- Opowiadanie: podstuwak - Corpus Nobile

Corpus Nobile

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Corpus Nobile

 

 

I

 

 

– A Ro­szaw­ski na to: więc fran­cu­ską modą waść to ku­rio­zum no­sisz? A ja my­śla­łem, że to na znak tego, że waści ma­cierz pies w gębę chę­do­żył!

Salą wstrzą­snął wy­buch grom­kie­go śmie­chu. Ubru­dzo­ne ja­dłem su­mia­ste wąsy ze­bra­nych trzę­sły się na ich spo­co­nych twa­rzach. Z otwar­tych ust wy­pa­da­ły okru­chy i ka­wał­ki mięsa. Choć jesz­cze przed chwi­lą wy­da­wa­ło się to nie moż­li­we, pa­nu­ją­cy w izbie rej­wach przy­brał na sile. Gruby szlach­cic, który skoń­czył opo­wia­dać swoją hi­sto­rię chwy­cił ze stołu ba­ra­nie udo. Wgry­za­jąc w nie zęby usi­ło­wał dodać coś jesz­cze do opo­wie­ści. Jego słowa gi­nę­ły w po­to­ku mla­sków i chrząk­nięć.

Tylko jeden z bie­siad­ni­ków nie zwra­cał uwagi na to, co dzia­ło się w tej czę­ści sali.

Jakub Wroń­ski wspie­ra­jąc łok­cie na bla­cie stołu po­cie­rał swoje łza­wią­ce oko. Jego głowa ki­wa­ła się mia­ro­wo jak ka­wa­łek drew­na pusz­czo­ny na wodę. Gdy ode­rwał dło­nie od twa­rzy zo­ba­czył, że znów przy­nie­sio­no nowe dania.

Stół był ich pełen. Roz­grze­by­wa­ne rę­ka­mi mie­sza­ły się ze sobą two­rząc fan­ta­zyj­ne kon­ste­la­cje. Pa­trząc na nie Jakub nie mógł po­znać co już było na stole, a co wła­śnie zo­sta­ło po­da­ne. Wśród sztuk pie­czo­ne­go mięsa wa­la­ły się kisz­ki i pęta kieł­ba­sy. Go­to­wa­na ka­pu­sta kle­iła się do butli i pu­cha­rów. Roz­la­ne zupy spły­wa­ły ospa­ły­mi struż­ka­mi na pod­ło­gę.

Wroń­ski błą­dząc do­oko­ła męt­nym wzro­kiem usi­ło­wał przy­po­mnieć sobie gdzie wła­ści­wie się znaj­du­je. Nikłe świa­tło w izbie spra­wia­ło, że kon­tu­ry po­miesz­cze­nia roz­pły­wa­ły się. Nie mogąc ich do­strzec miał wra­że­nie, że stół, przy któ­rym sie­dzi za­wie­szo­ny jest w bez­kre­snej pu­st­ce. Nie wie­dział jak się tu zna­lazł, ani jak długo tutaj prze­by­wa. Nie­prze­mi­ja­ją­ce uczu­cie głodu pa­li­ło mu trze­wia mącąc myśli i przy­tę­pia­jąc zmy­sły.

Twa­rze ze­bra­nych ukry­te pod za­sło­ną cieni wy­da­wa­ły mu się zna­jo­me. Przy­glą­da­jąc się im sta­rał przy­po­mnieć sobie ja­kieś na­zwi­ska. Jed­nak im dłu­żej się w kogoś wpa­try­wał, tym bar­dziej jego wi­ze­ru­nek roz­pły­wał się a jego miano, przed chwi­lą już pra­wie zna­jo­me, gi­nę­ło w ko­tło­wa­ni­nie myśli, któ­rych nie po­tra­fił upo­rząd­ko­wać.

Kiedy wciąż usi­ło­wał do­pa­so­wać na­zwi­ska do wi­dzia­nych twa­rzy otrzeź­wił go dźwięk jego wła­sne­go.

– Rot­mi­strzu Wroń­ski! Czemu waść taki za­sę­pio­ny? – Jakub zo­ba­czył gru­be­go szlach­ci­ca prze­chy­la­ją­ce­go się w jego stro­nę. Był to ten sam, który opo­wia­dał hi­sto­rię o sta­ro­ście Ro­szaw­skim. Kiedy Wroń­ski przyj­rzał się mu roz­po­znał w nim po­rucz­ni­ka swo­jej daw­nej cho­rą­gwi.

– Jedz! To uczta spe­cjal­nie dla cie­bie! – Po­rucz­nik ode­rwał ko­lej­ny kawał mięsa od trzy­ma­nej w ręce kości. Wkła­da­jąc go sobie do ust mówił dalej: – Szczę­śli­wy dzień na­stał dla na­szej kom­pa­ni ele­ar­skiej! Jest z nami nasz rot­mistrz, jest z nami nasz świą­to­bli­wy ka­pe­lan, imć Woj­ciech Dę­bo­łęc­ki, a i sam puł­kow­nik Li­sow­ski wraz z resz­tą cho­rą­gwi już wkrót­ce do nas za­wi­ta!

Ogar­nię­ta eu­fo­rią szlach­ta po­czę­ła palić z ban­do­le­tów. Nie pró­bu­jąc jej uspo­ko­ić gruby szlach­cic prze­krzy­ki­wał hałas:

– Szczę­śli­wy to czas, po­wia­dam! Nasze cho­rą­gwie znów zjed­no­czą się pod wodzą Li­sow­skie­go! A z bło­go­sła­wień­stwem na­sze­go ka­pe­la­na nie strasz­ne nam klą­twy i zło­rze­cze­nia, jakie spa­dły na nasze głowy za to tylko, że wier­nie Rzecz­po­spo­li­tej chcie­li­śmy słu­żyć!

Szlach­ta znów po­czę­ła wi­wa­to­wać.

Jakub za­uwa­żył, że prze­ma­wia­ją­cy po­rucz­nik wpa­tru­je się pro­sto w niego. Na jego na­la­nej twa­rzy do­strzegł wyraz wy­rzu­tu.

Mie­rząc Wroń­skie­go wzro­kiem gruby szlach­cic przez chwi­lę stał w mil­cze­niu, po czym zni­żył głos i zwró­cił się bez­po­śred­nio do Ja­ku­ba:

– Mości Wroń­ski, długo mu­sie­li­śmy na waści cze­kać. Wzbra­niał się nasz rot­mistrz, żeby z cho­rą­gwią swoją się w końcu po­łą­czyć. A prze­cież było wia­do­me, że przed wła­snym prze­zna­cze­niem nikt nie uciek­nie.

– Daj już pokój, po­rucz­ni­ku Pi­lec­ki. Nie tur­buj na­sze­go go­ścia, bo jesz­cze gotów nas opu­ścić. – Głos fran­cisz­ka­ni­na był cie­pły, ale zde­cy­do­wa­ny i mocny. Jakub nie wie­dział skąd ksiądz się tu zja­wił. Był pe­wien, że nie wi­dział go wcze­śniej. Na słowa ka­pe­la­na twarz Pi­lec­kie­go znów na­bra­ła ra­do­śniej­sze­go wy­ra­zu.

– Masz rację, ojcze Dę­bo­łęc­ki – po­wie­dział. – Ale nie miej­cie mi tego za złe. To z ra­do­ści i tro­ski te słowa, nie z wy­rzu­tów. Teraz niech oj­ciec głos za­bie­rze. Cze­ka­my na bło­go­sła­wień­stwo.

Ksiądz uniósł ręce. Ja­ku­bo­wi zdało się, że całe po­miesz­cze­nie ja­śnie­je. Przed jego ocza­mi za­czę­ły ko­ło­wać ob­ra­zy i Wroń­ski ze zdu­mie­niem spo­strzegł, że znaj­du­ją się w ko­ście­le. Przez grube wi­tra­że są­czy­ło się cięż­kie, czer­wo­ne świa­tło za­cho­dzą­ce­go słoń­ca.

– Cor­pus Chri­sti! – Głos Dę­bo­łęc­kie­go nie­sio­ny echem od­bi­jał się od chłod­nych murów. Prze­cho­dząc przez wszyst­kie nawy wra­cał i świ­dro­wał uszy Wroń­skie­go, jakby roz­cho­dził się tuż pod po­wa­łą jego czasz­ki. Za­wro­ty głowy, jakie przy tym po­czuł nie­mal nie zrzu­ci­ły go z krze­sła. Jakub mu­siał chwy­cić się blatu. Jego lewe oko znów za­czę­ło łza­wić. Kiedy spoj­rzał przed sie­bie zdało mu się, że jest jed­nym z bo­ha­te­rów fre­sku sław­ne­go Le­onar­da, który oglą­dał lata temu pod­czas piel­grzym­ki do Rzymu. W miej­scu Je­zu­sa sie­dział ka­pe­lan. Roz­kła­da­jąc dło­nie w ge­ście bło­go­sła­wień­stwa mówił coś szep­tem. Sie­dzą­cy po jego obu stro­nach szlach­ci­ce szar­pa­li rę­ka­mi le­żą­ce na stole mięso i pcha­li je sobie do ust. Wroń­ski z prze­ra­że­niem stwier­dził, że to, co jedzą było nagim cia­łem Je­zu­sa. Tar­ga­ny od­ru­chem obrzy­dze­nia cof­nął się spa­da­jąc z sie­dze­nia.

Leżąc na pod­ło­dze do­strzegł nad sobą uśmiech­nię­tą twarz Pi­lec­kie­go.

– Cóż to, Ja­ku­bie? Za dużo oko­wi­ty się przez gar­dło prze­la­ło? – spy­tał drwią­co po­rucz­nik. – Nie zmiar­ko­wał waść, ile się w czu­bie zmie­ści?

Jakub spró­bo­wał wstać. Kiedy gruby szlach­cic po­chy­lił się nad nim po­czuł jego od­dech wo­nią­cy wil­got­ną mo­gi­łą.

– A nasza oko­wi­ta mocna – mówił dalej po­rucz­nik. – Wie waść dla­cze­go? – Bi­ją­cy od Pi­lec­kie­go chłód ko­ja­rzył się Wroń­skie­mu z otwar­tym gro­bem. Po­chy­la­jąc się jesz­cze bar­dziej gruby szlach­cic wy­szep­tał tuż przy jego uchu: – Bo na ludz­kich ko­ściach pę­dzo­na.

Wroń­ski wy­rwał się spod niego i sta­jąc na nogi dobył broni.

– A cóż to, panie bra­cie? Na wła­snych żoł­nie­rzy waść broń wy­cią­ga? – spy­tał Pi­lec­ki ze zdzi­wie­niem prze­chy­la­jąc głowę.

– Nie je­ste­ście już moimi żoł­nie­rza­mi i nie mi słu­ży­cie! – wy­krzy­czał Wroń­ski kie­ru­jąc ostrze w jego stro­nę.

– Więc komu?

– Bóg was prze­klął i dia­błu­ście wasze sza­ble od­da­li!

– Więc taki waść sąd masz o tych, któ­rzy od­da­li za cie­bie życie? Któ­rzy pod roz­ka­za­mi two­je­mi swą duszę na za­tra­ce­nie po­wie­dli?– Pi­lec­ki za­czął po­wo­li iść w jego kie­run­ku. – A co z tobą rot­mi­strzu? Czy i cie­bie Bóg nie prze­klął? Czy ty też nie czu­jesz tego głodu? Je­steś jed­nym z nas!

Jakub za­ata­ko­wał. Wy­mie­rzo­ne w lic prze­ciw­ni­ka ude­rze­nie mi­nę­ło cel o sze­ro­kość dłoni. Po­rucz­nik uchy­lił się i usta­wił do cię­cia. Jed­nak zanim zdą­żył wy­mie­rzyć Jakub bił bły­ska­wicz­nie z nad­garst­ka. Świst jego hu­sar­skiej sza­bli za­głu­szył szczęk że­la­za. Pi­lec­ki zbił ude­rze­nie ru­chem tak szyb­kim, że Wroń­skie­mu wy­da­wa­ło się, że ktoś trze­ci włą­czył się do po­je­dyn­ku.

Impet ciosu był mocny. Pod jego na­po­rem rot­mistrz mu­siał wy­co­fać się w stro­nę stołu. Na­stę­pu­jąc na prze­wró­co­ne krze­sło stra­cił na mo­ment rów­no­wa­gę. Ta chwi­la wy­star­czy­ła, by po­rucz­nik pchnął go prze­wra­ca­jąc na blat. Zanim Jakub zdą­żył się pod­nieść Pi­lec­ki przy­ci­snął go cię­ża­rem swo­je­go ciała.

– My­ślisz, że je­steś od nas lep­szy? – wy­char­czał tuż nad jego głową. Z jego ust są­czy­ła się stróż­ka za­tę­chłej śliny ście­ka­jąc Wroń­skie­mu na szyję. – Dla­cze­go wy­pie­rasz się tego, kim je­steś? Dla­cze­go nie chcesz z nami zo­stać?

– Nie je­stem jed­nym z was! – Jakub spró­bo­wał się wy­rwać, ale Pi­lec­ki był sil­niej­szy.

– Nie je­steś, waść? – Po­rucz­nik przy­brał wyraz te­atral­ne­go zdzi­wie­nia. – Ale byłeś! Byłeś, kiedy pro­wa­dzi­łeś nas na po­tę­pie­nie. Byłeś, kiedy szli­śmy do­by­wać Mo­skwy go­to­wi oddać życie i tra­cąc wła­sne dusze!

Jakub spoj­rzał na twa­rze sie­dzą­cych przy stole szlach­ci­ców. Do­strze­gał teraz wrzo­dy po­kry­wa­ją­ce ich bladą skórę. Nie prze­sta­jąc jeść wpa­try­wa­li się w niego ze­szklo­ny­mi ocza­mi. Spo­mię­dzy ich si­nych warg spły­wa­ły stróż­ki krwi.

– To przez cie­bie sta­li­śmy się tym, kim je­ste­śmy – krzyk­nął Pi­lec­ki. – To ty nas po­wio­dłeś na Kreml! Pa­mię­tasz Kreml, rot­mi­strzu? Pa­mię­tasz to miej­sce, gdzie oj­ciec zja­dał syna, syn ojca, a za dwie myszy można było kupić ludz­ką głowę? Mó­wisz, że nie je­steś jed­nym z nas. Za­po­mnia­łeś już, waść, jak z głodu razem ze mną żeś krem­low­skie groby kopał, by żreć mar­twych mo­skwi­ci­nów? Jak roz­po­rzą­dza­łeś cia­ła­mi po­le­głych i stra­co­nych mó­wiąc, który z nas ze­żreć może nogę, który rękę, a który wy­cin­ki z pier­si? – Pi­lec­ki chwy­cił ze stołu ka­wa­łek mięsa. – Mó­wisz, że je­ste­śmy prze­klę­ci. Je­ste­śmy! Ale z two­jej winy i ty je­steś prze­klę­ty razem z nami! – Przy­kła­da­jąc mięso do ust Wroń­skie­go krzy­czał: – Jedz! Je­steś jed­nym z nas! Nie uda ci się uciec przed klą­twą!

Wroń­ski opie­ra­jąc się o blat pchnął no­ga­mi Pi­lec­kie­go. Gdy tam­ten usi­ło­wał od­zy­skać rów­no­wa­gę wy­pro­wa­dził cię­cie sze­ro­kim wy­ma­chem. Jed­nak jego cios nie do­szedł celu. Jakub po­czuł prze­szy­wa­ją­cy ból z głębi trze­wi. Upusz­cza­jąc sza­blę padł na pod­ło­gę.

Pa­lą­ce fale, jakie roz­cho­dzi­ły się w jego wnę­trzu spra­wia­ły, że nie mógł się po­ru­szyć. Miał uczu­cie, jakby ktoś roz­ry­wał go od środ­ka. Łzy są­czą­ce się z jego le­we­go oka ogra­ni­cza­ły mu pole wi­dze­nia. Usły­szał nad sobą śmiech po­rucz­ni­ka.

Pi­lec­ki stał kilka kro­ków od niego, wpa­tru­jąc się w jego brzuch. Gdy Wroń­ski prze­niósł wzrok w to miej­sce z prze­ra­że­niem do­strzegł dwie dło­nie usi­łu­ją­ce prze­bić się przez ma­te­riał żu­pa­na. Po chwi­li po­mię­dzy nimi po­ja­wił się kon­tur twa­rzy.

– Mości Wroń­ski! – Głos był stłu­mio­ny i pełen mla­śnięć. Do­bie­gał spod ma­te­ria­łu. – Mości Wroń­ski, jakim pra­wem mnie zja­dłeś?! – Spo­mię­dzy ro­ze­rwa­nej szaty wy­chy­li­ła się po­kry­ta żo­łąd­ko­wą tre­ścią głowa. Mru­ga­jąc po­skle­ja­ny­mi po­wie­ka­mi zwró­ci­ła się w stro­nę Ja­ku­ba. – Prze­cież nie byłem z two­jej cho­rą­gwi! – Jesz­cze nim głowa skoń­czy­ła mówić z jej ust wy­chy­li­ła się ręka. Grze­biąc przez chwi­lę w oczo­do­le od­sło­ni­ła parę zsi­nia­łych warg.

– Nie masz racji, ojcze! – roz­le­gły się słowa z oczo­do­łu. – Słusz­nie cię rot­mistrz Wroń­ski dla sie­bie i swo­jej cho­rą­gwi po­zy­skał, boś wpierw zjadł mnie, a ja jego żoł­nie­rzem byłem. I nie było ci mnie bli­żej zja­dać, niźli rot­mi­strzo­wi, bo przede wszyst­kim oj­czyź­nie słu­ży­my, a potem ro­dzi­nie.

Po chwi­li, tuż obok pierw­szej wy­chy­li­ła się ko­lej­na głowa prze­ry­wa­jąc kłó­cą­cym się.

– Obo­je­ście w błę­dzie! Cie­bie, panie Mi­cha­le, w ca­ło­ści na­le­ża­ło ojcu oddać, gdyż to jego zwierzch­ność była waż­niej­sza. Na­to­miast ojca po­win­no się do pana Sa­mu­ela za­nieść, gdyż pod jego roz­ka­zy prze­szedł po tym, jak jego rota zo­sta­ła roz­bi­ta. A moje ciało na­to­miast mo­je­mu bratu było bli­żej jeść, gdyż i stop­niem i po­kre­wień­stwem nad Wroń­skim gó­ro­wał. Widać więc, że rot­mistrz Wroń­ski wszyst­kich nas wbrew prawu spo­żył.

– Więc jakim pra­wem? – wy­krzyk­nę­ła pierw­sza głowa. – Jakim pra­wem mnie zja­dłeś?

 

 

***

 

 

Wroń­ski ze­rwał się ze snu. Na swo­ich ple­cach przy­kry­tych do tej pory czar­ną delią po­czuł po­dmuch paź­dzier­ni­ko­we­go wia­tru. Drżąc z zimna się­gnął dło­nią do swo­je­go le­we­go oka. Zna­lazł tam tylko pustą, za­bliź­nio­ną dziu­rę. Teraz mógł być pe­wien, że nie śni.

Ostry ból w płu­cach zmu­sił go do kasz­lu. Ła­piąc od­dech splu­nął krwią i otarł usta wierz­chem dłoni.

Przy­glą­da­ją­cy się mu Lipek wy­cią­gnął w jego stro­nę an­ta­łek z mio­dem. Jakub chwy­cił go i upił po­spiesz­nie kilka łyków. Czuł, że słab­nie. W oczach Ta­ta­ra pa­trzą­cych smut­no z po­kry­tej bli­zna­mi twa­rzy do­strzegł, że i on to za­uwa­ża. Le­kar­stwo, któ­re­go szu­kał było jego je­dy­nym ra­tun­kiem. Upio­ry z jego snu miały rację. Wkrót­ce klą­twa do­pad­nie i jego.

– Sio­dłaj konie, Kudej. – Wroń­ski wstał i spiął za­po­nę swo­jej delii. – Mu­si­my ru­szać.

 

 

II

 

 

– Uwa­żaj, bo zleci! – Hrach stą­pał ostroż­nie po wą­skich stop­niach. Trzy­ma­ne przez niego ciało wy­śli­zgi­wa­ło się z rąk. Zwło­ki wa­ży­ły wię­cej, niż im się wy­da­wa­ło. Sta­wia­jąc z uwagą ko­lej­ne kroki za­cho­dzi­li w głowę, jak taki chudy czło­wiek może być tak cięż­ki.

– Nie pusz­czaj go, nie pusz­czaj! – Hrach w ostat­niej chwi­li zła­pał rów­no­wa­gę. Sto­jąc u szczy­tu scho­dów pa­trzył, jak wątłe tru­chło szlach­ci­ca toczy się po nich z ło­sko­tem. – By cię Żyd w koł­nie­rzu nosił! – Spoj­rzał z wy­rzu­tem na brata.

– Bym go nie pu­ścił, to obaj byśmy spa­dli – bro­nił się Grin­kor.

– Żeby ci łeb nie spadł! Kto by po­my­ślał, że nas jedna matka ro­dzi­ła! – Hrach ru­szył w dół scho­dów. – Weź po­chod­nię. Teraz masz już ręce wolne.

Ze­szli do piw­ni­cy. Po­miesz­cze­nie było brud­ne, pełne skrzy­nek i be­czek. W jed­nym kącie, wśród po­tłu­czo­nych butli, le­ża­ła sie­kie­ra i kilka na­rzę­dzi. Ścia­ny po­kry­wa­ły ślady wil­go­ci.

– Do­brze, że w go­spo­dzie nikt dziś nie śpi. Po takim ra­ba­nie pew­nie ko­lej­ne­go go­ścia byśmy mu­sie­li ka­tru­pić. – Hrach pod­szedł do mar­twe­go szlach­ci­ca. Grin­kor sta­nął za nim oświe­tla­jąc ciało.

Zwło­ki były nagie. Spa­da­jąc ze scho­dów uło­ży­ły się w gro­te­sko­wym, nie­na­tu­ral­nym kształ­cie. Wy­krę­co­na w tył głowa pa­trzy­ła tępo szkli­sty­mi ocza­mi.

Bra­cia spoj­rze­li na sie­bie. Obaj byli rośli i na­bi­ci tłusz­czem. Star­szy o kilka lat Hrach był niż­szy od Grin­ko­ra pra­wie o głowę. Po ich po­kry­tych ciem­ną brodą gę­bach można było po­znać, że dzier­ża­wa nisz­cze­ją­cej karcz­my nie była ich głów­nym źró­dłem utrzy­ma­nia.

– Dzi­siaj nic już z nim nie zro­bi­my. Zaraz bę­dzie świ­tać. – Hrach po­chy­lił się wkła­da­jąc ręce pod pachy za­bi­te­go. – Wal­nie­my go pod te wory. Resz­tę spra­wi­my na­za­jutrz.

Grin­kor za­wie­sił po­chod­nię na ścia­nie i pod­szedł do zwłok. Gdy już miał je zła­pać od­sko­czył z prze­ra­że­niem.

– Po­ru­szył się! – wy­krzy­czał.

– Głu­piś! Łapaj go albo ja ci wszyst­kie kości po­ru­szę!

– Mówię ci, że się po­ru­szył! – Grin­kor przy­lgnął ple­ca­mi do ścia­ny.

– Po­patrz na niego! – Hrach wy­pu­ścił ciało. Upa­dło z głu­chym tąp­nię­ciem. – Jest mar­twy bar­dziej, niźli śmierć w Za­dusz­ki.

– Prze­cież to czar­no­księż­nik! Ta­kie­go to nie łatwo uka­tru­pić.

– Czar­no­księż­nik, nie czar­no­księż­nik. Jak do­brze przez łeb ude­rzyć, to i sa­me­go czar­ta byś uka­tru­pił. Łapaj go, mówię, bo i nas tutaj śmierć za­sta­nie!

– Mu­si­my mu wpierw ten łeb uciąć. – Grin­kor ru­szył w stro­nę sie­kie­ry. – Od razu po­win­ni­śmy tak zro­bić. Już tam, na górze, jak się go otruć nie dało.

– Nic nie bę­dzie­my uci­nać! Już pra­wie świta. Złap go mówię… – Hrach urwał. Zda­wa­ło mu się, że do­strzegł coś na za­krwa­wio­nej twa­rzy szlach­ci­ca. Coś, czego z pew­no­ścią nie po­wi­nien na niej zo­ba­czyć. Po­chy­la­jąc się nad cia­łem sły­szał bicie wła­sne­go serca. – A bodaj by tobą Żyd brodę cze­sał! – Hrach od­sko­czył prze­wra­ca­jąc się na plecy.

Mar­twy szlach­cic mru­gał ocza­mi. Lewa po­wie­ka skle­jo­na wy­schnię­tą krwią otwie­ra­ła się tylko w po­ło­wie.

Za­fa­scy­no­wa­ny tym wi­do­wi­skiem Hrach przez chwi­lę prze­stał się bać. Do­kład­nie do mo­men­tu, w któ­rym chłod­na dłoń trupa za­ci­snę­ła się na jego nodze.

– Grin­kor! – Hrach krzyk­nął w stro­nę brata. Ten chwy­cił za­bru­dzo­ną sie­kie­rę. Wy­rzu­co­na w po­wie­trze broń upa­dła tuż obok szyn­ka­rza.

– Czar­no­księż­nik, psia jego mać! – Hrach zła­pał pę­ka­te sty­li­sko. – Na na­stęp­ny raz dwa razy się za­sta­no­wię, zanim któ­re­muś z nich złoto ze­chcę ode­brać!

Przy­bru­dzo­ne ostrze wbiło się z mla­śnię­ciem w szla­chec­ką głowę.

 

 

III

 

 

Wroń­ski ostroż­nie po­ło­żył palec wi­siel­ca na środ­ku wy­ry­so­wa­ne­go w ziemi kręgu. Klę­cząc nad skom­pli­ko­wa­ny­mi sym­bo­la­mi przy­kła­dał wagę do każ­de­go ruchu.

Znaj­do­wa­li się na roz­sta­ju dróg. Chło­pi z oko­licz­nych wio­sek nie po­sta­wi­li tutaj ka­plicz­ki ani krzy­ża, przez co w po­wol­nych za­wi­ro­wa­niach po­wie­trza można było wy­czuć nie­okre­ślo­ną obec­ność cze­goś po­za­ludz­kie­go. Nawet naj­mniej­szy błąd po­peł­nio­ny w tym miej­scu mógł przy­nieść ka­ta­stro­fal­ne skut­ki.

Roz­sy­pu­jąc star­te li­ście su­szo­nej je­mio­ły Jakub wy­po­wie­dział ma­gicz­ną for­mu­łę.

Ku­de­ja nie za­ska­ki­wa­ły już dzi­wac­twa jego pana. Przez lata służ­by zdo­łał do nich przy­wyk­nąć. Zresz­tą sam mu­siał przy­znać, że stra­ci­li trop zu­peł­nie. Jeśli to miało pomóc im od­na­leźć go znowu warto było spró­bo­wać. Wolał jed­nak po­zo­stać w pew­nej od­le­gło­ści. Co­kol­wiek miało się wy­da­rzyć nie za­mie­rzał brać w tym udzia­łu.

Sma­ga­ją­cy ich do tej pory wiatr zma­lał, po czym ustał zu­peł­nie. Trzy­ma­ne przez Ta­ta­ra konie za­czę­ły nie­spo­koj­nie bić ko­py­ta­mi po wil­got­nym trak­cie. Ści­ska­jąc moc­niej lejce Kudej czuł, jak po­wo­li udzie­la mu się bi­ją­cy od wierz­chow­ców nie­po­kój. Cisza, jaka roz­le­ga­ła się do­oko­ła wzbu­dzi­ła w nim lęk. Pa­trząc na po­sęp­ną, mil­czą­cą syl­wet­kę swo­je­go pana za­sta­na­wiał się, jak mógł tra­fić do ta­kiej służ­by. Rzad­ko bał się o swoje życie. Ale jeśli to się zda­rza­ło, to wła­śnie w ta­kich mo­men­tach. Kudej wie­dział, że jeśli kie­dyś umrze słu­żąc u Wroń­skie­go, to umrze ze stra­chu.

Znad lasu wzbił się po­dmuch wia­tru tak silny, że Wroń­ski mu­siał przy­trzy­mać swój zdob­ny cza­plim pió­rem koł­pak. Ze­schły trupi palec za­czął ob­ra­cać się mia­ro­wo. Jego ruch przy­bie­rał na sile, a gęst­nie­ją­ce po­wie­trze sta­wa­ło się nie­mal wi­docz­ne.

Kudej zsu­nął niżej swoją ba­ra­nią czapę. Mógł­by przy­siąc, że w fan­ta­zyj­nie plą­czą­cych się wstę­gach wia­tru do­strze­gał ludz­kie twa­rze.

Na­ra­sta­ją­cy szum świ­dro­wał ich uszy. Zmie­nia­jąc wy­so­kość i na­tę­że­nie nie­sio­ny po­dmu­cha­mi dźwięk stop­nio­wo za­czy­nał przy­po­mi­nać ludz­ką mowę. W sza­le­ją­cym wi­chrze jedno słowo sta­wa­ło się coraz bar­dziej wy­raź­ne.

Śmierć.

Wierz­ga­ją­ce konie o mało nie wy­rwa­ły się Ku­de­jo­wi z rąk. Pró­bu­jąc nad nimi za­pa­no­wać Lipek wal­czył jed­no­cze­śnie z wła­snym stra­chem.

Zanim wszyst­ko uci­chło uchwy­ci­li wśród roz­sza­la­łe­go wia­tru wy­raź­ne zda­nie– pogoń przy­nie­sie śmierć.

Kiedy Tatar my­ślał, że to już ko­niec usły­szał, że jego pan z kimś roz­ma­wia. Cho­ciaż wzbie­ra­ła w nim cie­ka­wość nie od­wró­cił się w jego stro­nę.

– To znowu ty? – Głos Wroń­skie­go był spo­koj­ny. Nie było w nim oznak za­sko­cze­nia.

– Tak, to on. – Mały stwór spoj­rzał na wciąż ob­ra­ca­ją­cy się palec. – Chyba im nie wie­rzysz? – spy­tał.

– W co?

– W twoją śmierć.

– Nie, nie wie­rzę.

– To do­brze. – Po­kracz­ny przy­bysz za­czął błą­dzić dło­nią po wy­ry­so­wa­nych w ziemi sym­bo­lach. Wroń­ski przyj­rzał się mu. Do tej pory nie wi­dział go w świe­tle dnia.

Jego wy­so­kie na nieco ponad ło­kieć ciało po­kry­wa­ła po­marsz­czo­na, szara skóra. Chude ręce, pra­wie tej samej co nogi dłu­go­ści, nada­wa­ły jego zgar­bio­nej syl­wet­ce gro­te­sko­wy wy­gląd. Z łysej czasz­ki wy­ra­sta­ła para nie­wiel­kich rogów.

Stwór chwy­cił wi­ru­ją­cy palec.

– Nie wska­zał­by ci drogi – po­wie­dział. – Tylko Koł­tun ją zna. – Jego głos był skrze­kli­wy. Gdy mówił wciąż po­cią­gał nosem, jakby wę­sząc.

– Dla­cze­go miał­bym ci uwie­rzyć?

– Bo nie masz wy­bo­ru. – Koł­tun ob­wą­chał trupi palec, po czym wbił zżół­kłe zęby w ze­schnię­te mięso. Jego po­zba­wio­ne warg usta za­my­ka­ły się na nim z ob­śli­zgłym mla­skiem. – Nie pytaj zmar­łych, gdzie iść. Zmar­li boją się wie­dzieć. Mu­sisz pytać Koł­tu­na.

– Prze­cież słu­żysz Ba­liń­skie­mu…

– Koł­tun nie służy ni­ko­mu! – Stwór wy­pro­sto­wał się wy­pi­na­jąc za­pa­dłą pierś. – Już nie! – dodał.

Wroń­ski wie­dział, że nie może mu ufać. Był pe­wien, że pro­po­nu­jąc mu pomoc stwór chce go oszu­kać. Jed­nak cie­ka­wość brała nad nim górę. Nie mógł oprzeć się po­ku­sie, by nie do­wie­dzieć się, czego to stwo­rze­nie chcia­ło od niego.

– Koł­tun po­mo­że Wroń­skie­mu, bo tylko Wroń­ski może uwol­nić Koł­tu­na – po­wie­dzia­ła isto­ta, jakby czy­ta­jąc jego myśli.

– Uwol­nić?

– Tak. Ba­liń­ski stwo­rzył Koł­tu­na i Koł­tun musi mu słu­żyć. Ale już dosyć!

– Więc dla­cze­go po pro­stu nie wró­cisz do pie­kła?

Koł­tun spoj­rzał na Wroń­skie­go jakby ten mówił w innym ję­zy­ku.

– Do pie­kła? – za­py­tał zdzi­wio­ny. – Koł­tun nigdy nie był w pie­kle. Koł­tun jest wy­cho­wań­cem Ba­liń­skie­go. Wroń­ski wie, co to wy­cho­wa­niec?

– Wiem. – Jakub przyj­rzał się po­kracz­nej isto­cie. – Więc to tak Ba­liń­ski cię tutaj przy­wo­łał? – spy­tał po chwi­li.

– Tak. Pan Ba­liń­ski na wio­snę dzie­więć dni jajko pod lewą pachą nosił, żeby po dzie­wię­ciu dniach Koł­tu­na w nim zna­leźć. Teraz Koł­tun służy Ba­liń­skie­mu. Musi. Musi aż do jego śmier­ci. Ale Ba­liń­ski nie chce umrzeć!

Wroń­skie­mu nie udało ukryć się za­cie­ka­wie­nia, jakie za­ry­so­wa­ło się na jego twa­rzy. Koł­tun do­strzegł to z uśmie­chem.

– Tak, tego je­steś szcze­gól­nie cie­kaw. – Stwór zbli­żył do niego swoją głowę. – Koł­tun może pomóc Wroń­skie­mu, bo wie, dla­cze­go Wroń­ski ściga Ba­liń­skie­go.

Jakub nic nie po­wie­dział. Wpa­try­wał się w oczy pie­kiel­nej isto­ty usi­łu­jąc do­ciec, na czym po­le­ga jej pod­stęp.

– Wroń­ski chce le­kar­stwa, które Ba­liń­skie­mu po­zwa­la już sto lat z okła­dem przy życiu po­zo­stać. Chce ule­czyć nim swą duszę. Myśli, że jest prze­klę­ta. – Koł­tun za­śmiał się. – Dla­cze­go twoja dusza jest prze­klę­ta? Bo czu­jesz głód, który tylko ludz­kim mię­sem mo­żesz za­spo­ko­ić? Bo gdy ludz­kie­go mięsa nie jesz, twoje ciało słab­nie i ob­umie­ra, a śmierć ci po pię­tach depta, aż w końcu, nie wie­dzieć kiedy, zła­pie za koł­nierz i zdej­mie z tego świa­ta? – Koł­tun pa­trzył Wroń­skie­mu w oczy roz­ko­szu­jąc się na­ra­sta­ją­cym w szlach­ci­cu gnie­wem. – Więc dla­cze­go ludz­kie­go mięsa nie jesz? To jest dla cie­bie naj­lep­sze le­kar­stwo!

– Nie tobie się tym tur­bo­wać – wy­sy­czał Wroń­ski z tru­dem pa­nu­jąc nad sobą. – Mów co wiesz, albo zejdź mi z oczu!

– Nie trze­ba się nie­po­ko­ić. – Koł­tun zmie­nił ton. – Le­kar­stwo Ba­liń­skie­go po­mo­że Wroń­skie­mu. Nie bę­dzie już czuł głodu. Znów bę­dzie miał silne ciało. – Stwór zgar­bił się. Prze­bie­ra­jąc pal­ca­mi kon­ty­nu­ował: – Koł­tun po­mo­że Wroń­skie­mu. Wroń­ski musi tylko zabić Ba­liń­skie­go.

– Dla­cze­go sam tego nie zro­bisz?

– Koł­tun nie może! – Stwór obu­rzył się. – Wy­cho­wa­niec musi cze­kać śmier­ci pana. Nie może sa­me­mu pana zabić. I Koł­tun czeka. Ale to już ponad sto lat! – Koł­tun spu­ścił z przy­gnę­bie­niem głowę. Wyraz smut­ku, jaki za­ry­so­wał się na jego twa­rzy był nie­po­ko­ją­co obcy. Kiedy uniósł na Wroń­skie­go swoje oczy wy­glą­dał tak, jakby miał się roz­pła­kać.

– Wroń­ski wie, co może robić wy­cho­wa­niec, kiedy sta­nie się wol­nym?

Wroń­ski nie od­po­wie­dział.

– Może robić wszyst­ko! – Koł­tun znów wy­pro­sto­wał się w po­sta­wie peł­nej dumy. – I Koł­tun już wie, co bę­dzie robił. Zo­sta­nie po­ku­śni­kiem! Koł­tun bę­dzie po­ku­śni­kiem i za­miesz­ka w sa­mot­nej wierz­bie. Lu­dzie będą mówić – w sta­rej wierz­bie Dytko miesz­ka! Nazwą go wierz­bic­kim, a nie, jak pan Ba­liń­ski, Koł­tu­nem.

– Dla­cze­go Ba­liń­ski cię tak na­zy­wa?

– Bo koł­tun, jeśli trze­ba, może komu koł­tu­na zadać. A kiedy się wy­klu­wał, to od razu Ba­liń­skie­go spy­tał, czy by sobie tego dla kogo nie ży­czył. A jak wy­cho­wa­niec raz imię do­sta­nie, to do­pó­ki swemu panu służy nie może go zmie­nić, chyba, że pan ze­chce ina­czej. Ale Koł­tun już wie, jak się bę­dzie na­zy­wał, kiedy wol­nym się sta­nie.

– Jak? – spy­tał Wroń­ski przez grzecz­ność.

Koł­tun, opie­ra­jąc pię­ści na bio­drach sta­nął na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach i za­darł do góry głowę.

– Me­fi­stel! – po­wie­dział.

Przez chwi­lę na­pa­wał się dźwię­kiem tego imie­nia, po czym spoj­rzał na Wroń­skie­go.

– Ty je­steś szlach­cic pol­ski. Ty ro­zu­miesz, co to wol­ność. Pomóż Koł­tu­no­wi być wol­nym, a Koł­tun się od­wdzię­czy – za­pro­po­no­wał.

Jakub mil­czał. Na jego twa­rzy nie było znać żad­nych emo­cji. Czuł, że sto­ją­ca przy nim isto­ta drży ze znie­cier­pli­wie­nia.

– Więc gdzie jest Ba­liń­ski? – za­py­tał po chwi­li.

Koł­tun uśmiech­nął się. Ze wzro­kiem wciąż wbi­tym we Wroń­skie­go za­cie­rał swoje przy­dłu­gie dło­nie.

 

IV

 

 

– Piach! – Hrach kop­nął otwar­tą skrzy­nię. Po pod­ło­dze roz­sy­pa­ły się drob­ne, złote ziar­na. – Niech mu pies mać chę­do­ży, piach!

Wiedź­ma wy­buch­nę­ła śmie­chem. Ślina na jej ob­na­żo­nych, bez­zęb­nych dzią­słach mie­ni­ła się w re­flek­sach sło­necz­ne­go świa­tła. Wier­cąc się na trzesz­czą­cym stoł­ku z za­do­wo­le­niem oglą­da­ła, jak zroz­pa­czo­ny Hrach cho­dzi po po­ko­ju ła­piąc się za głowę.

– To po toś mnie tu wołał? – spy­ta­ła z chi­cho­tem. – Żeby ci z cza­ro­dziej­skich skrzyń piach wy­cią­gać?

– To było złoto! – Hrach prze­wró­cił ze zło­ścią stół. Le­żą­ce na bla­cie pa­pie­ry za­fur­ko­ta­ły w po­wie­trzu. – Sam wi­dzia­łem! Miał skrzy­nię pełną złota!

Stara znów się ro­ze­śmia­ła. Obe­rży­sta nie zwra­ca­jąc na nią uwagi rzu­cił się do wy­sy­pa­ne­go słomą po­sła­nia.

– Może to nie ta skrzy­nia? – Jął roz­grze­by­wać słomę i brud­ne koce. – Może trze­ba jej po­szu­kać?

Cho­dząc po izbie za­glą­dał w każdy za­ka­ma­rek. Świa­tło roz­bi­te przez mętne błony okien spra­wia­ło, że wy­trzesz­czał swoje oczy za każ­dym razem, kiedy mu­siał zaj­rzeć w ciem­niej­sze kąty. Po dwa razy spraw­dził pod sto­łem, pod ławą, pod po­sła­niem, w roz­pa­da­ją­cym się ku­frze. W po­ko­ju nie było ni­cze­go poza kil­ko­ma, nie­upo­rząd­ko­wa­ny­mi jesz­cze, rze­cza­mi szlach­ci­ca.

Sto­ją­cy przy ścia­nie Grin­kor robił wszyst­ko, by nie zwra­cać na sie­bie uwagi brata.

– To wła­ści­wa skrzy­nia. – Wiedź­ma nie tłu­mi­ła śmie­chu, kiedy zo­ba­czy­ła wyraz twa­rzy szyn­ka­rza. – Le­piej sprawdź też swoje sakwy, w któ­rych trzy­masz mo­ne­ty, ja­ki­mi ci pła­cił.

Hrach po­pa­trzył na nią zdzi­wio­ny.

– Dla­cze­go? – za­py­tał.

– Nie sły­sza­łeś nigdy o cza­row­skim zło­cie?

– O czym?

– O tym, że cza­row­ni­cy mogą spra­wić, by piach i takoż nie­któ­re me­ta­le były przez głup­ców ta­kich jak ty brane za złoto. Nie od­róż­nisz wtedy jed­ne­go od dru­gie­go, chyba, że się sam na cza­rach znasz. A ty się nie znasz, Hrach, z pew­no­ścią się nie znasz.

– O, psie juchy! – Obe­rży­sta kop­nął prze­wró­co­ny stół. – Ale dla­cze­go teraz znów się to w piach zmie­ni­ło?

– Czar trwa tylko, kiedy cza­row­nik jest w po­bli­żu. Albo do­pó­ki jest żywy.

– By go dia­bli w pie­kle szar­pa­li! – za­klął Hrach. – Tyle mo­je­go, żem go przy­naj­mniej ubił.

– Tak, tyle two­je­go. A teraz po­wiedz, co dla mnie? – Cza­row­ni­ca wbiła swój wzrok w ro­słe­go szyn­ka­rza. Na jej twa­rzy nie było już uśmie­chu.

– Jak to, co dla cie­bie? – Hrach był zdu­mio­ny. Wi­dząc jej zimne oczy wzdry­gnął się na całym ciele.

– Obie­ca­li­ście mi na­gro­dę, kiedy czar z zamka zdej­mę. – Ton jej głosu za­trzy­mał im krew w ży­łach. – I mu­si­cie wie­dzieć, że baba tak le­ci­wa jak ja, nie po to stare kości z domu rusza, żeby ją byle chłyst­ki mogły na sia­nie roz­ło­żyć i wy­dmu­chać! – Wsta­jąc po­de­szła w stro­nę Hra­cha. – Ja się nie dam wy­dmu­chać! Za­pła­ci­cie mi, albo bę­dzie­cie ju­trzej­szy dzień w koź­lej skó­rze witać.

– Ale my nic nie mamy! – Hrach usi­ło­wał się bro­nić.

– Macie, tylko je­ste­ście za głupi, żeby to spo­strzec. – Stara schy­la­jąc się z tru­dem po­czę­ła zbie­rać roz­sy­pa­ne per­ga­mi­ny. – Wezmę te pa­pie­ry i wszyst­kie jego księ­gi – po­wie­dzia­ła, kiedy skoń­czy­ła. – Wam to po­trzeb­ne jak psu sza­bla, a mnie się przy­da.

Hrach ode­tchnął z ulgą. Spoj­rzał na brata z za­do­wo­le­niem.

– Nie macie się z czego cie­szyć – prze­rwa­ła im chwi­le ra­do­ści. – Macie tu więk­szy kło­pot, niż piach w miej­sce złota.

Bra­cia spoj­rze­li na nią zdzi­wie­ni.

– Co tak oczy wy­ba­łu­sza­cie, jakby wam kto w rzyć mie­chem dmu­chał? Na­py­ta­li­ście wy sobie biedy, oj, na­py­ta­li­ście.

– O czym ty mó­wisz? – Grin­kor był cały roz­trzę­sio­ny.

– O cza­row­ni­ku, co­ście go tu usie­ka­li.

– Nie żyje. Nikt o tym nie wie. Gdzie tu kło­po­ty? – za­py­tał Hrach spo­koj­nie.

– My­śli­cie, że cza­row­ni­ka ubić, to tak przez łeb i skoń­czo­ne?

– I czar­ta można tak ubić.

– Jajca sobie tak ubij. – Stara po­czę­ła się śmiać. – Taki gał­gan jak ty może tylko ciało cza­row­ni­ka zabić, nie jego duszę. A dusza ta­kie­go za­wsze się przy ciele kręci i je przy­wró­cić do życia pró­bu­je.

-Mó­wi­łem, że trze­ba go po­ciąć! Po­ciąć i spa­lić – wy­krzy­czał Grin­kor hi­ste­rycz­nie.

– To nie wy­star­czy – prze­rwa­ła mu stara. – Może i na ja­kie­goś go­ło­wą­sa, co się pierw­szych cza­rów przy­ucza by­ło­by to dobre, ale nie na niego. – Wiedź­ma ob­rzu­ci­ła obu braci spoj­rze­niem. – Wie­cie, ko­go­ście tutaj ubili? – spy­ta­ła po chwi­li nie­zno­śne­go mil­cze­nia.

Karcz­ma­rze nie od­po­wie­dzie­li. Czu­jąc, że bled­ną sta­ra­li się od­gad­nąć, w jak strasz­ną ka­ba­łę przy­szło im się wplą­tać tym razem.

– Po­zna­ję te gry­zmo­ły i te pie­czę­ci – po­ka­za­ła im trzy­ma­ne w ręce pa­pie­ry. – To pismo nie­sław­ne­go Ba­liń­skie­go, na­dwor­ne­go le­ka­rza sa­me­go króla Alek­san­dra.

Hrach spoj­rzał na nią z po­bła­ża­niem.

– Na­sze­go czci­god­ne­go króla jako Zyg­mun­ta chrzci­li – po­wie­dział. – Może i na cza­rach się nie znamy, ale jako han­dla­rze pewne rze­czy wie­dzieć mu­si­my.

– Tak, znasz ty króla Zyg­mun­ta, bo ich już nie mniej niż trzech rzą­dzi­ło. Ale Alek­san­dra nie znasz, a wiesz dla­cze­go?

Hrach po­pa­trzył py­ta­ją­co.

– Bo to już ponad sto lat bę­dzie, jak skoń­czył pa­no­wa­nie.

Star­szy z braci od­zy­skał nieco pew­no­ści sie­bie.

– Więc ten, com go usie­kał nie mógł być twoim Ba­liń­skim – stwier­dził. – Tam­ten szlach­cic nie mniej niż czter­dzie­ści wio­sen li­czył.

– Mógł być i był – po­wie­dzia­ła stara z prze­ko­na­niem. – Ba­liń­ski to czar­no­księż­nik i szar­la­tan i prze­róż­ne rze­czy po­tra­fi robić. Raz się parał al­che­mią, raz le­cze­niem. Raz był Po­la­kiem, a raz Gre­kiem. Ale lu­dzie mu­sie­li mu wie­rzyć. Ina­czej nie kosz­to­wa­ły­by tak dużo jego usłu­gi. A po­wia­da­ją, że za le­cze­nie nie mniej niż sto czer­woń­ców brał, aż go wszyst­kie kra­kow­skie cy­ru­li­ki Set­ni­kiem z za­zdro­ści prze­zwa­li. – Wiedź­ma zwil­ży­ła ję­zy­kiem blade wargi. Cho­dząc po po­ko­ju kon­ty­nu­owa­ła: – Jego sława do sa­me­go kró­lew­skie­go dworu do­trzeć mu­sia­ła, bo gdy król za­nie­mógł, po­sła­no po Ba­liń­skie­go. Ale Ba­liń­ski inne plany miał co do króla. Miast go le­czyć krew mu tylko pusz­czał i ka­dzić na­ka­zał, aż dobry wład­ca zszedł z tego świa­ta. – ob­ró­ci­ła głowę w stro­nę Hra­cha. – A wiesz, dla­cze­go po Ba­liń­skim nie znać było wieku?

Hrach po­krę­cił prze­czą­co głową.

– Bo po to na­ka­zał kró­lo­wi krew pusz­czać, by potem móc z tej krwi elyk­syr wa­rzyć.

– Jaki elyk­syr? – za­py­tal Grin­kor zdzi­wio­ny.

– Z kró­lew­skiej krwi można napar spo­rzą­dzić – tłu­ma­czy­ła stara – który śmierć od za­ży­wa­ją­ce­go go od­su­nąć po­tra­fi. Dziw­nym losu zrzą­dze­niem na sa­mych króli on tylko nie dzia­ła.

– A skąd ty o tym wiesz? – spy­tał Hrach na­pa­stli­wie.

– A coś ty my­ślał? – obu­rzy­ła się cza­row­ni­ca. – Że ja, stara, w lesie tylko sie­dzę i kozły doję? Że na Łysej Górze wiedź­my je­dy­ne co robią, to łojem się sma­ru­ją i rzyć dla czar­ta trzy­ma­ją wy­pię­tą? – Wy­pro­sto­wa­ła się dum­nie. – By­wa­ją na sa­ba­tach oso­bi­sto­ści, które na tą waszą psią budę nawet splu­nąć by nie miały ocho­ty. Możem i ja się nie kształ­ci­ła w Kra­ko­wie, ale Łysa Góra to też uni­wer­sy­tet i nie wiem czy nie lep­szy. Spo­tka­łam ja tam Ba­liń­skie­go i wiem, że człek to upar­ty i pew­nie się wam jesz­cze we znaki da, nawet po śmier­ci.

– Więc co mo­że­my zro­bić? – spy­tał Hrach mniej pew­nie.

– Duszy już mu nie znisz­czy­cie. Mu­si­cie tylko spra­wić, żeby nie mogła tu wró­cić. – Stara się­gnę­ła za pa­zu­chę wyj­mu­jąc małą bu­te­lecz­kę. – Weź­cie to, tylko pa­mię­taj­cie – ostroż­nie się z tym trze­ba ob­cho­dzić.

Bra­cia spoj­rze­li z lę­kiem na gli­nia­ną fiol­kę.

– To sroga tru­ci­zna, spe­cjal­nie na cza­row­ni­ków przy­go­to­wa­na. Z czar­ciej sier­ści się ją robi i do wę­grzy­na leje. W wę­grzy­nie nie spo­sób jej po­znać, bo na­da­je ona winu nie­spo­ty­ka­nej głębi smaku. – Po­da­ła bu­te­lecz­kę Hra­cho­wi. – Do­brzem ja prze­czu­wa­ła, co się tu u was świę­ci, kie­dy­ście do mnie przy­szli. Dla­te­go za­bra­łam ją ze sobą.

– I tym bę­dzie­my mogli tego Ba­liń­skie­go dobić?

– Głu­piś, Grin­kor. Już na to za późno. Ale za Ba­liń­skim mogą inni tutaj przy­je­chać. Wtedy od razu im z wę­grzy­nem to podać i bę­dzie­cie mieli spo­kój. A cza­row­ni­cy łasi na wę­grzy­na ogrom­nie.

– Ale co z Ba­liń­skim – spy­tał Grin­kor z na­ra­sta­ją­cą de­spe­ra­cją.

– Jego dusza się przy ciele kręci. Mu­si­cie wiec z cia­łem takie rze­czy uczy­nić, żeby do niego wró­cić nie mogła.

– Więc spa­lić? – Hrach py­ta­ją­co uniósł brew.

– Nie. To nie wy­star­czy.

– Więc co jesz­cze można zro­bić?

– Coś wy­my­śli­cie, Hrach, coś wy­my­śli­cie.

 

 

V

 

 

Wroń­ski po­czuł za­pach pie­czo­ne­go mięsa. Jego żo­łąd­kiem wstrzą­snął atak głodu. Nie był to jed­nak zwy­kły głód. Wroń­ski znał już to uczu­cie. Znał je od cza­sów ob­lę­że­nia Krem­la.

Woń, jaka do­bie­ga­ła do jego noz­drzy miała w sobie jakiś nie­zro­zu­mia­ły powab. Coś, co spra­wia­ło, że pra­gnie­nie z sa­me­go środ­ka jego trze­wi do­ma­ga­ło się od­na­leźć jej źró­dło.

Kudej spoj­rzał na swo­je­go pana. Wi­dział, jak ten bled­nie. Wi­dział, jak z coraz więk­szym tru­dem łapie od­dech.

Wroń­ski za­ci­snął zęby. Z jego brzu­cha roz­cho­dzi­ły się fale bólu, które czuł na całym ciele. Po­wstrzy­mu­jąc drże­nie rąk ru­szył w kie­run­ku wi­docz­nej na ho­ry­zon­cie go­spo­dy.

To miej­sce wska­zał mu Koł­tun.

Karcz­ma była roz­sy­pu­ją­cą się ru­de­rą. Po za­sy­pa­nej słomą pod­ło­dze ła­zi­ły kury i gęsi. Omi­ja­jąc ławy i sy­pią­ce się stoły spo­glą­da­ły do­oko­ła, jakby cze­goś szu­ka­jąc. Przy roz­pa­lo­nym na ko­mi­nie ogniu sie­dział wy­le­nia­ły pies. Liżąc się z za­pa­mię­ta­niem mię­dzy tyl­ny­mi ła­pa­mi wy­da­wał ciche jęki i mla­śnię­cia.

W nie­wiel­kim al­kie­rzu sie­dzia­ło pię­ciu szlach­ci­ców. Ich za­czer­wie­nio­ne gęby zwie­sza­ły się nad ku­fla­mi piwa. Tru­nek wy­glą­dał tak, że ktoś obe­zna­ny ze spo­so­bem funk­cjo­no­wa­nia nerek mógł­by mieć opory przed jego wy­pi­ciem. Czy­niąc nie­prze­cięt­ny rej­wach kom­pa­nia ob­rzu­ca­ła wy­zwi­ska­mi bo­ga­to ubra­ne­go chło­pa, który sie­dział w głów­nej izbie.

Sto­ją­cy za szynk­wa­sem obe­rży­sta spoj­rzał na wcho­dzą­cych. Po­sęp­ny, jed­no­oki szlach­cic i to­wa­rzy­szą­cy mu Lipek z twa­rzą po­kry­tą bli­zna­mi byli ostat­ni­mi oso­ba­mi, ja­kich by sobie tu ży­czył. Kiedy przy­by­sze za­ję­li miej­sca dwa stoły od chło­pa, Hrach ucie­szył się, że nie skie­ro­wa­li się do al­kie­rza. Kar­czem­na awan­tu­ra była naj­mniej po­trzeb­ną mu teraz rze­czą.

– Wasz­mo­ścio­wie, ze mnie pro­sty chłop. Do wszyst­kie­go cięż­ką pracą do­sze­dłem – pró­bo­wał bro­nić się Pę­cien.

– Ha! Uczci­wą pracą! – Gruby szlach­cic grze­biąc pal­cem w zębie spoj­rzał na niego z po­gar­dą. – Praca to twój obo­wią­zek, cha­mie! – Nie mogąc znieść bo­gac­twa jego stro­ju od­wró­cił wzrok. Z prze­kleń­stwem za­ci­snął rękę na gli­nia­nym kuflu i upił łyk, krzy­wiąc gębę. Nie wie­dział, czy to na smak piwa, czy przez chło­pa. Ubra­ny w dobry ko­żuch Pę­cien wy­wo­ły­wał w nim na­pa­dy zło­ści. Kiedy pa­trzył na jego dumną po­sta­wę, miał ocho­tę pła­zo­wać jego sze­ro­ki grzbiet. Jed­nak naj­wię­cej ner­wów kosz­to­wa­ło go to, że chłop miał na gło­wie szla­chec­ki koł­pak! – Nie tobie stro­ić się i błysz­czeć! – wy­krzy­czał w jego stro­nę. – Ora et la­bo­ra – to je­dy­ne przy­ka­za­nie dla cie­bie.

Szlach­cic znów się­gnął po kufel. Po­zo­sta­li po­dzie­la­jąc jego obu­rze­nie po­ta­ki­wa­li mu ski­nie­niem głowy.

Pę­cien jadł po­spiesz­nie chcąc jak naj­szyb­ciej stąd pójść. Sta­rał się od­zy­wać jak naj­mniej wie­dząc, że każde jego słowo tylko po­gor­sza sy­tu­ację.

– Nie z za­zdro­ści cię tutaj po­uczam – pod­jął na po­wrót gruby szlach­cic. – Zając nie staje się niedź­wie­dziem, kiedy niedź­wie­dzie futro za­ło­ży. Wciąż jest za­ją­cem i wciąż ma za­ję­cze serce. Je­dy­ne, co mu z tego przy­cho­dzi, to to, że się na śmiesz­ność wy­sta­wia. Ale ty – wy­mie­rzył w niego gru­bym pal­cem – ty swoim po­stę­po­wa­niem prze­ciw­ko prawu bo­skie­mu wy­stę­pu­jesz!

– Panie, jakże to? – Pę­cien po­de­rwał się z miej­sca.

– Tak, cha­mie! – od­po­wie­dział mu gruby ucie­szo­ny jego po­pło­chem. – Nie po to cię Bóg chło­pem stwo­rzył, żebyś szlach­ci­ca uda­wał! Ale na­szych oczu nie zmy­lisz! I my pa­trzeć na to spo­koj­nie nie bę­dziem! – Ski­nął na swo­ich to­wa­rzy­szy. – Da­waj­cie go, do naga i do gnoju! Niech zna swoje miej­sce!

Dwóch chu­dych swa­wol­ni­ków wsta­ło i ru­szy­ło w jego stro­nę. Wy­glą­da­li jak ob­wią­za­ne ży­ła­mi tycz­ki. Ich dłu­gie, tłu­ste wąsy kle­iły im się do po­licz­ków.

Pę­cien padł przed nimi na pod­ło­gę i jął bła­gać o li­tość. Głusi na jego proś­by opraw­cy chwy­ci­li go pod boki i za­czę­li pod­no­sić. Chłop wy­rwał się im i w akcie de­spe­ra­cji sko­czył do stóp Wroń­skie­go.

– Panie, ła­skaw­co, wy­ra­tuj mnie, bez­bron­ne­go! – Skam­ląc o pomoc ca­ło­wał jego po­kry­te bło­tem, kur­dy­ba­no­we buty.

Jakub nie zwra­cał na niego uwagi. Za­ja­dał się przy­nie­sio­nym przez karcz­ma­rza mię­sem głu­chy na wszyst­ko, co się dzia­ło do­oko­ła. Sie­dzą­cy obok niego Kudej do­strzegł w jego oczach błysk, który zmro­ził mu serce. Spo­glą­da­jąc na swój ta­lerz z kaszą i na danie swego pana za­sta­na­wiał się, co może być ta­kie­go wy­jąt­ko­we­go w tej pie­cze­ni, że jego pan od­da­je się jej z taką pasją.

Swa­wol­ni­cy chwy­ci­li Pę­cie­na pod pachy i od­cią­gnę­li w inną część sali. Spo­glą­da­jąc na Wroń­skie­go, na jego za­sę­pio­ną, jed­no­oką twarz, na jego hu­sar­ską sza­blę w czar­nej, po­zba­wio­nej zdo­bień po­chwie nie chcie­li, by chłop nie­po­ko­ił go po­now­nie.

Pę­cien, pchnię­ty w stro­nę ko­mi­na robił wszyst­ko by nie wpaść do ognia. Kiedy upadł na pod­ło­gę roz­sy­pu­jąc po­da­ne psu kości zwie­rzę nawet na niego nie spoj­rza­ło. Z głową wciąż po­mię­dzy tyl­ny­mi ła­pa­mi od­da­wa­ło się wła­snym spra­wom.

Kiedy kości zna­la­zły się w ob­rę­bie wzro­ku Wroń­skie­go, ten zdą­żył wziąć jesz­cze spory kęs zanim kieł­ku­ją­ca na ten widok myśl zdą­ży­ła osta­tecz­nie wy­kwit­nąć w jego gło­wie. Prze­gryzł jesz­cze i prze­łknął, zanim zdał sobie spra­wę z tego, co widzi.

Nagle przy­po­mniał sobie skąd zna smak mięsa, które spo­ży­wa.

Le­żą­ce na pod­ło­dze kości były ludz­kie.

Hrach przy­glą­da­ją­cy się awan­tu­rze po­czuł nagłe szarp­nię­cie. Nim zdą­żył prze­li­czyć, na jakie stra­ty może się zaraz na­ra­zić, ktoś wci­snął jego głowę w deski szynk­wa­su.

– To mięso, które mi po­da­łeś – usły­szał cięż­kie słowa Wroń­skie­go – było ludz­kie, praw­da?

Hrach chciał za­prze­czyć, po­wie­dzieć coś w swo­jej obro­nie, jed­nak ści­ska­ją­ce jego głowę dło­nie unie­moż­li­wia­ły mu to. Po­czuł, jak z roz­dar­tych o zęby warg za­czy­na ście­kać stróż­ka krwi.

– Wczo­raj go­ści­łeś szlach­ci­ca. – Jakub po­chy­lił się nad nim. Ce­dził teraz swoje słowa pro­sto do ucha szyn­ka­rza. – Był ranny. Wy­glą­dał na ucie­ki­nie­ra. Może po­my­śla­łeś, że to in­fa­mis? A może po pro­stu po­sta­no­wi­łeś się tro­chę wzbo­ga­cić. Dość, że go za­bi­łeś. A karcz­ma to świet­ne miej­sce, by po­zbyć się zwłok, praw­da?

Obe­rży­sta spró­bo­wał wy­krę­cić głowę spod uści­sku Wroń­skie­go. Bez skut­ku.

– Zadam ci jedno py­ta­nie i jeśli mi sa­tys­fak­cjo­nu­ją­co od­po­wiesz, da­ru­ję ci życie.

Hrach po­pa­trzył na niego z na­dzie­ją.

– Gdzie jest mo­de­ru­nek szlach­ci­ca? – Wroń­ski po­luź­nił tro­chę swój uścisk. Szyn­karz po­ru­szył głową i ob­li­zał usta.

– Ni­cze­go nie było – po­wie­dział prze­ły­ka­jąc zmie­sza­ną z krwią ślinę. – Tylko piach!

– Co?

– Chama skar­cić, słusz­na rzecz. – Wroń­ski usły­szał za swo­imi ple­ca­mi słowa jed­ne­go ze swa­wol­ni­ków. – Jed­nak wpierw do jego pana ze skar­gą się zwró­cić po­win­no.

Jakub od­wró­cił się. Jeden z chu­dych szlach­ci­ców stał tuż za nim. Trzy­ma­jąc dłoń na rę­ko­je­ści sza­bli ob­rzu­cał go wro­gim spoj­rze­niem. Jego to­wa­rzy­sze wsta­li naj­wy­raź­niej szy­ku­jąc się do walki.

– Imć Ata­na­zy ma rację. – Gruby szlach­cic wy­szedł z al­kie­rza. – A tak się skła­da, że je­stem tutaj kar­bo­wym i to pod moją zwierzch­no­ścią są wszyst­kie chamy z tej wio­ski. – Bio­rąc się pod boki zmie­rzył Wroń­skie­go wzro­kiem. – I nie myśl – pod­jął po chwi­li – że się tutaj two­jej czar­nej sza­bli i tego od­mień­ca lękać bę­dzie­my. Zważ, że ja taką samą u mego boku noszę.

Wroń­ski nie po­pa­trzył w jego stro­nę. Czuł, jak dziw­ny żar roz­pły­wa się po jego ży­łach. Wzbie­ra­ła w nim ener­gia tak duża, że moż­li­wość sto­cze­nia po­je­dyn­ku na­pa­wa­ła go ra­do­ścią. Sta­rał się prze­wi­dzieć ile czasu zaj­mie im do­by­cie broni i do­sko­cze­nie do niego.

Za­uwa­żył kon­tem oka jakiś ruch przy drzwiach pro­wa­dzą­cych do stanu. Wy­da­wa­ło mu się, że do izby zaj­rzał ktoś nie­by­wa­le po­dob­ny do obe­rży­sty. Nim zdą­żył się nad tym za­sta­no­wić, do roz­mo­wy włą­czył się sto­ją­cy nad obi­tym chło­pem tycz­ko­wa­ty szlach­cic.

– Gdy­byś znał, waść, pana Ma­cie­ja, na­sze­go kar­bo­we­go – po­wie­dział chudy – ina­czej byś z nami roz­ma­wiał. Ale widzę, żeś nigdy o nim nie sły­szał.

Jakub mil­czał. Nie zwa­ża­jąc na jego obo­jęt­ny wyraz twa­rzy swa­wol­nik kon­ty­nu­ował:

– Ale może to przez to, że panów Ma­cie­jów zbyt wielu w Rzecz­po­spo­li­tej. Jed­nak nasz kar­bo­wy pod innym imie­niem jest le­piej znany i o tym, waść, mu­sia­łeś usły­szeć. – Tycz­ko­wa­ty szlach­cic po­stą­pił krok na przód. – Znasz pew­nie hi­sto­rię, jak pana sta­ro­stę Opłec­kie­go re­fe­ren­dar­skim cię­ciem wszel­kich ma­rzeń o po­tom­stwie po­zba­wio­no? Wiedz, że to imć Ma­ciej to cię­cie wy­pro­wa­dził, na czego pa­miąt­kę wszy­scy od tego czasu Re­fe­ren­da­rzem go prze­zy­wa­ją.

Chudy szlach­cic chciał się uśmiech­nąć. Chciał dodać mocy swo­jej groź­bie. Jed­nak gry­mas, jaki po­ja­wił się na jego twa­rzy wy­glą­dał tak, jakby po­zu­jąc do por­tre­tu przy­po­mniał sobie, że nie za­ło­żył spodni.

Swa­wol­ni­cy wie­dzie­li, że Wroń­ski wy­ko­nał ruch, ale zu­peł­nie nie mogli od­gad­nąć kiedy.

Sto­ją­cy naj­bli­żej Ata­na­zy rów­nież nic nie do­strzegł. Jed­nak do tego, żeby się nad tym za­sta­no­wić nie miał w tej chwi­li głowy.

Do­słow­nie.

Pod­go­lo­ny łeb chu­de­go szlach­ci­ca po­to­czył się po pod­ło­dze. Ciało stało jesz­cze przez chwi­lę, po czym ru­nę­ło z ło­sko­tem.

Wroń­ski przy­pa­try­wał się ze­bra­nym z sza­blą w dłoni.

– Waść mówił coś o cię­ciach – zwró­cił się do sto­ją­ce­go przy chło­pie awan­tur­ni­ka.

Kar­bo­wy dobył broni. Resz­ta swa­wol­ni­ków sta­nę­ła w go­to­wo­ści.

– Bi­go­so­wać psu­bra­ta! – roz­ka­zał ru­sza­jąc w stro­nę Ja­ku­ba.

Kudej wy­cią­gnął sza­blę i za­mie­rzył się na tycz­ko­wa­te­go szlach­ci­ca. Jed­nak zanim zdą­żył wy­pro­wa­dzić cios Wroń­ski prze­szył chu­dziel­ca ude­rze­niem w pierś, roz­ci­na­jąc cały jego bok.

Lipek od­su­nął się. Wi­dząc szał, w jaki wpadł jego pan oba­wiał się, że sam mógł­by być ude­rzo­ny. Błysk roz­świe­tla­ją­cy oczy Wroń­skie­go prze­szy­wał go lę­kiem. Wie­dział, że w prze­cią­gu ostat­nich chwil coś stało się z Ja­ku­bem, ale nie mógł od­gad­nąć co.

Dwóch sto­ją­cych przy stole szlach­ci­ców chwy­ci­ło roz­pa­da­ją­cy się mebel i wy­szło z nim z al­kie­rza.

Wroń­ski kop­nął w ich kie­run­ku drew­nia­ną ławę, jakby była za­le­d­wie wy­drą­żo­nym pnia­kiem. Pod jej na­po­rem stół pękł na dwie czę­ści. Ata­ku­ją­cy, nie tra­cąc rów­no­wa­gi, dalej szli w jego kie­run­ku. Ude­rza­jąc pła­zem zdez­o­rien­to­wa­ne­go obe­rży­stę Jakub przy­go­to­wał się na przy­ję­cie ataku kar­bo­we­go.

Kudej za­uwa­żył, że do pa­da­ją­ce­go bez przy­tom­no­ści szyn­ka­rza pod­bie­ga ktoś bliź­nia­czo do niego po­dob­ny. Wi­dząc, że po­stać trzy­ma w rę­kach starą sie­kie­rę ru­szył w jej stro­nę. Nie wie­dząc, któ­re­go z wal­czą­cych ze­chce za­ata­ko­wać, na wszel­ki wy­pa­dek wy­mie­rzył jej ude­rze­nie rę­ko­je­ścią sza­bli sku­tecz­nie obez­wład­nia­jąc.

W tym cza­sie Ma­ciej sze­ro­kim wy­ma­chem bił w za­sta­wę Wroń­skie­go. Ten bez więk­sze­go wy­sił­ku wy­trzy­mał cios i dał szyb­ką od­po­wiedź, kie­ru­jąc pióro w lic kar­bo­we­go.

Gruby szlach­cic był szyb­ki. Osło­nił się przed cio­sem jed­nak impet ude­rze­nia za­chwiał nim. Gdyby nie nad­bie­gli jego to­wa­rzy­sze, z pew­no­ścią stra­cił­by w tej chwi­li życie.

Wroń­ski ku­ca­jąc uchy­lił się przed czę­ścia­mi sto­ło­we­go blatu. Te zwar­ły się z trza­skiem tuż nad jego głową. Wpa­da­jąc na sie­bie w peł­nym biegu ata­ku­ją­cy Ja­ku­ba szlach­ci­ce za­to­czy­li się tra­cąc rów­no­wa­gę. Gdy jed­ne­mu z nich udało się ją od­zy­skać, padł ude­rzo­ny głową Ata­na­ze­go.

Kudej szyb­kim kop­nię­ciem wybił mu z ręki do­pie­ro co do­by­tą sza­blę. Szy­ku­jąc się do za­da­nia ciosu po­czuł ude­rze­nie z lewej stro­ny. Drugi ze szlach­ci­ców ude­rzył go w trok, szczę­śli­wie tra­fia­jąc pła­zem. Lipek za­ci­ska­jąc zęby spró­bo­wał zwięk­szyć dzie­lą­cy ich dy­stans. Nie­prze­rwa­nie sły­szał szczęk broni do­bie­ga­ją­cy z głębi sali.

Sto­ją­cy nie­opo­dal kar­bo­wy, zwany Re­fe­ren­da­rzem, wy­mie­rzał cios za cio­sem, sa­piąc gło­śno. Z tech­ni­ki, ja­kiej uży­wał, można było po­znać, że kie­dyś był wy­bor­nym fech­mi­strzem. Jed­nak naj­lep­sze czasy miał już za sobą. Wroń­ski uni­kał jego cięć, bądź brał je na za­sta­wę, nawet się nie pocąc. Walka ba­wi­ła go ogrom­nie. Czuł, jak jego mię­śnie na­bie­ra­ją daw­nej spraw­no­ści i chciał uży­wać ich jak naj­wię­cej. Wie­dział skąd wzię­ła się ta moc, ale wy­pie­rał tę myśl w głębi duszy pra­gnąc, by nie oka­za­ło się to praw­dą.

Kiedy skła­dał się do lek­kiej kon­try wy­pro­wa­dza­nej z nad­garst­ka uczuł, że ktoś chwy­ta go od tyłu. Po­wa­lo­ny przed chwi­lą kop­nię­tą głową szlach­cic uwie­sił się na jego szyi.

Kar­bo­wy, prze­ko­na­ny o wła­snym zwy­cię­stwie, wy­pro­wa­dził silne cię­cie ny­ży­kiem. Jed­nak zanim cios do­szedł celu szlach­cic padł po­wa­lo­ny cię­ża­rem swo­je­go to­wa­rzy­sza.

Wroń­ski chwy­cił ata­ku­ją­ce­go go z tyłu swa­wol­ni­ka i ci­snął nim przed sie­bie z za­dzi­wia­ją­cą ła­two­ścią. Gdy obaj prze­ciw­ni­cy le­że­li na ziemi sta­nął nad nimi na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach. Z jego ust ście­ka­ła stróż­ka krwi. W ustach wciąż miał ka­wa­łek mięsa od­gry­zio­ny z za­ci­ska­ją­cej jesz­cze przed chwi­lą jego szyję ręki.

Kudej i wal­czą­cy z nim szlach­cic za­mar­li w bez­ru­chu. Jakby za­po­mi­na­jąc o wszyst­kim, wpa­try­wa­li się we Wroń­skie­go z na­ra­sta­ją­cym lę­kiem.

Ugry­zio­ny war­choł krzyk­nął, kiedy Jakub ru­szył w jego stro­nę.

Nie krzy­czał z bólu.

Jego krzyk był krzy­kiem stra­chu.

 

 

VI

 

 

Ćmina nie po­tra­fił po­wie­dzieć, co skło­ni­ło go, by pójść do karcz­my o tak wcze­snej porze. Nie wie­dział też, dla­cze­go nie wy­brał obe­rży we wsi. Jed­nak teraz, kiedy nie mogąc zła­pać rów­no­wa­gi śli­zgał się na uma­za­nych krwią de­skach pod­ło­gi, go­to­wy był zrzu­cić to wszyst­ko na karb jakiś dia­bel­skich pod­szep­tów.

Ła­piąc się po­kry­te­go rdza­wy­mi skrze­pa­mi blatu z tru­dem po­wstrzy­my­wał wy­mio­ty.

W całej sali bez­sku­tecz­nie można było szu­kać choć­by skraw­ka nie­uma­za­nej po­so­ką ścia­ny. Krew, za­sy­cha­jąc po­wo­li, ja­śnia­ła, na­bie­ra­jąc po­ma­rań­czo­wych od­cie­ni.

Pod no­ga­mi Ćminy chrzę­ści­ły dep­ta­ne kości. W izbie le­ża­ło kilka ob­gry­zio­nych do naga szkie­le­tów w po­roz­ry­wa­nych żu­pa­nach. Chłop z prze­ra­że­niem spo­strzegł, że wi­docz­ne na nich ślady zębów są ludz­kie. Za kon­tu­arem zna­lazł szcząt­ki dwóch obe­rży­stów.

Był pe­wien, że nawet Ko­za­cy nie mogli do­ko­nać ta­kiej siecz­ki. Z pew­no­ścią mu­sia­ła być to ro­bo­ta upi­rów. Roz­glą­da­jąc się wo­ko­ło do­strzegł ciało, które prze­ra­zi­ło go bar­dziej, niż wszyst­ko, co do tej pory zo­ba­czył.

Pod ścia­ną le­ża­ły zwło­ki Lipka. Nie było na nich żad­nych oka­le­czeń. Nie był nawet ranny. Jed­nak jego po­kry­ta daw­ny­mi bli­zna­mi twarz za­sty­gła w gry­ma­sie, na któ­re­go widok za­trzy­ma­ło się chłop­skie serce Ćminy.

Tatar wy­glą­dał tak, jakby umarł ze stra­chu.

Ćmina prze­że­gnał się. Z prze­ra­że­niem przy­po­mniał sobie jeźdź­ca, któ­re­go minął na trak­cie. Wspo­mnie­nie jego jed­no­okiej twa­rzy wstrzą­snę­ło całym jego cia­łem. Chłop był pe­wien, że to ten po­sęp­ny szlach­cic był spraw­cą tego, co tutaj zo­ba­czył.

Ćmina jął dzię­ko­wać Bogu, że nie tra­fił w to miej­sce wcze­śniej. Kiedy skoń­czył mo­dli­twy po­now­nie uczy­nił znak krzy­ża i rzu­cił się na pod­ło­gę, by przej­rzeć za­war­tość szla­chec­kich trzo­sów.

 

 

***

 

Ba­liń­ski je­chał stępa na koniu Wroń­skie­go. Da­le­ko za nim ma­ja­czy­ły zni­ka­ją­ce kon­tu­ry roz­pa­da­ją­cej się karcz­my. Chro­niąc się przed wia­trem w so­bo­lach delii oglą­dał swoje dło­nie, jakby wi­dział je po raz pierw­szy.

– I jak ci się po­do­ba moje nowe ciało, Koł­tun? – za­py­tał z za­do­wo­le­niem.

– Wspa­nia­łe. – Koł­tun sie­dząc za pa­zu­chą Ba­liń­skie­go przy­glą­dał się jego po­zba­wio­nej le­we­go oka twa­rzy. Za­sta­na­wiał się przy tym, gdzie jest Wroń­ski. Nie wie­dział, czy jego dusza wciąż zo­sta­ła w tym ciele, czy może, mocą Ba­liń­skie­go, zo­sta­ła z niego wy­pchnię­ta. Czy mo­gła­by do niego wró­cić? I jeśli tak, to w jaki spo­sób?

– To nawet za­baw­ne – pod­jął po chwi­li Ba­liń­ski prze­ry­wa­jąc roz­my­śla­nia Koł­tu­na. – Ten, przez któ­re­go mu­sia­łem się ukry­wać, przez któ­re­go mu­sia­łem prze­miesz­ki­wać w naj­po­dlej­szych go­spo­dach, przez któ­re­go o mało nie stra­ci­łem w jed­nej z nich życia, osta­tecz­nie oka­zał się moim wy­ba­wie­niem.

Dla Koł­tu­na było fa­scy­nu­ją­ce to, że przez twarz tego po­chmur­ne­go szlach­ci­ca prze­ma­wiał teraz jego pan. Wpa­try­wał się w nią olśnio­ny nie zwra­ca­jąc uwagi na sens słów, jakie wy­po­wia­da­ła.

– Cóż za wspa­nia­ła iro­nia losu! – Ba­liń­ski roz­ko­szo­wał się zmie­nio­nym brzmie­niem wła­sne­go głosu. – Kiedy ten czło­wiek ru­szył na­szym tro­pem my­śla­łem, że przyj­dzie mi się z nim nie­ma­ło na­tru­dzić, że uprzy­krzy nam życie. Jed­nak ten szlach­cic spadł mi jak z nieba. Gdyby nie on, wiele mu­siał­bym się na­tru­dzić, by na po­wrót po­łą­czyć moje prze­tra­wio­ne szcząt­ki.

Koł­tun pa­trzył, jak obca twarz jego pana milk­nie za­my­ślo­na. Przez chwi­lę miał ocho­tę jej do­tknąć by prze­ko­nać się, czy jest praw­dzi­wa.

– Wroń­ski był głup­cem – pod­jął po chwi­li Ba­liń­ski. – Stra­cił lata, żeby mnie od­na­leźć. Chciał le­czyć się kró­lew­ską krwią. A wy­star­czy­ło tylko jeść ludz­kie mięso. – Szlach­cic za­śmiał się. – Mi­nę­ło pra­wie pół­to­rej wieku odkąd za­gar­ną­łem tro­chę alek­san­dro­wej krwi. Jak mógł my­śleć, że mogło jej star­czyć aż do teraz?

Koł­tun przy­zwy­cza­ił się do mo­no­lo­gów swo­je­go pana. Pod­czas ich trwa­nia nie za­bie­rał głosu. Wie­dział, że Ba­liń­ski nie wy­po­wia­da ich dla niego. Dumny szlach­cic mu­siał sły­szeć swoje słowa, by czuć w pełni pły­ną­cą z wła­snych prze­my­śleń sa­tys­fak­cję.

– Do­ko­na­łem wiel­kie­go od­kry­cia, Koł­tun. – Ba­liń­ski spoj­rzał na niego z góry. – Na­uczy­łem się no­we­go spo­so­bu, by prze­dłu­żyć swoje życie.

– To wspa­nia­le, panie. – Słu­chacz tak wpra­wio­ny jak Koł­tun do­sko­na­le orien­to­wał się, w któ­rych chwi­lach po­wi­nien wy­ra­zić uzna­nie.

– Je­steś go cie­kaw?

Stwór spoj­rzał na Ba­liń­skie­go py­ta­ją­co. Szlach­cic przy­bie­ra­jąc mę­dr­czy wyraz twa­rzy roz­po­czął ty­ra­dę:

– Znany jest fakt, że je­dząc czy­jeś ciało mo­że­my prze­jąć moc tego, do kogo ono na­le­ża­ło. Jed­nak ja po­su­ną­łem się krok dalej! – Ba­liń­ski za­darł dum­nie głowę. – Po­zwa­la­jąc się zjeść, za­pa­no­wa­łem nad zja­da­ją­cym! Oczy­wi­ście muszą zajść okre­ślo­ne oko­licz­no­ści… – Jego głos stał się mniej zde­cy­do­wa­ny. – Po­trze­ba le­piej opra­co­wać pewne za­klę­cia. I praw­do­po­dob­nie gdyby nie klą­twa tego li­sow­czy­ka nic by z tego nie wy­szło. Jed­nak mam już pod­sta­wy do badań i za­mie­rzam ich wynik opu­bli­ko­wać!

– To wspa­nia­le, panie.

– Oczy­wi­ście, że wspa­nia­le! Już nawet znam tytuł swo­je­go dzie­ła – Cor­pus No­bi­le, albo jak szla­chec­kie ciało po­siąść.

– Bar­dzo dobry – po­chwa­lił go Koł­tun – ale czy nie są­dzisz, panie, że może on su­ge­ro­wać inne tre­ści?

– I świet­nie! – Ba­liń­ski po­czął się śmiać. – W krę­gach her­me­tycz­nych takie rze­czy cie­szą się wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem!

Ze wzro­kiem wbi­tym w ho­ry­zont szlach­cic za­to­pił się w ma­rze­niach. Kiedy wje­cha­li mię­dzy drze­wa spoj­rzał na Koł­tu­na.

– A po­wiedz mi jedną rzecz – za­czął pytać swo­je­go cho­wań­ca. – Czy kie­dyś mamił Wroń­skie­go mó­wiąc mu, że już dłu­żej u mnie służ­by znieść nie mo­żesz, to czy nie było w tym tro­chę praw­dy?

– Panie, skąd­że! – ob­ru­szył się Koł­tun. – Koł­tun jest wier­ny i swo­je­go pana nie od­stą­pi, póki po tego śmierć nie przyj­dzie.

– To do­brze, Koł­tun – od­rzekł Ba­liń­ski. – Ale mu­sisz wie­dzieć, że ja za­mie­rzam żyć długo.

– Koł­tun wie i cie­szy go to nie­zmier­nie.

– W takim razie skończ­my już tę roz­mo­wę. Gar­dło mam na wiór wy­schnię­te. Po­pa­sa­my teraz.

Cho­wa­niec za­czął się wier­cić. Po chwi­li po­wie­dział:

– Koł­tun ma na taką oko­licz­ność nie­spo­dzian­kę. – Stwór wyjął z je­dy­nie sobie wia­do­me­go miej­sca sporą butlę. – To z karcz­my. Naj­lep­szy wę­grzyn, jaki tam mieli. Po­dob­no jego smak po­sia­da nie­spo­ty­ka­ną głę­bię.

– Świet­nie, Koł­tun. – Ba­liń­ski wziął od niego an­ta­łek. – Wiesz jak uwiel­biam wę­grzy­na.

Koł­tun nie pa­trzył na niego. Z roz­ma­rze­niem spo­glą­dał na sa­mot­ną wierz­bę, któ­rej kon­tur ry­so­wał się na ho­ry­zon­cie.

– Koł­tun wie – po­wie­dział nie od­wra­ca­jąc wzro­ku od drze­wa. – Koł­tun wie – po­wtó­rzył.

 

Koniec

Komentarze

Jedno z lepszych na konkurs, aczkolwiek strasznie przegadane.

Może i przegadane, ale zdecydowanie dobre. Stylowo na tyle dobre, że koncentrowanie się na błędach byłoby stratą czasu a może nawet obrazą dla autora. Po względem fabuły nie tyle dobre co bardzo dobre. To największa zaleta tego opka. treść wciągająca od początku  - pierwsze zdanie genialne i pasujące do konwencji. Do końca trzyma w napięciu i niespodziewanie się kończy. jak dla mnie to opowiadanie kompletne. zasługuje na wyróżnienie. Pozdrawiam.

Jakub spróbował wstać. Kiedy gruby szlachcic pochylił się nad nim poczuł jego oddech woniący wilgotną mogiłą.
- A nasza okowita mocna - mówił dalej porucznik. - Wie waść dlaczego? - Bijący od Pileckiego chłód kojarzył się Wrońskiemu z otwartym grobem.

Chyba niepotrzebne dublowanie. Wystarczy tylko jedna wzmianka o grobie. Poza tym, bardzo mi się podoba. Świetne.

Dobre, ciekawe opowiadanie. Jak zwykle nie obyło się bez karczmy:). Imponujący debiut na portalu:).

Mastiff

Aj! Rozlane zupy spływały ospałymi stróżkami na podłogę. Toż to "kultowy" błąd NF ;) Popraw szybko! Czytam dalej, bo zapowiada się fajnie.

Ok, skończyłam :) Opowiadanie świetnie i prawie bezbłędnie napisane (tylko popraw, proszę te "stróżki" - poza powyższą są jeszcze trzy). Wielki plus za fabułę i dwie perełki, które pozwolę sobie zacytować:

Kudej wiedział, że jeśli kiedyś umrze służąc u Wrońskiego, to umrze ze strachu. :D

Kiedy skończył modlitwy ponownie uczynił znak krzyża i rzucił się na podłogę, by przejrzeć zawartość szlacheckich trzosów. :D:D:D

Dobre.Przede wszystkim - przewrotne. Rzeczywiście, nieco przegadane, ale nieznacznie. Najważniejsze, że opwiadanie wciąga i czyta się je z rosnącym zainteresowaniem.
Gorzej, że w pewnych momentach ( scena walki w karczmie ) opowiadanie jest nie do konca dopracowane, a sama scena statyczyna i mocno  " drewniana". 
Wiele zdań wymaga przemodelowania.
 Przyklad:
"  Nie wiedząc, którego z walczących zechce zaatakować, na wszelki wypadek wymierzył jej uderzenie rękojeścią szabli skutecznie obezwładniając."
I kolejny:  "Wroński kopnął w ich kierunku drewnianą ławę, jakby była zaledwie wydrążonym pniakiem." Wydrązony pniak swoje waży ...
Sporo jest takich niedoróbek.
Ale pomysl niezły i w sumie dobre wykonanie, choc bez rewekacji. 

Może napiszę to, co mi sie nie podobało. A zatem - wstęp, ktory okazuje się snem. Długi i bez późniejszych powiązań, na dodatek w dalszej części tekstu Kołtun bezpośrdednio wyjaśnia sprawę łaknienia. Dwa - scena w karczmie, w której bracia zabijają czarownika - przypomina mi nieco Nemezis Tuchorskiego - niby wielki czarownik a załatwił go jakiś kmiot, a że w tym przypadku przy pomocy wiedźmy? Kłóci się to nieco z opisem Wrońskiego, który też czarować potrafi i Kołtuna przyzywa.Na dodatek Baliński wyznaje, że musiał ukrywać sie przed Wrońskim, czyli Wroński nie był byle kmiotem.A może to kolejny frajer - mag, jakich pełno się szwęda po opowiadaniach? Trzy - Kołtun nie może zabić pana - a w scenie końcowej szykuje Balińskiemu węgrzyna, którego uwarzyła wiedźma. Czyli jednak może zabić? Bo uśpienie nie wchodzi raczej w grę.
Reasumując - autor rzucił kilka pomysłów, z których mogło wyjść coś znacznie lepszego. A tak, akcja toczy się od rozmowy do rozmowy. Dlatego wegług mnie tekst jest przegadany i mocno niedopracowany.

Dlaczego nikt nie zwróci uwagi, że autor ma najwyraźniej alergię do przecinków? Chyba co drugie, trzecie zdanie, cierpi na deficyt znaków interpunkcyjnych.
Co do treści- czytam, czytam i czytam. Dłuuugie i przegadane.

No, doczytałem. Rzeczywiście, przegadany był początek- ten sen. Potem  było już dużo lepiej. Dam 5

Ja powiem tylko, że jestem absolutnie zachwycona. 

www.herbatkauheleny.pl

Moim zdaniem początek jest najlepszą częścią tego opowiadania. Owszem, długi, ale jakościowo świetny.

Bardzo dobre :)

Opowiadanie ma niesamowity wręcz, posępny klimat, "przegadanie" wcale mu nie szkodzi. Początek - sen - moim zdaniem rewelacja, aż dreszcze przechodzą. Żeby nie było tak różowo - mimo tego, że wciągnęłam się w opowiadanie, to nie mogę pozostać obojętna na brak niezbędnych przecinków w co trzecim zdaniu. Do tego stopnia, że czasem zdanie traci sens (Jeśli to miało pomóc im odnaleźć go znowu warto było spróbować. itp.). Poza tym - tekst naprawdę niezły. 5.

Fabuła bardzo dobra, ale wykonanie…

Interpunkcja kuleje.

Z jego ust sączyła się stróżka zatęchłej śliny

Ojjj. Przecież już zwracano na to uwagę. A tu ciągle jeszcze biedne kobiety pilnują a to śliny, a to krwi…

Zauważył kontem oka jakiś ruch przy drzwiach prowadzących do stanu.

Kontem?

Minęło prawie półtorej wieku

Eeee, wiek jest rodzaju męskiego.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie dobre w każdym calu. Rewelacyjna fabuła, świetna końcówka. Przewrotna, zaskakująca, taka jakiej się oczekiwało. Jestem naprawdę zadowolony z lektury. 

 

Dziękuję!

Znakomity pomysł zaowocował świetną historią. Krwawą, mroczną, niezwykle zajmującą i utrzymującą napięcie aż do ostatniej kropki. :)

I wszystko byłoby super i ekstra, gdyby nie wykonanie, które, niestety, odebrało mi część przyjemności. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka