- Opowiadanie: AdamKB - To się jeszcze okaże

To się jeszcze okaże

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

To się jeszcze okaże

Pomysł na ostatnie opowiadanie przyszedł mi do głowy podczas przeglądania nieapetycznych resztek, walających się na półkach w lodówce. Zajęcie to, nie dość, że z gruntu jałowe, gdyż nie mogące wspomnianych półek zapełnić niczym jadalnym, było zapowiedzią pójścia spać z pustym żołądkiem. Poburczałem coś o napadzie sklerozy, westchnąłem, że lecznicze walory głodówek odkryto przed wiekami, że lenistwo zmusza do uwierzenia w powyższe, za nic bowiem w świecie nie zechce mi się drałować przez pół miasta do nocnego sklepu – i wtedy zjawił się on, czyli pomysł. Zatarłem dłonie, trzasnąłem drzwiami lodówki, zrobiłem herbatę i jąłem przekuwać myśli w kształt maszynopisu.

Tu należy wyjaśnić przyczynę, dla której tak szybko porzuciłem smutek rozważań przed pustą lodówką na rzecz upojnej radości tworzenia. Otóż miałem jeszcze cały tydzień, a zarazem już tylko, już zaledwie tydzień na brakujące do kompletu opowiadanie, i od przedwczoraj chodziłem jak struty, nie mogąc niczego, ale to niczeguteńko wymyślić. Skóra na mnie cierpła w przewidywaniu mąk rozmowy z panią Jadzią, z przemiłą, nieustępliwą, zawsze uśmiechniętą i twardą jak diament w egzekwowaniu zobowiązań panią Jadzią, która jak amen w pacierzu odmówi prolongaty terminu. Co z tego, że dziesięć tekstów przepisanych na czysto, sprawdzonych i wypieszczonych, mogłem przekazać w jej ręce, skoro wciąż brakowało jedenastego? Dlatego perspektywa burczenia w brzuchu, oszukiwanym herbatą, nagle straciła swą ponurość.

Koncepcja to grunt – ale trzeba go przeorać, obsadzić kwieciem słów, no i nazwać tę grządkę, co stanowiło pierwszą przeszkodę, już bowiem na wstępie, jak uczy pani Jadzia, należy przyszłym czytelnikiem solidnie potrząsnąć – pardon, wstrząsnąć – aby go zaciekawić. Im silniej, tym lepiej. Więc wymyśliłem coś takiego:

– Śmiertelny woal tajemnicy –

co mną samym, przejętym wieloznacznością tego sformułowania, lekko zatrzęsło. Razem ze stolikiem zadrżałem, wybijając tytuł… Potem zapaliłem papierosa i bez namysłu, gdyż słowa układały się jakby same, pisałem dalej. Pierwsze zdanie, drugie, trzecie… Traciłem werwę, opuszczał mnie rozpęd, aż utknąłem w połowie szóstego okresu. Niezadowolony, przypaliłem następnego papierosa i dla odzyskania impetu przeczytałem, com napisał:

Igo Klar, lekceważącym gestem odsuwając podoficerów z Osobistej Straży Jego Ekscelencji, wkroczył do poczekalni. Byle jak salutując kilku oczekującym audiencji osobom, szedł energicznie środkiem długiego pokoju i dopiero dwaj wyższej rangi oficerowie przy drzwiach gabinetu Głównodowodzącego zmusili go do zatrzymania się. Milcząc zastąpili mu drogę, więc zmierzył ich przymrużonymi, jak gdyby sennymi oczyma i burknął swe nazwisko. Przebrzmiało bez echa. Nie znali go lub nie chcieli szybko przypomnieć sobie, kto stoi przed nimi, toteż rozsunął ich grzecznym, lecz nieustępliwym rozwarciem wyciągniętych ramion i tak otworzywszy sobie drogę, wszedł do gabinetu Admirała. Ta wiadomość nie mogła czekać ani chwili! Klar, najlepszy Wywiadowca, wiedział o tym, że musi natychmiast złożyć osobistą, poufną relację z tego, co zaobserwował w…

…i tu skończyło się natchnienie… Po lekturze powyższych, jak by nie było zachęcających zdań powrócić nie zechciało, więc szukając go pospacerowałem wzdłuż i w poprzek pokoju. Gdzież to i cóż to ujrzał kolega Klar? Hm, hm, hm… A! Już wiem!

… w nieprzyjacielskiej bazie. Dobrze ukryty w meandrach sztucznego zaburzenia czasoprzestrzeni typu mikrokolapsara SFX sunął właśnie po starannie wybranej, wybornie imitującej naturalną orbitę, trajektorii, gdy ujrzał lądowanie pięciu jednostek, o jakich jedynie głuche pogłoski donosiły, że być może istnieją. Zadrżał wtedy. On, Igo Klar Nieustraszony, zadrżał! Te jednostki naprawdę istniały! Pomyślał, że musi natychmiast, bez względu na okoliczności musi wrócić i zreferować Admirałowi swe spostrzeżenia, więc gdy tylko wyszedł z pola widzenia śmiertelnego wroga…

Przerwałem, albowiem przefiltrowana przez odpowiedni układ kolacja, czyli herbata, namiętnie zapragnęła znaleźć się poza mą osobą. Zadośćuczyniwszy tym żądaniom otoczyłem się kłębem dymu z Ekstra Mocnego, przeczytałem ostatni fragment dla złapania wątku – i zniesmaczyłem się nieco. Ukryty w meandrach zaburzenia… – może to i nieźle brzmi, ale kto zamknie się w kuli Schwarcschilda, ten sam ślepnie i głuchnie, więc… Więc właśnie… A czy to moje zmartwienie?! Większe bzdury pisywano, ja też nie byłem lepszy, i co z tego? Jak dotąd fizycy zbywają rzecz całą wzruszeniem ramion i wyniosłym milczeniem, a kto nie ma zielonego pojęcia, temu i tak wszystko jedno. Poczciwego Parnowa wydano w czterech tysiącach egzemplarzy; tysiąc kupili amatorzy wiedzy, drugi tysiąc kupiono do bibliotek, trzeci przez pomyłkę w prezencie, byle jakiś był, bo tytuł niezły i księga dość dobrze się prezentująca na półce, reszta zaś poszła na przemiał – czytelników miał per saldo i pi razy oko półtora tysiąca, niechby dwa, toteż można nie przejmować się, nikt niczego nie zauważy. Jedziemy dalej!

… zlikwidował deformację, pozostawiając standardowe pole osłonowe, i całą mocą subspacjalnego napędu ruszył do Bazy. Podróż zajęła mu…

…zajęła mu… – zajęła… – no, ile, do diabła?! Minutę, dobę, rok? Nie, rok to za wiele; spieszył się, miał napęd hiperprzestrzenny – niech to piorun strzeli, plącze mi się wszystko, napęd pod-, nie nad-! – dajmy na to trzy godziny. Eee tam… Lepiej zabrzmi w minutach. I broń Boże okrągłe liczby!

…sto dziewięćdziesiąt cztery minuty. Lądując był pewien, że nikt przedtem nie forsował generatorów metryki do tego stopnia; pobił rekord odwagi oraz szybkości, przebywając w tak krótkim czasie dystans…

…dystans… – a czort wie, jaki! Milion, miliard? Kilometrów czy parseków? A może przyjąć jakąś proporcję ruchu w podprzestrzeni do prędkości światła i podać coś równie beznadziejnego, ale policzalnego? Spróbujmy. Ce równa się trzy razy dziesięć do piątej w ka--emach na sekundę kwadrat – jaki znów kwadrat?! Paranoja!!

– Pa!- ra!- no!- ja! – wyskandowałem, sięgając po papierosa.

– Całkowita – przytaknął bardzo przyjemnie brzmiący głos, dobiegający zza moich pleców, a sponad głowy.

– Miło mi, że zgadzamy się – odpowiedziałem, pokiwałem głową dla podkreślenia wagi słów i dopiero wtedy przestraszyłem się. To zresztą słabe określenie. Prawie umarłem ze strachu. Nie wierzyłem w duchy, ale gdy ktoś pojawia się w zamkniętym na siedem spustów mieszkaniu… Postanowiłem spojrzeć temu komuś w oczy, i jakoś udało mi się zebrać siły do wykręcenia się na krześle.

Kosy w rękach nie miała. Mimo to musiałem wyglądać nie najlepiej, bo niebieskoszare tęczówki przestały uśmiechać się, zamigotał w nich niepokój.

– Dobrze się czujesz?

– Dd-dob-brzrze… – zakłapałem żuchwą i zdobyłem się na rozmazanie zimnego potu, zalewającego twarz. Na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczyma – pierwsze, co ujrzałem, to była jasna plama, dość szybko zyskująca konkretne kształty i rysy. Śmiała się, jawnie i dosyć złośliwie…

– Uśmierciłeś setki – ba! – chyba już tysiące! – ludzi i nieludzi, a boisz się jednej dziewczyny?

Chciałem zaprzeczyć, nie potrafiłem głosu wydobyć – zmiękłem w sobie i ocknąłem się, półleżąc na maszynie. Kiepska to była poduszka, toteż pozbierałem się, chwiejnym krokiem poszedłem do łazienki, mrucząc pod nosem, że co to się człowiekowi nie przywidzi w godzinie urzędowania duchów – a potem, tuż przed zaśnięciem, pomyślałem, że taka dziewczyna mogłaby śnić się co noc, ale wolałbym jawę…

Rano nie pamiętałem o niczym, zresztą nie miałem na to czasu. Sądny dzień rozpoczął się dzwonkiem telefonu – jaśnie pan mechanik życzył sobie, bym już teraz zaraz migiem i biegiem odebrał wyklepanego po stłuczce gruchota, bo mu miejsce zawala i w ogóle przeszkadza. Dalej było jeszcze śliczniej: głodny wystałem się na postoju taksówek, dochodząc do wniosku, że po całym grodzie jeżdżą dwie, góra trzy taryfy, ponieważ reszcie albo się nie chce, albo nie opłaca; zapłaciłem horrendalną sumę za kurs, gdyż pomyliłem adresy i bez najmniejszej po temu potrzeby okrążyliśmy całe nasze piękne miasto; w drodze powrotnej utknąłem z braku paliwa na środku najruchliwszego skrzyżowania i zaliczyć musiałem pchanie na parking oraz trzykilometrowy marszobieg z kanistrem. Majstra oszusta ominęła ciężka przeprawa tylko dlatego, że postanowiłem urządzić mu awanturę dopiero po najedzeniu się, żeby mieć większy zapas sił do słownych i ewentualnie manualnych wykładów na temat niestosowności opróżniania baków pozostawionych do naprawy pojazdów, ale w restauracji, kiedy kelner lunatyk albo marzyciel podał mi niedosmażony filet zamiast schabowego, załamałem się, odpuściłem sobie wszystko i pomyślałem, że w tym tak pięknie rozpoczętym dniu nic mnie już nie zdziwi ani nie zezłości, nawet wybuch wulkanu tu i teraz… Ale wulkan nie wybuchł, ja natomiast, wbrew niedawnym przewidywaniom, niebotycznie zdumiałem się w Delikatesach, gdzie brakło normalnych kolejek, natomiast rzucała się w oczy obecność świeżego pieczywa, masła i szynki.

Wrzuciłem zakupy do lodówki, oddrzemałem zmęczenie, lecz chyba nie do końca, bo trochę zły usiadłem do maszyny. Bez namysłu fundnąłem koledze Klarowi trzysta osiemnaście trylionów przebytych kilometrów – i zagrzązłem w niemocy, w twórczej impotencji. Co dalej? Wczorajszy pomysł i zamysł wyparowały z pamięci. Szukaj wiatru w polu… Klnąc sklerozę, której przecież jeszcze mieć nie powinienem, zmarnotrawiłem godzinę. Z kapitulanckim westchnieniem sięgnąłem po gruby, dużego formatu brulion, służący mi do notowania pomysłów ogólnych, szkiców pojedynczych scenek, urywków nie wiadomo czyich rozmów i monologów, a wszystko bez ładu i składu. Ten groch z kapustą nieraz bywał pomocny jako odświeżacz koncepcji, żelazna rezerwa drobiazgów. Jąłem wertować go z nadzieją, lecz wkrótce i ona, ta nadzieja, ruszyła tropami natchnienia… Zatrzasnąłem brulion i zadumałem się, robiąc coś w rodzaju remanentu. Zdumiewająco dzielnych agentów i nieugiętych bojowników za sprawę stworzyłem, lekko licząc, dwa i pół plutonu. Mniej ważnych postaci ze trzy wzmocnione kompanie. Statystów liczyć nie zamierzałem, bo chociaż obyć się bez nich nie można, pogłowia w pułkach i dywizjach nie liczy się na sztuki. Było komu walczyć! Było też czym. Nieskąpo wyposażając przeciwników, swoim dawałem lasery na tony, osobiste miotacze antymaterii na pęczki, superbojowe superliniowce przydzielałem eskadrami; o pomniejszych środkach bitewnej lokomocji nie wspomnę, bo nie zliczę, ileż to ich było, a wszystkie ekstra i uniwersalne. Spora ich część poruszała się w czasie. I pojazdów, i bohaterów. A co? Żałować im będę? A taki jeden, ulubiony, przez czas jakiś hołubiony, otrzymał ode mnie patent na nieśmiertelność. Ale później naraził mi się, już nie pamiętam z jakiego powodu, lecz naraził się śmiertelnie, toteż wysłałem go w podróż do krańca Czasu. Nie zwykłego czasu, ale tego nadrzędnego, pisanego dużą literą. Po co? Żeby mi, wedle mych własnych zapewnień do ugrobienia niemożliwy, za szybko nie powrócił…

Taaak… A wydarzenia? Ha! Bitew nie policzę; wojen międzyplanetarnych takoż nie porachuję. Międzygalaktycznych nie rozpętywałem nazbyt pochopnie – zaledwie tuzin ich rozpaliłem, ale wtedy szedłem na całość i, nie mając głowy do detali, w nicość obracałem gwiazdozbiory, nawet po kilka za jednym zamachem. Od ogółu do szczegółu zniżałem się tylko wówczas, gdy nieszczęście dotykało staruszkę Ziemię. Bo i jej nie przepuściłem, sześć razy ogołacając z wszelkiego życia, dwakroć mieląc na proszek. Sztuczne supernowe błyskały jak choinkowe girlandy, seriami – a wszystko po to, aby dramatis personae mogły wykazać się hartem ciał, dusz i umysłów. I wykazywały się. Czy to uwikłane w pankosmiczne i koniecznie widowiskowe zmagania, czy w ciche a krwawe boje wywiadów, radziły sobie nieźle, gnębiąc Obcych, broniąc siebie i swoich jak się dało. Nabijałem im trochę guzów i sińców – wszak na cokoły nie wstępuje się tak łatwo! – ale potem, na deser, czekała na wytrwałych, jak w banku, słodycz owoców zwycięstwa: sława, bogactwo, władza, piękne i wierne kochanki, czułe, dobre żony. Też, co trochę być może dziwne, i piękne, i wierne. Ale co tam, niech mają pełnię szczęścia, w końcu to tylko fantastyka…

Konkluzja owa podniosła mnie na duchu. Wróciłem do kolegi Klara, do jego rozmowy z Admirałem. Szybko i łatwo rodził się ich dialog, ale nie będę go cytował, bo dzisiaj wstydzę się na samo wspomnienie. Proszę, niechaj wystarczy informacja, że Obcym przypisałem zamiary i zdolności, przy których pewien książę przemnożony przez równie znanego markiza jawi się niemal niewinnym barankiem. Zatarłem dłonie, rad z efektu napełniającego zgrozą nawet mnie, autora – i jednocześnie ktoś za mną westchnął. Jednoznacznie i bardzo znacząco. Wymownie, rzekłbym.

– Wypraszam sobie tę formę krytyki – powiedziałem łagodnie. – Wypraszam sobie każdą formę krytyki, ponieważ spełniam wymogi wydawcy, i basta.

Mówiąc, obróciłem się. Ta sama – lub taka sama – niebieskoszarooka dziewczyna pokiwała głową i wycedziła wywołującym zimne dreszcze tonem:

– Jeszcze jeden tępak od straszenia. Prymityw. Obcy to wróg! Wrodzona lub nabyta niezdolność do myślenia… Owszem, są i takie ziółka pośród Innych, ale to są pojedyncze chwasty. I dobrze pilnowane. A swoją drogą masz ty szczęście, że Ziemia jest w obszarze naszego zainteresowania, bo nie wszyscy bywają tacy wyrozumiali… Zainteresowania czysto naukowego, zapamiętaj. Wyjaśniam, żebyś przypadkiem nie pomyślał czegoś nadto kretyńskiego.

Zawrzałem gniewem.

– A co ci do tego, jak i czym zarabiam na życie?! Obsmaruję cię w pierwszym, do którego siądę, opowiadaniu! A w ogóle nie będę z tobą dyskutował, bo przyśniłaś mi się, tak jak wczoraj. Mogę cię uznać za personifikację swego daimonionu, ale póki co, nie masz nic do powiedzenia!

– Nie mam? – zapytała w sposób, który powinien dać mi do myślenia, lecz trwałem przy swoim:

– Nie masz!

– To się jeszcze okaże – zapowiedziała, rozglądając się po pokoju. Obróciła się przy tym raz na pięcie, raz na palcach; zrobiła to na tyle szybko, że nie zdążyłem dokładnie, ale na tyle powoli, że jednak zdołałem nieco dokładniej niż pobieżnie przyjrzeć się jej i pochwalić siebie za całkiem udane kształty i proporcje, wyśnione dla głosu sumienia. Z jednym wyjątkiem: włosy, miast zebrane w pół węzeł, pół kok, powinna mieć rozpuszczone… Tymczasem ona znów spojrzała na mnie, chciała coś powiedzieć – zdążyłem pomyśleć, że dziwnie realistyczny ten mój sen, bo jakim prawem fantom urąga mi, kłóci się ze swym twórcą – i przestraszyłem się nie na żarty. Chociaż nie do tego stopnia, by zemdleć.

Zauważyła to.

– Daję słowo, że nie zmienię postaci na kulistą, graniastą, nie rozleję się w zieloną amebę, nie wysunę macek, pazurów, szypułek ani czułków! – zakpiła bezlitośnie.

– Cie… – cieszę się… – zamamrotałem. – Ogromnie się z tego cieszę… I byłbym dozgonnie – być może krótko, ale im krócej, tym pewniej, że dozgonnie – wdzięczny za objaśnienie, którędy pani weszła…

– Och, na naszym etapie rozwoju to bardzo prosta sprawa! – uśmiechnęła się i zniknęła. Zupełnie zwyczajnie, bez jakichkolwiek uchwytnych efektów optycznych, akustycznych lub zapachowych, wzięła i zniknęła. Spociłem się jak ruda mysz – to nie był sen, to był samobójczy koszmar albo coś jeszcze gorszego: rzeczywistość… Po paru minutach, czujny jak żuraw, obszedłem na palcach pokój, zaglądając we wszelkie możliwe schowki, a następnie jąłem zaglądać w niemożliwe, takie dla nie nazbyt wyrośniętych krasnoludków. Właśnie przytulałem policzek do podłogi, by zajrzeć pod fotel, gdy dobiegł mnie i rozzłościł jej śmieszek. Zerwałem się, aż w oczach pociemniało – nie było jej… Obszedłszy resztę apartamentów znalazłem w kuchni parującą herbatę i kanapki. Zdrętwiałem.

– Czy to nie przesada, bać się kilku tartinek?

Kpiący głos zmusił mnie do obrócenia się. Stała w drzwiach, oparta o futrynę.

– Naprawdę nie ma w nich niczego strasznego. Smacznego i dobrej nocy! – uśmiechnęła się, chyba już bez kpinek, bo całkiem sympatycznie, po czym zniknęła. Usiadłem, gdzie stałem – nogi dziwnie zmiękły pode mną… No cóż, to się może zdarzyć każdemu przy takim nadmiarze takich wrażeń…

Kolacji nie jadłem. Z pękającą z bólu głową, w ubraniu, z silnym postanowieniem udania się do psychiatry zaraz po przebudzeniu, zwaliłem się na tapczan. Spałem tak źle, że prawie wcale. Ranek był do niczego, zupełnie do niczego, tak jak mój humor i samopoczucie. Po obiedzie, byle jakim, przedrzemałem się – pomogło. Wstałem rześki, od razu w nastroju do pracy, z gotowym pomysłem. Wyciągnięty z maszyny arkusz odłożyłem tekstem do dołu; na czystym, nowiutkim, z werwą wystukałem tytuł:

MATERIALIZACJA

– dużymi literami, jak nigdy dotąd. Chwila namysłu nad pierwszymi słowami – i już idzie gładko, jak po maśle. Bez najdrobniejszych wahań i zacięć napisałem prawie całe opowiadanie o Igo Klarze – nie chciało mi się wymyślać kogoś całkowicie nowego – dyżurującym na samotnej stacji obserwacyjnej. Takiej zwykłej, półautomatycznej astrostacji w drugim ramieniu Galaktyki. Z początku bardzo zadowolony ze świętego spokoju, dobrych zarobków i mnóstwa wolnego czasu Igo zaczyna z biegiem czasu odczuwać niedostatki swej sytuacji, zaczyna giąć się pod brzemieniem dobrowolnego, długotrwałego odosobnienia, wreszcie przeklina pustelniczą dolę i ułudy jej wygód, gotów jest samowolnie i przedwcześnie wrócić na Ziemię – i wtedy zaczyna miewać sny. Pełne uroku, jak dziewczyna w nich się objawiająca… Samotność pozornie przestaje doskwierać, lecz w to miejsce wkrada się tęsknota. Dojmująca. Igo szaleje z tęsknoty za dziewczyną ze snów… A one, sny, stają się coraz bardziej uporządkowane, coraz częstsze, dłuższe, mądrzejsze oraz, rozumie się, śmielsze… Zakochany w nieistniejącej Igo pragnie spać i śnić przez wieczność, przeklina niemożność spędzenia całego życia w takim stanie – i przeżywa radosny wstrząs, gdy pewnego dnia, budząc się, widzi tę dziewczynę na jawie. Bez namysłu prosi, błaga o wypełnienie rzeczywistości cząstką, okruchem treści marzeń, a w odpowiedzi słyszy obietnicę, że tak się stanie, jeżeli wyjawi położenie Ziemi, planety bardzo Im potrzebnej…

W chwili stawiania kropki po wymienionych obietnicach usłyszałem bardzo niezadowolone burczenie trochę nad i za sobą:

– Piąty stopień degeneratywnej psychozy maniakalnej. Ależ uparty bałwan! A już miałam nadzieję… – i ciężkie westchnienie.

– Jak ci się nie podoba, to nie czytaj –odmruknąłem w pierwszym odruchu, wzruszając ramionami. – Chyba, że musisz. Ale nie przeszkadzaj, dobrze? Podyskutujemy sobie, jeśli o to ci chodzi, kiedy skończę.

– Mogę sobie pójść, i to zaraz! – oznajmiła z nieźle słyszalną pogróżką.

– O nie, nie, jeszcze nie! – zawołałem prosząco w drugim odruchu. – Bardzo proszę, usiądź sobie wygodnie, daj mi pięć minut na ostatnie pięć zdań, a potem będę do twojej wyłącznej dyspozycji!

– Coś mi się tak jakoś dziwnie wydaje, że o tym byciu do dyspozycji myślisz akurat na odwrót, ale to się jeszcze okaże – odparła ze znamiennym chłodkiem. – Ale dobrze, poczekam. No, pisz – zakończyła tonem robienia łaski.

Pomyślałem, że najrozsądniej będzie położyć uszy po sobie. A potem naprawdę pójść do psychiatry. Diablo kłótliwe te moje halucynacje!

– Już się robi! – zapewniłem dziarsko. Uniosłem dłoń, musnąłem palcami klawisze – i poczułem, że ani słowa więcej…

Z umiarkowanie przyspieszonym biciem serca odwróciłem się. Stała, patrząc na mnie spod nieznacznie zmrużonych powiek.

– Co ty tu robisz? – zapytałem. – Co ty tu robisz tak naprawdę? Wiem, że świat jest na tyle wielki, że są na nim również takie rzeczy, jakich być nie powinno, ale chciałbym to wiedzieć. Zgadzam się na cuda, inwigilację, infiltrację, desant, inwazję oraz prewencyjną interwencję – ale dlaczego ja i dlaczego ty?

– Ja, bo gdzie diabeł nie może, tam baby posyła. Ty – a, to inna sprawa. Co ewentualnie będę robiła? Obserwacje. Naukowe – wyjaśniła od końca, zaciemniając sprawy do reszty. Czekała, co powiem, co zrobię – a ja milczałem, siedząc bez drgnienia, bo tak naprawdę nie obchodziło mnie nic, zupełnie nic prócz odpowiedzi na pytanie: dlaczego ja? Odgadywała, bezbłędnie, lub czytała wichry moich myśli, zwątpień, nadziei i lęków, bo w końcu uśmiechnęła się pocieszająco i zachęcająco.

– Są pytania, na które trzeba odpowiedzieć sobie samemu. Przynajmniej wstępnie… Zrobię herbaty, a ty podumaj – uśmiechnęła się ponownie i bezszelestnym krokiem wyszła z pokoju. Odprowadziłem ją spojrzeniem, zamknąłem oczy, bowiem ogarnęła mnie dziwna pustka. Chciałem, by została, tak po prostu została. Nie do jutra, lecz na ile można… Pal diabli wszystko, wszystko! Nawet mnie… Nie, mnie nie!! – co najwyżej resztę świata… I nagle poczułem się jak Igo Klar: a jeśli to podstęp?! Uniosłem powieki, akurat w momencie, gdy ona wracała, niosąc dwie szklanki, lekko chyboczące się na spodeczkach. Od razu napotkałem jej oczy, ciepłe, wyczekująco uśmiechnięte, szeroko otwarte i duże pod łukami leciutko uniesionych brwi. Nie, to żaden podstęp… Spojrzałem na nią całą, nie kryjąc tego. Zarumieniła się przelotnie, a może było to złudzenie, bo kiedy stawiała herbatę obok maszyny, jej policzki miały normalną barwę. Usiadła w fotelu. Popijając herbatę czekaliśmy na coś w milczeniu; przyglądałem się jej otwarcie, z coraz większą przyjemnością, a jednocześnie, onieśmielony czymś nieznanym, bałem się odezwać… – i wciąż nie do końca wierzyłem w realność.

Odezwała się pierwsza.

– Zrezygnowałeś z tych pięciu zdań? – spytała, sięgając obiema rękami poza głowę. Rozwiązane czy też rozpięte włosy miękką falą spłynęły na jej ramiona i poza nie.

– Chyba tak… – bąknąłem niepewnie. Przyganę? – czy pochwałę szykowała?

– No, to jedną sprawę mamy z głowy – stwierdziła. – Czas pomówić o tej trudniejszej… – Westchnęła. – Bardzo dla mnie kłopotliwej, bo zachowujesz się nietypowo… – pokiwała głową z frasobliwą miną – …i w ten sposób przerzucasz cały ciężar na barki dziewczyny… Ładnie to tak? – zapytała oskarżycielskim tonem.

Poczułem się prawie zupełnie źle.

– Ale – przepraszam, jeśli coś nie tak, ale wiesz, no, tego, ja nie rozumiem, o co ci chodzi. Co ja takiego nietypowego robię?

Odęła usta.

– Nic nie robisz i nic nie mówisz.

– A co powinienem? – zapytałem skwapliwie i z nadzieją, że wymagania okażą się możliwe do spełnienia i… – niegroźne.

– A czy ja wiem, na co masz ochotę? – odpowiedziała pytaniami na pytanie. – Może na to, żebym tobie i sobie dała spokój?

Błysnęła mi szalona myśl; chciałem wprowadzić ją w czyn bez chwili zwłoki, lecz musiałem poczekać, aż rozszalałe serce przestanie biegać od gardła do pięt i z powrotem. Gdy już wróciło na mniej więcej właściwe miejsce, odchrząknąłem dla podkreślenia wagi słów:

– Wręcz przeciwnie. Co prawda niemiłosiernie i bezpodstawnie krytykujesz, pomiatasz mną i poniewierasz, podając we wątpliwość poziom rozwoju umysłowego, lecz mimo tego, gdyby nie przeszkadzała mi wrodzona nieśmiałość, zaprosiłbym cię, a nawet poprosiłbym o pozostanie na dłużej. Dużo dłużej, niż potrzeba czasu na wypicie herbaty.

– Ooo!! – zdumiała się. Bardzo udanie jej to wyszło… – A cóż równoważyłoby wymieniane przez ciebie uciążliwości w postaci krytykanctwa i szargania?

– Ty.

– Ja?? Nie rozumiem…

– Ja też nie za bardzo, ale… – no cóż, tak to jest, że nie można mieć pełni szczęścia naraz. Poza tym żywię nadzieję, że nie co dzień i nie za wszystko będziesz miażdżyć ocenami…

– Achaa… Wydaje mi się, że chwytam intencje… Coś za coś? Cóż, prawdę mówiąc… – zawiesiła głos, powiodła po sobie spojrzeniem badawczym, a dziwnie przy tym przekornym – widziałem, bo co rusz zerkała spod rzęs, i nawet chciałem coś powiedzieć, ale powstrzymałem się pod wpływem przeczucia, że lepiej zrobię siedząc cicho, póki ona jest przy głosie – aż, obejrzawszy się na ile mogła bez ostentacyjnej gimnastyki, dokończyła: – …prawdę mówiąc, należało się spodziewać typowego dla tutejszych mężczyzn transakcyjnego podejścia, najprostszej interpretacji słabo kamuflowanej propozycji współpracy. Taaak… Cóż, mam za swoje. Upierałam się przy zdaniu, że moja nie odbiegająca in minus od tutejszego standardu prezencja mimo wszystko nie powinna ściągać na mnie tego typu kłopotów, a tu proszę, nawet świadomość, że rozmawia z tak zwaną Obcą, Inną, tu i teraz siłą rzeczy ich przedstawicielką, nie powstrzymuje skądinąd raczej dość inteligentnego mężczyzny od jednoaspektowego traktowania poważnej bądź co bądź sytuacji… Ach, te wasze instynkty!

– …ale mi dała… – myślałem, nie wiedząc, gdzie oczy podziać. Żar, bijący od płonących uszu, chyba nadpalał włosy. A jeżeli jeszcze nie, to niewiele brakowało. Przeprosić? Ba! – o co tu pytać! – ale jak, u licha, przepraszać dziewczynę nie z tego świata?

Nie mając pojęcia, jak przepraszać, zabrałem się do rzeczy klasycznym sposobem – i czysto odruchowym, bo nie wiem, kiedy znalazłem się przed nią i kiedy bęcnąłem na kolano, składając ręce jak przed świętym obrazkiem, którym, sądząc po diablikowatym błysku w oczach, na pewno nie była.

– Ja nie znam waszego savoir-vivre’u, bon tonu ani waszych bon motów, ale patrząc na ciebie trudno pamiętać, trudno widzieć w tobie Inną i myśleć o tobie jak o Innej!

– Taak? – zapytała przeciągle.

– Tak! – potwierdziłem z pełną stanowczością i przypomniawszy sobie, w jakim celu klęczę, dodałem pokornie: – Przepraszam…

– Za co? – spytała prokuratorskim tonem.

– Za… – za instynkty.

– Aha. Ale właściwie to nie musisz. – Uśmiechnęła się łaskawie. – Też mam instynkty. Niektóre nawet kompatybilne.

Trochę potrwało, nim skojarzyłem i pojąłem, ale wnioski oraz ręce wyciągnąłem nazbyt pospiesznie i za daleko, o czym przekonała mnie w okamgnieniu dwoma celnymi klapsikami, które ani trochę nie bolały.

Schowałem ręce za siebie.

– Najpierw zmień co nieco w tym tam – gestem pełnym obrzydzenia wskazała maszynę do pisania. – Szczególnie tę fatalną końcówkę. Wtedy porozmawiamy. Bez tego nie ma mowy o niczym. No, bierz się do roboty…

Wziąłem się. Nie widząc i nie mając innego wyjścia wziąłem się do roboty ani trochę nie zgodnej z… – no, z nastrojem. Powiedzieć, że mi nie szło, to zbyt łagodne określenie. Zmagałem się ze sobą, z rozproszonymi myślami, ze zwariowaną klawiaturą, na której złośliwe litery pozamieniały się miejscami. A zwłaszcza – ze świadomością, kto siedzi na dwa wyciągnięcia ręki ode mnie i z lekko kpiącym, zarazem lekko pocieszającym uśmieszkiem zerka z ukosa… Wreszcie jakoś–jakoś ruszyłem do przodu. Podeszła, gdy opanowałem siebie i maszynę. Czytała ponad moją głową, to pomrukując z aprobatą, to znów gniewnym poburkiwaniem protestując przeciw temu i owemu, zwłaszcza przeciw nadmiernie, jej zdaniem, erotycznemu finałowi. Naburczała się wtedy pod nosem tyle, że aż podziwiałem cierpliwość, z jaką czekała na moje kolejne kapitulacje wobec wymagań drakońskiej cenzury obyczajowej rodem nie–wiadomo–jeszcze–skąd… Musiałem poprzestać na czułych objęciach i gorącym szepcie. O szczęściu, ma się rozumieć. Pełnym i wzajemnym. Wtedy ona, cicho śmiejąc się, przebiegła dłonią po klawiszach i za sakramentalnym słowem: koniec – przeczytałem, że dotyczy Igo Klara i tamtej nie-Ziemianki…

–A co dotyczy mnie i tu obecnej nie-Ziemianki? – spytałem, pełen subtelnych nadziei.

Okrągłymi ruchami głowy odrzuciła włosy na plecy.

– To się jeszcze okaże – zapowiedziała, przygaszając wspomniane uczucia. Do reszty stłamsiła je poleceniem zrobienia porządków na stole, koniecznych z tego względu, że nie będzie jadła ani w kuchni, bo za mała, ani w takim bałaganie, i wyszła z pokoju, nie dając mi czasu na założenie sprzeciwu. Nie wobec zleconych mi zajęć, bo sam czułem się niedobrze, patrząc na piramidy wyrobów papierniczych, lecz wobec takiego szarogęsienia się bez chociażby wstępnych uzgodnień co do stylu sprawowania rządów. Kwestię osoby sprawującej także poruszyłbym. Z niejaką ostrożnością, wynikającą z – no, powiedzmy, że z wrodzonej grzeczności – ale poruszyłbym.

Kolacja była przepyszna, rozmowy natomiast praktycznie nie było. Wysłała mnie do kuchni, żebym pozmywał. Chrząknąłem, ona spytała, czy chcę coś powiedzieć, ale coś w jej pytaniu zniechęcało do zabierania głosu, a ściślej – do podnoszenia pewnych tematów, dlatego, uśmiechnąwszy się z powściąganą furią, odparłem, że tylko dałem wyraz swej radości, płynącej ze spostrzeżenia, iż jestem godny zaufania do tego stopnia, by zechciała powierzyć mi aż tak odpowiedzialną funkcję.

– Och, to zupełny drobiazg! Czuję, że z jeszcze większym zaufaniem pozwolę ci wytrzepać dywan! – obiecała z promiennym uśmiechem. Zimnawy dreszczyk przebiegł mną od stóp do głów. I został zauważony…

– Cieszysz się, prawda?

– Piekielnie – odmruknąłem, zbierając szklanki, talerzyki oraz mnóstwo innych różności. – Po co tyle tego do kolacji na dwie osoby? – zapytałem, lecz tylko się i w duchu, i poczłapałem do ciężkich robót.

Zaglądnęła do mnie, idąc do łazienki.

– Przy okazji bądź łaskaw pozmywać kubkowe archiwum z ostatniego co najmniej tygodnia – poprosiła. Spojrzawszy na nią przytaknąłem z bolesnym westchnieniem. Jednocześnie zdumiałem się, widząc na jej ramieniu ręcznik kąpielowy, bezskutecznie poszukiwany od miesiąca. Musiała coś zauważyć i skojarzyć, oznajmiła bowiem ze znaczącym uśmiechem, że czwarty tom encyklopedii tudzież atlas też znalazła. W tym samym tapczanie.

– O, to dobrze! – ucieszyłem się, żywo i szczerze, gdyż atlas był mi potrzebny. Pokiwała głową, westchnęła i poszła do łazienki. Dobrą chwilę później, kojarząc ręcznik z tapczanem, zapukałem do drzwi.

– Dasz sobie radę?

Uchyliła drzwi. Jeszcze nie było za późno.

– Chcesz mi pomóc, udzielając fachowego instruktażu i pilnując, żebym nie pomyliła ciepłej wody z zimną? – spytała ze zwodniczą radością. – Będę ci za to wdzięczna. Ogromnie! I będę oczekiwała wzajemności, gdy przystąpię do wyjawiania ci tajemnicy sposobu rozkładania łóżka polowego.

Omal nie stało się za późno… Załamany ponurą wizją powróciłem do zajęć pomocnika zastępcy młodszego kuchcika. Wrednych kubków, szklanek, łyżeczek i pokrewnych detali uzbierało się multum, więc długo tyrałem. Tak długo, że ona zdążyła wypluskać się. Owinięta w ręcznik przyszła z oznajmieniem o zmianie dyspozycji. – Dywan wytrzepiesz pojutrze. Jutro kupisz suszarkę do włosów – przykazała.

– Wiesz co? – spytałem, ciężko wspierając się o zlewozmywak. – Ja to opiszę. Sporo czytałem i czytam, ale w całej znanej mi literaturze czegoś takiego jeszcze nie spotkałem!

– Daj świadectwo prawdzie – zgodziła się. – Raz, że i tak nikt w to nie uwierzy, a dwa, że pierwszy wyłamiesz się ze schematu.

– Jakiego znów schematu?

– Wszyscy autorzy piekielnie spieszą się do czegoś jednego, całkowicie zapominając o tak zwanej codzienności.

– Bo jak już się ma do czynienia z nieziemską dziewczyną, to niech wszyscy diabli porwą codzienność! – zakrzyknąłem z rozpaczą.

– Niestety, ona istnieje. Ale nie martw się na zapas – poprosiła. – Jak dobrze pójdzie, kupimy parę urządzeń, normalnie zbędnych zdaniem samotnego mężczyzny, i szarość codzienności pojaśnieje.

– Ale i tak najbardziej uniwersalnym robotem będę ja – zaburczałem. – Nie wiem, dlaczego, ale jestem o tym dziwnie głęboko przekonany.

– Mam nadzieję, że nie będziesz miał prawdziwych powodów do narzekania na to i że nikt ani nic nie zdoła cię zastąpić – odpowiedziała z ciepłym uśmiechem i odeszła, zanim cokolwiek dotarło do mej świadomości. Wtedy z wrażenia stłukłem przedostatnią szklankę, do kosza wyrzuciłem tę następną, całą, a kawałki byłego naczynia ułożyłem, bardzo starannie, na suszarce. Wycierając ręce podarłem ściereczkę, wyskakując z kuchni jak z katapulty walnąłem kolanem o futrynę – co wyszło mi na dobre, bo z półobrotu wpadłem do łazienki, a tam czekał na mnie trzeźwiący i wiele mówiący widok: płyn do kąpieli, kubeczek ze szczoteczką i pasta w karnym szeregu na półeczce, świeży ręcznik na wieszaku i złożona w kostkę piżama… Przez chwilę kontemplowałem powyższy pejzaż, smętnie dumając o bliżej nie precyzowanych obawach na przyszłość, aż machnąłem ręką i poddałem się losowi. Dobry humor przywróciła mi konstatacja, że lepiej tak, niźli miałbym usłyszeć pytanie: – A buzię i rączki umyłeś? Ząbki? Nóżki? – Ha! – pomyślałem treściwie. – Dopierożbym się poczuł!

Zatrzymałem się w progu pokoju, by popatrzeć na nią, czeszącą prawie już suche włosy. Dość długie, co mi się zawsze podobało, i jasne, co spodobało mi się dopiero u niej.

– Powiedz mi, kochanie, czy każda z was zaczyna w tym stylu?

Drgnęła, wyraźnie drgnęła, nim spojrzała w moją stronę. Z nieskrywaną obawą.

– Przepraszam cię, bo widzę, że pytam w niewłaściwy sposób… A najlepiej – wycofuję pytanie.

Wcale jej to nie uspokoiło… Zawahałem się – nieziemska przecież! – ale całkiem po ziemsku przysiadłem obok, delikatnie objąłem wpół.

– Naprawdę zostaniesz? Nie na dzisiaj, ale na długo, a może nawet – na zawsze?

– A naprawdę chcesz?

– Naprawdę. I bardzo…

– Nie boisz się? Podstępu? Zguby? Okrutnych eksperymentów?

– Nie. Już nie. Wczoraj tak, jeszcze tak – ale dzisiaj? Czy podstępy lub doświadczenia rozpoczyna się od zaganiania do mycia naczyń i szykowania kąpieli?

– Przepraszam, jeżeli… – przedobrzyłam.

– Jeszcze nie! – roześmiałem się. – Dla ciebie wytrzepałbym dywan z własnej ochoty. Pewnie dopiero za tydzień, po zrobieniu innych porządków, ale wytrzepałbym. Za to suszarkę kupię ci z całą pewnością jutro, kochanie.

– Jesteś pewien tego ostatniego? – zapytała niby spokojnie, prawie od niechcenia. Chciałem odpowiedzieć jakimś żartem o niepewności zakupów w tak zwanej ogólności, a dostania tego, co się chce kupić, w szczególności, lecz już otwierając usta zrozumiałem, o co naprawdę jestem pytany. Zastanowiłem się, głęboko i najpoważniej w życiu, a potem powiedziałem:

– Wydaje mi się, że sam ze siebie, sam od siebie pragnę tak mówić. Jedno twoje słowo, a będę miał pewność całkowitą.

Uśmiechnęła się samymi źrenicami. Naprawdę tak zrobiła. Uśmiech wyglądał jak dwie malutkie tęcze, a słowo rozbrzmiało wprost we mnie…

<>

Nad ranem, bo wcześniej dziwnym jakimś trafem nie było po temu czasu, spytałem ją, jak ma na imię.

– Masz refleks – stwierdziła z uśmieszkiem. – Agnieszka – powiedziała. – Oryginalne nie pasuje, nie da się przetłumaczyć. Jeżeli nie podoba ci się, wybierz mi inne. Zmiana w dokumentach nie stanowi problemu. Aha! – jej głos nabrał charakterystycznej wyrazistości. – Żeby nie było podobne ani do imienia tej niby rudej, ani tej podobno długonogiej!

– Podoba mi się. Agnieszka. Aga… Czy ty będziesz tyranizować do końca świata?

– Nie. Tylko przez półtora roku narzeczeństwa i potem jeszcze przez dwadzieścia dwa lata, czyli mniej niż połowę przeciętnego przewidywanego czasu tak zwanego harmonijnego pożycia w związku. Potem już nie będę musiała, bo przyzwyczaisz się i nauczysz.

– Dwudziestu dwóch dni nie przeżyję… – mruknąłem z udawaną rozpaczą i nagle usiadłem z wrażenia.

– Ile?

– Tyle. I żadnych wykrętów, bo tego chcesz, żadnych obaw, bo przy mnie okażesz się długowieczny, a do tego silny i zdrowy.

– Ach, więc zadbasz o skazanego na dożywocie? – spytałem, kładąc się na powrót, aby lepiej widzieć zapalające się w źrenicach tęcze.

– Zadbam. Jestem hojna i wielkoduszna wobec nawróconego.

– Zaraz, zaraz. Jakie nawrócenie?

– Zmiana stylu.

– Nie rozu – a! Kolega Igo Klar kontra śliczności dziewczę z Wężownika?

– Plus, nie kontra. W ostatecznej wersji plus. I niech tak zostanie. Zgoda?

– Jeśli każesz – tego, no, chciałem powiedzieć, jeśli ładnie poprosisz, wyprę się tamtych straszności.

– Na twoim miejscu wspomniałabym je z pewną wdzięcznością.

– A za co?

– Wkurzyły mnie tak, jedno takie opowiadanie zwłaszcza, że postanowiłam obejrzeć z bliska fabrykanta tych dreszczowców – a reszty domyślaj się sam…

Tęcze lśniły wyraziście i ciepło. Przecząc swym ostatnim słowom powiedziała mi, obok nich i bez nich, dlaczego ja.

– Jednego ci nie daruję – szepnąłem, czymś przyjemnie zawstydzony. – Musiałaś czekać tak długo?

– Zakaz ingerencji – uśmiechnęła się w sposób – hmm – zwyczajny. – A jeśli farbowana ruda albo pozornie długonoga okazałaby się właśnie tą?

– Ale tak nie było.

– Ale trochę potrwało, zanim się tego dowiedziałam. – Ziewnęła niemal demonstracyjnie. – I dosyć tego gadania, śpij i daj pospać! – zaburczała gniewliwie.

– Tak jest, dosyć tego gadania – zgodziłem się potulnie. Był to zwód taktyczny, taki sam, jak jej ziewanie i burkliwość. Po małej chwilce zaproponowałem inny temat, chociaż niezupełnie nowy, ale zawsze ciekawy – zgodnie z moją nadzieją okazał się tematem chwytliwym i, rzekłbym, o trzy i pół nieba przyjemniejszym w rozwijaniu. Dla niej też…

<>

W wydawnictwie zaszła zmiana. Pani Jadzia odeszła do konkurencji. Jej następca, trochę jakby podobny do mej narzeczonej z gwiazd, przejrzał maszynopisy, po czym dwa zatrzymał, dziesięć zwrócił.

– Czy wystarczyłby panu miesiąc na kilka opowiadanek w stylu tych dwóch?

– Myślę, że tak. A może nawet krócej? – Wyjąłem drugą teczkę z alternatywnym zestawem propozycji.

– Ooo! – zdumiał się radośnie pan redaktor.

– Żeby pan wiedział, jak ja się dziwiłem, że mi tak dobrze idzie… – mruknąłem. – Nie boi się pan klapy? – zapytałem, podając mu teczkę.

– Co do klapy, to się jeszcze okaże, bo wszystko dopiero przed nami, ale, widzi pan, myślę sobie, że ryzyko swoją drogą, a wychowanie w duchu pokoju i wzajemnego zrozumienia też ma swoją wagę i wartość – odparł redaktor, kolorowo uśmiechając się niebieskawoszarymi oczyma. Chyba to zbieg okoliczności, ten uśmiech i te kolory, bo i cóż by innego?

 

 

Koniec

Komentarze

Dawnych wspomnień czar, czyli jak to się kiedyś pisało.
Specpodziękowania dla pierwszej recenzentki.

Sympatyczne bardzo, ale nieco -- a nawet mocno -- przegadane.
Pozdrawiam.

Jeśli przegadane, to przegadane sympatycznie ;) Czytało mi się szybko i z zainteresowaniem, a i nastrój polepszyło.

niczeguteńko? - niee... nie podoba mi się to określenie; nie pasuje formalnie do sąsiadujących słów, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

Coś tam jeszcze było, ale wyleciało mi z głowy. A tekst za bardzo mnie wciągnął, by chciało mi się go porzucać dla koniecznści wynotowania potknięć. Pozostaje ufać, że wynotuje je kot inny. Napiszę tylko krótko: bardzo mi się podobało to opowiadanie. Jest, jak to poprzednicy ujęli, bardzo sympatyczne.

I te rozterki pisarskie na począku. Jakby moje własne. :p Fajne. 

Pogubiłem się w tych wszystkich myślinkach. Zawsze lubiłem, kiedy były one stosowane wyłącznie do oddzielenia narracyjnych wtrąceń od treści wypowiedzi. Podwójne wtrącenia w jednym dialogu też mi jakoś nie podchodzą. Ot, oporny jestem na innowacje.
A, to "tygodnia tygodnia" było zamierzone czy chochlik się wkradł?

Poza tym, rzeczywiście bardzo przyjemne opowiadanie. Ciekawe, pozytywne i w ogóle. Wnoszę jednak skargę i protestuję przeciwko jawnemu pantoflarstwu głównego bohatera. Tak się nie godzi!

Dobre. Czytało się lekko i przyjemnie - nawet nie zauważyłem upływu czasu. Chcoć, przyznaję, że trochę balansował Twój tekst na krawędzi przegadania i znudzenia, jednak za każdym razem kiedy zbliżał się moment krytyczny pomykał nieco szybciej. Podobało się. Pozdrawiam!

Mam podobne odczucie, co IPPI. Przegadany tekst(chyba jeszcze bardziej niż u Kinga, a prznajmniej u tego najnowszego), ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. :) Sympatyczny i bezpretensjonalny. No i podobały mi się żywe dialogi.

Pozdrawiam.

(stremowany autor wychodzi na proscenium, kłania się publiczności, raz na wprost, drugi raz ze skłonem w lewo i jeszcze raz, skłaniając się w prawo)
--- Dzień dobry albo dobry wieczór państwu. Doszły mnie głosy niesprawiedliwej krytyki. Ponoć bohater utworu jest pantoflarzem. Kto to powiedział? Ach, pan...  Panie kochany, jak chłop czuje, że to coś się szykuje, to każdy tor przeszkód pokona... Przekonałem pana? Nie? No nic, sam pan kiedyś się przekona... Dziękuję...
(autor uchyla się przed czymś lecącym w jego stronę, a przypominającym pomidor, i zmyka za kurtynę)
----------------------------------
Słówko poważnie. Przegadanie? Cóż, ja z natury jestem gaduła, to się odbija na tekście, zwłaszcza takim swobodnym i pisanym na luzie.

Witaj!

Chyba po raz pierwszy to ja wpisuję się pod Twoim opowiadaniem, a nie odwrotnie. I jest mi niebywale miło przyznać Tobie laur za najsympatyczniejsze opowiadanie tego miesiąca. Spodobało mi się strasznie głównie ze względu na doskonałe opanowanie warsztatu i znakomite dialogi. Bohaterowie są tak mili, że aż ciśnie się na usta słowo: kochani. Co prawda jest przegadane, ale to najprzyjemniejsze przegadanie, jakie dane mi było tu (i nie tylko tutaj) przeczytać!

Pozdrawiam
Naviedzony

P.S. Opowiadanie na poły biograficzne?

   Nie ma w nim nawet śladu po wspomnieniu cienia rzeczywistości. W przeciwieństwie do "Jak uniknąłem debiutu".
   Miło mi, naprawdę miło, że akurat Tobie podobało się. Stoimy --- w przenośni --- po przeciwnych stronach barykady, a tu proszę, potrafią spodobać się nam teksty tak bardzo odmienne.

Stoimy --- w przenośni --- po przeciwnych stronach barykady, a tu proszę, potrafią spodobać się nam teksty tak bardzo odmienne.
I ja się z tego cieszę. Nie warto się zamykac w ciasnocie "jedynej słuszności". Poza tym to na prawdę fajny kawałek tekstu, a moje pytanie było podyktowane niezwykle... ekhm... realistycznym opisem kobiecego wpływu na twórczość. Będę musiał uważniej spojrzeć w oczęta mojej wybranki, a nuż zobaczę tam coś nowego? ;>

A ja powiem twardo, pewnie i z całą świadomością konsekwencji z tym związanych: Główny bohater to kapeć :P
Tak, wie, że jest coś na rzeczy. On leci na nią, ona na niego. I tak, jest to typowe zachowanie samotnego samca, który ma kontakt z ponętną samicą. Zrobi skubaniec wszystko, żeby tylko jej się przypodobać, nawet by pewnie ten stół po kolacji językiem wypucował. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że po iluśtam latach związku, nasz przyjaciel z tej początkowej fazy, zwanej popularnie zauroczenius-czopkowatus jak najszybciej wyrośnie i też pokaże pazur. Bo mu ta kosmitka na głowę wejdzie, skórzaną maskę założy, a on, biedny, zgnębiony, będzie za nią koszyki po supermarketach w zębach nosił. <--- To tak pół żartem/pół serio.

A na poważnie, to podziwiam Twój talent do wczucia się w psychikę opisywanych bohaterów, umiejętność oddawania emocji oraz to, że do jasnej cholery, chociaż to kompletnie nie moje klimaty takie obyczajowe opowiastki, to zżyłem się z tym facetem, a cały tekst wciągnął mnie niemiłosiernie. Było mi go (bohatera) autentycznie szkoda, miałem ochotę wrzasnąć w monitor, żeby się nie dał, postawil tej dominie z chędożonej Wenus.

Totalna opozycja do mojej tfórczości, ale tak fajnie i sympatycznie napisana, że aż żal serce ściska, że czytam to na stronie, a nie na papierze.

Dobra, koniec tych pochwał, bo mi za chwilę znaków braknie.


Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Jestem z natury niecierpliwą osóbką i muszę przyznać, że gdyby nie gorące rekomendacje w wątku najlepszych opowiadań styczeń/luty, nie dotrwałabym do końca. ; / Z winy wyżej wspomnianego przegadania właśnie. Pomysł fajny, warsztat dobry, ale wyłamię się z grupy fanów i powiem tylko: przeczytałam (w końcu), pokiwalam głową, poszłam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Aaa, chyba już wiem, o co chodzi - po komentarzach poprzedników sądząc - nie jestem facetem, to się nie wczułam należycie. ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ej, ja też nie jestem facetem! ;P

Panie Adamie, ja znałem tą dziewczynę. Wykołowała mnie... ale nie żałuję ;)
Sympatyczne opowiadanie, tak jakoś kojarzy mi się ze Strugackimi. W ogóle widzę je w kolorach beżowych (a beż lubię).
pzdr

Aaa, chyba już wiem, o co chodzi - (...) - nie jestem facetem, to się nie wczułam należycie. ; P
Ej, ja też nie jestem facetem! ;P

>joke mode on< Nie szkodzi, że nie jesteś --- wystarczy, że nas (lub się na nas) dobrze znasz. >joke mode off<

Adam, nie muszę, mam koty. ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

:-) Ale się porobiło... :-) Zacytowałem Ciebie, potem czarnąluckę, i to jej odpisałem --- ale nawet dobrze wyszło. Masz koty, czyli więcej niż jednego --- powinnaś znać (się na) nas, bo jak wiadomo, instrukcja obsługi kota składa się z siedemnastu zasad do ścisłego przestrzegania, a do poprawnej obsługi faceta wystarczy znajomość pięciu, przestrzegania zaś trzech zasad. Ergo --- po ponowniej wnikliwej lekturze tekst powinien się Tobie też spodobać. :-)

A to przepraszam - widzisz, nawet nie potrafię rozpoznać, kiedy osobnik płci przeciwnej mówi do mnie, a kiedy nie. ; P

Poza tym nie powiedziałam, że mi się tekst nie podobał. I pomysł, i wykonanie dobre i sympatyczne, ino tematyka nie bardzo moja. (Ale to pewnie zazdrość przede mnie przemawia. Bo choć z kotami sobie radzę - ledwo, mam ich pięć - to osobiście faceta tak w ziemię wdeptać jak w Twoim opowiadaniu to bym nie potrafiła... ; P)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

:)

Adam jak zwykle potrafi zaczarować...Dialogi...nieziemskie :D Brawo!

Bardzo dobry tekst, Adamie! Gratuluję piórka! Pozdrawiam

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Joseheim napisała: (...) faceta tak w ziemię wdeptać jak w Twoim opowiadaniu to bym nie potrafiła... ; P
:-) Wszystko, znaczy, jeszcze przed Tobą :-)

W życiu się nie spodziewałem. Słowo honoru, że nie. Jeszcze ciekawiej, bo zauważyłem piórko dopiero po przeczytaniu komentarza mkmorgotha --- bo gwiazdkę lepiej widać...

Czarowne, a mimo to dojrzałe i bezpretensjonalne. Czyta się z uśmiechem, a sam tekstem jestem kompletnie zauroczony. :)  Piórko jak najbardziej zasłużone. Gratuluję!

Mnie wymęczyło. Pisanie o pisarzach samo w sobie jest niebezpieczne, bo zbliża do grafomanii. akurat tego uniknąłeś. Ale wpadłeś w inną pułapkę, czy opisywanie życia codziennego i wklepywanie niepotrzebnych scenek, vide z mechanikiem, bo w ten sposób ty, pisarz, możesz skomentować rzeczywistość. Podobnie przemyślenia o pustej lodówce - po co to?

Pomysł fajny, ale dużo słów-śmieci, które należałoby wywalić.

Cieszę się z uznania pomysłu za fajny. Również z tego, że nie przekroczyłem granicy grafomanii, bardzo się cieszę. Natomiast dziwię się, trochę, ale jednak dziwię się, zarzutowi wklepywania niepotrzebnych scenek. Kim nie byłby  bohater, nie jest zawieszony w pustce, nie ma klapek na oczach i filtrów w uszach. Życie, to normalne, składa się z mnóstwa nudnych, powtarzalnych, męczących epizodów, takich jak sprzątanie, zakupy, mycie garów po obiedzie... --- a ja w takim życiu osadziłem centralną postać, więc kazałem jej to i owo robić, to i owo myśleć. W związku i bez związku z tematem, osią fabularną. Bo tak jest, uważam, bliżej prawdy. Tekstom, w których ktoś tam nie myśli i nie mówi o niczym poza swoją misją, kto przez bite dwieście stron nie odczuwa głodu ani pragnienia, wydają mi się niepełne. Takie sprawy można, wydaje mi się, pomijać w epopei, ale nie w osadzonym niemal dokładnie tu i teraz opowiadaniu.
Jeśli jestem w błędzie, chętnie dowiedziałbym się, dlaczego.

Takie są prawa opowieści. Dobra opowiesć to nie stenogram życia. Tak, masz rację, że wszystko to składa się na naszą codzienność, ale w opowiadaniu może co najwyżej znudzić. Twój bohater budzi się rano, oki. Idzie do kuchni, oki. Zagląda do lodówki itp. Takie rzeczy opisuje się jednym, dwoma zdaniami, a nie kostatuje relacje z mechanikiem. Rozwadniasz opowieść.

   Dziękuję za wyjaśnienie, jak to wygląda z Twojej strony, osoby z doświadczeniami redaktorskimi i recenzenckimi.
   Poza praktyką nabytą liczą się, myślę, również osobiste preferencje, ale to niejako inna sprawa --- zaopiniowałeś "po linii zawodowej", że tak żargonowo nazwę. I bardzo dobrze --- wskazówka dla mnie. Czy zdołam się zawsze do niej stosować, tego najzwyczajniej nie wiem, ale, gdyby mnie "wzięło" na coś poważniejszego, pamiętać o niej będę.


To kwsetia tego, że nie funkcjonujesz w próżni, twój tekst także. Kiedy pisało się opasłe tomiszcza, bo ludzie chcieli wsiąkać w świat na długie godziny. Teraz jest tyle bodźców, że jak zaczniej nudzić, to ktoś po prostu kliknie dalej i tyle.

Trzeba dbać o czytelnika.

Piszesz niesamowicie i cholernie mi się podoba. Niewątpliwie zasiedzę się tutaj analizując to, jak materializujesz swoje myśli, że to tak apetycznie wychodzi... Gdyby zrodził Ci się jakiś wielki epicki pomysł ubarwiony nietuzinkowym klimatem, to byłbyś wiodący na Polskim rynku, przynajmniej szczerze w to wierzę... A może jesteś pisarzem, hm? Ciekawiło mnie to od początku, a teraz nawet mam okazję, by zapytać :)

Co niesamowitego w powyższym? Pytam poważnie, chociaż Twój post można też odczytywać jako lekką kpinkę, ponieważ za słodki jakiś...

Wieki, epicki pomysł każdemu od czasu do czasu przychodzi do głowy, ale spokojnie, pięcioksięgu ani nawet skromnej trylogii nie będzie, bo praktycznie nic poza coraz bardziej upraszczaną oraz jednocześnie hybrydyzowaną z innymi odmianami fantasy wzięciem u wydawców i czytelników jakoś się nie cieszy, a mnie traktowane serio machanie mieczami i rzucanie zaklęciami słabiutko bawi.To natomiast, co mnie może interesować, leży poza granicami zainteresowań przytłaczającej większości odbiorców --- i w tym masz odpowiedź, czy jestem.

 

To w tym punkcie Nasze drogi się schodzą. Sam bardzo dużo pracuję (m.in. przez to zawaliłem sobie właśnie maturę, do której mnie nie dopuszczono) nad warsztatem, a także fabułą, którą opracowuję w każdym szczególe. Mam bardzo podobne spojrzenie do Ciebie, najlepsze są twory zupełnie odmienne i... wierzę, że w końcu znajdę za horyzontem miejsce, gdzie zainteresowanie mas zejdzie się z tą nietuzinkowością, jaką chciałbym przedstawić. Biedzę się nad tym, jak płytka, plastikowa miłość może budzić takie zainteresowanie i brać górę nad życiową mądrością i analizą rzeczy naprawdę ważnych, momentami nieludzkich, a nawet nieorganicznych etc. (W tym przypadku za przykład wskażę fantasy) Przecież ten gatunek to cudowny surrealizm, pewien rodzaj nadświadomości, z której można wyciągnać duchowo o wiele więcej, niż z Grocholi. I to przygnębiające, że gatunek ludzki jest tak małostkowy i... głupi? Dlatego musimy się dostosować, musimy znaleźć kurę znoszącą złote jaja, bo ona na pewno gdzieś jest. I wzbogacić się. 

Kpina? Jestem małym nieudacznikiem z rozwodnionym talentem, ale za to z ogromną ambicją i obsesją doskonałości. A Ty zaimponowałeś mi od samego początku, gdy się tu pojawiłem. I lubię Cię czytać. A więc - kpina? Nie odważyłbym się...

Byłbym bardzo zadowolony, gdybym miał kolegę takiego, jak Ty, zresztą całą tą wesołą kompanię z fantastyka.pl zabrałbym na piwo :)

Przeciwstawiłeś fantasy romansom à la Grochola. Co złego w romansach? One też są potrzebne, swoim odbiorcom pozwalają na chwilowe zapomnienie o rzeczywistości, ich własnej i tej szeroko rozumianej, zabierają czytelników w świat marzeń, pięknej ułudy — i też coś mówią o naturze, o kondycji ludzkiej. Mówią o wycinkach tej natury i kondycji, ale wycinkach w końcu równie ważnych, jak reszta, o której mowa w dziełach wielkich i klasycznych. Ale dajmy spokój Tołstojom i Dostojewskim, Szekspirom i Millerom też. Fantasy. Cudownie surrealistyczna, sięgająca nadświadomości, duchowo bogata... W pewnym sensie, do pewnego stopnia tak, ale tylko dlatego, że przedstawia szerszą panoramę wspominanych już natury i kondycji człowieka. Odrzuciwszy sztafaże, widzę w fantasy to, co mogę dostrzec w znakomitej większości książek spoza tego podgatunku. Pytania i próby odpowiedzi, dlaczego i kiedy, dzięki czemu i wbrew czemu stajemy się bohaterami lub tchórzami, lojalnymi wobec przyjaciół i sprawy lub kunktatorami, koniunkturalistami i zdrajcami, potrafimy przeciwstawić się losowi lub toniemy w bierności. Tak więc, uważam, różnica w rzeczonych sztafażach, które można wykorzystać dla uatrakcyjnienia lektury i wzmocnienia efektów prezentacji postaci, ale można też nimi, przedobrzywszy, wiele popsuć — bo cała reszta poza scenografią to po prostu literatura, opowieści o ludziach takie same jak inne. Rozumie się, że jednych owe scenografie przyciągną do lektury, innych od niej odstręczą, pozostałych pozostawią obojętnymi — i dlatego wybór, co, jak i dla kogo chcemy pisać, sprowadza się do wyboru scenografii, miejsca osadzenia w niej postaci i sposobu prezentacji tychże postaci.

 

Klasycznych morałów nie lubię ani prawić, ani wysłuchiwać, ale w tym przypadku... Zawaliłeś maturę? Po co, w imię czego? Warto było? Druga sprawa: to, co napisałeś o sobie. Nie myśl tak, to błąd. Chcesz coś osiągnąć, dopracować się czegoś? To pracuj, ale najpierw zapomnij, że pomyślałeś o sobie: nieudacznik z rozwodnionym talentem. A jak wielu znasz „udaczników”, którym wszystko „samo wychodzi” na medal od pierwszego podejścia? Oczywiście pytanie odnosi się do rzeczy większych i bardziej skomplikowanych od kilku stron, na których, jak na przykład powyżej, kosmitka „nawraca” „dreszczoroba”.

Bardzo dobry tekst. Wciąga. Bawi. Daje do myślenia. 

I jak tu się nie zachwycić? xD

Tego nie wiem, bo to zależy od samej Czytelniczki, od tego, co się Jej podoba, a co przeciwnie...

— Achaa... Wydaje mi się, że chwytam intencje...


achać pot. «zachwycać się czymś w sposób afektowany»

aha pot. «wykrzyknik wyrażający potwierdzenie, zrozumienie, przypomnienie, ironię itp.


Podoba mi się, Adamie, ten tekst. Nie będę się silił na nic innego, bo i nie trzeba :)

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Dziękuję i mam nadzieję, że takimi samymi słowami podsumuję Twój --- hm, może jeszcze nie następny, ale, powiedzmy, góra czwarty tekst.

Adamie, to opowiadanie podoba mi się najbardziej. Wszystkie teksty są wspaniałe, o klasę lepsze od, na przykład moich. Jak kiedyś Ci już napisałem, jesteś artystą słowa. Nie "słodzę Ci, bo nie ma bna to żadnego powodu. Tak jest i koniec. To

opowiadanie chciałbym wybrać, nie mogąc wybrać wszystkich. Pozdrawiam.

Bardzo fajne opowiadanie, lekkie, dobrze się czytało, podobało mi się :)

Miło mi, że dobrze się czytało. Nie sądziłem, że sięgniesz tak daleko w przeszłość portalu… Ale jest drobniutki problem: coś pod lekkością jest schowane. Znajdziesz?

Mam swój system i wiąż powiększającą się listę opowiadań, do których chcę zajrzeć. Ale nie ma w tym logiki ;) Nie wiem, co jest schowane. Pewnie wiele rzeczy. Może to, że czasami niepotrzebnie szukamy "cudów" nie wiadomo gdzie, choć mamy je w zasięgu ręki? Albo to, że czasami oddając coś zyskujemy więcej? Albo to, że czasami warto zmienić punkt widzenia? Że nie trzeba bać się nieznanego?  Nie wiem. Boję się nadinterpretacji, nie lubię jej.

Dziękuję za próbę odnalezienia, próbę w zasadzie udaną – Twoje dwa ostatnie pytania zawierają, potraktowane razem i nieco szerzej rozumiane, "siedzą" bliziutko środka tarczy.   Życzę długiej serii przyjemnych lektur.

…Opowiadanie w druku pięknie się prezentuje. Pozdrawiam uśmiechnięty.

Dziękuję :) Podejrzewam, że niektóre interpretacje czytelników mogą zaskoczyć samego autora ;)

Uważam, że to normalne zjawisko. Bardzo rzadko występuje przypadek, gdy autor i czytelnik posiadają identyczną wiedzę, podążają tymi samymi ścieżkami skojarzeń i tak dalej, co powoduje, że obaj "widzą" to samo i tak samo.

A, to tak zdobywa się piórka. Ja taki niepojętny jestem. Styl twardy, perfekcyjny, gęsty jak brylat. Nieomal widzę regularnie ułożone atomy. Piękny. I co? Nic, nic.  Gdzie się podział diament?

:-)  W sejfie.  :-)

Szkoda.

…Primie i Anet, zostały mi jeszcze dwa egzemplarze książki, gdzie znajdziecie to i inne opowiadania. Podajcie adresy kontaktowe, a przyślę Wam egzemplarze reklamowe.

Adamie, wybacz, że Ci śmiecę, ale co Ciebie tak mało ostatnio?

To świetnie, że zostały.  Na pewno rozeszły się jak świeże bułeczki.  Tak naiwasem mówiąc Ryszardzie to miło, że trzymasz rękę na pulsie. Co za niespodziewana wizyta. Kiedy tu ostanio byłeś, w kwietniu. Nie, nie to był chyba marzec. @AdamKB Dziekuję za odpowiedź. Lakoniczna, ale pocóż strzępic jezor. Pozdrawiam.

Lubię teksty, które wzbudzają emocje, lub które umożliwiają śledzenie emocji bohatera. Tutaj z pozoru nie dzieje się zbyt wiele, ale z drugiej strony, mnie, jako kobiecie opowiadanie pozwoliło poznać myśli faceta. Tekst może i przegadany, ale nawet takie przegadane  są czasem potrzebne. Jedyne co mnie wkurza, gdy czytam Twój tekst, to, to, że obnaża moje braki warsztatwowe. Zdrowo zazdroszczę tej łatwości pisania.

Zbyt mało wiem, by być niekompetentnym.

Dziękuję za wizytę – tekst jest tak stary, że aż się zdumiałem “odwiedzinami”.

Przegadany? Odpowiem nie wprost. Poszukaj tekstu, rygorystycznie trzymającego się tematu. Ani jednej dygresji, bohater na widok superekstradziewczęcia nie obejrzy się, bo misję ma do spełnienia, co słowo padnie w rozmowie, to wyłącznie na temat, powaga i wzniosłość czytelnikom przez oczy do duszy (powiedzmy, że tam właśnie…) włazi… A jak to wygląda w tak zwanym życiu?

No, wróciło. Mnie się podobało i za pierwszym razem ;-) Mimo oczywistego przegadania, kapciowatości głównego bohatera i zmowy kosmitów, którzy zamachują się na literaturę akcji z wielką ilością odciętych macek, rozpłatanych świetlnymi mieczami obcych i innych, uciesznych narzędzi zagłady. Nic tak nie ożywia pacyfistycznej demonstracji jak dobre mordobicie ;-) 

No, ale za temat o trzy i pół nieba ciekawszy może sobie człowiek faktycznie na chwilę lub dwie to całe gwiezdne łubudu – odłożyć… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja Ci dam kapciowatego bohatera! :-) Na porządne zakochanie się nie ma mocnych… a ja lubię podżartowywać sobie z tego buzowania hormonów i neuroprzekaźników. O!

Przegadanie, przegadanie… Samo życie, nie przegadanie :-). 

Oj, przecież się droczę ;-) 

Mechanizm kapciowacienia z zakochania nader realistycznie oddałeś… Piaskiem po oczach! Warto rozmawiać! Samo życie… Z jak Zazdrość? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Kapciowaty! Nie dosyć, że kapciowaty, to jeszcze tak przydeptany, że aż żal. ;-)

Babska logika rządzi!

:-) I kto to mówi? Pisze, znaczy? Wszystko przez Was, Przydeptywaczki… :-)

No, ale tak serio: wiadomo, że, i wiadomo w około trzech czwartych, co, jak i dlaczego dzieje się w głowach, zwłaszcza męskich, gdy taki uskrzydlony bęcwałek dobrze wyceluje. I nikt mi nie wmówi, że nie umiecie tego wykorzystać… Nie mówię, że celowo i tylko przeciw nam – ale jednak trochę jak gdyby tak…

Ooo! To w tych głowach cokolwiek się dzieje?! Zaskakujesz mnie, Adamie… ;-)

Obawiam się, że taka ofiara skrzydlatego bęcwałka to beznadziejny przypadek.

A tak naprawdę, to obydwie strony wykorzystują słabe punkty partnera. Aż gwiżdże. A narzekają przy tym! Aż huczy. ;-)

Babska logika rządzi!

Samo życie. Dialektyka w rozkwicie. Pełne współgranie sprzecznych interesów… { :-) }

Taaa… Czytałam ten tekst dawno, jak i Twoje pozostałe. I widzę, że jedyny komentarz, jaki tu pozostawiłam, to wyraz troski oraz –  o ile dobrze pamiętam – również egoistycznej próby zwrócenia Twojej uwagi na mój tekst, który wtedy był na stronie świeży. Próby, zdaje się, udanej. ;)

I chyba wiem, dlaczego nie skomentowałam. Byłam nowa na stronie i uznałam, że się nie będę wtrącać, a już pod tekstem takiego wygi jak AdamKB to mi po prostu nie wypada. ;)

“Przegadane” – to słowo stało się moim portalowym ulubieńcem. Lubię takie przegadanie. Chociaż – mogłabym też powtórzyć komentarz nieznanego mi lPPl. :) Z czym tak miałam? A, pamiętam. Z “Wyspą dnia poprzedniego” U. Eco.

 

Ale wpadł mi w oko też ten komentarz:

To kwestia tego, że nie funkcjonujesz w próżni, twój tekst także. Kiedy pisało się opasłe tomiszcza, bo ludzie chcieli wsiąkać w świat na długie godziny. Teraz jest tyle bodźców, że jak zacznie nudzić, to ktoś po prostu kliknie dalej i tyle. (poprawiłam cytat;)).

 

Cholera. Kiepska sprawa.  

Nawet pamiętam, czyj to komentarz… :-) Pamiętam też, co wtedy pomyślałem, na wyłącznie własny użytek.

Kiepska sprawa? Może nie aż tak, żeby natychmiast kapitulować. Nie znasz powieści, w których przez trzy tomy wałkuje się jedno i to samo, odmieniając szczególiki? W których tematem jest milionowe powtórzenie tematu? No to ja, uważam, mogę “przegadać” jedno opowiadanko, bo i tak pozostanę, w porównaniu, konkretniejszy w opisach i treściach… :-)

 

Mnie ta opinia po prostu nieco zdziwiła. Bo powieść (jako taka fabularna, zwykła, porządna historia) podobno przeżywa renesans i tomiszcza po tysiąc stron nie są niczym niezwykłym. Jak widać – sporo ludzi czuje potrzebę wsiąkania w świat na długie godziny… No, może po prostu te godziny są podzielone na krótsze moduły niż kiedyś. :)

Wydaje mi się, że powieść, długa, rozpisana na trzy tomy, co jest niemal obowiązkowe w ostatnich czasach – na co nie spojrzysz, pierwszy / drugi / trzeci tom genialnej / nowatorskiej / porywającej trylogii – że taka powieść obiecuje mrowie wydarzeń, multum postaci, piętrowe intrygi, i ta obietnica, nawet nie wyartykułowana przez autorów lub recenzentów reklamiarzy, ale rodząca się w potencjalnym czytelniku po spojrzeniu na trzy tomiszcza, działa jak magnes. Potem przeradza się w oczekiwanie, co jeszcze, co nowego, i to oczekiwanie pozwala “przepływac” przez całość bez. albo prawie bez protestów, że tego za wiele, to za długie, tamto nudnawe. Oczekiwania większości wobec opowiadań są praktycznie odmienne – jeden temat, jedna postać, ani na moment nie ustająca akcja.

Podoba mi się początek. Potem nie do końca czułam dialogi. Odniosłam wrażenie, że autor bardzo lubi pisać, lubi siebie piszącego i lubi być czytany. A wszystko to kosztem pustej lodówki. ;-)

Irene Write

Nie do końca “czułaś” dialogi? Ciekaw jestem, dlaczego.

Co do pisania – King pisze, bo na tym zarabia, mój narrator też, aż lubić tego nie muszą, bo mało kto lubi pracę. Dlaczego brakowało mu opowiadania? Własnie dlatego…  A ja… No cóż, jak praktycznie wszyscy na portalu, od czasu do czasu, gdy Pani Wena raczy zagościć, pisuję. Bez wstrętu, ale żeby z lubością, nie powiedziałbym.

Dzięki za odwiedziny.

Cieszę się, Adamie, że Pani Wena odwiedziła Cię we właściwym momencie, bo dzięki temu powstało przemiłe opowiadanie. Czytałam je już dawno, na początku mojej bytności tutaj, ale wtedy bałam się komentować. Teraz boję się jakby nieco mniej, więc przeczytałam je ponownie i dołączam do grona bardzo usatysfakcjonowanych czytelników. Jednocześnie pozwolę sobie wyrazić żal, że Pani Wena bywa u Ciebie zbyt rzadko. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za miłe słowo, od zawsze ceniona Koleżanko regulatorzy.

Wiesz, zasadniczy problem z Panią W. polega na tym, że Jej wizyty, przejawy przychylności, irytująco często rozmijają się z możliwościami czasowymi odwiedzanego. A tak to jakoś jest, że albo od razu piszesz, co Pani W. podszepnęła, albo nic z tego nie wychodzi, po dwóch czy trzech bowiem godzinach, a co dopiero na drugi dzień, pomysł nie jest taki świeży, ciekawy, kompletny i dobrze wpasowany, jakim był w chwili pojawienia się.

Wiem, typowe labidzenie, wszak niemal wszyscy najczęściej właśnie tak mają…

Muszę uwierzyć na słowo, że tak się dzieje, albowiem na mnie łaska Pani Weny jeszcze nigdy nie spłynęła i, jestem dziwnie pewna, już nie spłynie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spłynie, spłynie, rytuał trzeba odpowiedni odprawić a spłynie… Naczynie śklanne z rodzaju tych, w jakich inkausta czarne a barwne pomieszczano, jednym z rzeczonych liquidów napełnij, poczem pióro gęsie lub gdy na zawadzie jego zdobyciu coś lubo ktoś Tobie silnie stanie krucze bądź sokole zanurz, a w doby dwie z połową Pani zawita.

<>

Nie pojmuję, dlaczego przy niemal każdej takiej i podobnej okazji zarzekasz się, że nie. Z Twoim opanowaniem języka potrafisz opisać, co tylko na myśl przyjdzie… 

Zestaw naczyń stosownych, zdatnych do odprawienia rytuału – większych i raczej smukłych oraz mniejszych, pasujących do dłoni – posiadam dostatek, jeno nie inkausty w nie wlewam, a zgoła inne likwory, tudzież jakie akwawity, na podorędziu będące. Piór ptaków wymienionych chyba nie posiądę, no bo jakże tu stworzeniu takiemu kuperek ogołacać, alibo skrzydła niezdatne do polatania czynić. Takoż więc, nie mając wymaganego kompletu rytualnych akcesoriów, wizyty rzeczonej Pani raczej się nie spodziewam.

 

Może i potrafię składnie pisać zdania, ale nigdy nie czułam potrzeby by tworzyć z nich opowieści. Tak mam, i tak mi już zapewne pozostanie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-)  Kuperków ogałacać i skrzydeł niezdolnymi do latania czynić stworzeniu żadnemu pierzastemu potrzeby nie ma – same wszak wymieniają lotki tudzież sterówki i jeno podnieść z ziemi je wystarcza…  :-)

No szkoda, naprawdę, że nie czułaś i nie czujesz potrzeby tworzenia opowieści.

Ja myślę, że  pewnego wieczoru, gdy wiatr będzie wył  duszami potępionych, a dobry Bóg grzmiał na niebie w złości , regulatorzy może jednak popełnić czyn twórczy. Ot choćby by bronić się uśmiechem przed złą i ponurą nocą. Typów i stereotypów ludzkich ma tu na portalu do wyboru bez liku, w życiu codziennym pewnie jeszcze więcej, fabuł świat pełen, byleby je opowiedzieć z tą iskrą , z tym uśmiechem lekkim w kąciku ust… :-) Kot, nawet kota przeboleję! :-)

 

Przepraszam, że się wtraciłem, ale moim zdaniem humoreska regulatorna, czarnohumorna, aż błaga swoją panią o napisanie… :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie masz za co przepraszać, nawet przeciwnie, przyłączenie się do budzenia w naszej Koleżance zapału twórczego za chwalebne uważam.  :-)  Bo nie mogę, no nie mogę uwierzyć,  że nigdy, że nawet raz przelotnie paluszki Jej nad klawiaturą, lekko swędząc, nie zawisły…  :-)

Bardzo dziękuję, bo tkwi w Was wielka wiara w moje ewentualne możliwości, ale cóż, przykro mi – ta wiara gór nie przeniesie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale paluszki nad klawiaturę może popchnie…? Jakiś sympatyczny zakładzik, o niedługą formę literacką i z przednim likworem w tle? ;-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie popchnie, Fishu, a i zakładać się zwykłam.

I pozostawmy sprawy swojemu biegowi – Wy piszecie, ja czytam. To jest bardzo dobry podział ról. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nosz kurczę pieczone, jak tu namówić… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Widzę, że Reg zaczyna się łamać… Zwykłam, nie zwykłam – freudowska pomyłka? ;-)

Babska logika rządzi!

Ależ nie zwykłam! Oczywiście, że nie zwykłam!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-)  No, jak już do Freuda doszło, to coś z tego będzie, chociaż nie wiadomo, czy właśnie to.  :-)

Reg na Edypa nie wygląda, ale to nigdy nic nie wiadomo… ;-)

Babska logika rządzi!

Z przyjemnością powróciłem do tego opowiadania. Pozdrawiam.

Z przyjemnością dziękuję za komplement, jakim dla mnie jest Twoja przyjemność.

Też pozdrawiam.

Mignęło gdzieś (sam już nie pamiętam gdzie), zapamiętałem, aż w końcu przeczytałem.

I cóż… Myślę sobie, że gdyby ktoś wrzucił taki tekst teraz – i oczywiście nie był AdamemKB – zjechany by został bezlitośnie za pisanie o braku weny (co wszak milijony razy już było i zieeew!) i ogólnie gadanie o niczym. A ja bym wówczas znowu powiedział, że jeśli ktoś przeczytał w ostatnich latach tysiące opowiadań, to sam jest sobie winien, że wszystko już widział, a akurat mnie to mało ten teges.

Myślnikowe wtrącenia w dialogach drażnią. Historia sama w sobie jednak trochę nudnawa (chyba każdy osiąga taki moment, gdy opowieści o dreamgirlach stają się irytujące – panie być może osiągają go znacznie wcześniej). Ale jak to świetnie napisane jest! Niby się nudziłem, a oderwać nie mogłem. Bohater głupi jak but, ale z tego też powodu sympatyczny i przykuwający uwagę. Plastyczność języka świetnie współpracowała z moją wyobraźnią, usterek nie stwierdzono.

Tak więc ode mnie nic nie znaczące, ale szczere, 5.

Hmm…  Tak całkiem o niczym? No cóż, jeśli wykreślić / pominąć to, co o ksenofobii traktuje, to faktycznie prawie że o niczym… :-)

Nowa Fantastyka