napięcie mięśni, pochylenie ciał i głów, twarde aż do bólu zaciśnięcie knykci na łożu karabinu, kiedy w zwartej linii żołnierzy maszerował wprost na stanowiska dział, w złudnej nadziei, że wszyscy razem zdążą dojść, zanim kartacze poszarpią ich ciała na strzępy.

Westchnął i wyszedł na zewnątrz.

Zasypanie otworu, a potem ubicie ziemi zajęło trochę czasu. Stuart starannie wyrównał rydlem pozostałości swojej pracy. Ułożył płaty darni.

Przyjrzał się wzgórzu. Trawa powinna szybko pokryć długimi źdźbłami stromy stok. Za jakieś dwa tygodnie nikt nie spostrzeże, że ktoś niedawno drążył w ziemi spory wykop.

Otrzepał rękawice i kurtkę. Koń, leniwie machając ogonem, odwrócił łeb i przypatrywał się swojemu panu. Zdawał się sygnalizować,  że pora ruszać.

Stuart czuł, że jeszcze powinien coś uczynić. Ciągle przed jego oczyma tkwił obraz składających się z samych kości sylwetek, pochylonych do przodu, zastygłych w pozach nadal pokazujących przedśmiertny, rozpaczliwy wysiłek.

Zdjął kapelusz. Wtedy, kiedy przypominał sobie okres wojny secesyjnej, dla niego walki o wolność, dobrze pamiętał słowa modlitwy, odmawianej, jeżeli czas na to pozwalał, nad grobami poległych towarzyszy. Mógł je powtórzyć jota w jotę. Teraz nagle wszystkie uleciały mu z pamięci.

Pamiętał tylko ostatnie zdanie. Wypowiedział je wolno, wyraźnie akcentując słowa.  

– Niech spoczywają w spokoju wiecznym. Amen.

 

***

 

– Twoje nakrycie głowy wpędzi cię kiedyś w kłopoty.

Kate Hawkes z dezaprobatą pokręciła głową.

Stuart na jej widok uprzejmie uchylił ozdobiony galonem konfederacki kapelusz z szerokim rondem.  

– Kilku ludzi próbowało go zdjąć. – John zaśmiał się. – Pewnie nadal tego żałują. 

Barmanka siedziała na koźle bryczki zaprzężonej w dwa konie. Głowę i ramiona okryła koronkowym szalem, tym razem czarnym. Ciemna suknia jeszcze bardziej wyszczuplała jej sylwetkę.

Stuart pomyślał, że jak na kobietę niedawno chłostaną bykowcem, wygląda bardzo dobrze.

– Skąd wiedziałaś, że tu jestem? – zapytał, starannie otrzepując nakrycie głowy.

Dopiero teraz zauważył, jak bardzo jest zapiaszczone.

– Widziałam ślady. – Kate uśmiechnęła się lekko. – Spostrzegłam, że pojechałeś w dół White Creek. Potem zawróciłeś. Domyśliłam się, że zainteresuje cię nasze wzgórze. Po prostu czekałem na szlaku, aż zaspokoisz ciekawość.

Szare oczy kobiety uważnie wpatrywały się w twarz Johna Stuarta. Szczupła dłoń bezwiednie poprawiła ułożenie szala na włosach.

– Dobra.

Głos Stuarta przypominał warknięcie psa.

– Kim właściwie jesteście?

Natychmiast poczuł przepełniającą umysł złość. Zadał pytanie tak, jakby nadal nosił na kurtce gwiazdę szeryfa i przesłuchiwał Kate. Indagował obcesowo kobietę o szarych oczach, pięknym uśmiechu, niedawno wybawioną przez niego z ciężkiej opresji. Poznaną dzisiejszego przedpołudnia barmankę, specjalnie przyjeżdżającą na spotkanie nad brzegiem leniwie płynącej strugi. Czekającą na niego cierpliwie. Sądził, że już o dłuższego czasu.

Po raz drugi dzisiejszego dnia ogarnął go wstyd. Musiał naprawić grubiańskie zachowanie.  

Położył rękę na sercu i skłonił głowę. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydusić z siebie nawet jednego słowa.

Kobieta właściwie oceniła gest. Wolno skinęła głowa, przyjmując milczące przeprosiny.  

– Potomkami istot, spoczywających we wnętrzu pagórka – odpowiedziała ze spokojem. – Oglądałeś je. Wiem, że kopałeś, Długo nie wracałeś, a zabrudzona rękojeść rydla jeszcze sterczy z juków.

Chwilę milczeli. Duży, biały motyl przysiadł na poręczy kozła kolaski Kate, poruszył kilka razy skrzydełkami i odleciał. Barmanka przekręciła głowę, odprowadzając go wzrokiem. 

– Kimże oni byli? – zapytał Stuart.

Wpatrywał się w twarz Kate Hawkes. Znajdowali się blisko siebie i Stuart spostrzegł, że i pod oczyma kobieta ma drobniutkie, czarne zagłębienia w skórze. Takie same, jakie widział u kowala, tylko znacznie mniejsze.

Doszedł do wniosku, że wcale jej nie szpecą. Miał ochotę delikatnie je musnąć palcami, a potem pocałować. 

– Tego nie wiemy. – Kate pokręciła głową. – Wiemy tylko, że nie byli ludźmi.

Stuart potarł palcami policzek. Wpatrując się w dziwną komorę we wnętrzu wzgórza, odniósł nieco inne wrażenie. Nie chciał jednak przerywać barmance. 

– A właściwie, nie do końca byli ludźmi – dodała kobieta po chwili namysłu. – Sądzimy, że można odszukać u nich wiele podobieństw do ludzi. Jednak znacznie się też od nich różnili.

W jej słowach zabrzmiała dziwna nuta tęsknoty. Wargi rozciągnęły się w niepewnym, zakłopotanym uśmiechu, jakby zwierzała się z długo ukrywanej tajemnicy.

– Między innymi tym, że posiadali sześć palców u dłoni? – Stuart zaśmiał się.  

Nagle ogarnęło go znużenie. Teraz nie potrafił powściągnąć rubasznej wesołości. Siedząca na koźle szczupła kobieta w ciemnej suknie też mogłaby posiadać dodatkowy palec wskazujący. Stuart uznał, że z pewnością wyglądałby równie ładnie jak pozostałe.

Wiedział, że nie powinien się śmiać, lecz ta chwila już przeminęła.

Zdawało się, że barmanka nie zwróciła uwagi na zachowanie mężczyzny, pewnie dosiadającego dorodnego deresza.

– Tak – poważnym tonem odpowiedziała Kate. Nie uśmiechała się już. – Domyślamy się, że musieli być bardzo silni i odporni na ból. Mieli też ślady na skórze – one nam też pozostały. Nie rozumiemy, dlaczego tu przybyli.

– Jesteśmy ich potomkami – dodała po chwili milczenia. – Możliwe, że my też nie do końca jeszcze jesteśmy ludźmi.

– Wszyscy mieszkańcy White Creek? – Stuart zdziwił się. – Masterson też?

– Masterson nie żyje – odpowiedziała Kate. Jej szare ozy zwęziły się. Stuartowi wydało się, że błysnął w nich gniew.

– Masterson długo o niczym nie wiedział – ciągnęła cichym głosem. – Niedawno poznał prawdę. Dlatego próbował mnie wychłostać, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście jesteśmy prawie niezniszczalni. Ale mój zmiennik w saloonie, Bob Wilkes, ten wysoki mężczyzna z wąsami, wiedział o wszystkim. To on zabił Mastersona. Bob jest jednym z nas.

Przez policzek barmanki przebiegł nerwowy tik. Szybkim gestem rozmasowała twarz. Westchnęła.

Kontynuowała spokojnym tonem, jakby przekazywała mało ważną, niezbyt ciekawą wiadomość.

– Masterson chciał cię ścigać. Wściekł się. Bob zdzielił go kolbą w głowę, po tym, jak opowiedziałam mu przed wejściem do saloonu, o co poszło. Masterson miał już broń i po nią sięgnął.

Dłonie kobiety mocniej zacisnęły się na lejcach.

– Pogrzeb będzie jutro – dodała po chwili milczenia.

Stuart w skupieniu przyglądał się kobiecie w czarnej sukni.

– Ci dwaj ludzie, towarzyszący Mastersonowi na podwórku, to jego bracia – ciągnęła dalej barmanka. – Odziedziczą majątek, więc będą milczeć. Za wiele stracą, może nawet życie, jeżeli staną się gadatliwi. Bob Wilkes już z nimi rozmawiał.

– Rozumiem. –  Stuart wolno pokiwał głową. – Chyba pomyliłem się w jego ocenie, a może i nie. Zdziwiło mnie, że nie ma pościgu. Co jeszcze po nich odziedziczyliście?

– Bardzo wiele – odpowiedziała Kate. – Jesteśmy pewni, że istoty ze stromego wzgórza nie za bardzo różniły się od ludzi. Mogły się nimi łączyć. Mamy po nich odporność i siłę. Mówią też, że nasze nerwy są inne, znacznie mniej wrażliwe na ból. To, że większość z nas ciebie przerasta, też jest spuścizną po tych przybyszach. White Creek prawie wszystko im zawdzięcza, przede wszystkim bogactwo. Woda wypłukuje z ziemi, będącej miejscem spoczynku tego pojazdu, jakiś składnik. Trawa wspaniale rośnie. Poimy w potoku bydło. Sam widziałeś, jakie jest.

Motyl z powrotem przysiadł na siedzeniu bryczki. Kate Hawkes bezskutecznie próbowała nakryć go delikatnym ruchem wygiętej dłoni. Przestraszony owad odleciał. 

– A białe kamienie w wodzie i na brzegu to po prostu kawałki tego czegoś, co ugrzęzło w ziemi – powiedział wolno Stuart. – To w istocie rzeczy są odłamki.

Koń Stuarta podskoczył, ukąszony prze gza.

– Jak oni wyglądają? – cicho zapytała Kate, palcem wskazując w stronę prawie niewidocznego pagórka.

– Nigdy ich nie widziałaś? – zdumiał się Stuart.

– Dla nas to grobowiec przodków – ze spokojem wyjaśniła kobieta. – Nie chcemy go ruszać.

Nagle poruszyła się na koźle. Uderzyła dłonią w bok wozu.

– Nie życzymy też sobie, żeby ktoś wiedział o tym – ciągnęła silnym głosem. – Nie chcemy, żeby traktowano nas jak dziwadła. Żeby robiono nam dagerotypy, a potem sprzedawano w sklepach za parę centów. Albo badano naszą skórę. Nie chcemy, żeby ktoś w przyszłości wkładał nasze zwłoki do formaliny, wycinał wnętrzności, oglądał narządy i pisał prace naukowe.

W głosie Kate Hawkes zabrzmiał gniew.

– Powiedz tylko, jacy oni są – poprosiła spokojniejszym tonem. – Chcielibyśmy to wiedzieć. 

– Myślę, ze walczyli do końca – z namysłem odpowiedział Stuart. – Do ostatniej chwili nie zamierzali się poddać wyrokom losu. Odnieśli zwycięstwo, pomimo tego, że ci, których widziałem, zginęli. Sama powiedziałaś, Kate, że jesteście potomkami tych istot. Ktoś musiał przeżyć, a im o to chodziło.

Przyszła mu do głowy dziwna myśl. Chciał się z nią podzielić. Może przypatrująca mu się kobieta spojrzy inaczej na całą tę sprawę.  

– Niebawem wszystko na wzgórzu znowu porośnie trawa – dodał po chwili. – Tak jak zwykle. Pamiętaj, że to już przeminęło. Trawa przykryła wszystko.  

Kate Hawkes przyglądała mu się uważnie. Nie zwróciła uwagi na słowa Stuarta.

– Powiedz jeszcze, kiedy zacząłeś się domyślać, że w White Creek dzieje się coś dziwnego? 

– Wtedy, kiedy powiedziałaś mi, że Apacze nie atakowali waszej osady – Stuart potrząsnął energicznie głową. – Nie rozumiałem, czemu was oszczędzali. Teraz wiem.

Dłonią wskazał wzgórze.

– Zachowali w pamięci przybycie tych istot. Pamiętali o nich.

Znał indiańskie wierzenia. Miał pewność, że to, co powie za chwilę, jest prawdą, choć w dużej części składała się ona jednak z przypuszczeń. Nabrał powietrza w płuca i ciągnął dalej.

– Chyba po prostu to miejsce traktowali jak świętą ziemię. Omijali je, zostawiając przybyszów w spokoju. Może nawet ich chronili. Dzięki temu oni mogli założyć tutaj osadę, żyć na uboczu i przetrwać. Zasypać ziemią ten dziwaczny wehikuł. Może, tak myślę, w ten prosty sposób dopełnili obowiązku pochówku. Nie potrafiłem też zrozumieć, dlaczego nie braliście udziału w tej nieszczęsnej wojnie. Uwierz mi, okazaliście się jedynymi obojętnymi w stosunku do tej sprawy. Niezrozumiale i niepojęte, choć teraz wiem, czemu tak postąpiliście.

Deresz zarżał przeciągle.

– Ja znam sekret White Creek, a jestem w drodze nad Rio Pecos –dodał Stuart po chwili milczenia. – Nie obawiasz się, że wszystko rozpowiem?

Patrzył prosto w szare oczy Kate Hawkes.

– Kowal już cię ocenił. – Barmanka zmrużyła oczy. – Zachowasz tajemnicę. Jest tego pewny.

– Poza tym – kontynuowała spokojnie – powiedział mi, że nie wydusisz z siebie słówka, jeżeli o to poproszę. Przyrzeknij.

Stuart wolno wzruszył ramionami. Nie wahał się jednak, udzielając odpowiedzi.

– Pewnie i tak nikt nie uwierzyłby w moje opowieści. Jeżeli jednak tak sobie życzysz, daję słowo oficera armii Konfederacji, że nic nie zdradzę.

Kobieta skinęła głową. Stuart zrozumiał, że wierzy jego zapewnieniu. Sprawiło mu to radość.

– Kowal twierdzi, że masz czysty umysł – dodała Kate. – Jest w prostej linii potomkiem tych, którzy ocaleli. Ma taki dar.

Stuart pomyślał, że nikt tego nie może sprawdzić, ale nie zamierzał o tym rozmawiać. Nie miałoby to sensu. Chciał jeszcze o coś zapytać, ale się wahał. W końcu zdobył się na odwagę.

– Wyjedź ze mną.

Teraz szło mu składniej.

– Ten cały Masterson miał za nic waszą tajemnicę. To się może powtórzyć.

Poczuł się niezręcznie, że ma jeszcze na głowie nakrycie głowy. Powinien je zdjąć, kiedy po raz wtóry chciał przekonać do siebie Kate Hawkes.

Pośpiesznym gestem naprawił niedopatrzenie.

– Mam ranczo nad Pecos. Dużo pracy mnie czeka, ale dam sobie radę. Po drodze znajdziemy pastora i weźmiemy ślub.

Kate Hawkes potrząsnęła głową.

– Pojechałabym z tobą, ale jeszcze nie jestem na to gotowa. Myślę, że i ty nie do końca rozumiesz, z kim chciałbyś się związać.

Szare oczy nadal wpatrywały się w twarz Stuarta.

– Widzisz, niektórzy z nas twierdzą, że oni wrócą. Zabiorą nas z powrotem do domu.

Głos barmanki zabrzmiał mocno i pewnie. Odwróciła twarz w stronę stromego wzgórza. 

– Naprawdę w to wierzysz? – Stuart zdziwił się. – To przecież nie ma sensu.

– Johnie Stuarcie, dla nich kilka stuleci mogło być tylko jedną chwilą – miękko odpowiedziała kobieta. – Tak, wielu z nas w to wierzy.

Kate Hawkes zawahała się.

– Dla wielu z nas ci, którzy leżą we wnętrzu wzgórza, są jak bogowie. Ja muszę najpierw przemyśleć wiele spraw.

– To tylko zmarli. – Stuart pokręcił głową. – Nie możecie żyć wspomnieniami, nie wiedząc nawet dokładnie, kim oni byli.

– Może i tak.

Kate poprawiła ułożenie szala na ramionach.

– Straciłam już sporo czasu. Pora się rozstać.  

Wstrząsnęła lejcami. Konie odwróciły łby, chcąc się przekonać, czy mają ruszyć naprzód.

– Muszę przygotować stypę. Mam wiele obowiązków.

Wargi kobiety zadrżały.

– Żegnaj, Johnie Stuarcie.

Stuart przyglądał się bryczce tak długo, aż zamieniła się w niewielki, czarny punkt.

Potem kolanami trącił deresza. Koń i muł szparko ruszyły przed siebie.  

Wiedział, że powinien się spieszyć. Do rancza nad Rio Pecos pozostał jeszcze spory kawałek drogi. Powtarzał w myślach, że na miejscu natychmiast zacznie szukać pewnych ludzi, co najmniej czterech, zbuduje dom, korral, kupi bydło. Trzeba będzie schwytać kilkanaście mustangów, okiełznać i sprzedać, żeby zwiększyć zasoby gotówki.  Czekało go dużo pracy, ale Stuart wiedział, że da sobie radę.

Nie zamierzał odwracać głowy.

W ustach czuł gorycz. Pomyślał, że znowu coś mu uciekło. Wyjaśnił tajemnicę White Creek, choć wcale tego nie chciał, ale stracił Kate Hawkes.

Trawa szumiała jednostajnie. Wyglądała wspaniale. Zielony, falujący kobierzec ciągnął się aż po widnokrąg. Mimo oddalenia dostrzegał samotny, stromy pagórek, kiedy kilka razy, mimo wszystko,  odwrócił głowę.  

– W końcu ten dziwaczny wehikuł się skruszy, a nieznana siła, wiążąca ziemię, przestanie działać – i strome wzgórze się zawali.

Ze znużeniem zauważył, że znowu mówi sam do siebie.

– Potem prędko wszystko porośnie niezwykle bujna trawa – dodał po sekundzie namysłu – i nikt już nie pozna tajemnicy White Creek.

 

15 lutego 2012 r.  Roger Redeye

 

źródło ilustracji: http://www.paintedhills.org/POTTER/pottercvlwar_Cushing.htm 

Koniec

Komentarze

Właściwie w tym opowiadaniu nic ciekawego się nie dzieje... John Stuart w drodze nad Rio Pecos zatrzymuje się w White Creek. Marzy o kąpieli,  pieczonych ziemniakach z mięsem, pysznym cieście na deser i wygodnym łóżku. Właściwie całe opowiadanie jest właśnie otym  -- o potrzebie wypoczynku...
To często się zdarza, nawet na Dzikim Zachodzie... 
  

-- Jestem John Stuart. Wyjadę jutro, może pojutrze -- ze znużeniem odpowiedział Stuart.
Stuart czuł zmęczenie we wszystkich kościach
--- to jest strasznie niezręczne.

-- Pewnie od razu nałożył siana do żłobu -- z zadowoleniem pomyślał Stuart. -- Kreski na początku sugerują, że bohater wypowiada daną kwestię.

-- Mamy hotel i miejsce, w którym pani Wilkes prowadzi bar -- zaśmiał się Hawkes. -- Dobre u niej jedzenie. Pieczone ziemniaki z mięsem, jajecznica, pyszne ciasto. Łaźnia jest w hotelu, saloon na parterze, w tym samym budynku.
-- Spokojne miejsce, więc będzie pan zadowolony, Stuart -- dodał kowal, uprzedzając następne pytanie.  -- to kowal nazywa się Hawkes, prawda? Musiałeś coś wyciąć i pewnie zapomniałe scalić wypowiedź.

Stuart uważnie przyglądał się wysokiej, szczupłej kobiecie w szarej sukni, obsługującą nielicznych gości. -- widać, że przebudowywałeś zdania i poumykały ci słowa do zmodyfikowania.

Fajnie, że jest setting dzikiego zachodu. Jutro z chęcią doczytam, bo dzisiaj wstałem o 5. rano. W każdym bądź razie tekst potrzebuje jeszcze jednego czytania i korekty. Trzeba pozbyć się powtórzeń i artefaktów po przerabianych zdaniach. Na razie tyle, jutro postaram się więcej.
pozdrawiam

I po co to było?

Trochę tak zgadzam się z przedmówcą.

Dziękuje za uwagi edycyjne, Syf. Wykorzystałem dwie. Pozdrowienia.

Na początek troszkę krytyki i złośliwości ;) Podczas lektury natknąłem się na dużo literówek, rzekłbym, zbyt dużo. Wiem, że to długi tekst i błędy mogą się zdarzyć, ale mogłeś troszkę więcej czasu poświęcić na takie drobne poprawki. Kilka zdań jest dziwnie, niezręcznie sformuowanych i trzeba je przeczytać kilka razy, żeby zrozumieć, co chciałeś przekazać. Jest też kilka miejsc, po których widać, że dokonywałeś pewnych poprawek, acz zapomniałeś po wszystkim doszlifować całości. Gdzieniegdzie brakuje przeczinków, lub stoją w złym miejscu, widziałem też kilka nieścisłości, jeśli chodzi o zapis dialogów. No i nie rozumiem, czemu używasz dwóch myślników.

"Trzy wielkie, złocone świeczniki zwisały z sufitu." - zapewne chodziło Ci o żyrandol?

"Stuart patrzył na piszczel długiej ręki jednego z kościotrupów, trzymanej na czymś, co przypominało wielki pulpit." - Roger, czyżbyś nie wiedział, że piszczel to jedna z długich kości nogi, a nie ręki? ;)

Jeśli zaś chodzi o samą fabułę, klimat i styl, to opowiadanie przypadło mi do gustu. W przeszłości nie miałem zbyt wiele do czynienia z tematyka 'dzikiego zachodu', ale czytałem 'Mroczną Wieżę' Kinga i od razu nasunęły mi się pewne skojarzenia. Do mistrza jeszcze Ci trochę brakuje, ale muszę przyznać, że bardzo fajnie wyszła Ci cała otoczka opowiadania. Realia są dobrze oddane, a opisy pozwalają wyobrazić sobie tak postacie, jak i miejsca - za to duży plusy. Wątek 'fantastyczny' nie wydawał mi się nachalny, a raczej wręcz przeciwnie. Można by pomyśleć, że gdzieś na bezkresnych stepach istnieje miasteczko, którego mieszkańcy mają szcześć palców. Osobiście zmieniłbym kilka dialogów, wydawały mi się infantylne, ale to tylko szczegóły.

Całść podobała mi się, ale z uwagi na drobne niedociągnięcia i pewne błędy oceniłbym na 4, albo 4.5.

Pozdrawiam

""-- Jest jak mieszkasz chleba, w którym nóż robi dziurę na wylot -- ze zdziwieniem glośno stwierdził Stuart. -- Jakby jakaś siła trzymała to wszystko w kupie."

Nie bardzo rozumiem to zdanie. Chodzi o miękisz?

Nie jest łatwo przyciągnąć moją uwagę takim opowiadaniem. Tobie się udało, więc coś w tym jest :). Mam wrażenie, że styl jest zbyt poważny, trochę... Hm, sztywny. Może warto byłoby nad tym popracować. 

Dzęki, Clod, za komentarz. Zastanawiałem sie nad wyrazem " żyrandol". Kojarzył ię raczej z oświetleniem elektrycznym. Świecznik wiszący to "pająk" --- ale ten wyraz tutaj nie pasowal i byłby niezrozumiały. Uznałem, że wyraz "świecznik" oddaje charakter oświetlenia w saloonie, sugerując wyraźnie, że mowa o oświetleniu wielona świecami. A to drogie było --aż trzy świeczniki. Powszechnie używano wtedy raczej lamp nafrowych. 
Wyraz  "piszczel" ---  oczywiście, anatomicznie jest błędnie uzyty, to prawda. Ale - mamy mało zamienników do wyrazu " kość". A w tym fragmencie Stuart napotyka się na szkielety, kościotrupy i kości. Wstawiłem "piszczel", żeby uniknąć powtórzeń wyrazów --- jak widać, jednak błędnie... Przerobię ten fragment na twardym dysku. Dzięki za wychwycenie nieścisłości. 
Dwie kreski --- dwa dywizy zamiast pólpauzy. To zależy od edytora --" myślnikuje", ale niekiedy nie zmienia dywizu w półpauzę i trzeba to izupełnić. Już kilka razy widzialem taki teskt.  Ale, rzeczywiście, będę stosowal tylko dywizy --- też jest to coraz bardziej powszechne i łatwiejsze przy pisaniu.   Co do zdań i przecinkow --- nie mogę się odnieść, brak przykladów. 
Natomiast jeżeli idzie o dialogi --- aż do ostatniej części, tak na dobrą sprawę, Stuart rozmawia o wszystkim i o niczym. I to jest celowe, bo tak powinno być. Pyta się o najzwyklesjze sprawy, które akurat dla niego mają ulotne, ale istotne znaczenie. Pyta o hotel, jedzenie i spanie. chce wiedzieć, z kim vędzie miał do czynienia. Stuart widxi Kate Hawkes pierwszy i może ostatni raz w zyciu. Prowadzi konwencjonalna, zwykłą rozmówkę -- tak o wszystkim i o niczym. Stuart pochodzi z Południa, co wyrażnie akcentuję. Jest ceremonialny. Jest na swóh sposób szarmancki. To jest realistyczne -- nie za bardzo mógł chyba inaczej rozmawiać, jakby nie było, z "damą".  Obejrzałem sobie ponownie na dxd western " Bezprawie', żeby uchwycić, jak Robert Duvall rozmawia z siostrą lekarza --- też w takiej malej mieścinie. Bardzo podobnie. Naturalnie, natycmiast zdejmuje kapelusz... I myślę, że coś można w dialogach pewnie poprawic, ale niewiele. To dziewiętnasty wiek... Już te dwa wyrazy --- " suka" i "pinda" w scenie biczowania Kate Hawkes  są w stosunku do kobiety bardzo obelżywe i wulgurne. Bardzo mocne.  
Dzięki za porównanie do Kinga. Może coś w tym jest...
Pozdrowienia.

Sorry, Niezgodo.b, za ten nieszczęsny " miękisz". Coś umknęło mojej uwadze przy ostatnich poprawkach dokonywanych ręcznie funkcją " edycja". Co do stylu --- w opowiadaniu nie ma nawet cienia pastiszu. Jest najzupelniej realistyczne. I powazne. Żadnego mrugania okiem do czytelnika. Taki mialem zamiar. Dlatego brzmi poważnie. Może brzmi nieco zbyt sztywnie - przemyślę sugestię.
Ale, z drugiej strony, Clodowi odpowiada klimat i nastrój.... 
Dzięki za przeczytanie i komentarz.
Pozdrowionka.

Ach, oficer Konfederacji, tajemnicze miasteczko, klimat Dzikiego Zachodu... Piękne. Nighthawke to nie jest, ale też wciąga ;)

Mam tylko pytanie odnośnie oświadczyn, do których John Stuart zabierał się ze dwa razy. Nie badam realiów a bardzo mnie to interesuje. Naprawdę w tamtych czasach mężczyzna był gotów poślubić kobietę, którą znał ledwo kilka godzin? I wychodził z inicjatywą tak samo zwyczajnie, jakby pytał o najbliższy saloon? ;)

" -- Czemu zostajesz? -- pochylił się w stronę kobiety. -- Naprawdę mogę cię zabrać na farmę. Jasne, że się z tobą ożenię. Mogłaś źle odczytać moje intencje."
UthMader. wyżej mamy pierwsze oświadczyny, 
Wydaje mi sie, że śmiało Stuart mógł się oświadczyć.  Ratuje Kate z fatalnej sytuacji smagania pejczem, rani brata Mastersona ( o czym dowiaduje się póżniej), a Mastersonowi strzela nad głową. Okoliczności usprawiedliwiają nagłe oświadczyny  -- wspólnie uceikają. Stuart wie, że musi uciec i jest przekonany, że Kate Hawkes także. .Trochę może wykorzystuje moment, ale on się szybko decyuje i szybko dziala.
Przy drugich oświadczynach --- Kate Hawkes sama szuka Stuarta. Jedzie nad White Crrek. Czeka. Co Stuart może o tym sądzić? Odpowiedź jest prosta. A Kate Hawkes podoba mu się od samego początku. 
Mitologia Dzikiego Zachodu jest taka, że wtedy ludzie szybko dzialali i szybko  decydowali. Tak jak Jokn Stuart.
Zauważyłrm, że zapamiętałeś Nighthawkea...
Dzięki za komentarz.  Pozdrowienia.

Jak dla mnie, temu tekstowi najbardziej zaszkodziło to, że wykładasz kawę na ławę. Szkoda. Bo było fajnie, klimatycznie i tajemniczo. A potem się poczułam, jakbym czytała streszczenie odcinka Scooby Doo i cale dobre wrażenie prysnęło jak bańka mydlana. Trzeba było zakończyć w momencie, kiedy koleś zakopuje dziurę i stwerdza, że to nie jego sprawa, a czytelnik bez problemu dośpiewałby sobie resztę i nie miałby uczucia, że autor uważa go za półgłówka niezdolnego do wyciągania wniosków.

Co do stylu, to chyba już wszystko było wymienione wcześniej. Mi osobiście najbardziej przeszkadzały powtórki. 

www.herbatkauheleny.pl

SuzukiM., osoibiście uważam, że czytelnikowi należalo się  wyjaśnienie ( prawie) wszystkich wątków. Gdybym tego nie zrobil, mialbym wtedy z kolei zarzut, że opowiadanie jest zaczęte, rozwijane, lecz, niestety, niedokończone. I trzeba się zbyt wielu spraw domyślać. Dla wielu pewnie byłoby to prawie tak samo dziwne, jak sześć palców u dłoni. Bardzo prawdopodobne. Nota bene, to  jest (w sumie) tekst  na "Sherlocklistę". Nadto chciałem zamknąć narracyjnie rozpoczęty i rozwijany wątek Johna Stuarta -  Kate  Hawkes, będący osią akcji.  Inaczej pozostałoby pewnie uczucie niedosytu... Co do "powtórek" - trudno mi się do tego odnieść, brak przykladów.  
Dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszy mnie, że do ostatnego akapitu opowiadanie podobalo się. 
Prxesyłam szczery uśmiech, bez odrobiny politowania.
Pozdrowienia.  

Ok, wytłumaczyć można, ale nie aż tak, jak Ty tutaj. Ty wytłumaczyłeś całość w stylu właście Scooby Doo, takim dziecięcym. Jahusz w swoim tekście tez wszystko wyjaśnił, a jednak zrobił to bardziej "taktownie".

Co do powtórek: najczesciej powtarzasz nagminnie imiona. Czy kiedy z kimś rozmiawiasz, przy każdej kwestii powtarzasz jego imię? 

Ale fakt, że początek bardzo mi się podobał, bo poszcególne charakterystyczne elementy wprowadzałeś właśnie bardzo subtelnie. Zwracałeś na coś uwagę, ale nie strzelałeś tym w twarz. Powstawało jakieś takie lekkie zaniepokojenie. Widać, że coś jest nie tak, ale nie wiadomo co dokładnie i w jakim kierunku.

A do tej wytłumaczonej końcówki niestety można się mocno przyczepić. Np. dlaczego Ci, którzy przeżyli, zostawili zwłoki zmarłych w statku? Poza tym, jak na kogoś, kto dalej czeka na powrót "swoich" zaskakujaco mało wie co to za "swoi".

www.herbatkauheleny.pl

SuzukiM, ostatnie dwa zarzuty odrzucam -- są wytlumaczone w tekście. Wyrażnie. 
"-  Jak oni wyglądają? -- cicho zapytała Kate, palcem wskazując w stronę prawie niewidocznego pagórka.
-- Nigdy ich nie widziałaś? -- zdumiał się Stuart.
-- Dla nas to grobowiec przodków -- ze spokojem wyjaśniła kobieta. -- Nie chcemy go ruszać. "
I jeszcze dodatkowo.
" Kate Hawkes zawahała się.
-- Dla wielu z nas ci, którzy leżą we wnętrzu wzgórza, są jak bogowie (...)".
Gdybym to rozwinąl, to dopiero mialbym zarzut o łopatologię!
Dopowiem jeszcze -- chociaż jest to oczywiste -- że w ostatnim akapicie wyjaśniam sprawy, zasygnalizowane w poprzednich -- na przyklad wątek bierności Apaczów, co tak zdziwiło ( i słusznie ) Stuarta. Dlatego między innymi Stuart jedzie nad Rio Pecos, tereny tego plemienia. 
A o do powtarzania imion -- tak wtedy rozmawiano, przynajmniej w ksiązkach i na filmach. Natomiast co do powtarzania nazwisk i imion w akcji - taki styl, chyba wzorowany na literaturze amerykańskiej. Prosty i łatwy w odbiorze, niestety, jak widać, czasami powodujący zarzuty powtórzenia. Przemyślę, jako ze napisałem potężne opowiadanie szpiegowsko - sentymentalne. za to dziejące się  w świecie alternatywnym, w ktorym jest cala masa ładnie brzmiących nazwisk. 
Pozdrawiam.

Roger, ja pytam, dlaczego swoich nie pochowali Ci, którzy przeżyli katastrofę statku.

www.herbatkauheleny.pl

Popieram Rogera w tym, ze wyjasnił o co chodzi. Jednym z gorszych opowiadań jakie w życiu czytałem był potworek Romualda Pawlaka - Trzy zimne siostry, -który ukazał sie w jednym z zeszłorocznych  nr SFFiH. Tekst ciagnie sie jak flaki z olejem, niby mamy tajemnicę a na końcu tekst -  nie pamietam dokładnie, ale mniej więcej szedł tak - -gdyby ludzie z wioski wiedzieli, co on tam ( bohater) zobaczył, byliby naprawde zdziwieni.

Suzuki, jesteś niekonsekwetna. Raz piszesz, że ostatnia część jest niepotrzebna, a następnie chciałabyś jeszcze bardziej szczególowego wyjaśśnienia wszsytkich okoliczności... No i bardzo dobrze -- po to jest ostatni akapit, przy okazji kończący sprawę John Stuart -- Kate Hawkes.
A jednak zdanie, o którym wspomniasz i brak wypomnasz, jest w tekście.   
"-- Chyba po prostu miejsce, w którym żyjecie, traktowali jak świętą ziemię. Omijali je, zostawiając przybyszów w spokoju. Dzięki temu oni mogli założyć tutaj osadę, żyć na uboczu i przetrwać. Zasypać ziemią ten dziwaczny wehikuł."
W naszych kategoriach obrzędowych dość jednoznaczne.  
Dlaczehp Kate i inni nie grzebali w stromym pagórku, wspomnialem w poście powyżej.
Nyć może, należalo jednak dodać zaraz potem jeszcze jedno zdanie, mówiąće, że, jak przypuszcza Stuart, w ten sposób ocaleli ypelnili obowiązek pochówku. Wprowadzę je na twardym dysku.  
Ale, tutaj sprawę pozostawiam domyślności czytelnika. Sugestia jest wyrażna.
Dzięki za cenne uwagi.
Pozdrowienia.

Sorry za literówki. Śpieszyłem się do innych spraw. Przy okazji wytłuścilo za dużo... Gwidon, dziękuję za wsparcie moralne, chociaż mam wrazenie, że i tak tekst broni się sam -- wystarczy coś zacytować.
Pozdrowienia.  

Dla mnie to dalej jest naciagane :) Ale dobra, odpuszczam i idę dreczyć innych :)

www.herbatkauheleny.pl

Przesada z tym dręczeniem... Raczej leniwa wymiana opinii krytycznych. Chyba kreujesz się na dręczyciekę. Czasami mam wrażenie, że po prostu szukasz dziury w calym, a tej dziury nie ma.  Ale, uwagi cenne -- chociaż, jak widać po wpisie Gwidona, ostatni akapit jest potrzebny. i to bardzo. 
Pozdro. 

Eeee, nie, ja po prostu szczerze piszę, jakie jest moje zdanie. To inni uwaząją, że ich dręczę.

I już napisałam wcześniej, że zgadzam się, że można wszystko wytłumaczyć. Tylko zależy, w jakim stylu się to robi. Z drugiej strony, przetajemniczyć też jest niedobrze.

www.herbatkauheleny.pl

OK. :)

Jakubie, serdecznie dziękuję. 

Podobało mi się. Podobał mi się styl i sposób prowadzenia narracji, i to co zauważył Clod - wierzy się w to, co piszesz ;) Narracja jest niespieszna, ale nigdy nie nudna, stopniowo wprowadzasz kolejne tajemnice i niepostrzeżenie wciągasz czytelnika w swoją wizję. Tekst z dopiskiem Sherlockista, więc spodziewałam się w White Creek jakiejś zbrodni (czy choćby oszustwa podatkowego :P), zamiast tego dostałam tzw. "mystery", ale wcale nie poczułam się rozczarowana, więc przeciwnie ;) Dziwi mnie że nie dostałeś jeszcze piórka, poza konkursem. Natomiast nie do końca podobało mi się łopatologiczne wyjaśnienie tajemnicy "wzgórza" w rozmowie z Kate. Chyba rzeczywiście lepiej było nie dopowiadać tego do końca, bo już po [uwaga spoiler :P] odkryciu faktu, że istoty w "grobowcu" mają sześć palców, można się domyślić, że mieszkańcy White Creek są ich potomkami. Ten dialog można było spokojnie skrócić bez szkody dla fabuły, zwłaszcza że Kate się powtarza (najpierw mamy: Byli podobni do ludzi, ale znacznie się od nich różnili., potem: Jesteśmy pewni, że byli podobni do ludzi.).

Z błędów mignęła mi gdzieś tam zła odmiana nazwiska Stuart (Stuartcie - powinno być "Stuarcie"), a Kate Hawkes w pewnym miejscu stała się Kate Holmes, ale szczerze mówiąc nie przywiązywałam uwagi do szukania literówek, za bardzo się wciągnęłam ;) Jeszcze żadnej szóstki nie dałam w tym miesiącu, hmmm...

Dreammy, dzięki za wizytę,  komentarz i cenne uwagi. Trochę jest w tekście błędów edycyjnych - jedno zdanie, obrazujące myśli Stuarta, zapomnialem wyróżnić kursywą i zlikwidować myślniki. Gdzieś tam w wyrazie "wydyszał " brakuje litery "w". No i panna Holmes. miast Hawkes, a także niewłaściwa odmiana w jednym przypadku nazwiska"Stuart". Cieszę się, że niedoróbki edycyjne nie popsuły przyjemności czytania, co zreszta zaznaczyłaś. 
Zastanawiałem się nad ostatnim akapitem. Teraz jestem coraz bardziej przekonany, że jest potrzebny. Zamyka i wyjaśnia wątki, spina fabułę.  Jednakże, chyba rzeczywiśćie mógłby być bardziej sugestyny, domyslny, a mniej realistyczny. Lubię precyzję szczególów, a w tej częsci lekko , może nawet zanadto, jest nadmierna. Trochę byłem pomiędzy wymogami opowiadania " na Sherlockistę" a kreowanym klimatem i opisem zdarzeń. Inne rozłozenie akcentów, nie tak oczywsite, pewnie byloby lepsze. A na pewno byloby w klimacie opowiadania.
Co do opinii o wyróżnienie piórkiem - dziękuję za ocene, ale to nie do mnie pytanie... Może ten klimat i sposób prowadzenia narracji nie znajduje uznania. i tyle?
Gratuluję zajęcia miejsca wśród zwyciężców konkursu, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak będzie - i słusznie.
Pozdrawiam serdecznie.

Opowiadanie ma świetnie wykreowany klimat. Ujęła mnie właśnie ta niespieszność, leniwa swobodność, z jaką toczy się akcja. Poczułem Dziki Zachód. Na minus jest zdecydowanie kompletny brak zaskoczenia - pomysł bardzo przewidywalny. Przyznam szczerze, że już w chwili pojawienia się drugiej sześciopalcej osoby pomyślałem o jakiś kosmicznym artefakcie zatruwającym wody rzeki i powodującym mutacje. Niewiele się pomyliłem.

Jeśli chodzi o konkurs to tekst ten ciężko ocenić, bo jest nie na temat - żadnej kryminalnej intrygi tu nie ma, niemniej opowiadanie jest dobre i dziwi mnie, że nie zostało opierzone.

Ocena (tylko na potrzeby sherlocisty) - 4/10.

Pozdrawiam.

Dzięki, Efferelinie, za komentarz.
Chyba jednak myślimy o dwóch rónych konkursach... Założenia konkursa są takiee:
" Konkurs na opowiadanie SF, fantasy, horror, paranormal, steampunk, urban fantasy lub w innym rodzaju fantastyki, kryminałem podszyte!
Zasady SHERLOCKISTY 2011 są proste:

Wczuj się w klimat detektywistyczny, kryminalny, jak z Conan Doyle'a.

Napisz tekst z kryminalnym podtekstem, detektywistyczną zagadką, tajemnicą, a może zbrodnią.

Baw się konwencją, wykaż inteligencją, humorem i talentem.

Wytłuszczenia mojego autorstwa.
To jest bardzo pojemna formuła. więc wykorzystałem szerokie ramy konkursu. Mamy wczuć się w klimat, ale jednoczesnie wcale to nie musi być demmtracja zasad dedukcji -wystarcZy kryminalny podtekst i tajemnica, zagadka. Są!S Są.  Pewnie, że instynktownie duch Sherlocka Holmesa jest inaczej postrzegany, ale w zasadach nie ma wyrażnego zastrzeżenia. Nie tylko ja tak to zroumiałem - jest kilku innych autorow, którzy, przeczytawszy założenia,  swobodnie potraktoali temat. Moim zdaniem, mieli do tego prawo. 
Ale - to kwestia oceny zasad konkursu. 
A że zagadka dość prosta? A, bo Stuart dostrzega szczególy  i zastanawia się nad nimi. Ale faktem jest, że w tej warstwie bardziej jest to story w typie Chandlera.
Ciesżę sie, że narracja i klimat opowiadania podobały się. Takie miał;o być i takie jest.  Podobnie jak poprzednio, nie chcę komentowac ocen członków lozy NF. Każdy ocenia inaczej.
Pozdrowienia.

Po prostu mamy różne spojrzenia na konkurs i tyle. Moim zdaniem opowiadanie na Sherlocistę może być jak najbardziej w konwencji Dzikiego Zachodu (czy jakiejkolwiek innej - fajnie jest eksperymentować), natomiast w Twoim opowiadaniu ja się po prostu tego kryminalnego podtekstu nie doszukałem. Tajemnica owszem jest, ale w mojej ocenie daleko tej zagadce do tematyki detektywistyno-zbrodniczo-kryminalnej. Kwestia odbioru.

Pozdrawiam.

OK. Każdy ma prawo do oceny, i każdy ocenia inaczej.... Jeszcze raz dzięki za wyczerpujące komentarze. 
Pozdrowionka wiosenne.  

Miły, dobrze skomponowany tekst, chociaż nie wiem, czy zakończenie otwarte nie dodałoby mu głębi. Błędy się pojawiały, ale były na tyle nieistotne, że się po prostu dobrze czytało. Fajny pomysł, znów skojarzył mi się z Thorgalem, chyba nawet bardziej niż "Kapelusz", chociażby przez statek kosmiczny i potomków przyjezdnych. Inne realia, ale motyw bardzo podobny.
Ciekawe ujęcie konkursowego tematu:).

MałoWiedżmo92, dzięki za przeczytanie i komentarz. U siebie, na twardym dysku, zakończenie jeszcze nieco rozszerzyłem, bo jest w nim kilka błędow logicznych, dotyczących zachowania Stuarta w stosunku do Kate Hawkes.

Doszefl na przykład kiluzdaniowy passu po zdaniach:   " Głos Stuarta przypominał warknięcie psa.
-- Kim właściwie jesteście?" I nie tylko.

Jak zwykle, doszlifowalem jeszcze calość tekstu.

Ciekawe, że Gwidon nominowal "White Creek" do "piórka".  

Pozdrówko.  

Też tak sądzę... Miło było. Może już bez odbioru. 

Hej, Roger.

Przeczytałam z przyjemnością, jednak nie porównując ze starą wersją, nie czytając też komentarzy poprzedników. Nie wiem też o co chodziło w konkursie – domyślam się, że miało być detektywistyczne – i było. Ta kwestia wypadła bardzo fajnie - lubię westernowatość, a kolejne elementy, wyraźnie zagłębiające czytelnika w zagadkę, bez nudów przeprowadziły mnie przez cały tekst (mimo późnej pory i spędzenia drugiego z rzędu 12-godzinnego dnia w pracy;-)

Do tego wreszcie na portalu – o czym wspominałam Ci wczoraj – mogłam przeczytać tekst pisany przez mężczyznę, w którym w przyjemny dla mnie sposób została opisana kobieta. Podobnie, jak w Twoim Mieszkaniu… Ale tu jeszcze bardziej zwróciłam na to uwagę. Jako portalowa koleżanka, muszę powiedzieć, że fajnie Ci to wychodzi. Pytałeś, czy mam na myśli to, że pojawia się jedynie opis wyglądu oraz dialogi – ale nie w tym rzecz. Dla mnie postać może być całkiem wyrazista tylko i wyłącznie właśnie na podstawie tego – jak ją opisuje narrator i co postać mówi, jak mówi. Wcale nie potrzebne mi jej przemyślenia, życiorys i studium psychologiczne – czy coś w tym stylu;-) Czyta się między wierszami, jak to mówią, choć nawet nie wiemy kiedy to się dzieje – dzieje się, jak postać się udała.

Zatem, szanowny kolego, jestem pod wrażeniem narracji o Kate – mimo, że nie jest bardzo rozwlekła. Opis jest męski, poważny, nie rubaszny – choć to przecież barmanka w salonie;-) Bohater w ujmujący sposób zauważa jej wdzięki i spostrzega, że ciągnie go do niej. Jest zdystansowany i stonowany, ale właśnie dlatego coś mi się w tym podobało. (Zresztą ten Twój "praworządny" też jest sympatycznie wykreowany. Westernowato.)

Rozpisałam się. Jednak musiałam. Nie jestem wyczulona na jakieś zabawowe pisanie o kobietach – przeciwnie, śmiałam się na tekstach Gwidona, zwłaszcza o dziewicach zagryzających malinami różne… Ale cieszę się, że mogę u Ciebie liczyć na męski tekst o zauroczeniach potraktowanych trochę poważniej. Na tym portalu to niestety rzadkość.

 

Fabuła mnie wciągła – już pisałam. Rozwiązanie zagadki było dla mnie ciekawe. Pomysł też.

 

Wykonanie, oczywiście, bez zastrzeżeń;-) Edytowałeś to pewnie niedawno, wskrzeszając na betę – znalazłam parę literówek oraz to pod spodem. Źle mi się kopiowało zdania z tekstu do komentarza – dlatego umieściłam tu tylko sensowniejsze rzeczy. Nie wiem, czy ja coś robię źle, ale nie chciało mi się tu nic skopiować – w ogóle dziwnie się tu pisze. Ale nie ważne, ogarnę może z czasem.

 

To są te jakieś drobiazgi:

 

 

– dopijając płyn o modowej barwie – literówka

 

wciskający się na szlaku do gardła. I upał, powodujący ucisk – powtórzenie

 

– zdawał się dawać do zrozumienia, że pora ruszać

w opisie szkieletów dwa razy podobne stwierdzenie: coś, co przypominało…

 

 

– w ostatniej scenie Kate nazywasz Kate Holmes

– Straciłam sporo czasu. Czas się rozstać. – powtórzenie, które mogłoby ujść, bo to w dialogu?

 

Ja w każdym razie nie straciłam czasu;-)

Trzymaj się. Pa.

A! I przyjąłbyś koleżankę do znajomych, wysłałam Ci zaproszenie. Nie wiem wprawdzie do czego służy możliwość posiadania takiego grona – wiadomości można chyba słać do każdego tak, czy inaczej. No, ale…

Dobranoc, Roger;-)

Agatokasiak, dziękuję za przeczytanie i komentarz.  Dobrze, ze czasu lektury nie uważasz za czas stracony. Zdaje się , ze trafiłem w Twój  gust przy opisie postaci kobiecej. I fajnie, ze w opowiadaniu jest klimat westernu – bo to jednak opowieść z Dzikiego Zachodu. 

Już nie za bardzo pamiętam, jak wyglądały założenia "Shelorckisty". W tym tekście raczej intryga kryminalna ma znaczenie drugoplanowe. Ale jest. 

Kate miała początkowo nosić  nazwisko Holmes, ale potem je zmieniłem. No i panna Holmes została w ostatnim akapicie – i nikt na to nie wrócił uwagi! Aż do tej pory.

Dzięki zw wskazanie literówek i powtórzeń. Oczywiście,  zostały poprawione. 

Z zasady kopiuję coś z tekstu, żeby zacytować  w komentarzu. Cytowania – funkcji komentarza – jeszcze nie sprawdzałem. 

Nie mogę odnaleźć tych zaproszeń. Jak odnajdę, to się odezwę. 

Pozdrówko.

Miło mi również;-)

A zaproszenie powinno być w górnym pasku po prawej, przy ikonce z listem. O ile dobrze kojarzę.

Pa!

Agatokasiak, zbadałem, jak funkcjonuje system zaproszeń, no i – skasowałem zaproszenia… Ale – oczywiście naprawiłem zaraz błąd. Też nie wiem, do czego to ma służyć, bycie znajomym. Według mnie, dziwaczny ozdobnik.  I tak wszystko można napisać w komentarzach.

Ale innym może się to podobać.

Pozdrawiam.  

Tak, a u mnie jest teraz więcej rubryk. Oprócz Znajomi i Wysłane zaproszenia pojawiło się Otrzymane zaproszenia z Tobą poniżej;-) Więc wychodzi na to, że dalej się nie znamy, bratku;-)

Nie wiem, co sądzisz o takiej zabawie, ale jakieś to miłe z tymi Znajomymi… Tak myślę. A, kto wie, może ma dodatkowe funkcje, których jeszcze nie rozpracowaliśmy?

Dobrej nocy.

Chyba na to wychodzi, ale ta funkcja istniała poprzednio. Majstrując przy zaproszeniach i badając, jak to działa, po prostu nieopatrznie je pokasowałem.  Wysłałem zatem sam zaproszenia.

Ale to jest raczej  jednak pytanie o to, w jakim generalnym kierunku zmierza nowa strona – czy ma być stroną ze znaczną  przewagą elementu społecznościowego, czy jednak literackiego.  

Osobiście uważam, że literackiego. Dla mnie bardziej  ważne byłoby urządzenie na stronie drugiej zakładki "opowiadania" z kwalifikacją tekstów. Tak miało być i pewnie będzie, bo to miała być "biblioteka", a dotychczas opublikowane na tej stronie  teksty stałyby się "poczekalnią". Ale możliwe jest, że w "bibliotece" znajdowałyby się teksty publikowane bezpośrednio przez redakcję "NF". To byłby duży skok jakościowy, ale na razie jest to raczej nierealne… Redakcja jest nieliczna.  Ale w przyszłości, kto wie?

Wszystkie innowacje społecznościowe brajta na pewno są jednak bardzo ciekawe i pożyteczne.  

Pozdrawiam. 

Hmm, poczekalnia? Nie głupio brzmi. Byłby jakiś przesiew. Tylko, czy puściliby mnie dalej?;-)

Znowu – dobranoc.

Rzeczywiście tym razem ja miałam zaproszenie;-) Dzięki;-)

Nie mogę się doczekać połączenia stron. Może ten pomysł z "poczekalnią" poddać brajtowi?

No, tak czy inaczej, teraz to już naprawdę idę spać, Znajomy Rogerze. Pa;-)

Pomysł  z "poczekalnią" i "biblioteką" jest znany i nie potrzeba go nikomu zgłaszać. To jest pomysł Loży. Na samym początku istnienia strony testowej funkcjonowały linki do poczekalni i pustej biblioteki, ale brajt je potem skasował. Można jednak je przywrócić.

Opublikowany tekst opowiadania – stary, nowy – zawsze miał trafiać do poczekalni. Do biblioteki miała najlepsze opowiadanie przenosić Loża. Zakładano, że  jakieś teksty autorzy będą musieli dopracować, poprawić edycję itp. . Ale też wyrażono wątpliwości o moce przerobowe – kto oceni taką masę tekstów? Ale teraz widać, ze opowiadań wcale nie jest tak dużo.

Taki system to tez duży postęp, bo wprowadza kwalifikację tekstów do publikacji na "wyższej półce".  Ale można go jeszcze rozszerzyć –  poprzez wprowadzenia do biblioteki tekstów przez redakcję "NF". Ale redakcja jest nieliczna…

Do sprawy poczekalni i biblioteki trzeba będzie koniecznie wrócić – i to nie jest tylko moje zdanie – ale już  po tym, jak brajt zasygnalizuje, że urządzanie strony testowej zbliża się do finału.

To jest bardzo ważna sprawa.  

Miłej niedzieli. 

 

Zgadzam się. Do przeczytania!

Dobrze, że jesteśmy zgodni.  Biblioteka na pewno wróci. Wtedy wróci się do tego tematu.  Pozdrówko. 

Kate w jednym miejscu się nazywa Holmes? Fajne

Znam tylko pięć liter ;)

     Uważnie czytamy… Kate Hawkes początkowo miała nazywać się Kate Holmes, ale zmieniłem jej nazwisko – Holmes jakoś mi się nie podobało, bo jest już trochę oklepane. Zmieniłem, ale w jednym miejscu przeoczyłem.      Na stronie testowej poprawiłem „White Creek” i nieco uzupełniłem ostatni akapit. No i doszła ilustracja, bardzo, moim zdaniem, odpowiadająca klimatowi opowieści. Ale to już inna historia.      Fajnie, że fajne.      Pozdrówko niedzielne.   

Jest zagadka, nie ma podtekstu kryminalnego. Śledztwa też właściwie nie ma.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam i napiszę, że podobało mi się o wiele bardziej niż “Kapelusz” (choć klimaty podobne). Przyznam nawet, że zaczytana w wyjaśnieniach Kate, prawie przegapiłam przystanek :). I choć zapewne naukowcy kręciliby nosami na pomysł łączenia się ludzi z obcymi, to końcowa scena ma w sobie pewien nienachalny kosmiczno-westernowy romantyzm, który do mnie trafił.

Dzięki za polecenie tego tekstu :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Ma­rian­no, opowiadanie musiało cię wciągnąć, jeżeli prawie przeoczyłaś przystanek… Jestem bardzo zadowolony z „White Creek”. Do konkursu opowiadanie słabo pasowało – jednak intryga kryminalna jest bardzo wątła. „White Creek” ma chyba jednak wiele innych walorów i, mimo upływu czasu, doskonale daje sobie radę. Jak pisałem ten tekst, pilnowałem się, żeby nie wspominać o rodzącym się uczuciu. Chyba udanie, bo podkreślasz nutę romantyzmu, trochę jednak zamierzoną.

Jak na portal, „White Creek” na pewno jest opowiadaniem nietypowym, choć już po publikacji mocno się podobało. W sumie, jak teraz patrzę na ten tekst, jest klasycznym westernem w starym stylu. Przybywa jeździec – i napotyka tajemnicę. Coś zaczyna wiązać go napotkaną kobietą – a jednocześnie szybko musi stanąć do walki. Zupełnie świadomie napisałem nietypowe dla westernu zakończenie – oni się rozstają.

Czy John i Kate mogli się fizycznie połączyć – chyba tak. Nikt na ten aspekt tekstu nie zwrócił jeszcze uwagi… W tekst wplotłem jednak parę zdań, ze przybysze byli bardzo podobni do ludzi.

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, „White Creek” znajdzie się w herbatkowym e-booku. Byłoby miło. Twoje teksty chyba też…

Dzięki za przeczytanie i komentarz. 

Silne pozdrówko.  

Zresztą, w sumie przybysze nie muszą być tak całkiem obcy – mogą na przykład, przybywać z przyszłości i być efektem dalszej ewolucji ludzi, wtedy odpadłaby trudność z mieszaniem się gatunków :);

A co do Teabooka… byłoby miło, ale moje teksty chyba nie otrzymały magicznej “ósemki” :/

Pozdrawiam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

wydaje mi się, ze jest to kwestia drugorzędna, a nawet trzeciorzędna, Potomkowie przybyszów zupełnie przypominają ludzi, oczywiście, z pewnymi istotnymi odmiennościami, ale jednak nie utrudniającymi im życia w White Creek. Potomkowie przybyszów nie wiedzą, kim byli ich przodkowie, co zresztą zdumiewa Stuarta. Dla niego Kate Hawkes jest po prostu śliczną i bardzo miłą kobietą. Może, jakbym napisał kontynuację, trzeba byłoby trochę szerzej naświetlić tę sprawę, ale nie przewiduję dalszego ciągu…

A nie wiem, czy Twoje zwycięskie opowiadania konkursowe nie wejdą do e-booku, jak nie teraz, to do następnego… Ten z „Kryminału…” na pewno powinien.  

Pozdrówko.  

Roger,

w sumie masz rację. Stany Zjednoczone budowali przecież obcy przybysze – głównie z Europy, ale kto wie, może i z kosmosu :). Nie pytajmy więc o pochodzenie :)

A co do “Kryminału…”, to cały czas zastanawiam się, czy ma dość fantastyki, by wstawić go tutaj…

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Jak na ten portal, chyba byłoby za mało… Ale zawsze coś można wkomponować zamiast herbaty. Coś dziwnego, nieznanego… I nie do końca wyjaśnionego. Nieziemskiego… Może jakąs pozostałośc po kimś, przydatną bardzo, a do tej pory nieznaną. 

W tym tekście denerwował mnie wyraz “szeryf”. Szeryf jest lokalnym przedstawicielem prawa, chyba nadal wybieranym, a bohaterowie są detektywami policyjnymi. Trochę mi to zgrzytało. Miałem nawet coś napisać, ale sobie odpuściłem.

Ale opowiadanie jest bardzo fajne i bardzo dobrze napisane. Przydałoby się może tylko trochę skrótów.

Przerób trochę. 

Pozdrówko.

Roger,

pomyślę, choć nie ukrywam, że ta herbata w tekście ma swój urok i tak mi jakoś “pasuje”. A zamiast szeryfa powinni chyba wystąpić zastępcy :).

Pozdrawiam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Ma­rian­nono to – zaryzykuj. Kto ryzykuje, w kozie nie siedzi. Charakter tego portalu nie jest wiecznotrwały… Można spróbować go poszerzyć.

Jednakże na pewno spróbowałbym dopracować tekst. Trochę czasu upłynęło, masz już do opowiadania dystans, a tutaj nic cię nie goni z publikacją. Teraz chyba będziesz już widziała ewentualne niedoróbki, dłużyzny, powtórzenia, zły szyk zdań itp. – jeżeli są. Na końcu każdego rozdziału może spróbuj zanęcić i wciągnąć czytelnika nową tajemnicą. Pousuwaj zbędne wyrazy.

Sama wiesz, jak to się robi…

Przydałaby się pewnie ilustracja.

Powodzenia. Pozdrawiam.

PS. Uściślając wątpliwości w sprawie szeryfa – wydaje mi się mocno wątpliwe, żeby biuro szeryfa prowadziło dochodzenie w sprawie zabójstwa. To jest chyba już jednak domena policji stanowej. Biuro szeryfa jest raczej czymś w rodzaju lokalnych sił porządkowych.

Przejrzałem jednak tekst jeszcze raz i jest dobrze – przyjeżdżają i prowadza śledztwo, bo te nie jest sprawa dla biura szeryfa. Elegancja.

Roger, dzięki.

Tak, poprawki mam w planach. Ilustrację, to jak się nauczę jak ją wstawić. Przydałby się jakiś uroczy wisielec :) Za jakiś czas… Prędzej pewnie tu wrzucę moją wersję “Czarnej kawki”:).

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Ilustrację znalazłabyś bez problemów. Wystarczy na początek wpisać hasło „wisielec – obraz”.

Ta z boku mi się dość podoba. Chyba nie byłoby kłopotów z prawami autorskimi. Jeżeli wpiszesz podane hasło, znajdziesz.

Ilustracja poniżej tez mi się podoba, o wiele bardziej. Ciekawe – autor zamieszcza ją w tekście i nie podaje źródła ani autora. Ale jest powszechnie dostępna w Wikipedia Commons… Ale w tej ilustracji naprawdę coś jest… No i ładnie pasuje do początku tekstu.

Nota bene, jak masz ilustrację, Helena bez problemów wklei ją do tekstu. Gdybyś zdecydowała się na zostanie recenzentem, mogłabyś robić to sama… To nie problem.

Tutaj, jak widać, wklejanie ilustracji jest banalnie proste. Jednakże poprzedni system z płynnym skalowaniem wielkości ilustracji był znacznie lepszy – pozwalał dowolnie określić rozmiar ilustracji i dopasować do niej nawet położenie wiersza tekstu. Ale obecnie istniejący też jest niezły.

Dolna ilustracja zeskalowana do rozmiaru w11.

Pozdrówko.

 

 

 

Oczywiście, adresy URL masz w ”właściwościach”…

O, dolna ilustracja jednak bardziej mi się podoba. Mój tekst chyba nie jest aż taki “krwawy” ;). Dzięki, będę próbować. A co do zostania recenzentem… No cóż, to brzmi dumnie, ale wolnego czasu u mnie jak na lekarstwo ;/.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Możesz wyszukać inne, to nie problem. Jednakże dolna jest naprawdę interesująca – i klimatyczna. Teraz rozmiar w15. Ale, do tego w sumie sporego tekstu, na pewno przydałaby się jeszcze jedna ilustracja. Tradycyjna filiżanka herbaty? Wyglądałaby nieźle… 

 

:

 

Pozdrówko

Ładny obrazek z Dzikiego Zachodu, z Obcymi w tle.

 

Literówki:

Stu­art czuł zmę­cze­nie wszyst­kich mię­sni.

zwier­cia­dła od­bi­ja­ły jej szczu­plą syl­wet­kę.

Za pól go­dzin­ki za­mie­rzał iść

Przed­tem mila roz­mo­wa.

Nie po­tra­fił pojąc i zro­zu­mieć tego

Opusz­ka­mi pal­ców wy­czul jej nie­znacz­ną po­ro­wa­tość.

Ni­g­dzie nie mógł do­strzec nór pie­sków pre­rio­wych

Wziął do ręki więk­szy odła­mek i ci­snął o środ­ka

Miał pew­ność, że to, co powie za chwi­le, jest praw­dą

 

Lu­dzie z sze­ścio­ma pal­ca­mi u dłoni, wiel­cy jak re­pli­ki ko­lo­sa ro­dyj­skie­go… –> …re­pli­ki Ko­lo­sa Ro­dyj­skie­go

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chyba pierwsze opowiadanie, które napisałem w konwencji westernu. Kojarzę, że ukazało się w e-booku, ale to było już dawno.

Ciekawe, cóż porabia Gwidon

Pozdrówka.

Nowa Fantastyka