- Opowiadanie: Jacek Jarocki - Wigilia

Wigilia

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wigilia

Wigilia w roku 2045 zapowiadała się w domu Wildmanów wyjątkowo interesująco. Trudno byłoby bowiem znaleźć w Bostonie, a może i na całym Wschodnim Wybrzeżu rodzinę, której życie wewnętrzne, zwłaszcza zaś – religijne, zmieniłoby się tak drastycznie w ciągu ostatniego roku. Oto senior rodu, wiecznie wylegujący na szarym, poplamionym tapczanie Foster Wildman wyzionął ducha ledwie parę tygodni temu, co zauważone zostało dopiero po kilku godzinach, gdy starszy pan, szturchnięty przypadkiem rurą od odkurzacza przez swego syna, Eugene'a, stoczył się bez życia na podłogę. Siedemnastoletnia córka Eugene'a, Marita, zapisała się w sierpniu do Kościoła Nieokreślonego Wyznania, a w trzy dni po Kongresie Jesiennym, zorganizowanym przez rzeczoną organizację, zadeklarowała, że nie życzy sobie w domu kolęd i choinki, gdyż – wedle wyznawców jej religii – boskim tworem tego sezonu (kończącego się pierwszego dnia wiosny) jest pióro firmy Parker. Jako że Eugene nie chciał się zgodzić, by umieszczać ten, zacny skądinąd, przyrząd do pisania na miejscu choinkowej gwiazdy, zwanej onegdaj betlejemską, córka zbuntowała się i zagroziła, że jeżeli ojciec będzie nadal „epatował swoją starożytną religijnością”, złoży na niego pozew do Komisji Świeckości Państwa. Natomiast żona Eugene'a, piękna Klarysa, śledziła całymi dniami zmieniające się na ekranie telewizora obrazy i niewiele obchodził ją świąteczny harmider.

W rzeczy samej, choć wszyscy wiedzieli, że idą święta, niewielu ludzi wiedziało cokolwiek od Bożym Narodzeniu. Od roku 2025 i uchwalenia Aneksu Antyreligijnego słowa takie, jak „Bóg” czy „Chrystus” były prawnie zakazane, a na ich stosowanie zezwalano jedynie do użytku wewnętrznego, to jest w domu, tak jakby chrześcijaństwo było smrodliwą maścią, która może uprzykrzyć życie pobratymcom. Media nie zrezygnowały jednak ze świąt, podobnie jak sklepy – co to, to nie! Choinki, bombki, gwiazdki i święty Mikołaj pozostały. Ten ostatni stracił jedynie wartościujący dodatnio epitet „święty” i odtąd był po prostu Mikołajem, przynoszącym dzieciom prezenty. Ludzie, tak jak sto lat wcześniej, rzucali się do sklepów, wydawali pieniądze, by w końcu zasiąść przy świątecznym stole i zjeść to, o co walczyli w sklepie w chwili zakupu z poświęceniem godnym umierającego na arenie gladiatora. Kościoły i obrządki wszelkiego rodzaju tak planowały kalendarze własnych świąt, że zawsze pomiędzy 24 a 27 grudnia znajdowała się jakaś okazja, którą należało szumnie uczcić, cieszyć się bliskością rodziny i zapachem iglastego drzewka.

Wyjątek stanowił wspomniany wyżej Kościół Nieokreślonego Wyznania, który swe główne święto, obchodzone z okazji wejścia w życie Aneksu Antyreligijnego, ustanowił w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. Swoistym rytuałem tego wieczoru było wlanie w siebie takiej ilości alkoholu, która niebezpiecznie zbliżała się u niejednego wiernego do dawki śmiertelnej. Ale nawet w szeregach członków tej organizacji oraz wśród tych zupełnie zwyczajnych ateistów, których pozostało nadspodziewanie mało, można było dopatrzeć się oczarowania klimatem ostatnich dni grudnia, wieńczących mijający rok.

Córka Eugene'a była jednak w swych poglądach wyjątkowo konserwatywna, o czym zrozpaczony ojciec myślał z nieskrywanym smutkiem. Jeszcze rok temu biedna Marita siedziała uśmiechnięta przy stole i zajadała indyka. Potem zanurkowała pod choinkę i z radością rozdarła papier na pudełku z własnym imieniem. Po chwili wyciągała już z niego piękny, zielony sweter (podobno hit sezonu; Eugene'owi kojarzył się on co najwyżej z plamą po radioaktywnym wycieku). To właśnie ze względu na córkę Klarysa dała się wówczas przekonać, że warto być może obchodzić święta wedle tradycji, którą Eugene wyniósł z własnego domu. Również staruszek Foster miał swój udział w przekonaniu całej rodziny, iż tradycja to rzecz – tu zawahał się, po czym, reflektując, że znajduje się w czterech ścianach własnego domu, mógł dokończyć – święta. Starszemu człowiekowi nikt nie śmiał odmówić racji.

Tym razem miało być inaczej. Foster leżał sześć stóp pod ziemią i święta mało go obchodziły, Marita buntowała się przeciwko hegemonii swego uwstecznionego ojca, a Klarysa patrzyła na to wszystko jak na migający neon – tyleż z ciekawością, co obojętnością.

Wigilia w roku 2045 zapowiadała się w domu Wildmanów wyjątkowo ciekawie. Wigilia w roku 2045 nie zapowiadała się w domu Wildmanów w ogóle.

 

21 grudnia był dla Eugene'a dniem jak każdy inny. Wyszedł on ze swego domu o siódmej rano, wypijając wcześniej w pośpiechu kubek gorącej kawy, którą poparzył sobie usta. Następnie małymi kroczkami przemierzał oblodzoną ulicę, masując co pewien czas językiem podniebienie i sprawdzając, czy od oparzenia nie zrobił mu się bąbel. Wkrótce dotarł do fabryki syntetycznego papieru, szczęśliwy, że udało mu się nie skręcić po drodze karku na śliskim niczym tafla lodowiska chodniku.

Dzień mijał mu wyjątkowo szybko, nie zauważył więc nawet, kiedy nadeszła pora lunchu. Dopiero gdy opuścił swoje biuro nadzorcy jakości, poczuł, jak bardzo jest głodny. Skierował się do stołówki, mieszczącej się w piwnicy i z tej przyczyny pieszczotliwie nazywanej „lochem”. Było to duże pomieszczenie, wypełnione białym, aseptycznym światłem oraz zapachem potraw wszelakich, zawalone stołami, krzesłami oraz ludźmi, okupującymi zarówno te pierwsze, jak i te drugie. Eugene wszedł, rozejrzał się, i widząc, jak wiele osób wybrało sobie akurat tę porę na posiłek, chciał natychmiast wyjść. Jednakże w tej samej chwili dostrzegł w kącie sali samotnie siedzącego Toma Sommersa, nowego pracownika, którego szefem od dwóch miesięcy był Eugene. Wtedy właśnie, w okolicy deszczowego października, ten niski człowieczek, chudy jak szczapa i o zalęknionym spojrzeniu, został przydzielony do jego ekipy. Do tej pory Eugene nie miał okazji dłużej z nim porozmawiać, pomyślał więc, że skoro jest tak bardzo głodny, zaś w okolicy nie ma lepszego, czyli bezludnego miejsca, gdzie można by zjeść, to jest to dobra okazją, by dowiedzieć się czegoś więcej o tym, bądź co bądź, dość dziwnym jegomościu.

To dawne, staroświeckie słowo – jegomość – które znikąd pojawiło się w jego głowie, zajmowało go przez cały czas, gdy stał w kolejce do baru. Powtarzał je też bezmyślnie, gdy kroczył ku przygarbionej sylwetce Sommersa. Dopiero w chwili, gdy usiadł naprzeciwko Toma, jego myśli skupiły się na tym, że właściwie nie wie, co powiedzieć:

– Cześć Tom! – zagadał wesoło. Na tym zdaniu skończyła się jednak jego inwencja.

– Dzień dobry, panie Wildman.

– Ach, mów mi Eugene. Albo najlepiej Gene – żachnął się. – No, tego… Jak ci się u nas pracuje?

– Dziękuję, dobrze. Rzadko mnie pan widuje, więc to chyba dobry znak, prawda? Nie sprawiam problemów. – Sommers uśmiechnął się słabo i wbił wzrok w niemal pusty talerz. Brak jakichkolwiek resztek sprawiał, że nie dało się zidentyfikować, co mógł zamówić ten mały człowieczek. Eugene nie widział też jego oczu, ale spodziewał się, że jak zwykle skrywa się w nich lęk.

– No, nikt się na ciebie nie skarży. Ty też się nie skarżysz. Dobrze. – Zapadła długa, niezręczna cisza. Eugene zaczynał żałować, że zachciało mu się rozmowy z prawie obcym człowiekiem. – Jak tam przygotowania do świąt?

– Dobrze, dobrze… A u pana? – dodał, po chwili milczenia.

– U mnie? Ech, wariactwo. – Eugene zdobył się na krótki, wysilony śmiech. – Córka nie pozwala, żona nie chce, a ja… Cóż, jestem w mniejszości. Więc siedzę cicho i się nie odzywam.

– Mogę panu zadać osobiste pytanie? – Tom podniósł oczy. Patrzył teraz prosto na swego szefa, a Eugene odniósł wrażenie, że coś zapaliło się w tym niepozornym człowieku i teraz próbuje przepalić go na wylot – jego źrenice, nerwy wzrokowe, mózg i czaszkę z tyłu głowy.

– J-jasne.

– Wierzysz?

– No w coś tam wierzę – uśmiechnął się Eugene z zakłopotaniem.

– A wierzysz w Boga?

Eugene'a jakby przeszył prąd. Podskoczył w miejscu, sapnął kilka razy nerwowo, niczym uchatka, która właśnie wypłynęła spod wody, rozejrzał się konfidencjonalnie, po czym syknął:

– Do jasnej cholery, możesz ciszej? Chcesz, żeby nas wyrzucili z roboty? Co to za pytanie?

– Wierzysz czy nie? W Boga oczywiście. – Głos Toma był zimny i pewny siebie, niczym ostrze skalpela w dłoni chirurga, dokonujące cięcia, by dobrać się do bijącego serca.

Eugene chciał przez chwilę zdzielić swojego rozmówcę talerzem ze stekiem, który, nieruszony, wciąż stał przed nim, a którego pewnie teraz skurczony ze emocji żołądek i tak nie przyjmie, ale powstrzymał się. Nadal w najwyższym stopniu ostrożny wyszeptał ledwie słyszalnym tonem, który na pewno nie mógł dobiec do uszu nikogo niepowołanego:

– Tak, wierzę, jeżeli aż tak bardzo cię to interesuje. – Zamknął oczy, jak gdyby właśnie dostał ataku migreny. – Skoro jesteś aż tak bezczelny, to ja mogę być jeszcze bardziej. – Po czym, opanowawszy się trochę, dodał: – Nie chciałem cię urazić. Po prostu nie spotkałem nikogo równie bezpośredniego, co ty. Jesteś gorszy niż mój ojciec Foster, który i tak w sprawach religii był potwornym tradycjonalistą.

– Jestem księdzem – powiedział Tom, a intensywność jego wzroku na chwilę zmalała. – Nie wiem, czy ktoś ci kiedyś opowiadał, ale ksiądz katolicki, taki, jak ja, był kiedyś duchownym. Żył w pobliżu kościoła, odprawiał msze i utrzymywał się z tego, co dostawał od wiernych. Od dwudziestu lat księdzem można być tylko hobbystycznie, zaś każdy, kto deklaruje się jako kapłan, musi podjąć normalną, zarobkową pracę.

– No cóż – sapnął Eugene. – Aneks Antyreligijny. Dzięki niemu żyje się lepiej. – Zawiesił głos. – Nie wiem dlaczego mi to mówisz. Z każdym rozmawiasz tak swobodnie?

– Jestem synem Chrystusa. Nie wstydzę się swojej wiary – rzekł Tom pewnym tonem, w którym pobrzmiewała trudno skrywana pogarda wobec tych wszystkich, pozbawionych ducha ludzi, zajmujących miejsca dokoła nich. Być może pod kategorię ludzi bez ducha podpadał też Wildman.

– Dobrze, do czego zmierzasz? – westchnął Eugene. – Tylko błagam, używaj rozsądnie określeń religijnych. Żadnego słowa na B. Ani tego na C… To znaczy na Ch…

– Pewnie myślisz, że temat świąt to świetny sposób na przeprowadzenie niezobowiązującej rozmowy z nowym pracownikiem, prawda?

Trafność diagnozy zaskoczyła Eugene'a. Mógł tylko pokiwać bezwolnie głową.

– No właśnie – ciągnął dalej Sommers. – Trafiła kosa na kamień. Dla mnie temat świąt Bożego Narodzenia… – Dwa ostatnie słowa zawibrowały, jakby wpadły do wnętrza wielkiego dzwonu. – …to najważniejsza kwestia, zwłaszcza teraz. Gdybym nie zaczął rozmawiać z tobą wprost, pewnie rozstalibyśmy się za piętnaście minut, a ty zmarnowałbyś sobie Wigilię. A tak, jest szansa, że razem nam się uda zawalczyć o to, co dla ciebie ważne.

– Słuchaj Tom, ja naprawdę nie jestem pewny, czy to wszystko…

– Jesteś, jesteś. – Tom poklepał go po ramieniu, a Eugene nie czuł się już jak szef, ale jak dziecko na dawno zabronionej lekcji katechezy. – A teraz ty posłuchaj. Zajmę ci ledwie kilka minut…

 

Choinka intensywnie pachniała żywicą przez całą drogę z podmiejskiego lasku. Najwyraźniej najbardziej spodobało jej się w windzie, gdyż roztoczyła tam taki aromat, że ktokolwiek wszedłby tam choćby i pół godziny po Eugenie, poczułby się, jakby przekroczył bramy dorodnego zagajnika. Gdy Wildman starał się przeciągnął jodłę przez próg mieszkania, zaczęła się burza.

– Co to jest? – Marita wyskoczyła ze swojego pokoju, słysząc chrobot zielonych gałązek o ściany korytarza.

– Choinka – odrzekł Eugene.

– Tato… – jęknęła dziewczyna. – Czemu nie powiedziałeś mi wcześniej? Kupiłabym choinkową nakładkę Parkera.

– Nie powiedziałem ci wcześniej, bo nie będzie na niej żadnej nakładki, tylko gwiazda. Betlejemska – dodał z naciskiem.

Nastolatka zaniemówiła. Gdyby ojciec na nią spojrzał, zobaczyłby pewnie jak czerwienieje, a z uszu zdaje się wydobywać dym, świadczący o wrzących w środku emocjach. Teraz jednak Eugene był dużo bardziej zaabsorbowany przeciągnięciem drzewka do salonu.

– To jest łamanie moich praw! – wykrzyknęła gniewnie Marita.

– No popatrz! – sapnął Eugene ze złością. – A zabronienie mi powieszenia gwiazdy nie jest łamaniem moich praw?

– Ale ty…! – rzuciła wściekle dziewczyna. – Ty i ten twój zacofany katolicyzm! Ach, jak ja żałuję, że tego nie zdelegalizowali!

– A ja żałuję, że nie zdelegalizowali jeszcze twojego wyznania.

– Ale katolicyzm… Krucjaty, pedofilia… I okradanie państwa!

– Do pokoju! – Eugene wskazał palcem drzwi.

Marita, widząc, że najwyraźniej przegrała, przynajmniej tę bitwę, wycofała się. Niemal w tej samej chwili w drzwiach kuchni pojawiła się Klarysa.

– Gene, co tu robi ten chrap? – Stała w progu, podpierając dłońmi boki.

– Ten? Choinka. Ustawimy ją w salonie.

Żona była najwyraźniej w mniej bojowym nastroju, bo pokręciła tylko z rezygnacją głową i z powrotem uciekła do kuchni.

– Przygotuj Wigilię – krzyknął za nią Eugene.

Te słowa podziałały na Klarysę jak różdżka czarodzieja – niemal natychmiast ponownie zmaterializowała się w kuchennych drzwiach.

– Że co? Czyś ty oszalał?

– Będziemy mieli gościa – dodał Eugene. – Tak, to koniec niespodzianek.

– Tylko nie mów, że chcesz odkopać biednego Fostera i posadzić go przy stole! – Klarysa natychmiast pobladła.

– A skąd taki pomysł?!

– Nie wiem. Wy, katolicy… I to wasze zmartwychwstanie ciał… Wiadomo, co wam do głowy przyjdzie?

– Kochanie… – rzekł Eugene, z trudem powstrzymując śmiech. – Rozumiem, że nie miałaś za wiele wspólnego z katolikami, prócz mnie, a na dodatek ze mnie katolik dosyć kiepski… Ale czy wydaje ci się, że religia, która każe usadzać zmarłych członków rodziny przy stole, mogłaby przetrwać dwa tysiące lat?

– Nie wiem. Przecież to religia pierwotnych – kanibali i ludzi wojny. Skąd mogę wiedzieć, jakie jeszcze potworności wyznają?

– Po prostu zrób tę cholerną wigilię – warknął zrezygnowany Eugene, po czym wciągnął choinkę do salonu.

– No to kto do nas w końcu przyjdzie? – dobiegł go głos Klarysy.

– Kanibal, morderca i gwałciciel w najgorszym wydaniu!

 

Atmosfera była sztywna. Tom stracił gdzieś całą swoją charyzmę, jaką zaprezentował w zakładowej stołówce i wodził teraz łyżką w zupie, podziwiając szlaczki, które tworzyły się na jej powierzchni. Praktycznie przez cały wieczór milczał, czym jeszcze bardziej ładował i tak napiętą atmosferę. Głównym generatorem elektryczności statycznej była, co oczywiste, Marita. Przez całą kolację patrzyła na ojca wzrokiem, który zdawał się mówić: „kończ ten cyrk i zabieraj swoją małpę ze sobą. Nienawidzę cię”. Klarysa natomiast starała się być przykładną małżonką, która krząta się w okolicach stołu i zagaduje, ale efekt byłby pewnie podobny, gdyby z takim samym entuzjazmem i zapałem biegała po jadłodajni dla bezdomnych.

Wreszcie napięcie sięgnęło zenitu. Marita wyczuła odpowiedni moment i z nieskrywaną satysfakcją zapragnęła wbić szpilę, którą ostrzyła zawzięcie przez dwa dni.

– A więc jesteś księdzem? – zagadnęła Toma. – Katolickim księdzem?

– Tak. A ty?

– A ja nie – zamilkła, ale nie mogła długo utrzymać języka za zębami. – Uważam, że katolicyzm to religia wojny.

– Doprawdy? – Sommers uniósł głowę znad talerza. – Szkoda, że na świecie wciąż tylu ludzi walczy w imię swojego wyznania, nawet jeśli nie są katolikami.

– Bo to wszystko przez sztywne ramy religii. My w Kościele Nieokreślonego Wyznania wierzymy w…

Wy w nic nie wierzycie. Wasze zgromadzenie to hucpa i parodia religii. A jeżeli wierzysz, że twój kościół podbuduje twoją duchowość, to jesteś jeszcze głupsza, niż na to wyglądasz – odrzekł Tom.

– Co…? Co? Tato! – Marita poczerwieniała, a w jej oczach stanęły łzy.

– Tom – sapnął Eugene. – Musisz teraz?

– Powiedziałem tylko to, co chciałaś usłyszeć – zwrócił się do dziewczyny. – Czy nie tego oczekiwałaś po takim prymitywie jak katolik? – W oczach księdza znowu coś zapłonęło, zaś Eugene, widząc ten blask, postanowił, że na razie nie będzie się odzywał. – Przez dwa dni obmyślałaś, jak by rozerwać na kawałki tego wierzącego, z którym usiądziesz przy jednym stole. Myślałaś pewnie o dyskusji, o argumentach z tych wszystkich broszur „Religia jako źródło zła”. A tu dwa zdania wystarczyły, żebyś była bezradna.

Marita wciąż milczała.

– Wiesz, co jest pięknego w katolicyzmie?

– To, że obraża się innych ludzi? – Jej głos był nienaturalnie wysoki.

– Nie – uśmiechnął się Sommers. – Że tak naprawdę uważam cię za wartościowego człowieka. Nie zgadzam się z twoją wiarą, ale moja wiara nakazuje mi ciebie kochać, i to taką miłością, o której nigdy nie pomyślałabyś, że jeszcze miłością być może. Ale tak jest.

– Każdy tak mówi. Ale to, co powiedziałeś przed chwilą…

– Myślisz, że powiedziałem to na poważnie? I że naprawdę chciałem cię zranić? Czym wtedy różniłbym się od Kościoła Bóstw Wodnych, Kościoła Dżdżownic, albo Uniwersalnej Świątyni Liczby Pi, jeżeli nienawidziłbym ciebie za to, kim jesteś i jakie przekonania wyznajesz? Jesteś człowiekiem i chociażby dlatego trzeba na ciebie patrzeć jako na wyjątkową istotę we Wszechświecie.

– Nie myśl, że nie czuję się urażona – naburmuszyła się dziewczyna.

– Przepraszam – rzekł Tom. – Wybaczasz mi?

– Nie wiem.

– Tu, przy tym stole, we wspólnej chwili pokoju, w blasku kolorowych lampek, przy aromacie tych wszystkich potraw, obchodząc dzień narodzin Chrystusa – wybaczasz mi?

– To tak bardzo górnolotnie brzmi… – Marita wyglądała na trochę ogłupiałą i przypartą do muru.

– O nic więcej nie proszę. Przepraszam, że tak cię potraktowałem. To, co powiedziałem nie było prawdą. Wybaczasz? Poniżam się przed tobą, przyznaję do winy i proszę o jej zmazanie.

– No… Niech będzie, wybaczam.

– Widzisz? – Tom ponownie uśmiechnął się od ucha do ucha. – Jest już coś w tobie z chrześcijanina!

Sommers wziął do ręki szklankę i nalał do niej soku pomarańczowego.

– A teraz zobacz – zwrócił się do Marity. – Wiara sama w sobie jest czysta, ale wystarczy jedynie kropla, żeby stała się zła. Wiesz czego to kropla? – Pociągnął solidny łyk ze swojego rekwizytu.

Dziewczyna pokręciła przecząco głową.

– Nienawiści – rzekł Tom. – Ona zniszczy wszystko, co piękne. Tyle, że nienawiść jest niezależna od religii. Nienawidzić może tak wierzący, jak i niewierzący. A nawet niewierzący bardziej, bo wie, że za jego nienawiść nie czeka go żadna kara. Państwo nienawidzi dzisiaj religii, a religie nienawidzą siebie nawzajem. Gdzie w tym wszystkim miejsce na czystość wierzenia pierwszych ludzi? Zapomnieliśmy już czym jest wiara.

– A co, jeśli się mylisz? – rzekła Marita, która nieco się rozchmurzyła, choć nadal sprawiała wrażenie jeżozwierza w pozycji obronnej.

– Cóż, zakład Pascala.

– Co? – zapytała dziewczyna.

– Nic – uciął Tom. – Znasz jakąś kolędę?

– Dziadek ją nauczył – rzekł Eugene, widząc, że jego córka nie kwapi się do odpowiedzi.

– Cóż – westchnął Sommers. – Śpiewać nie umiem, ale potraktujmy to jako karaoke w wersji a capella.

I zaczęli śpiewać. Choinka nie zgubiła igieł, więc chyba nie było tak źle.

 

– Podobało ci się? – spytał Eugene.

Klarysa stała do niego tyłem i właśnie myła naczynia. W kuchni wciąż pachniało tym, co tego wieczora pojawiło się na stole.

– Powiedz mi – rzekła w końcu, unikając odpowiedzi na zadane pytanie. – Dlaczego to wszystko jest tak trudne? Czy nie można po prostu uznać, że nic nie ma? Nawet państwo płaci zasiłek ateistyczny. Sądzisz, że płaciliby niewierzącym bez powodu? Oni chyba wiedzą, że ta cała religia jest bez sensu.

– O ile łatwiej stworzyć człowiekowi cel i kazać umrzeć mu za niego, gdy człowiek nie ma własnego celu… – rzekł sentencjonalnie Eugene.

– Obawiam się. że nie rozumiem – Klarysa odwróciła się i obdarzyła go uśmiechem.

– Ja też nie. Ale powiedz – czy wierzysz w moje słowa?

– Wydają się mądre. I jest w nich… Sama nie wiem. Mogłabym w nie chyba uwierzyć.

– Cud wiary – rzekł Eugene. – Tego nam po prostu czasem potrzeba.

 

Koniec

Komentarze

W zasadzie takie poszukiwanie w człowieku jasnej strony wiary podoba mi się. Ale zastanawia mnie zdanie: „Jestem synem Chrystusa.” – mówi to ksiądz, i niestety nie wiem jaki bo chyba jednak nie katolicki. Jeżeli już to raczej – „Jestem dzieckiem bożym” (Trójca Św.: Bóg Ojciec, Syn Boży czyli Chrystus i w pewnym sensie jesteśmy jego rodzeństwem, i Duch Św. )– takie merytoryczne sprostowanie, może ktoś się nie orientuje :)

Takie to słodko i nastoletnio naiwne, a jednocześnie dydaktyczne – ślij do "Gościa Niedzielnego", zrobisz karierę!

Hm, po namysle doszłam do wniosku, że przysłówek "nastoletnio" był zbytnią złośliwością z mojej strony. Opowiadanie jest po prostu naiwne, bez kategorii wiekowych. I bardzo, bardzo banalne. 

Droga Achiko. Czy "Wigilia?" jest naiwna? Jeżeli tak, to przyznaję, że nie rozumiem, na czym rzeczona naiwność miałaby polegać. Przepracowałem po prostu w laboratorium wyobraźni koncept "co by się stało z Bożym Narodzeniem, gdyby wprowadzić postulaty wojujących ateistów", zamykając rezultaty w lekkim, łatwym w odbiorze tekście. Całość starałem się utrzymać w konwencji łagodnej (niedościgniony wzór: K. Vonnegut), nie popadając przy tym w patos. Ponieważ nie chcę polemizować (de gustibus non est disputandum), zapraszam po prostu do innych moich tekstów: może one okażą się mniej banalne i naiwne ;)

Już od lat, dzień Świętego Mikołaja to ani dzień, bo trwa wokół nas gdzieś od pierwszego tygodnia listopada, aż do końca grudnia, ani Świętego, bo gdzieżby, ani Mikołaja, bo mikołajki. Swoją drogą, że też jeszcze wśród mikołajkowych przebierańców nie wprowadzono zasad równości płci!? Same szowinistyczne samce zarabiają na sztucznej brodzie.  

Maniacka perseweracja ambiwalencji niekongruentnych epifenomenów

Ten moralitet mnie znudził. Jedynie niektóre metafory są niezłe. Pozdrawiam.

Od roku 2025 i uchwalenia Aneksu Antyreligijnego słowa takie, jak „Bóg” czy „Chrystus” były prawnie zakazane,  […].  ---> 1. Wyraźnie zawężasz problem – co z innymi religiami monoteistycznymi? Co z dowolnymi innymi religiami? 2. Jak to się ma do demokracji oraz rozdziału kościołów od państwa tam, gdzie ów rozdział istnieje, przynajmniej formalnie? 3. Czy wystarczy następne jedenaście lat, aby wojujący ateiści osiągnęli aż tak silną pozycję?

Tekst wydał mi się zbyt moralizatorski. Po Twoich wyjaśnieniach może trochę mniej, ale wciąż nie przekonuje.

Babska logika rządzi!

Jedyny morał płynący z tej historii, jaki przychodzi mi do głowy, jest następujący: każda skrajność jest zła. Nie chcę powiedzieć nic więcej – nie staję po stronie wiary, ani niewiary. Zajmuję się jedynie tropieniem absurdów oraz krytykowaniem skrajnych ideologii, które zastępują uczciwą dyskusję. Zresztą, będąc szczerym, moralizować nawet nie chcę, no bo kogo mógłbym przekonać pisząc ten krótki i prosty tekst?

No cóż, tekst wygląda, jakbyś się opowiadał po stronie wiary i to jedynie słusznej. Nie, to nie ma być zarzut: takie odniosłam wrażenie, czytając. Bo występująca w opowiadaniu wojująca ateistka jest… raczej głupia. A przynajmniej pierwszy napotkany ksiądz może bez problemów rozetrzeć jej niedojrzały światopogląd na miałki proszek. I sama treść prawa przez ateistów przyjętego też na mądrą nie wygląda. Zakaz używania pewnych słów? Bez przesady… Jak mają sobie radzić biedni historycy, zwłaszcza mediewiści? Filozofowie? Połowa ich książek natychmiast ląduje na indeksie lub na stosie… Ciekawa jestem, co by zostało ze spisu lektur szkolnych po takiej czystce.

Babska logika rządzi!

Czytałam z pewnym znużeniem, a Wigilia wydała mi się najmniej zajmującym z dotychczas przeczytanych Twoich opowiadań.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka