- Opowiadanie: Volthar - Urodziny

Urodziny

Opowiadanie zainspirowane prawdziwą historią…

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Urodziny

Na ten świat przyszedłem dokładnie dziewiętnaście lat temu, trzydziestego listopada, w krakowskim szpitalu przy Ulicy Prądnickiej. Zabawne, że, jako dorosły niemal człowiek, dalej dosyć wyraźnie pamiętam ten dzień. Musiało to być o zmierzchu; matki nigdy nie zdążyłem spytać o godzinę. Tym, co jako pierwsze nasuwa mi się na myśl o tamtych chwilach, jest poczucie otumanienia, oderwania od błogiego stanu nicości. Wynikiem czego nieuchronnie być musiał ból i krzyk z mego niemowlęcego gardziołka – pierwszy haust żywota. Ze stanu pierwotnego ładu i zewsząt okalającej me jestestwo ciemności, przeszedłem w stan chaotycznej walki o przetrwanie, w oślepiającym blasku szpitalnych lamp. Usłyszałem swój płacz, chociaż wówczas nie miałem pojęcia, skąd pochodził. Cichy szept, wypowiedział nic nieznaczące słowa "Kubuś" i wtedy poczułem ciepło. Pierwszy i ostatni raz w moim życiu.

– Kubuś – głos, niby szelest liści, szum trawy na polu… – Kubuś!

– Co?! – wrzasnąłem.

Ciemny pokój, nad ranem. Mój dziesięcioletni brat, Wiktor, cofnął się gwałtownie od łóżka. W małych szarych ślepkach zalśniły szare łzy.

– Wszystkiego najlepszego, Kubusiu.

Zbliżył się ostrożnie, maciupkimi dłońmi podając kolorową laurkę. "Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!".

Ująłem ostrożnie prezent i uśmiechnąłem się.

– Dobra, dzięki, siusiumajtku.

Siusiumajtek wyszczerzył mleczne ząbki i w odpowiedzi, wskakując na mą pościel, przytulił mnie, jak mógł najmocniej. Tylko bez tego ciepła. Bez ciepła.

Kiedy Wiktor skończył chwalić się bazgrołami, zbiegł na dolne piętro na śniadanie.

Usiadłem na krawędzi łóżka i wyciągnąłem spod poduszki stary rzeźnicki nóż, z którym nie rozstawałem się ani na chwilę. Przejechałem opuszkiem palca po ostrej jak brzytwa klindze i z dumą schowałem go do skórzanego pokrowca.

Posmakowałem krwi.

 

 

 

***

Środy zawsze lubiłem najbardziej. Sam nigdy do końca nie wiedziałem dlaczego, ale było w nich coś magicznego.

Ta środa miała być środą wyjątkową. I to nie tylko dzięki moim urodzinom.

– Zaraz przyjedzie ojciec – oznajmiła matka, podając mi talerz z jajecznicą i krojonymi pomidorami.

– Będzie miał preezent! – zdradził Wiktor, zamiatając nogami pod krzesłem. Siedzący opodal Karol – czarny kot – przeturlał się na grzbiecie i pacnął łapą w stopę chłopca.

– Super – odrzekłem, dłubiąc widelcem w śniadaniu. – Mamo, zrobisz mi kawę? Zaraz idę do szkoły.

– Woda się gotuje, zaraz zrobię.

Dryń! Dryń! W domu rozległ się dzwonek. Brat skoczył na równe nogi – przy okazji płosząc kocura pod same okno – i rzucił się przez salon w kierunku drzwi.

– Tata!

– Padam z nóg…

Wziąłem do ust kęs jajecznicy, nasłuchując hałasów z przedpokoju. Zastanawiałem się, co też ojciec mógł tym razem wymyślić jako prezent. Z jednej strony irytowało mnie, że rodzice zwyczajnie nie mogą dać mi na niego pieniędzy, w końcu kończyłem dziewiętnaście lat. Z drugiej cholernie byłem ciekaw – przeczuwałem coś niecodziennego.

– Tutaj jest nasz solenizant! – zawołał ojciec, stając w wejściu do kuchni.

Wstałem i ku memu zdziwieniu wziął mnie w objęcia.

– Wszystkiego najlepszego! Żeby ci się powodziło w nauce…

Gdy skończył wymieniać swoje nadzieje na moją przyszłość, przeszedł do meritum.

Wręczył mi nieduży pakunek w kolorowym opakowaniu. Zawiodłem się.

Ale tylko do chwili otwarcia prezentu. W wyściełanym wewnątrz aksamitem pudełku lśnił myśliwski nóż – spełnienie mych dziecięcych marzeń.

Od małego interesowałem się bronią. Każdą. Potrafiłem godzinami podziwiać kunszt kowali i rusznikarzy, w duchu rozmyślając nad zniszczeniami, jakich dokonać mogły ich narzędzia. Kiedy w wieku dziesięciu lat pojechałem do dziadków na wieś, ojciec po raz pierwszy zabrał mnie na polowanie. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy dał mi strzelbę, gdy po raz pierwszy wystrzelony przeze mnie pocisk rozorał łeb zająca. Ten zapach krwi i parujące zwłoki…

Jako mały chłopiec, jeszcze w przedszkolu, spędzałem wolne chwile na łapaniu owadów i chowaniu ich do słoików. Później wyjmowałem je na wpół martwe i patrzyłem, jak się wiły, kiedy odrywałem im kończyny i skrzydła.

To mnie zaspokajało. Na początku.

 

***

 

Zabrzmiał szkolny dzwonek. Uczniowie spakowali podręczniki i rzucili się na korytarz, niczym brudne świnie do koryta.

Czekałem na nią pod szkołą, przy furtce. Jak zwykle sama, bez towarzystwa koleżanek. Podążyłem za nią wzdłuż rzędu kamienic. Nie szła na przystanek – mieszkała w pobliżu, zawsze wracała na piechotę.

Nadciągał zmierzch. Księżyc wzbijał się wolno nad horyzontem, latarnie rozświetlały ulice pomarańczowym blaskiem.

Czekałem na ten ruch. Gdy skręciła w boczną alejkę, wydobyłem nowe błyszczące ostrze. Zanim zbliżyła się do drzwi klatki schodowej, zatopiłem stal w jej drobnym ciele. Sztych przedarł się przez grubą kurtkę, która, po wyjęciu noża, oblała się rumieńcem. Dziewczyna zakwiliła cichutko i zatoczyła się do tyłu, w mrok chodnika. Jej szmaragdowe oczy zastygły wpatrzone w me oblicze, skóra znacznie pobladła, usta przybrały siny kolor, drżąc z lekka. Nie czekając, radośnie zanurzyłem ostrze po raz kolejny. Dźgałem kilkanaście razy. Krew tryskała obficie, topiąc mnie w karminowym strumieniu błogości.

Gdy ciało przestało się ruszać, zaciągnąłem je w pobliskie krzaki, oblizałem klingę i zsunąłem spodnie. Przez chwilę zdało mi się, że poczułem ciepło – to samo ciepło, którego doświadczyć próbowałem od narodzin. Ale myliłem się. Byłem zimny jak lód, serce skamieniało mi w piersi.

Powoli wyszedłem.

 

***

 

Do domu wróciłem późną nocą. Zbliżała się godzina dwunasta, zaledwie za parę minut miały skończyć się moje urodziny.

Gdy przekroczyłem próg, zdziwiłem się, że moi rodzice jeszcze nie spali.

Wiktora nie było, więc pewnie od dawna leżał w łóżku.

Matka i ojciec siedzieli w salonie na sofie wpatrzeni w telewizor.

"Parę godzin temu na ulicach Krakowa miało miejsce kolejne morderstwo. Znaleziona osiemnastoletnia dziewczyna była zgwałcona i poćwiartowana. Nie znamy motywów tej zbrodni. Śledczy z komendy policji obiecują dokładnie zbadać sprawę. Przypuszczalny rysopis sprawcy to – mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat".

Stanąłem tuż za plecami rodziców. Palcami prawej dłoni delikatnie pogładziłem rękojeść noża. Rozpierała mnie dziwna duma. Miałem ochotę wykrzyknąć, pochwalić się rodzicom, że to ja jestem sprawcą. Słowa uwięzły mi w gardle, gdy matka, patrząc w ekran, wypowiedziała trzy znamienite słowa:

– Co za skurwysyn…

 

 

 

Koniec

Komentarze

"jako dorosły niemal człowiek". Nie wiadomo czy jesteś niemal dorosły czy niemal człowiekiem. Lepiej brzmi "jako niemal dorosły czlowiek. jesli mógłbym coś poradzić to czytanie tekstu po napisaniu, najlepiej kilkakrotne i autokorekta. Pozdrawiam i stawiam 3 na zachętę.   

A ja sądziłem, że to się nazywa inwersja. Dzięki za wyczerpujący komentarz.

Wydaje mi się, że można by to trochę dopracować, jeśli chodzi o język i gramatykę, na przykład:

"pierwszy haust żywota", "ze stanu pierwotnego ładu", "me jestestwo" - moim zdaniem tego typu sformułowania brzmią nie najlepiej, są "przekombinowane", wydaje mi się, że lepiej pisać prosto, bez przesadnych ozdobników i udziwnień,

"zewsząt" - zamiast "zewsząd"

"pod same okno" - zamiast "pod samo okno"

"księżyc wzbijał się nad horyzontem" - Księżyc raczej nie jest jakąś latającą machiną

"dziewczyna zatoczyła się w mrok chodnika" - nie bardzo wiem, czym jest "mrok chodnika"

"oczy wpatrzone w me oblicze" - lepiej: w moje, podobnie w kilku innych miejscach (np. zamiast "mą pościel" lepiej "moją pościel")

"znaleziona osiemnastoletnia dziewczyna BYŁA zgwałcona i poćwiartowana" - zamiast ZOSTAŁA, a ponadto ciężko jest poćwiartować zwłoki nożem (nawet rzeźnickim), zresztą nie ma wcześniej mowy o ćwiartowaniu, a jedynie o dźganiu

"wypowiedziała trzy znamienite słowa" - chyba chodziło o "znamienne"

Mimo to, ktoś o tak spaczonym umyśle, jak mój, czyta to z nieukrywaną przyjemnością i jednym tchem. Bardzo podoba mi się końcówka ("Co za skurwysyn"). Mam jednak pewne uczucie niedosytu - trochę to zbyt przewidywalne (niemal od początku wiem, co się święci), a obiekt napaści jest bezpłciowy (wolałbym, gdyby bohater zadźgał rodziców, czy braciszka - na przykład na deser, po wykonaniu roboty z tą dziewczyną).

No więc tak.

Gdy zaczynałem czytać ten niedługi tekst, miałem potężną nadzieję, że może to być coś naprawdę fajnego. Nadzieja utrzymywała się na przyzwoitej pozycji przez kilka akapitów - no bo proszę, oto mamy narrację pierwszoosobową, której jestem fanem. Mamy całkiem fajny styl, chociaż czasami nieco nienaturalny, przynajmniej na początku (Ze stanu pierwotnego ładu i zewsząt okalającej me jestestwo ciemności, przeszedłem w stan chaotycznej walki o przetrwanie - upiększone nieco na siłę, szczerze mówiąc. Wszystko ładnie, pięknie, ale - moim zdaniem - nie pasuje nawet w kontekście bohatera samego w sobie), bo później jest już lepiej. Mamy też bohatera z potencjałem na ciekawą postać (okej, przypomina serialowego Dextera i nie da się tego ukryć, ale wciąż miałem nadzieję, że nasycisz tekst kilkoma oryginalnymi pomysłami, które pozwolą to podobieństwo wybaczyć). I super, Kwaro się cieszy. 

Ale co dalej? Okej, jest chłopak. Są wspomnienia. Widać już, jakie z niego ziółko, czuć, co się święci. No dobrze, a więc jest morderstwo. Fajnie. Wraca do domu i... Co to? Koniec? Ale jak to tak?
Ja wiem, że szorty rządzą się własnymi prawami, ale to jest zaledwie zalążek, początek czegoś, czego z niewiadomych przyczyn postanowiłeś pozbawić nieco głębszego rozwinięcia i mocnego zakończenia.  A szkoda.

Gdybym miał postawić Ci ocenę, za samą próbę i styl stawiłbym 4. Niestety, ocena spadłaby drastycznie w dół biorąc pod uwagę fakt, jak ogromny potencjał - moim zdaniem, wybacz szczerość - zmarnowałeś.
W związku z tym nie postawię żadnej oceny, ponieważ nie lubię pieprzyć średniej autorom, którzy byliby - moim zdaniem - w stanie napisać coś dobrego. Ale mam w związku z tym pewną prośbę. Prośba do przemyślenia, pewnie ją zignorujesz, ale w głębi naiwnego serca będę ufał, że zastanowisz się nad nią choćby w odległej przyszłości. Mianowicie: usiądź, szanowny Autorze, na dupsku, weź ten powyższy zalążek, naszkicuj zarys dobrej, dłuższej fabuły, uzupełnij kilkoma oryginalnymi pomysłami, coby się nikt podobieństw do serialu nie czepiał i napisz opowiadanie, nie zmieniając narracji. Później podziel się nim z nami.

Tyle ode mnie. Pozdrawiam serdecznie. 

@Kwaro - Sorry, ale jaki serialowy Dexter?! Dexter to ciepłe kluchy. Już bardziej Dexter książkowy, a jeszcze bardziej brat Dextera. Ale tutaj takiego porównania nie bardzo można stosować, bo jak słusznie zauważyłeś - to dopiero zalążek czegoś, a morderców, nawet seryjnych, jest w literaturze i kinematografii na pęczki. Nie widzę najmniejszego powodu, by porównywać bohatera tego opowiadania do jakiegokolwiek znanego mordercy. Co najwyżej - mordercy jako pewnej idei (w sensie platońskim). Ten bohater ma potencjał, bo ma pazur (którego na marginesie pozbawiony jest moim zdaniem serialowy Dexter), ale ten potencjał jest na razie absolutnie niewykorzystany.

Dexter był tylko przykładem, ale, jak sam zauważyłeś, morderców, nawet seryjnych (a w wypadku Kubusia mówilibyśmy o takim właśnie), jest w literaturze i kinematografii na pęczki, stąd mój apel o "uoryginalnienie" bohatera, by ten jego już nieco widoczny pazur nabrał bardziej niepowtarzalnego charakteru. Nie jest to łatwe, ale nikt nie mówił, że będzie.

Obaj zgadzamy się co do niewykorzystanego potencjału i, jak sądzę, namawiamy Autora do jeszcze jednego podejścia.

A co do Dextera samego w sobie i "ciepłych kluch" - nie zgadzam się z Tobą zupełnie, ale to kwestia na osobny temat i lepiej szanownemu Autorowi nie spamować pod opowiadaniem, bo jak się już w serialowych kwestiach rozpiszę, to nie przestanę. :P 

> namawiamy Autora do jeszcze jednego podejścia

Jak najbardziej, jestem wszystkimi kończynami za! A więc czekam niecierpliwie i pozdrawiam!

Ja się zgadzam z CodyM. Język momentami nieco pretensjonalny, nazywam to "mądre słowa na siłę". Poza tym, opowiadanko ma w sobie coś. 

"Potrafiłem godzinami podziwiać kunszt kowali i rusznikarzy, w duchu rozmyślając nad zniszczeniami, jakich dokonać mogły ich narzędzia. " Swoimii  narzędziami kowale i rusznikarze wytwarzali bron, a nie ją niszczyli.   
"Nigdy nie zapomnę chwili, gdy dał mi strzelbę, gdy po raz pierwszy wystrzelony przeze mnie pocisk rozorał łeb zająca."
Do zajęcy strzela się grubym śrutem. 
" Sztych przedarł się przez grubą kurtkę, która, po wyjęciu noża, oblała się rumieńcem."
 Bez komentarza. Co to za zdanie ?  
 "Krew tryskała obficie, topiąc mnie w karminowym strumieniu błogości."
To samo jak wyżej.  
Całośc - bardzo slabiutka. Zarys pomysłu  na opowiadanie, nic więcej. Może byłoby to lepsze jako zarys scenariusza  komiksu - horrou dla biezbyt rozgarniętcyh czytelników.  Zero  psychologii, zero opisu rodzeniasie psychopaty. 
Jako tekst literacki - porażka. I taki teksty pisze ktoś, wyrózniony " Brązowym piórkiem"? Niepojęte.
1/6

Nie podobało mi się. O stronie technicznej wypowiedzili się koledzy wyżej, ja tylko powiem, że dla mnie nie było tu nic ciekawego. Ot, zwykła historia pizgniętego nastolatka który chciał się pobawić w Kubę Rozpruwacza. Nawet ten żart na końcu nie rozbawił tak, jak chyba powinien.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Dzięki za komentarze. Nie będę się zbytnio tłumaczył - tekst napisałem w ciągu kilku godzin, zainspirowany historią Karola Kota. Podszedłem do tego raczej z luźnym nastawieniem, nie siląc się na szczególną oryginalność.

Mogę tylko dodać, że "mądrych słów na siłę" na początku opka użyłem w celu odrealnienia procesu narodzin. Widać eksperyment się nie udał.

Cóż, RogerRedeye, przykro mi, że zawiodłem Twe oczekiwania. Bardzo, bardzo mi przykro.

Odnośnie rozwinięcia tekstu, raczej nie rozwinę. Piszę kilka innych tekstów od jakiegoś czasu - ten nazwałbym wybrykiem.

Hm, a serialu Dexter nigdy nie oglądałem. Nie oglądam seriali :) 

A szkoda. Podwójna. I dlatego, że nie rozwiniesz, i dlatego, że nie oglądałeś. ;)

Volthar- boję się ciebie ;-)
A logicznie- zapomniałeś o małym szczególe: ślady krwi na ubraniu. Przecież sam piszesz, że krew dziewczyny go ochlapała: "Krew tryskała obficie, topiąc mnie w karminowym strumieniu błogości."
Warsztat masz dobry. Powyżej wymieniono ci usterki, ale nie ma ich za dużo. Czekam, aż wykorzystasz go na coś lepszego, bo ten tekst jest taki sobie. Daję 3

Nie podobało mi się, niestety. Jak dla mnie trochę pretensjonalne opowiadanie o niczym. Bez fantastyki w dodatku ;) Miałam nadzieję na coś więcej, na jakąś intrygę, na jakieś rozwinięcie tej akcji, na jakieś zaskoczenie na końcu. A tu nic.

Nie dostrzegłam horroru, a tylko wzmiankę o zamordowaniu koleżanki. Szkoda, że nie dowiedziałam się, co sprawiło, że bohater stał się psychopatą, szkoda też, że brakło fantastyki.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka