- Opowiadanie: uthModar - Jak się robi rewolucję? (część I)

Jak się robi rewolucję? (część I)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Jak się robi rewolucję? (część I)

 

Opowiadanie zostało wyróżnione w tegorocznej odsłonie konkursu literackiego Świetlne Pióro i było pierwszym tekstem, który wyszedł z mojej ręki od jakichś… hmm… dobrych ośmiu lat. Podzielę je na dwie części, by wygodniej się czytało.

***

 

I

 

Mikołaj Gołubiew był człowiekiem, który kochał papierkową robotę. Nie dziwne więc, że wyglądał na zadowolonego, kiedy ślęczał nad świeżą porcją raportów i prawie że erotycznie przygryzał dolną wargę, analizując potok informacji, nieprzerwanym strumieniem spływający dzień za dniem do jednej z placówek Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego. NKWD miała ostatnimi czasy pełne ręce roboty. Kontrrewolucja, sabotaż, spekulacje… Gołubiew określał listę priorytetów – wychudzone palce wodziły po sprawozdaniach z terenu, donosach i protokołach z przesłuchań, a lekko wyłupiaste oczy odczytywały z nich antysocjalistyczną treść. Gdy tylko coś wzbudzało większe zainteresowanie komisarza ludowego, zamierał na moment i wciągał głęboko powietrze, porażony rozmiarem zbrodni, jaka rozpościerała się przed jego urzędniczym obliczem. Następnie pozwalał sobie na chwilę refleksji nad nikczemną naturą ludu, który mimo starań rządu rewolucyjnego w dalszym ciągu ulegał faszystowskim podszeptom burżuazji i kapitalistów. Po zadumie przychodził czas na działanie – wychudzone palce chwytały za pióro i precyzyjnie kreśliły instrukcje dla pracowników Wydziału Ochrony. Dokument wraz z załącznikami, stanowiącymi dowód popełnienia przestępstwa, trafiał pod koniec tygodnia do niższych rangą urzędników, których zadaniem było wyeliminowanie zagrożenia albo poddanie reedukacji elementów przejawiających nadzieję na poprawę. Co w sumie sprowadzało się do tego samego. Mikołaj Gołubiew wprawiał w ruch tryby aparatu bezpieczeństwa, a gorliwość i precyzja każdej części tego skomplikowanego mechanizmu gwarantowała, że Kraj Rad nie padnie pod zdradzieckim ciosem wywrotowców. Komisarz dbał o to, aby nie ostał się nikt, kto targnąłby się na święty płomień rewolucji. To znaczy nikt, kto figuruje w dokumentach leżących aktualnie na jego biurku. Żmudna praca w Wydziale Ochrony sprowadzała się do przygotowania cotygodniowej listy wrogów ludu, demaskowanych dzień w dzień przez oddanych towarzyszy z policji politycznej. Ich nadzwyczajna gorliwość zapewniała Mikołajowi Gołubiewowi regularny napływ korespondencji.

 

Komisarz westchnął, przeciągnął się na krześle i sięgnął po papierosa, lecz zanim ustnik Biełomorkanału znalazł się w jego ustach, Gołubiew zniknął z głośnym hukiem. Nazajutrz "Komsomolskaja Prawda" poświęciła stronę tytułową skrytobójczemu atakowi faszystów w centrum miasta, a Stalin osobiście przypiął Gwiazdę Bohatera Związku Radzieckiego w czerwoną płachtę, jaką narzucono na anonimowe ciało. Centrala zadała sobie sporo trudu, by znaleźć sobowtóra Mikołaja, co było niezbędne do uwiarygodnienia ceremoniału. NKWD-owskie przesłuchania kilka dni po incydencie przypominały konkurs na odtwórcę głównej roli w ekranizacji perypetii socjalistycznie uświadomionego obywatela. Sprowadzeni mężczyźni tłoczyli się w wąskim korytarzu, gorączkowo układając wersje wyjaśnień do każdego ewentualnego zarzutu, jaki mógł być im postawiony. Napięta atmosfera przyćmiewała racjonalny osąd, dlatego mało kto zwracał uwagę na fakt, że poczekalnia wypełniona jest uderzająco podobnymi sylwetkami starszych brunetów z krótko przystrzyżonymi wąsikami.

 

Wysoko postawieni partyjni towarzysze jeszcze przez długi czas dyskutowali między sobą o dezercji Gołubiewa i nie doszli w końcu do porozumienia, dlaczego decydując się na ten krok, poza mundurem (co było jeszcze zrozumiałe) porzucił także buty, bieliznę i pocisk z rewolweru, który przez siedem lat tkwił przez nikogo nieniepokojony w jego piersi. Zaginiony komisarz lubił chełpić się blizną. Rana postrzałowa stanowiła namacalny dowód bezkompromisowej walki z faszyzmem i rzadko zdobiła ciało kogoś walczącego poza frontem – nie mówiąc już o ciele człowieka, który kochał papierkową robotę.

 

II

 

Eryk na pierwszy rzut oka nie rozpoznał murów Heimburga. Kiedy opuszczał miasto ponad piętnaście lat temu, był zaledwie podrostkiem, zafascynowanym awanturniczym stylem życia i perspektywą przygód czekających na krętych, leśnych ścieżkach. Po kilku miesiącach na szlaku przekonał się, że ów awanturniczy styl życia to poetycki zamiennik dla włóczęgostwa razem z takimi urokami tej profesji jak niedojadanie, choroby skóry, spanie w przydrożnych rowach i odpędzanie kijem rabusiów kryjących się po lasach – a gdy kij był krótki, to i dostawanie w mordę. Przygoda na krętych ścieżkach czekała, owszem, ale z reguły była mokra i brudna, w najlepszym przypadku kończąca się katarem.

 

Sprawdził, czy szkatuła, którą uwiązał do boku wierzchowca, nie poluzowała się zanadto i cofnął się myślami do czasów niechlubnej młodości.

 

Błąkający się po bezdrożach Eryk więcej miał wspólnego z proszalnym dziadem niż z herosem, zatem tylko z początku dziwiło chłopaka, że zamiast peanów witano go dosadnymi obelgami, a gdy do obelg dołączyły kamienie, zrozumiał, że powoli zaczęła wyprzedzać go sława – choć nie ta, o której marzył. Biedaczyna sczezłby najpewniej w jakiejś ciemnej dziurze, trawiony wysoką gorączką i licznymi niedogodnościami wyczerpanego organizmu, gdyby na jego drodze nie stanął Mentor. Żeby być precyzyjnym trzeba wspomnieć, że ich pierwsze spotkanie nie miało w sobie nic wzniosłego, żaden znak nie przemawiał za tym, że dopiero teraz Eryk rozpocznie właściwy cykl podróży, wzniesie się ponad zwykłych śmiertelników i zrzuci skórę pechowego wagabundy. Poruszający się skrajem lasu przybysz był skrajnie wycieńczony. Wydawało się, że przy życiu utrzymuje go wyłącznie silna wola, która napędza wychudzone kończyny i zmusza do mozolnego stawiania kolejnych kroków. Widziany z daleka zabrudzony, podarty uniform nie przypominał chłopakowi żadnego znanego mu stroju. Mężczyzna musiał być w drodze wiele tygodni, o czym świadczyła niechlujna fryzura i zarost karczemnego pijaczka, za którego też Eryk uznał przybysza na pierwszy rzut oka. Jakże się pomylił, gdy zakradł się do opartej o pień drzewa sylwetki i delikatnie stuknął ją w ramię, chcąc zapytać nieznajomego, kto i gdzie go tak urządził, by przypadkowo nie nadziać się na podobny komitet powitalny. Zamiast ujrzeć przestraszoną twarz napadniętego mężczyzny i otwarte w geście zaskoczenia usta, Eryk spojrzał w oczy wilka. Furia wylewająca się z oblicza sponiewieranego obszarpańca wytrąciła mu z ręki profilaktycznie dobyty kordzik i zmusiła do nieplanowego cofnięcia. Mimo błota i drobnych ran pokrywających twarz nieznajomego, Eryk wiedział, że penetrują go oczy mogące samym wejrzeniem przyczynić się do gwałtownego i nieprzyjemnego zgonu. Oczy Władcy. Nie zwykłego monarchy, arla, króla czy suwerena, których całkiem sporo panowało nad terytoriami Krain Środka, ale oczy prawdziwego Władcy. Chłopaka nie przestraszył ani Artefakt wymierzony w jego głowę (oczywiście dopiero później Eryk dowiedział się, że dziwna konstrukcja była Artefaktem, ale już wtedy jej złowieszczy kształt nie wróżył chłopakowi nic dobrego), ani Księga wystająca z kieszeni zdartego uniformu. Prawdę mówiąc, był tak spanikowany, że nawet nie zwrócił uwagi na magiczne przedmioty. Tym, co przenikało do głębi, było paraliżujące spojrzenie ciemnych źrenic – decydentów życia i śmierci każdej istoty, na której spoczęły. I Eryk dużo, dużo później dowiedział się od Mentora, że kiedyś jego moc faktycznie na to pozwalała.

 

Jeśli pierwszy etap znajomości Eryka i tajemniczego przybysza można określać na wiele sposobów – grą interesów, rozsądnym układem, partnerstwem z przymusu, to końcowa faza nie była niczym innym jak przyjaźnią. Choć dzieliła ich spora różnica wieku, jeden dla drugiego stał się podporą i nieocenioną pomocą. Dzięki Erykowi nieznajomy odnalazł się w realiach Krain Środka, poznał ich historię i obyczaje zamieszkujących je ras. Choć mowa Przybysza nie różniła się aż tak bardzo od starośrodkowego, artykułował on słowa początkowo w niezrozumiały sposób, ale dzięki wskazówkom chłopaka z biegiem lat pozbył się egzotycznego akcentu. Chłodna i arogancka powierzchowność mężczyzny była skutkiem splotu dziwacznych okoliczności, które wyrwały go ojczystemu światu i umieściły na obcej ziemi, gdzie czuł się jak ścigane zwierzę. Eryk, poznawszy jego historię, nie wypominał Mentorowi szorstkiego obycia. Dopiero zaufanie, jakim obdarzył chłopaka, pozwoliło na zrzucenie maski uzasadnionej nienawiści, kierowanej przeciw uniwersum uzurpującym sobie prawo do jego obecności. Otworzył przed nim pełne łagodności serce i umysł uzbrojony w ogromne zasoby wiedzy. Wiedzą tą dzielił się z kompanem w zamian za opiekę, z czasem przystępnie przekładając ją na znajome Erykowi realia. Były to prawdy zapisane w Księdze, uniwersalne nauki, pasujące do każdego miejsca i czasu. Eryk nie był w stanie objąć rozumem wszystkich zależności pomiędzy nimi, nie był w stanie pojąć nawet samej istoty i historii przybysza. Był dla niego po prostu drogowskazem. Mentorem.

 

Później, gdy przybysz zaznajomił się z Krainami Środka, sam lubił określać się kimś z pogranicza kapłana i czarodzieja. Wybił chłopakowi z głowy awanturnicze ideały, nauczył go odróżniać rzeczy ważne od przemijających, przekonał do podążania wyłącznie ścieżkami dobra i prawości. Namaścił go na swego ucznia.

 

Liczne siniaki i kurczący się żołądek nie przemówiły do Eryka tak skutecznie jak Mentor, który niemal od razu przekonał go do znalezienia przyzwoitego zajęcia. Osiedli razem w niewielkim, portowym miasteczku Zephir, gdzie chłopak najął się do pracy przy wyładunku towarów. Robota była wyczerpująca, ale dobrze płatna, młodzieniec wyróżniał się wśród innych pracowników sumiennością i pilnością – przymiotami, które nabędzie każdy niebieski ptak, gdy bieda zajrzy mu w oczy. Dzięki naukom przyjaciela doceniał je jeszcze bardziej i traktował jako jedyną drogę do sukcesu. Natomiast sam Mentor z czasem zasymilował się z miejscową ludnością i gdy przekonał się, że nie grozi mu już żadne niebezpieczeństwo, początkowo nieśmiało, a następnie z coraz większym zaangażowaniem zaczął oddawać się swojej pasji, sztuce. Spod jego ręki wychodziły malownicze krajobrazy, barwne i roztańczone korowody uśmiechniętych postaci, melancholijne wizerunki spoglądających w morze kobiet. Zarządca przystani dostrzegł w młodym człowieku potencjał i przysposabiał na swego zastępcę, tak że po kilku latach ciężkiej pracy Eryk zajął jego miejsce. Cieszył się powszechnym szacunkiem, dobrze zarabiał i śmiał się z własnej głupoty, która kazała opuścić mu rodzinny Heimburg i ruszyć w świat z głową równie pustą, jak sakiewka. „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" – zwykł kończyć wspominki, co wywoływało uśmiech na twarzy starego już Mentora.

 

Już w odległym Zephir mówiło się o „wydarzeniach heimburgskich", nowym władcy i nowym prawie na południu. Ludzie z ust do ust przekazywali plotkę o „końcu imperialnych zakusów króla Carola, rażonego gniewem dziejowej sprawiedliwości". „Imperialne zakusy" interpretowano różnie, ale najczęściej przewijającą się definicją było to, że Carol to cham i skurwysyn, syn czorci. „Gniew dziejowej sprawiedliwości" powszechnie uważano za specjalnie opracowane, śmiercionośne zaklęcie, którym Konklawe Magów z Heimburga uśmierciło tyrana. Eryk miał trzeźwo myślący umysł i nie przywiązywał wagi do niepotwierdzonych plotek, które wzburzonymi falami niosły się na językach gawiedzi.

 

Spotykani na trakcie kupcy, zapytywani o Heimburg, załamywali ręce i narzekali, że zablokowano jeden z ich głównych szlaków towarowych i muszą nadrabiać drogi, co wystawia ich wozy na zwiększone ryzyko rabunku; to akurat była prawda, Eryk natknął się na uzbrojone patrole nowej formacji, Straży Rewolucji, które zawracały karawany nielegitymizujące się „czerwonym glejtem". Glejt upoważniał do handlu w obrębie i na terenie Heimburga, stanowił rodzaj pieczęci nadawanej w jego zamiejscowych placówkach zwanych Delegaturami. Rozsiano je po miastach Krain Środka i obecnie stanowiły nieodłączny element każdej liczącej się metropolii. Poza „czerwonym glejtem" obowiązywała dodatkowo visa, dokument uprawniający konkretną osobę do wejścia przez bramę grodu.

 

Visa była pomysłem nowego władcy – wydawano ją również w Delegaturach, a wyrobienie jej kosztowało albo kupę czasu, albo kupę złota. Mieszkańcy Krain Środka tłoczyli się wokół nowopowstałych urzędów, wypełniali dziesiątki formularzy (ci, którzy nie potrafili pisać ani czytać i tak musieli postawić krzyżyk na każdej stronicy, oświadczając, że zapoznali się z jej treścią), czekali na odpowiedzi i poprawiali krzyżyki, jeśli urzędnik uznał, że podpis jest niewyraźny albo postawiony w złym miejscu. Niektórzy spędzili długie tygodnie w oczekiwaniu na rozpatrzenie podania, ale upływające dni w jakiś magiczny sposób zamieniały wizję zwykłego kawałka papieru na podobieństwo klucza do krainy powszechnej szczęśliwości, po który wystarczy tylko sięgnąć, uzbroiwszy się wcześniej w cierpliwość. Petenci, jak Delegatury określały zainteresowanych odwiedzeniem czy zamieszkaniem w Heimburgu, nierzadko porzucali dotychczasową pracę, byle tylko odstać swoje i zdobyć upragnioną vise. Erykowi przywodziło to na myśl swoje szczenięce lata, kiedy to marzenia brały górę nad rozsądkiem i popychały do absurdalnych czynów. Dla petentów marzenia stanowiły też często jedyny pokarm podczas „procesu zespalania się ludzkich ogniw w kolektywny masyw łańcuchowy", jak formalnie zwano oczekiwanie w kolejkach. Eryk nie przejmował się tym zbytnio; wierzył, że po dłuższym żywieniu się marzeniami ludzie, chcąc nie chcąc, zapragną urozmaicić dietę.

 

W jego przypadku zdobywanie visy przebiegło następująco: „datek" dla strażnika Delegatury, by z uwagi na zasługi dla ludu puścił go bez kolejki; „darowizna" na rzecz Wielorasowego Ruchu Pracowniczego w celu ominięcia żmudnych formularzy i „pieniężny wyraz poparcia dla polityki Heimburga", by wprowadzić nadzwyczajny tryb przyspieszonego nadania visy. Z terminologią zapoznał się nieświadomie. Głowę zaśmiecała mu masa podobnych haseł – wychwytywał je na targach, rynkach, w karczmach i na ulicach. Im bliżej Heimburga, tym bardziej gorączkowo rozpowiadano o nowym porządku, Czerwonej Rewolucji, komitetach takich i takich, sojuszu robotniczo-chłopskim i elfio-krasnoludzkim. Wystarczyło powtórzyć te frazesy i każdy okrasić odpowiednio ciężką sakiewką. Dwadzieścia minut roboty i dwadzieścia złotych koron do tyłu.

 

Visa pozwoliła mu, będąc prawie że nieniepokojonym, wkroczyć na tereny przylegające do Heimburga. Kilkakrotnie Straż Rewolucji zatrzymywała go, legitymowała i nie stwierdziwszy nieprawidłowości, apelowała o wspomożenie uciskanych halflingów w Taxis (dwa srebrne szylingi), krasnoludów na Górze Kharran (trzy srebrne szylingi), elfów w L'anadriell (również trzy srebrne szylingi) i gnomów w Zephirze. Eryk uznał za rozsądne nie zwracać uwagi strażnikom, że przyjeżdża właśnie stamtąd i w ciągu blisko piętnastu lat spotkał w Zephirze jednego gnoma, któremu zresztą całkiem nieźle się powodzi. Może dlatego jego ucisk wycenili zaledwie na srebrnego szylinga. Za każdym razem czerwonogwardziści dziękowali za „solidarną łączność z rasami zniewolonymi" i salutowali zamaszyście, przyciskając zaciśniętą prawą pięść do serca i podnosząc na wysokość oczu. Potem odjeżdżali w dalszą drogę, pobrzękując mieczami i łopocząc szkarłatnymi pelerynami. Eryk cieszył się, że ukryta pod kocami szkatuła pozostawała bezpieczna.

 

Teraz, stojąc przed fortyfikacjami miasta i z trudem rozpoznając kontury dawnego Heimburga, dokładniej przyjrzał się proporcom zwisającym z krenelaży baszt i murów. Już z daleka zauważył krwistą czerwień płócien i przypuszczał, że niewiele będą się różnić od dziesiątek podobnych, jakie mijał w ciągu tych tygodni w siodle. Każda placówka Delegatury była przyozdobiona nowymi symbolami Heimburga – wielkimi czerwonymi flagami, na których górnym rogu umieszczono złoty wizerunek skrzyżowanego sierpa i młota. Kiedy wyruszał z Zephir, nikt nie wiedział, jaki jest oficjalny symbol zdobiący barwy nowego porządku. Zephir i okoliczne miasteczka znajdowały się w znacznej odległości od centrum wydarzeń. Nikt na własne oczy nie widział sztandaru rewolucji. Zanim Eryk dotarł do pierwszej Delegatury, mijał różne wariacje heimburgskiej flagi. Ktoś wywiesił w oknie czerwoną płachtę i z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy nakreślił na niej koło młyńskie i kowadło. Mijał chłopaka, który stał na skrzynce po jabłkach i opowiadał przechodniom o pracodawcach-wyzyskiwaczach, narzuciwszy na siebie czerwony koc z konturami skrzyżowanych siekier. Był świadkiem przemówienia brodatego staruszka, wymachującego kawałkiem materiału – całą jego powierzchnię obszył małymi gwiazdkami a te, które nie zmieściły się na proporczyku, wplótł w rękawy bordowych szat. Nadawało mu to wygląd szalonego czarodzieja, tyle że zamiast magicznych inkantacji wypowiadał zasłyszane prawidła o sprawiedliwości społecznej. Z ciekawych przejawów inwencji twórczej przypominał sobie jeszcze czaplę wzbijającą się do lotu – do dziś zastanawiał się, czy artysta miał na myśli przebudzonego ducha wolności, czy po prostu lubił czaple.

 

Gdy spoglądał w górę i mrużył powieki, chroniąc oczy przed promieniami słońca, chłonął zapierający w piersiach widok – gigantyczne czerwone sztandary okalały czule mury miasta, niosły ze sobą zapowiedź nowej ery, ery przebudzenia, ery obranego celu i przede wszystkim ery potęgi, której nie dane było jeszcze poznać światu. Eryk zrozumiał, że to właśnie poczuli ludzie wywieszający spontanicznie nieudolne kopie Czerwonych Chorągwi. Moc. Moc, której chcieli być częścią. Chcieli skierować na siebie wiatr zmian, mający skruszyć fundamenty niewoli. Mógł podśmiewywać się z ludowej symboliki, lecz tu prawdziwa Symbolika śmiała się z niego. Nie wystarczy krzyczeć o Rewolucji i łopotać skrawkiem materiału, by poznać jej naturę. Trzeba zbadać rdzeń, by objąć mechanizmy i zasięg oddziaływania Idei.

 

Mentor rozumiał skutki zgubnego, bezrozumnego zawierzenia Utopii i tłumaczył je swojemu uczniowi na długi czas przed tym, nim pierwszy otumaniony prostaczek uniósł pięść i nawoływał współbraci do „sprawiedliwego buntu".

 

Codziennie przejeżdżał przez mniejsze i większe osady, gdzie różnie rozprawiano się z demonstrantami. Ciężko było określać ich mianem profesjonalnych rebeliantów. Kobiety i mężczyźni chcieli poprawy jakości życia, artykułowali to w taki sposób, w jaki umieli. Głupcy powtarzali słowa najgłośniejszych krzykaczy, przeinaczając po swojemu. Panował chaos informacyjny. Póki nie było rozruchów, władze nie interweniowały. Traktowały te wystąpienia jak dożynkowe zamieszki rozochoconych pijaczków, którzy rwą sztalugi z płotu i idą spalić chatę sołtysa. W gruncie rzeczy tak to właśnie wyglądało, tyle że pijaczków była cała masa, a sztalugi miały ostre, stalowe końce. Kilku lokalnych „sołtysów" w najlepszym przypadku zostało bez dachu nad głową. W najgorszym – bez głowy.

 

Bunt był spontaniczny, niezorganizowany, ale gwałtowny. Sankcje władzy, kiedy zapanowano nad sytuacją – bezlitosne. Ludzie przelękli się setek trupów, niejednokrotnie członków ich rodziny i sąsiadów; sprawiedliwość wymierzana na miejskim rynku studziła zapał do zrywu. Pozostała rewolucyjna dialektyka uprawiana przy piwku i straganach z żywnością. Dalej powiewały flagi, ale jakby smętniej, śpiewano piosenki o słodkiej wolności, tyle że z mniejszym przekonaniem, nade wszystko snuto opowieści o spełnionym Marzeniu – Czerwonym Heimburgu. A potem powstały Delegatury i ludzie odzyskali wiarę. Coś, co na początku było skazanym na niepowodzenie, nieprzemyślanym zrywem, nabierało znamion zorganizowanego ruchu. Królowie wyrazili zgodę na utworzenie heimburgskich placówek w obrębach swoich włości, gdyż dawało im to pewną kontrolę nad nastrojami społecznymi – ludzie mieli namiastkę rewolucji, a monarchowie woleli patrzeć na tłum szturmujący Delegatury niż ich zamki i pałace.

 

Rewolucyjna iskra zagościła w sercach wielu obywateli Krain Środka, a obawa przed buntem nie pozwalała prawowitym władcom na podjęcie zdecydowanych działań. Królów męczyły koszmary o podzieleniu losu Carola, „rażonego gniewem dziejowej sprawiedliwości", ale daleko im było do chęci rozstania się z koroną. Lud nie wiedział, czy dane mu będzie ponieść dalej płomień wolności czy skończy spopielony w jego żarze. Strony sporu były aktorami w scenariuszu, jaki napisało dla nich Czerwone Miasto, lecz nie znali swoich kwestii. Nikt nie wiedział, co właściwie należy robić.

Nikt poza Erykiem.

 

Odwrócił wzrok od blanków Heimburga i pokierował konia w stronę bramy.

 

Deus ex machina – uśmiechnął się, wypowiedziawszy na głos rolę, w jakiej sam się obsadził.

Koniec

Komentarze

Dopiero zaczynam czytać. skończę pewnie jutro i napiszę całościowo, jak mi się podoba. Teraz mam tylko jedno pytanie: jeżeli Mikołaj Gołubiew i Mentor to ta sama osoba, to masz nielogiczność- bo Nikola zniknął zostawiając mundur, bieliznę, a nawet kulę z rewolweru, a Mentor ubrany był w dziwny mundur.

Czytaj dalej, a ta kwestia się wyjaśni ;)

Kompletny brak dynamicznej akcji - cały czas opis. Czyli mamy cały czas wstęp, a to, moim zdaniem, żle. W tych czasach ludzie nie romawiali ze sobą. Dialogów jak na lekarstwo ...  A terminologia organów bezpieczenstwa publicznego Kraju Rad chyba szwankuje. Wydzial Ochrony? Hmm ... Może duga część będzie ciekawsza.

Zdaję sobię sprawę, że mogłem wpleść więcej życia w opowiadanie, postawić na akcję itd. ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że wtedy jeszcze zbyt dobrze nie wiedziałem, jak pisać, by zaciekawić czytelnika. Miałem pomysł na początek i mocne zakończenie, a środek... cóż, zapełniacz pomiędzy jednym a drugim :P Gdybym chciał ulepszyć opowiadanie, musiałbym je przerobić praktycznie od podstaw i za wiele z pierwowzoru by nie zostało. "Jak się  robi rewolucję?" wrzuciłem w niezmienionej formie, bo darzę tekst dużym sentymentem - od niego zaczęła się moja przygoda z pisaniem w dorosłym życiu.

Mam nadzieję, że część II bardziej przypadnie Ci do gustu.

Ufff, a już się bałam, że to ze mną coś nie tak...

Zaczyna się naprawdę świetnie. A potem robi się z tego bardzo ładnie napsiany podręcznik do historii. No ale przyjmuję do wiadomości to, co powyżej i niejako jesteś w moich oczach usprawiedliwiony. Ale za drugą część się wezmę później, bo muszę odsapnąć po tym wykładzie ;)

www.herbatkauheleny.pl

Zaczyna się ciekawie…

Babska logika rządzi!

Zajęła mnie mocno ta historia, więc pędzę poznać jej dalszy ciąg.

 

Trafiło się pomieszanie pojęć i nie mogłam przejść nad tym do porządku dziennego:

jak do­żyn­ko­we za­miesz­ki roz­ocho­co­nych pi­jacz­ków, któ­rzy rwą szta­lu­gi z płotu i idą spa­lić chatę soł­ty­sa. W grun­cie rze­czy tak to wła­śnie wy­glą­da­ło, tyle że pi­jacz­ków była cała masa, a szta­lu­gi miały ostre, stalowe końce. –> Jestem przekonana, że nie malarskie akcesorium miałeś na myśli, a elementy płotu: …rwą szta­chety z płotu i idą spa­lić chatę soł­ty­sa. […] a sztachety miały ostre

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zaczęło się fajnie, a skończyło długim opisem, no, tak sobie. Ale czytało się nieźle :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka