- Opowiadanie: stalowoszary - Karpa

Karpa

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Karpa

Jestem sfrustrowanym pracownikiem korporacji.

 

Dzień w dzień o 6:00, gdy wychodzę z ciepłej pościeli i stawiam po raz pierwszy stopy na zimnej podłodze mój żołądek kurczy się na chwilę na samą myśl o tym, że znów pojadę do królestwa sztucznego uśmiechu i będę robił rzeczy, których nienawidzę wśród ludzi, których nie cierpię.

 

6:15 – kończę myć zęby i żołądek znów zalewa zimno. Chcąc nie chcąc myślę cały czas o sprawach zaczętych przedwczoraj, nieskończonych wczoraj i czekających dzisiaj.

 

6:30 – dojadam resztkę śniadania, zamykam puste mieszkanie i wsiadam do wysłużonego Forda, którym z trudem przebiję się przez korki zbudowane z setek, tysięcy ludzi tak samo sfrustrowanych jak ja, tak samo niechętnie jak ja przebijających się na czas przez tłum samochodów, żeby potem zmarnować jedną trzecią doby/życia na rzeczy do niczego im tak naprawdę niepotrzebne, a kuriozalnie pozwalające po prostu przeżyć i utrzymać rodzinę.

 

7:01 – minuta spóźnienia. Elektroniczne czytniki uśmiechają się szyderczo, w tym samych czasie kablując mojemu Szefowi na czerwono, że już drugi raz w tym półroczu okazałem się niegodnym zaufania chłystkiem i okradłem chlebodawcę z minuty mojego życia, za którą będę musiał oddać potem ze dwie darmowe nadgodziny, ślęcząc bez sensu w biurze i udając tytana pracy tylko po to, żeby nie zapłacić za tę że minutę połową swojej kwartalnej premii.

 

7:05 – przemieściłem się za pomocą windy, holu i własnych odnóży przez kolejne korki złożone z szeregu paszcz świecących białymi bądź pożółkłymi zębami, z wytresowanych prawych dłoni niby serdecznie ściskających moją co najmniej równie dobrze udającą serdeczność dłoń, i z pseudoprzyjacielskich klepnięć w plecy, które odwzajemniam wyjątkowo szczerze i chętnie wyobrażając sobie, że dźgam tych ludzi ostrym sztyletem między łopatki, tnąc skórę, mięso i sterczące pod nimi gnaty. Przebiłem się do swojego kojca, w którym będę tkwił jak bura suka na łańcuchu co najmniej osiem godzin harując na swoją miskę zupy – marny przelew pod koniec miesiąca.

 

7:15 – siedzę lekko przygarbiony przy swoim wysłużonym biurku z zapałem wstukując w klawiaturę rzędy cyferek z kartki rozłożonej na blacie tuż przede mną, dzieląc niemal równo swoją uwagę pomiędzy rzeczoną kartkę a migający ekran monitora, gdzie w czarodziejski sposób pojawiają się te same rzędy cyferek. Chyba, że się pomylam, wtedy za pomocą leżącej tuż obok, tępej i leniwej myszki ustawiam kursor w miejscu pomyłki i dilejtuję swój błąd, sprytnie wprowadzając w miejsce pomyłki zupełnie poprawne dane.

 

8:30 – przerwa. Rozdając hojnie grymasy uśmiechu i z udawanym zaskoczeniem przyjmując informacje o pogodzie za oknami przebijam się do automatu, gdzie czeka na mnie jedyna przyzwoita w tym miejscu rzecz – kawa. Pijałem już lepsze kawy ale ta jest wyjątkowa – oprócz aromatu i zastrzyku energii daje gratis odrobinę czasu, który jest czasem tylko dla mnie. Mam go na wyłączność i bezduszna korporacja, tępy Szef ani nibyżyczliwi współpracownicy nie są mi go w stanie odebrać.

 

8:32 – wyjątkowo szybko dotarłem do wehikułu czasu i delektuję się wreszcie aromatem kawy, której mi wehikuł w swej dobroci nalał. Podnoszę kubek do ust, przymykam oczy, niby szykując się na niezwykłe doznania smakowe, a faktycznie po to, żeby nie patrzeć na otaczające mnie fałszywe paszcze, składam wargi w dziubek żeby mogły zaczerpnąć gorącego napoju i już – już niemal czuję ciecz wpływającą do jamy ustnej gdy słyszę nienawistne:

 

– Rob… aku ty mój…

 

…i czuję na ramieniu łapę mojego tępego Szefa. Robert, mam na imię Robert. Robert Karpa. Na jednej z imprez integracyjnych, gdy byliśmy już nieźle wstawieni któryś z kolegów chciał mnie po coś tam zawołać, ale pijacka czkawka pozwoliła mu tylko dukać: „Rob…", „Rob…". „– …aku ty mój" dokończył dowcipnie mój Szef, jako Szef pijany bardziej niż inni, bo zawsze starał się być nam przykładem I tak mu się mój nowy pseudonim spodobał, że już na zawsze „Robakiem" zostałem bez względu na to, czy mi się to podoba, czy nie.

 

8:33 – Więc słyszę wspomniane już „Rob… aku ty mój" i czuję na ramieniu jego ciężką łapę. Przekładam kubek z kawą do lewej ręki i odwracam się ze sztucznym wyszczerzem kłów markującym radość, żeby pseudoserdecznie potrząsnąć w geście powitania prawicą mojego zwierzchnika, a w myślach składam palce w pięść i walę go w szczękę z całą siłą, jaką daje mi frustracja, agresja wyhodowana w korkach i nienawiść do otaczającego nas stada; rzędów cyfr przeklepywanych codziennie do komputera i podeschniętej paprotki zwieszającej się z półścianki u koleżanki w boksie obok. Ze zdziwieniem słyszę trzask pękających kości, widzę mojego Szefa zalewającego krwią z wybitych zębów białą koszulę i lecącego bezwładnie do tyłu, jakby jego plecy umówiły się na dymaną randkę z podłogą i czuję ból połamanych kostek w mojej nienawykłej do przemocy dłoni.

 

Przez moment cisza kłuje w uszy, a wytrzeszczone gały otaczających nas postaci rosną i rosną i rosną i po chwili mam wrażenie, że dookoła przestrzeń składa się wyłącznie z coraz bardziej wytrzeszczających się oczu.

 

Tuż po chwili tej niesamowitej ciszy bez najmniejszego ostrzeżenia rozlega się ostry krzyk – kobiece gardło wydaje donośny, nieartykułowany dźwięk o drażniącej tonacji, uwalniając tym samym burzę pokrzykiwań, zakłopotanych chrząknięć i nierozpoznawalnego szmeru.

 

8:33 i jakieś sekundy później – stoję oszołomiony wśród równie oszołomionych, dziwnych stworzeń składających się głównie z wytrzeszczonych oczu. U niektórych zauważam też rozdziawione gęby, u jednej z koleżanek całkiem fajne cycki, wystające z kuszącego dekoltu. Mimo oszołomienia skupiam się na cyckach.

 

Pomocne łapki przerywają randkę pleców mojego Szefa z podłogą i stawiają go do pionu mniej więcej na wprost mnie, tak, że dokładnie widzę wiry nienawiści w jego oczach i braki w uzębieniu, gdy szczerzy się z bólu. Powoli przełamując swoje dotychczasowe wyobrażenie o całej tej sytuacji dochodzę do wniosku, że owo uderzenie, które sobie z taką perfekcją wyobraziłem musiało mieć miejsce naprawdę. Bo skąd w innym przypadku ból mojej ręki oraz braki w uzębieniu i wiry nienawiści w oczach mojego Szefa?

 

8:34 – Odetchnąłem z ulgą, bo czas jednak płynie. Szef coś krzyczy, ale niewyraźnie, bo przez szczerbę powstałą po wybiciu dwóch górnych jedynek zaciąga za dużo powietrza, a płynąca z rany krew spływa mu do gardła i trochę go dławi.

 

Ktoś chwyta mnie za ramiona i szarpie na boki, ktoś wymachuje mi przed nosem zaciśniętą pięścią, banda przydupasów łasi się do zalanej krwią ofiary mojego prawego sierpa jak żubry do paśnika w zimę stulecia, oferując chusteczki, moralne wsparcie i jego pozbierane z podłogi jedynki.

 

Do mojej skołatanej głowy zaczyna docierać, że to co się stało to nie science-fiction, że sytuacja jest naprawdę poważna i że może mieć dla mnie dość przykre konsekwencje. Próbując z gracją wybrnąć z tarapatów unoszę rękę do góry i uchylam lekko usta sugerując, że oto chciałem coś powiedzieć. Tłum milknie i z nieskrywanym zaciekawieniem patrzy na moje wargi, jakby miało z nich nagle spłynąć nieziemskie oświecenie.

 

Mój mózg pracuje teraz na pełnych obrotach i mkną przez niego setki uzasadnień tego, co się właśnie stało, ale w momencie, gdy z gardła dobywają się głoski do moich zdziwionych uszu dociera tylko:

 

– Prima Aprilis!

 

– Ty bandyto! – wrzeszczy wściekły ochroniarz, który właśnie zdążył przebić się przez tłum, a tysiące Voltów z jego paralizatora przyjemnie łaskocze moją skórę.

 

Uśmiecham się, a on zaskoczony jak klient burdelu, który znajduje u wybranej dziwki zamiast dziurki ptaka dźga mnie paralizatorem raz po raz, ściskając biedne urządzenie aż bieleją mu kostki na palcach. Czyżby myślał, że prąd wyciska się z paralizatora jak sok z cytryny?

 

Tłum zszokowany moim żartem i tym, że urządzenie do obezwładniania tylko mnie rozbawiło zamiast powalić wypuszcza na pomoc ochroniarzowi macki złożone z kilku bardziej rosłych „kolegów", które to macki próbują ogarnąć mnie i sprowadzić do poziomu podłogi.

 

Rżę teraz jak ogier na widok smukłej klaczy. Jednym ruchem rąk roztrącam wiotkie postacie, podrzucam lekko ochroniarza i kopem z półobrotu posyłam go kilka metrów w stronę najbliższej ściany, od której odbija się jak piłeczka i zalicza z hukiem glebę. Już nie wstaje.

 

Oczy wokół wytrzeszczone zmieniają się w oczy przerażone i umykające. Pomrukiwania i łiszpery zmieniają się w krzyki spieprzające gdzie popadnie. Śmieszny człowiek bez jedynek i w pokrwawionej koszuli bełkoce rozchlapując czerwone plamy, i próbując zasłonić się wyciągniętą ręką z rozpostartymi palcami gdy podchodzę do niego, zaciskam mu dłoń na gardle i unoszę go w górę tylko po to, żeby grzmotnąć jego pustym łbem o sufit. Cholera, zapomniałem, że to nie beton tylko podwieszone panele i zamiast zmienić się w mokrą plamę ten gnój mi gdzieś tam po prostu wleciał!

 

Odbiłem się i wskoczyłem za nim. Ciemno. Ciemność mi zupełnie nie przeszkadza. Jemu tak. Zamiast iść po wzmocnieniach stawia łapy gdzie popadnie. To na płycie, to na kablach… Zapada się, chwyta przypadkowych przedmiotów i brnie dalej. Nie wie, że nic mu już nie pomoże, bo umarł dawno temu, gdy po raz pierwszy nazwał mnie „Robakiem". Nie wie, że demon, który we mnie drzemał zanotował jego nazwisko w swoim czarnym notesie, wśród litanii innych nazwisk, których właściciele jakoś sobie na to zapracowali, by się tam znaleźć…

 

Trzy ruchy i jestem obok, choć on mnie nie widzi. Pełznie w stronę ciasnego kanału wentylacji. Podoba mi się ten pomysł, więc nadal się nie ujawniam i płynnie przemieszczam się tuż przy nim. Ogląda się za siebie z przerażeniem i choć mnie nie dostrzegł, pędzi dalej ku swemu przeznaczeniu. To miało skończyć się szybko, ale tak nie będzie. Jego strach sprawia mi coraz większa frajdę, więc nie pójdę mu na rękę i nie załatwię tego od razu. Będę się karmił jego rosnącym obłędem i napawał każdą chwilą, gdy będzie wył i skamlał. To będzie czas tylko dla mnie w taki sam sposób jak wtedy, gdy piłem nienajgorszą kawę z firmowego automatu. Będę się tym delektował dopóty, dopóki nie znudzi mnie ta zabawa i nie pójdę szukać następnego ścierwa.

 

Zrywa kratę i wciska tłuste dupsko do czarnego otworu, by po chwili znieruchomieć.

 

Wpełzam obok. Przesuwam się nad nieruchomymi nogami, ledwo mieszczę się nad śmierdzącymi pośladkami, a potem płynnie mijam plecy i głowę wspartą czołem o podłogę. Unoszę ją lekko za włosy i widzę nieruchome oczy i otwartą gębę, z której wypływa ślina i z której nie słychać ruchu powietrza. Więc jednak mi uciekł! Cwaniak umarł sobie na zawał, odbierając mi całą spodziewaną przyjemność. Fetor fekaliów rozchodzi się w blaszanej rurze, w której siedzimy, gdy puszczają mu zwieracze. Nie ma tu już dla mnie nic do roboty. W sumie osiągnąłem swój cel, choć uciekło mi nieco zabawy.

 

Spływam tą samą drogą, którą się tu dostałem. Obojętnie patrzę, jak z wyciągniętymi przed siebie spluwami ostrożnie wchodzi dwóch policjantów i metodycznie bada teren. Nic do nich nie mam, więc mijam ich i przemieszczam się na dół, do wyjścia, przelatując na parterze nad rozhisteryzowanymi widzami mojego spektaklu. Po część z nich jeszcze wrócę, ale już nie dzisiaj.

 

Choć wszystko działo się bardzo płynnie i wyglądało na zaplanowane sam jestem trochę zaskoczony, bo jeszcze chwilę temu byłem przecież zwykłym, sfrustrowanym pracownikiem korporacji, wyobrażającym sobie w chwili gniewu atak na Szefa.

 

Najbardziej jestem jednak zaskoczony tym, że spływając tam z góry, spomiędzy plątaniny kabli i połamanych kasetonów, które stały się grobem mojego Eksbosa, zobaczyłem znajomą, skuloną sylwetkę na podłodze, z siną skórą, oczami zalanymi krwią i paluchami powykrzywianymi jak przez reumatyzm.

 

Moje ciało leżało tam totalnie martwe i bez szans na to, by przyjąć mnie z powrotem.

 

Ostatni raz odwracam się i zerkam na tłum roztrzęsiony koszmarem, który właśnie się zakończył. Tłum, który nawet nie podejrzewa, że to dopiero początek.

 

Koniec

Komentarze

hmm, mam mieszane uczucia co do tego tekstu. niby jest poprawny, niby jest tu też kilka błędów. wiem napewno, że nie napawa mnie żadnymi skrajnymi uczuciami - ani pozytywnymi, ani negatywnymi.
moim zdaniem nie wyróżnia się specjalnie ani formą, an treścią. gdybym miał oceniać, dałbym mu myślę 3+

Sprawnie napisany. Jest warsztat na powstanie czegoś dobrego. Ode mnie 3

Byłoby nieźle, gdyby nie to, że czytałam już bardzo podobny tekst. I w dodatku lepszy. Polecam "Upadek" autorstwa Exturio. Poza tym wkurzają mnie teksty, które tak jednostronnie pokazują korporacyjne życie. Robotę można zmienić jak się nie podoba.

Odnośnie korporacji- problem nie polega na robocie, tylko na nastawieniu pracownika. Z mojego doświadczenia.

@Tomasz - dokładnie. Jak się ma mentalność niewolnika-frustrara, to w każdej pracy człowiek będzie się czuł jak bohater powyższego tekstu ;)

Dzień w dzień o 6:00, gdy wychodzę z ciepłej pościeli i stawiam po raz pierwszy stopy na zimnej podłodze mój żołądek kurczy się na chwilę na samą myśl o tym, że znów pojadę do królestwa sztucznego uśmiechu i będę robił rzeczy, których nienawidzę wśród ludzi, których nie cierpię.
- z pościeli czy spod pościeli? choć chyba prędzej spod kołdry. I raz pierwszy zapewne też tych stóp nie stawia na podłodze.  I będzie robił rzeczy, których nienawidzi u ludzi, których nie cierpi czy wśród? Bo to jakoś mi tu nie gra, pewnie przez te przecinki i zbyt długie zdanie. Za długie te zdania masz, sporo w nich niejednoznaczności.

Korporacja to tylko motyw wprowadzający (odsyłam do końcówki). Nie zamierzałem wzbudzać tu dyskusji na jej temat, bo ilu ludzi tyle opinii. Składnia zamierzona - lubię bawić się w ten sposób. Piszę, bo mi to sprawia frajdę, jak się komuś przy okazji spodoba to będzie mi miło. Jak znajdę czas dopiszę ciąg dalszy, podobnie jak do "Nieba zasrańców". Pozdrawiam i dziękuję za opinie.

Mi się nawet podobało, może dlatego, że mam w swoim dorobku bardzo podobnie napsiany tekst. Ale największy plus masz za płynność (choć momentami szwankuje interpunkcja) - tekst ma swoistą melodię, co bardzo lubię, a co akurat na tym portalu rzadko spotykam.

www.herbatkauheleny.pl

Suzuki M. -  Bóg zapłać za dobre słowo! :-) No cóż, skoro większość z Was drażni interpunkcja i złożoność niektórych zdań powoli będę od tej formy odchodził. Właśnie wrzuciłem rozwinięcie wątku. Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka