- Opowiadanie: Aineko - Kobieta zza okna

Kobieta zza okna

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kobieta zza okna

Listopadowe wieczory są naprawdę wspaniałe. Pod warunkiem, że nie trzeba opuszczać przytulnego mieszkania, z salonu dobiega nastrojowa muzyka a z kuchni – apetyczny zapach kolacji przyrządzanej właśnie przez ukochanego mężczyznę. Ten wieczór spełniał wszystkie wyżej wymienione warunki, podobnie zresztą, jak większość wieczorów w życiu Alice.

 

Zamknęła i odłożyła laptop, po czym przeciągnęła się na wielkim, wygodnym łóżku. Czasami pozwalała sobie na to, by wyściubić nos z gabinetu i przenieść się z pracą gdzie indziej. Miała ten luksus, że mogła pracować gdzie chciała i kiedy chciała. Bardzo sobie chwaliła ten aspekt życia pisarki. Pisarka, cóż za wielkie słowo! Uśmiechnęła się do własnych myśli. Nie uważała się nigdy za wielką artystkę. Robiła tylko to, co kochała, co chciała robić od zawsze – pisała o ludziach i dla ludzi. Cieszyło ją oczywiście, że jej utwory są pozytywnie przyjmowane przez krytykę i czytelników a co za tym idzie – sprzedają się. Nie narzekała na kłopoty finansowe, przeciwnie, powodziło jej się coraz lepiej. Była właśnie w trakcie rozmów dotyczących adaptacji filmowej jednej ze swoich powieści a premiera najnowszej, zbliżała się wielkimi krokami i wszystko wskazywało na to, że i ta odniesie sukces.

Przestań myśleć o pracy, zganiła się w myśli Alice, na dzisiaj koniec. Wstała z łóżka i ruszyła w stronę kuchni z zamiarem podejrzenia, co w ramach kulinarnej niespodzianki na ten wieczór wykombinował Ray. Po drodze skręciła na chwilę do oświetlonego jedynie niewielką lampką salonu, by zrobić głośniej lecącą właśnie z odtwarzacza piosenkę. Zanim w ogóle zdążyła podejść do sprzętu grającego przystanęła, nagle rozdrażniona. Zauważyła, że idiotyczne okno – jedyna rzecz w tym mieszkaniu, której szczerze nienawidziła – znowu jest odsłonięte. Sklęła Raya w myśli i szczerze zamierzała zrobić to również na głos, jednak zapomniała o tym natychmiast, gdy tylko jej spojrzenie padło na ścianę, na której znajdowało się okno.

– Co do jasnej…? – mruknęła lekko zaniepokojona. – Przecież…

Odwróciła lampkę tak, by dobrze oświetliła podejrzane miejsce na ścianie, przysunęła sobie krzesło i weszła na nie, zamierzając dokładnie obejrzeć sobie dostrzeżoną anomalię.

– Ray! – zawołała, chcąc natychmiast podzielić się niezbyt przyjemnym odkryciem. – Ray, pozwól na moment! Zobacz, co…

– Nie wrzeszcz, przecież jestem.

Ray faktycznie stał w otwartych drzwiach, wyglądało na to, że od dłuższej chwili. Widziała tylko jego ciemną sylwetkę na tle słabego odblasku światła z kuchni.

– Przepraszam, nie zauważyłam, jak wszedłeś.

– Możesz mi powiedzieć, co za akrobacje wyczyniasz na tym krześle? – zapytał z rozbawieniem.

– Mogę – odparła. – Tynk odpada.

– A ty go łapiesz?

– Weź się… – Alice nie dokończyła, zamiast tego znacząco postukała się palcem w czoło. – Przecież tu niedawno było odnawiane!

– Daj spokój – skrzywił się Ray. – Zrobię ci to jutro.

– Nie o to chodzi – powiedziała zniechęcona, złażąc z krzesła. – Po prostu nie po to robię remont i płacę podobno dobrym fachowcom konkretne pieniądze, żeby mi po trzech miesiącach tynk leciał na głowę! Tynk! Rozumiesz?! Jak w jakiejś ruinie! Przecież nawet przed tym remontem nie leciał! Co oni tu nawyprawiali?!

Ray wypróbowanym sposobem nie odzywał się. Wiedział, że wybuchy Alice po prostu trzeba przeczekać. Poza tym miała przecież powód, by się zdenerwować.

– Zadzwoń do tej firmy – poradził jej, gdy wyrzuciła już z siebie wszystkie żale. – Złóż skargę.

– Może i masz rację – westchnęła. – Wiem, za bardzo się przejmuję, ale naprawdę lubię to mieszkanie…

W tej chwili jej wzrok ponownie padł na odsłonięte okno a irytacja powróciła momentalnie.

– A, właśnie, po co to odsłoniłeś? – spytała głośniej, niż zamierzała. – Wiesz, że nie znoszę…

– To nie ja – odparł zdumiony Ray. – Myślałem, że ty. Widziałem, że jest odsłonięte, jak przyszedłem przełączyć piosenkę, ale byłem pewien, że ty…

Alice opanowała się. Ray nie zasługiwał, by tak na niego wrzeszczeć. Cokolwiek się nie działo, był zawsze po jej stronie. Bardzo jej pomógł, gdy jakiś czas temu dochodziła do siebie po chorobie. Obecnie akceptował w pełni ją samą, jak i sytuację, w której się znaleźli. Nie zmuszał jej do rozmów o przeszłości. Skądinąd Alice, nawet zmuszona, niewiele zdołałaby powiedzieć na ten temat…Tak, czy inaczej postanowiła nie złościć się na Raya nawet, jeśli to on odsłonił tę cholerną zasłonę a teraz zganiał na nią. Kiedy się odezwała jej głos nie brzmiał już ostro i napastliwie.

– Ja? Czyś ty oszalał? – westchnęła zrezygnowana. – Wiesz przecież, że nie znoszę, nienawidzę, nie cierpię…

– Wiem – szepnął uspokajająco, po czym objął ją ramieniem i wyprowadził z pokoju. – Wiem. Pewnie któreś z nas potrąciło ją przypadkiem.

Oboje doskonale wiedzieli, że wyjaśnienie Raya nie mogło mieć nic wspólnego z prawdą. Zasłona, za którą znajdowało się dziwne okno, od zawsze stanowiła dla Alice najprawdziwszą zmorę. Była stara, brzydka, i tak ciężka, że niemożliwością było odsunięcie jej „przypadkiem” i przegapienie tego faktu. Pierwotnie prawdopodobnie miała odcień głębokiego szkarłatu, obecnie była wypłowiała i wiecznie zakurzona, niezależnie od tego, jak długo by się jej nie trzepało, czy nie czyściło. Zwyczajne upranie nie wchodziło w grę z tego samego powodu, co proste i oczywiste rozwiązanie, jakim było pozbycie się jej.

Jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało, zasłona w żaden sposób nie dawała się usunąć. Jakiś debil wmurował karnisz w ścianę tak, że poproszeni o radę fachowcy prorokowali niemal apokalipsę, a przynajmniej zawalenie całego domu, jeśli tylko Alice spróbuje się go pozbyć. Kilka razy usiłowała już pociąć zasłonę, jednak nawet nowe, porządne nożyce zdawały się całkowicie tępieć, kiedy tylko jej dotknęły. Ani razu też nie zajęła się ogniem, choć zrozpaczona Alice, lekceważąc względy bezpieczeństwa, kilkakrotnie imała się i tego sposobu.

Na domiar złego, jakkolwiek by się nie starała, Alice nie mogła urządzić wnętrza tak, by zasłona nie gryzła się z resztą wystroju. Mimo, że w tym jednym pokoju zrezygnowała z lekkich, jasnych, nowoczesnych sprzętów na rzecz umeblowania rodem z antykwariatów, zasłona nadal wydawała się nie na miejscu. Nie pomógł dywan w kolorze wypłowiałego szkarłatu, nie pomogły obicia krzeseł. Na pierwszy rzut oka widać było, który element nie pasuje do układanki.

Ostatecznie w końcu Alice niemal przyzwyczaiła się zarówno do zasłony, jak i do tego, co znajdowało się za nią. Niemal…

– Czasem mam ochotę rozpieprzyć to cholerne okno jakimś wielkim młotem – wymamrotała siedząc już przy stole w oświetlonej blaskiem świec jadalni i wpatrując się w półmisek z włoską sałatką.

– Pewnie by ci się nie udało – zawyrokował Ray rozsądnie jak zawsze. – To jest piekielnie porządna robota.

Miał rację. Podobnie, jak w przypadku zasłony, samo okno również było nie do ruszenia. Usiłowali je już zamalować i choć użyli farby olejnej, mieli wrażenie, jakby ciapali tylko szybę rozwodnioną plakatówką, a następnego dnia w ogóle nie było śladu po tym zabiegu. Zabicie deskami również się nie udało. Gwoździe łamały się od jednego uderzenia młotka, mimo, że nie były zardzewiałe a same deski okazywały się spróchniałe, choć wyglądały przecież na mocne, kiedy je wybierali.

– Piekielnie – westchnęła Alice i nałożyła sobie lasagne. – To dobre słowo.

– Zresztą twoja sąsiadka pewnie nie byłaby zachwycona, gdybyś rozwaliła okno.

– W ogóle mi o niej nie wspominaj! – wzdrygnęła się. – Ciarki mnie przechodzą.

– Właściwie to jej chyba też powinno zależeć na zrobieniu czegoś z tym oknem – zastanowił się Ray. – Ona nie odczuwa dyskomfortu z faktu, że możesz jej tak zaglądać do domu, kiedy ci się podoba?

– A cholera ją wie, prawdę mówiąc – odparła niechętnie Alice. – Nie udało mi się z nią nigdy porozmawiać, wiesz przecież, mówiłam ci. Mówiłam?

– Coś wspomniałaś. Przed tym, jak chcieliśmy zamalować to okno.

– No, zgadza się. Planowałam ją spytać o zgodę, bo w końcu to nasze wspólne okno. Ale nie udało mi się jej złapać. Chyba bardzo nie chce ze mną gadać, bo przecież pukałam w tę cholerną szybę, jak ona była po drugiej stronie i nie doczekałam się reakcji. Kiedyś tam, jeszcze wcześniej, miałam zamiar zapytać, czy kontaktowała się z kimś w sprawie tego okna, z administracją, czy coś…Też się nie udało. Nigdy w życiu nie widziałam jej na ulicy, na schodach, przez okno…Znaczy…przez normalne okno… Nigdy. Wiesz, gdybym po drugiej stronie miała jakąś normalną osobę, to pół biedy, ale ta kobieta mnie po prostu przeraża!

– Nie przesadzaj – uśmiechnął się Ray. – Pewnie jest zwyczajnie mało towarzyska. Może pracuje nocami a w dzień śpi.

– Na pewno to wampirzyca! – zawyrokowała żartobliwie Alice.

– Tak, na pewno – roześmiał się Ray ucieszony, że jego narzeczonej wraca humor. – Ty masz jednak chorą wyobraźnię!

 

***

 

– Naprawdę bardzo mi przykro – powtarzał męski głos w słuchawce telefonu.

– Proszę pana, ja nie dzwonię po to, żeby wysłuchiwać, jak panu przykro, tylko po to, żeby się dowiedzieć, jak mogło dojść do takiej sytuacji!

Alice od kilku minut niemal gotowała się z wściekłości. Szansa na porozumienie się z przedstawicielem firmy, która odnawiała jej mieszkanie malała z każdą sekundą.

– Naprawdę bardzo mi przykro, ale z całą pewnością w ciągu ostatniego roku nie przeprowadzaliśmy żadnego remontu w budynku, o którym pani mówi.

– Ja rozumiem, że może pan nie pamiętać ale proszę sprawdzić w jakichś dokumentach…

– Rzecz w tym, że właśnie sprawdziłem i z całą pewnością…

– No to kto, jak nie wy?! – krzyknęła Alice, porzucając choćby pozory uprzejmości. – Duchy?! Duchy mi tynk na łeb sypią?!

Cisnęła słuchawkę uznawszy, że jeszcze chwila tej absurdalnej dyskusji i trafi ją apopleksja. Przecież miała przed sobą umowę, a na niej wyraźną pieczątkę z nazwą firmy!

Dokładnie tak samo czuła się, wydzwaniając swego czasu do administracji w sprawie spędzającego jej sen z powiek okna. Podejrzewała, że tam, gdzie teraz są dwa mieszkania, kiedyś było jedno duże a okno stanowiło coś w rodzaju ozdoby. Trudno wyobrazić sobie, by miało pełnić jakąś konkretną funkcję, zwłaszcza, że się nie otwierało i to nie tyle ze starości, co po prostu nie było w tym celu zaprojektowane – nie miało ani klamki, ani zawiasów, tylko masywną ramę dookoła. Do podglądania też się nie nadawało, było zbyt wyeksponowane, umieszczone dokładnie po środku ściany.

Człowiek z administracji upierał się, że to niemożliwe, by w budownictwie tego typu mogła wystąpić podobna anomalia. Twierdził, że mieszkania zawsze wyglądały tak, jak wyglądają, nic nie było pomniejszane, ani zamurowywane, zmieniane i w ogóle nie ma prawa tam być żadnego okna. Poproszony o osobiste oględziny odparł wtedy, że nie ma czasu na takie pierdoły, wszystko wie, bo to on w końcu pracuje w administracji. A jeśli faktycznie jest tam jakieś okno, to znaczy, że mieszkańcy wstawili je samowolnie a to podlega karze. Zgodziłaby się zapłacić tę karę, byle tylko przyszedł i zobaczył na własne oczy, że ona nie kłamie, ani nie zwariowała. Nie przyszedł.

Właśnie! Nie przyszedł! Dlaczego nie przyszedł?!

Alice w bojowym nastroju ponownie chwyciła za słuchawkę i wykręciła numer, gotowa powiedzieć urzędnikowi, co myśli o nim personalnie i o jemu podobnych, pustych, twardogłowych….

Dobiegający z słuchawki odgłos nie przypominał żadnego, ze znanych jej dźwięków. W każdym razie żadnego z tych, które można zwykle usłyszeć w telefonie. Z całą pewnością nie był to standardowy sygnał oczekiwania na połączenie, ani dźwięk oznajmiający, że linia jest zajęta. Miało to też nic wspólnego z artykułowaną mową świadczącą o tym, że ktoś odebrał telefon, lub włączyła się automatyczna sekretarka, czy komunikat operatora. Brzmiało natomiast podejrzanie złowrogo i przywodziło na myśl coś rozklekotanego, rozpadającego się, zepsutego. Zepsutego, jak moja ściana, pomyślała nie wiedzieć czemu Alice. Kawałek tynku odrywa się od ściany, upada, rozbija się… Trzask!

Trzask!

To słuchawka uderzyła o podłogę. Pochłonięta swoją wizją Alice bezwiednie wypuściła ją z ręki. Chwilę później sama usiadła, ukrywając twarz w dłoniach. Ze zdumieniem i strachem stwierdziła, że drży, a twarz ma pokrytą kroplami zimnego potu.

– Co jest ze mną? – rzekła do siebie.

Chciała powiedzieć to dziarsko i energicznie, jednak głos odmówił posłuszeństwa. Pytanie zabrzmiało głucho a przy tym bardzo, bardzo poważnie.

To mieszkanie mi nie służy, pomyślała Alice. Przebywanie tutaj. Przecież od dłuższego czasu źle wyglądam. Jak mogłam wcześniej o tym nie pomyśleć? To mieszkanie mi nie służy.

 

***

– To mieszkanie mi nie służy.

Teraz, po dwóch miesiącach od incydentu z odpadającym tynkiem i niefortunnym telefonem mogła stwierdzić to z całą pewnością. Nie wiedziała, dlaczego akurat teraz zachciało jej się o tym mówić. Akurat teraz, kiedy siedzieli w sypialni na wielkim łóżku i przy świetle nocnej lampki przeglądali płyty z filmami DVD, próbując wybrać coś ciekawego na ten wieczór. Ostatnio, ze względu na pracę Raya, rzadko zdarzało im się spędzać wspólnie wieczory i noce.

– Jak to nie służy? – zdumiał się Ray. – Zawsze byłaś do niego bardzo przywiązana.

– Ostatnio nie czuję się dobrze.

– Co się dzieje? – troska w jego głosie wydała jej się udawana.

Chociaż może to złe słowo. Nie brzmiała jak udawana, ale też nie była naturalna. Brzmiała tak, jak powinna brzmieć troska idealna – perfekcyjna intonacja, żadnego rozdrażnienia, czy znudzenia, ale też żadnego nadmiernego przejęcia. Odniosła wrażenie, że Ray zadając to jedno pytanie wymagające okazania troski pozbył się jednocześnie wszystkich innych emocji i uczuć. Ostatnio dość często miewała takie absurdalne odczucia.

– Nie wiem – odpowiedziała, starając się mówić normalnie. – Marnie ostatnio wyglądam…

– Skądże – zaprzeczył z uśmiechem. – Wyglądasz świetnie. Jak zawsze.

Pocieszenie idealne. Ani śladu zwykłej lekkiej irytacji, która go ogarniała, kiedy Alice przesadzała z samokrytyką. Ani śladu rozbawienia i prób obrócenia jej narzekań w żart.

– Wszystko dookoła wydaje mi się płaskie, coraz bardziej nijakie – kontynuowała, bo czuła, że musi to z siebie wyrzucić mimo, że Ray zachowywał się co najmniej dziwnie. – Nie lubię wychodzić z domu. Im bardziej się oddalam, tym wszystko wydaje się brzydsze. Przestałam lubić moją pracę, ludzi w wydawnictwie. Rozmowy o ekranizacji do niczego nie prowadzą, ale wszystkim dookoła zdaje się to nie przeszkadzać. Zupełnie straciłam kontakt z dalszymi znajomymi a i z bliższymi niedługo stracę, czuję to. Ale siedzenie w mieszkaniu też doprowadza mnie do szału! Tutaj się wszystko psuje! Te ściany! Ciągle to samo i w dodatku nie mogę się skontaktować z firmą remontową. Ani z tą, co to robiła, ani z żadną inną. W telekomunikacji powiedzieli mi, że telefon nie jest zepsuty, ale ja nie mogę się nigdzie dodzwonić! Nowe rzeczy się rozpadają, nie mogę pozbyć się pleśni…Nie mam już siły!

– Jesteś przemęczona, powinnaś odpocząć – idealna dobra rada.

– Odpocząć?! – krzyknęła już niemal histerycznie. – Jak?! Przecież ja nie mogę spać! Nie mogę znieść myśli, że ona jest za ścianą. Ta upiorna kobieta! Zaglądam tam od czasu do czasu, przez to okno…

– Dlaczego? – idealne uprzejme zdumienie. – Nie robiłaś tego wcześniej.

– Pomyślałam sobie… No wiesz, ja nawet za bardzo nie wiedziałam, jak ona wygląda. Pomyślałam, że przyjrzę się jej lepiej przez okno, to ją rozpoznam, jeśli kiedyś spotkam. Bo uznałam, że to niemożliwe, że naprawdę nigdy jej nie widuję. Może widuję, ale po prostu nie poznaję! Sylwetkę ma raczej zwyczajną, a jej twarzy przecież nie znam…

– I co? – idealne zaciekawienie.

– I… – zająknęła się. – Ray… ja chyba wariuję.

– Skądże, kochanie. Z pewnością nie wariujesz, wszystko będzie dobrze – idealne podniesienie na duchu.

Zaraz…Idealne?

– Kochanie? – powtórzyła Alice z niedowierzaniem. – Przecież prosiłam… To brzmi, jakbyś nie wiedział, co powiedzieć i mówił to, co wypada! Albo jakbyś zapomniał, jak mam na imię!

– Przepraszam – skrucha idealna. – Musiało mi się pomylić.

Pomylić?! Jakie znowu pomylić? Przecież…

Boże! On ma inną kobietę!

Nie, nie, oczywiście, że nie! Nie zdradziłby się tak głupio!

– Proszę, opowiadaj dalej – idealna zachęta. – O tej sąsiadce od okna. Chciałaś zobaczyć jej twarz…

– Tak – szepnęła, zapominając momentalnie o podejrzeniach sprzed chwili. – Tak…

– I co? – ponownie zaciekawienie idealne. – Zobaczyłaś?

– Ray… ona nie ma twarzy.

– Na pewno światło źle padło – idealne wyjaśnienie. – Przecież każdy ma twarz. Czy ta kobieta jest może oszpecona, poparzona? To miałaś na myśli?

– Nie! – krzyknęła znów bliska histerii. – Nie to miałam na myśli! Miałam na myśli, że ona nie ma twarzy! A przynajmniej nie miała…

– Nie rozumiem…

Nie pozwoliła mu dokończyć w obawie, że nie zniesie ani chwili dłużej obcowania z jego nowym, „idealnym” wcieleniem i nigdy nie wykrztusi z siebie tego, co ją dręczy.

– Kiedy pierwszy raz na nią spojrzałam miała w miejscu twarzy… Miała – zająknęła się, jednak szybko podjęła wątek, czuła, że musi to wyartykułować. – W miejscu twarzy miała coś, co wyglądało, jak kłąb mgły w cielistym kolorze… Tak, ja też myślałam, że to złudzenie, ale spojrzałam jeszcze raz. I kolejny. O różnych porach doby, przy różnym oświetleniu. Ona nie miała twarzy! Ale teraz zauważyłam… Od niedawna ona się zmienia. Mgła się jakby formuje, powoli zaczyna przypominać ludzkie rysy… Dziwisz się, dlaczego nie mogę spać?!

– Pracujesz nad nową powieścią?

– Ty myślisz, że ja to wszystko piszę? Że to tylko moje wymysły?! – spytała Alice zrozpaczona.

– Po prostu uważam, że jesteś przepracowana.

Nagle Alice z przerażeniem uświadomiła sobie, że Ray od dłuższej chwili nie zmienił wyrazu twarzy. Nie silił się już na idealną intonację wypowiedzi a w jego oczach nie odbijały się żadne emocje.

Uciekać. Uciekać. Ale gdzie?

Właściwie była już gotowa wybiec tak jak stała, w styczniową noc, na ulicę, w poszukiwaniu choćby jednego człowieka, z którego źrenic nie wyzierałaby pustka.

W tedy właśnie Ray uśmiechnął się. Dziwnie. Nienaturalnie. Ale był to jednak ludzki grymas wskazujący, że jego twarz nie znika… Przynajmniej na razie.

– Wszystko będzie dobrze – otucha idealna.

– Gówno tam! – rozzłościła się. – Nic nie będzie dobrze!

– Dlaczego się nie wyprowadzisz? – tym razem ton całkowicie neutralny.

– Co?!

– Skoro mówisz, że wszystko przez to mieszkanie, to dlaczego się nie wyprowadzisz?

– Ja nie… – zaczęła i stwierdziła, że nie ma żadnego dobrego argumentu, a jednak ponad wszelką wątpliwość mogła stwierdzić, że wyprowadzka nie wchodzi w grę. – Nie mogę!

– Masz pieniądze – stwierdził sucho Ray. – Nic cię tu nie trzyma.

– Jak to? – próbowała oponować, choć wiedziała, że Ray ma rację. – Mieszkam tu od…

– No? Od kiedy? – uśmiechnął się okrutnie, złośliwie.

A może tylko jej się wydawało.

– Przestań! – krzyknęła. – Wiesz, że nie lubię o tym rozmawiać! Chorowałam! Straciłam pamięć, nie wiem…

– Na co chorowałaś?

– Nie wiem!

– Kto cię leczył i gdzie?

– Nie wiem!

– Kto cię tu umieścił i kiedy?

– Nie wiem!

– Gdzie jest twoja rodzina?

– Nie…Przestań!

– Dlaczego ich nie odszukasz?

– Przestań!!!

Nie miała siły spojrzeć mu w oczy. Samo przeczucie wyglądającej z nich pustki sprawiało, że sztywniała ze strachu. Odwróciła się do niego plecami, skopując na podłogę płyty DVD, które przeglądali razem wesoło jeszcze chwilę temu. Albo może całe lata świetlne temu.

 

***

 

– Ja już nic nie wiem. Nic nie rozumiem – Alice zakończyła opowieść o ostatnich dziwnych wydarzeniach. – Dotąd mi to nie przeszkadzało. Wiedziałam, że istniała jakaś przeszłość, ale tak jak było, było dobrze Wręcz… idealnie. A teraz… Skąd ja się wzięłam w tym mieszkaniu? Dlaczego nie mogę go opuścić? Kim ja właściwie jestem?

Donna, jej najlepsza, niezawodna przyjaciółka wpatrywała się w nią uważnie, siedząc naprzeciwko przy kawiarnianym stoliku i skubiąc bezwiednie płatki dekoracyjnego goździka.

– Chodźmy na zakupy! – zaproponowała nagle wesoło.

– Donna, zlituj się! Ja naprawdę się o boję, a ty mi tu o zakupach! – Alice spojrzała zniechęcona w filiżankę z niedopitą kawą.

Napój wyjątkowo jej dziś nie smakował, choć znała przecież tę kawiarnię. Że też nawet w tak fajnym miejscu zaczęli oszczędzać. Dodają pewnie jakieś tanie paskudztwa… Jak tak teraz pomyślała, to ze smutkiem stwierdziła również, że i atmosfera w lokalu się zepsuła. Dawniej było tu przytulnie i rodzinnie, dziś natomiast od kelnerki wiało chłodem chyba bardziej, niż przez nieszczelne okna. Trzeba było prosić ją kilka razy, by w końcu raczyła podejść, choć wczesnym popołudniem w środku tygodnia w kawiarni nie było zbyt wielu gości.

– Przyjaciółki są od wyciągania na zakupy! – w radosnym szczebiocie Donny zabrzmiała fałszywa nuta.

Nie, ja już mam paranoję, pomyślała Alice. Dawno się nie widziałyśmy, miała prawo zapomnieć, że…

– Donna, ja nienawidzę zakupów!

– …a potem te korale, o których ci opowiadałam…

– Nie opowiadałaś.

– … a sukienkę przymierzysz, powinna pasować, bo ty jesteś szczupła, nie to, co ta stara kwoka. Ty wiesz, co ona mówi o tym, no… Wiesz, znasz go.

– Nie znam.

– No co ty, uśmiechnij się!

– Donna – spytała nagle Alice. – Jak długo my się znamy?

Z całą pewnością znała Donnę przed chorobą. To Donna właśnie była pierwszą osobą, która odwiedziła Alice, gdy ta już w domu odzyskała świadomość. Przedstawiła się jako stara przyjaciółka, więc…

– Długo – odpowiedziała Donna, rezygnując nagle ze swojego irytującego szczebiotu, którego, prawdę mówiąc, Alice nie zauważyła u niej wcześniej.

– Jak długo?

– Od zawsze – teraz jej ton niepokojąco przypominał ostatnie beznamiętne wypowiedzi Raya.

– Czyli od kiedy? – zniecierpliwiła się Alice. – Pamiętasz, jak się poznałyśmy? Wiesz, jak poznałam Raya? Ja…Ja nie pamiętam. Przyszedł niedługo po tobie, kiedy leżałam już w domu, powiedział, że jest moim narzeczonym… Wiesz coś? Powiedz mi!

– Ja jestem idealną przyjaciółką a Ray idealnym narzeczonym – powiedziała automatycznie, jak nakręcana lalka, niemal słychać było w jej głosie zgrzyt zardzewiałego mechanizmu.

– Tak – potwierdziła Alice z roztargnieniem. – Pewnie, ale…

– Ja jestem idealną przyjaciółką a Ray idealnym narzeczonym…

Alice poczuła, że sztywnieją jej włoski na karku. Jako że siedziała przy samym kaloryferze, nie mogła zrzucić tego na karb zimna.

– Wiesz coś o moich rodzicach? – spytała jeszcze.

– Bardziej by jej pasowały te w kratkę, ale nie, ona się uparła! I pas do pończoch, chociaż ona nie nosi pończoch!

Nie zastanawiając się nad tym, co robi, Alice zerwała się z krzesła tak gwałtownie, że przewróciła stojącą przed nią filiżankę. Resztka burego płynu rozlała się na wzorzystą serwetę. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Nieliczni goście rozmawiali przy swoich stolikach przyciszonymi, drewnianymi głosami. Donna również nie zareagowała. Wpatrywała się w przestrzeń nieobecnym spojrzeniem nienaturalnie turkusowych oczu. Zdawała się nie mrugać.

Nie tracąc czasu na szukanie portmonetki, Alice wybiegła z lokalu, w mało elegancki sposób pozostawiając Donnie do zapłacenia rachunek za obie kawy. Odprowadził ją obojętny, szklany wzrok mechanicznej lalki.

Biegła zrujnowanymi ulicami, wśród pyłu i dymu niewiadomego pochodzenia. Ludzie, których mijała, wyglądali jak wycięci z kartonu. Nie wykonywali niemal żadnych ruchów, poruszali się dziwnie posuwiście, jakby ktoś przymocował im do nóg kółka i ciągnął ich na niewidzialnym sznurku. Nie uśmiechali się i nie wykrzywiali, nie rozmawiali ze sobą wzajemnie.

Czy tak wygląda koniec świata?

Zatrzymała się, dysząc ciężko. Znajdowała się już blisko domu. Budynki wyglądały tu na nieco mniej zrujnowane, niż kilka przecznic dalej. Ludzie zachowywali się bardziej naturalnie a gryzący dym gdzieś się rozwiał. Nie była to jednak ulica, którą pamiętała sprzed kilku miesięcy. I tutaj dotarła już niepojęta klęska, zmieniająca kolorową, tętniącą życiem metropolię w dogorywające miasto widmo. Jeszcze bardziej przerażał Alice fakt, że nikt prócz niej zdawał się tego nie zauważać. Ale właściwie kto miałby zauważyć? Ci ludzie – nie ludzie? Te puste skorupy, upiory o szklanych oczach?

Po oglądanym dziś apokaliptycznym obrazie jednej z bardziej oddalonych ulic, Alice z ulgą powitała nawet swoje mieszkanie. Dawno już nie zapuszczała się w tak odległe rejony miasta i nie zdawała sobie sprawy, z panującego tam chaosu. Wstrząsnęło nią to do tego stopnia, że nie przejęła się nawet bałaganem panującym na jej klatce schodowej. Odpadający ze ścian w mieszkaniu tynk stanowił od pewnego czasu już codzienność, więc nawet nie zwróciła uwagi, podobnie, jak na wszechobecną wilgoć i pleśń. I na zasłonę, która znów była odsunięta, choć Alice z całą pewnością jej nie dotykała. Od dłuższego czasu w zasadzie w ogóle nie wchodziła do salonu. Zupełnie przestała podglądać upiorną sąsiadkę. Bała się tego, co może zobaczyć. Czasem tylko z zamkniętymi oczami podchodziła do kotary i zaciągała ją jedynie po to, by zaglądając chwilę później do pomieszczenia znów zastać okno odsłonięte.

Dźwięk klucza w zamku ucieszył ją. Choć przez ostatnie miesiące Ray zmienił się nie do poznania, był jedyną osobą, która jeszcze przychodziła ją odwiedzać.

– Ray! – wykrzyknęła z mimowolną ulgą. – Widziałeś, co się dzieje na zewnątrz?! Byłam przed chwilą na kawie z Donną i…

– Na zewnątrz nic się nie dzieje – uśmiechnął się uspokajająco.

W tym uśmiechu nie było jednak emocji. Stanowił jedynie grymas obliczony na wywołanie konkretnego efektu. Dawniej Alice nie dość, że nie uspokoiłaby się po czymś takim, to jeszcze popadłaby w przygnębienie i nabrała setek podejrzeń względem narzeczonego. Teraz ten sztuczny uśmiech to było najwięcej, na co mogła liczyć, więc przyzwyczaiła się. Jak do odpadającego tynku. Jak do pleśni. Jak do wiecznie odsłoniętej zasłony. Przyzwyczaiła się. Mimo to nie przekonał jej.

– Jak to: nic się nie dzieje? – zapytała z niedowierzaniem. – Przecież widziałam! Powiedz, o co chodzi? Jest wojna? Panuje zaraza? Nie mam żadnych informacji o świecie. Telewizor od dawna jest zepsuty, odbiorniki w barach, do których chodziłam też nie działają, sąsiedzi nie wpuszczają mnie do domów, podając jakieś głupie wymówi więc nie mogę posłuchać radia, czy obejrzeć wiadomości u kogoś innego, nikt ze mną nie rozmawia…Chociaż ty mi do cholery powiedz, co się dzieje!

– Nic się nie dzieje.

– Nie rób ze mnie idiotki!

– Przepraszam.

– Nie wytrzymam! To jest jakiś koszmar! Paranoja!

Pobiegła do sypialni i rzuciła się na łóżko. Do ciężkiego, stęchłego zapachu pościeli przywykła również, toteż już bez grymasu obrzydzenia naciągnęła na głowę lekko zawilgoconą kołdrę i rozszlochała się w poduszkę.

Wszedł chwilę później i zawołał ją po imieniu. Niechętnie wyjrzała spod przykrycia i ze zdumieniem stwierdziła, że jej narzeczony trzyma przed sobą imponujący bukiet czerwonych róż. Nie miała pojęcia, skąd je wziął. W domu na pewno takich nie miała a do kwiaciarni nie zdążyłby pójść w tym krótkim czasie. Ponadto w kwiaciarniach od pewnego czasu nie było już tak ładnych kwiatów. Chwilę później przypomniała sobie, że nie cierpi ciętych kwiatów a czerwonych róż w szczególności i Ray o tym doskonale wie.

– Kim ty właściwie jesteś, co?– zapytała drżącym głosem, bowiem w głowie zaświtała jej przerażająca myśl, że w jakiś sposób ludzie z jej otoczenia, którzy znali ją, jej upodobania i przyzwyczajenia, zostali zastąpieni… No właśnie, kim?

– Bardzo mi przykro, że cię uraziłem – rzekł uprzejmie Ray, nie dając po sobie poznać, że w ogóle usłyszał pytanie.

Wyciągnął ku niej bukiet, choć nadal leżała pod kołdrą. Kiedy nie wstała, by wziąć kwiaty, upuścił je na podłogę. Przez cały ten czas nie patrzył na nią.

– Dosyć tych demonstracji! – krzyknęła siadając na łóżku. – Jestem wyczerpana, rozumiesz?! Jestem zmęczona!Albo zaczniesz się zachowywać normalnie, albo się wynoś i nie wracaj więcej, dotarło?!

– Nie ma potrzeby podnosić głosu, kochanie – odparł wciąż tym przerażająco bezbarwnym tonem. – Jestem pewien, że kiedy porozmawiamy o tym spokojnie, dojdziemy do kompromisu.

– Przestań – szepnęła ukrywając twarz w dłoniach. – Przestań, przestań, przestań…

Zorientowała się, że płacze.

– Nie do końca rozumiem, o co masz do mnie żal, moja droga. Możemy o tym porozmawiać?

– Nie! Nie, nie, nie! Nie słucham cię! Nie zwracam na ciebie uwagi! Mam cię dość!

Sięgnęła po laptop. Od dawna już nie była w stanie pisać, zresztą wydawnictwo chyba zupełnie o niej zapomniało. Miała jednak kilka rozpoczętych historii, postanowiła więc uciec w swój wyimaginowany świat, jak to zwykła robić dawniej.

Otworzyła pierwszy z brzegu plik i aż przetarła ze zdumienia załzawione oczy. To, co wcześniej było jej opowieścią, jakąś częścią niej samej, w tej chwili stanowiło tylko bezładny zlepek niezrozumiałych znaków. Kolejna rozpoczęta historia wyglądała tak samo.

Alice ze wstrętem odrzuciła laptop, nie uległ jednak uszkodzeniu, bowiem upadł na łóżko. Natychmiast sięgnęła po niego ponownie tknięta nagłą myślą. Miała tam przecież zapisane pliki z książkami już wydanymi. Otwierała je po kolei, ale wciąż widziała tylko niezrozumiałe spirale, kreski i zawijasy niepodobne do żadnego znanego alfabetu. Co w takim razie trafiło na półki księgarni?!

Zerwała się z łóżka i ignorując stojącego nieruchomo Raya podbiegła do półki z książkami. Sięgnęła po egzemplarz własnej powieści, tej, z której była najbardziej dumna.

Spirale, kreski, zawijasy.

Chwyciła następną i jeszcze jedną…

Spirale, kreski, zawijasy.

Otworzyła pierwszą z brzegu książę innego autora.

Spirale, kreski, zawijasy.

Ray nagle, jakby ocknął się z jakiegoś letargu zbliżył się do niej i sięgnął po jej powieść, którą przed chwilą odłożyła na półkę.

– O tak – powiedział z uśmiechem kartkując ją. – Moja ulubiona. Jest wspaniała, naprawdę. Zwłaszcza ten fragment.

Wpatrując się z powagą w bezsensowne zygzaki zaczął recytować niepowiązane ze sobą słowa, których nigdy w życiu nie napisała ani ona, ani prawdopodobnie nikt inny.

Alice zaczęła krzyczeć. Bardzo głośno.

 

***

 

To już był koniec. Całkowity i absolutny koniec.

Alice nie potrafiłaby wskazać konkretnego momentu, w którym ekspedientki w sklepie przestały ją obsługiwać, a sąsiedzi zaczęli udawać, że jej nie widzą. Jedyne, co wiedziała, to że została sama. Zupełnie sama. Nie mogła kupić jedzenia nie porozumiewając się z ludźmi, doszło więc do tego, że kradła ze sklepów najpotrzebniejsze produkty spożywcze, które psuły się, zanim doszła do domu. Sam dom coraz szybciej zmieniał się w ruinę. Miała już trudności ze znalezieniem we własnym mieszkaniu przynajmniej w miarę suchego, ciepłego i pozbawionego pleśni miejsca do spania.

Tylko jedne drzwi nie nosiły na sobie śladów zniszczenia. Przeciwnie, podczas, gdy wszystko waliło się w zastraszającym tempie, mieszkanie upiornej sąsiadki bez twarzy zdawało się odzyskiwać blask, jaki miało zapewne za czasów swojej świetności. Przynajmniej takie wrażenie odnosiła Alice, przyglądając się ramom okiennym, lśniącym od świeżej farby, mimo, że nie widziała, by ktoś je malował, oraz drzwiom z jasnego drewna. Drzwi te, wbrew wszelkiej logice opierały się działaniu niepowstrzymanej, niszczycielskiej siły.

Samej sąsiadki Alice nadal nie spotkała. Zresztą teraz już niemal w ogóle nie spotykała sąsiadów, a nawet jeśli, to nie przypominała sobie, by cokolwiek mówili, czy to do niej, czy do kogokolwiek innego.

Ludzki głos mogła usłyszeć jedynie, gdy odwiedzał ją Ray, choć to, co mówił nie było raczej skierowane do niej. Chyba ją widział, a przynajmniej zdawał sobie sprawę z jej obecności, jednak z całą pewnością nie miał pojęcia, kim ona właściwie jest. Czasem jeszcze tylko nazywał ją po imieniu, jakby w przebłyskach świadomości, jednak przez większość czasu używał neutralnych, uprzejmych słów i zwrotów, przeznaczonych dla każdego i dla nikogo.

Czekała właśnie na niego, siedząc na tym, co zostało z jednego z foteli, stojącego dawniej w salonie, do którego teraz nikt już nie wchodził. Podjęła decyzję. Bez względu na swoją niejasną przeszłość, bez względu na irracjonalne poczucie, że nie może opuścić domu, musiała uciekać. Musiała się ratować.

Ledwie Ray stanął w progu podbiegła do niego.

– Nareszcie! – powiedziała mocnym, zdecydowanym głosem, którego od tygodni już nie używała. – Czekałam na ciebie. Posłuchaj, przemyślałam wszystko. Miałeś rację. Od początku miałeś rację. Musimy stąd uciekać! Jestem już spakowana, wzięłam też trochę twoich rzeczy. Możemy ruszać natychmiast. Gdziekolwiek, jak najdalej od tego…od tego cmentarza!

Ray nie odpowiedział. Nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem. Minął ją obojętnie i udał się do kuchni. Pobiegła za nim zrozpaczona.

– Wiem, że ostatnio nie układało się między nami… o ile można to tak nazwać. Ja nie wiem, co się dzieje. Ale jestem pewna, że kiedy stąd odejdziemy, wszystko wróci do normy! – przekonywała żarliwie. – Znowu będzie jak dawniej!

Ray nadal na nią nie patrzył, usłyszała jednak, że mówi coś cicho do siebie i wyjmuje telefon komórkowy z kieszeni spodni. Telefon miał stopione klawisze i stłuczony wyświetlacz, Ray chyba jednak coś na nim zobaczył.

– Powinna tu już dawno być – mruknął.

– Kto? – zapytała głośno.

Nie odpowiedział. Zamiast tego przyłożył niedziałający telefon do ucha.

– Alice – powiedział do słuchawki. – Gdzie się podziewasz? Odezwij się, bo się martwię.

– Ray! – krzyknęła mu do ucha, jak potrafiła najgłośniej. – Jestem tutaj, obok ciebie! Spójrz!

Potrząsnęła nim. Poczuła pod palcami szorstkość jego bluzy, on jednak nie zareagował. Równie dobrze mogłaby potrząsać workiem ziemniaków.

On mnie nie widzi! Co teraz? Co teraz?! Spanikowana Alice usiłowała ułożyć jakiś plan, jednak w tym momencie Ray podszedł do lodówki. Wyjął z niej ohydnie cuchnący kawałek zzieleniałego mięsa i trochę pokrytych pleśnią warzyw, po czym metodycznie zaczął kroić te składniki, całkowicie nie zwracając uwagi na to, że są niezdatne do spożycia. Dla Alice to było już za wiele. Zwymiotowała tam, gdzie stała, temu domowi i tak nic już nie mogło zaszkodzić. Zwymiotowała i ledwie widząc przez łzy pognała w noc.

 

***

 

Nie miała pojęcia, jak długo szła przed siebie. Nie wiedziała, czy minęły godziny, tygodnie, czy może lata. Mgliście pomyślała, że słońce powinno już chyba wzejść. Być może powinno nawet kilka razy wzejść i zajść. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Wszędzie panowała całkowita ciemność. Nie widziała niczego, nie była nawet w stanie dostrzec własnej dłoni, kiedy pomachała nią sobie przed oczami. O tym, że wciąż się porusza, że zmienia miejsce położenia, świadczyły zapachy. Raz czuła smród zawilgoconego i butwiejącego starego drewna, jakiś czas później wchodziła w strefę, gdzie znany jej już z ulic pył i dym wciskał się do oczu, nosa i ust. Od czasu do czasu dochodziła ja woń zgnilizny, lub spalenizny.

Straciła poczucie czasu i kierunku, dlatego kiedy ujrzała daleki błysk światła uznała go za halucynację. Błysk jednak nie znikał a im bardziej Alice się zbliżała, tym bardziej realnych kształtów nabierał. Ostatecznie okazał się oknem. Najzwyklejszym oknem, w którym świeciło się światło. Kiedy jeszcze Alice żyła w świecie, rządzącym się prawami logiki, takie widoki były na porządku dziennym, tu jednak emanujące blaskiem okno sprawiało wrażenie tak surrealistyczne, że aż nieprzyzwoite. Właśnie skończył się świat a tam, w tym jednym, jedynym pokoju, w cieple i przy świetle siedzi sobie ktoś, kto być może nie ma o tym pojęcia…

Nie zdążyła rozwinąć tej myśli, bowiem kolejne odkrycie niemal zwaliło ją z nóg. Przecież to był jej dom! Jej kamienica! Stąd wyruszyła w ciemność, przebyła szmat drogi i na ślepo dotarła tu z powrotem. A może…może wcale nie ruszyła się z miejsca?

Jej dom, jej niegdyś ukochane mieszkanie, spustoszone i zrujnowane. I Ray…A to okno, to światło…

– Ty czarownico! Wiedźmo! – wyszeptała, dygocząc ze złości i wbiegła na to, co pozostało z klatki schodowej. – Jak to zrobiłaś?! Musisz mi powiedzieć!

Bez trudu znalazła odpowiednie drzwi. Sączyła się spod nich smuga ciepłego światła.

– Otwieraj! – krzyknęła Alice. – Otwieraj natychmiast!

Spróbowała załomotać pięścią w drzwi, jednak jej ręka nie natrafiła na żaden opór. Najzwyczajniej w świecie przeniknęła przez materię.

Czy ja… O Boże! Alice aż zakręciło się w głowie na samą myśl. Umarłam! Jestem duchem! Ale…jak mogłam to przeoczyć? Przecież byłam w stanie dotknąć Raya, nawet, kiedy mnie nie widział. Czyżbym umarła tam…w ciemności? Nie… Czy duchy mają zawroty głowy?

– Otwieraj! – krzyknęła znowu. – Nie obchodzi mnie, jaką masz twarz i czy w ogóle ją masz! To ty to wszystko robisz! Ty to sprawiasz! Otwie… A nie! Przecież nie musisz! Sama sobie wejdę! O, widzisz, do czego doprowadziłaś?! Teraz będę cię straszyć!

Tak, jak podejrzewała, bez trudu przeniknęła przez drzwi i niczym w lunatycznym transie skierowała się do rzęsiście oświetlonego pokoju, który podejrzanie przypominał jej własny salon…

Na kanapie siedziała niczym się nie wyróżniająca dziewczyna. Miała najzwyklejszą w świecie, dość miłą twarz. Także sylwetka i fryzura nie pasowały do kobiety, którą Alice widywała za oknem. Dziewczyna patrzyła wprost na Alice, ale najwyraźniej jej nie widziała. No tak, to ze straszeniem mogą być kłopoty, skoro mnie nie widać, pomyślała Alice. Miała jednak nadzieję, że kiedy stanie przed upiorną nieznajomą coś się jednak wydarzy, że konfrontacja będzie możliwa.

– Herbata gotowa! – głos, który rozległ się z kuchni zmroził Alice do szpiku kości.

Głos kobiety zza okna.

Głos kobiety bez twarzy.

Głos zadziwiająco znajomy. Tak podobny i jednocześnie tak różny…

– Chodź szybko! – ponagliła wesoło siedząca na kanapie dziewczyna.

I zawołana przyszła.

Miała twarz, a jakże. Alice patrzyła uważnie, chociaż nie musiała. Znała to wszystko na pamięć. Blada cera, wystające kości policzkowe, duże, niebieskie oczy, lekko zadarty nos, małe usta. Włosy czarne i lśniące, opadające na ramiona. Makijaż lżejszy, niż ten, który Alice robiła sobie, gdy jeszcze w ogóle myślała o takich rzeczach. Całkiem ładna sukienka w intensywnych odcieniach czerwieni i błękitu. Małe, błyszczące kolczyki. Ani tej sukienki, ani kolczyków Alice nigdy nie widziała u siebie w garderobie.

Nic się nie zdarzyło. Nie było żadnego impulsu, żadnego olśnienia. Ta druga chyba też nic nie poczuła, bo spokojnie zaniosła na stół tacę z herbatą i usiadła obok swojej koleżanki.

Skoro ona ma teraz moją twarz, to czy to znaczy, że ja nie… Wstrząśnięta tą myślą Alice uniosła ręce, by dotknąć swoich policzków, oczu nosa. Bo przecież to wszystko miała. Musiała mieć! Uniosła ręce i krzyknęła rozdzierająco, czego żadna z siedzących przy stole kobiet nie usłyszała. Alice czuła, że poruszyła ramionami, ale ich nie widziała. Stała się przezroczysta! Od jak dawna to trwa?! Czy to dlatego nagle ludzie przestali ją zauważać? Ta wiedźma ukradła mi nie tylko twarz! Ukradła mi całe ciało, wszystko…! Jak…?!

– Świetnie wyglądasz, Alice – rzekła z uśmiechem nijaka dziewczyna, popijając herbatę z kolorowej filiżanki.

Nawet imię! Zabrała mi nawet imię!

– Terapia mi służy – odparła Ta Druga. – Naprawdę pomaga. Było już ze mną bardzo źle…

– Co właściwie…?

– Wiesz, trochę trudno to wyjaśnić. Po śmierci rodziców zamiast pozwolić sobie na zdrowy żal udawałam, że wcale nie jest mi przykro. Potem musiałam szybko znaleźć pracę i znalazłam. Okropną. To naprawdę żadna przyjemność pisać do lokalnej gazety walentynkowe reportaże z kwiaciarni, albo doniesienia o znalezieniu rekordowego prawdziwka w lasku koło publicznego sracza. Ale wmawiałam sobie, że to takie artystyczne zajęcie…No wiesz, żyję z pisania. Brzmi dumnie, nie?

Roześmiały się obie.

– No i ostatecznie zaczęłam tak robić ze wszystkim – kontynuowała Ta Druga. – „Przecież jest fajnie, zawsze o tym marzyłam, o tak, to jest coś, cóż za szalona satysfakcja”. Mój facet jest idealny, mam przyjaciółkę od serca, fajną pracę i w ogóle cudowne życie. Rodziców nie mam, ale przecież wcale nie jest mi przykro z tego powodu, w sumie tego nie zauważam. Stworzyłam sobie osobowość tak odmienną o własnej, że aż zaczęło to być niebezpieczne. Udałam się do terapeuty, kiedy… kiedy…

– Tak?

– Kiedy zaczęło mi się wydawać, że w lustrze widzę nie siebie, ale tamtą… Nie myśl, że zwariowałam. Fakt, miałam słabszy okres… To kim byłam zupełnie nie pasowało do tego, kim chciałam być. Byłam zmęczona, wyczerpana ciągłym udawaniem…Czasem zdawało mi się, że z lustra patrzy na mnie tamta wymyślona. Nawet pokój widziany w lustrze był inny, niż mój własny! Widywałam tamtą z facetem trochę przypominającym mojego Raya, tylko znacznie przystojniejszym, dokładnie takim, jakim sama chciałam go widzieć. Zaczęło mi się wydawać, że tamta jest bardziej rzeczywista ode mnie, że zaczynam znikać. Okropne uczucie. Straszne. Zaczęłam zasłaniać lustro kotarą…

Dopiero teraz Alice zobaczyła, na co wskazuje Ta Druga, mówiąc o lustrze.

– To nie jest żadne lustro! – krzyknęła, choć wiedziała, że nie mogą jej usłyszeć. – To okno! Więc oczywiste, że mnie widywałaś, idiotko!

Podeszła do dużego, szklanego prostokąta w masywnej ramie i spojrzała, jednak nie dostrzegła po drugiej stronie swojego salonu, teraz prawdopodobnie zrujnowanego. Nie dostrzegła prawdę mówiąc żadnej drugiej strony. Gładka tafla zwierciadła odbijała wiernie wszystko, co działo się w salonie. Wszystko, prócz płaczącej bezgłośnie Alice.

– Brzmi strasznie – rzekła ze współczuciem koleżanka Tej Drugiej. – Jak z tego wyszłaś?

– Stopniowo. Lekarz powiedział, że muszę zrezygnować z tego, co sobie wmawiałam, powoli, metodycznie burzyć wszystkie swoje złudzenia.

– Burzyć… – szepnęła ze zgrozą Alice, przypominając sobie ruiny i gruzy, w jakie zmieniło się jej ukochane miasto, jej ukochane życie.

– Zaczęłam od mniej znaczących rzeczy – kontynuowała Ta Druga. – Na przykład stosunkowo łatwo było mi się pozbyć obrazu idealnych urzędników i pogodzić się z faktem, że często bywają chamscy. Starałam się wreszcie zacząć widzieć rzeczy takimi, jakie są a nie jakie chciałabym, żeby były. Dotyczyło to wszystkiego. Najtrudniej było oczywiście z bliskimi, tak długo ich idealizowałam, wmawiałam sobie, że ta idiotka Donna to idealna przyjaciółka, a egoista Ray – idealny narzeczony. Na koniec zostały mi tylko podświadome strzępy głupich, zasłyszanych gdzieś przekonań. Przyjaciółka na pocieszenie wyciąga na zakupy, facet przynosi kwiaty…Chociaż sama nie cierpię ciętych kwiatów, zwłaszcza…

– … czerwonych róż – szepnęły obie Alice jednocześnie.

– Zbudowałam sobie cały świat ze złudzeń – westchnęła Ta Druga. – Całe otoczenie, znajomych, przyjaciół, narzeczonego i w końcu samą siebie. Wszystko wymyśliłam. Teraz wszystko zburzyłam. Cieszę się, że wreszcie mogę o tym tak wprost mówić.

– To nie… To niemożliwe. Niemożliwe – szeptała Alice. – Przecież ja żyłam tym idealnym życiem. Tym, którym ty nie mogłaś żyć. Ja jestem…byłam…prawdziwa! Czułam, śmiałam się, płakałam, kochałam…

Zauważyła już bez specjalnego zdumienia, że jeszcze przed chwilą czuła swoje ramiona, choć nie mogła ich zobaczyć, teraz natomiast nie ma już żadnej świadomości ciała. Jeszcze widziała, jeszcze słyszała… Jeszcze.

Koleżanka Tej Drugiej podeszła do okna. Zwykłego okna, wychodzącego na zwykłą ulicę. Dopiero teraz Alice zauważyła, że świat nadal trwa. Ale to nie był jej świat. Jej świat naprawdę się skończył.

– Piękny wieczór – rzekła koleżanka Tej Drugiej.

– Piękny. Teraz nareszcie i ja mogę się cieszyć pięknymi wieczorami – uśmiechnęła się zagadnięta.

– Dużo przeszłaś…

– Tak. Ale już w porządku. Nareszcie mogę odsłonić lustro. Jestem wolna. Czuję się jakbym… Jakbym odzyskała twarz.

 

Dźwięki i obrazy rozpływają się, migoczą, rozciągają się i kurczą. Alice słyszy jeszcze głos. Głos otacza ją, otula. Towarzyszy jej do samego niebytu.

Jestem wolna. Czuję się, jakbym odzyskała twarz.

Mówi.

Ta Druga.

Ta Pierwsza.

Ta Jedyna.

 

Koniec

Komentarze

 Raczej jednak " Kobieta zza okna". Brak jednej litery w trzecim wyrazie tytułu. A tytuł bardzo fajny ...

Tak, dzięki, oczywiście, że "zza okna", już poprawiam :)

Przeczytałem. To opowiadanie było gdzieś  publikowane w wydaniu papierowym? Jeżeli nie, to szkoda, że zostało tutaj zamieszczone. Tekst jest dość mocno przegadany, a wiele zdań, moim zdaneiem, jest do  dopracowania, podobnie jak zapis dialogów, ale to jest bardzo dobry tekst. Trochę szwankuje samo zakonczenie. Gratulacje. 
5/6

Nooooo, mocne. Dobre.
Absolutnie nie spodziewałem się takiego rozwiązania. Ode mnie 6

Przeczytałam. Nie chciałam, nie klikam w opowiadania żeby czytać, tylko żeby je przeskanować, ale to się uparło - pierwszy plus. Drugi to sugestywna wizja pleśniejącego pokoju, sztuczni ludzie i idealne kwestie też zagrali dobrze. W sumie ktoś nade mną miał rację - sprawdziłoby się w papierze, jakkolwiek moim zdaniem momentami było przegadane (ostatni kawałek, znaczy, dialog drugiej Alice z przyjaciółką jest najlepszym przykładem), a innymi momentami jechałaś takimi... Skonwencjonalizowanymi kliszami językowymi, co mnie strasznie bolało, bo czytam sobie, czytam, czytam z przyjemnością, całkiem wczuta i w ogóle, aż tu nagle "Nie miała pojęcia, jak długo szła przed siebie. Nie wiedziała, czy minęły godziny, tygodnie, czy może lata." - to też jest przegadane swoją drogą, w większości wypadków takie coś nie boli, w dobrych tekstach owszem. To znaczy, to jest częsty zabieg strasznie. Jeśli chodzi o przykłady przegadania to jeszcze to "laptop nie uległ jednak uszkodzeniu, bowiem upadł na łóżko" - poza tym gryzie, bo jakoś mi się kłóci z ogólnym stylem tekstu.

Ale generalnie bardzo mi się podobało - czytałam dla przyjemności, a nie z misji poprawiania błędów albo dla śmiechu, co jest w internecie ewenementem właściwie.

Bardzo, bardzo dobre opowiadanie! Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością, mimo że odstraszają mnie długie, internetowe teksty. Obstawiałem, że historia potoczy się w innym kierunku (motyw "sztucznych" ludzi skojarzył mi się z jednym z odcinków kultowej Strefy Mroku i poprowadził wnioskowanie na niewłaściwe tory), ale tym większy plus za zakończenie.

Nie mogę jeszcze wystawiać ocen, ale ode mnie masz 6.

Ja w kwestiach stylistycznych dopisuję  się do komentarza June i jeszcze tylko dodam, że przed "a", w razie wątpliwości, bezpieczniej postawić przecinek. Ty na początku wszystkie pozjadałaś. To tyle marudzenia.

Też dołączam się do zachwyconych. Chociaż rano przypadkowo usłyszałam "słowo klucz" i czytałam już z odpowiednim nastawieniem, to o dziwo, nie odebralo mi to ani przyjemności z czytania, ani nie zmniejszyło zainteresowania. Cały czas miałam oczywiste skojarzenia z "Alicją po drugiej stronie lustra" i "Koraliną" i trochę się bałam, że zakończenie mnie rozczaruje, a tu miła niespodzianka :) Tego bym się nie domyśliła :)

Btw. nie wiem, czy Ci to pisałam pod poprzednim tekstem, ale masz świetny avatar ;) 

www.herbatkauheleny.pl

Bardzo mi się podobało. Moim zdaniem najlepsze opowiadanie w grudniu. Sugestywne, świetnie napisane (zwłaszcza przewrotne użycie "klisz" językowych, które jak się okazuje, mogą być użyte twórczo :), zapadające w pamięć. Moje klimaty ;) Zakończenie też mnie zaskoczyło, spodziewałam się raczej typowego "i-okazuje-się-że-jest-duchem-tylko-o-tym-nie-wie", a tu nie - brawo.

Świetne, po prostu świetne. Możesz być z siebie dumna - przez Twoje opowiadanie mało nie spóźniłem się na uczelnię, a na okienku zaraz pognałem do komputerów na wydziale, żeby móc je dokończyć. Bardzo podobała mi się wizja równoległych światów i emocje Alice. Można było wyczuć, że opowiadanie było pisane przez kobietę, ale to plus! :) Co do strony technicznej, nie będę już nic dodawał, bo chyba wszystko zostało powiedziane. Gdybym miał taką możliwość, dałbym Ci piątkę.

Pozdrawiam,

nithiel

Dobrze budowany klimat grozy, ciekawy pomysł - tekst naprawdę na poziomie. Brawo!

Przez pierwsze parę akapitów zwracałem uwagę na jakieś brakujące przecinki, pierdółki, i tym podobne, ale przy takiej historii zaniechałem tego po minucie. Nie będę się rozwlekał, bo ochów i achów dostarczyły już komentarze powyżej... Dla mnie po prostu - perełka!

Tak na marginesie: świetnie oddałaś atmosferę narastającej paranoi :D

Pozwoliłem sobie sam wyciągnąć z archiwum, bo szkoda, aby tak dobrze oceniane, piórkowe teksty, nam tam zalegały. Autorko, jeśli chcesz, aby pozostałe Twoje teksty mogły być dalej komentowane i czytelnicy mieli do nich łatwiejszy dostęp, możesz uczynić to samo. :-)

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Faktycznie, zasłużone piórko – ciekawy pomysł, nieoczekiwane zakończenie. Podobało się. Faktycznie, nieco przegadane. Ale w sumie pisarka…

Albo może całe lata świetlne temu.

Lata świetlne to jednostka odległości. Ma niewiele wspólnego z czasem.

Babska logika rządzi!

To jedno z pierwszych opowiadań, które tu przeczytałam. Było to ponad cztery lata temu, ale pamiętam, że Kobieta zza okna zrobiła na mnie spore wrażenie, a lektura była nad wyraz satysfakcjonująca. Teraz, kiedy przeczytałam tekst ponownie, stwierdzam z zadowoleniem, że dobre wrażenia pozostały.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe, podobało mi się :)

Nowa Fantastyka