- Opowiadanie: Waranzkomodom - Eksterioryzacja

Eksterioryzacja

To najdłuższe opowiadanie jakie kiedykolwiek napisałem i w bardzo wielu kwestiach brakowało mi wyczucia. W związku z tym nie wahajcie się dawać rad, które wydają wam się oczywiste!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

AlexFagus, Finkla

Oceny

Eksterioryzacja

Brajt sie­dział przy biur­ku i pisał na kla­wia­tu­rze z pręd­ko­ścią nie­osią­gal­ną dla prze­cięt­ne­go użyt­kow­ni­ka kom­pu­te­ra. Na mo­ni­to­rze w za­wrot­nym tem­pie po­ja­wia­ły się ko­lej­ne li­nij­ki kodu. Co jakiś czas, kiedy pro­gra­mi­sta tra­fił w zły przy­cisk, po po­ko­ju nio­sło się nie­za­do­wo­lo­ne sap­nię­cie, a gniew­ny stu­kot sta­wał się na chwi­lę gło­śniej­szy. Po­śpiech był ko­niecz­ny, bo ter­min za­mknię­cia pro­jek­tu zbli­żał się nie­bez­piecz­nie szyb­ko. Oprócz niego wy­pa­da­ło też w końcu skoń­czyć stro­nę dla przy­ja­ciół z Nowej Fan­ta­sty­ki. Tro­chę za­czy­na­li się ostat­nio nie­cier­pli­wić.

Za oknem już dawno zro­bi­ło się ciem­no. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła dwu­dzie­sta, co zna­czy­ło, że od­sie­dział znacz­nie wię­cej niż eta­to­we osiem go­dzin. Na dziś wy­star­czy – po­my­ślał.

Od­su­nął krze­sło i po­ma­so­wał ze­sztyw­nia­łe, od stre­su i dłu­gie­go sie­dze­nia, mię­śnie karku.

 

Ostat­nio praca nie spra­wia­ła Braj­to­wi tyle przy­jem­no­ści, ile kie­dyś. Mę­czy­ło go cią­głe na­pię­cie i życie pod pre­sją czasu. W pew­nym mo­men­cie roz­wa­żał nawet, dosyć po­waż­nie, chwi­lo­wą zmia­nę pro­fe­sji. Nic z tego nie wy­szło, bo nie wie­dział czym tak na­praw­dę chciał­by się zaj­mo­wać. Miał kilka po­my­słów, ale za­wsze bra­ko­wa­ło od­wa­gi, żeby za­czy­nać od nowa.

Całe szczę­ście, ktoś do­ra­dził mu spró­bo­wa­nie tech­nik re­lak­sa­cyj­nych i me­dy­ta­cji. Bar­dzo po­mo­gły. Dawny en­tu­zjazm do pracy, co praw­da, nie po­wró­cił, ale nie było już tak trud­no każ­de­go dnia zwlec się z łóżka. Brajt szcze­rze po­lu­bił ten mo­ment, kiedy po stre­su­ją­cym dniu w końcu roz­luź­niał wszyst­kie mię­śnie. Czuł wtedy, że do­sta­je drugi ła­du­nek ener­gii. W do­dat­ku, nie mógł się oprzeć ku­szą­cej wizji eks­te­rio­ry­za­cji. Na pewno by­ła­by wspa­nia­łą in­spi­ra­cją dla jego pi­sar­skiej twór­czo­ści. Wie­dział, że z każdą próbą jest coraz bli­żej opusz­cze­nia ciała.

 

Za­czął od zmy­cia z sie­bie, go­rą­cą wodą, stre­su ca­łe­go dnia. Od­świe­żo­ny prze­brał się w wy­god­ny strój do ćwi­czeń i po­ło­żył na łóżku. Opu­ścił po­wie­ki i wziął kilka głę­bo­kich od­de­chów. Wy­obra­ził sobie obłok, w swoim ulu­bio­nym, zie­lo­nym ko­lo­rze. Chmur­ka pły­nę­ła od stro­ny drzwi. Kiedy ob­ję­ła braj­to­we nogi, po­czuł jak roz­luź­nia­ją się stopy i łydki. Były le­ciut­kie, takie lek­kie, że tylko resz­ta ciała po­wstrzy­my­wa­ła je przed od­le­ce­niem ni­czym na­peł­nio­ne helem ba­lo­ni­ki. Zie­lo­na pu­szy­stość obej­mo­wa­ła ko­lej­ne mię­śnie – spię­te uda i brzuch także pod­da­ły się przy­jem­ne­mu od­prę­że­niu. Wresz­cie lek­kość ob­ję­ła ca­łe­go Braj­ta. Do­brze, że za­mkną­łem okno – po­wol­nie prze­pły­nę­ła mu przez głowę ir­ra­cjo­nal­na myśl.

 

Kiedy dojdę do jed­ne­go, będę już w sta­nie głę­bo­kie­go transu.

Dzie­sięć…

Dzie­więć…

Osiem…

Je­stem bar­dzo zre­lak­so­wa­ny…

Sie­dem…

Sześć…

Zre­lak­so­wa­ne są moje nogi i ręce…

Pięć…

Czte­ry…

I brzuch…

I plecy…

I kark…

Trzy…

Dwa…

Jeden…

 

Wy­obra­ził sobie grubą linę zwi­sa­ją­cą z su­fi­tu. Była do­kład­nie taka, jak ta po któ­rej wspi­nał się w mło­do­ści na tre­nin­gach. Przy­szedł czas na naj­trud­niej­szą część – pro­gra­mi­sta mu­siał po­czuć au­ten­tycz­ny wy­si­łek, ale nawet nie drgnąć fi­zycz­ną po­wło­ką. Tylko tak mógł roz­dzie­lić dwie złą­czo­ne sfery. Wy­cią­gnął men­tal­ne dło­nie – sznur oka­zał się bar­dzo szorst­ki. Ostroż­nie, żeby nie na­piąć żad­ne­go mię­śnia, in­for­ma­tyk chwy­cił się i pod­cią­gnął do po­zy­cji sie­dzą­cej. Stęk­nął w my­ślach, po raz pierw­szy uno­sząc cały swój cię­żar na rę­kach. Oparł się no­ga­mi o węzeł u dołu liny i po­wo­li za­czął wspi­nać się coraz wyżej. W końcu mógł spod su­fi­tu spoj­rzeć na swoje ciało. Po brzu­chu ro­ze­szły się ra­do­sne wi­bra­cje. Udało się! Wszyst­ko tak jak w pod­ręcz­ni­ku. Nawet nić łą­czą­ca go z le­żą­cym na łóżku Braj­tem, była do­kład­nie taka jak sobie wy­obra­żał. Srebr­na i pul­su­ją­ca od pły­ną­cej przez nią ener­gii. Pu­ścił linę i uno­sił się swo­bod­nie pod su­fi­tem.

 

Przyj­rzał się kry­tycz­nie swo­jej syl­wet­ce. Wię­cej spor­tu by mi nie za­szko­dzi­ło – od­no­to­wał. I chyba trze­ba bę­dzie ogra­ni­czyć te pysz­ne ma­śla­ne cia­stecz­ka. Albo cho­ciaż roz­py­tać się w skle­pie o wer­sję light.

Wła­śnie koń­czył oglę­dzi­ny, kiedy za­uwa­żył dziw­ną isto­tę, skra­da­ją­cą się w stro­nę łóżka. Przy­bysz był nie­wiel­ki, może me­tro­we­go wzro­stu. Wy­glą­dał tro­chę jak kupka zie­lo­nych pod­ze­spo­łów, z wy­sta­ją­cy­mi krót­ki­mi rącz­ka­mi, nóż­ka­mi i okrą­głą głów­ką. Po­ru­szał się nie­zgrab­nie, lekko prze­chy­lo­ny na prawy bok. Kor­pus go­ścia ści­skał gruby, skó­rza­ny pas, mocno za­ci­śnię­ty wiel­ką, na­chal­nie błysz­czą­cą klam­rą.

– Kim je­steś? – Brajt, spod su­fi­tu, za­py­tał zie­lo­ne­go ni­zioł­ka.

Ten wzdry­gnął się prze­stra­szo­ny i spoj­rzał w górę.

– Ale… Nie po­wi­nie­neś mnie wi­dzieć.

– To kim je­steś?

– Co w pro­ce­so­rze pisz­czy.

– Py­ta­nie za py­ta­nie? To nie­grzecz­ne. Zresz­tą, na twoje od­po­wie­dzia­łem w moim ostat­nim szor­cie. Nawet tytuł był do­kład­nie taki. Mogę ci dać do prze­czy­ta­nia.

– To ja.

– Co, ty?

– Opo­wia­da­nie Co w pro­ce­so­rze pisz­czy.

– Ty je­steś tym tek­stem? A, po co się skra­dasz do mo­je­go łóżka?

– On mi kazał. Po­wie­dział, że to nie­po­trzeb­ne. – Stwór wska­zał na pas. – Kazał po­pra­wić.

– Klam­ra nie­po­trzeb­na? Też mi coś. Prze­cież to taki świet­ny po­mysł na kom­po­zy­cję. I w ogóle co za on?

– Pi­sarz.

– Sry­sarz. Nie po­trze­bu­ję rad jak mają wy­glą­dać moje tek­sty, sam je­stem pi­sa­rzem. Ro­ze­pnij sobie, skoro ci tak prze­szka­dza! – wy­pa­lił. Szyb­ko po­ża­ło­wał, bo zdał sobie spra­wę z jakim tru­dem od­dy­cha gość, ści­śnię­ty gru­bym pasem.

– Ty mnie stwo­rzy­łeś, ty mo­żesz zmie­nić. Na­pi­sać ina­czej.

– I co się sta­nie? Znik­niesz i po­ja­wi się nowy, inny stwór?

– Prze­ro­dzę się. Przy­cup­nę sobie i po­cze­kam aż do­ko­na­ją się we mnie wszyst­kie prze­mia­ny. Kiedy pi­sa­łeś, naj­czę­ściej le­ża­łem na pa­ra­pe­cie. Wy­god­ne miej­sce.

– Tak po pro­stu sobie sią­dziesz i bę­dziesz się pod­da­wał zmia­nom? A ja ci mogę choć­by trze­cią nogę na pra­wym po­ślad­ku wy­ho­do­wać?

– To nie za­wsze przy­jem­ne, ale pas jesz­cze gor­szy. Uci­ska.

– Teraz nie mogę. – Brajt wska­zał na le­żą­ce na łóżku ciało. – Zro­bię to, kiedy tylko wrócę do cie­le­snej po­wło­ki. To, co to za pi­sarz?

– Za­pro­wa­dzę, jeśli obie­casz mi póź­niej pomóc.

– Za grosz sza­cun­ku dla wła­sne­go stwór­cy… Po­mo­gę, po­mo­gę. Tylko pro­wadź już. Nie wiem jak długo dam radę się utrzy­my­wać poza sko­ru­pą.

 

Szort ski­nął ręką i prze­szedł przez ścia­nę. Wi­dząc to, za­sko­czo­ny Brajt uświa­do­mił sobie, że nie do końca wie, jakim ogra­ni­cze­niom pod­le­ga jego astral­ne ciało. Z żalem wspo­mniał książ­kę, którą kupił, żeby le­piej się przy­go­to­wać. Nie do­czy­tał jej, bo pra­co­wał nad stro­ną Nowej Fan­ta­sty­ki. W tym samym mo­men­cie po­czuł szarp­nię­cie i bły­ska­wicz­nie wy­lą­do­wał przy re­ga­le. A, więc tak to dzia­ła. Do­brze, że nie za­ma­rzy­ła mi się wi­zy­ta na księ­ży­y­yy… Wy­le­ciał jak wy­strze­lo­ny z procy. Prze­mknął przez mur ka­mie­ni­cy i wzle­ciał w nocne niebo. Z roz­cza­ro­wa­niem stwier­dził, że mimo dużej pręd­ko­ści nie czuje na twa­rzy chłod­nych po­dmu­chów wia­tru. Szko­da, by­ło­by faj­nie skosz­to­wać praw­dzi­we­go lotu. Spoj­rzał w dół na mia­sto. Ar­te­ria­mi pły­nę­ły, świe­cą­ce na biało i czer­wo­no, po­to­ki sa­mo­cho­dów, a na naj­wyż­szych bu­dyn­kach mru­ga­ły fi­glar­nie lampy ostrze­gaw­cze. W ciągu dnia Kra­ków nie wy­glą­da tak do­brze – po­my­ślał. Po chwi­li jego uwagę, od ma­le­ją­ce­go mia­sta, od­cią­gnął duży, pa­sa­żer­ski sa­mo­lot. Pro­gra­mi­sta prze­le­ciał wzdłuż bar­dzo dłu­gie­go sze­re­gu okrą­głych okie­nek. O jedno z nich opie­rał się drze­mią­cy męż­czy­zna. Ze śpio­cha po­wo­li wy­su­wa­ło się jego ciało astral­ne. Brajt za­stu­kał w okien­ko i po­ma­chał. Przez krót­ką chwi­lę szcze­rzy­li do sie­bie zęby, ale pa­sa­że­ra łok­ciem trą­cił syn i go prze­bu­dził. Wy­rwa­ny ze snu ziew­nął i ob­ró­cił się szu­ka­jąc wzro­kiem cze­goś za oknem. Nie zna­la­zł­szy, uśmiech­nął się pod nosem i wró­cił do drzem­ki.

 

Pro­gra­mi­sta za­stu­kał jesz­cze raz i za­nie­chał dal­szych prób zwró­ce­nia na sie­bie uwagi.

Tro­chę zgłod­nia­łem. Może czas na ham­bur­ge­ra? Na­tych­miast po­czuł szarp­nię­cie. Nie, wy­star­czy sa­łat­ka, którą przy­go­to­wa­łem na ko­la­cję. Ko­lej­ne szarp­nię­cie. Uh, do­sta­nę od tego cho­ro­by lo­ko­mo­cyj­nej. I jesz­cze jedno. Dokąd tym razem? Do ap­te­ki po avio­ma­rin?

Oczy­ścił umysł. Muszę wró­cić do domu.

 

Kiedy wy­lą­do­wał, zie­lo­ne­go już nie było. Gdzie on jest? Pod­świa­do­mie li­czył, że zna­jo­ma siła po­cią­gnie go w do­brym kie­run­ku, ale nic się nie stało. Prze­cież nie od­szedł­by beze mnie, za­le­ża­ło mu na po­praw­kach. Musi gdzieś tu być – po­my­ślał.

Nie na po­dwór­ku, ani na klat­ce scho­do­wej. Tekst nie wró­cił też do pra­cow­ni pro­gra­mi­sty.

Może zmie­nię go w jakiś spo­sób, który mu się nie spodo­ba? Wtedy na pewno się po­ja­wi.

Nie­ste­ty, cho­ciaż Brajt z ca­łych sił wy­obra­żał sobie, że jego ręka jest praw­dzi­wa i czuje nią dotyk kla­wia­tu­ry, nie był w sta­nie nic na­pi­sać. Zgrzyt­nął zę­ba­mi ze zło­ścią. Taka szan­sa na przy­go­dę mi prze­pa­dła. By­ło­by o czym póź­niej pisać… Może cho­ciaż po­zwie­dzam, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji. Dokąd by tu… Na bie­gun pół­noc­ny, pro­szę!

 

Mijał wła­śnie Nord­kapp, kiedy po­czuł szarp­nię­cie srebr­nej nici. Coś cią­gnę­ło go z po­wro­tem. Zła­pał linkę i pró­bo­wał si­ło­wać się z ta­jem­ni­czą mocą, ale nie był w sta­nie się jej prze­ciw­sta­wić. Bły­ska­wicz­nie po­ko­nał drogę do domu i, z dużym pędem, zde­rzył się z wła­snym cia­łem.

 

Po­tarł oczy. Do­tknął łóżka. Re­al­ne, bar­dzo re­al­ne. Co do cho­le­ry się stało? Usiadł i ro­zej­rzał się. Jego wzrok padł na świe­cą­cy się ekran te­le­fo­nu. Trzy nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nia. Pod­niósł apa­rat.

– Jaj­ko­oo! – wark­nął se­kun­dę póź­niej. – Jak mo­głeś! – Punkt kry­tycz­ny Braj­ta zo­stał prze­kro­czo­ny. – Pie­prz­cie się wszy­scy. Za­su­wam od rana do nocy i kiedy chcę mieć dla sie­bie krót­ką chwi­lę, nawet to mu­si­cie ze­psuć. Ko­niec. Ko­niec.

Po­ła­ma­ny te­le­fon wy­lą­do­wał w koszu.

Brajt uło­żył się z po­wro­tem i za­mknął oczy. Gniew­ne myśli krą­ży­ły mu po gło­wie i nie po­zwa­la­ły się zre­lak­so­wać. Nie po­ma­ga­ła nawet ko­ją­ca obec­ność zie­lo­nej chmu­ry. Zmę­czo­ny ko­lej­ny­mi pró­ba­mi w końcu za­snął.

 

Wstał pełen ener­gii i de­ter­mi­na­cji. Dzień za­czął od wy­pra­wy po bułki na śnia­da­nie. Przy oka­zji zro­bił duże za­pa­sy je­dze­nia, głów­nie su­che­go pro­wian­tu. panie w skle­pie po­in­for­mo­wał, żeby nie od­kła­da­ły dla niego ga­ze­ty, bo pla­nu­je rzu­cić tę za­ki­cha­ną rze­czy­wi­stość w cho­le­rę i wy­je­chać w sza­lo­ną po­dróż. Tę samą in­for­ma­cję prze­ka­zał jesz­cze spo­tka­nej na scho­dach są­siad­ce. Śnia­da­nie pa­ła­szo­wał w wy­śmie­ni­tym na­stro­ju – plan był ge­nial­ny w swej pro­sto­cie. W skrzyn­ce pocz­ty elek­tro­nicz­nej usta­wił au­to­ma­tycz­ną od­po­wiedź – wy­je­cha­łem na przy­go­dę życia, będę jak wrócę. Te plot­ka­ry w skle­pie na pewno wszyst­kim roz­po­wie­dzą o jego uciecz­ce. Ni­ko­mu nie przyj­dzie do głowy go na­cho­dzić i prze­szka­dzać. Dla pew­no­ści, po wy­łą­cze­niu In­ter­ne­tu, odłą­czył też od prądu te­le­wi­zor i te­le­fon sta­cjo­nar­ny. Nie na­le­ży dwa razy po­peł­niać tych sa­mych błę­dów – po­my­ślał

 

Uło­żył się wy­god­nie na łóżku i znowu za­czął po­wol­ny pro­ces wcho­dze­nia w trans. Szło opor­nie, ale w końcu się udało. Kiedy wresz­cie z cia­łem łą­czy­ła go tylko srebr­na nić, z na­dzie­ją ro­zej­rzał się po po­ko­ju. Na pa­ra­pe­cie, ze znu­dzo­ną miną, sie­dział zie­lo­ny ludek.

– Gdzie się po­dzie­wa­łeś?

– Wró­ci­łem do pi­sa­rza. Co, mia­łem ga­niać za tobą po or­bi­cie?

– Nie bądź taki do przo­du, bo cię tak po­zmie­niam, że z tyłu ci za­brak­nie. Pro­wadź. Dzi­siaj nikt nie bę­dzie nam prze­szka­dzał.

 

W mil­cze­niu le­cie­li przez chmu­ry. Zie­lo­ny nie był zbyt roz­mow­ny, a Brajt, cho­ciaż in­ten­syw­nie my­ślał nad tym jak za­ga­ić, jakoś nie mógł wpaść na żadną sen­sow­ną za­czep­kę. W końcu, po kil­ku­na­stu mi­nu­tach, nie wy­trzy­mał.

– Da­le­ko jesz­cze? Czego mam wy­pa­try­wać?

– Nie bar­dzo. Ni­cze­go

– Jak to, ni­cze­go? To jak po­znam, że je­ste­śmy na miej­scu?

– Po­znasz.

Po­znasz, dobre sobie – po­my­ślał Brajt i kiedy wła­śnie otwo­rzył usta do cię­tej ri­po­sty, zarył w pu­szy­ste­go cu­mu­lu­sa. Mokry śnieg do­stał się do nosa i po­draż­nił gar­dło. In­for­ma­tyk pluł i par­skał przez dłuż­szą chwi­lę.

– Jak to moż­li­we, że ta chmu­ra mnie za­ata­ko­wa­ła? Prze­cież przez inne prze­la­ty­wa­łem, jakby ich nie było

– Ta na­le­ży do in­ne­go świa­ta niż po­zo­sta­łe. Do tego, do któ­re­go ty i ja. Chodź już.

 

Kiedy pod­le­cie­li wyżej, Brajt stwier­dził, że chmu­ra ma kształt pier­ście­nia. Od dołu nie było widać żad­nych prze­świ­tów – zdzi­wił się. Niebo po dru­giej stro­nie miało tro­chę inny kolor. Cie­plej­szy. Letni. Szort szyb­ko prze­sko­czył przez pu­szy­stą ob­ręcz, więc in­for­ma­tyk nie mógł się już dłu­żej za­sta­na­wiać nad oso­bli­wym zja­wi­skiem. Sam też za­nur­ko­wał w błę­kit.

– Ju­hu­uuuuuuuuuuuuuuuuuuu – wy­rwał mu się ra­do­sny okrzyk. Kiedy pi­ko­wał, w końcu czuł na skó­rze chłod­ny po­wiew wia­tru.

Opa­da­li w kie­run­ku nie­wiel­kiej wy­sep­ki. Z żad­nej ze stron Brajt nie mógł do­strzec in­ne­go lądu, ogra­ni­cza­ją­ce­go la­zu­ro­wy ocean. Wy­lą­do­wa­li na sze­ro­kiej plaży. Cie­pły pia­sek przy­jem­nie grzał stopy. Było zu­peł­nie jak na pla­ka­cie re­kla­mu­ją­cym wa­ka­cje w tro­pi­kach.

– Dokąd teraz?

– Za mną.

 

Szli wąską ścież­ką przez gesty, pełen dźwię­ków las. Astral­ny po­dróż­nik roz­glą­dał się za­chwy­co­ny. Do­oko­ła dzia­ło się tyle eks­cy­tu­ją­cych rze­czy, że nie wie­dział czemu po­wi­nien po­świę­cić uwagę. Po­że­rał wzro­kiem wiel­kie, ko­lo­ro­we mo­ty­le. Wsłu­chi­wał się w pięk­ne me­lo­die pta­ków, któ­rych nigdy wcze­śniej nie spo­tkał – nawet w zoo. Od­kry­cie każ­de­go no­we­go stwo­rze­nia kwi­to­wał ra­do­snym okrzy­kiem. Prze­wod­nik prze­wra­cał na to ocza­mi i prze­drzeź­niał mi­mi­kę swo­je­go au­to­ra.

 

W końcu las za­czął się prze­rze­dzać i wy­szli na ob­szer­ną po­la­nę. Była bar­dzo za­tło­czo­na przez dzie­siąt­ki nie­zwy­kłych istot. Część z nich sie­dzia­ła lub le­ża­ła pod drze­wa­mi, ale więk­szość usta­wi­ła się w dłu­giej, wi­ją­cej się ko­lej­ce.

– To wszyst­ko tek­sty?

– Tak.

– Fan­ta­stycz­ne – od­po­wie­dział Brajt z roz­ma­rze­niem. Kiedy pa­trzył na tę grupę, aż trud­no było mu uwie­rzyć, że jesz­cze chwi­lę temu za fa­scy­nu­ją­ce uwa­żał owady.

 

Były isto­ty skła­da­ją­ce się z cha­otycz­nych plą­ta­nin re­la­cji i kon­tek­stów. Wy­glą­da­ły tro­chę jak gąbki. Cien­kie paski ma­te­rii two­rzy­ły sieci po­wią­zań

Tuż koło Braj­ta stało stwo­rze­nie, które ro­bo­czo okre­ślił jako po­łą­cze­nie sę­ka­cza, ośmior­ni­cy i dziw­nej bak­te­rii – miało setki dłu­gich, ru­chli­wych macek i krót­szych wy­pu­stek. Się­ga­ły w różne stro­ny, nie­któ­re bar­dzo da­le­ko. Pro­gra­mi­sta sku­pił się na tek­ście. Zo­ba­czył przed ocza­mi słowa. Wy­star­czy­ło pierw­sze zda­nie, żeby za­krę­ci­ło mu się w gło­wie od in­ter­tek­stu­al­no­ści.

– Tro­chę to prze­in­te­lek­tu­ali­zo­wa­ny beł­kot – po­wie­dział do zie­lo­ne­go to­wa­rzy­sza.

– Ciiiii. Nie mów tak, bę­dzie mu przy­kro.

Dalej w ko­lej­ce stało kilka istot, które przy­wo­dzi­ły na myśl elfy. Wy­so­kie, smu­kłe, po­ru­sza­ły się z nie­zwy­kłą gra­cją. Przy tym wszyst­kie wy­glą­da­ły bar­dzo po­dob­nie. Czyż­by jeden z tych płod­nych au­to­rów, któ­rzy przez całą ka­rie­rę ba­zu­ją na tym samym, chwy­tli­wym mo­ty­wie? – po­my­ślał zło­śli­wie i roz­glą­dał się dalej.

Na­tra­fił wzro­kiem na uno­szą­cą się po dru­giej stro­nie po­la­ny wiel­ką bańkę my­dla­ną. Cie­niut­ka błona mie­ni­ła się ko­lo­ra­mi. Każdy ruch kuli, o prze­szło dwu­me­tro­wej śred­ni­cy, zmie­niał układ barw. Wra­że­nie było nie­sa­mo­wi­te. Cie­ka­we, czy to tylko pięk­na forma, czy w środ­ku też kryje się coś war­te­go uwagi – po­my­ślał

– Bę­dzie­my mu­sie­li stać w tej ko­lej­ce, żeby zo­ba­czyć się z pi­sa­rzem?

– Chyba nie. Ru­szaj.

 

Szli w stro­nę ścia­ny lasu, po prze­ciw­le­głej stro­nie po­la­ny. Więk­szość sto­ją­cych w ko­lej­ce ich igno­ro­wa­ła. Za to Brajt – nie mógł się po­wstrzy­mać, żeby nie ob­ser­wo­wać mi­ja­nych dzieł. Wga­piał się ile mógł. Jego uwagę przy­ku­ła po­stać w zie­lo­nym stro­ju. Tekst wy­glą­dał jak męż­czy­zna o wy­jąt­ko­wo dra­pież­nej uro­dzie – miał długi, ha­czy­ko­wa­ty nos i wy­sta­ją­ce kości po­licz­ko­we. Pro­gra­mi­sta zwol­nił, żeby się le­piej przyj­rzeć. Utwór oka­zał się być pi­sa­ny ostrym, bez­kom­pro­mi­so­wym ję­zy­kiem. Świe­ży i mocny – po­my­ślał in­for­ma­tyk. Z nie­chę­cią ru­szył dalej, po­na­gla­ny przez swo­je­go prze­wod­ni­ka. Szko­da, hi­sto­ria za­po­wia­da­ła się tak cie­ka­wie. Sza­ma­nizm po­ka­za­ny z in­te­re­su­ją­cej per­spek­ty­wy. W sfe­rze tech­nicz­nej – nie­prze­sa­dzo­ny na­tu­ra­lizm, który może wręcz na­le­ża­ło­by na­zwać po pro­stu au­ten­tycz­no­ścią. Dobra rzecz.

Za­trzy­ma­li się przed dwoma du­ży­mi drze­wa­mi. Lekko po­chy­lo­ne ku sobie, wy­glą­da­ły jak brama zwień­czo­na zie­lo­nym, li­ścia­stym or­na­men­tem.

– Wchodź – na­ka­zał prze­wod­nik.

 

Mi­nut­kę szli wąską ścież­ką, żeby w końcu wejść na ko­lej­ną po­la­nę. Ta była mniej­sza i mniej tłocz­na. Na środ­ku, na wiel­kim, pła­skim ka­mie­niu, sie­dział ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi sta­rzec. Pra­wie łysy męż­czy­zna miał kar­to­fla­ny nos, ści­śnię­ty opraw­ka­mi du­żych szkieł. Ubra­ny był w spodnie na szel­kach i wy­gnie­cio­ną, lekko po­pla­mio­ną ko­szu­lę. Za oku­la­ra­mi kryły się bar­dzo by­stre oczy.

– My już się znamy – zwró­cił się do szor­ta. – A twój przy­ja­ciel to kto?

– Autor.

Męż­czy­zna wzdry­gnął się, sły­sząc tę słowa.

– Czło­wiek? – za­py­tał cicho.

Ścią­gnął oku­la­ry i prze­tarł je ner­wo­wym ru­chem. Spoj­rzał na Braj­ta.

– Nie­zmier­nie mi miło – po­wie­dział drżą­cym gło­sem. – Dawno nie mia­łem oka­zji po­roz­ma­wiać z czło­wie­kiem. Jak pan tu tra­fił?

– Przez chmu­rę.

– Chmu­rę?

In­for­ma­tyk wska­zał na cią­gną­cą się za nim srebr­ną, błysz­czą­cą nić.

– Eks­te­rio­ry­za­cja. Ćwi­czy­łem wy­cho­dze­nie poza ciało i spo­tka­łem swój wła­sny tekst. Dziw­ne uczu­cie, muszę przy­znać. To on mnie tu przy­pro­wa­dził.

– Wy­cho­dze­nie poza ciało – sta­rzec po­wtó­rzył jak echo. – Coś po­dob­ne­go. Pro­szę usiąść. – Wska­zał na wy­ple­cio­ną z liści pal­mo­wych matę. – Jak się do pana zwra­cać? Ja, je­stem Sta­ni­sław.

Pro­gra­mi­sta po­czuł na po­licz­kach de­li­kat­ny ru­mie­niec.

– Tak mi się wła­śnie zda­wa­ło. To za­szczyt – wy­ją­kał. – Na mnie wszy­scy mówią Brajt.

 

Na po­la­nę wto­czył się jeden z gąb­ko­wa­tych stwo­rów, które in­for­ma­tyk wi­dział w ko­lej­ce. Sta­ni­sław uprzej­mie przy­wi­tał przy­by­łe­go i za­czął się w niego wpa­try­wać.

– Hi­sto­ria jest in­te­re­su­ją­ca, ale opo­wie­dzia­na bar­dzo cha­otycz­nie. Wróć do swo­je­go au­to­ra i zo­bacz, czy nie stać go na coś wię­cej. Do­brze?

Kiedy gąb­ko­wa­ty już się od­da­lił, sta­rzec zwró­cił się do Braj­ta.

– Brak wy­raź­nej kom­po­zy­cji. Nie­wy­star­cza­ją­co prze­my­śla­ne. Ktoś po­zwo­lił sobie na stru­mień świa­do­mo­ści. Jak się nie jest Joy­cem, to tak wła­śnie koń­czą się po­dob­ne eks­pe­ry­men­ty.

– Mój tekst też wró­cił po po­praw­ki, ale jed­no­cze­śnie był zdzi­wio­ny, że go widzę.

– Nie zda­wał­by sobie pan spra­wy ze spo­tka­nia, ale pod­świa­do­mie wró­cił­by pan do utwo­ru my­śla­mi i za­czął po­pra­wiać. To tro­chę jak to­ro­wa­nie. Przej­dzie­my się? – za­pro­po­no­wał go­spo­darz wyspy. – Przy oka­zji coś panu po­ka­żę.

 

– Pro­szę opo­wia­dać. Co na Ziemi? Który jest teraz rok? In­te­re­su­je mnie ab­so­lut­nie wszyst­ko. Pro­szę nie szczę­dzić wszel­kich mniej istot­nych in­for­ma­cji. Może po­pu­lar­ne stały się ja­kieś zu­peł­nie nowe ła­ko­cie? Na po­cząt­ku naj­moc­niej tę­sk­ni się za bli­ski­mi, ale z cza­sem bar­dziej do­tkli­wy staje się brak drob­nych, ludz­kich przy­jem­no­ści. Ile dał­bym za odro­bi­nę mar­ce­pa­na. Uwiel­bia­łem sło­dy­cze – wes­tchnął.

– Ostat­nio fu­ro­rę robią fran­cu­skie ma­ka­ro­ni­ki, ale jak dla mnie są prze­re­kla­mo­wa­ne. Wy­glą­da­ją o wiele le­piej niż sma­ku­ją. No i kosz­tu­ją słono.

Roz­mów­ca par­sk­nął ra­do­śnie. Wy­glą­dał o kilka lat mło­dziej.

– Szko­da, że nie tra­fi­ło mi się tu nigdy ku­li­nar­ne opo­wia­da­nie twar­dej scien­ce fic­tion. Może coś o kuch­ni mo­le­ku­lar­nej. Jesz­cze tro­chę i za­po­mnę co się je na ziemi. I tak grozi mi wdru­ko­wa­nie ab­sur­dal­ne­go wspo­mnie­nie życia, jako pasma po­je­dyn­ków i scy­sji w karcz­mach.

– Zbyt wiele Magii i Mie­cza?

– Zbyt wiele. – Pi­sarz po­ki­wał głową. – Co się stało z li­te­ra­ta­mi, któ­rzy zu­peł­nie jak życie, umie­ją pro­ste, ba­nal­ne hi­sto­rie na­pi­sać tak cie­ka­wie, żeby nie miało się dosyć? Wszę­dzie tylko trup na tru­pie i chę­do­że­nie na sia­nie – do­po­wie­dział ze skar­gą w gło­sie.

 

Do­szli nad małe je­zior­ko roz­le­wa­ją­ce się wśród drzew. Brajt po­chy­lił się i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że cho­ciaż woda jest zu­peł­nie prze­źro­czy­sta, nie widać dna. Pod­niósł ka­wa­łek skały i wrzu­cił do zbior­ni­ka. Ka­mień opa­dał i opa­dał bar­dzo długo. Robił się coraz mniej­szy, aż w końcu zu­peł­nie znik­nął.

– Jaką rolę w za­sa­dzie pan tu pełni? To sąd osta­tecz­ny li­te­ra­tu­ry? Słabe w ot­chłań za­po­mnie­nia, śred­nie do po­praw­ki, dobre do raju?

Pi­sarz wy­buch­nął ra­do­snym śmie­chem.

– Nie. Nie śmiał­bym ska­zy­wać ja­kie­go­kol­wiek tek­stu na wiecz­ne za­po­mnie­nie. Nie ma obiek­tyw­nie złych. Od­biór za­le­ży od czy­tel­ni­ka, a jedna osoba nie może wy­stę­po­wać w imie­niu ich wszyst­kich. – Za­milkł na chwi­lę. – Na­le­ża­ło­by ra­czej po­wie­dzieć, że biorę udział w ba­da­niu nad li­te­ra­tu­rą. Pro­ces twór­czy oka­zał się być jesz­cze bar­dziej fa­scy­nu­ją­cy, niż w naj­śmiel­szych snach przy­pusz­cza­łem. Naj­wy­raź­niej umie­my nawet za­szcze­pić swoim dzie­łom au­to­sche­mat, po­czu­cie toż­sa­mo­ści. Na tej wy­spie spo­ty­ka­ją się od nie­pa­mięt­nych cza­sów tek­sty na­le­żą­ce do fan­ta­sty­ki. Wśród nich przy­by­wa wiele, które po uży­ciu brzy­twy oka­zu­ją się w rze­czy­wi­sto­ści nie na­le­żeć do żad­ne­go z pod­ga­tun­ków. Jed­nak zna­la­zły się tu, bo czuły, że tu przy­na­le­żą.

– Dla­cze­go ta wyspa?

– Nie umiem po­wie­dzieć. Kiedy na nią tra­fi­łem, na ka­mie­niu sie­dział Phi­lip K. Dick. Od niego po­cho­dzi cała moja, nie­zbyt ob­szer­na, wie­dza o tym miej­scu i o ba­da­niu. Wy­jąt­ko­wo eks­cen­trycz­ny czło­wiek, ale oka­zał się świet­nym roz­mów­cą. – Sta­ni­sław spoj­rzał na je­zio­ro. – Tu przy­pro­wa­dzam dobre utwo­ry. Prze­cho­dzą na drugą stro­nę. Tam, na naj­lep­szych dzie­łach wszyst­kich ga­tun­ków, jest pro­wa­dzo­ne wła­ści­we ba­da­nie. Do próby nie może się prze­śli­zgnąć żaden tekst, który nie za­słu­gu­je nie­zbi­cie na okre­śle­nie go dobrą li­te­ra­tu­rą.

– Czyli inne ga­tun­ki także mają swoje wyspy. Są inni ba­da­cze? Więc dla­cze­go jest pan taki sa­mot­ny? – in­for­ma­tyk na jed­nym od­de­chu wy­rzu­cił z sie­bie całą serię pytań.

– Phi­lip po­wie­dział, że nie ma spo­so­bu, żeby się tam do­stać. Ze stawu nie da się już wró­cić. Będę mógł wsko­czyć do wody, do­pie­ro kiedy po­ja­wi się ktoś, kto mnie za­stą­pi. Mój po­przed­nik to­wa­rzy­szył mi tylko dwa ty­go­dnie. Z cza­sem przy­cho­dzi wy­pa­le­nie i ma się ocho­tę czy­tać wię­cej tek­stów in­nych ga­tun­ków. Swoją drogą, cie­ka­we, jak wy­glą­da­ją moje dzie­ła. – Męż­czy­zna roz­ma­rzył się. – Szcze­gól­nie chciał­bym zo­ba­czyć się z Cy­be­ria­dą.

– Skąd w takim razie pew­ność, że fak­tycz­nie są jacyś inni?

– Phi­lip był o tym prze­ko­na­ny. Może wie­dział od kogoś ta­kie­go ja pan, Braj­cie? Kogoś, kto mógł po­dą­żyć za tek­sta­mi. Trud­no po­wie­dzieć.

 

Brajt zbie­rał się do za­da­nia ko­lej­ne­go py­ta­nia, kiedy po­czuł na­pię­cie nici. Siła po­cią­gnię­cia po­wa­li­ła go na zie­mię. Sunął po tra­wie, rę­ka­mi chro­niąc głowę przed ude­rze­nia­mi o drze­wa. No­ga­mi sta­rał się za­przeć, ale nie był w sta­nie. Krza­ki bo­le­śnie dra­pa­ły twarz. Wy­je­chał na po­la­nę mię­dzy cze­ka­ją­ce tek­sty.

– Ra­tun­ku. Po­móż­cie mi – krzyk­nął.

Dalej szo­ro­wał na ple­cach w stro­nę oce­anu.

– Rusz­cie się!

Pierw­szy rzu­cił się w jego stro­nę zna­jo­my, zie­lo­ny szort. Wtedy z po­mo­cą po­spie­szy­li też po­zo­sta­li. Dzie­siąt­ki rąk zła­pa­ły go, ale i tak po­su­wał się dalej, cią­gnąc za sobą resz­tę. Do­pie­ro na plaży cała grupa za­ko­pa­ła się w syp­kim pia­sku. Nicią jesz­cze przez chwi­lę tar­ga­ły szarp­nię­cia, aż w końcu zu­peł­nie się uspo­ko­iły i pro­gra­mi­sta ode­tchnął z ulgą.

– Dzię­ku­ję, je­ste­ście ko­cha­ni. – Ukło­nił się wy­baw­com i ru­szył w stro­nę nad­cho­dzą­ce­go pi­sa­rza. Ten przy­wi­tał go nie­śmia­łym uśmie­chem i za­py­tał:

– Drogi Braj­cie, skoro już pan tu tra­fił, może zgo­dzi się pan zro­bić przy­jem­ność sa­mot­ne­mu czło­wie­ko­wi? Od dawna na­ra­sta­ła we mnie ocho­ta na wiele roz­ry­wek, do któ­rych po­trze­ba part­ne­ra. Czy mo­gli­by­śmy…?

– Z przy­jem­no­ścią. Sam nie mia­łem ostat­nio głowy do zabaw.

 

Za­czę­li od ka­lam­bu­rów. Jakie to były ka­lam­bu­ry! Przez sa­mot­nie spę­dzo­ne lata zbie­ra się wiele dow­cip­nych sko­ja­rzeń, któ­ry­mi nie ma się komu po­chwa­lić. Po­my­sły pi­sa­rza ba­wi­ły Braj­ta do łez. Sam też robił co mógł, żeby za­ska­ki­wać to­wa­rzy­sza. Dawno nie miał spo­sob­no­ści do ta­kiej gim­na­sty­ki in­te­lek­tu­al­nej.

Nie za­bra­kło odro­bi­ny wy­sił­ku fi­zycz­ne­go i spor­to­wej ry­wa­li­za­cji – z łok­cia­mi opar­ty­mi na pła­skim ka­mie­niu, ro­ze­gra­li kilka po­je­dyn­ków si­ło­wa­nia się.

Póź­niej Sta­ni­sław wy­cią­gnął ze­staw kart wy­ko­na­nych z gru­bych, tro­pi­kal­nych liści – przy­szedł czas na ty­sią­ca, makao i dur­nia piąt­ko­we­go. Trud­no sobie wy­obra­zić, żeby w innej sy­tu­acji tak pro­ste gry spra­wi­ły tyle przy­jem­no­ści.

Wresz­cie, roz­ma­wia­li wiele go­dzin, za­po­mi­na­jąc zu­peł­nie o róż­ni­cy wieku. Mó­wi­li o jeź­dzie na nar­tach i ma­szy­nach pa­ro­wych, fi­lo­zo­fii i sa­mo­cho­dach. Ko­bie­tach, mu­zy­ce, po­li­ty­ce, kom­pu­te­rach i ge­ne­tycz­nie mo­dy­fi­ko­wa­nej żyw­no­ści. Brajt do­dat­ko­wą przy­jem­ność czer­pał z tego, że nie mu­siał li­czyć się z upły­wem czasu. Nie pa­mię­tał, kiedy ostat­nio mógł tak bez­kar­nie trwo­nić mi­nu­ty.

W końcu znowu ze­szli na temat gro­ma­dzą­cych się na wy­spie stwo­rzeń.

– Już chyba wspo­mi­na­łem, że tra­fia­ją tu utwo­ry, które tak na­praw­dę nie mają nic wspól­ne­go z fan­ta­sty­ką. Dotąd sam mu­sia­łem chwy­tać za brzy­twę. Może zgo­dził­by się pan zo­stać ze mną jakiś czas i się tym zająć? Bar­dzo by to uspraw­ni­ło moją pracę.

– Chęt­nie! Za po­dob­ne wa­ka­cje w biu­rze po­dró­ży ska­so­wa­li­by mnie jak za zboże – za­żar­to­wał in­for­ma­tyk.

– Dzię­ku­ję. – Sta­ni­sław uści­snął ręką Braj­ta. – Tek­sty, jak może już pan za­uwa­żył, nie są zbyt ga­da­tli­we, a do­brze jest cza­sem móc z kimś po­roz­ma­wiać. Tym­cza­sem bierz­my się do czy­ta­nia.

 

Pro­gra­mi­sta otarł pot z czoła

– Bar­dziej by się tu przy­da­ła ko­siar­ka – sark­nął.

Zaj­mo­wał się wło­cha­tym, czwo­ro­noż­nym stwo­rem. Cho­ciaż kudły były mięk­kie, to rosły wy­jąt­ko­wo gęsto, więc strzy­że­nie szło po­wo­li. Kiedy skoń­czył, ero­tyk wy­glą­dał smęt­nie jak świe­żo ogo­lo­na owca.

– Po prze­nie­sie­niu akcji ze śre­dnio­wie­cza i za­mie­nie­niu elfów w ludzi, jasno widać, że przy­sze­dłeś w nie­wła­ści­we miej­sce. Zaj­mo­wa­nie się tobą to kom­pe­ten­cje kogoś o od­mien­nym gu­ście. Może Henry’ego Mil­le­ra lub in­ne­go eks­per­ta od od­waż­nych wąt­ków mi­ło­snych? – zwró­cił się do tek­stu pi­sarz.

– Jed­ne­go nie ro­zu­miem – za­czął nie­śmia­ło Brajt, od­kła­da­jąc na chwi­lę brzy­twę. – Sie­dzi pan tu i roz­ma­wia z tek­sta­mi, nie wie­dząc do­kład­nie czemu to służy, ani co to za miej­sce. Ja bym na pewno od­le­ciał.

– Tra­fi­łem tu inną drogą i nie mogę latać. Zresz­tą, na ziemi też wię­cej było nie­wia­do­mych niż wia­do­mych. Tam nie pła­ka­łem, tylko żyłem, i tu robię tak samo.

– Ten cały zło­żo­ny sys­tem świa­tów i życie po śmier­ci. Bóg musi ist­nieć! – pro­gra­mi­sta wy­rzu­cił z sie­bie myśl, która go mę­czy­ła go odkąd zo­ba­czył wyspę.

– Może to życie wiecz­ne, które za­wdzię­czam bogu, a może po każ­dej śmier­ci są ko­lej­ne Nan­gi­ja­le i Nan­gi­li­my. Wszyst­kie rów­nie ważne i wszyst­kie rów­nie praw­dzi­we. Nie wiem. Do­brze jest sta­wiać py­ta­nia, ale nie na­le­ży się upie­rać przy da­wa­niu od­po­wie­dzi, jeśli nie umie się ich usta­lić.

 

Pod­stęp­ne szarp­nię­cie za­sko­czy­ło Braj­ta. Tym razem prze­miesz­czał się szyb­ciej niż kie­dy­kol­wiek. Zanim ze­tknął się z cia­łem, zdą­żył jesz­cze po­my­śleć – cie­ka­we, kto tym razem. Za­mor­du­ję.

Kiedy prze­bu­dził się z transu, stwier­dził ze zdzi­wie­niem, że jest sam, a w po­ko­ju pa­nu­je pra­wie zu­peł­na cisza. Pra­wie, bo tro­chę bur­cza­ło mu w brzu­chu.

 

 

Epi­log

 

 

W Biesz­cza­dach wstał dzień. Wrzo­so­wi­sko fa­lo­wa­ło od lek­kich po­dmu­chów wia­tru. Miesz­ka­niec po­bli­skiej chat­ki prze­bu­dził się z płyt­kie­go snu i otwo­rzył oczy. Na su­fi­cie we­so­ło tań­czy­ły pro­mie­nie słoń­ca, prze­ni­ka­ją­ce przez drew­nia­ną ro­le­tę. Od­li­czył do trzech i pod­niósł się szyb­kim ru­chem. Nalał sobie wody z du­że­go dzban­ka sto­ją­ce­go koło roz­ło­żo­ne­go na pod­ło­dze po­sła­nia i od­sło­nił okno. Roz­ko­szu­jąc się wi­do­kiem, żuł nie­spiesz­nie krom­kę ciem­ne­go chle­ba. Kiedy skoń­czył, po­ło­żył się z po­wro­tem i za­mknął oczy. Na twarz wy­pły­nął mu ra­do­sny uśmiech. Czas ru­szać do pracy – po­my­ślał.

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł z opowiadaniami. Zaraz będziesz miał kolejkę pytających, jak postrzegasz ich teksty i które właściwie obsmarowałeś. ;-) Niezłe wyjaśnienie zniknięcia. Cumulus nie zawiera śniegu, ale to szczegół.

Babska logika rządzi!

Zabawne, że o tym mówisz, bo miałem opisane spotkanie z pewnym dyptykiem, ale ostatecznie wypadło ;). Stwierdziłem, że kiedy go opublikowałyście, Brajt już zniknął. Pojawiłaby się nieścisłość czasowa.

Co do cumulusa – znalazłem gdzieś informację, że zimą składają się z mokrego śniegu. Specjalnie zmieniłem wodę, żeby nikt się nie przyczepił, że nie trzymam się konsekwentnie pory roku ;). Jeszcze poszukam, żeby się upewnić. 

I chyba za mało wnikliwie szukałem. Zaraz to poprawię na wodną wersję.

Chyba, że umiesz mi doradzić jaka chmura składałaby się ze śniegu?

Za Wikipedią: Nimbostratus (Ns – chmura warstwowa deszczowa) – chmura w postaci ciemnoszarej jednolitej warstwy, zazwyczaj całkowicie zasłaniającej niebo. Złożona jest z kropel wody oraz kryształków lodu. Jej występowaniu towarzyszą ciągłe opady deszczu lub śniegu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przepraszam, zwracam honor i się kajam – masz rację, Cumulusy mogą zawierać także lód, a nawet przelotnie sypnąć śniegiem. Jeśli chodzi o chmury zbudowane z lodu, to wszystkie chmury wysokie: Cirrusy, Cirrocumulusy i Cirrostratusy. Opisałeś spotkanie z dyptykiem? Oj, podeślij chociaż na maila. Wcale nie musiałeś usuwać: kiedy Brajt znikał, dyptyk już (przynajmniej częściowo istniał).

Babska logika rządzi!

@ Finkla – z tymi chmurmi to już nie wiem co zrobić. Chyba tak zostawię po staremu i będę liczył na wyrozumiałość czytelników. Zakładając, że ktoś tu jeszcze zajrzy.

Co do dyptyku – intuicja podpowiada mi, że dopóki autor nie pomyśli pierwsz raz to jest gotowe, tekst się nie oddala ;) 

" Nieopodal zobaczył zrośnięte od bioder do mostka bliźnięta syjamskie. Pierwsze przypominało najzwyczajniejsze ludzkie dziecko. Za to drugie… Drugie wyglądało bardziej niepokojąco.

Postać o proporcjach dorosłego człowieka była zbudowana ze szklanych, półprzeźroczystych płyt. Kolejne warstwy liliowych tafli rozpraszały światło, dając złudzenie niezwykłej głębi w korpusie istoty. Z trójkątnej, pozbawionej ust i nosa twarzy, patrzyło tylko jedno, wielkie oko.

Szklany był pobudzony. Z rozdrażnieniem machał rękami, jakby chciał coś przekazać, stojącej obok, mikropowieści science fiction. Człowiek cierpliwie tłumaczył te gniewne gesty.

Brajt, z rozbawieniem, przyglądał się całej sytuacji. Po chwili dotarło do niego: Przecież ja już czytałem ten dyptyk. Pomachał wesoło bliźniakom i ruszył dalej."   @Regulatorzy – tekst okazał się zbyt nudny i nie dałaś rady przebrnąć, czy na razie zaglądałąś tu tylko do komentrzy?

Ah, no i oczywiście dziękuję za podpowiedź z Nimbostratusem. Coraz bardziej skłaniam się do wymyślenia rozwiązania, które nie wymaga podawania nazwy chmury ;)

Nie chę Cię straszyć, ale przyjdę tu, przyjdę niebawem. Najpierw obowiązki, potem przyjemności. ;-) Wczoraj, na chwilę, przywiała mnie chmura śniegową.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. Przyjemne podsumowanie. :-) Chyba zostaw po staremu albo opisz chmurę bez nazw; że wygląda przyjemnie jak bita śmietana, a tu jak nie sypnie śniegiem po oczach…

Babska logika rządzi!

Szalenie pogodne i sympatyczne opowiadanie. Ładnie napisane, czytało się znakomicie. Nie miałam wrażenia przegadania. A i powód zniknięcia Brajta taki, że tylko pozazdrościć — Brajtowi podróży, Tobie umiejętności fajnego opisania tejże. ;-) Cieszę się, że zapowiadasz kontynuację opowieści.  

 

„W pewnym momencie rozważał nawet, dosyć poważnie, chwilową zmianę profesji”. — Na chwilę chciał się przekwalifikować? ;-)

Może: W pewnym momencie rozważał nawet, dosyć poważnie, zmianę profesji.  

 

„Były leciutkie, takie lekkie, że tylko reszta ciała powstrzymywała je przed odleceniem niczym napełniony helem balonik”. — Wolałabym: Były leciutkie, takie lekkie, że tylko reszta ciała powstrzymywała je by nie odleciały niczym napełnione helem baloniki.  

 

„Kim jesteś? – zapytał, spod sufitu, Brajt zielonego niziołka”. — Kim jest Brajt zielonego niziołka? ;-) Wolałabym: Kim jesteś?  Brajt, spod sufitu, zapytał zielonego niziołka.  

 

Po arteriach płynęły, świecące na biało i czerwono, potoki samochodów…” — Wolałabym: Arteriami płynęły, świecące na biało i czerwono, potoki samochodów…  

 

„Programista przeleciał wzdłuż bardzo długiego szeregu okrągłych okienek”. — Programista przeleciał obok bardzo długiego szeregu okrągłych okienek.  

 

Gdzie tym razem? Do apteki po aviomarin?” Dokąd tym razem? Do apteki po aviomarin?  

 

Gdzieby tu… Na biegun północny, proszę!” — Gdzie by tu… Na biegun północny, proszę! Choć wolałabym: Dokąd by tu… Na biegun północny, proszę!  

 

„Dla pewności, po wyłączeniu internetu…” — Dla pewności, po wyłączeniu Internetu…  

 

„Czyżby jeden z tych płodnych autorów, którzy całą karierę bazują na tym samym, chwytnym motywie?”  Czyżby jeden z tych płodnych autorów, którzy przez całą karierę bazują na tym samym, chwytliwym motywie?  

 

„Zatrzymali się przed dwoma dużymi drzewami. Lekko pochylone w swoją stronę, wyglądały jak brama…” — Wolałabym: Zatrzymali się przed dwoma dużymi drzewami. Lekko pochylone ku sobie, wyglądały jak brama…  

 

„Ta była mniejsza i mniej tłoczna”. — Może: Ta była mniejsza i nie tak zatłoczona.  

 

„Wskazał na plecioną z liści palmowych matę”. — Czy ktoś tę matę właśnie wyplatał? ;-) Wolałabym: Wskazał na matę, wyplecioną z liści palmowych.  

 

„Jak się do Pana zwracać?” — Jak się do pana zwracać?  

 

„Co na ziemi?” — Co na Ziemi?  

 

„Wyglądają wiele lepiej niż smakują”. — Wyglądają o wiele lepiej niż smakują.  

 

„Do próby nie może się prześlizgnąć żaden tekst, który nie zasługuje niezbicie na określenie dobrą literaturą”. — Do próby nie może się prześlizgnąć żaden tekst, który nie zasługuje niezbicie na określenie go dobrą literaturą.  

 

„Więc dlaczego jest Pan taki samotny?” — Więc dlaczego jest pan taki samotny?  

 

„Drogi Brajcie, skoro już Pan tu trafił, może zgodzi się Pan zrobić przyjemność samotnemu człowiekowi?” — Drogi Brajcie, skoro już pan tu trafił, może zgodzi się pan zrobić przyjemność samotnemu człowiekowi?  

 

„Może zgodziłby się Pan zostać ze mną jakiś czas i się tym zająć?” — Może zgodziłby się pan zostać ze mną jakiś czas i się tym zająć?  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż mi pozostało – tylko się rumienić. Najpierw z powodu pochwał, a później z powodu liczby niedociągnięć ;).

Strasznie dobrze było usłyszeć, że historia nie okazuje się nudna. Kiedy Beryl wróci, spróbuję wykorzystać jego dobre serce i poprosić o podmianę wersji na poprawioną. 

Waranie, zrozumiałam że pisałeś opowiadanie w niejakim pośpiechu. Pewnie brakło Ci czasu na jeszcze jedno czytanie i właściwe doszlifowanie tekstu. Jeśli pomogłam, bardzo się cieszę. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo podoba mi się pomysł, żeby teksty literackie były stworzonkami. Są przeurocze.

Dziękuję :)

Fajne :)

Cieszę się. Zwłaszcza że wygrzebałaś, mimo że przygoda Brajta już nisko spadła pod naporem tekstów weekendowych.

Bo ja lubię takie upadłe teksty ;)

Ostatnio oglądałam film o podobnej puencie (czy poincie)… Jest to czołówka w konkursie – jeśli moge sobie pozwolić. Bardzo ciekawa personifikacja(?) tekstów – aż popadłam w refleksję na temat tego jak wyglądałaby moja Baśń… Zielona taka… trochę… Hmm… Jak puszcza w sensie… nie, że niby – nie ważne. I podobało mi się strzyżenie tekstów – tu już lepiej nie myśleć, co zostałoby z moich… Co jeszcze? Momenty przydługie się trafiały, ale może po prostu nie w moim guście. Zgrzytnęło mi też: – "zapytał, spod sufitu, Brajt niziołka" – czemu nie: brajt zapytał spod sufitu zielonego niziołka – czy jakoś tak, żeby no… nie zgrzytało; – "– Srysarz. Nie potrzebuję rad jak mają wyglądać moje teksty, sam jestem pisarzem. Rozepnij sobie, skoro ci tak przeszkadza! – wypalił. Szybko pożałował"  (tam nie wiadomo kto wypalił, to znaczy wiadomo, ale nie jest… dobrze, bo powinno paść kto); – "Panie w sklepie poinformował" – dałabym: poinformował panie w sklepie; – w zapisie dialogu "pomyślał" chyba powinno być z dużej? Dobrze było! Pozdrawiam agata    

Dziękuję za wskazanie zgrzytów i cieszę się, że przypadł Ci do gustu pomysł ożywienia tekstów.   Co do wielkiej litery, staram się w takich przypadkach redukować w głowie myślnik i sprawdzać, czy zastąpiłby go przecinek, czy kropka. Nie wiem czy to słuszna metoda, ale mam wrażenie, że dosyć logiczna.

Napisałbym raczej

Blablablablabla, pomyślał.

niż

Blablablablabla. Pomyślał.

Stąd mała litera. 

 

 

Pozdrawiam 

Wiem… Powiem Ci na ucho, że całe życie pisałam w takich wypadkach z małej litery, dopóki nie trafiłam tutaj…;-) Również pozdrawiam!

z małej litery

Małą literą, zrysyfikowana Ty! :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

*zrusyfikowana.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Hej, przecież ja to powiedziałam na ucho! Ach ta Loża…;-)

A mnie się bardzo podobało, zwłaszcza pocinanie w durnia piątkowego :D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O! Kiedy dodawałem to na nową stronę, nie sądziłem, że ktoś się jeszcze dokopie. A tu nie dość, że się trafił czytelnik, to jeszcze usatysfakcjonowany. Cieszę się, że się spodobało!

Całkiem całkiem, chociaż osobiście lubię "mocniejsze" rzeczy. Ale to kwestia "biustu". Tzn. gustu ;-)

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Niezwykle sympatyczne i ciekawe opowiadanie. No i masz u mnie osobisty, zalatujący prywatą, plus za zieloną chmurę i offtop o dyptyku;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Ha! Bardzo mi miło. Zwłaszcza, że obawiałem się, że zgłoszenie tego tekstu do biblioteki może być przesadną śmiałością;).

Robicie w zaledwie kilka osób ogromną robotę, z przygotowaniem tego działu!

Naprawdę miło przypomnieć sobie lub poznać stare, dobre teksty. No i jakoś mobilizuje mnie to do komentowania, bo często z lenistwa, nie potrafiąc wysilić się na coś bardziej wnoszącego niż : "podobało mi się", tego nie robiłam (choć, jak to prawdziwa hipokrytka, pod własnymi tekstami wyczekuję głaskania niczym emeryt sanatorium;))

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nowa Fantastyka