- Opowiadanie: TyraelX - Nie ma życia po śmierci

Nie ma życia po śmierci

Moich prób pisarskich ciąg dalszy – momentami trochę makabryczny, ale chyba nie przekroczyłem granic dobrego smaku. Pozdrawiam wszystkich Czytających – miłego "seansu" :)

 

EDIT: szorcik jest “odgrzewany” – publikacja miała miejsce w 2012 roku. Ale lubię ten tekst – więc dzielę się nim z tymi, którzy go jeszcze nie znają.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nie ma życia po śmierci

Mówią, że przed śmiercią człowiek widzi całe swoje życie. To prawda.

 

Krzysztof widział siebie, jak znów był małym chłopcem. Sześcioletnim blondaskiem o niebieskich oczach. Z nożem kuchennym w ręce. Kota złapał dwa dni wcześniej. Bawił się nim od rana do wieczora. Trzymał w prowizorycznej, metalowej klatce. Teraz nadeszła pora na numer popisowy. Krzysio ostrzył nóż przez pół godziny…

 

Kolejna scena – po krótkiej bójce usłyszał drewniany odgłos łamanej kości. Jego ofiara, chłopak z klasy wyżej, już nie mógł go uderzyć bezwładnie zwisającą ręką. Krzysztof znów udowodnił swoją wyższość. A był dopiero w trzeciej klasie podstawówki. W piątej kurator stwierdził, że chłopak to wyjątkowo trudny przypadek. Sąd rodzinny, pakowanie i zakwaterowanie w poprawczaku były tylko formalnościami…

 

Znów przeskok – widział Monikę – poznał ją godzinę temu na dyskotece. Nie miała gdzie uciec. Krzysztof stał na jedynej drodze ewakuacji. Jeszcze kilka chwil i zaspokoi swoje samcze żądze. Jemu będzie dobrze, ona prawdopodobnie nie otrząśnie się z tej traumy do końca życia. Być może niedługiego już życia. Nie tak wyobrażała sobie swój pierwszy raz…

 

Przeniósł się kilka lat później – pamiętał, jak właściciel restauracji piszczał niczym zarzynane prosię. Niewiele się w sumie od niego różnił. Niski grubas, z nożem w brzuchu, wiercił się pod ciężarem ciała napierającego Krzysztofa – ale nic już nie mógł zrobić – rana była zbyt głęboka. Gdyby oddał te pieniądze wcześniej, pewnie nie doszłoby do tego. Ale nie zebrał wymaganej kwoty – opłaty za „ochronę". Więc w gratisie dostał kosę. „Niech inni mają nauczkę" – to były ostatnie słowa, które usłyszał przed śmiercią z ust swojego nastoletniego, uśmiechającego się mordercy…

 

Znów nastała ciemność… i znalazł się w Gdyni. Pamiętał ten dzień bardzo dobrze – pierwsza, wielka akcja. O tym napadzie na jeden z trójmiejskich banków było głośno przez kilka tygodni. Prawie nowiutki karabin M16, dostarczony przez „przyjaciół" z Bliskiego Wschodu, jeden z wielu zdobytych podczas walk w Iraku. Broń wesoło zatańczyła mu w rękach. Krótka seria – i krzyki ucichły. Nikt nie zdążył włączyć alarmu. Smużka dymu i zapach prochu unosiły się w powietrzu. Nie musiał tego robić, ale chciał wypróbować nową zabawkę. W końcu to jego dwudzieste piąte urodziny. Dziesięć osób w trzy sekundy – całkiem nieźle…

 

Wszystko się rozmyło – i płynnie ułożyło w obraz ciemnej piwniczki w jego dziupli na przedmieściach Warszawy. Musiał poznać te dane! Ta pieprzona menda wie, gdzie i kiedy będzie znajdował się konwój. A w nim broń i ekwipunek, konieczne do wygrania wojny z Wołominem. Musi tylko wydusić z policyjnej agentki datę i miejsce. Krzysztof ma czas – przed nimi cała noc. Ma narzędzia – pożyczył je od Doktora. Ma też swoje metody – jej synek ogląda właśnie kreskówki w pokoju na pierwszym piętrze. I co najważniejsze – ma na to ochotę – ta bura, policyjna suka nie wyjdzie stąd, dopóki nie zdradzi swoich niebieskich kumpli…

 

***

 

To była zima stulecia. W wiadomościach trąbili o tirach, zakopanych w śniegu, oczekujących dwadzieścia godzin w kilkunastokilometrowych korkach.

 

Krzysztof miał to wszystko w dupie. Leciał bezwładnie. Spadał, niczym wypędzony z niebios mroczny anioł. Pęd wiatru nie pozwalał zaczerpnąć tchu, oczy łzawiły, w uszach huczało.

 

To prawda, że tuż przed śmiercią człowiek widzi całe swoje dotychczasowe życie. Gdy Krzysztof był na wysokości dziesiątego piętra – jego prywatny seans dobiegał końca. To było krótkie i bardzo brutalne – głównie dla innych – życie. Które potrwa jeszcze jakieś siedem sekund. Dopiero teraz skupił się na swoim odbiciu w szklanej fasadzie wieżowca, z którego spadał. To ciekawe, na jakie rzeczy zwraca uwagę człowiek tuż przed śmiercią. Krzysztof widział swoje kręcone, potargane włosy. Nienagannie skrojony na miarę garnitur Louis Vuitton. Koszulę, poplamioną czerwienią wokół dziury wlotowej po kuli. I poły wełnianego płaszcza, powiewające jak połamane skrzydła. Mijał kolejne piętra – piąte, czwarte… Do końca życia pozostały mu dwie sekundy, a on widział siebie, spadającego głową w dół, ku nieuchronnemu końcowi wszystkiego. „Życie po śmierci nie istnieje. Szkoda." – pomyślał.

 

W tym momencie czas zwolnił. Płatki padającego śniegu praktycznie zatrzymały się w miejscu. Otaczający go biały, zimowy, mroźny świat zaczął nabierać żywszych barw. Umysł Krzysztofa zaczął pracować na maksymalnie przyspieszonych obrotach. To pewnie efekt działania ostatniego, największego w życiu, wyrzutu adrenaliny do krwi. Wyraźnie widział jak – zielone do tej pory – szyby wieżowca przybrały kolor ognia. Stalowe rusztowanie ekipy remontowej, które mijał od ósmego piętra, rozjarzyło się niczym energooszczędne świetlówki. Spojrzał w dół – w miejsce końca tej wędrówki. Chodnik wyłożony kostką brukową zdawał się falować. Był półprzeźroczysty – pod nim wyraźnie widać było jasną pustkę. Jakby światło – ciepłe, przytulne, spokojne. Zapragnął za wszelką cenę zanurzyć się w nim, wejść, scalić się, być szczęśliwym, nie martwić się już więcej, nie uciekać i nie gonić. Cisza, spokój i szczęście – już na zawsze.

 

Uderzył z impetem w falującą powierzchnię. To, co się wtedy stało, nie mogło być rzeczywiste – jego umysł rozpadł się na miliardy kawałków, a jednak nadal tworzył całość. Widział cały Świat. Widział przeszłość, widział przyszłość, widział każdy moment jego trwania.

 

Ocknął się – uderzony odorem istoty tak złej, że otaczający ją mrok odbierał Krzysztofowi resztki jakiejkolwiek odwagi. Wszechogarniająca beznadzieja trawiła go na wylot. Demon ryknął z siłą miliona potępionych światów: „Ty, który nigdy nie liczyłeś się z innymi, należysz do mojego Pana! Ty, który czerpałeś przyjemność z rozpaczy innych – poczujesz jej smak po tysiąckroć! A lament twój nie będzie wysłuchany, gdyż zostałeś potępiony! Cierpienie nie opuści cię przez wieczność! Do końca, który nie nadejdzie, kruszyć się będzie dusza twoja! Bo jam jest Gehenna – dla ciebie i całego świata! I służę Panu mojemu, a imię jego Legion!"

 

***

 

Krzysztof leżał skulony w prowizorycznej klatce. Bezradnie czekał na to, co stanie się zaraz – przeżywał to już tysiące razy. Spojrzał w górę, zobaczył siebie, pochylającego się nad metalowym więzieniem. Gigantyczny Krzysztof był sześcioletnim blondaskiem o niebieskich oczach. Z nożem kuchennym w ręce. To będzie jego popisowy numer.

 

Koniec

Komentarze

Nieźle napisany tekst, ale jeśli chodzi o pomysł, to mnie nie porwał. Umiejętnie wykorzystujesz znany motyw, ale niestety nie wnosisz nic nowego do niego. Historii potępionych grzeszników napisano wiele, a i z podobnym samoukaraniem też się nie raz już spotkałem.

A jeśli chodzi o dobry smak, to się nie przejmuj. Do granicy Ci jeszcze daleko. Vide: opowiadania Fasolettiego. :)

Pozdrawiam

Niespecjalnie wciągające. Powiedziałbym nawet, że mdłe. Mdłe dlatego, że Autor nie mógl się zdecydować, czym chce epatować czytelnika. Język opisu jest bardzo ugrzeczniony. Ani nie ma brutalnegi i krwawego realizmu, ani turpizmu. Język opisu jest językiem grzecznej opowiastki. Fabuła - typowa. Grzesznik będzie cierpial, doznając tego samego, co zadawał innym za życia. Ten lot z któregoś piętra wieżowca przypomina nieco kawal o facecie, który spadl z dziesiątego piętra, a mijając ósme oddycha z ulgą i mówi do siebie: "Świetnie, dopiero ósme ".
Jeżeli Autor zamierza pisać opowiasanie w yej konwencji, to jeszcze sporo pracy przed nim - i w wyszukiwaniu ciekawych wątków, i w dobraniu właściwegi języka opisu. 
Pozdrowienia.

Ja się podpisuję pod dwoma wcześniejszymi komentarzami, a dodatkowo doczepię się do samej budowy. Ta pierwsza część jest najzywczajniej w świecie porwana. Musiałam to czytać trzy razy, żeby zrozumiec o co chodzi. Skaczesz po bohaterach i nie wiadomo o kim i o czym chcesz tak właściwie napisać. 

www.herbatkauheleny.pl

ja tam uważam, że początek jest całkiem przejrzysty. od razu załapałem o co chodzi i nawet mi się spodobało. cała historia jest miła dla oka i ducha, ale nie porywająca. niemniej jednak, z każdym tekstem piszesz coraz lepiej, więc widać że trening i nauka w las nie poszły. no i z każdym tekstem, odnoszę coraz większe wrażenie, że - jako autor - masz bardzo duże skłonności do moralizatorstwa. nie jest to zarzut. takie tylko czytelnicze spostrzeżenie
4/6

A jeśli chodzi o dobry smak, to się nie przejmuj. Do granicy Ci jeszcze daleko. Vide: opowiadania Fasolettiego. :) - Oj tam, oj tam... :P

Ogólnie ciekawe, tylko ta pierwsza część również wydała mi się zbyt porwana i nieco za chaotyczna.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Dzięki za uwagi - vyzart, niestety jesteś w mniejszości w stosunku do innychi, więc troszkę zmieniłem początek, żeby choć trochę uporządkować ten porwany chaos :)
@Suzuki, Roger, Fas i Eferelin - pracuję nad warsztatem, jeszcze się zdziwicie :P Pomysłów mam w zanadrzu dość dużo, ale te najlepsze zachowuję na później - gdy już opanuję odpowiednio słowo pisane :D
pzdr dla wszystkich!

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

A więc czytam już uporządkowane opowiadanko. Może dlatego nie widzę problemu w zrozumieniu treści. :-)
Klasycznie już, będę odstawał od większości. Ale cóż na to poradzę, kiedy mi się to opowiadanie podoba.
Może i jest w schematach, ale w tych dobrych, z których warto korzystać. No i wypełnione dobrą treścią.
Nie silisz się na siłę na oryginalność i nie zabierasz bandziora na obłoki niebieskie, ani nie przywracasz go światowi żywych, by jako skruszony grzesznik naprawiał swoje błędy. To by był dopiero kicz w amerykańskim stylu.
Klasyczne piekło, jak się patrzy; diabeł naprawdę zły, a nie jakiś niezrozumiany przez Boga przewrażliwiony romantyk. Dobre jest dobre, złe jest złe. I już. Brakuje mi czasami takiego jasnego określenia się w utworach fantastycznych. Ciągle tylko: a może tak, a może nie, i tego typu rozmydlanie.
Podoba mi się pomysł kary- facet sam jest teraz swoją ofiarą. I dobrze mu tak.
Ode mnie masz 6. Za dobre klasyczne opowiadanie z morałem.

a mnie się podobało. W niektórych momentach aż mi się zimno zrobiło. Nie jest to tematyka dla mnie, ale jednak... Ciekawe.

To co chciałam napisać już pojawiło się w wcześniejszych komentarzach ;)
Bardzo przewidujące ale przeczytałam do końca, bo spodobał mi się styl jakim piszesz. ;P Prosto, bez żadnych "komplikatorów" mających dodać walorów tekstowi (co czasem mija się z celem).
6 to trochę za wysoko, ale gdybym miała oceniać to spokojnie na granicy 3+/4.

Pozdrawiam ;p

Rozwijaj się dalej bracie :D


Dziękuję, dziękuję. :)

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Może to zabrzmi trochę niezręcznie, ale przeczytałam opowiadanie z przyjemnością.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – lubię, kiedy kobieta czyta moje opowiadania z przyjemnością :) Dziękuję!

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka