- Opowiadanie: Eferelin Rand - Zepsute anioły

Zepsute anioły

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zepsute anioły

Przenikliwy odgłos dzwonka do drzwi wyrwał Pawła ze snu.

 

Chłopak zmełł w ustach przekleństwo i nakrył głowę poduszką, starając się stłumić irytujący dźwięk. Chociaż dzwonienie nie ustawało, postanowił zignorować natręta. Nie spodziewał się gości, a skacowany organizm domagał się zdecydowanie więcej snu.

Po pięciu minutach dał za wygraną. Zerwał się z łóżka i wściekły poczłapał sprawdzić, kim jest nieproszony gość. Szarpnięciem otworzył drzwi, gotów wyrzucić z siebie całą wiązankę wyzwisk, ale na widok postaci za progiem zapomniał języka w gębie i zamarł tak, stojąc z rozdziawionymi ustami i niedowierzającym spojrzeniem.

Przed nim stał karzeł ubrany w czarny frak, z wyłogami z błyszczącej satyny. Na głowie miał melonik. Wyglądał bardzo elegancko, jakby szykował się na ważną uroczystość i tylko obskurne tło klatki schodowej psuło nieco wrażenie, jakie sprawiał. Pod pachą trzymał skórzaną teczkę.

– Pan Paweł Zakrzewski? – spytał, obrzuciwszy najpierw Pawła niechętnym, badawczym spojrzeniem zza grubych szkieł okularów.

– Słucham?

– Czy mam przyjemność rozmawiać z panem Pawłem Zakrzewskim? – powtórzył cierpliwie karzeł.

– Tak, to ja. A o co chodzi?

– Bardzo mi miło. Nazywam się Euzebiusz Koniecpolski i mam dla pana przesyłkę. – Wyjął z teczki kopertę, na której złotymi literami nadrukowano nazwisko adresata, i wręczył ją Pawłowi.

– Nie rozumiem. To jakiś żart?

– W żadnym wypadku, proszę pana. Sprawa jest, rzekłbym, śmiertelnie poważna. Chodzi o Koniec Świata, a to nie przelewki.

Absurdalność sytuacji sprawiła, że Paweł nie był w stanie zareagować gniewem. Co jak co, ale tak sobie zwiastuna zagłady nigdy nie wyobrażał. Odetchnął głęboko raz i drugi, po czym spytał spokojnie, będąc przekonanym, że ma do czynienia z niegroźnym wariatem:

– Ok, do jakiej sekty pan należy?

– Do żadnej. Rozumiem pańskie zdziwienie. Jest jak najbardziej naturalne, jednak proszę by podszedł pan do sprawy z właściwą powagą.

– Oczywiście, tak zrobię, ale to pewnie tylko mały problem. Nic, czym należałoby się przejmować – odparł chłopak z uśmiechem. – Wie pan, należymy do niezwykle odpornego pokolenia. Przeżyliśmy już kilkanaście końców świata, więc kolejna, niskich lotów apokalipsa nie zrobi różnicy.

– Pan wybaczy, ale aluzje dotyczące mojego wzrostu są mało zabawne, a poza tym mam dziś jeszcze masę pracy – to powiedziawszy, karzeł skłonił się i odwrócił by odejść. – Zrobi pan z tą informacją, co tylko zechce – dodał jeszcze przez ramię.

Paweł wrócił do łóżka. Kopertę rzucił na poduszkę obok. Przez długi czas leżał, starając się na powrót zasnąć, ale co chwila otwierał oko i przyglądał się tajemniczej przesyłce. W końcu ciekawość zwyciężyła. W środku znalazł pojedynczą kartkę, na której nadrukowano zaledwie parę słów. Spodziewał się czegoś więcej, jakiejś ulotki reklamującej apokalipsę karzełków, mrożących krew w żyłach rycin lub chociaż niejasnych, wieloznacznych przepowiedni. Nic z tych rzeczy.

„Koniec Świata odbędzie się dzisiaj o godzinie 11.24" – głosił napis.

Nie wiedzieć czemu, surowość przekazu sprawiła, że Pawła ogarnął nagle nieokreślony lęk. Niepokój opadł na niego niczym koc – ciężki, zatęchły, utrudniający oddychanie. Nieprzyjemne uczucie trwało zaledwie chwilę, a gdy minęło zaśmiał się nerwowo.

– Głupek z ciebie – rzucił w przestrzeń.

Poszedł do kuchni, włączył radio i zabrał się za robienie śniadania. O mało co nie przypalił jajecznicy, herbatę parzył tak długo, że aż wystygła, a z porannych wiadomości nie zapamiętał nic. Nie mógł się skupić. Czuł się dziwnie wytrącony z równowagi. Tajemnicza informacja utkwiła w jego głowie jak drzazga – ledwie widoczna, ale nie dająca o sobie zapomnieć. Z trudem powstrzymywał się, żeby nie zerkać co parę minut na zegarek.

Do jedenastej plątał się bez celu po mieszkaniu. Czas zdawał się, jakby na złość, im bliżej wyznaczonej godziny, płynąć coraz wolniej. Paweł postanowił przejść się do parku i przeczekać rzekomy koniec świata na świeżym powietrzu. Oczywiście nie wierzył, że cokolwiek się stanie, ale miał dość ciasnoty czterech ścian i natrętnych, idiotycznych myśli.

Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, od razu poczuł się lepiej. Z przyjemnością wciągnął rześkie powietrze. Zapowiadał się piękny dzień. Po błękitnym niebie leniwie sunęły niewielkie obłoczki, a słońce świeciło mocno. Jak na środek października, było bardzo ciepło. Raźnym krokiem skierował się w stronę pobliskiego parku. Korony drzew pyszniły się intensywnymi odcieniami czerwieni, pomarańczy i żółci.

Paweł usiadł na ławce. Sprawdził godzinę, po czym zapatrzył się na przechodzących alejkami ludzi.

Do końca świata zostało osiem minut.

Zaczął się zastanawiać, jak mogłaby wyglądać karla apokalipsa. Wyobraził sobie klątwę obejmującą zasięgiem cały świat, która sprawia, że ludzie zaczynają się kurczyć. Stawaliby się coraz mniejsi i mniejsi, aż w końcu zniknęliby zupełnie, na zawsze zagubieni w mikroświecie kwarków, pozostawiając puste miasta i nie pogaszone światła – tajemnicę, którą być może przedstawiciele jakiejś obcej cywilizacji staraliby się później rozwiązać.

Zerknął na zegarek. Jeszcze minuta. Mimowolnie wstrzymał oddech, śledząc upływające sekundy.

Trójka zmieniła się w czwórkę i nic się nie stało. Świat nadal stał na swoim miejscu, nie otworzyły się czeluście piekielne, nikt też się nie skurczył.

Paweł odetchnął z ulgą. Poczuł się strasznie głupio, że w ogóle brał pod uwagę prawdziwość tajemniczej informacji.

– No dobra, czas wracać do rzeczywistości – mruknął pod nosem i ruszył w stronę domu.

Nagle na jednej z ławek zauważył karła. Dopiero gdy podszedł bliżej, okazało się, że to inny karzeł, niż ten, który go odwiedził. Ubrany był jednak tak samo. Z zapałem wcinał dużą kanapkę.

– Pomyliliście się – zagaił Paweł. – Jest jedenasta dwadzieścia siedem i nic się nie stało.

Karzeł dał na migi znak, żeby chłopak poczekał, aż przełknie kęs.

– O pomyłce nie może być mowy. Nasza firma jest znana z niezawodności – odparł, wyciągając z kieszonki kamizelki srebrny zegarek na łańcuszku. Spojrzał na cyferblat. – No tak, teraz wszystko jasne. Pański zegarek spieszy.

Paweł nie zdążył odpowiedzieć. Świat zaczął drżeć. Ale to nie ziemia się trzęsła, lecz każda cząstka rzeczywistości. Ostatnie co zapamiętał, zanim stracił przytomność, to zakłopotane, przepraszające spojrzenie tajemniczego karła.

 

 

Świadomość wracała powoli.

Paweł miał wrażenie, jakby budził się z bardzo długiego snu. Jakby wynurzał się z niepojęcie głębokiej otchłani. Kiedy jednak otworzył oczy, okazało się, że leży w łóżku w swoim mieszkaniu. Nie pamiętał, jak się w nim znalazł ani też w jaki sposób wrócił do domu.

Nie potrafił zebrać myśli. Pamięć o ostatnich wydarzeniach zasnuwała mgła. Gdyby nie kalendarz, nie dałby rady określić aktualnej daty – miesiąca, czy nawet roku.

Jednego był pewien. Coś się zmieniło.

Przez kilka kolejnych dni w ogóle nie wychodził na zewnątrz. Niebo zasnuła ciężka warstwa, ołowianych chmur, z których nieustannie lał się zimny, nieprzyjemny deszcz. Świat znalazł się w objęciach posępnej ciemności. Już od rana panował półmrok, którzy szybko przechodził zmierzch.

Paweł nie miał na nic ochoty. Siedział bezmyślnie przed telewizorem, oglądając powtórki tysiąckroć oglądanych filmów lub przez okno obserwował nielicznych przechodniów, którzy zdecydowali się stawić czoła okropnej pogodzie. Popadł w apatyczne odrętwienie. Na dodatek momentami dopadały go niezrozumiałe napady płaczu. Nagle ogarniało go poczucie dojmującej straty i zaczynał łkać. Nigdy nie trwało to dłużej niż kilka minut, ale budziło jego niepokój, gdyż nigdy wcześniej się nie zdarzało.

Do wyjścia zmusiła go jednak dopiero pusta lodówka.

Na zewnątrz od razu uderzyły w niego podmuchy wiatru. Zgarbił się i naciągnął kaptur kurtki głębiej na głowę. Szum deszczu przypominał łopot tysięcy skrzydeł.

Osiedlowy spożywczak świecił pustkami. Za ladą siedziała znudzona sprzedawczyni, która przeglądała jakieś czasopismo. Jej twarz wydała się Pawłowi skądś znajoma. Kiedy krążył między półkami, nagle zauważył, że przez wystawową szybę przygląda mu się jakiś mężczyzna. Nieznajomy wbijał w niego rozgorączkowane, hipnotyczne spojrzenie. Długie włosy oblepiły mokrymi strąkami jego twarz. Obdarte ubranie musiało być całkiem przemoczone. Paweł podszedł bliżej, ale wtedy tamten odwrócił się i uciekł. Najpewniej bezdomny wariat.

Nie chciał jeszcze wracać do domu i czekającej tam bezbarwnej nudy. Postanowił podjechać do biblioteki i wypożyczyć parę książek. Przystanek na szczęście był niedaleko. Na autobus nie musiał długo czekać.

W środku siedziało zaledwie kilku pasażerów. Kiedy Paweł usiadł i przyjrzał się im dokładniej, ogarnęło go uczucie odrealnienia. W kobiecie siedzącej naprzeciwko rozpoznał koleżankę z podstawówki, której nie widział od lat. Dwa rzędy dalej w przelatujący za oknem miejski krajobraz wpatrywał się pan Matczak – zrzędliwy staruszek, mieszkający po sąsiedzku z rodzicami Pawła, trzysta kilometrów od miejsca, gdzie obecnie się znajdowali. Stojąca przy kasowniku para młodych ludzi, choć nieznana z imienia, również przywoływała niejasne skojarzenia. Najdziwniejsze było jednak to, że nikt go nie rozpoznawał. Najpierw chciał się przywitać, ale gdy spoczęły na nim beznamiętne spojrzenia, powstrzymał się przed tym. Wytarł spocone ręce w spodnie i wbił wzrok w podłogę.

Wariuję – pomyślał. – Uderzyłem się w głowę i mam omamy. Dlatego nic nie pamiętam.

Na kolejnym przystanku, zobaczył stojącego w deszczu bezdomnego spod sklepu. Mężczyzna po prostu stał i gapił się na niego. Drzwi zasunęły się z cichym sykiem i autobus ruszył, zostawiając szaleńca daleko w tyle.

Choć wydawało się to niemożliwe, dziwny mężczyzna czekał także na następnym przystanku i następnym, za każdym razem nic nie robiąc. Paweł starał się unikać jego wzroku, ale i tak zerkał w tamtą stronę, będąc coraz bardziej przekonanym o nasilających się przywidzeniach.

Po zdającym się trwać wieczność kwadransie autobus podjechał pod bibliotekę. Paweł ostrożnie wysiadł. Nigdzie w pobliżu nie dostrzegł prześladowcy. Gdy znalazł się w ciepłym, przestronnym wnętrzu budynku, wszystkie lęki zmalały i od razu poczuł się lepiej. Skinął głową znajomej bibliotekarce, po czym zanurzył się między regały.

Chwycił pierwszą lepszą książkę z brzegu, ale gdy w środku zobaczył tylko puste strony, krzyknął z przerażenia i rzucił ją na podłogę. Otchłań białych kartek zdawała się go wciągać i jednocześnie zawodzić potępieńczo za bezpowrotnie utraconą treścią. Druga, trzecia, czwarta, piąta – martwe powieści po kolei lądowały na ziemi.

– Co tu się dzieje? – Zaniepokojona hałasami bibliotekarka pojawiła się w przesmyku między półkami. – Proszę się ciszej zachowywać! – nakazała.

– Puste! Wszystkie puste! – krzyknął Paweł, zupełnie nie przejmując się biblioteczną ciszą. – Co to za żarty?! To jakieś szaleństwo! Niech pani spojrzy! – Wskazał na rozrzucone dokoła książki.

Kobieta poprawiła okulary.

– Taak, to rzeczywiście dość dziwne – mruknęła, ale nie wydawała się ani trochę zaniepokojona. – Proszę to posprzątać. To jest biblioteka, proszę pana. Tu musi panować spokój i porządek.

– Pani zwariowała! To jakiś cholerny żart! Ukryta kamera, tak? To wcale nie jest śmieszne! – wrzasnął w kierunku sufitu. – Nie wyrażałem na nic zgody! Pozwę was do sądu!

Odpowiedziała mu głucha cisza.

Bibliotekarka zaczęła zbierać książki, złorzecząc pod nosem na niewychowaną młodzież.

Paweł wyrwał jej z ręki trzymaną powieść i uciekł. Chciał mieć dowód, że nie oszalał. Książkę otworzył dopiero na zewnątrz. Na widok zapisanych stron zachichotał piskliwie. „Wyspa skarbów" Roberta Stevensona, którą znał niemal na pamięć. Pod wpływem deszczu papier szybko namókł, a litery rozmazały się. Pomiędzy stronami leżało pióro – pożółkłe ze starości i postrzępione. Ktoś zapewne używał go jako zakładki. Nagle wiatr je porwał i poszybowało w ciemność.

Do domu wrócił na piechotę. Niewiele pamiętał z drogi. Wszystkie ulice wyglądały tak samo, odarte przez ulewę i ciemność ze szczegółów. Tylko gdzieś na skraju pola widzenia wciąż majaczyła zgarbiona sylwetka bezdomnego.

Dopiero w czterech ścianach własnego mieszkania poczuł się bezpiecznie. Padł na łóżko i natychmiast zapadł w głęboki sen.

 

 

 

Obudził go dotyk miękkich warg na policzku i słodki zapach perfum. Tuż obok leżała śliczna dziewczyna, podpierała głowę ręką i przyglądała mu się z figlarnym uśmiechem.

– Cześć, śpiochu – powiedziała i delikatnie go pocałowała.

Paweł odruchowo oddał pocałunek. Miał mętlik w głowie. Dopiero po chwili udało mu się zebrać myśli. Monika. Monika Dragan – najładniejsza dziewczyna na roku. Nigdy nie zamienili ze sobą nawet słowa, a teraz znalazła się w jego łóżku, mając na sobie tylko koronkowe majteczki.

– Miałem dziwny sen. Śniło mi się, że skończył się świat, a potem, że ktoś wymazał treść wszystkich książek. Potem straciłem rozum. A potem śniło mi się, że obudziłem się obok najpiękniejszej dziewczyny, jaką w życiu widziałem.

– Słodki jesteś – roześmiała się. – Co chcesz na śniadanie? Tosty z dżemem mogą być?

– Nadal śnię, zdecydowanie śnię – powiedział, wodząc wzrokiem za zgrabnym tyłeczkiem dziewczyny, gdy szła w stronę kuchni.

Myśl, że wszystko może być ułudą przynosiła ulgę, ale w głębi ducha czuł, że to tylko pobożne życzenia. Sięgnął po czasopismo, leżące na szafce nocnej. Kupił je tydzień wcześniej i zdążył przeczytać zaledwie parę artykułów. Potem, po „końcu świata", jakoś nie miał nastroju. Litery znajdowały się na swoim miejscu. Przynajmniej na pierwszych stronach. Im dalej kartkował, tym tekstu było mniej. Gdzieniegdzie wcale, w innych miejscach ostały się tylko nieregularne fragmenty artykułów, reklam czy zdjęć.

Ukrył twarz w dłoniach.

– Co się ze mną dzieje? – wyszeptał.

– Hej, pobudka! – zawołała Monika z progu. W rękach trzymała tacę ze śniadaniem.

Gdy podeszła, Paweł pokazał jej puste strony gazety.

– Proszę, powiedz, że ty też to widzisz.

– No pewnie, że widzę. To pewnie jakiś chochlik drukarski, czy coś.

– Tak, czy coś. Jestem przekonany, że gdybyśmy sprawdzili, okazałoby się, że wszystkie książki w domu są puste lub niekompletne.

Monika wzruszyła ramionami.

– I co z tego?

– Nie dziwi cię to?

– Dziwi, nie dziwi. Co to ma za znaczenie? Ważne, że się kochamy i że jesteśmy tu i teraz. Dla siebie.

– Kochamy się…

Paweł przez długą chwilę się namyślał.

– Kiedy mam urodziny? – spytał w końcu.

– Dwudziestego czwartego lipca.

– Jak mam na drugie imię?

– Nie rozumiem. Po co te pytania?

– Po prostu odpowiedz, dobrze? Zrób to dla mnie. Chcę coś sprawdzić.

– No dobrze. Mikołaj. Masz na drugie Mikołaj.

– W dzieciństwie miałem psa. Jak się wabił?

– Ares.

– Jak umarł?

– Nowotwór. Ile jeszcze? To bez sensu. Jedz lepiej, bo ci wystygnie.

– Ostatnie pytanie. Jak się poznaliśmy?

– Nie pamiętasz? – zrobiła urażoną minę. – Jesteś okropny.

– Przepraszam, ale to bardzo ważne. Ostatnio mam problemy z koncentracją i pamięcią. No więc?

– Na studiach przecież.

– Domyślam się. Ale jak? Konkretnie. Kiedy mieliśmy pierwszą randkę? Gdzie? Kochaliśmy się po niej?

Z każdym kolejnym pytaniem na twarzy Moniki odmalowywała się coraz większa bezradność.

– Jedz już, proszę cię – wyszeptała błagalnie.

Na zewnątrz uderzył grzmot. Nawałnica przybrała na sile. Szum deszczu i wycie wichru stały się ogłuszające. Paweł złapał się za głowę.

– Kłamiesz. To same kłamstwa. To nie jest prawdziwe. Nic nie jest prawdziwe – powtarzał, kiwając się w przód i w tył. Szum wypierał myśli, nie pozwalał się skupić. – Zaraz zwariuję. I jeszcze ten pieprzony łopot skrzydeł. Wciąż go słyszę. Co to jest? Co to jest?! Boże, pomóż mi… – zapłakał.

Nagle na te słowa wszystko ucichło. Paweł podniósł głowę i otworzył usta ze zdumienia. Czas się zatrzymał. Monika zamarła wyciągając rękę w jego kierunku. Puste oczy patrzyły gdzieś w przestrzeń. Gdy jej dotknął, natychmiast zniknęła. Odskoczył jak oparzony.

Na środku pokoju pojawił się mężczyzna, którego Paweł widział wcześniej na mieście.

– Jak śmiesz! – wysyczał, a rzeczywistość zadrżała. – Jak śmiesz wymawiać Jego imię! Jego już nie ma, słyszysz?! Nie ma! – wrzasnął, a w kącikach jego ust pojawiła się piana.

Paweł nie odpowiedział. Z trudem łapał oddech. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak przerażony. Działo się coś, czego nie potrafił wytłumaczyć, ale nie miał wątpliwości, że szaleniec może go zgładzić w mgnieniu oka.

– Ponoć miał plan. Wszystkie rozdziały historii zapisane, przemyślane i poukładane. Tylko gotowe do odegrania. Miał być zawsze! Miał się nami opiekować! Miał być wszystkim, a okazał się niczym! Niczym!

– Kto? Bóg? – wyrwało się Pawłowi, zanim zdążył pomyśleć.

Zaraz potem padł na podłogę, wijąc się w paroksyzmach bólu. Wściekły głos wwiercał się w jego mózg, przyprawiał o szaleństwo, trzymał na granicy agonii.

– Nie wymawiaj Jego imienia! Nie ma go! Zostawił nas! Zostawił was! Ukochane dzieciątka! – krzyk przerodził się w histeryczny śmiech. Mężczyzna wbił paznokcie w policzki i rozorał sobie twarz. – Dlaczego odrzucasz mój świat, moją rzeczywistość?! Mógłbym dać ci wszystko. Wszystko, czego pragniesz! On nigdy by ci tego nie dał! Jestem lepszy niż On! – zamilkł na moment, dysząc ciężko, a Paweł, uwolniony ze szponów cierpienia, zwinął się w kłębek i zajęczał cicho.

Bezdomny obrzucił go pogardliwym spojrzeniem.

– Skoro nie chcesz mojego Nieba, to w takim razie zasmakujesz Piekła – oznajmił lodowato. – Piekła, które nigdy się nie skończy.

Paweł rozpłakał się.

– Proszęproszęproszęzrobięwszystkowszystkocozechcesz – bełkotał przerażony, obserwując wznoszącą się nieubłaganie dłoń kata.

– Przestań, Gabrielu – stanowczy głos przebił się niespodziewanie przez wszechobecny szum i skruszył mury rzeczywistości.

Pokój zniknął. Zniknęło także całe miasto. Pozostał jedynie kawałek podłogi, na której leżał Paweł. Dokoła rozciągała się bezkresna, szara pustka. Chłopak odważył się podnieść wzrok i oniemiał z zachwytu.

Nad nimi unosił się prawdziwy anioł. Był piękny, niewyobrażalnie piękny. Potężne, śnieżnobiałe skrzydła leniwie biły powietrze. W błękitnych oczach lśniła moc, ale wydawały się też bardzo smutne.

– Tyy… – Gabriel wypluł to słowo ze szczerą nienawiścią. – On jest mój. Mój! Nie oddam ci go!

– Nie pozwolę ci go skrzywdzić – powiedział anioł łagodnie, jak rodzic tłumaczący coś niesfornemu dziecku.

Gabriel zrzucił z siebie ludzką powłokę. Z jego pleców wyrosły równie imponujące skrzydła.

– Nie chcę z tobą walczyć, Gabrielu.

– Nie masz wyjścia! – krzyknął szalony anioł i rzucił się na przeciwnika.

Gdyby ktoś chciał, żeby Paweł opowiedział, jak wyglądała walka aniołów, ten nie byłby w stanie. Wydarzenia, które rozegrały się w szarej pustce pozostawały poza ludzkim zrozumieniem i postrzeganiem. Widział niewyraźne sylwetki, poruszające się zbyt szybko, by oko mogło za nimi nadążyć. Słyszał słowa, od których wszystko drżało, należące być może do tajemnego języka stworzenia, a może będące tylko ułudą otumanionego umysłu.

Nie potrafił stwierdzić, jak długo trwał pojedynek. W pewnym momencie rozległ się rozpaczliwy krzyk, a potem odgłos łamanych skrzydeł. Deszcz piór opadł w dół. Paweł złapał jedno, ale zaraz zniknęło w rozbłysku jasnego światła.

Anioł wybawca wylądował nieopodal. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Spoglądał na przestraszonego mężczyznę i milczał. Paweł bał się odezwać pierwszy, ale doszedł do wniosku, że chyba niepotrzebnie. Anioł emanował łagodnym oczekiwaniem, jakby wiedział, że rozmówca potrzebuje czasu, żeby się uspokoić.

– Co się stało? – spytał Paweł.

– Bóg był i nagle, w pewnym momencie, już Go nie było. I wtedy wszystko się skończyło – odparł anioł.

– Przecież to niemożliwe! Jak Bóg mógł umrzeć? Jeszcze niedawno wszystko było w porządku. Ja nawet nie wierzę w Boga – zdał sobie sprawę, że łzy płyną mu po policzkach, a w piersi wzbiera szloch. Już wiedział, skąd wzięło się poczucie pustki i ogromnej straty.

Anioł podszedł i przytulił go. Przez długi czas trwali w objęciach. Dotyk niebiańskiej istoty przynosił ukojenie. Paweł płakał. Wypłakiwał śmierć Boga, śmierć całego świata i życia, które bezpowrotnie odeszło.

– Co stało się z ludźmi?

– Wraz z odejściem Boga rozpadł się cały wszechświat. Prawie wszyscy ludzie zginęli. Ocaleli tylko nieliczni, rozrzuceni po ostatnich fragmentach rzeczywistości. Dryfujący w pustce.

– My też jesteśmy na takim fragmencie? – spytał, wpatrując się w szary bezkres, rozciągający się w wszystkich kierunkach.

– Tak. Podejrzewam, że tylko dzięki wam cokolwiek jeszcze istnieje. Jesteście ostatnimi dziećmi Boga. To w was ukryte są ostatnie okruchy Jego boskości.

– Dziecko Boga… Nigdy o sobie tak nie myślałem.

Anioł uśmiechnął się smutno.

– Jak większość ludzi.

– Gabriel był archaniołem, prawda?

– Tak.

– Dlaczego chciał mnie skrzywdzić?

– Gdy Bóg odszedł, razem z Nim zniknęła też większość aniołów. Reszta nie mogła znieść braku obecności Boga. Oszaleli. Jeden po drugim popadli w obłęd. Także Gabriel. Uwięził cię w swej wypaczonej wizji rzeczywistości, wcielając się w rolę nowego Stwórcy. Ale to nie nasza rola. Nie jesteśmy kreatywni, więc i świat stworzony przez niego nie mógł przetrwać. Gabriel potrafił czerpać tylko z twoich wspomnień, stąd też luki i niejasności. Białe karty, nie dające się zapełnić. – Anioł przerwał na moment, wpatrując się w przestrzeń. – Bóg stworzył nas, byśmy Mu służyli. Bez Niego nasze istnienie nie ma sensu. Bez Niego jesteśmy popsuci, jak wadliwie działające zabawki, które rzuca się w kąt.

Srebrna łza spłynęła po policzku. Paweł ze wstydem odwrócił wzrok. Widok płaczącego anioła sprawił, że pękło mu serce. Zdał sobie sprawę, że nigdy nic już nie będzie tak samo.

– Co się ze mną teraz stanie?

– Udamy się do miejsca, gdzie zabrałem wszystkich ocalałych ludzi. Póki tam będziecie, nie rozpadnie się. Ty jesteś ostatni.

– Skąd wiesz?

– Po prostu wiem.

 

 

 

Lecieli przez pustkę, gdzie nie ma początków ani końców. Paweł rozglądał się na boki, wypatrując jakichkolwiek oznak istnienia, ale wszędzie rozciągał się tylko ocean nieskończonej szarości.

Miał wrażenie, jakby podróżowali całą wieczność. Może nawet naprawdę tak było. Czas zdawał się nie płynąć. Zewsząd otaczał ich jedynie przytłaczający bezruch. Parę razy Paweł zasypiał. Za każdym razem, gdy otwierał oczy, widział wciąż to samo. Czyli nic.

 

 

 

W pewnym momencie zauważył gigantyczną postać, unoszącą się w próżni. Z każdą chwilą przybliżali się do niej. Przed nimi unosił się wielki anioł. Z jego pleców wyrastały trzy pary skrzydeł. Tylko jedna apatycznie biła powietrze. Pozostałe zakrywały twarz i nogi. Na odległość można było wyczuć bijącą od istoty moc. Ogromną, ale w jakiś sposób okaleczoną.

– To Metatron – powiedział anioł. – Najwyższy z serafinów. Z nas wszystkich on był najbliżej Boga. Najbardziej ucierpiał. Kiedyś był Głosem Pana, ale po Jego odejściu oniemiał, a potem wydrapał sobie oczy, gdyż nie chciał patrzeć na świat pozbawiony swego stwórcy.

Jeszcze długo po tym, gdy serafin zniknął z pola widzenia, Paweł z przygnębieniem spoglądał w tamtym kierunku.

 

 

 

Po jakimś czasie chłopak zobojętniał na wszechogarniającą nicość. Pogrążył się w rozmyślaniach. Wspominał rodzinę, przyjaciół, myślał o rzeczach, które odeszły i o planach, których nie zdążył zrealizować. Nie czuł głodu ani pragnienia.

Anioł nie odzywał się od tak dawna, że Paweł zaczął się zastanawiać, jak brzmiał jego głos.

– Już niedługo – oznajmił, jakby odczytując myśli towarzysza.

Nagle ciszę pustkę przeszył grzmot, a gdzieś daleko rozbłysło czerwone światło. Anioł spojrzał z niepokojem w tamtą stronę.

– To Michał – szepnął i przyspieszył. – W opętańczym szale niszczy wszystko, co napotka na swej drodze.

Po chwili błyski zniknęły w oddali.

 

 

 

Najpierw Paweł zobaczył maleńką kropkę. W miarę jak się zbliżali, zaczęła rosnąć, aż przybrała rozmiary sporej wyspy zawieszonej w przestrzeni. Łagodne wzgórza porastała bujna roślinność, a na łąkach można było dostrzec pasące się zwierzęta.

Anioł łagodnie wylądował.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział. – W głębi ogrodu czekają pozostali ludzie. Wszyscy zgromadzeni tutaj. Myślę, że On życzyłby sobie tego.

– Dziękuję. Za wszystko.

– Reszta jest już w waszych rękach.

Paweł zrozumiał, że to pożegnanie.

– Co stanie się z tobą? – spytał.

– Polecę powstrzymać Michała, a potem moje zadanie na tym świecie dobiegnie końca.

Potężnym machnięciem skrzydeł poderwał się w górę.

– Poczekaj! – zawołał Paweł. – Przecież możesz wrócić tutaj. Ty jeden nie oszalałeś. Wciąż jesteś sobą.

Anioł roześmiał się.

– Mylisz się, ale dziękuję ci za to. Jestem zepsuty, tak samo jak reszta. A nawet gorzej. Najbardziej zepsuty ze wszystkich. To najlepszy dowcip w historii stworzenia. Pożegnalny prztyczek w nos od Ojca. Żegnaj, Pawle.

 

 

 

Paweł obserwował odlatującego anioła, aż ten stał się ledwie widocznym punkcikiem. Potem ruszył w głąb ogrodu. Czekali na niego ludzie. Niewielka grupka. Stali blisko siebie, wstrząśnięci i przerażeni. Tak jak i on.

Za nimi w oddali wznosiło się wielkie drzewo. Paweł nigdy wcześniej go nie widział, ale do razu je rozpoznał. Drzewo, od którego wszystko się rozpoczęło.

– Wróciliśmy do raju – szepnął.

 

 

 

Tomasz Zawada

 

Rzeszów, 2004 – 2011

Koniec

Komentarze

Jest to opowiadanie, które napisałem prawie osiem lat temu. Odgrzebałem je w zeszłym tygodniu i pomyślałem, że być może, pomimo że została wyciągnięta z otchłani zapomnienia, przedstawiona historia okaże się dla niektórych interesująca.
Tekst został poddany zaimkosukcji, tudzież wielu innym kosmetycznym zabiegom (czyt. kompletnemu remontowi), tak aby nadawał się do czytania bez zgrzytania zębów.

Życzę przyjemnej lektury.

Pozdrawiam.

Bardzo interesujące opowiadanie. Fabuła wciągnęła mnie, i mimo że od połowy tekstu domyślalem się jak zakończy, to i tak zostałem na końcu, w puencie, bardzo mile zaskoczony. Ogólnie: ciekawa i inaczej przedstawiona wizja Końca Świata. Masz świetny styl, i pomysły. A w fantastyce najważniejszy był i jest "pomysł", a na drugim planie "wykonanie". Podobało mi się. Dam Ci 5 :)

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

O takim końcu świata nie czytałam jeszcze.
Ja już Ci nie muszę pisać, co myślę o Twym stylu, dobrze wiesz ;)
Bardzo podobała mi się absurdalan rozmowa karła z Pawłem oraz motyw egzystencji aniołów bazujący na zasadzie "wojna niezbędna dla wojownika, bez niej wojownik znika".
Plus próba stworzenia rzeczywistości przez Gabriela. Swoją drogą on to zawsze obrywa. Armia Boga, Constantine, Legion... Niby chce dobrze, ale to on jest tym złym ;)

Dziękuję za obszerne opinie i poświęcony czas. Miło mi, że się opowiadanie podobało.

Pozdrawiam.

Mnie również bardzo się podobało. Wciągnęło od początku tą absurdalną wzmianką o końcu świata jakby wyjętą z jakiejś komedii za trzy grosze. Wizja tegoż końca całkiem ciekawa, a zakończenie dla mnie niespodziewane. Bardzo mi się podobało.

Ale nie mogę jednak powstrzymać cisnącego się na usta pytania: czytałeś Siewcę Wiatru  Kossakowskiej? 

Dzięki za komentarz.

Kossakowską czytałem bardzo dawno temu i to z przyjemnością, aczkolwiek wspomnianą przez Ciebie książką się nie inspirowałem, bo wtedy kiedy powstawała pierwsza wersja tekstu, to "Siewcy Wiatru" chyba jeszcze nie było na półkach księgarń.

Pozdrawiam.

Zdawało mi się, że w  2003, ale teraz sprawdziłem i jednak 2004 rzeczywiście. Cóż, pamięć ludzka zawodną jest.Tym bardziej gratuluję.

Ukłony. 

Napisane ciekawie, wciąga, choć zakończenie rzeczywiście bardzo przewidywalne. Za to sam pomysł przyczyny końca świata intrygujący.

Nie napiszę nic nowego: dobrze napisane i wciąga. Warto przeczytać.
Pozdrawiam.

Z technicznej strony- masz kilka literówek, ale to szczegół.
Początek- to o karzełkach- zupełnie nie pasuje do całej reszty. Jakby z innej bajki. No i nie ma wytłumaczenia, dlaczego właśnie Paweł dostał tą wiadomość. Pomimo tego, pomysł jest intrygujący i czytałem z ciekawością.
Dla mnie podobał się najbardziej ten fragment, kiedy anioł (Szatan?) tłumaczy Pawłowi o końcu świata, nieporadnej próbie Gabriela odtworzenia stworzenia ze wspomnień Pawła, walka aniołów, podróż w pustce, a najbardziej to:
 "- Przecież to niemożliwe! Jak Bóg mógł umrzeć? Jeszcze niedawno wszystko było w porządku. Ja nawet nie wierzę w Boga - zdał sobie sprawę, że łzy płyną mu po policzkach, a w piersi wzbiera szloch. Już wiedział, skąd wzięło się poczucie pustki i ogromnej straty."
Czuł śmierć Boga, chociaż w Niego nie wierzył.
Powrót do Raju, rzeczywiście przewidywalny. Tym nie mniej, dobrze mi się czytało.
Dam 5

Dziękuję wszystkim za opinie.

Pozdrawiam.

Kilka pytań kontrolnych, które urodziły mi się w trakcie czytania: :)

- dlaczego skoro "Bóg był i nagle już go nie było", Paweł dostał informację o końcu świata zapisaną na kartce? Czy w takim razie karły były "posłańcami" Boga czy Gabriela? Bo w kontekście późniejszych wydarzeń i wyjaśnień logiczne wydawać by się mogło że jednak Gabriela (karzeł jako niedoskonałe odbicie człowieka, groteskowość "końca świata"). Ale w takim razie skąd znałyby dokładną datę i godzinę, skoro było to dla wszystkich (również aniołów) zaskoczeniem?

Oczywiście wszystkie te pytania narodziły się już po przeczytaniu, kiedy zaczęłam się zastanawiać nad tekstem, bo w trakcie łyknęłam wszystko jednym tchem ;) Cięzko jest pisać o aniołach żeby uniknął ciężkiej patetyczności. U ciebie jest patetycznie, a jednak mi się podobało :) Pięć.

Powiem tak: w 2004 roku miałem okres fascynacji aniołami i pierwotna wersja tekstu wręcz ociekała patosem. ;) Historia z założenia miała być trochę patetyczna i nie chciałem się do końca od tego odgradzać, bo wydaje mi się, że sama tematyka końca świata ze swej istoty jest w jakiś sposób podniosła.

Co do karzełków, to dla mnie oni zawsze byli posłańcami od Boga. Takim znakiem, że skoro przewidział własne odejście, to być może nie jest ono ostateczne, a dla świata jest jeszcze jakaś nadzieja w przyszłości. Zresztą to, że anioły nie wiedziały o karłach i ich "firmie" oraz nadejściu końca, może również oznaczać, że są jeszcze miejsca poza Wszechświatem i nie wszystkie historie zostały opowiedziane. :)

Oczywiście niech każdy interpretuje po swojemu. Tak jest najlepiej. Już dawno się nauczyłem, że to co świadomie umieszczam w tekście, a to co samo wkrada się tam podświadomie, to dwie zupełnie różne bajki. :)

Dzięki za komentarz, Dreammy.

Pozdrawiam.

Hmm... może powiem tak: jak kończyłam czytać to opowiadanie to gdzieś w głębi pojawiło się takie uczucie żalu, że już koniec. Zazwyczaj tak jest, kiedy czyta się coś, co potrafi na chwilę wryć się w umysł i przenieść człowieka w inny świat -stworzony przez autora ;) może nie oryginalny to komentarz, ale po prostu piszesz ciekawie, na  takim "równym i pełnym poziomie stylistycznym" , no i zmyślne to wszystko, zmyślne bardzo.
 Jedna rzecz tylko, szczegół, ale to w nich siła pefekcji:
" Już od rana panował półmrok, którzy szybko przechodził zmierzch"  ?? Błąd w początkowej części.

Witaj!

Podobało mi się. Mimo, iż nie uważam mitologii chrześcijańskiej za bliższą rzeczywistości niż grecka, czy skandynawska, to w kategoriach fantastyki treść jest całkiem fajna. Zdecydowanie wyszły Ci dialogi, kwestie Anioła są super. Mi też początek nie przypadł do gustu, wyjaśnienie, które tu podałeś zupełnie mnie nie przekonuje. To jedyny dysonans, który znajduję w tym tekście. Na prawdę dobre!

Pozdrawiam
Naviedzony

Dziękuję za opinie i poświęcony czas.
Jeśli chodzi o początek, to, jak już wspomniałem, myślę, że najlepiej jest, gdy każdy interpretuje po swojemu. Ja żadnego odbioru nie narzucam.

Pozdrawiam.

Pomysł ciekawy, ale tekst na 4 - nie wciąga, bo oprócz tego głównego pomysłu, nie oferuje niczego. Język suchy. O czytelnika trzeba nieustannie dbać, od czasu do czasu podrzucać mu jakiś smaczek. No chyba że ktoś ma magnetyczny styl.

Jeden pomysł na jeden tekst to za mało. Poza tym, przydałoby się, żeby bohater istniał także poza tekstem, a nie tylko na jego potrzeby.

Dzięki za uwagi, malakh. Przemyślę je. Jak widzę, brakuje według Ciebie najbardziej rozbudowania świata przedstawionego, tła opowieści.
Nie rozumiem jednak stwierdzenia, że jeden pomysł na jeden tekst to za mało. Przecież ogromna większość opowiadań opiera się na jednym, głownym pomyśle, a nie ich kumulacji. Żeby opowiedzieć jedną historię nie trzeba przecież tworzyć całego uniwersum pomysłowych rozwiązań, aczkolwiek, tu się zgodzę, smaczki na pewno umilają czytanie.

Pozdrawiam.

Tutaj nie chodzi o uniwersum, to może być humor, zabawa językiem, wplatena od czasu do czasu informacje o bohaterze, którymi budujesz jego postać, intrygujesz czytelnika. To może być cokolwiek innego.

Jeden główny pomysł fabularny - tak. Ale co z resztą? Czytałeś "Ślepowidzenie"? Wiesz, dlaczego jest tak powszechnie chwalone? Bo Watts miał pomysł na fabułę, ale jednocześnie naszpikował tekst mnóstwem innych rzeczy, tak, że nie nudziłeś się z żadnym momencie lektury.

Rozumiem już, co miałeś dokładnie na myśli. Dziękuję za wyjaśnienie.

Pozdrawiam.

Mamy niedzielę, więc postanowiłem wykorzystać wolne popołudnie i przeczytać nagrodzone opowiadania, do których jeszcze nie miałem okazji zajrzeć. Tekst jest naprawdę bardzo dobry, ale, w moim subiektywnym odczuciu, zbyt krótki. Na samym początku szybko "przewinąłem" całość, żeby zobaczyć, jak wygląda objętościowo, i wydawała mi się dużo dłuższa. Pewnie właśnie dlatego, że "Zepsute anioły" są dobre, czytają się praktycznie same.

Dzięki za naprawdę miło spędzone kilkanaście minut.

A ja dziękuję za opinię. Miło mi, że opowiadanie się podobało.

Pozdrawiam.

Podobało mi się.

Podczas czytania miałam również wrażenie, że brakuje trochę 

rozbudowania świata przedstawionego, tła opowieści.

Ale pod koniec stwierdziłam, że – w tym przypadku – może to i lepiej.

Interesująca wizja końca świata. I bardzo ciekawe szaleństwo anioła. Podobało się.

Babska logika rządzi!

Trochę zgrzytało mi to dokładne przewidzenie końca świata, ale opowiadanie na duży plus. Wciągnęło, umiliło czas i zaskoczyło pomysłem. Fajnie :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo osobliwy koniec świata. Przeczytałam bez przykrości, ale i bez zbytniego entuzjazmu.

Czy dobrze rozumiem, że karzeł dostarczył Pawłowi zawiadomienie, bo ten był niewierzący i mógłby sprawę przeoczyć?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka