- Opowiadanie: felicjan - (SHERLOCKISTA 2011) - kOGUCIA INTRYGA

(SHERLOCKISTA 2011) - kOGUCIA INTRYGA

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

(SHERLOCKISTA 2011) - kOGUCIA INTRYGA

 

Sen Byrkopsa wkraczał właśnie w najbardziej ekscytującą fazę, gdy w realnym świecie

 

brunatny ziemniak spadł mu prosto na głowę.

 

– Auuuuu….. – rozległo się w przedsionku rzeczywistości. Gdy fakt bolesnego uderzenia

 

dotarł w końcu do jego ptasiego rozumu, spróbował podkręcić otumanione snem ciało i

 

zerwał się ogromnie przestraszony, a potem runął dwa pięterka w dół wprost na siennik.

 

Boże jak ja nienawidzę tego cholernego budzika, pomyślał w oczekiwaniu na powrót jasności

 

umysłu. Nie rozumiał jak poczciwy Gordek mógł coś podobnego wymyślić. Byrkops zdawał

 

sobie sprawę, że być może nie był pierwszej młodości i czasami trochę spóźniał się z

 

budzeniem, ale żeby doświadczać go czymś takim?

 

Postanowił zebrać się w sobie, wstał więc i otrzepał, ale nie potrafił wyzbyć się cudownego,

 

tak brutalnie przerwanego wspomnienia.

 

Pamiętał, że flirtował z Miłorząbką, której piękne oczy pochłaniały go

 

bez pamięci. Zbliżał się właśnie do niej strosząc zalotnie grzebień, gdy nagle bach i koniec.

 

– Ach to brutalne życie – rzucił już nieco przebudzony i wyszedł na chłodny dwór. Wskoczył

 

nie bez wysiłku na daszek psiej budy i niwelując poranną chrypkę zaintonował swoje

 

codzienne

 

kukurykuuuuuu…. hmm he he .

 

Rozkaszlał się i zachłysnął. Był chory. Na pewno.

 

To musiało być przeziębienie. A do tego te przekrwione oczy. Musi odpocząć. Może by tak

 

poprosić Miłorząbkę o pomoc? To pomyślawszy ruszył z powrotem do kurnika, by wskoczyć

 

na najwyższą grzędę i rozpocząć planowanie intrygi. Na rogatą krowę, ta kura doprowadzała

 

go do szaleństwa, a on tak dawno nie szamotał się z żadną pięknotką. Dokładnie od dnia,

 

kiedy Ezechiela poszła na rosół. Było to dla niego tym boleśniejsze doświadczenie, iż zdawał

 

sobie sprawę, że i jemu niewiele brakuje by zanurzyć się w gorącej zupie.

 

Przy akompaniamencie budzącego się do życia poranka Byrkops zamknął oczy i zapadł w

 

sen, w którym Miłorząbka…, ach szkoda gadać.

 

 

*

 

Gordek Baryła otworzył jedno oko, potem drugie, po czym wyjrzał przez zakurzone okno na

 

dwór. Słońce stało już wysoko, co mogło oznaczać tylko jedno, że po raz kolejny zaspał.

 

– Ten diabelski kogut znów się spóźnił. Czas mu pomyśleć o toporze – wysapał wyskakując

 

spod pierzyny – Jeszcze jedna taka wpadka, a wizja kąpieli w gorącym rosole stanie się dla

 

niego całkiem realna.

 

Baryła był wściekły, jednak zdawał sobie sprawę ze swojej słabości do Byrkopsa.

 

Pamiętał pisklaka, którego otoczył szczególną opieką po odtrąceniu przez matkę. Ten kogut

 

był u niego na podwórzu już kilka dobrych lat i Gordek bardzo się do niego przyzwyczaił.

 

Nie zmieniało to jednak faktu, iż brak charakteru u ptaka doprowadzał go do szału. Matylda

 

już dawno chciała go ubić, Baryła się temu za każdym razem stanowczo sprzeciwiał, a każdy

 

kto widział na swoje oczy Matyldę wie, że sprzeciw wobec postanowień tej kobiety jest

 

przedsięwzięciem co najmniej ryzykownym. Zwłaszcza po tej historii z wybiciem zębów

 

niedźwiedziowi myszkującemu zeszłej wiosny w ich stodole.

 

W sprawie Byrkopsa Gordek doszedł z Matyldą do tymczasowego porozumienia. Postanowił

 

obmyślić sposób na punktualność koguta. Jeśli Byrkops będzie dalej zawodził to trudno, ubiją

 

go przy pierwszej nadarzającej się okazji. Było to kilkanaście dni temu. Wtedy Gordek

 

Baryła uruchomił specjalny mechanizm mający pomóc Byrkopsowi w przestrzeganiu

 

punktualności porannej pobudki. Najważniejszym ogniwem mechanizmu był drewniany

 

kubek ustawiony na deseczce pełniącej rolę równoważni. Wraz z nadejściem świtu napełniał

 

się on rosą, czym zwiększał swój ciężar i sprawiał, że deseczka przechylała się w dół i

 

poruszała patyk, który z kolei popychał ziemniak będący końcowym ogniwem budzika.

 

Ziemniak uderzający w głowę Byrkopsa powodował jego natychmiastowe przebudzenie.

 

Proste. Pierwsze dni pokazały, że mechanizm jest urządzeniem skutecznym. Byrkops piał o

 

świcie jak należy i wszystko wracało do normy. Niestety po kilku dniach Gordek zauważył

 

pewne zmiany w zachowaniu koguta. Stał się on lekko osowiały i ślamazarny, słowem trochę

 

ogłuszony. No cóż lepsze to niż śmierć.

 

Gordek starał się wstać na tyle bezszelestnie, by nie budzić Matyldy. Miał tego dnia dużo

 

roboty. Musiał doglądnąć zwierząt, naprawić drzwi od stodoły, zebrać truskawki z ostatnich

 

rzędów i to wszystko przed południem. Później nie będzie już na to czasu. Wszystko

 

odejdzie w zapomnienie, ponieważ po południu zaczyna się mecz , a żaden mieszkaniec

 

osady Górnopole nie mógł sobie pozwolić na opuszczenie tego widowiska.

 

*

 

Słońce znalazło się już w zenicie, gdy pierwsi mieszkańcy wioski zaczęli zbierać się przy

 

polu gry i zajmować miejsca na długich dębowych ławach. Pierwszy rząd zarezerwowany

 

został dla starszyzny, gospodarza wsi, oraz kapitana legionistów, którego wojska

 

stacjonowały w osadzie. Napięcie przed grą było ogromne, tego dnia bowiem ważyły się losy

 

Turów Górnopole w mistrzowskiej lidze. Ostatnio nie wiodło im się najlepiej. Przegrali

 

kolejne mecze z osadami Wężogłowy, Kaczerzyce i Wielkie Krążki i zajmowali przedostatnie

 

miejsce w lidze. Słabsze były tylko Gnojne Pola, których zawodnicy przed trzema tygodniami

 

strasznie struli się leśnymi jagodami i musieli oddać trzy ostanie mecze walkowerem.

 

Dzisiejszy mecz był o tyle ważny, że do Górnopola przyjeżdżała drużyna Pszczelarzy z

 

Maćków, która zajmowała miejsce trzecie od końca. Jako, że z ligi spadają ostatnie dwa

 

zespoły, zwycięzca tego spotkania zostanie w niej na kolejny sezon. Trener Turów, Renur

 

Warmixer sprowadzony w zeszłym sezonie z Zalesia był pełen optymizmu po ostatnim

 

zgrupowaniu na Zajęczej Polanie.

 

„Chłopcy są w dobrej formie, poprawili szybkość i zwrotność, a najważniejsze jest to, że po

 

długo leczonej kontuzji na boisko wróci Brono Zabójca najlepszy obrońca w historii

 

Górnopola".

 

Oświadczenie trenera wisiało na wszystkich drzewach wokół placu gry i większość kibiców

 

znała je niemal na pamięć. Szczególnie optymistycznie brzmiał fragment mówiący o

 

powrocie Brona. „Zabójca" było oczywiście przydomkiem obowiązującym

 

na czas meczu, mającym na celu wystraszenie zawodników przeciwnika. Tak naprawdę

 

kowal miał na imię Borydel, a osławiona kontuzja była wynikiem gwałtownej sprzeczki z

 

żoną Leodią, której ognistego temperamentu żaden mężczyzna nie byłby chyba w stanie

 

poskromić. Kowal zresztą znacznie przysłużył się do wyprowadzenia Leodii z równowagi

 

swoim umiłowaniem do hazardu. Ostatnia biesiada w Cechu Kowali skończyła się przegraną

 

Borydela w strzałki , co zaowocowało uszczupleniem jego portfela o sto krążników. Tego

 

żona mu nie mogła wybaczyć. Te niesnaski jednak odchodziły w zapomnienie, bowiem

 

zbliżał się mecz o utrzymanie w lidze, a gra zapowiadała się pasjonująco. O to, by chłopcy nie

 

tracili zapału do współzawodnictwa postarał się sponsor drużyny, piekarz Bendziosoł, który

 

obiecał wysokie premie za wygrane. Dodatkowo ufundował koszulki dla zawodników z

 

wizerunkiem złocistego bochna. Stara Karmelina dwa miesiące dziergała je na drutach.

 

Tak, wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Teraz pozostało jedynie oczekiwać drużyny

 

przeciwnika.

 

*

 

Wóz toczył się leniwie po leśnym trakcie. Dwie stare szkapy ciągnęły bez przekonania

 

drewniany pojazd, który co rusz podskakiwał na wystających z drogi kamieniach. Na

 

szczęście podróż nie miała być zbyt długa, w przeciwnym razie pasażerowie mogliby dać

 

upust swojemu niezadowoleniu z braku komfortu jazdy robiąc coś bardzo złego z wozem, lub

 

nie daj Boże z końmi. Niestety droga szybkiego ruchu dla pojazdów dwuszkapowych

 

obiecana podczas ostatniej elekcji przez Księcia Bożydara Ruchliwego jak nie powstała tak

 

jej nie było, a od owego przyrzeczenia minęły już trzy lata. Ponoć priorytetem dla skarbca

 

władcy tych terenów był teraz gruntowny remont zamczyska i liczne podróże zagraniczne,

 

drogi lokalne pozostawały na końcu listy wydatków. Z tego względu podróżni przemierzający

 

połacie pomiędzy stolicą, a ziemiami zachodnimi byli narażeni na ciągłe podskoki, a co za

 

tym idzie liczne remonty wozów. Podobny problem dotyczył załogi pojazdu toczącego się

 

leśnym traktem. Jeszcze parę minut a wjadą na brukowany szlak wiodący do osady

 

Górnopole, gdzie droga stanie się bardziej przyjazna. Na szczęście pogoda była ładna, tak

 

więc w połączeniu z kojącym szumem lasu można było jakoś tę podróż przetrzymać. Wysoko

 

na gałęziach prastarych drzew ptaki rozpoczynały symfonię towarzyszącą tradycyjnie

 

nadejściu wiosny. Las zamierał urzeczony piękną melodią wsłuchując się wraz ze swoimi

 

mieszkańcami w tegoroczne przesłanie natury.

 

– Co to za ryki do Ksenotypa?! – dobiegł głos zza siwej plandeki tworzącej dach wozu -

 

Horacy zrób coś z tym, spać nie można.

 

– To ptaki witają wiosnę – odparł Horacy, który w skutek jak podejrzewał dobrze

 

przemyślanego oszustwa podczas gry w karty zeszłego wieczoru został wmanewrowany w

 

powożenie pojazdem.

 

– Niech więc to robią ciszej. Musimy się skoncentrować przed meczem.

 

Skoncentrować, akurat, pomyślał Horacy. Po wczorajszej nocy suto zakrapianej miodem

 

pitnym i piwem z cynamonem drużyna przez większość drogi dogorywała. Tak przeważnie

 

kończyły się ich zgrupowania przedmeczowe i rozpracowywanie przeciwnika. Teraz jednak

 

sytuacja była poważna, groziła im bowiem degradacja z ligi i Horacy dziwił się nieco, że

 

trener doprowadził do sytuacji totalnego rozprężenia. Z drugiej strony mieli wydawało by się

 

niezawodny plan, który niemal gwarantuje zwycięstwo. To dało drużynie Pszczelarzy z

 

Maćków sporą dozę psychicznego luzu.

 

Jechali dalej w ciszy, gdy przed Horacym rozpostarł się widok niewielkiej osady.

 

– Jesteśmy już prawie na miejscu !- krzyknął do kompanów na wozie – Oczekują nas, brama

 

jest szeroko otwarta!

 

Wtoczyli się powoli do wioski witani mętnymi spojrzeniami mieszkańców. Horacy

 

pokierował wozem na główną ulicę, by stamtąd ruszyć na niewielki rynek. Gdy dotarli na

 

miejsce ich oczom ukazało się przygotowane do gry pole. Były również trybuny zapełnione

 

do ostatniego miejsca. Ci, którym nie przypadło w udziale śledzić meczu z najlepszych miejsc

 

stali stłoczeni w dalszym sektorze specjalnie odgrodzonym linami. Nad głowami kibiców

 

wisiał transparent z napisem: „ Turom nic już nie brakuje, bo zwycięstwo się szykuje"

 

– Naiwni wieśniacy – pomyślał Horacy przypominając sobie wczorajszą odprawę przed

 

meczową i genialny plan, który miał im zagwarantować zwycięstwo. Wóz Pszczelarzy

 

zaparkował na palcu tuż przy boisku. Gdy wysiedli przywitał ich Grenvipor, wiekowy sołtys

 

wioski Górnopole

 

– Witam drużynę Pszczelarzy Maćków – rzekł do Horacego, Apolinarego, Furiusza ,

 

Archiwalda oraz trenera Antoniusza – Radujcie się naszą gościną, chcemy bowiem byście bez

 

względu na wynik rywalizacji wyjechali stąd zadowoleni.

 

– Akurat – szepnął Archiwald – Zrobią wszystko, aby pomieszać nam szyki, musimy się mieć

 

na baczności.

 

– Jasne – zgodził się Furiusz.

 

Rękę Grenvipora uścisnął kapitan Pszczelarzy Apolinary.

 

– Dziękujemy za przyjazne powitanie – rzekł – Mam nadzieję, że rywalizacja naszych drużyn

 

przebiegać będzie w atmosferze jak najlepiej rozumianej sportowej rywalizacji.

 

Grenvipor ukłonił się jak nakazywał zwyczaj i obie drużyny rozpoczęły przygotowania do

 

meczu.

*

 

Byrkops szczerze dziwił się ludziom uwielbienia do gier zespołowych. Przybył w okolice

 

placu wyłącznie dlatego, że dojrzał Miłorząbkę podążającą w tym kierunku, a to już było

 

niepokojące, bowiem Szczytnik podejrzanie często kręcił się w tych rejonach.

 

Zainteresowanie Szczytnika Miłorząbką bardzo Byrkopsa niepokoiło. Oba koguty nie znosiły

 

się wzajemnie, a fakt, że wpadła im w oko ta sama kura jeszcze tę niechęć zaogniało.

 

Szczytnik był młodszy i nieco większy, ale Byrkops wierzył, że w bezpośredniej walce dałby

 

sobie radę. W końcu doświadczenie nauczyło go radzić sobie z takimi zawadiakami.

 

Szczytnik pochodził z kurnika młynarza Karadzieja, którego podwórko sąsiadowało z

 

podwórzem Baryły. Skurczybyk piał do Miłorząbki, aż mu grzebień rezonował i zapewne

 

miał ogromną ochotę na coś więcej niż tylko zalotne przyśpiewki.

 

Marnie skończysz Szczytnik, pomyślał Byrkops. Pamiętaj łotrze wypadki chodzą po

 

kogutach.

 

Poddenerwowany rozglądał się po okolicy. Wokół nie było widać ani śladu Miłorząbki. Może

 

zaszyli się gdzieś w krzakach i kpią sobie teraz z niego , pomyślał . Jeśli tak miałoby być, to

 

skończy się to źle dla obojga.

 

Przemierzając trasę pomiędzy polem, a starą stodołą sołtysa Byrkops dotarł na miejsce, gdzie

 

zgraja opasłych facetów z obwisłymi brzuchami szumnie nazywana Pszczelarzami z Maćków

 

próbowała przyodziać sportowe stroje, które wydawały się o kilka numerów za małe.

 

– KTO JEST ODPOWIEDZIALNY ZA PRANIE ODZIEŻY ?! – zagrzmiał Apolinary – CO

 

ZA ŁAJZA UGOTOWAŁA MOJE SPRINT SZORTY?

 

Nikt się nie odezwał. Większość zawodników utknęła zaciągając spodenki do połowy ud.

 

– To chyba ty Furiuszu, co? – rzekł Archiwald – Jeśli pamiętam, to zabierałeś worek z

 

brudami po ostatnim meczu.

 

– Więcej soku z żurawin i dziurawca sklerotyku – ripostował Furiusz wyraźnie poruszony

 

oskarżeniem – Horacy brał wór, wszyscy to widzieli.

 

Oczy zawodników Pszczelarzy zwróciły się ku Horacemu.

 

– Tak, eee… więc, no może rzeczywiście Borychna troszkę za bardzo podgotowała stroje, ale

 

były tak upaskudzone łajnem, że za żadne skarby nie chciały się doprać – tłumaczył się

 

Horacy przeczuwając kłopoty – Poza tym krowa nam się cieliła, sami rozumiecie.

 

Apolinary zionął wściekłością.

 

– Idziesz na pierwszy atak – wycedził przez zaciśnięte zęby – Wybadasz, czy ten ich Brono to

 

rzeczywiście taki zabójca.

 

– Ale ja jestem obrońcą – odarł przerażony Horacy

 

– Nie szkodzi, w przypadku tego meczu to i tak nie ma znaczenia – skończył dyskusję

 

Apolinary – Gdzie do diaska podziewa się Antoniusz, czas już przecież rozpocząć

 

rozgrzewkę!

 

Idioci, pomyślał Byrkops i ruszył dalej w kierunku stodoły sołtysa. Jeśli Szczytnik z

 

Miłorząbką się tam migdalą to koniec. Pokaże im, kto tu naprawdę rządzi. Dochodził właśnie

 

do wątłej konstrukcji budynku, gdy usłyszał dochodzące z wnętrza szurnięcie.

 

– No Szczytniczek maleństwo, chodź do Byrkopsika, porozmawiamy trochę jak samiec z

 

samcem, a raczej marną namiastką samca, którą bez wątpienia jesteś – miliony myśli

 

kotłowały mu się w głowie z czego najważniejsza dotyczyła rodzaju śmierci jaką zada

 

Szczytnikowi, W chwili obecnej wahał się pomiędzy dwoma niezwykle brutalnymi

 

sposobami. Wierzył, że Miłorząbka widząc jego zwycięstwo zrozumie swój błąd i obdarzy go

 

względami. Na pewno, kury jej pokroju nie zadawały się z przegranymi. Stanął nasłuchując,

 

bowiem był przekonany, że usłyszał jakieś głosy. Tak, na pewno dochodziły z drugiego końca

 

stodoły. Udał się tam najciszej jak umiał. Nastroszył grzebień, nogi przygotowane miał do

 

ataku. Jednak zamiast Szczytnika i Miłorząbki zobaczył dwa cienie. Ludzkie postaci szeptały

 

coś między sobą.

 

– Teraz sto krążników i drugie tyle po robocie – powiedział jeden z nich. Drugi cień

 

wyciągnął rękę, na którą z brzękiem posypały się monety. Wyraźnie zadowolony schował je

 

do sakiewki. – Pamiętaj, wszystko ma być tak jak ustaliliśmy. Jak nawalisz to inaczej

 

pogadamy.

 

– Dobra, dobra, wszystko będzie w porządku macie to w kieszeni – odparła druga postać -

 

Jeśli jednak nie zastosujecie się do moich wskazówek to nie biorę odpowiedzialności za efekt.

 

– Zrobimy tak jak było umówione.

 

Cienie rozeszły się. Byrkopsowi wydawało się, że poznaje drugiego z rozmówców. Tak, ta

 

czapka z frędzlami była mu znajoma. Pierwszego nie zdążył zobaczyć, szybko bowiem udał

 

się w stronę głównego placu wsi. Drugi natomiast skierował się ku ścieżce prowadzącej do

 

lasu.

 

– Bardzo dziwne – pomyślał kogut – Chociaż z drugiej strony czemu tu się dziwić, ludzie

 

zawsze knuli przeciwko sobie. To nie moja sprawa.

 

Coś nie dawało mu jednak spokoju. Jego sprawa czy nie, te cienie były za bardzo podejrzane

 

by je tak pozostawić. Postanawiając przesunąć poszukiwania ukochanej i jej lowelasa nieco

 

na zachód, ruszył czym prędzej w kierunku leśnej ścieżki.

*

 

Zawodnicy stawili się na polu gry. Jako pierwsza ukazała się drużyna gospodarzy Turów

 

Górnopole w zielonych koszulkach ze sponsorskim bochnem na piersi i antypoślizgowych

 

rajtuzach testowanych i wielokrotnie modernizowanych od początku sezonu. Karmelina, która

 

zajmowała się szyciem strojów stwierdziła, że rajtuzy osiągnęły już szczytową jakość i lepsze

 

po prostu być nie mogą. Prawdziwe zdziwienie towarzyszyło jednak wyjściu na plac gry

 

Pszczelarzy. Ich ściśle przylegające do ciała koszulki i spodenki, które wydawały się być

 

obciętymi rajtuzami wprawiły widzów w osłupienie.

 

– Co na to przepisy? – zapytał sołtys Grenvipor siedzącego obok obserwatora i

 

przedstawiciela ligi – Nie byliśmy uprzedzeni o takich modyfikacjach w strojach, mogliśmy

 

się lepiej przygotować.

 

Niemniej zdziwiony obserwator musiał przyznać, że w regulaminie brak zapisu o

 

konieczności ujednolicenia ubiorów podczas meczu. Oznaczało to, że każdy może grać w

 

takim stroju jaki mu się podoba. Jednak Pszczelarze sprawiali wrażenie jakby poruszanie się

 

było dla nich dużą trudnością. Horacy co chwila poprawiał rajtuzy w kroku, te jednak wpinały

 

się coraz bardziej, czyniąc spustoszenie w miejscu szczególnie dla niego istotnym. Apolinary

 

szedł jak kukła z szeroko rozstawionymi nogami, a czerwone pąsy na twarzy i wybałuszone

 

oczy mogły świadczyć o tym, że albo bardzo cierpi, albo zwariował. Po kilku chwilach

 

wszyscy zawodnicy obu drużyn wraz z trenerami stawili się na polu gry. Nim pierwszy

 

kamień uderzy o posrebrzany rondel, co zwiastuje rozpoczęcie gry pozostał im do wykonania

 

tylko jeden istotny z punktu widzenia tradycji rytuał. Kowal Borydel alias Brono Zabójca,

 

kapitan Turów trzymał w rękach tacę z dwunastoma ozdobnymi kubasami, z których po

 

jednym przypadł każdemu z graczy, oraz trenerom.

 

– Wypijmy na cześć Bogofiela i jego niewidzialnych sług – wykrzyknął podnosząc kubas ku

 

niebu – Niech rozpoczną się zawody.

 

Jedenaście pozostałych kubasów wzniosło się w kierunku chmur, po czym ich zawartość

 

szybko zniknęła w gardłach zawodników.

 

– To wspaniały zawodnik – rzekł z dumą Grenvipor – A wino to najlepszy rocznik z piwnic

 

samego Golonki. Po meczu zapraszam na degustację.

 

Obserwator ligi z przyjemnością przyjął zaproszenie. Lewą ręką podniósł chorągiewkę i w tej

 

chwili pierwszy kamień uderzył w rondel. Rozpoczął się mecz.

 

*

 

Tajemniczy cień mignął Byrkopsowi przed oczami i zniknął za krzakami. Kogut ruszył w

 

tamtym kierunku, wiedział bowiem iż leśna dróżka prowadzi tylko w jedno miejsce.

 

Przedzierając się przez krzewy, po kilku chwilach dostrzegł coś czarnego leżącego pod

 

stojącym kilkanaście metrów od niego klonem. Ów czarny kształt okazał się być niczym

 

innym, jak koszulą i spodniami.

 

To w nie ubrany był człowiek, którego widziałem w szopie, pomyślał. Ktoś szybko się

 

przebrał i czmychnął dalej. Szykuje się coś grubszego. Dwieście krążników to sporo

 

pieniędzy, komuś bardzo na czymś zależało skoro zdecydował się tyle zapłacić. Ale o co

 

mogło chodzić?

 

Po kilku chwilach las zaczął się przerzedzać, Byrkops dojrzał trybuny i pole gry, w tym

 

miejscu bowiem kończyła się ścieżka. Kibice wymachiwali chorągiewkami i transparentami,

 

krzyczeli co sił w gardłach dopingując swoich pupili. Najwidoczniej Tury wygrywały,

 

bowiem co chwila wieś ogarniał okrzyk radości i kolejne wiwaty, co mogło oznaczać, że

 

zawodnicy z Górnopola zdobyli punkt. Kogut wskoczył na stojący opodal kamień i przyglądał

 

się z zaciekawieniem kibicom, bowiem gra go w ogóle nie interesowała.

 

Ten ktoś musiał być na trybunach, myślał intensywnie . Zapewne nim wyszedł z lasu zaczekał

 

na rozpoczęcie meczu, wiedział bowiem, że zafrapowani inauguracją zawodów kibice nie

 

zauważą pojedynczej osoby przemykającej się ukradkiem w kierunku tłumu. Byrkopsa z

 

zamyślenia wyrwała nagła fala westchnienia. Kibice zerwali się z ławek i na kilka chwil

 

zamarli, jakby urzeczeni jakimś czarem.

 

– Co u licha? – kogut spojrzał na plac gry i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Dwóch

 

zawodników Górnopola leżało na ziemi zwijając się z bólu. Kolejni trzymając się za brzuchy

 

mknęli co sił w nogach w kierunku krzaków. Co dziwne sprintem godnym mistrza świata

 

zmierzał tam również trener Turów Renur Warmixer. Jako, że sędzia nie zareagował na całe

 

zamieszanie, Apolinary nie napotykając oporu zdobył kolejne punkty dla Pszczelarzy.

 

– Stać, stać sędzia przerwać mecz !!! – krzyczał wzburzony Grenvipor – Nie widzisz, że jest

 

przerwa?! Panie obserwatorze proszę interweniować i unieważnić te punkty.

 

Obserwator wyraźnie się zamyślił, chrząknął, po czym dyplomatycznie odpowiedział.

 

– Nie mogę, wszystko odbyło się w zgodzie z przepisami. Nie było faulu, zawodnicy Turów

 

sami opuścili plac, więc Pszczelarze mięli prawo zdobyć punkty. Co więcej jeśli do zajścia

 

południa Tury nie stawią się na placu ogłoszę decyzję o zwycięstwie drużyny z Maćków.

 

– Ale przecież widzi Pan, że moich zawodników dotknęła jakaś przypadłość – protestował

 

sołtys – To oczywiste.

 

– Przed meczem deklarowaliście dobry stan zdrowia drużyny, teraz nie można tego już

 

zmienić.

 

Grenvipor zaklął, opuścił trybunę honorową i pobiegł w kierunku krzaków, gdzie pochowali

 

się już wszyscy zawodnicy Turów. Wychodził z nich właśnie znachor drużyny Zielopas.

 

– Co z nimi? – zapytał sołtys

 

– Srają, że mało nie odlecą – odpowiedział znachor – Nie radzę się tam zbliżać, straszny

 

widok.

 

– Ale jak to się stało?

 

– Nie wiem, ostatni raz widziałem taką reakcję jak podaliśmy krowie Bornochwała wyciąg z 

 

Miłka Polnego. Przeczyściła się w mgnieniu oka.

 

– A co z meczem, będą mogli grać dalej?

 

– Wątpię, jak przestaną będą tak wykończeni, że przez dwa dni nie wstaną z łóżek.

 

No to koniec, pomyślał Grenvipor, żegnaj ligo mistrzowska, żegnajcie dotacje ze skarbca

 

książęcego, teraz staną się kolejną nijaką wsią, bo za takie uchodziły te bez swojej drużyny w

 

lidze.

*

 

– Czyżby więc o to chodziło? – dywagował Byrkops przypatrując się ogromnemu

 

zamieszaniu jakie zapanowało na placu. Pszczelarze z Maćków podskakiwali radośnie

 

świętując zwycięstwo, kibice z Górnopola obrzucali ich zaś obelgami oskarżając o

 

nieuczciwość. Kilku mężczyzn krzywiąc się i łapiąc gwałtownie powietrze w płuca wynosiło

 

zawodników Górnopola z krzaków. Ci wyglądali jak siedem nieszczęść. Bladzi z

 

przekrwionymi oczami zdawali się być skrajnie wycieńczeni. Sołtys łapał się za głowę i

 

dyskutował jeszcze z obserwatorem ligi, który kiwał tylko przecząco głową. Wszyscy

 

zadawali sobie jedno pytanie. Jak to się mogło stać, że sześcioro zdrowych wydawałoby się

 

mężczyzn nagle w tym samym momencie zmogła megasraczka?

 

Byrkops był przekonany, że tego właśnie dotyczyła intryga, której przebieg starał się ustalić.

 

Ktoś wziął pieniądze, zapewne od kogoś z Maćków i unieszkodliwił zawodników z

 

Górnopola, by ci oddali mecz bez walki. Ale jak tego dokonał?

 

W tym momencie oczom Byrkopsa ukazał się Szczytnik. Rozsiadł się na najwyższej trybunie,

 

którą opuścili już kibice i nastroszył pióra, przez co wyglądał jak spuchnięty paw. Dziób

 

trzymał wysoko ku górze, a sterczący grzebień miał nadać mu majestatycznego wyglądu. Tak

 

jak się Byrkops spodziewał obok przycupnęła Miłorząbka, maślanymi oczami wpatrując się w

 

trzepoczący na wietrze grzebień koguta. Zgroza. Byrkops już miał ruszyć, by sprać

 

znienawidzonego ptachora, gdy dostrzegł coś na stoliku opodal ławki zawodników Turów. To

 

go niezmiernie zainteresowało.

 

A więc to tak? Ruszył w kierunku znaleziska. Jeżeli jego przypuszczenia okażą się trafne to

 

znalazł klucz do rozwiązania zagadki niedyspozycji zawodników. Przy okazji wpadł mu do

 

głowy podstępny sposób na załatwienie Szczytnika.

 

*

 

Moczyrus był człowiekiem-instytucją znanym w Górnopolu głównie z nieprzeciętnego talentu

 

do garncarstwa i rzeźby. Jego wyroby zawsze były przebojami na okolicznych targowiskach i

 

jarmarkach, miał jednak Moczyrus jeszcze jeden niezaprzeczalny talent, dzięki któremu dla

 

mężczyzn ze wsi był prawdziwym skarbem. Talentem owym była umiejętność ważenia

 

niesamowitego piwa.

 

Tego wieczoru około dwudziestu mężczyzn zasiadło w karczmie na drewnianych ławach z

 

pełnymi kuflami złocistego trunku.

 

– Zostaliśmy oszukani i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – mówił sołtys

 

Grenvipor – Taką reakcję wśród zawodników mogło wywołać tylko podanie jakiegoś bardzo

 

silnego specyfiku. Potwierdza to Zielopas, który podejrzewa nawet o jaki specyfik może

 

chodzić.

 

– Tak – podjął wątek znachor – Jestem niemal całkowicie przekonany, że to co przydarzyło

 

się Turom to reakcja na wywar z Miłka Polnego i to bardzo skondensowany.

 

W karczmie na chwilę zapadła cisza.

 

– A więc ci szubrawcy z Maćków otruli naszych ?!! – zagrzmiał Gordon Baryła

 

przetrawiwszy nowinę – To hańba, trzeba interweniować, odebrać im punkty, zdegradować,

 

załatwić cepami !!!

 

Reszta mężczyzn przyłączyła się do oburzonego Baryły. Wśród zebranych zaczęła przeważać

 

głosy o zemście i najeździe na Pszczelarzy.

 

– Spokojnie, spokojnie, to jeszcze nie wszystko! – tonował sytuację sołtys – Są w tej sprawie i

 

okoliczności dla nas jako wsi bardzo niewygodne.

 

Wśród zebranych znów zapanował spokój. Grenvipor kontynuował więc swój wywód.

 

– Jak to już było powiedziane Tury zostały otrute. Pozostaje jednak pytanie jak do tego

 

doszło? Przeprowadziliśmy z Zielopasem małe dochodzenie i doszliśmy do niepokojących

 

wniosków. Jedyną okazją, gdzie wszyscy zawodnicy pili to samo był toast do bogów przed

 

rozpoczęciem meczu. Tylko w tym winie można było rozpuścić wywar z Miłka Polnego.

 

– Czyli to stary Golonka zatruł swoje wino i podał je zawodnikom? ! – zapytał oburzony

 

piekarz Bendziosoł.

 

– Niezupełnie – odparł sołtys – Wino przecież pili wszyscy zawodnicy, a zachorowali tylko

 

nasi.

 

– O co więc chodzi?! – zagrzmiał młynarz Karadziej

 

– Trudno mi to wytłumaczyć – mówił dalej Grenvipor – Ale przed zwołaniem dzisiejszego

 

zebrania ktoś podrzucił mi pod drzwi dwa kubasy spośród tych, w które nalane było wino na

 

toast do bogów. Nie miałem pojęcia dlaczego, aż dostrzegłem coś co wiele w tej sytuacji

 

tłumaczy.

 

Grenvipor podniósł jeden z kubasów i pokazał coś palcem pozostałym.

 

– W tym miejscu znajduje się wyraźne nacięcie wypełnione zabarwianą na zielono żywicą. Z

 

daleka jest zupełnie niewidoczne, jednak jeśli ktoś wie gdzie patrzyć, to z bliska można je

 

bardzo łatwo dostrzec. Drugi kubas czegoś takiego nie posiada. Znaczy to, że część kubasów

 

była naznaczona i w nich najprawdopodobniej wino było czyste i smaczne jak zawsze.

 

– A w pozostałych znajdowała się trucizna – pomruk zszokowanych mężczyzn wypełnił salę.

 

– Tak – potwierdził sołtys.

 

Bez odpowiedzi zostało jednak jeszcze jedno bardzo ważne pytanie, którego nikt nie odważył

 

się zadać. Grenvipor spoglądał z zatroskaniem na pozostałych, po czym przeszedł do

 

przedstawiania dalszej części swoich wniosków.

 

– Wywar z Miłka Polnego został wlany bezpośrednio przed meczem do tych kubasów, które

 

nie miały nacięć. Ci z Maćków wiedzieli, których kubasów uniknąć, żeby się nie otruć, a

 

które wziąć z tacy. Niemożliwe, żeby ktoś z Pszczelarzy choćby na chwilę wcześniej miał

 

dostęp do naszych kubasów, dostarczono je bowiem bezpośrednio przed meczem ze świątyni.

 

Wychodzi więc na to, że tej zbrodni dopuścił się ktoś z naszych.

 

Zebrani w karczmie Moczyrusa zbledli. Ta wiadomość przerastała ich, żaden z mężczyzn nie

 

mógł pojąć kto byłby zdolny, aby posunąć się do takiej zdrady.

 

– Kogo podejrzewasz ? – zapytał bez ogródek Gordek Baryła

 

– Tylko jedna osoba jest odpowiedzialna za wypełnianie kubasów winem i podanie ich

 

zawodnikom przed rozpoczęciem meczu.

 

Wcześniejsze zblednięcie było tylko wstępem do całkowitego odpływu krwi z twarzy

 

mężczyzn z Górnopola.

 

– To nasz kapitan, kowal Borydel

 

– Brono Zabójca – przebiegło po karczmie, po czym zapadła długa, krępująca cisza.

 

 

 

Byrkops siedział na dachu piekarni i przyglądał się mężczyznom wychodzącym z karczmy. A

 

więc dotarła do nich niewygodna prawda? Ciekawe co też poczną teraz z takim

 

brzemieniem?

 

Grenvipor i Zielopas opuścili lokal jako ostatni. Pomimo nocnej pory nie udali się do swoich

 

domów. Kogut zdołał na tyle poznać Grenvipora, żeby wiedzieć, iż nie zostawi on tak tej

 

sprawy do rana.

 

– Co ?!!! – nagły wrzask dobiegł po kilkunastu minutach z chaty kowala Borydla – Czy

 

wyście doszczętnie zwariowali, jak możecie mnie o coś takiego podejrzewać?!!! Gdybym

 

miał dość sił sprałbym was nie zważając na urzędy jakie piastujecie.

 

– Przyznaj, że tylko ty miałeś dostęp do kubasów, nikt inny nie mógł dodać trującego wywaru

 

– argumentował sołtys – To bardzo poważna sprawa, którą roztrzygnie sędzia. Jutro wysyłam

 

pismo do kancelarii książęcej o przydzielenie nam sędziego.

 

– Ale Grenviporze, błagam powiedz dlaczego miałbym robić coś tak podłego? – kowal był już

 

teraz wyraźnie załamany – Ja kocham tę drużynę.

 

– Cóż – sołtys podrapał się po głowie – Równie jak umiłowanie do drużyny znana jest

 

również twoja skłonność do hazardu. Być może popadłeś w długi i potrzebowałeś pieniędzy

 

by je spłacić. To już rozpatrzy sędzia. Mam nadzieję, że dowiemy się skąd wziąłeś truciznę.

 

Do tego czasu nie wolno ci wyruszać z Górnopola.

 

Grenvipor z Zielopasem opuścili dom Borydela pozostawiając na płocie Byrkopsa, który

 

dostrzegł w chacie kowala coś, co spowodowało, że w jego głowie powstały nowe

 

wątpliwości. Kogut był pewien, że ta noc przyniesie jeszcze wiele odpowiedzi na pytania

 

frapujące większość mieszkańców osady.

*

 

Cień przesuwał się wzdłuż stodoły. Księżyc znajdował się w fazie bliskiej pełni, złociste

 

światło dość dobrze więc oświetlało okolicę. Tajemnicza postać wślizgnęła się do

 

drewnianego budynku. Była to ta sama stodoła, w której doszło do transakcji przekupstwa.

 

Tym razem kogut jednak nie dostrzegł drugiej osoby. Cień był sam. Byrkops szedł za nim

 

najciszej jak mógł. Cień podszedł do ściany stodoły, wyciągnął szmaciane zawiniątko i

 

zdawał się kopać coś w ziemi, stodoła ustawiona została bowiem na niepokrytej niczym

 

glebie. Wtem drzwi otworzyły się z głośnym zgrzytem i do wnętrza wpadło światło

 

kilkunastu pochodni.

 

– A więc tu postanowiłaś ukryć dowód swojej winy Leodio – rzekł sołtys Grenvipor stojąc na

 

czele kilkunastu mężczyzn – To zapewne wywar z Miłka Polnego, nieprawdaż?

 

Kobieta stała jak wmurowana. Sołtys podszedł i zdjął jej z głowy ciemnogranatową czapkę z

 

frędzlami. Byrkops, teraz ukryty za drewnianym filarem już za pierwszym razem rozpoznał tę

 

czapkę, nie był jednak pewien do kogo należy. Gdy zobaczył ją wiszącą dzisiejszej nocy na

 

gwoździu w domu Borydela wiedział już, że jest własnością Leodii. Przed oczami miał

 

pewien dzień, jakiś miesiąc temu, kiedy całą wsią wstrząsnęła straszliwa awantura w domu

 

kowala. Borydel znowu przegrał coś w kości i Leodia zamierzała zemścić się na nim rzucając

 

wszystkim co wpadło jej w ręce. Uciekający na podwórze skruszony mąż pierwsze trafienie

 

otrzymał właśnie ową skórzaną czapą. Leodia zapewne uznała, że najlepiej ukryje pod nią

 

swoje złocisto-żółte włosy, które w mroku mogłyby rzucać się w oczy. Teraz kobieta stała

 

milcząc otoczona przez wściekłych mieszkańców Górnopola.

 

– Podejrzewaliśmy z Zielopasem, że zastraszony Borydel będzie próbował się pozbyć

 

dowodów przed przybyciem sędziego, postanowiliśmy się więc zaczaić i poczekać, aby mieć

 

pewność. Wyobraź sobie nasze zdziwienie, kiedy dostrzegliśmy twoją postać

 

wymykającą się nocą z domu. Sprzedałaś nasz honor i zdrowie zawodników za marnych parę

 

krążników – kontynuował swoje oskarżenia Grenvipor – Naraziłaś nawet zdrowie i życie

 

swojego męża.

 

– Nieprawda, chciałam go ratować – odezwała się wreszcie Leodia. W jej głosie kryła się

 

rozpacz, ale zarazem pewna doza ulgi z tego, że już po wszystkim – Ci z Maćków zagrozili,

 

że jak nie odda pieniędzy, które przegrał u nich w kości to doniosą na niego do Gwardii

 

Książęcej, a stamtąd już krótka droga do lochów. Musiałam coś zrobić. Chyba mój mąż jest

 

ważniejszy od jakiegoś głupiego meczu?

 

– Grozili ci ? – spytał sołtys

 

Leodia schowała twarz w dłoniach. Aż trudno było uwierzyć, że to ta sama nieposkromiona

 

kobieta, znana powszechnie ze swojego ognistego temperamentu. Teraz wydawała się

 

zagubiona i bezbronna.

 

– Nie mogli darować długu, to byłoby podejrzane, powiedzieli więc, że jeśli się zgodzę na ich

 

plan to dadzą mi pieniądze, które potem mój mąż im zwróci – ciągnęła swoją opowieść – Ich

 

znachor nawarzył tego świństwa i dał mi flakonik, który kazali potem zwrócić. Mówili, że

 

mikstura ta może im się jeszcze przydać. Wlałam po kilka kropel do kubasów, które

 

wcześniej oznaczyłam. Mój mąż nic o tym nie wiedział, przysięgam, powiedziałam mu, że

 

muszę porządnie doczyścić naczynia. Borydel nigdy ich nie sprawdza, nalał więc wino

 

wszystkim jednakowo.

 

– Jak doszło do transakcji?

 

– Miałam zakopać flakonik tutaj, a potem ktoś się po niego pojawi i podłoży pozostałą część

 

pieniędzy – Leodia teraz rozpłakała już się na dobre – Tak mi wstyd, że dałam się na to

 

namówić.

 

– To było rzeczywiście bardzo głupie, myślę jednak, że sprawa jest do załatwienia – ciągnął

 

Grenvipor – Baryła i Bendziosoł zaczają się tutaj i poczekają na tego szubrawca z cepami, a

 

wtedy już na poważnie zajmiemy się rozwiązaniem tej podłej intrygi. Przypominam,

 

potrzebujemy go żywego – spojrzał na nieco zawiedzionych stojących obok niego mężczyzn.

 

Leodia wraz z sołtysem Grenviporem i pozostałymi mężczyznami opuściła stodołę, na placu

 

boju pozostali tylko Baryła i Bendziosoł, którzy szukali sobie odpowiednich kryjówek.

 

– A więc zagadka rozwiązana – pomyślał Byrkops, dumny, że się do tego walnie przyczynił -

 

Tak obiektywnie myśląc to mam łeb nie od parady, naprawdę inteligencja godna

 

pozazdroszczenia.

 

Świt powoli rozmywał mrok nocy. Byrkops czuł się zmęczony i chętnie poszedłby na swoją

 

grzędę i przespał się trochę, wiedział jednak, że ma jeszcze coś ważnego do załatwienia.

 

*

 

Szczytnik wypiął dumnie pierś przygotowany do porannej pobudki. Podszedł do poidełka, z

 

którego zawsze korzystał, by wzmocnić głos i przełknął łapczywie kilka haustów wody. Obok

 

stała Miłorząbka, jak zawsze piękna i dorodna, wpatrzona w Szczytnika jak w obrazek bez

 

skazy. Kogut widząc, że znajduje się w centrum zainteresowania kury celebrował

 

przygotowania do piana bez końca. Przetrzepał grzebień, nastroszył pióra i wskoczył na palik

 

służący do mocowania linki do wieszania prania. Zanim wydał z siebie głos napuszył się jak

 

paw, po czym okolicę wypełnił przeciągły dźwięk głośnego purchnięcia, nie pochodzący

 

jednakowoż z głębi dzioba Szczytnika. Kogut spojrzał wielce zafrasowany na Miłorząbkę

 

mając zapewne nadzieję, że kura nie zauważyła tego nietaktu, kiedy kolejne purchnięcie

 

przybrało formę nagłego wystrzału, który zrzucił koguta z palika. Tego kura nie mogła nie

 

zauważyć. Szczytnik nie panował już nad sobą, uraczając okolicę raz po raz gazowymi

 

wystrzałami o tak dużej sile, że pióra na jego ogonie latały wszędzie wokoło. Po chwili po

 

kogucie nie było już śladu, a unoszące się nad krzakami liście mogły świadczyć o tym, że

 

Szczytnika pognało do lasu w bardzo pilnej potrzebie. Miłorząbka rozglądnęła się wokół

 

mając nadzieję, iż nikt nie widział jej w towarzystwie tak ordynarnie zachowującego się

 

śmierdziela i ruszyła czym prędzej do swojego kurnika.

 

Byrkops szczerze się ubawił oglądając całą scenę z dachu piekarni. Szczytnik będzie pamiętał

 

do końca swoich dni, aby nie zbliżać się do jego terytorium. Warto było odlać zeszłego

 

wieczoru resztówkę wina zatrutego wywarem z Miłorząbka do poidełka Szczytnika. Co

 

prawda nadwerężył sobie trochę dziób, ale i tak szedł podrzucić kubas pod drzwi Grenvipora,

 

miał więc po drodze.

 

Zapowiadał się całkiem ładny dzień. Może nawet zaprosi Miłorząbkę na małą przechadzkę.

 

Jak tylko wyjdzie z szoku oczywiście.

 

Byrkops szedł wielce zadowolony w kierunku kurnika, kiedy nagle stanął jakby rażony

 

piorunem.

 

– Na rogatą krowę – zaklął wielce wzburzony – Znowu zapomniałem o porannym budzeniu

 

Baryły.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dziwne trochę to opowiadanie, jak na temat konkursu. Jakoś nie jestem przekonany po lekturze  powyższego tekstu. Z drugiej strony, to nie konkurs karaoke - masz prawo w taki sposób widzieć "klimat detektywistyczny".
Pozdrawiam

Mastiff

O matko, a co temu tekstowi się stąło?

www.herbatkauheleny.pl

A gdyby  tak spróbować sformatować tekst ręcznie, wykorzystując funkcję " edycja"? W tej formie opowiadanie raczej nie nadaje się do czytania ... 

Hmmm... możesz nie brać mojego zdania pod uwagę, bo też startuję w tym konkursie i jesteśmy konkurentami, ale... dziwne to opowiadanko. Nie przekonuje mnie. Dostrzegam elementy, z założenia humorystyczne, które nie wyszły, po prostu.
No i te słowo "kubasy", w dodatku, pewnym miejscu, powtarzane jak mantra. Eh...
Oryginalne to, to jest, nie powiem. Tyle, że czytając to, mam uczucie, jakbym jadł zalkalec.

Początek trochę nudny ale dalej już było ciekawiej. Jednak tekst trzeba poddać edycji bo w pierwszej chwili kiedy na niego zerknąłem to spodziewałem się trzynastozgłoskowaca :)

No dobra, pomijając edytorską masakrę, to tekst czytało mi się naprawdę przyjemnie :) Co prawda pod temat konkursu jest mocno, mocno naciągany, ale poza kontekstem to kawał sympatycznego opowiadania. Humor jak najbardziej mi odpowiadał, napisane jest sprawnie i gładko, no i chyba pierwszy raz czytam tu tekst o kogutach :) Podsumowując: może bez rewelacji i ochów i achów, ale dla samego relaksu warto przeczytać :)

www.herbatkauheleny.pl

Rzeczywiście nietypowe, ale pomimo drobnych usterek (z nadmiarem kubasów na czele) bardzo mi się podobało :) Zwłaszcza wątek dotyczący rozterek miłosnych koguta był bardzo przekonujący :)

OK, dziwne. Ale niech będzie. Wygrać nie wygra, w każdym razie nie w Sherlockiście, jednak fajnie, że i takie szajby się pojawiają. :)

Pomysł na przaśny kryminał rzeczywiście oryginalny, ale jakoś specjalnie zabawne opowiadanie nie jest. Przyjemne, totalnie przeciętne opowiadanko, intryga prościutka. Do przeczytania i zapomnienia.

Ocena (tylko na potrzeby sherlocisty) - 3/10

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka