- Opowiadanie: Carewna - O sprawiedliwej kozie [rzymska bajka-niebajka]

O sprawiedliwej kozie [rzymska bajka-niebajka]

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla, AlexFagus, vyzart

Oceny

O sprawiedliwej kozie [rzymska bajka-niebajka]

 

Dawno, dawno temu żył sobie pewien plebejusz, biedny wdowiec imieniem Marek. Żona odumarła go niedługo po ślubie (złośliwi gadali, że ze zmartwienia, ale ludzie zawsze coś naplotą) i od tego czasu wiodło mu się coraz gorzej i gorzej. Sprzedał dom, który wniosła mu w posagu i przeniósł się do małej izdebki w insulae czynszowych, jednak pieniądze rozeszły się w mgnieniu oka, a do pracy nie bardzo miał talent i chęć. Zanosił modły do wszystkich bóstw, którym śmiał zawracać głowę, ale tak to już jest z losem człowieka, że nikt nie odwróci fatum, które mu pisane. Wstawał więc w południe, włóczył trochę po mieście, szedł tam, gdzie rozdawali chleb za darmo, oglądał wyścigi i żebrał albo brał, czego głupcy nie pilnowali.

 

Pewnego dnia poszczęściło mu się i będąc w łaźni został właścicielem prawie nowej pary czerwonych sandałów.

 

– Ho, ho! – powiedział sam do siebie. – Będziem za to pić do samiuśkich id!

 

Pogwizdując z zadowolenia, raźno ruszył na targ, by spieniężyć buty. Liczył w głowie, ile też mogą być warte, gdy zobaczył niewolnika trzymającego kozę na sprzedaż. Stare, czarne, wyliniałe bydlę było tak chude, że przez skórę policzyłby wszystkie żebra, ale wtem Marek spojrzał kozie w oczy. Żarzyły się one jak dwa węgielki, bystre i jakoś niepokojąco rozumne.

 

Mee, mee, mee

Kupże mnie!

 

Wydało mu się, że w beczeniu usłyszał błagalną prośbę. Powodowany nagłym, niespodziewanym impulsem podszedł do niewolnika i zapytał:

 

– Ile chcesz za tę chudzinę?

 

Służący przekrzywił głowę, mrużąc oczy.

 

– Nie wiem sam, a ile dacie, panie? Bo musi mi zapłata starczyć na nowe sandały dla mego właściciela, o, takutkie, jakie trzymacie w ręce – Wskazał.

 

Mark pomyślał, że to niemożebnie drogo za takie półżywe byle co, ale ostatecznie nic go buty nie kosztowały, więc pół godziny później wracał do domu z kozą na postronku. Oprzytomniał dopiero , gdy się znalazł w swojej izbie i złapał za głowę.

 

– Czym ja zgłupiał, żeby takie nic kupić! I to jeszcze za jaką cenę! Chyba pijany byłem, albo kto urok rzucił! To przez ciebie, ty taka, owaka! – wykrzyknął i rzucił się okładać kozę sznurem. Ona jednak odskoczyła zgrabniej, niż by się można po jej koślawych nogach spodziewać, otworzyła pysk i zamiast zameczeć, odezwała się ludzkim głosem:

 

– Nie bij mnie, panie, jeszcze ci się przysłużę! Ani jednego asa na mnie wydanego nie stracisz, sprawię, że staniesz się bogaty i szanowany!

 

Marek osłupiał. Oglądał kozę wytrzeszczonymi oczyma, obchodząc ja dookoła. Ta, niewzruszona, wodziła za nim wzrokiem. W końcu rzekła:

 

– Skręć trochę słomy i szmat ze swojego siennika. Rozdziej się i obwiąż tym warkoczem w talii, a potem włóż z powrotem tunikę. I nie zdejmuj potem pasa, choćby nie wiem co.

 

– Zgłupiałaś, kozo! – parsknął Marek. – Co ja, wariat, żeby się słomą obwijać?

 

– Zrób jak mówię – odpowiedziała spokojnie – a nie pożałujesz.

 

Może jego własne zaciekawienie, a może powaga malująca się w spojrzeniu zwierzęcia kazała Markowi zaufać kozie. Wyciągnął z siennika słomy, odciął kawał koca i umocował gotowy warkocz na brzuchu. Chodził tak dziesięć dni, aż porządnie już zniecierpliwiony, powiedział:

 

– No, toś mnie na pośmiewisko wystawiła, ale wystarczy tego, wyrzucam te śmieci!

 

– Zaczekaj, panie, uwierz mi, będziesz chodził w purpurze i złocie, tylko rób, co ci powiem. Weź, skręć drugi taki sznur i dołóż do pierwszego.

 

Marek coraz bardziej ciekaw, co z tego wyniknie posłuchał, choć ubranie wybrzuszało mu się na brzuchu jak bęben. Dziesiątego ranka miał dość, złapał za kij, by stłuc kozę, że tak zeń zadrwiła, ale ona spokojnie rzekła tylko:

 

– Wstrzymaj się, panie, a nie pożałujesz. Zamiast mnie bić do dwóch słomianych warkoczy dołóż trzeci, ubierz się na powrót i zrób, co ci rzeknę. A trzeba uczynić tak: pójdziesz do swego sąsiada, zamożnego rzeźnika i poprosisz, by ci pożyczył dużą sumę pieniędzy. On wyśmieje cię i odmówi, bo wie, żeś bez grosza i nie będziesz miał z czego oddać. Wtedy powiesz mu: czyż tak wygląda człowiek przymierający głodem? Mam dobry interes, pracuję nad nim dzień i noc i już mi się zwrócił, a nawet na syte wieczerze wystarcza, jak widzisz. Pożycz mi pieniądze, a dopuszczę cię do spółki. A skoro bym nie oddał, znasz prawo: poćwiartuj mnie, zasól w beczce i sprzedaj na mięso. Nie stracisz na tym, tak czy owak!

 

Poszedł Marek i stało się, jak mu koza rzekła. Skoro mu rzeźnik odmówił, odpowiedział słowo w słowo jak kazała i dostał całą sakiewkę monet. Uradowany, wrócił do domu.

 

– Kozo, kózko mojaś ty, złota! Patrz, ile pieniędzy dostałem! Teraz pójdziemy na targ, nakupimy wina, chleba, a dla ciebie słodkiej sałaty, będzie uczta!

 

– Rację masz, panie, musisz iść na zakupy, ale nie po napitek ani jadło. Pójdź tam, gdzie wystawiają niewolników i poszukaj wyuczonego zarządcy. U skąpego handlarza w zachodnim rogu rynku dostaniesz, kogo ci potrzeba: stary Grek, Andronik, umie rachować waluty całego świata i pisać we wszystkich językach Imperium. Kupisz go i przyprowadzisz tutaj.

 

Poszedł Marek na targ niewolników. Miło mu było, pełna sakiewka dźwięczała u pasa. Patrzy, a tu czarne niewolnice z Nubii, słodkie jak miód, a oczy mają jak ogień. Zapatrzył się i już-już miał pytać o cenę, gdy przypomniała mu się rada kozy. Zaczął więc pytać o zarządcę-rachmistrza. Wskazali mu kram chytrego kupca w zachodnim kącie. Marek nadął się, poprawił słomę na brzuchu, niby spasiony patrycjusz i pyta:

 

– Szukam nowego zarządcy do mojego domu, masz kogoś takiego?

 

– Mam, panie, popatrz tylko, otóż brodaty olbrzym: nikogo do twoich sesterców nie dopuści, a domowników trzyma żelazną ręką: kto tylko podskoczy, pięścią jak bochen dostanie, kup go!

 

– Nie chcę Gota, dwa do dwóch nie doda, innego mi znajdź.

 

– Może ten? Ciemną ma skórę, ale rozum jasny jak złoto, spod ziemi zysk wymyśli.

 

– Egipcjanina mi nie trzeba, alfabetu nie zna i ksiąg nie poprowadzi. Ten się też nie nada.

 

– Jeszcze jednego mam, panie, ale to zły zarządca, Grek, poprzedni właściciel sprzedaje go, bo rachunki mylił.

 

– Tego mi trzeba! – rzekł Marek. Zapłacił, nie targując się, niewolnika na łańcuch i w te pędy do domu, ciekawy, co to będzie. Przypiął Andronika na łańcuch w podwórzu, wpadł do izby i od progu woła:

 

– Kozo, kozo, teraz nam będzie jak w bajce, Grek będzie pracował, a ja żył jak król!

 

– Mee, mee, niee! – zameczała. – Idź zaraz na dół, weź nóż do mięsa, przystaw Grekowi do gardła i powiedz tak: Ja wiem i ty wiesz, ale chcę głośno usłyszeć, czego twój poprzedni pan nie umiał dojść!

 

Poszedł Marek, choć mu się to dziwne wydało, ale skoro Andronik zobaczył ostrze przy twarzy i usłyszał pytanie, zaraz w płacz uderzył i zawołał:

 

– Pieniądze ze szkatuły są w kuchni zakopane pod piecem, co do asa, panie, miej litość, schowałem, ale nic nie zdążyłem wynieść! Nie zabijaj tylko!

 

Ucieszył się Marek, a koza z okna meczy:

 

– Tnij, panie, tnij, głowę złodzieja w worek i biegnij do domu patrycjusza, donieś mu, gdzie jego srebro zniknęło!

 

Chlast, chlast, rzeźnickim nożem po szyi pociągnął, łeb Greka wrzucił do worka i pobiegł Marek do willi bogacza. Akurat był dzień recepcyjny. Tłum taki, że szpilki nie wciśniesz. Ten przyszedł ze skargą na sąsiada, tamten przyniósł owoców w prezencie, a ów tylko pokłonić się, przypomnieć patronowi o swoim istnieniu. Marek przepychał się, łokciami robił, a i tak przed oblicze gospodarza dostał się pod sam koniec. Wyłożył swoją sprawę, a bogacz zaraz posłał sługi, żeby sprawdzili schowek pod kuchnią. Skoro wrócili z pieniędzmi, rozradował się i zaraz na drugi dzień zaprosił Marka na ucztę.

 

Wrócił Marek do domu, opowiedział kozie o łaskach, w jakich się znalazł u patrycjusza.

 

– I nie dosyć tego – mówi koza – jeszcze lepiej się stanie. Pocałuj mnie teraz, jakbym była najpiękniejszą na świecie dziewczyną, a z uczuciem!

 

Wstrząsnął się biedak z obrzydzenia, cuchnący kozi pysk objął, patrzy, jak ślina z niego kapie, cmoknął szybko, obtarł usta.

 

– Źlee! – meczy bydlę. – Z uczuciem miało być, inaczej czary nie zadziałają!

 

Westchnął Marek. Zapatrzył się w czarne ślepia, zagapił, aż nic, tylko te dwa węgielki widział, reszta mu się rozmazała, mgłą zaszła. Dookoła oczu wymarzył sobie cerę białą, uszka małe, kształtne jak muszelki, włosy w gęstych splotach i usta niby wino, czerwoniuchne. W te wargi wilgotne przywarł swoimi, rozsmakował się. Całował i całował, powieki trzymał zaciśnięte, aby czasem szkaradnego koziego nosa nie oglądać. Gdy w końcu odsunął się i otworzył oczy, pomyślał, że śni. Na środku izdebki siedziała dziewczyna kubek w kubek taka, jaką wymarzył. Mrugnęła do niego filuternie, zatrzepotała długimi rzęsami.

 

– Cóż tak patrzysz? Jestem twoją córką ukochaną, z nieboszczki żony urodzoną, idę z tobą jutro na ucztę. Skoro mnie patrycjusz zobaczy, zapragnie za żonę. Odprawimy ślub, a skoro się z nim sam na sam znajdę, przemienię się znów w bydlątko. Stary jest, niedołęga, to z przestrachu zawału dostanie. A że dzieci nie ma, to dom mnie przypadnie. Ja zaś go zaraz tobie przepiszę, patrz, tu jest dokument.

 

Pomachała świstkiem, co go nie wiadomo skąd wzięła, a na nim czarno na białym: że Marcja, córka Marka, cały majątek swój, od długów wolny, w postaci domu,, winnicy, ogrodu, etc., etc. umiłowanemu ojcu… i trochę tam prawniczego bełkotu. Podpisy dwóch świadków, urzędnika, data na miesiąc naprzód.

 

Roześmiał się Marek i cmoknął siarczyście dziewczę w policzek, potem drugi, a w końcu w usta, raz, jeszcze jeden… Coś tam potem chichotali długo w noc, chociaż kaganek zgasili zaraz. W południe zaś, wystrojeni odświętnie, podążyli na ucztę. I nie minęły kalendy następnego miesiąca, jak bogacz prowadził dziewczynę do świątyni, na uroczyste zaślubiny. Zmarło się biedakowi na serce następnej nocy, chociaż gadali na forum, że podobno koza go pobodła na śmierć.

 

Pewnego poranka chodził Marek po swym nowym domu, porządkiem i dostatkiem cieszył oczy, gdy z kąta ogrodu podeszła do niego czarna, chuda i wyliniała koza.

 

– Masz już, co chciałeś, panie. Dom, służbę, poważanie w mieście. Jedno ci tylko opinię psuje, że taką mizerną chudzinę, co to nawet mleka nie daje, darmo karmisz. Na cóż ci ja, powiedz tylko? Każ mnie sprzedać na zupę, sam przecie twardego, żylastego nie tkniesz.

 

Przyzwyczaił się Marek słuchać kozy we wszystkim, skinął na niewolnika:

 

– Weź bydlę i sprzedaj zaraz na targu – rzekł.

 

– A ile za nią wziąć każesz, panie? – spytał sługa.

 

– Wszystko jedno, byle się pozbyć. Ale widzi mi się, że tyle, co za sandały, będzie w sam raz.

 

I poszedł dalej cieszyć się swoim szczęściem, a kozę podobno kupił jakiś drapichrust z sąsiedztwa…

Koniec

Komentarze

Bardzo fajna bajka i bardzo dobrze napisana. Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością.

Dzięki za opinię. :)

 

Czytam Porazińską w przerwach powtórki z prawa rzymskiego. :D

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

W sumie mogłam dopisać morał: suum quique tribuere. ;)

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Wszedłem tak tylko na chwilę, by rzucić okiem i zanim się obejrzałem bajka się skończyło. Bardzo udany tekst. Prosty i solidny. Brawo.

Dziękuję za wejście i rzucenie okiem zatem. :)

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Takiemu typkowi nic się nie należało, o. Ale bajka-nie-bajka dobra. Końcówka coś jak gdyby sugerowała… Dobrze kombinuję, Carewno?

No to ja powtórzę słowo w słowo za Vyzartem. :)

Adamie, ocho, dziękuję za przeczytanie.

Sapienti sat, Adamie, podejrzewam więc, że dobrze kombinujesz. ;)

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

:-)  Czy słowami w obcym języku mam poczuć się mile połechtany, czy chlaśnięty jak wiązką ostów?  :-)

Może więc przetłumaczę tak: mądrej głowie dość dwie słowie. ;)

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

No masz, zażartuj, to zaraz aluzją oberwiesz…  :-)

I tak upadło Imperium… Fajny tekst. Widać, że orientujesz się w rzymskich realiach. I bajka niebanalna. I fabuła ciekawa. I końcówka intrygująca. :-)

Babska logika rządzi!

Bardzo sympatyczne opowiadanie. Dlaczego "Panie" dużą literą? Według mnie nie jest to konieczne.

 Żona odumarła  – chyba obumarła

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Finklo, bemiku: cieszę się, że się podobało. Wielkie litery poprawione. SJP: odumrzeć

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Masz rację Carewno z tym odumrzeć. Widać mnie jest bliższy czasownik obumrzeć i dlatego ten mi bardziej pasował. Zawsze to dobrze poszerzyć swoje słownictwo.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Adamie, pociesz się, że lepiej oberwać aluzją niż żaluzją ;-)   Bajka mi się oczywiście podobała :-) Morał z niej chyba taki, że jeśli nie jesteś bystry jak koza, to lepiej nie bierz kredytu, bo Cię sprzedadzą na mięso. Z drugiej strony nie bądź za sprytny, bo cię załatwią jak Greka ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Zła przyszłość Greka czeka gdy Grek udaje Greka. A Ty Carewno umiesz pisać bajki. To na pewno. Pozdrawiam rzymskim AVe.

Bardzo fajna bajka :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki za opinie! :)

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Bardzo sympatyczne i wciągające opowiadanie. Przeczytałam z ogromną przyjemnością.

EDIT: P.S. Warto byłoby usunąć nadmiar pustych linijek:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

O patrz, jaka mnie przednia bajka ominęła o rzymskiej kozie i rzymskim lumpie, co to się stał bogaczem, a w przyszłości pewnie piękną kobietę zobaczy, po zaproszeniu swego dobrodzieja na ucztę… :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rozgryzłeś misterny plan Kozy, Rybo! :)

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Tylko co na to kozajunior…? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Całkiem niezła bajka, w sam raz na dobranoc. ;-)

 

Mark po­my­ślał, że to nie­mo­żeb­nie drogo… – W pierwszym zdaniu piszesz: …bied­ny wdo­wiec imie­niem Marek.

Jak ma na imię bohater?

 

Oprzy­tom­niał do­pie­ro , gdy… – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

choć ubra­nie wy­brzu­sza­ło mu się na brzu­chu jak bęben. – Czy to celowe powtórzenie?

 

Dzie­sią­te­go ranka miał dość, zła­pał za kij… – Raczej: Dzie­sią­te­go ranka miał dość, zła­pał kij

 

Mam dobry in­te­res, pra­cu­ję nad nim dzień i noc… – Czy można pracować nad interesem?

 

A skoro bym nie oddał, znasz prawo… – A gdybym bym nie oddał, znasz prawo

 

nie­wol­ni­ka na łań­cuch i w te pędy do domu, cie­ka­wy, co to bę­dzie. Przy­piął An­dro­ni­ka na łań­cuch w po­dwó­rzu… – Powtórzenie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka