- Opowiadanie: uthModar - Jak się robi rewolucję? (część II)

Jak się robi rewolucję? (część II)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Jak się robi rewolucję? (część II)

III

 

 

Zeskoczył z siodła, wziął wierzchowca za uzdę i poprowadził ku bramie miasta. Nad nią górował wielki wizerunek czerwonej, pięcioramiennej gwiazdy ze złotym obramowaniem.

– No proszę, staruszek od sprawiedliwości społecznej aż tak bardzo się nie pomylił – poinformował konia, który prychnął bez większego zainteresowania jak za każdym razem, gdy wydawało mu się, że właściciel czegoś od niego chce.

Odkąd przestał wpatrywać się w ozdobione proporcami mury Miasta Rewolucji, wrócił do niego humor. Znowu nabrał do czekającego nań zadania potrzebnego dystansu, zastępując niepotrzebny patetyzm praktyczną oceną sytuacji.

 

Strażnicy pilnujący bramy zastąpili mu drogę. Po ich ukradkowych spojrzeniach, rzucanych sobie nawzajem, Eryk poznał, że musi być pierwszym człowiekiem od bardzo dawna, który zmierzał w ich stronę. Wystrojeni w emblematy Rewolucji sprawiali wrażenie, że zostali co prawda oddelegowani do pełnienia warty przy bramie wjazdowej, ale nikt ich nie uprzedził, że ktokolwiek przez nią przejdzie. Może rzeczywiście tak było.

 

– Witajcie, towarzysze – Eryk pozdrowił zbrojnych gestem zaciśniętej pięści, podpatrzonym wcześniej u Strażników na trakcie. Odpowiedzieli mu tym samym, trochę zbici z tropu. Szybko okazał vise, bo wyraz ich twarzy i palce oplatające rękojeść mieczy sugerowały, że biorą pod uwagę niedyplomatyczne wybrnięcie z kłopotliwej sytuacji. Bez słowa wertowali treść dokumentu (Eryk nie był pewien, czy potrafią w ogóle czytać), ale dopiero pieczęć z odciśniętym sierpem i młotem rozwiała ich wątpliwości.

– Ach, dopiero w tym miejscu wiatr wyzwolenia… – zagaił tonem pogawędki, ale mężczyźni rozstąpili się bez słowa, najwidoczniej niezainteresowani wdawaniem się w dyskusję. Niespeszony Eryk odczepił szkatułę przymocowaną do juków wierzchowca i przeszedł pod kamiennym zabudowaniem, by po raz pierwszy ujrzeć miejsce, stanowiące punkt zapalny ostatnich wydarzeń.

 

Nie musiał długo czekać, by poczuć owy wiatr wyzwolenia, który wspominał. W jego nozdrza uderzyła woń nieczystości, rozkładu zwłok i smród zwęglonych ciał. Tak pachniała Rewolucja.

 

 

Wspaniałe niegdyś miasto znajdowało się w opłakanym stanie. Zamiast uporządkowanych, malowniczych alejek, którymi przechadzał się w dzieciństwie, przedzierał się przez brudne korytarze odpadków i odłupanych fragmentów zabudowań. Okna domostw, sklepów i urzędów przypominały ziejące pustką oczodoły, niemych świadków brutalnych walk toczonych w ciemnych zaułkach i na otwartych przestrzeniach. Ściany wewnętrznych murów i wielu budynków zdobiły rewolucyjne hasła, naniesione w czasie obywatelskiego wrzenia kredą i czerwoną farbą. Przypuszczalnie farbą.

 

Carol zaplutym karłem reakcji.

Robotnicy do broni!

 

Eryk z łatwością wyobrażał sobie rozentuzjazmowaną młodzież, która przemykała nocami po starym Heimburgu i pędzlem w ręku studziła „imperialne zakusy" króla.

 

Solidarni z elfami.

Pokój, dobrobyt, proletaryat!

Czerwony Sztandar – w mocnych i pewnych rękach.

 

Wyblakłe orędzia groteskowo prezentowały się na tle krajobrazu powszechnego zniszczenia. Ale jakiś czas temu, zanim króla Carola dopadł „gniew dziejowej sprawiedliwości", czyli ostrze osadzonej na sztorc kosy albo wyrwany z bruku dobrze wymierzony kamień, napisy na murach rozpalały wyobraźnię zmierzającej do pracy nieprzebranej ludzkiej masy. Teraz, karykaturalne w swej wymowie, stanowiły dowód, że coś poszło zupełnie nie tak, jak się spodziewano. Eryk przybył do miasta, by odnaleźć tego, kto za to odpowiada.

 

Nie próbował odzywać się do nielicznych przechodniów, którzy posępnie zmierzali w tylko sobie znanym kierunku. Nikt go nie zagadywał, nie przyglądał się z choć drobnym zainteresowaniem, nikt nawet nie zwalniał, gdy w polu widzenia pojawiała się sylwetka elegancko odzianego mężczyzny, tak przecież nie pasująca do obrazu upadłego miasta. Eryk domyślił się, że wbrew pozorom muszą tu jeszcze funkcjonować jakieś zakłady pracy albo sklepy, w których pozostali przy życiu mieszkańcy Czerwonego Heimburga zaopatrywali się w podstawowe artykuły. W przeciwieństwie do petentów, oczekujących pod biurami Delegatur na wydanie visy, nie mogli się żywić pogrzebanymi marzeniami.

 

Kierował się ku dzielnicy urzędowej, do dawnego pałacu Carola, gdzie jak przypuszczał, rezydował również obecny władca. Eryk nie wątpił, że jeszcze żył – ktoś zakładał Delegatury w coraz to nowych miejscach, obsadzał w nich urzędników, dbał o pozory skierowane na zewnątrz i trzymał w kupie wyobrażenia o zdobyczach Rewolucji. Stan Heimburga był ich ewidentnym zaprzeczeniem, więc ktoś musiał się nieźle trudzić, by duch wolności przebudzony w Krainach Środka dalej szybował po nieboskłonie, zamiast pogodzony z prawdą kwilić żałośnie po utracie skrzydeł.

 

Eryk, będący trafnym obserwatorem rzeczywistości i wyciągający z niej słuszne wnioski, dużo wcześniej przygotował się na widok pola egzekucyjnego. Na dużym, kwadratowym placu, który kiedyś był schludnym rynkiem z marmurową fontanną pośrodku, ustawiono rzędy drewnianych platform i zamontowano dziesiątki szubienic, na których wisiały zwłoki kobiet, mężczyzn a nawet dzieci w różnym stadium rozkładu. Ponadto praktycznie na całej powierzchni placu walały się zwęglone, niedopalone i gnijące korpusy, ułożone pod każdym możliwym kątem. Najwidoczniej na pewnym etapie masowych wyroków uznano, że nie ma sensu albo czasu wywozić ciał i palić poza miastem. Cmentarzysko było siedzibą robactwa i niewyobrażalnego smrodu.

 

Eryk podążał przez apokaliptyczny krajobraz i mocno ściskał niewielką szkatułę. Znał znaczenie skarbu, który trzymał w rękach. Wędrując przyświątynną alejką, rozmyślał nad swoim położeniem, ale nie było w tym nic z użalania. Z otwartym i przenikliwym umysłem, konsekwencją i sumiennością w działaniu, mężczyzna mógł osiągnąć znacznie więcej niż stanowisko zarządcy portu. Miał predyspozycje na burmistrza, a już na pewno na jakiegoś wyższego urzędnika; gdyby zajął się handlem, przypuszczalnie byłby teraz jednym z bogatszych właścicieli kompanii przewozowych w całych Krainach Środka. Nie zależało mu na wysokiej pozycji ani na stosach złota deponowanych w którymś z krasnoludzkich banków. Kierował się wskazówkami Mentora, by wystrzegać się pokus, mogących przysłonić rzeczy naprawdę istotne. Pogłębiał swoją wiedzę i ćwiczył umysł nie dla zaszczytów, nie dla przymilnego poklasku, ale z poczucia misji. Tajemniczy przybysz powierzył mu ją podczas wielogodzinnych rozmów, jakie odbyli w ciągu wszystkich wspólnie spędzonych lat, pochyleni nad Księgą i odręcznymi notatkami Mentora. Zapisy te miały rozjaśnić Erykowi pogląd na wiele spraw, wytłumaczyć niuanse zawarte w Księdze na przykładzie Krain Środka. Mentor z zadowoleniem kiwał głową, kiedy uczeń długimi monologami udowadniał, że rozumie powagę zagrożenia, jakie może stać przed jego ojczystą ziemią. „To twoje przeznaczenie, musisz uratować świat" – powiedział Mentor na łożu śmierci, podarowując mu swoją Księgę i Artefakt. Ostatni raz też przypomniał, jak wyzwolić moc drzemiącą w magicznym przedmiocie i ostrzegł, żeby użył jej tylko w przypadku największego zagrożenia.

 

 

Gdy osiem lat po śmierci Mentora do Eryka doszły słuchy o „wydarzeniach heimburgskich", porzucił pracę zarządcy, wynajął wierzchowca i opuścił Zephir, wymieniając konia na świeżego i wypoczętego za każdym razem, kiedy morderczy cwał wycisnął ze zwierzęcia ostatnie poty. Oprócz prowiantu zabrał ze sobą tylko szkatułę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z największym zagrożeniem ludzkości, do którego nie umywała się najkrwawsza dotychczasowa wojna. Przyjaciel przewidział możliwość zaistnienia Rewolucji i wielokrotnie opisywał najdrobniejsze jej aspekty. Dlatego przerażające oblicze Czerwonego Miasta, zgliszcza, chaos, brud i śmierć spotkane w jego sercu, nie były mu obce. Przybył tu w jednym celu – aby zniszczyć przekleństwo, nim opuści mury Heimburga i rozpleni się po Krainach Środka. „To twoje przeznaczenie, musisz uratować świat".

 

Księga i Artefakt tkwiły bezpiecznie w małej szkatule, którą ściskał pod pachą.

 

 

– Stójcie, towarzyszu. – Eryk ani drgnął, słysząc głos dobiegający z alejki. Już wcześniej wychwycił ciężkie kroki wojskowych butów i nawet nie próbował się ukryć w którymś ze śmierdzących zaułków.

 

Ulicą zmierzali trzej Czerwoni Strażnicy, zdający się zupełnie nie zwracać uwagi na niestosowność afiszowania się błyszczącym rynsztunkiem i schludnymi płaszczami w otoczeniu zdominowanym przez rozkład i zgniliznę. Prawdę mówiąc liczył, że w końcu natknie się na patrol i zaoszczędzi sobie tym sposobem kłopotu z zorganizowaniem audiencji u głowy Heimburga. Mentor mówił, że funkcjonariusze Rewolucji mają obowiązek wyłapać elementy nie pasujące do nowego systemu i postawić…

– … w stan oskarżenia. Podpada towarzysz pod paragraf o… – Wysoki strażnik szturchnął milczącego kompana, a ten podał mu grubą księgę. Piśmienny zbrojny przekartkował opasłe tomisko i zdaniem Eryka, bez szczególnego zagłębiania się w treść, otworzył na losowej stronie.

– Artykuł 177 paragraf 3, „o wzbudzającym nieufność wyglądzie". – Strażnik zerknął kątem oka na szkatułę pod pachą Eryka, palce obróciły jeszcze kilka stronic. – I, na ten przykład, artykuł 202 paragraf 2, „posiadanie pojemników, co do których istnieje podejrzenie, że służą magazynowaniu niebezpiecznych materiałów".

 

 

Eryk uśmiechnął się w duchu. Przynajmniej jeden zarzut postawili trafnie.

 

 

– Przewidzianą karą w obu przypadkach jest śmierć. – Zamknął księgę i kontynuował. – W normalnych okolicznościach sprawę zbadałby Trybunał Rewolucyjny, ale od czasu ostatniej egzekucji jego członków skazanych przez Trybunał ds. Przeciwdziałania Kontrrewolucji nie powołano jeszcze nowych sędziów.

Jeden z gwardzistów westchnął, przejęty skalą problemu.

– Dlatego w czasie stanu wyjątkowego kompetencje iurisdictio przechodzą bezpośrednio na funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa publicznego. W tym konkretnym przypadku na nas. – Milczący strażnicy przytaknęli dowódcy skinieniem, dzielnie znosząc nałożone na nich dodatkowe kompetencje.

– Towarzyszu, jesteście aresztowani i… – Żołnierz uniósł wyprostowaną dłoń w górę, spojrzał po towarzyszach a ci zaraz poszli w jego ślady -… i po uczciwym głosowaniu, w tym momencie skazani na śmierć. Proszę za nami, mamy polecenie, żeby każdego skazanego prawomocnym wyrokiem odprowadzić przed oblicze Dyktatora Rewolucji, który osobiście zajmie się niezbędnymi szczegółami, by śmierć towarzysza nie przeszła niezauważona i przyniosła ukojenie ciemiężonemu ludowi Heimburga.

 

Milczący Eryk odetchnął z ulgą, choć tylko w duchu. Jak na razie wszystko szło po jego myśli. Mentor zaprawdę okazał się być prorokiem, skoro tak dokładnie przewidział schematy postępowania ludzi będących na oficjalnej służbie Rewolucji. Do tej pory miał do czynienia z rozentuzjazmowanym, niewtajemniczonym plebsem, skrupulatnymi, acz przekupnymi urzędnikami Delegatur i zbrojnym ramieniem Czerwonej Idei, ograniczonym sztywnymi przepisami. W końcu miał stanąć twarzą w twarz z mózgiem Rewolucji. To, co widział, pozwoliło mu rozszyfrować jego istotę, procesy zachodzące w głowie Dyktatora, który za pomocą dyrektyw, oddanej kadry urzędników i kierowanej na zewnątrz polityki sukcesu maskował nieudolność i zepsucie całego przedsięwzięcia.

 

– Ten człowiek musi kochać papierkową robotę – szepnął do siebie Eryk, gdy czerwonogwardziści prowadzili go po stromych schodach dawnego Pałacu Królewskiego.

 

 

IV

 

– Niech żyje towarzysz Stalin! – krzyknął Eryk, kiedy tylko przekroczył salę tronową.

 

Obecnie wnętrze pałacu przypominało wielkie archiwum. Pod ścianami z obu stron ustawiono masywne szafy z półkami, ciągnące się jedna przy drugiej już od samego holu. Dokumenty wyglądały na uporządkowane, żaden papier nie leżał luzem na posadzce, każda biblioteczka miała na wysokości oczu umieszczoną małą tabliczkę, opisującą kategorie przetrzymywanych w niej pism. Ponadto regały oznaczono literami alfabetu, co znacznie ułatwiało przeszukiwanie akt i odnalezienie konkretnego dokumentu.

 

Za masywnym biurkiem, tam gdzie kiedyś znajdował się tron, siedział Dyktator Rewolucji, pogrążony w transie wypełniania niezliczonych pism, zajmujących całą powierzchnię drewnianego blatu. Przed nim piętrzyły się stosy papierzysk. Gdy tylko któraś z kupek formularzy osiągała odpowiednią wielkość, zabierał ją młody adiutant w stroju pazia i pędził do wyznaczonych biur, które, jak domyślał się Eryk, rozmieszczono w każdym możliwym pomieszczeniu pałacu i oddano pod opiekę wyspecjalizowanym urzędnikom. Co jakiś czas pojawiał się inny posłaniec i stawiał przed Dyktatorem nowe dokumenty, wymagające jego podpisu czy nałożenia poprawek. Jeśli ramiona Rewolucji były rozżarzoną pochodnią, to Jej centrum wysuszonym krzesiwem i lodowatą hubką.

 

Donośne pozdrowienie Eryka wyrwało Dyktatora z objęć cyfr, kolumn, zaświadczeń i rozporządzeń. Upuścił gęsie pióro i zamiast swojego nazwiska pod instrukcjami dla nowo otwartych zamorskich Delegatur postawił granatowego kleksa. Nie był tak zaskoczony od czasu, kiedy dziesięć lat temu, zupełnie nagi, wylądował w Akademii Heimburgskiej, pośrodku ośmiu magów Konklawe, inkantujących potężne zaklęcie przełamywania światów.

 

Russkij?! – Odrzucił krzesło w tył i stanął na równe nogi. Potrząsnął głową i szybko się zreflektował, odpowiadając na zawołanie – Niech żyje! – Po chwili wewnętrznych zmagań dodał – A żyje?

Górę wzięła nad nim ciekawość, wszak ostatni raz słyszał to pozdrowienie w 1951 roku w zupełnie innym świecie.

Zdezorientowani strażnicy stali jak wryci. Żaden nie protestował, kiedy Eryk wyjął spod pachy czerwonogwardzisty zarekwirowaną wcześniej szkatułkę.

– Nawet nie wiesz, jak dobrze słyszeć kogoś ze swoich. Jak tu się znalazłeś? – Rozgorączkowany Dyktator przyglądał się nadchodzącemu mężczyźnie. – Ha, nie mów, że płomień Rewolucji dotarł do najdalszego możliwego zakątku Ziemi i towarzysze w laboratoriach opracowali metody przełamywania światów, by Czerwony Sztandar wzniósł się nad każdą z istniejących rzeczywistości. Czym są czas i wymiary dla Czerwonej Gwiazdy? – Zaśmiał się histerycznie i klasnął w dłonie, podekscytowany spotkaniem kogoś, komu nieobca postać największego przyjaciela ludu, towarzysza Stalina.

 

 

Eryk uśmiechnął się i podjął grę, chcąc najpierw wypytać o to, co musiał wiedzieć.

 

 

– Widzę, towarzyszu, że ten świat zaznał już dobrodziejstw Rewolucji.

Dyktator machnął ręką, jakby umniejszał swoje zasługi.

– Przypadek, ot co, przypadek! Konklawe eksperymentowało ze sprowadzaniem przybyszy z innych wymiarów, nie byłem pierwszy, dobrze że mi głowy nie urwało, bo i takie wypadki były, widzisz, towarzyszu, bez niczego tu wylądowałem, przestraszony, golusieńki, nawet pocisk z piersi został hen, u Mateczki Rosji. – Z ust Dyktatora płynął nieprzerwany słowotok, rad, że może wreszcie trafić do uszu prawdziwego rewolucjonisty.

– Siedzę golusieńki jak niemowlak na podłodze, czy to piekło, myślę, czy gaz halucynogenny sabotażysta przez okno podrzucił? Słucham tych dziadków w śmiesznych szatach, oni coś do mnie po germańsku trajkoczą, obejmują, znaczy cieszyli się, że czar udany, że bez ubrania przyleciałem to nic, ważne, że żywy. Szczęście, że Biuro kazało się niemieckiego uczyć, to i załapałem co nieco, a ci dalej nieudolnie szprechają, żebym nic się nie martwił, krzywdy mi nie zrobią, i żebym nie uciekał jak ostatni, bo znowu sześć lat będą próbowali zaklęcie zrobić. – Zasapał się i przetarł twarz chusteczką.

 

Eryk skorzystał z przerwy w monologu Dyktatora i wbił mu się w przemowę. Chciał to szybko doprowadzić do końca i poznać tylko najważniejsze szczegóły.

– Mam nadzieję, że spisaliście to, co was spotkało, towarzyszu? Dla przyszłych pokoleń, oczywiście, żeby poznały historię Rewolucji w Krainach Środka i osobę jej szanownego krzewiciela.

Dyktator rozpromienił się jeszcze bardziej, słowa Eryka miło połechtały urzędnicze ego.

Da, da! – Zatoczył ręką koło, obejmując tomiszcza zgromadzone na półkach – Wszystko udokumentowane, od początkowej działalności agitacyjnej do metod pozyskiwania sympatyków i planów uzbrojenia klasy robotniczej.

Wskazał na szafę w najdalszej części komnaty.

– Nawet "Manifest komunistyczny" z pamięci odtworzyłem i dodałem kilka przypisów. O, a tam, kilka rzędów dalej, wersja obrazkowa dla niepiśmiennych. – W tonie głosu dało się wyczuć dumę z powodu ulepszenia sztandarowego dzieła Marksa.

 

– Spisałem najważniejsze bolączki uciskanych ras i wypaczenia rządzących oligarchów, niech towarzysz poszuka pod Kapitalistycznym Jarzmem. W dziale Historya mamy szczegółowy przebieg Rewolucji, polecam zwłaszcza zapiski o szturmie na Pałac Królewski i ścięciu Carola – jak u bolszewików, towarzyszu, zgodnie z koniecznością dziejową!

 

– Acha – powiedział Eryk, bardziej niż koniecznością dziejową zainteresowany koniecznością otworzenia szkatuły, przy której zamku majstrował już od jakiegoś czasu.

 

– Dekada intensywnej pracy u podstaw wystarczyła, by flagi z sierpem i młotem zawisły w oknach miłujących pokój obywateli. Przy okazji trzeba było wyeliminować jednostki wywrotowe, dlatego też do przeszłości należy między innymi Konklawe Magów. Rozumiecie, towarzyszu, pachnieli mi odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym. Niech tylko Partia nie uważa, że nie czyniłem starań do sprowadzenia tu innych! – zastrzegł na wszelki wypadek – Miał się tym zająć Uświadomiony Kolektyw, przechodzący aktualnie fazę… hmm… uświadamiania.

Eryk zgadywał, że takim kontemplacjom najlepiej służy klimat więziennej celi.

– Tyle trzeba jeszcze zrobić! – Dyktator szybko zmienił temat – Najbardziej oddani towarzysze pracują albo tutaj, albo w Delegaturach, brakuje lojalnych czerwonogwardzistów, komisarzy politycznych, którzy by ich wyszkolili i czuwali nad rozwojem ideologicznym, a tu jeszcze trzeba pokazowe egzekucyjne urządzać, by wskazać wrogów ludu i podnieść morale klasy robotniczej. Skąd wziąć ludzi? – załamał ręce, ale nie doczekał się odpowiedzi.

 

Eryk przestał słuchać jego wywodów. Wiedział, że wszystkie potrzebne informacje znajdzie w księgach, co zawdzięcza skrupulatnym notatkom Dyktatora i kadry urzędniczej. Otworzył w końcu wieko szkatuły i wpatrywał się w Artefakt, powtarzając w myślach instrukcje.

– Wybacz, towarzyszu, wiem, że cię zanudzam paplaniną, ale cieszę się ze spotkania bratniej duszy. Będziemy mogli później na spokojnie podyskutować o planach Partii.

Dyktator wskazał na leżącą przed Erykiem skrzynkę.

– Mam nadzieję, że niesiesz w tym pudle jakieś instrukcje prosto z Moskwy – Nagle złapał się za czoło, przypominając sobie o czymś bardzo ważnym – Gdzie moje maniery! W ferworze entuzjazmu zapomniałem się przedstawić. – Wyciągnął przed siebie spoconą, szczupłą dłoń – Jestem…

 

Eryk ujął uchwyt Artefaktu wymierzył maszynerię w pierś Mikołaja Gołubiewa, patrząc z już nieukrywaną nienawiścią w jego mętne oczy.

 

-… pierdolonym komuchem – dokończył i pociągnął za spust.

 

 

Pocisk z pistoletu Walter PPK kaliber 7,65 trafił dokładnie w to miejsce, gdzie kiedyś tkwił inny nabój, dowód bohaterskiej potyczki komisarza NKWD z zatwardziałym faszystą. Tego już umysł Mikołaja Gołubiewa nie zarejestrował, bo padł martwy na lśniącą posadzkę, pociągając za sobą zachlapane krwią formularze.

 

W sali zapanowała martwa cisza. Adiutanci i straż Dyktatora padli na kolana i pochylili nisko głowy, porażeni śmiercionośnymi właściwościami Artefaktu.

 

 

Eryk skończył pierwszy etap swojej podróży. Teraz czekał go kolejny, jeszcze trudniejszy i na pewno bardziej odpowiedzialny. Musi skierować Rewolucję na właściwy tor, wykorzystać jej impet, by odrodzić świat w oczyszczającym ogniu. Wiedział, jakich błędów się ustrzec. Wiedział, jak zorganizować struktury, jakimi ludźmi obsadzić stanowiska, jak wykorzystać euforię i poparcie mas na korzyść nowego ładu.

 

Wiedział, jak się robi rewolucję.

 

Ładunek Artefaktu był jednorazowy, więc nie mógł więcej liczyć na piorunujący wystrzał. Mentor przeznaczył go niegdyś dla siebie, ale dzięki zaklęciu Konklawe uniknął losu straceńca. Po ucieczce z Heimburga i spotkaniu Eryka odzyskał wiarę i spokój duszy. Jego misja nie została zakończona. Dostał drugą szansę.

 

„Na razie muszę rządzić pustą obietnicą śmierci – przejechał palcem po stalowej obudowie Artefaktu i sięgnął do szkatuły po Księgę – by z czasem ludzie odnaleźli mądrość zapisaną na tych kartach. Wtedy każdy pojmie, tak jak opisał i pojął Mentor, że to…"

Cichym, spokojnym głosem odczytał tytuł, jak zawsze odnajdując w nim siłę.

Mein Kampf. Moja walka.

 

Świat dopiero miał zapłonąć.

 

Koniec

Komentarze

Ochocho... Powinienem był się tego spodziewać. Ale nie spodziewałem.
Dobre. z zaskoczenia mnie załatwiłeś. Hitlera sobie, kurka, ściągnęli. Coś z tymi czarami nie tak było: albo komuch, albo faszysta.
Podoba mi się. Dam ci 5 i nie czepiam się literówek (których nawet nie zauważyłem; jeśli są, niech ktoś inny je łapie).

Bardzo solidny tekst :) No ale niestety, jak dla mnie, zbyt przewidywalny. Co nie zmienia faktu, że czytało mi się przjemnie i z zainteresowaniem, mimo że historia alternatywna to nie moja działka :)

www.herbatkauheleny.pl

Dziękuję za przeczytanie i przychylne opinie :) 

Hmmm. Czytało się przyjemnie, zaskoczenie w końcówce było. Ale mam wrażenie dualizmu: czasami tekst chyba próbuje być śmieszny, a czasami okazuje się poważny. Obawiam się, że to trochę ni pies, ni wydra.

Bo czy dialektyka nie twierdziła, że przed komunizmem powinien być kapitalizm?

I po co Ci odstępy między akapitami?

Babska logika rządzi!

Po dość dokumentalnej pierwszej części nie spodziewałam się specjalnych rewelacji, jednak okazało się, że potrafisz zaskoczyć. A tak po prawdzie, to i zaskoczyłeś, i w końcówce przestraszyłeś, ale też nie da się ukryć, że po drodze udało Ci się mnie rozbawić. Bardzo dobrej jakości przednim humorem. UthModar, dziękuję. ;D

W tekście są pewne usterki, ale ich nie wskazałam, bo jeszcze się nie zdarzyło, by ktoś poprawił tak przedwieczny tekst.

Pozwolę też sobie wyrazić szczery żal, że od dość dawna nie miałam szczęścia przeczytać Twojego nowego opowiadania. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka