- Opowiadanie: vyzart - Burzyciel narodów

Burzyciel narodów

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Burzyciel narodów

 

Siedział przy stoliku, przeglądając gazetę. Wokół unosił się delikatny aromat róż i starego drewna. Minęła dłuższa chwila, zanim starsza kobieta postawiła przed nim filiżankę herbaty. Choć lokal rozrósł się, a interes kwitł, tego mężczyznę właścicielka zawsze obsługiwała osobiście. Jak za dawnych lat.

Napar pachniał jabłkami i cytryną, przypominał dom, odświeżał wspomnienia. Dlatego Krzysztof westchnął zniesmaczony, gdy w zapachu, do którego przywykł, wyczuł coś jeszcze.

– Pani Heleno, ta herbata jest zatruta.

Twarz kobiet stężała momentalnie. Zmarszczki w kącikach oczu oraz ust zazwyczaj dodawały jej uroku, lecz teraz wykrzywiły tylko twarz w brzydką, upiorną maskę.

– Nie wiem, o czym pan mówi. – Właścicielka starała się nadać słowom pogodne brzmienie, ale widać było, że cała drżała

– Rozumiem, że nagroda za moją głowę stukrotnie przekracza wartość pani kawiarni, ale to chyba jeszcze nie powód, by tak traktować stałego klienta, prawda?

Patrzył, jak kobieta wsuwa rękę do kieszeni. Powoli, jakby miała przed sobą drapieżnego węża. Krzysztof wiedział, co za chwilę się stanie. Wyczuwał ich, żołnierzy otaczających budynek. Cuchnęli strachem, chciwością i poczuciem obowiązku. Czekali na jeden moment słabości, by nafaszerować go ołowiem, choć było ich raptem czterdziestu. Nie doceniali go, a on bardzo nie lubił być niedoceniany.

Po raz ostatni spojrzał na staruszkę, którą znał od dziecka, a jego oczy zapłonęły.

 

***

 

– Zabił ją pan? – zapytał dziennikarz, odrywając się na chwilę od swoich notatek.

– Oczywiście, że nie – odparł Krzysztof. – Największy złoczyńca wszechczasów pozbawia życia właścicielkę kawiarni? Wie pan, jakby to wyglądało w prasie? No właśnie, muszę dbać przecież o wizerunek.

– A żołnierze?

Mężczyzna zbył pytanie niedbałym machnięciem dłonią.

– Była ich tylko garstka, więc po prostu ulotniłem się, zanim weszli do środka. W mojej branży nie można bezmyślnie czynić zła. Liczy się skala.

– Rozumiem.

– Szczerze powiedziawszy, jestem pewien, że nie pojął pan nawet ułamka tego, co powiedziałem. A mimo to nie wydaje się pan zaskoczony ani poruszony. Jakim cudem, jeśli wolno spytać?

– Cóż. – Dziennikarz zabębnił palcami w blat stolika, ważąc przez moment słowa. – Z kolei w mojej branży ważne jest, by okazywać rozmówcy umiarkowany brak zainteresowania. Wtedy czuje on podświadomą potrzebę wywarcia na mnie wrażenia, opowiadając swe najciekawsze sekrety.

Krzysztof przymrużył powieki i oparł podbródek na splecionych dłoniach. Przez chwilę bacznie przyglądał się siedzącemu naprzeciwko mężczyźnie, lecz w jego oczach nie dostrzegł śladu strachu czy napięcia, jedynie lekkie znudzenie.

– Cholera – powiedział wreszcie – to chyba rzeczywiście działa.

– Cieszę się. Zatem jaką historię mi pan opowie?

 

***

 

Jego włosy falowały pod wpływem siły bezwładności, jakby płynął przez ocean. Ciało opinał idealnie skrojony garnitur. Stworzenie materiału, który zniósłby zarówno przejście przez atmosferę, jak i wieczne kosmiczne zimno, zajęło Krzysztofowi prawie tyle czasu, co nauka syntezowania energii wprost z promieni słonecznych. Nie żałował. Dla złoczyńców wielkiego formatu forma była ważniejsza niż dla artystów.

Ziemia, która jeszcze przez chwilą była tylko kropką na tle rozgwieżdżonej czerni, urosła do rozmiarów stadionu. Teraz musiał dobrze wybrać cel, szkoda byłoby zmarnować okazję, skoro udało mu się znaleźć wręcz idealną asteroidę. Wahał się między Waszyngtonem, a Londynem, lecz w końcu wybrał drugą opcję. Jeśli wprowadzi ten wielki kawał skały w atmosferę pod odpowiednim kątem może nawet uda mu się zatopić całą Wielką Brytanię. To by było coś.

Przymknął powieki, siłą woli korygując kurs, żeby uniknąć wejścia w pole grawitacyjne pobliskiej planetoidy. Nie mógł pozwolić, by jakiś przerośnięty kosmiczny głaz zniweczył jego plan.

Przez otaczający Ziemię śmietnik przedarła się rakieta, a za nią dziesiątki pocisków. Sunęły bezgłośnie przez przestrzeń, małe i niegroźne, jak komary próbujące użądlić górę. Krzysztof wyciągnął przed siebie rękę, czekając aż dostatecznie się zbliżą. Wreszcie zacisnął palce w pięść i patrzył, jak rozbłyski eksplozji ogarniają pędzące ku niemu igły jedna po drugiej. Wtedy z kłębu czerwieniejącego dymu wyłoniła się rakieta. Jej przedni moduł odłączył się od korpusu, gwałtownie przyśpieszając. Niestrudzenie pędził na spotkanie z rozpędzoną asteroidą. Krzysztof zniszczył go tuż przed kolizją, pozwalając by kilka sylwetek wystrzeliło z pojazdu, nim pochłonął go żar.

Bohaterowie. Emanowali siłą i poczuciem sprawiedliwości, choć w swych kolorowych strojach bardziej przypominali ikony popkultury, niż nadzieję na lepsze jutro. Zupełnie niepomni tego, że pstrokate maski i dziwaczne przezwiska już dawno wyszły z mody. Brakowało tylko, żeby któryś z nich wystąpił w reklamie butów. Złoczyńca zaśmiałby im się w twarz, gdyby nie byli w próżni.

Zaatakowali go jednocześnie, lecz żaden cios nie dosięgnął celu. Krzysztof bez trudu przedarł się przez ich mentalne bariery, wniknął do umysłów. Zgłębił myśli i poznał plan, który miał przynieść im zwycięstwo. Chcieli związać go walką, by dać czas jednemu z telepatów na wybicie asteroidy z niszczycielskiego kursu.

Krzysztof nie zamierzał niweczyć nieszczęsnego przedsięwzięcia. Unikał wyładowań mocy, a ciosy nadludzko silnych pięści zbywał niechlujnymi odmachnięciami, czasem tylko nacierał od niechcenia na któregoś z bohaterów. Tańczył, bawiąc się setnie. Nienagannie ubrany złoczyńca pośród pstrokatych obdartusów, którzy słaniali się na nogach, nim Krzysztof zdążył się porządnie rozgrzać.

Z pomysłu unicestwienia Wielkiej Brytanii zrezygnował już właściwie dobrą chwilę temu. Postanowił jednak zadbać, by asteroida minęła Ziemię o ledwie kilkadziesiąt kilometrów, tak by ludzie mogli przeżyć prawdziwą chwilę grozy. W jego branży budowanie dramatyzmu było prawie tak ważne jak wyczucie stylu.

Kiedy wyczuł, że kosmiczny głaz pod jego stopami wreszcie się odchyla, wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu i natarł na umysły wszystkich herosów.

– Jeszcze się spotkamy, nędzne pokraki! – rozdarł ich myśli złowieszczym krzykiem, by zadośćuczynić konwencji.

 

***

 

– Innymi słowy nauczył się pan życia w próżni, siłą woli zmusił asteroidę do zmiany kursu, pokonał grupę najznamienitszych ziemskich herosów, a na końcu zrezygnował z całego przedsięwzięcia?

– Tak. W dużym skrócie.

– Cóż, telewizja przedstawiła tę historię nieco inaczej.

Krzysztof wzruszył ramionami i rozłożył ręce.

– Pan chyba najlepiej ze wszystkich powinien wiedzieć, że media nie należą ostatnio do najrzetelniejszych źródeł informacji.

Dziennikarz przestał notować i zamyślił się na chwilę. Zupełnie jakby kwestia manipulacji środków masowego przekazu zastanawiała go bardziej niż sensowność lotu kosmicznego w garniturze.

– Rzeczywiście. – Mężczyzna stuknął kilkukrotnie długopisem w zeszyt, po czym zerknął ukradkiem na rozmówcę. – Tylko właściwie dlaczego pan odpuścił? To jak wchodzić tygodniami na zdradziecką górę i zawrócić tuż przed dotarciem na szczyt. Mógł pan zostać prawdziwym burzycielem narodów.

Złoczyńca podrapał się w podbródek i zmrużył oczy.

– Burzyciel narodów… – powtórzył, obracając słowa na języku. – To bardzo dobre określenie. Czy miałby pan coś przeciwko, gdybym zaczął go używać, jeśli wróci kiedyś moda na pstrokate maski i wymyślne przezwiska?

– Proszę się nie krępować. – Dziennikarz skłonił delikatnie głowę. – Cała przyjemność po mojej stronie.

– A jeśli chodzi o pańskie pytanie – ciągnął Krzysztof – cóż… Żeby na nie odpowiedzieć, musiałbym zdradzić, od czego to wszystko się zaczęło.

– Nieszczęśliwy wypadek? – zaryzykował żurnalista. – Nieudany eksperyment?

– Urząd skarbowy.

 

***

 

Przyszli o świcie. Trzech czarnych w pełnym rynsztunku. Zanim się obejrzał, stał przyciśnięty do ściany w samych bokserkach z lufami karabinów wycelowanymi prosto w pierś. Za policjantami wszedł prokurator. Młody wysportowany mężczyzna o ostrych rysach. Sprawiał wrażenie ambitnego karierowicza, a czas miał pokazać, że pierwsze wrażenia rzadko bywają mylące. Oglądał mieszkanie, jakby spodziewał się, że z szafy w przedpokoju za moment wypadną tygodniowe zwłoki. Samego Krzysztofa zmierzył uważnym spojrzeniem. Ocenił, kalkulując w myślach jego wartość, jak łowną zwierzynę podczas polowania.

Potem machnął opieczętowanym dokumentem i wygłosił litanię zarzutów, stojąc w bezpiecznej odległości za plecami funkcjonariuszy. Jeszcze przed godziną Krzysztof był uczciwym przedsiębiorcą, a teraz zrobiono z niego przestępcę i oszusta, którego należało profilaktycznie aresztować.

Wtedy wśród gąszczu przytaczanych paragrafów pojawiło się słowo klucz.

Urząd skarbowy.

Przed oczami mężczyzny stanął obraz niedawno odbytej rozmowy z nalanym naczelnikiem, który w przedziwny sposób przypominał skrzyżowanie wieprza z ziemniakiem.

– Widzę, że interes się kręci – stwierdził wtedy urzędnik, demonstracyjnie pukając wierzchem dłoni w plik trzymanych dokumentów. – Dobrze się panu powodzi, zarobki są duże. Może wypadałoby się trochę podzielić dobrobytem, dla obopólnych korzyści, hm?

– Już wystarczająco dzielę się dobrobytem. Płacąc wszystkie podatki, które na mnie narzucacie – odparł Krzysztof bez wahania, niepomny tego, jak wielki wpływ miała mieć ta rozmowa na jego dalsze losy. – W terminie i bez słowa sprzeciwu, panie naczelniku. Proszę o tym nie zapominać.

– Właściwie to ja nawet pana lubię – zapewnił oficjel z uśmiechem, choć jego spojrzenie pozostało lodowate – ale każdy ma coś na sumieniu. Niechby, nie daj Boże, kontrola trochę głębiej weszła w papiery i nieszczęście gotowe. A tego byśmy nie chcieli, hm?

– Sprawdzajcie, co wam się żywnie podoba. – Przedsiębiorca poczuł, że jego palce mimowolnie zacisnęły się w pięści. – Rozliczenia mojej firmy są tak czyste, że mógłbym nimi rany odkażać. Nie mam sobie nic do zarzucenia.

– Myli się pan. – W głosie naczelnika pobrzmiewała absolutna pewność. Jakby już teraz wiedział, co wykaże kontrola. – Tylko jeszcze nie zdaje pan sobie z tego sprawy.

Lecz nawet teraz, gdy spoglądała na niego czerń luf policyjnych karabinów, a jeden z funkcjonariuszy zakuwał go w kajdanki, biznesmen był pewien, że nie zawinił. Spotkał już kilku oszustów, poznał wiele sposobów przywłaszczania państwowych pieniędzy, ale nigdy z żadnego nie skorzystał. Nie przeszło mu to nawet przez myśl. Nie urodził się jednak wczoraj, znał podobne przypadki. Zacznie się od kilku dni aresztu, potem dojdą trzy miesiące, a w międzyczasie firma zupełnie się rozpadnie. Nawet jeśli go uniewinnią, nie będzie miał do czego wracać.

Tylko dlatego, że nie zgodził się wręczyć łapówki.

Wszystko to wydało mu się nagle strasznie niesprawiedliwe. Urzędnik, który wyciągnie ile tylko będzie mógł z rozpadającego się przedsiębiorstwa. Prokurator, który z cynicznym uśmiechem na ustach awansuje dzięki nieszczęściu Krzysztofa. I obojętność w oczach policjantów, dla których był tylko kolejnym podejrzanym do ujęcia, jeszcze jednym raportem do napisania.

Właśnie wtedy coś w nim pękło. Zamknął oczy, a kiedy otworzył je ponownie, uderzał już najbliższego funkcjonariusza w splot słoneczny i gładko wyciągał pistolet z kabury. Nim biznesmen zdołał pojąć, co właściwie zrobił, zasłaniał się już zdezorientowanym policjantem, przyciskając mu do skroni jego własną broń. Te wszystkie kursy samoobrony i dziesiątki godzin na strzelnicy najwyraźniej nie poszły na marne.

Tylko co teraz, pomyślał Krzysztof, czując, że czas delikatnie spowolnił po nagłym zastrzyku adrenaliny. Dopiero w tej chwili, gdy nastał moment krótkiego impasu, mógł przyjrzeć się pozostałym policjantom. Choć ze szpar w kominiarkach wystawały tylko oczy, przedsiębiorca wiedział, że nie ma do czynienia z doświadczonymi wyjadaczami, tylko młokosami tuż po szkoleniu. W przeciwnym razie już by go mieli.

W przeciwnym razie nie widziałby w ich oczach strachu.

Tak, ci rośli, odziani w czerń mężczyźni, z solidnymi karabinami w dłoniach po prostu się go bali. Szczupłego cywila w samych bokserkach. Krzysztof uśmiechnął się mimowolnie, gdy tylko zdał sobie z tego sprawę.

I nagle poczuł się niezwyciężony.

 

***

 

– I to wszystko? – zapytał dziennikarz okazując zdumienie o wiele większe niż by chciał. – Cały sekret tkwi w ludzkim strachu?

– W pewnym sensie – odparł Krzysztof wyraźnie zadowolony z reakcji rozmówcy. – Chodzi bardziej o siłę emocji. Im bardziej ludzie wierzą, że jestem niezniszczalny, tym bardziej taki się staje. Rozumie pan.

– Cóż, takie postawienie sprawy trochę burzy światopogląd, do którego zdążyłem przywyknąć. Ale jeśli chodzi tylko o moc emocji, dlaczego akurat strach, a nie miłość lub, powiedzmy, chęć zjedzenia frytek?

Złoczyńca skrzywił się, jakby zniesmaczony, że musiał tłumaczyć komuś kwestię tak oczywistą.

– Wie pan, na dobrą sprawę mógłbym zacząć czynić cuda i przekonać wszystkich, że jestem mesjaszem, ale chyba nie muszę przypominać, jak skończył gość, który poprzednio próbował tego dokonać, prawda? Z lękiem jest po prostu łatwiej. Ludzie boją się o wiele częściej niż kochają, proszę mi wierzyć.

– Dlaczego zatem nie wpakował pan tej asteroidy w Wielką Brytanię? Przypuszczam, że zrównanie z ziemią całego państwa wywołałoby sporą panikę, choć oczywiście mogę się mylić.

– Ma pan rację. – Krzysztof machnął ręką, dając do zrozumienia, że sam wielokrotnie rozważał ten scenariusz. – Tylko że w mojej branży liczy się skala i wyczucie. Gdybym rozpieprzył całą wyspę, niszcząc przy tym najznamienitszych bohaterów, ludzi dopadłaby beznadzieja. Zamiast strachu popadliby w kompletną apatię, a tego muszę unikać za wszelką cenę.

Dziennikarz zamilkł na chwilę, podkreślając kilkukrotnie ostatnią partię swoich notatek.

– I nie boi się pan, że zdradzę komuś ten sekret? Że powiem wszystkim, jak pozbawić pana mocy?

Złoczyńca w odpowiedzi wybuchnął tylko gromkim śmiechem.

– Widział pan kiedyś kogoś cierpiącego na arachnofobię, kto przestał bać się pająków dlatego, że ktoś powiedział mu, żeby to zrobił?

– Cóż…

– No właśnie. Jeśli jakiś problem ma proste rozwiązanie, większość populacji uzna je za błędne. Takie jest życie.

– No dobrze. – Dziennikarz westchnął i postanowił nie drążyć tematu. – Czy mogę zadać jeszcze jedno pytanie?

– Proszę bardzo.

– Dlaczego zgodził się pan na wywiad?

Odpowiedziało mu milczenie. Krzysztof nagle spoważniał, ważąc słowa przez kilka nieznośnie długich sekund.

– Szczerze powiedziawszy miałem nadzieję, że mnie pan zainspiruje.

– Nie bardzo rozumiem.

– Bycie złoczyńcą to ciężki kawałek chleba – kontynuował niepewnie. – Karmię się strachem, ale ludzie cholernie szybko się adaptują. To, co jednego dnia wywoływało powszechną panikę, drugiego jest już chlebem powszednim. Coraz trudniej idzie mi wymyślanie nowych planów na szerzenie zła. Wie pan, wyobraźnia złoczyńcy też ma swoje granice.

– Właściwie to miałbym chyba jakiś pomysł.

– Doprawdy? – Iskra zaciekawienia błysnęła w oczach mężczyzny.

– Niech pan da się złapać. – Dziennikarz powtrzymał ruchem dłoni ripostę, która cisnęła się na usta rozmówcy. – Proszę dać mi dokończyć. Zakładam po prostu, że jeśli wpadnie pan w ręce władz, osadzą pana w jakiejś ściśle tajnej, doskonale chronionej, niezniszczalnej placówce, w której najnowsze technologie będą powstrzymywać pana przed wydostaniem się na zewnątrz. Jest pan w końcu największym ze złoczyńców. Proszę zatem pomyśleć, jak wielkie poruszenie udałoby się wywołać, gdyby po zastosowaniu tych wszystkich zabezpieczeń, wydostał się pan na wolność. Jestem pewien, że ludzie spojrzeliby na pana w zupełnie nowym świetle, a i nie trzeba by było niszczyć żadnych krajów przy okazji.

Krzysztof wstał z krzesła i zaczął krążyć po pokoju. Myślał intensywnie, analizując różne scenariusze, układając plany. Wreszcie jego spojrzenie rozjarzyło się w sposób zwiastujący narodziny kolejnej złowrogiej idei. Pół oddechu później złoczyńca był już przy drzwiach.

– To naprawdę cholernie dobry pomysł. – Nim nadusił klamkę jeszcze raz spojrzał na dziennikarza. – Genialny w swojej prostocie. Ba, podejrzewam, że jakiś durnowaty bohater spróbuje mnie pojmać nim dojdę do hotelu. Tylko jak ja się panu odwdzięczę?

Żurnalista wzruszył ramionami.

– Proszę się tym nie kłopotać – odparł, nie przerywając porządkowania notatek z wywiadu. – Rząd wystarczająco mi to wynagrodzi.

 

Koniec

Komentarze

"Nienagannie ubrany złoczyńca pośród pstrokatych obdartusów, którzy słaniali się na nogach(…)" – Zgrzytnęło, bo truchno słaniać się na nogach, będąc w próżni …   Zaskoczona jestem. Jeszcze nie wiem, czy kupiłam tę historię czy nie. Przemyśleć muszę. 

ale widać było, że cała drżała – zabrakło kropki i zminiłabym na "cała drży", bo tak to śie niepotrzebnie rymuje 

ę pod odpowiednim kątem może nawet uda mu się zatopi – przed może przecinek

 tuż przed kolizją, pozwalając by kilka sylwetek – nie jestem pewna, ale chyba przed by przecinek

niechlujnymi odmachnięciami – to mi się nie podoba

Z pomysły unicestwienia

Choć ze szpar w kominiarkach wystawały tylko oczy – przeczytaj sobie to zdanie!

 że ludzie spojrzeliby na pana w zupełnie nowym świetle – raczej ujrzeliby

Nim nadusił klamkę jeszcze raz spojrzał na dziennikarza – przecienk przed jeszcze

Mam podobnie jak Prokris – nie mogę się zdecydować, czy mi się podoba, czy wręcz przeciewnie. Tekst jest oczywiście sprawnie napisany, pomysł tez jakby nie najgorszy, ale jakoś tak nie porywa do końca. Czyta się ciekawie.Zadaje się, że problem polega na tym, że cały tekst mówi o tym, co się kiedyś tam wydarzyło i co się wydarzy kiedyś w przyszłości,  a zabrakło tegoco powinno byc w środku. Jest jak rurka z kremem, w której zabrakło kremu.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przykro mi to pisać, ale tekst mi się nie spodobał. Próżnia, garnitur, asteroida, moc, telepatia. To nie jest nawet science fantazy. Nie zrozumiałem do końca przesłania, które autor chciał przekazać. Brak emocji przy czytaniu, a przesłanie filozoficzne dość miałkie. Jedyną prawdą zamieszczoną w tekście jest prawda o strachu, jako dominującym uczuciu u ludzi. Rzeczywiście, strach jest uczuciem dominującym u człowieka. Dopiero na drugim miejscu jest ciekawość. Niemniej ta prawda zawarta w tekście nie uratowała tego, dobrze technicznie napisanego opowiadania.Pozdrawiam.

Plusem opowiadania jest obserwacja społeczna dotycząca urzędów skarbowych i korupcji. Przypominam sobie słynną sprawę biznesmena, którego urząd skarbowy bezpodstawnie prześladował i w końcu zniszczył.

Ciekawy pomysł na powstanie superantybohatera. Fajne refleksje o emocjach i o trudnościach z wykombinowaniem nowego wybryku. Zasadniczo mi się spodobało, ale mogło być lepiej. Co ma telepata do ruchu asteroidy? Myśląca była czy chodziło o telekinetyka?

Babska logika rządzi!

Mam podobne odczucia do przedmówców. Bardzo przyjemny styl, czyta się lekko, sprawnie, z przyjemnością, parę ciekawych refleksji, jednak czegoś zabrakło. Czegoś, co przykułoby czytelnika do końca. Niemniej jednak – fajne! :)

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Z przykrością stwierdzam, że w chwili kończenia lektury poczułem się zawiedziony. Ponieważ główne przyczyny podane zostały przez przedpiśczynie i przedpiścę, nie będę mnożył bytów.  

Dobre! Pan Krzysztof, jako zblazowany złoczyńca nowej generacji, całkowicie przypadł mi do gustu. Historia ciekawa; gładko sunąłem pomiedzy kolejnymi akaptami, nie przeskakując nad żadnym z nich. Klimat opowiadania przypomniał mi "Dreszcza", którego kiedyś tam czytałem.

Nie podobają mi się dwie rzeczy: Po pierwsze przydomek bohatera – ten słabo do mnie przemawia. Po drugie – nie ma żadnego elementu zaskoczenia. Całą resztę opowiadania kupuję.

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję wszystkim za komentarze. Widzę, że zdania są podzielone, choć cieszy mnie, że znaleźli się i tacy, którym tekst się spodobał. Co ciekawe, w przypadku tego tekstu dość łatwo udało mi się osiągnąć to, co przy moich poprzednich tekstach było bardzo trudne, a mianowicie dystans emocjonalny. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie mi równie łątwo patrzeć z dystansem na własne teksty.

Przeczytałem. W sumie fajny tekst. Główny złoczyńca, moce, superbohaterowie – trochę jak ze starych komiksów.

I po co to było?

Akurat czytam teraz powieść S.F. gdzie żywa istota podróżuje w przestrzeni kosmicznej bez skafandra, jedynie otoczona polem siłowym. A więc można i tak. Pozdrawiam.

Intrygująco, choć zbyt enigmatycznie. Coś przebija spod tekstu, ale nie na zasadzie idei uchwytnej w locie i mam silne wrażenie, że to też nie jest szum. Intuicyjnie wyłapane alegoryczne kawałki układanki nie pozostają wobec siebie w stosunku na tyle uporządkowanym, żeby wyłaniał mi się z tego spójny kształt. Dostrzegam taki schemat przenośni: Jest relacja Rządzący---Rządzeni, pierwsi wywołują Strach w drugich, aż powstaje nowy twór (bohater o nieokreślonym statusie onto– (Im bardziej ludzie wierzą, że jestem niezniszczalny, tym bardziej taki się staje)), który Strachem się żywi i Strach zwraca przeciw Rządzącym (Tak, ci rośli, odziani w czerń mężczyźni, z solidnymi karabinami w dłoniach po prostu się go bali. Szczupłego cywila w samych bokserkach). Niejasne są motywy bohatera (Zamiast strachu popadliby w kompletną apatię, a tego muszę unikać za wszelką cenę), tytuł wydaje się wiele o nich mówić (Burzyciel narodów – wieloznaczność "burzyć"). Z niego można by wyprowadzić paraboliczny sens całości. Ale czym byłby wtedy dziennikarz, przedstawiciel mediów, których wiarygodność jest podważana? Lustrem? (Zwłaszcza, że sam bohater wiarygodnością nie grzeszy). Jeśli dobrze odebrałem implycytne sygnały o psychoterapii, ciekawie by to się komponowało z panoramą zmian (kulturowych?), dostrzegalną w wypowiedziach bohatera. Po przeniesieniu sensów na drugą stronę lustra tekst próbowałby być czymś zupełnie innym. Opowieścią o współczesnej narracji? Czymś tam? Chyba jednak za mało materiału, żeby cokolwiek rozkminić.

Juliusie, abstrahując już od tego, o czym tak właściwie jest ten tekst, próba jego tak dogłębnej interpretacji z twojej strony zwyczajnie mi schlebia.

No cóż, dołączam do grupy czytelników, którym Burzyciel narodów raczej nie przypadł do gustu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka