- Opowiadanie: syf. - Terapia nowotworowa

Terapia nowotworowa

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Terapia nowotworowa

 

I

– Co powiedziałeś?

– Nowotwór – powtórzył Grzesiek. – Jebany rak. Lekarz wspomniał, że zostały góra trzy tygodnie.

Gapiłem się na niego, jakbym widział rzeźbę Neptuna w kawałkach. Wiśnia stała w drzwiach jak słup soli – jak gdyby sam Jahwe pokarał ją za otwarcie drzwi i zajrzenie w głąb mojego pokoju. Chłopaki w kuchni też coś usłyszeli. Rozmowa przy piątkowej wódce ucichła.

Grzesiek wybuchł śmiechem.

– Kurwa, trzy tygodnie! Słyszysz? Chyba go popierdoliło! Wkuł na pamięć książkę telefoniczną i myśli, że jest wyrocznią, kutas jeden. – Wstał, przewracając krzesło, i skierował się w stronę wyjścia. – Ja już im dam wyrocznię, cwelom. Delfy im z dupy zrobię za takie wyniki badań. Skurwiel się pomylił i będzie mnie straszył!

Drzwi głucho trzasnęły.

Gdyby któreś z nas pobiegło wtedy za nim, być może uniknęlibyśmy szaleństwa, które czaiło się tuż za progiem. Jednakże żadne z was nie powinno się dziwić albo wytykać nas palcami. W końcu jak zareagowalibyście na wiadomość, że facet, którego znacie od dziesięciu lat, z którym od czterech mieszkacie, ma się zaraz przekręcić i zniknąć w dziurze w ziemi? Kto byłby odważny pobiec za nim i być jego pocieszycielem?

Ja nie dałem rady…

 

***

– Jasne, dziękuję.

Odłożyłem słuchawkę. Było niedzielne popołudnie, a Grzesiek wciąż nie wracał. Zaczęliśmy się martwić.

– Młody i zdrowy, to nie ma co się przejmować – powtórzyłem to, co usłyszałem od policyjnej dyspozytorki. – Byłeś w szpitalu?

– No – odparł Macias. – Nikogo takiego na pogotowiu nie przyjęli.

– Zabawne – powiedziała Wiśnia, rozczesując długimi palcami włosy.

Obserwowałem, jak jasne nitki opadają na łuszczący się parapet. Lubiłem tę dziewczynę. Ona bardziej lubiła Grześka. Ja w związku z tym miałem inne koleżanki. Emocje po studencku. Raz się żyje – upiorna myśl przeleciała mi przez głowę. Mimowolnie się uśmiechnąłem.

– Przygotujcie plakaty – powiedziałem w końcu. – Napiszcie, że Grzesiek jest cukrzykiem czy coś takiego. Wieczorem rozkleimy je na mieście.

– Niegłupi pomysł – rzucił Gruby. – Lepsze to niż napisanie, że i tak się przekręci do Bożego Narodzenia, nie?

– Nie! Odpuść sobie, jak cię to bawi – powiedziała Wiśnia. – Damy radę bez ciebie.

Staliśmy tak we czworo nad pustym stołem. Gdy teraz myślę o tamtej chwili, to mam wrażenie, że właśnie wtedy Los niczym cygańska wróżka przetasował tarota i rozłożył przed nami pomięte karty. Postawa Wiśni to musiała sprawić albo może nadmiar prochów. Przed Grubym na pewno odsłonił się Głupiec. Chłopak następnego dnia wpadł pod samochód – głupi ma zawsze szczęście – i ominęły go prawdziwie tragiczne wydarzenia. Macias, Wisienka i ja mieliśmy pecha. Jakby przed nami upadła Wieża Boga – symbol utraty i śmierci. La maison Dieu.

Mon Dieu!

 

***

Grzegorz wrócił do domu jeszcze tego wieczoru.

– Co wy tam macie? – spytał. – Oo, moje zdjęcie.

– Jarałeś?

– Nie – odparł. – Bawi mnie to, że nazwaliście mnie cukrzykiem. Jeżeli miałbym zdychać na przystanku, to przechodnie może zareagowaliby, widząc mnie na takim plakacie. W końcu każdy wie, że nie można zarazić się cukrzycą – powiedział, przekładając z ręki do ręki pokaźny pakunek i z uśmiechem dodał: – Ale zaraz, rak też nie jest zaraźliwy.

Dalej się rechotał, znikając w czeluściach swojego pokoju. Po paru minutach wychylił się zza framugi i zupełnie poważnym głosem powiedział:

– Dziękuję wam za troskę, ale za kilka dni poproszę was o coś poważniejszego. Znacznie poważniejszego.

Zajrzałem później do jego pokoju. Naustawiał dookoła łóżka świeczek i kadzidełek. Cuchnęło jak w sklepie z indyjskim chłamem. Z głośników leciała nieprzyjemna muza. Na talerzyku leżała – nic dziwnego – zużyta strzykawka. Obok był kawał nadgryzionego mięcha. Surowego serca. Na podłodze leżała jakaś księga. Z bliska wyglądała na starą i drogą. Wolałem nie wiedzieć, skąd Grzesiek ją wytrzasnął. Pogasiłem ognie i po cichu wyszedłem.

Przed moimi oczami powinna była stanąć niebosiężna wieża z kości słoniowej. Powinienem był rozbić sobie o jej ścianę łeb, żeby móc jak Grubas uciec przed złym losem w szpitalne pościele.

 

***

Wieżo z kości słoniowej – wydarzenia przypomniały mi stary paciorek – módl się za nami. Oszalał. A może to myśmy oszaleli, godząc się na to?

 

 

II

Jak już powiedziałem, następnego dnia z rana Gruby wlazł pod samochód. Drogą nie jechał jednak maluch czy inne cinto-cinto, ale cholerny biały jak trup dostawczak. Przynajmniej tak twierdził później Grubas.

Kierowca oczywiście zwiał z miejsca wypadku, a nasz kolega leżał przez dobrą godzinę na zaplutym trotuarze. Przez dziurę w jeansach pęknięta kość udowa wystawała jak diabelski róg. Na szczęście jacyś żule-złomiarze zawiadomili pogotowie, ale portfel i komórka i tak znikły.

– Ja cię pierdolę – krzyknąłem, wchodząc do szpitalnej sali. – Dlaczego nikt wcześniej nie zadzwonił?

– Panie, ciszej – mruknęła pielęgniarka, wychodząc – ludzie tutaj odpoczywają.

– Ojcze nasz – szeptała babulka na łóżku obok – któryś jest w Niebie…

Wiśnia, Macias i jeszcze dwóch kolesi, których znałem z widzenia z popijaw, siedzieli przy łóżku. Grzegorz stał obok okna z miną księdza, szykującego ostatnie namaszczenie. Ustroił się w płaszcz – oczywiście czarny i długi – a do tego założył fajansiarski kapelusz. Na szyi zawiesił stalowy pentagram. Grubas z kolei był wpięty w stelaże i wyglądał jak mumia.

– … tak i na ziemi…

– Pani słyszała? – powiedział Grzesiek do starej baby. – Pani zamknie tę jebaną jadaczkę, bo kolega spać nie może.

Kobiecina wytrzeszczyła oczy i zaczęła głośniej mleć paciorek.

– Daj spokój – powiedziałem. – Gadał już ktoś z policją?

– Tak – odparła Wiśnia. – Gruby opowiedział, co zapamiętał, ale niewiele tego było.

– Złapałbym tego złamasa – rzucił Macias – to by, kurwa, przez rok za kółko nie wsiadł.

– Ta – dodał chłopak od popijaw. – My się zbieramy.

– Na razie.

– Ale mnie wszystko napierdala – wyszeptał kilka minut później Gruby. – Trzy po trzy usłyszałem, że robicie beze mnie imprezkę.

– Nic wielkiego – powiedział Grzesiek. I dodał z uśmiechem: – Takie tam przyjęcie pożegnalne.

– Skończ już z tym defetyzmem – rzuciłem. – Kiedy niby będzie ta impreza?

– W sobotę.

– Cholera, robotę mam.

– Wiem.

Głupio mi się zrobiło i pewnie miałem minę zbitego psa. Grubas i Macias też niewyraźnie wyglądali. Wiśnia zupełnie się nie przejęła problemem. Pomyślałem jednak, że kłócenie się z facetem, który jest jedną nogą w grobie, nie ma sensu. Przystawiłem sobie krzesełko i usiadłem przy Grubym. Zapanowała ciężka atmosfera.

– Zdrowaś Mario…

Grzesiek podszedł do babulinki i dwukrotnie z całej siły przygrzał z glana w ramę jej łóżka.

– Powiedziałem ci, stara pizdo, żebyś się zamknęła!

– Chłopie – krzyknąłem – uspokój się do chuja!

– Odpierdol się ode mnie, kretynie.

Kobiecina zaczęła się drzeć, jakby ją żywcem kroili. Na korytarzu zadudniły kroki. Grzesiek chyba się zorientował, że przesadził. Poprawił płaszcz i wybiegając rzucił:

– Sobota, pamiętajcie.

Będą kłopoty, pomyślałem. Nie spodziewałem się jednak, że aż takie.

 

***

Od akcji w szpitalu to mnie – o dziwo – wszyscy mieli w dupie, toteż mało czasu spędzałem w domu. Skoro Grzesiek chciał ostatnie dni spędzić na pieprzeniu się z Wiśnią – co było najrozsądniejszym wyjaśnieniem ich zachowania – to ja nie miałem powodu, aby im przeszkadzać. Przy okazji zresztą odświeżyłem i pogłębiłem parę znajomości z koleżankami ze studiów.

 

***

Sobota zbliżała się nieubłaganie.

Wpadłem do domu po świeże ubrania. Znalazłem skrzynkę wódy. Chciałem wziąć coś do jedzenia, a trafiłem na pokaźny zapas marysi.

Świeczuszek naustawiali romantycy pieprzeni, srebrnych kandelabrów naznosili. Kolorowymi szmatami przysłonili okna. Dobrze, że zużyte gumki nie zwisały z żyrandola.

Przypomniałem sobie ten jeden jedyny raz, jak poszedłem do łóżka z Wiśnią. Wtedy – parę lat temu – jeszcze nie spiknęła się z Grześkiem i wszystko wydawało się super. Nie, żebym miał o to do nich jakiś szczególny żal. Człowiekowi po prostu jest przykro, jak mu zabiorą coś, czym się jeszcze nie zdążył nacieszyć.

Z drugiej strony, Grzesiek, usłyszawszy od lekarza wyrok, pewnie poczuł się podobnie. Nie wiem tylko, czy słowo „przykro” trafnie charakteryzowało jego emocje. Podejrzewam, że nie.

Zabrałem rzeczy i wyszedłem.

 

***

Nadeszła sobota.

Weekendowe godziny wieczorne jak zawsze spędzałem na nalewaniu piwska menelom i studentom w pubie – gdzieżby indziej – na Piwnej. Liczyłem nędzne napiwki, gdy nagle komórka zaczęła wibrować. Sprawdziłem, kto dzwoni. Był to Macias.

Wkurzyłem się i odebrałem.

– No po chuja dzwonisz – rzuciłem. – Przecież wiesz, że siedzę w pracy.

Macias coś krzyczał, ale z powodu głośnej muzyki w tle ciężko było go zrozumieć. Niemniej niektóre słowa do mnie dotarły. Zmroziło mi krew w żyłach i upuściłem kufel. Szkło roztrzaskało się o podłogę.

– Co robisz, pajacu? – spytał szef.

– Sukinsyny mi dom palą – skłamałem, bo bałem się powtórzyć to, co usłyszałem przez telefon.

– To weź wolne i spierdalaj, ale za dzisiaj kasy nie dostaniesz.

– Dobra – krzyknąłem, wybiegając. – Dzięki.

 

***

Dobijałem się do drzwi przez dobre pięć minut, zanim mi otworzyli. Muzyka buczała tak bardzo, że drżała nawet poręcz na klatce schodowej. Zdziwiłem się, że krowa spod piątki jeszcze nie wezwała policji.

Po drugiej stronie progu stał Macias. Był ochlapany krwią. Miał podbite oko. Ze środka dochodziły krzyki orgii. Chłopak wyglądał na przerażonego.

Mogłem wtedy obrócić się na pięcie i odejść. Nie przekraczać progu, nie ciągnąć żadnych pieprzonych kart tarota. Spierdolić byle dalej. Do dzisiaj żałuję, że tego nie uczyniłem.

Wszedłem.

 

 

III

– Co wy, do kurwy nędzy, zrobiliście?

Poczułem się, jakby mi ktoś przygrzał młotkiem w brzuch. Miałem wrażenie, że nagle wszystkie płyny mojego ciała spłynęły do pęcherza i postanowiły go rozsadzić. Potem się zrzygałem.

Na kuchennym stole – na którym posuwałem kiedyś Wiśnię, gdzie popijaliśmy wieczorami gorzałę z kumplami, skręcaliśmy pety i ryliśmy do egzaminów – leżał Grzesiek. Miał wybałuszone oczy i otwarte gardło. Z podłogi straszył nóż. Obok stało wiadro pełne krwi. Czerwony rozprysk zdobił ścianę i sufit. Trupiarnię spowijał gęsty całun zielnego dymu.

Podbiegłem do Grześka i potrząsnąłem nim kilka razy, ale był zupełnie wiotki. Otworzyły się jego usta i dostrzegłem pogryziony język. Odskoczyłem z wrzaskiem jak oparzony. Byłem umazany w jego krwi.

– Zarżnęliśmy go – wyszeptał Macias – jak świnię.

– Pomagamy mu tylko – powiedziała Wiśnia.

Dziewczyna roześmiała się. Z przekrwionych oczy pociekły łzy. Maciek oparł się o ścianę i zaczął jęczeć. Zobaczyłem, że na tacce na parapecie zostało jeszcze trochę białej ścieżki.

Rozejrzałem się po pokoju. Przybyło świeczników i kadzideł. W miskach znajdowały się zwierzęce organy. Na taborecie leżała przytaszczona przez Grześka stara księga. Przekartkowałem ją. Wyblakłe stronice pokryte były magicznymi znakami, pentagramami, rycinami kości ludzkich, zwierzęcych i cholera wie, jakich jeszcze. Odłożyłem dziadostwo.

Wiśnia tymczasem wzięła szkatułkę pełną brunatnego prochu, wsypała zawartość do wiadra z krwią i zaczęła mieszać chochlą, jakby to była zupa. Macias przyszykował wielką strzykawę i zaczął powstałą breję wstrzykiwać Grześkowi w żyłę. Pewnie bał się w połowie rzucić robotę, którą zaczął.

Obawiałem się cokolwiek zrobić. Nie chciałem na to wszystko patrzeć, ale byłem nazbyt przerażony, żeby się umyć i wyjść. Czekałem, żeby zobaczyć, co się stanie…

 

***

– Grzesiek powiedział – zaczęła Wiśnia, chwyciwszy drugą strzykawkę – że znalazł sposób, aby uciec od śmierci. Spotkał doktora, który mu pomógł. Trzeba jego chorą krew wymieszać z prochem i znów wstrzyknąć w żyły. Wtedy nowotwór ustąpi.

W tym momencie coś mnie tknęło. Pobiegłem do pokoju Grześka i zacząłem szukać jego dokumentacji medycznej. Tamci dalej męczyli się z wstrzykiwaniem krwi. Przekopałem się przez sterty książek akademickich, tony notatek, ubrania na podłodze, w szafach oraz śmieci – przecież od tygodnia nikt tu nie sprzątał. W końcu znalazłem pogniecione i podarte bazgroły podbite pieczątką w największym brudzie w kącie.

Bełkot, bełkot, bełkot. Trzęsły mi się ręce, gdy dopasowywałem porozrywane fragmenty kartek. W końcu udało mi się odcyfrować pismo lekarza. Choroba Grześka: nieoperacyjny guz mózgu. Wszystko było jasne.

 

***

… i nic się nie stało.

Nie wiedzieć czemu, nie zdziwiło mnie to.

Wiśnia stała nad stołem. W dłoni trzymała brudną strzykawkę. Jej biała koszula pochlapana była krwią jak fartuch rzeźnika. Trup na blacie wyglądał, jakby go wyciągnęli spod maszyny do mięsa. Wypełniona skrzepem bruzda na szyi. Napuchły język. Szeregi ohydnych dziur w mięśniach ramion i łydkach. Smród. Dopiero w tym momencie do mnie dotarło, jak bardzo cuchnęło w domu.

Ściszyłem cholerną kocią muzykę.

– On zaraz wstanie – wyszeptała Wiśnia.

Macias dalej pochlipywał jak baba.

– Chyba nie… – odpowiedziałem, obawiając się, czy aby i ja zaraz nie trafię na stół.

– Musi się obudzić – kontynuowała dziewczyna. – Musi. Grzesiek, Grzesiek!

– Kurwa – powiedziałem – przecież żeście go zabili. Zjaraliście się we troje jak szpaki na jesień. Potem Grzesiek, zgodnie z tym, co mu podpowiadały głosy, czy chuj wie co, poprosił was o przysługę. Wy ją spełniliście, a on miał raka mózgu wielkiego jak pomarańcza.

Patrzyli na mnie i chyba zaczęło do nich docierać, co tak naprawdę zrobili.

– Musimy tu posprzątać – rzekłem.

Przed oczami przeleciały mi sceny z filmów, jak sędziowie skazują ludzi na dożywocia. Sceny, jak bandyci pozbywają się ciał w rzekach, w lasach. Wynoszą zawinięte w dywan trupy. Rąbią zwłoki na kawałki i spuszczają w kiblu. Rozpuszczają w kwasie. Utraciłem zdolność rzetelnej oceny rzeczywistości. Krótko mówiąc: odjebało mi.

– Macias – powiedziałem – zwijaj dywan z przedpokoju.

 

***

– Wiśnia weźmie szmatę i, jakby się na klatce nachlapało, to pościera.

Kazałem im się obmyć, wypić po mocnej kawie i przebrać się. Minęło trochę czasu. Gdy doprowadziliśmy się do porządku, wzięliśmy się za usuwanie zwłok. Mi oczywiście przypadła rola – nomen omen – mózgu całej operacji.

Podprowadziłem samochód. Było przed trzecią nad ranem, więc mieliśmy szansę, że nikt się nie napatoczy, jak będziemy taszczyć trupa w dywanie. Szedłem pierwszy. Na ramieniu miałem stopy Grześka i spory kawał duszy. Każdy zgrzyt powodował, że serce podskakiwało mi do gardła. Mieliśmy do pokonania trzy piętra, siedem zakrętów, siedemdziesiąt schodków.

– Kurwa mać – cicho zaklął Macias.

– Co jest? – Nie miałem nawet jak się obrócić. Dywan szorował moje plecy jak papier ścierny.

– Ręka wypadła.

– Ja pierdolę.

– Wiśnia, popraw.

– Ja?

– Tak, migiem.

Staliśmy na półpiętrze, upychając rękę nieboszczyka. Gdyby ktoś postanowił wyskoczyć z psem…

– Gotowe – szepnął Macias.

– Idziemy.

Drzwi wyjściowe otwarły się z jękiem. Lampy uliczne rzucały zgniłozielone światło. Nawet księżyc schował się za chmurami, nie chcąc pewnie oglądać naszej męczarni.

– Ale on jest ciężki – wysapał Macias.

– Już otrzeźwiałeś? – spytałem. – Trzeba było go nie zarzynać.

Wiśnia się rozbeczała.

– Zamknij się i otwórz bagażnik.

– Bagażnik? – spytała.

– No.

– Nie wiem – chyba się wreszcie przełamała – czy się zmieści.

– To dajemy go na tył i przykryjemy kocem – powiedziałem.

– Dobra – rzucił Macias – dawaj.

Już byliśmy gotowi, żeby ruszyć, gdy na końcu ulicy zamrugał policyjny kogut. Odpaliłem pojazd i odjechałem za zakręt, gdy nagle znów coś mnie tknęło. Pewnie to duch święty, anioł stróż Grzegorza nade mną czuwał i podsuwał mi doskonałe pomysły.

– Wiśnia, zamknęłaś drzwi do domu?

– Ja… – zawahała się – nie pamiętam. Chyba…

– Chyba, czy, kurwa, na pewno?

– Nie wiem.

– Kurwa, ale nożem to potrafiłaś machać – warknąłem. Znów zaczęły mi drżeć dłonie. – Macias, wsiadaj za kierownicę i stań za garażami tam, gdzie żule piją. Czekajcie na mnie.

Wyrwałem klucze z dłoni Wiśni i wbiegłem do budynku. Gdy byłem na pierwszym piętrze, niebieskie światło dotknęło ścian korytarza i mojego karku jak karzące ramię sprawiedliwości. Dura lex, sed lex. Jednak ta stara kurwa spod piątki zadzwoniła ze skargą.

Pokonywałem drugie piętro, a z dołu dotarł do mnie paskudny jęk rozwieranych drzwi.

Na półpiętrze wypluwałem płuca, a okute buciory policjantów zadudniły na schodach.

Trzecie piętro. Drzwi. Klucz.

Który to, żaden nie pasuje. Idą. Nie ma gdzie uciec.

Wszedłem do środka.

 

***

Byli chyba na drugim piętrze. Ale ja siedziałem już za zamkniętymi drzwiami. Przyjemny, najprzyjemniejszy cichutki dźwięk zamykającego się naoliwionego zamka na zasuwkę wciąż brzmiał w moich uszach jak najsłodsza pieśń aniołów. Byłem bezpieczny.

Po chwili policjanci zapukali do drzwi.

– Halo. Jest tam kto?

Ja się schowałem w kuchni. Słychać było ich rozmowę. Potem chyba wypisali wezwanie na komendę. Kilka minut później ucichły nawet ich kroki na korytarzu.

Adrenalina buzowała jak oszalała. Ekstatyczna radość wypełniła mój mózg, jakbym się właśnie spuścił. Przyszli-poszli. Czym ja się tak przejmowałem, przemknęło mi przez myśl, wszystko jest w porządku.

Zapaliłem malutką lampkę. Znów zobaczyłem okrutne smugi krwi na podłodze i ścianach, oklejone skrzepami wiadro i nóż, który się do mnie szczerzył. Zrobiło mi się słabo, bo nic nie było w porządku.

A jak ta głupia pizda Wiśnia zostawiła jakąś plamę na korytarzu?

Skuliłem się w kącie i bałem się nawet oddychać.

 

 

IV

Samochód usypiająco podskakiwał na wertepach polnej drogi. Mleczny świt rozlał się nad horyzontem. Wiśnia kimała obok mnie, a Macias siedział z tyłu, skulony obok trupa w dywanie. Chłopak na szczęście pomyślał i zwędził od ciecia łopatę.

Zajechaliśmy nad jezioro. Okoliczne bagna wydały mi się doskonałym miejscem na pozbycie się zwłok. Dwie godziny ryliśmy w torfowisku, zanim uznaliśmy, że dziura się nada. Potem wrzuciliśmy Grześka do środka.

Ciało uderzyło o ziemię. Rozległ się nieprzyjemny dźwięk. Wiśnia miała taką minę, jakby chciała wskoczyć do środka i sprawdzić, czy on przez przypadek nie ożył. Macias chyba też. Ja także byłem pewien, że coś usłyszałem, że ręka Grześka jakby się poruszyła.

– Nie budźmy trupa – szepnąłem i wziąłem się za zasypywanie dołu.

 

***

Ponoć wszyscy przestępcy wracają na miejsca zbrodni. O ile można nas nazwać przestępcami. Wydarzenie niewątpliwie scementowało naszą znajomość. Zacząłem nawet sypiać z Wiśnią.

Na wiosnę pojechaliśmy we troje, zobaczyć grób Grześka.

– Posadzę tam jakieś kwiaty – powiedziała Wiśnia.

– E tam – rzucił Macias. – Wypijemy po butli komandosa za pamięć o Grześku. Z tego pewnie byłby bardziej zadowolony.

– Pewnie tak – odparłem.

Drzewa zdążyły się zazielenić. Śpiewały ptaki. Z żyznej ziemi wyrosły pierwsze przebiśniegi. Szliśmy wzdłuż brzegu jeziora, rozmawiając i żartując. Potem trzeba było skręcić przy strumyku i przejść jeszcze spory kawałek. Zdziwiło mnie, że tak sprawnie nam poszło ukrycie trupa…

– O mój boże! – Wrzask Wiśni rozdarł powietrze.

– Nie. – Macias padł na klęczki w błoto.

W miejscu, gdzie zagrzebaliśmy zwłoki, z torfu pomiędzy kwiatami wystawała obgryziona ręka. Brakowało jej palców. Skierowana była w naszą stronę.

Wgniotłem ją w ziemię podeszwą i przywaliłem kamieniem. Potem stamtąd uciekliśmy. I z pewnością tam więcej nie wrócimy.

 

fin

Koniec

Komentarze

Aż nie wiem, co mam napisać. Napewno jedno - bardzo mi się spodobało. Całość łyknąłem na raz. Super klimat, sprawnie napisane. Jak miałbym się do czegoś przyczepić, to zauważyłem kilka literówek i błędów związanych z zapisem, ale to nic, co mogłoby popsuć odbiór. Gdybym mógł dałbym 5. Jest to jedno z lepszych opowiadań, jakie miałem okazję czytać  w tym miesiącu.
Pozdrawiam

Kłaniam się mistrzowi grozy.
Jedyna uwaga: otwarte złamanie kości udowej zwykle równa się rozerwaniu tętnicy. Cztery i pół minuty, witajcie, chóry anielskie. Dopisz zdanko o niesamowitym szczęściu...

Bardzo dobre, pomimo że przewidywalne. Klimatyczne i soczyste. Twoje teksty zawsze czytam z przyjemnością i mam nadzieję, że pojawią się również na papierze.

Zgadzam się z uwagą Adama. Ta jedna rzecz rzuca się w oczy i lepiej to poprawić.

Pozdrawiam.

Mnie bardzo się podobało, poza końcówką. Rozczarowała mnie, spodziewałem się, że Grzesiek jednak w jakiś sposób ożyje, że zostanie opętany czy coś. Oprócz zakończenia, wszystko super.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Świetne. Przeczytałem pierwsze zdanie z ciekawości, a potem już zostałem pochłonięty. Przeczytawszy pierwsze dwie części czułem się jak podczas czytania "Zabijcie Odkupiciela" Drukarczyka. Świetny pomysł, nastrój i sam warsztat. Naprawdę - podobało mi się. Jednak, tak jak mój przedmówca, zakończenie mnie troszeczkę rozczarowało. Po tak dobrym tekście, liczyłem ma coś innego, coś bardziej wyczeprującego. Coś, co by mnie powaliło na kolana. Niestety nic takiego nie otrzymałem. Ale mimo to tekst zasługuje na gromkie brawa.

Pozdrawiam

W kwestii zakończenia jestem, jak widzę, w opozycji. Gdyby Grześ wykopał się, przyszedł jako zombie czy inne straszydło, wszystko by diabli wzięli. A tak zostaje niemożliwa do wymazania z pamięci świadomość bycia mordercą...

Popieram przedmówcę. Wystająca z ziemi ręka była dość dosadna, a zombiak popsułby cały efekt. Bo w takim razie, co dalej? Miał gonić swoich przyjaciół-morderców, czy powrócić do życia?  A tak mamy poniekąd otwarte zakończenie.

Wprawdzie nie liczyłam na zombie, ale też miałam nadzieję na mocniejsze zakończenie. Tak czy tak - podobało mi się.

A teraz litania:
„Kobiecina wytrzeszczyła oczy i zaczęła głośnie mleć paciorek." -> Literówka: "głośniej" A może inny szyk: „mleć paciorek głośniej"?

„- Chłopie - krzyknąłem - uspokój się do chuja!" -> Przecinek po się?

 

„Niemniej niektóre słowa do mnie dotarły. Zmroziło mi krew w żyłach i upuściłem kufel." -> Nie lepiej: „zmroziły"? Bo co innego, jak nie słowa?

 

„W miskach leżały zwierzęce organy. Na taborecie leżała przytaszczona przez Grześka stara księga." -> Powtórzenie.

 

„Wiśnia tymczasem wzięła szkatułkę pełna brunatnego prochu..." -> Ogonek: pełną.

 

„- ...Wtedy nowotwór ustąpi.
Wtedy coś mnie tknęło." -> Powtórzenie.

 

„... i nic się nie stało." -> Niepotrzebna spacja po wielokropku.

 

„Przed oczami przeleciały mi sceny z filmów, jak sędziowie skazują ludzi na dożywocia. Sceny, jak bandyci pozbywają się ciał w rzekach, w lasach." -> Wydaje mi się, że zgrabniej brzmi „sceny, w których".

 

„Kazałem im się obmyć, wypić po mocnej kawie i przebrać się." - Nienaturalna ta kolejność, nie? Jak już się ktoś umyje, to chyba od razu się przebiera, a dopiero potem pije kawę.

 

„Znów zobaczyłem okrutne smugi krwi na podłodze i ścianach, oklejone skrzepami wiadro i nóż na podłodze, który się do mnie szczerzył." -> Niezgrabnie jakoś. Proponuję wywalić to drugie "na podłodze", a wtedy szczerzący się nóż wypadnie lepiej.

 

A, no i nie znam się na samochodach, ale zwinięty dywan to niezła krowa jest, prawda? Zwłaszcza z delikwentem w środku... jak więc duże musi być auto, żeby tenże dywan wlazł na tylne siedzenie, na dodatek jeszcze z pasażerem obok?

 

Życzę kolejnych dobrych pomysłów i jeszcze lepszych wykonań. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Według mnie siłą zakończenia (choć przewidywalnego) jest właśnie jego niedosłowność.

"Tajemnica babiego lata" byla  / jest o niebo lepsza.Jak dla mnie, bardzo nieprzekonywujący tytuł. Już tytuł "Terapia" byłby lepszy. Bardzo sprawnie napisane. Bardzo dobre zakończenie.
Pozdrawiam. 

"Jednakże żadne z was nie powinien się dziwić albo wytykać nas palcami." - "żadne z was nie powinno" lub "żaden z was nie powinien"
Ot, mały błąd. Poza tym, zasadniczo chylę czoła.

Nie podobało się... Właściwie zamiast grozy jest lekki uśmiech i w końcu konstatacja, że za chwilę cała ekipa pójdzie siedzieć. Słaby tekst i sporo błędów. Ciekaw jestem, jak bardzo dostanę po uszach za to, że  nie podzielam zachwytów ogółu. Pozdrawiam.

@lPPl
Słaby tekst i sporo błędów. Przykład? 

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Witaj!

Niezwykle rzadko zdarza się tu przeczytać porządne opowiadanie grozy. Dzięki Ci za udane kilka chwil i bardzo dobry tekst. Przyjemny dla oka język i sprawny warsztat, a i zakończenie o wiele lepsze niż sugerowane w niektórych komentarzach. Bardzo mi się podobało!

Pozdrawiam
Naviedzony

Wciągnęło mnie jak nie wiem. Bardzo fajnie napisane, bez zbędnego przegadania, wyjątkowo sprawna narracja. Gdybym mogła, bez większego zastanowienia wystawiłabym piątkę.

Ja się niestety mocno rozczarowałam. Po tych wszystkich superlatywach i mając w pamięci Twój ostatni piórkowy tekst spodziewałam się czegoś naprawdę ekstra, a okazało się, że to jedynie horror klasy B dla nastolatków... Do tego pełen tanich chwytów i wylgaryzmów.  

www.herbatkauheleny.pl

Stylowo, niezłe. Ten żargon i charakterystyczny dla starszej młodzieży sposób bycia i mówienia.Bardzo dobrze opisane. Dialogi wyraziste i nie rażące sztucznością. No i porównania, ekstraklasa "Gapiłem się na niego, jakbym widział rzeźbę Neptuna w kawałkach. Wiśnia stała w drzwiach jak słup soli - jak gdyby sam Jahwe pokarał ją za otwarcie drzwi i zajrzenie w głąb mojego pokoju" Nistety fabuła trochę odstaje od formy. zbyt słaba. ale i tak daję 5. Pzdr.

1. Dzięki za komentarze.
2. Na tę chwilę nie miałem wiele styczności z tworzeniem historii grozy. Dlatego też ten tekst -- przede wszystkim w odniesieniu do postów Rogera i Suzuki -- może znacznie odstawać od poprzednich opowiadań. Postanowiłem -- że tak powiem -- poszerzyć horyzonta i wyruszyć na nieznane rewiry. Jak taki niemowlaczek, co to zaczyna raczkować. Jeżeli mi sie uda ogarnąć całe to rekwizytorium oraz menażerię, to może za jakiś czas wysmażę coś fajnego i oryginalnego.
3. Z racji tego, że niezbyt pewnie się czuję w rzeczonej konwencji grozy, tym bardziej jestem szczęśliwy, że znalazło się trochę osób, którym tekst przypadł do gustu. Jeszcze raz dzięki.
4. Co do błędów -- tekst z poprawkami od mojego Czytelnika niestety zaginął w -- nomen omen -- syfie notatek z sesji i sam musiałem robić korektę przed wrzuceniem na stronkę. Głupio było dwa razy o to samo prosić.
pozdrawiam

I po co to było?

Jeśli to faktycznie jest Twoja pierwsza styczność z literaturą grozy, to i tak gratuluję dobrego wykonania i mam nadzieję, że wrócisz kiedyś do tych klimatów. Pozdrawiam

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Drugie opowiadanie i kilka scenariuszy rpg, dla ścisłości.
pozdrawiam

I po co to było?

Aha, ale nadal twierdzę, że to kawał bardzo dobrego tekstu. Pozdrawiam

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Bardzo dobry tekst. Nie jestem koneserem horroru i może dlatego tak mi się podobał. Jest nastrój, klimat, język bohaterów też swoje robi. Najbardziej chyba podobała mi się scena w szpitalu, chociaz przyznam, że trochę się uśmiechnąłem przy kopaniu w ramę łóżka. Ale poza tym momentem klimat jest wzrowy. Gratuluję, 5. :)

Zakończenie wyśmienite, unikające banalnych ,typowych schematów. Zazwyczaj szczerze nie cierpię tzw opowieści grozy, toteż jestem zaskoczony, jak dobre wrażeni zrobiło na mnie Twoje opowiadanie. Gratulacje.

Bardo dobry tekst. Świetnie się czyta. Osobiści tylko dałbym mniej przekleństw, w niektórych miejscach rażą. Ps. Czemu pominołeś zupełnie wątek rodziców albo ludzi, którzy pytaliby o Greześka. Przez to wydaje się, jakby postacie były wyjęte ze świata.

Podobało mi się, zasłużone wyróżnienie piórkiem. Dam 5

Uwielbiam horrory i nie zawiodłem się na lekturze. Tekst jak najbardziej zasługiwał na wyróżnienie.

chciałam zaznaczyć,że to jest PROLOG. A nie opowiadanie. więc najpierw czytaj uważnie a potem oceniaj. pozdrawiam.

Tak, tak. Ale tutaj jest mój tekst, więc raczej oczekiwałbym komentarza do niego, nie zaś dyskusji nad twoim opowiadaniem.
pozdrawiam

I po co to było?

Mam mieszane uczucia, ze wskazaniem na "nie podobało się".

Najlepsze zakończenie, to z ręką - słuszna ucieczka od żywych trupów i innych zmartwychwstałych monstrów. Ale tak ogólnie tekst mocno taki sobie. Językowo nic szczególnego, chwalić należy oszczęność, ale już choćby dobór metafor i nawiązań wątpliwy (nie pasują mi ten Neptun, te Delfy). No i błędy. Dialogi nawet, nawet, ale momentami bardzo słabe, jak choćby scenka z szefem.

Błędem było takie zapowiadanie, czyli:

ominęły go prawdziwie tragiczne wydarzenia
Nie spodziewałem się jednak, że aż takie.

To nie buduje klimatu. To jest wamawianie, że będzie strasznie. Czyli nie opisujesz, ale próbujesz uprzedzać, przekonać nas, co brzmi fałszywie.

Mało w tym klimatu, dużo dosłowności, brutalizowania na siłę (stylizacja jednak trochę przesadzona).

Słuszne uwagi. Nie powiem, żebym się pewnie czuł w konwencji horroru. Toteż, pisząc opowiadanie, zebrałem klocki, które mi sie kojarzyły z gatunkiem, i zacząłem je trochę na chybił-trafił łączyć. Dzięki za komentarz.
pozdrawiam

I po co to było?

Budowanie atmosfery grozy można podejrzeć u Rafała Kosika. Autor kojarzony z SF, ale ma pióro do strasznych scen. Polecam "Mgłę."

Poczytam, jak się będę brał za pisanie kolejnego opowiadania grozy. Dzięki za radę.
pozdrawiam

I po co to było?

W ramach wędrówek do przeszłości trafiłam na ten tekst i dobrze, że go znalazłam, bo jakkolwiek lektura to mało przyjemna, jednak bardzo satysfakcjonująca.

Zdziwiłam się tylko, że w szpitalu Gruby dzielił w salę z rozmodloną staruszką.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za odwiedziny – rozmodlona staruszka pewnie była dla efekciarstwa ; P 

I po co to było?

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No dobrze, a gdzie tu fantastyka?

Klimat, owszem, jest – Syf.owy czyli syficzny. Ale to wszystko mogło się zdarzyć.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka