- Opowiadanie: tytoń - Lecznica dla zwierząt

Lecznica dla zwierząt

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Lecznica dla zwierząt

Dzisiaj otworzyli starą lecznicę dla zwierząt. Na jej dachu postawili stalowego konia. Nowi właściciele wrócili do symbolu kamienicy sprzed lat, co przydało ulicy charakteru i kolorytu miejsca.

 

Wówczas, kiedy rozgrywała się ta historia, miałem jedenaście, lub dwanaście lat. Mój świat był jasny i prosty. Na zbiegu kilku przecznic żyli wszyscy moi znajomi, Cygan, Luśka, Gruba Trąba Jerychońska. Teraz każde z nich przebywa gdzieś w świecie i szuka szczęścia na własną rękę. Bo tak już układają się ludzkie losy. A tę odrobinę żalu, która nieraz zakłuje serce, łagodzą wspomnienia, i one wśród życiowych zakrętów podtrzymują tlący się w piersi ogień.

 

Historia, którą chciałbym – na ile starczy mi umiejętności – opisać, wydarzyła się w pewien wrześniowy wieczór. Prawdę mówiąc nie potrafię przypomnieć sobie dokładnie roku, ale Wałęsa był jeszcze prezydentem. Kama zachorowała i mama, za ostatnie pieniądze, wysłała mnie – z nią, cierpiącą – do przychodni. Pamiętam cała drogę, spuchnięte ręce swoje i Grubej Trąby Jerychońskiej – ponieważ Kamę nieśliśmy na zmianę – a także pot lejący się po naszych plecach. Wysiłek i ból, których nie wyrzekłbym się za nic w świecie.

 

Tego dnia niebo od rana zasnute było chmurami. Nie było zimno, ale w powietrzu unosił się zapach nadchodzącej jesieni. Kama skamlała, a ja czułem jak serce podchodzi mi do gardła. Byłem bezsilny i to było złe, najgorsze. Ręce trzęsły się nam z żalu. Z przerażeniem czekaliśmy na koniec.

 

Przychodnia miała ciemnozielone lamperie, w jej wnętrzu unosił się zapach wysiłku i potu spracowanych koni. Czekaliśmy długo, tak długo jak tylko może trwać wspominanie ukochanego w dzieciństwie zwierzęcia.

 

A potem wyszedł do nas lekarz i podniósł – jej zmęczonej – powieki, pougniatał brzuch, postukał w czarny, jak sadza grzbiet i wyprostowawszy się – a był wysoki jak stuletnia sekwoja – powiedział:

 

– Ona tutaj zostanie.

 

– Na długo? – spytałem.

 

– Na zawsze.

 

– Na zawsze…? – powtórzyłem ogarnięty pierwszą w życiu goryczą.

 

Łzy jak nachodząca na oczy katarakta rozmyły mi kontury przychodni. Płakałem i było to ponad wstyd za podpuchnięte oczy i smarki kapiące z nosa.

 

Trąba Jerychońska oparł kudłatą głowę na piersi i wyszedł w cichy, martwy, jak ciało Kamy, wieczór. Weterynarz-drągal otworzył drzwi gabinetu i szepnął coś w ucho asystentce. Kobieta spojrzała na mnie, udręczonego, bliskiego rozpaczy i… zrozumiała.

 

 

 

Była młodą, osiemnasto– czy dziewiętnastoletnią dziewczyną. Wciąż ją widzę – utrwaloną w moim umyśle – jej splecione w serpentyny włosy, śnieżnobiałe zęby, mleczne ramiona. Oczy jak błyszczące węgle. Miała ten rodzaj powierzchowności, który dorosłym mężczyznom kojarzy się z niedojrzałością, a chłopcom z niewysłowionym pięknem. Dziś, jej wyzywający makijaż nie zrobiłby na mnie wrażenia. Ale wtedy… wtedy stało się coś straszliwie złego.

 

Nie wiem, jak do tego doszło, ale zdradziłem żal po Kamie. W jednej sekundzie zapomniałem, że kiedykolwiek miałem tę sukę, że chowałem ją od bezbronnego szczeniaka. Marny miałem wykręt. Ale zakochałem się i nie było na to rady. Tego dnia świat zawalił się dla mnie dwa razy, a ja, nie mając pojęcia po co… żyłem. Żałoba po Kamie zmieszała się z czymś, co znałem z opowiadań starszych kolegów.

 

To była dziewczyna, której widok prześladuje mnie do dziś, i z powodu której narobiłem w życiu mnóstwo głupstw. Tylko co ja wtedy o tych wszystkich mechanizmach rządzących światem uczuć wiedziałem? Bardzo niewiele, albo zgoła nic. Ona objęła mnie swoimi brzęczącymi – usrebrzonymi w bransolety – rękami i przytuliła do piersi. Jak mogłem się przed czymś takim obronić? Byłem zgubiony. I za nic, za żadne skarby na świecie, nie chciałem tego losu uniknąć.

 

A ona – dostrzegłem to – miała mgiełkę wilgoci na rzęsach – współczuła mi. Patrzyła w moje umęczone oczy i wzruszała się. Pozwoliła objąć. A potem odkrywszy – z zaskoczeniem – błądzące po swych biodrach ręce – zmarszczyła brwi. Cofnęła się, ale po chwili wahania, z łagodnym uśmiechem, na powrót przytuliła do siebie. Jakże kochałem ją za tę chwilę bliskości, wymuszonej dobroci, ciepła promieniującego z jej piersi. Tyle pamiętam. I w chwili śmierci przypomnę. A potem wrócił Trąba Jerychońska, drzwi gabinetu otworzyły się na oścież i po krótkim zdaniu – poproś ostatniego klienta – zatrzasnęły na głucho. Wyszedłem. Trąba szturchnął mnie łokciem. Ale ja nie chciałem wracać do domu. Czekałem, aż ona – dziewczyna z lecznicy dla zwierząt – skończy pracę i wyjdzie. Kama odeszła i nie było siły zdolnej ją wskrzesić. Czy mając w pamięci żal po niej, mogłem zrezygnować ze szczęścia? Może… ale nie miałem dość samozaparcia, żeby przeciwstawić się życiu.

 

Ulica była pusta. Mokła. Grube strugi deszczu ściekały w rynsztoki. Weszliśmy z Jerychońską do bramy. Grzmiało i błyskawice zygzakiem rozświetlały niebo. Kopernika złożona z szeregu niskich, parterowych budynków wyglądała upiornie. Mógłbym ją przyrównać do wycinanki z papieru – z otworami na okna i drzwi – które ktoś ustawił w świetle stroboskopu.

 

Naprzeciw siebie mieliśmy przychodnię. Na jej dachu stała rzeźba konia. O ile pamiętam, koń był gniadoszem. Zastygł w dumnej postawie – jakby w kroku defiladowym, w uroczystym marszu. Zdało mi się – kiedy piorun przywalił blisko, a błyskawica oświetliła pomnik – że koń zaczął wierzgać. Stanął na zadnich nogach i dziko zarżał. Mierzwiła się jego sztuczna grzywa. Przeszył mnie dreszcz przerażenia, ale wtedy zobaczyłem ukochaną mej duszy – jak w ”Pieśni nad Pieśniami” nazywa swą miłość Salomon – i zapomniałem o całym świecie. O strachu, błyskawicach i deszczu.

 

Stała sama, w cienkim i jasnym płaszczyku, z falami kruczoczarnych włosów opadającymi na kołnierz. Bezbronna wobec ulewy, bez parasola, gazety nad głową, kaptura. Stała niezdecydowana, niepewna w jaki sposób przekroczyć ulicę.

 

Przejechał tramwaj i trzasnęły pantografy, posypały się snopy iskier. Dziewczyna ruszyła biegiem, środkiem błyszczącej jezdni. Chciała zdążyć zanim zamkną się drzwi wagonu.

 

Wtedy ostatni raz widziałem ją żywą. Z naprzeciwka, od strony Wólczańskiej nadjechał samochód. W tęgich krechach deszczu jarzyły się jego żółte oczy. Jechał szybko, za szybko – zrozumiałem to w jednej, fatalnej sekundzie – powiększały się te ślepia. To auto nosiło po drodze. I byłem pewien, że wydarzy się coś naprawdę złego.

 

Nie pamiętam samego wypadku. Może mój umysł wyparł go z pamięci, w sobie tylko znane rejony – tam, dokąd jedynie psychoanaliza albo hipnoza maja czasem dostęp, bym w zakamarkach duszy mógł widzieć ją żywą. Nie wiem, czy patrzyłem na chwilę jej śmierci, wiem za to, że przez ułamek sekundy zrobiło się jasno. Tak przeraźliwie jasno jak przy błysku flesza. Grom trafił w przychodnię.

 

Koń na kamienicy stanął dęba. Parsknął chrapami. Widziałem jak z furią zeskoczył z budynku. Nie wiem, co w niego wstąpiło, jaki duch napędzał jego nogi. Ale ten koń dostrzegł rozpędzone auto. Musiał je widzieć – chcę w to wierzyć – gdyż pognał w kierunku biegnącej na spotkanie śmierci dziewczyny.

 

Daszek na dole budynku utrącił mu część zadu, a on galopował w zapamiętaniu, jakby kochał ją dłużej ode mnie. Jakby jego miłość była większa od mojej. Trafił wóz jak byk czerwoną płachtę, rozdarł blaszaną maskę, przebił chłodnicę i rozłupał szybę. Kopytami wbił się w mózg prowadzącego pojazd mężczyzny. Na próżno. Nie zdążył. Zamarł, jak ciało kobiety rzucone przez samochód na chodnik. Z łbem obtłuczonym z emalii leżał naprzeciw niej – martwej miłości nas dwojga – i patrzył. Aż nie włożyli jej do worka z folii, nie zatrzasnęli drzwi furgonetki do przewozu trumien.

 

Kawałki gniadosza, drobne resztki auta i buty dziewczyny – rzucone do bramy – służby oczyszczania miasta usunęły przed świtem.

 

I tak w pewnym sensie skończyła się ta historia. W pewnym sensie, ponieważ jak już wcześniej wspomniałem, wydarzenia tamtej nocy rzutowały na moje wybory. Naznaczyły mój umysł pewnego rodzaju stygmatem. Długo, bardzo długo szukałem kobiety podobnej do Lidki – jej imię podawały gazety. Wystarczył drobny szczegół, układ brwi i oczu, kolor włosów, profil lekko zadartego nosa, bym odnajdywał w dziewczynie utraconą miłość. A kiedy wrażenie mijało, stawałem się oschły, obojętny, nieczuły na czyjekolwiek łzy. Okaleczono mnie. Wiem to doskonale.

 

Dziś, kiedy ujrzałem konia na dachu przychodni, jakieś zło ode mnie odeszło, jakiś wielki kamień zwalił się z mej piersi. Wrócił spokój. Jakby z końcem zimy, pierwszym przebiśniegiem, kokonami kwiatów na krzakach, które mijam w drodze do pracy, i we mnie zakiełkowało życie.

 

 

 

 

 

Budynek z rzeźbą czarnego konia znajduje się w Łodzi, na ulicy Kopernika, pod numerem 22 i nosi nazwę „Lecznicy Pod Koniem”. Jest najstarszą placówką tego typu w Łodzi.

 

 

 

Obrazek pochodzi ze strony: http://lecznica-dla-zwierzat-lodz.firmy.zumi.pl/

Koniec

Komentarze

Chciałem wstawić obrazek. Niestety, po dodaniu pokazuje się tylko mały kwadracić z krzyżykiem, więc odpuściłem.

[…]

Było to w pierwsze dni smętnienia,

Za miłosnego bezkrólewia,

W czas ewangelii, czas Szopena

I — KONIA, co na dachu rdzewiał.

Tak. Z okna widać było konia

Metalowego. Stał bez jeźdźca.

I dawno nęcił mnie, wałkonia,

By wskoczyć — i galopem z miejsca.

A był to także czas zapatrzeń

W dym, szarość, nudę, czad ponury

I w gwiazdy, słabsze wciąż i rzadsze...

Więc się zbuntujmy i ożyjmy,

Rumaku weterynaryjny,

[…]

  Proponuję, abyś w nazwie jpega zlikwidował spacje, żeby nie zostały zamienione na '%20' i dopiero dodał do galerii tutejszej.

Maniacka perseweracja ambiwalencji niekongruentnych epifenomenów

Przeczytałem z przyjemnością. Podobała mi się ta nuta poetyckiego fatalizmu, niezależnie od drobnych potknięć. Pozdrawiam autora.

Niezły klimat, ciekawa historia.

Wówczas, kiedy rozgrywała się ta historia miałem jedenaście, lub dwanaście lat. Napisałbym: Wówczas, kiedy rozgrywała się ta historia, miałem jedenaście lub dwanaście lat.

JJerzy – dziękuję za Tuwima i techniczne szczegóły. Ryszard – Odwzajemniam przyjemność.

Całkiem ciekawe, z fajnym klimatem. Trochę błędów mi się rzuciło w oczy, przecinki nie zawsze trafiają na swoje miejsce. Z tego co zapamiętałam, to niepotrzebnie dalejesz je przed "jak" w porównaniach (szybki jak błyskawica bez przecinka, pojawiłby się w zdaniu np "patrzyłem, jak upada", ale w porównaniu niet). I zabiło mnie słowo "ubranzoletowionymi", to mój nowy ulubiony językołamacz :D

Zygfryd89 – rzeczywiście, Twoja propozycja brzmi lepiej. Myszogon – widzę, że nie była to bolesna śmierć :D

z przed  ---> sprzed  ///   Wówczas, kiedy rozgrywała się ta historia [,+] miałem jedenaście [,-] lub dwanaście lat.  ///   serce [,+] łagodzą   ///   pieniądze [,+] wysłała   ///   cichy, martwy [,-] jak ciało Kamy [,+] wieczór.   ///   i… [brak spacji] zrozumiała.   ///   Dziś, jej wyzywający makijaż, nie zrobiłby na mnie wrażenia.   ---> zbędne przecinki    ///   wtedy…wtedy ---> brak spacji, ten błąd się powtarza    ///   Nie wiem [,+] jak   ///   co…żyłem.   ///   z goła  ---> razem   ///   Kopernika spleciona szeregiem ---> ulica spleciona? Czy opleciona (od biedy), obramowana?   ///   Mógłbym ją przyrównać do wycinanek z papieru – z otworami na okna i drzwi  ---> porównujesz do wycinanek (liczba mnoga) ulicę (liczba pojedyncza) czy domy przy ulicy (wtedy się liczby zgadzają)? czyli: "ją" czy "je"? Słowa o oknach sugerują to drugie…    ///   całym [,-] bożym  ---> a lepiej zdecydować, o całym czy o bożym, o jeden grzybek w barszczyku za wiele   ///   żywa. Ą    ///   żywa.-– bis   ///   Nie wiem [,+] czy   ///   obtrącił ---> odtrącił, utrącił   ///   I tak, w pewnym sensie skończyła się ta historia. ---> albo skasuj przecinek, albo dodaj drugi po "sensie".   Prosta historia, ładnie opowiedziana. Ukłony, nieco "spłycone" tym, co powyżej… 

Dziękuję AdamieKB za poświęcony czas, za uwagi o tekście.

Ano istotnie, są usterki. Jak "Pieśni nad Pieśniami", "z goła" i "ubranzoletowienie" (sam wyraz – dla mnie może być, ale nie przez zet). W szpital trafił raczej piorun, a nie błyskawica. Przy czytaniu opisu pierwszego pioruna, tego, który oświetlił konia, można odnieść wrażenie, że huk nastąpił przed błyskawicą lub że oba zjawiska wystąpiły jednocześnie. Niby piorun mógł trafić tuż obok i wtedy to się broni (pod warunkiem, że przyjmiemy drugą interpretację), ale wydaje mi się, że lepiej unikać wzbudzania takich wątpliwości u czytelnika.   To mimo wszystko drobiazgi. Ładnie napisana historyjka, dobrze się czytało. Podobało mi się, podobnie jak moim zacnym przedpiścom :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jeroh – dzięki za podpowiedzi. Na niektóre błędy trudno byłoby mi wpaść. Pzdr.

Gdy przeczytałem, to od razu Kwiaty polskie zakwitły mi przed oczami i ten Wasz, z Tuwimem, koń. Zamierzałem też pisać, że pomimo błędów i pewnych zgrzytów, itd., lecz bierze mnie historia i język, którym ją opowiedziałeś. I wzrusza. I piknie. I tak trzymać klimatycznie.

Maniacka perseweracja ambiwalencji niekongruentnych epifenomenów

Ciekawy pomysł. Miło byłoby usłyszeć kiedyś tę legendę. :-)

Babska logika rządzi!

Bardzo ładne, podobało mi się :)

Przeczytałem z przyjemnością. 

Opowiadanie jakie nie mogło mi się nie spodobać: lekkie napięcie, aura niepokoju, nie ma statków i obcych planet – zamiast tego są emocje, no i język z nienachlanymi metaforami tu i ówdzie. Bardzo fajny tekst.

Sorry, taki mamy klimat.

:-) […]  z nienachlanymi metaforami  […].  ---> masz pewność, że były trzeźwe?   :-)  :-)    Wiem, literówka, ale NMSP…

Dołączam do tych, którym się podobało. Czyli, zdaje się, do wszystkich przedpiśców. :)

Adamie --> :D:D

Sorry, taki mamy klimat.

Doppiero teraz dotarłam do tego opowiadania. Bardzo mi się podobało, a to zdanie mocno zapadło mi w pamięć: Nie wiem, jak do tego doszło, ale zdradziłem żal po Kamie. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo wszystkim dziękuję, zarówno za pomoc w redakcji tekstu, jak i za komentarze. Cieszę się, że jestem w Waszym gronie.

Sprawnie napisane, ciekawe, wciągające opowiadanie. Nieszablonowe. Ładnie rozwinięte, całościowe. Emocjonalne. Wzruszające. Czyta się z przyjemnością.

Dobra, piekne i smutne

podwojne nie happy end, mocne

Melduję, że byłam i w przyszłym tygodniu przystępuję do czytania wszystkich konkursowych tekstów ;)

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Bardzo mi się podobało. Nie wiem, jak nazwać ten nastrój. Oniryczny? Końcową scenę wyobraziłem sobie w zwolnionym tempie. Świetny tekst.

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Hmm. Hmmm. Tekst mi się podoba, taki (tfu tfu oby język mi skołowaciał i nigdy więcej tego nie wymówił) realizm magiczny o nieostrożnym kierowcy i ładnej ofierze, ale…

Jakoś nie widzę, by młody chłopak w okamgnieniu o odejściu kochanego psiaka zapomniał li tylko dla bioderek, po których może pobłądzić rączkami i do kształtnej,jędrnej piersi przytulenia. Buzi nawet ładnej.

 

Nawet jeżeli nie jesteś przy psim odejściu (cholera, one nawet psią śmierć mają wierną), to natychmiast zaraz potem jest ogromnie pusto. Generalnie: ładunek emocjonalny, szczególnie przy pierwszym zetknięciu z odchodzeniem, zdaje mi się jest zbyt duży by mogło go zagłuszyć nagłe zauroczenie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

@PsychoFish, nigdy nie byłeś zakochany? Buuuuu…..

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Byłeś. I dwie psie wierne śmierci też byłeś, a trzecia idzie powoli. Niby normalna rzecz, ale zakochanie zaraz w minut kilka po oddaniu futra na uśpienie – jak dla mnie nie jest wiarygodne. O ile oczywiście, to jest ukochany pies, futro i towarzysz od lat, bo i są tacy, co to tak tego przywiązania nie odczuwają – ale czytając pierwszych zdań kilka odniosłem wrażenie, że główny bohater sukę jednak kocha bardziej od cycuszków, bioderków i makijaży ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Gdybyż ludzka psychika był tak prosta… my, pisarze (proszę o wybaczenie mi tej śmiałości) nie mielibyśmy zbyt wiele do roboty :-) A psychologowie to już by w ogóle klęli ile wlezie…

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Ja nie mówię, że jest prosta i opisany wyżej skok na bioderka nad psim truchełkiem nie jest możliwy. Ja mówię: dla mnie, na moje oko, ja, my – król, po dogłębnej, popartej latami pierdzenia w stołek analizie toru lotu much pod sufitem, uważamy, że jest to mało wiarygodne, bo mało prawdopodobne. Dla nas, króla, naszego oka i naszych bebechów. I naszych psich trucheł też.

 

Jednocześnie łaskawie zezwalamy, my-król, byś mógł mieć inny punkt widzenia ;) A co tam, my-król zrezygnujemy nawet z wieszania na pobliskiej gałęzi za jego artykułowanie, pozwalamy też, byś o nim mówił, a nawet podejmował próby polemiki z nami-królem, bo wtedy jest zabawniej i ciekawiej ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Już wiem, skąd twoja ksywka, Psycho :D Ale niestety mylisz się, bo i Terminator jest mało prawdopodobny, i Matrix jest mało prawdopodobny. A także "Zaklinacz koni" jest mało prawdopodobny, że o "Pożegnaniu z Afryką" nie wspomnę ;) I zwycięstwo Bródki na ruskiej olimpiadzie też było mało prawdopodobne :-) Może zresztą bohater po czasie zobaczył tak tę dziewczynę, bo zginęła tego samego dnia, co jego psina? Jak dla mnie mistrzowski opis nadrabia ewentualne braki fabularne, a psychika bohatera może i nie jest prosta jak konstrukcja cepa, ale to właśnie jest w tym wszystkim ciekawe.

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Opis, przyznaję, bardzo dobry, ale moim zdaniem nie nadrabia.

 

Mam propozycję: kup sobie żyjątko. Psa. Adoptuj dziecko. Zżyj się z nim, tak z rok przynajmniej. Potem zaraź je czymś, niech choruje i umiera przez dajmy na to, paru dni lub tygodni.

I idź do najpiękniejszej weterynarki/pediatry w kraju. Dwa przystanki wcześniej wysiądź, weź żyjątko na ręce i idź z nim, czując bezsilność, gdy patrzy na ciebie lub się próbuje się przytulić/polizać po ręce/wykręcić głowę w twoim kierunku, ale brakuje mu sił. Gdy istota, która w całości polega na tobie w tym ciężkim momencie choroby, ufa, że jej pomożesz i szuka jakiegokolwiek kontaktu lub bliskości – a ty nie możesz zrobić dosłownie nic.

Kontrowersja z dzieckiem zamierzona, aby uzmysłowić Ci co mam na myśli. A psy zazwyczaj starają się umierać na uboczu, by nie obciążać stada – ale odkąd trzymamy je w domach, to się zmieniło.

 

Sądzę, że emocje związane z odejściem tego typu, w dodatku nieuchronnym i zostawiającym najbliższych w poczuciu bezsilności, naprawdę utrudniają natychmiastowe zakochanie się bez pamięci. To są emocje skrajne, silne – więc absolutnie możliwy jest przeskok na drugi biegun (wszak powiadają, że miłość i nienawiść to dwie strony tego samego medalu), ale tak od pierwszego spojrzenia, w kilka minut, nad jeszcze stygnącym truchłem psiaka, w warunkach nie do końca sprzyjających takiej gwałtownej transformacji uczuć (lecznica, zapach medykamentów, "szpitalne" pomieszczenie, śmierć nie grozi bohaterowi lecz dotknęła kogoś tuż obok)  – nie kupuję.

 

No skąd ta moja ksywka, hę? Chcecie coś nam-królowi powiedzieć, coś, co mogłoby rozgniewać nasz królewski sztylet lub nasze królewskie koło do łamania… ukhmm… charakterów? :)

My-król – nie mylimy się w swoich osądach, bo to są nasze osądy i w nich mamy rację zawsze. Co najwyżej my-król możemy zmienić osąd, jeśli nam taka fantazja strzeli do łba. Uznajemy jednocześnie, że mylić można się tylko co do faktów mierzalnych obiektywnie, więc my-król sądzimy, że jesteś w błędzie, a nie powiadamy ci: jesteś w błędzie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Podejrzewam, że jesteś przyrodnim bratem króla Juliana i uzurpujesz sobie po prostu prawo do schedy po nim :-) A sztyletem nie strasz, bo naślę moje pingwiny ;-)

 

A co do prawdopodobności lub nieprawdopodobności, to powiem tyle, że skoro bohater widział latającego kamiennego konia, to i reszta opowieści niczego nie psuje. Zestawienie tych dwóch scen to oczywiście celowy zabieg, pasujący zresztą i nastrojem i prawdopobieństwem do reszty historii. Zresztą op. jest na konkurs "Miejskie legendy", oder? Mnie się podoba. Nie jest to oczywiście jeszcze poziom Anderesena, ale naprawdę fajne ;-)

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Co do podobania się, akurat zgodny jestem. Nie wyłączyło jednak w tym przypadku podobanie się tej wewnętrznej sukinsynowatej krytyki :) Kamienny koń kamiennym koniem, na moje bohater mógł też widzieć żelbetowe wróbelki lub szklane motylki migające radośnie w świetle reflektorów – to nie zmienia jednak, że emocje rozpatruję nieco osobno od samego elementu fantastycznego, bo w kwestii prawdopodobieństwa są to, w tym opowiadaniu, zbiory rozdzielne.

Ok, zarysowaliśmy stanowiska, okopy, widzę, dość solidne, więc – na zachodzie bez zmian. Czas na herbatkę lub kawkę? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Byle bez prądu.

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Konia niestety znowu nie ma ; (

 

Opowieść interesująca, przeczytałam z zaciekawieniem, natomiast zgadzam się z PsychoFiszem, że choćby się przede mną zjawiła krzyżówka Hugh Jackmana z Johnnym Deppem (czy jakie kto tam ma sympatie ; p), tuż po śmierci istoty, z którą dzieliło się świat lat kilka(naście), nie wyobrażam sobie, bym w ogóle zwróciła uwagę…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo wszystkim dziękuję za komentarze i uwagi. Wyjaśniając postępowanie bohatera powiem jedynie, że czasem nie podejrzewamy się o zachowania i uczucia, które w nas drzemią.

Otaguj, proszę. Bardzo mi się podobało

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Podzielam wątpliwości, co do nagłego zakochania się bohatera, bo ja bym tak nie potrafiła, ale może dziewczyny mają inaczej. Chociaż, co wynika z komentarzy, niektórzy chłopcy też.  

Niezależnie od wszystkiego opowiadanie bardzo mi się podobało i przeczytałam je z prawdziwą przyjemnością.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka