- Opowiadanie: Myszogon - Pomocy i wódki nigdy nie odmawiam

Pomocy i wódki nigdy nie odmawiam

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Pomocy i wódki nigdy nie odmawiam

 

 

 

 

Pomocy i wódki nigdy nie odmawiam.

Andrzej Warzydło powtarzał to zdanie często i przez całe, prawie sześćdziesięcioletnie życie, stosował się do niego z podziwu godnym oddaniem. W małych, zapomnianych przez świat wsiach nigdy nie brakowało zarówno ludzi w potrzebie, jak i mocnych trunków. Sąsiedzi, chociaż uważali mężczyznę za ekscentryka – w końcu kto to widział, żeby mieszkać samemu z dala od ludzi, na dodatek w środku lasu – cenili go i lubili, ponieważ tak jak często głosił, nikomu nie odmawiał pomocnej dłoni. Nieraz, w ciężkie mrozy, rąbał drewno starszym kobietom, naprawiał drzwi i sprzęty domowe, raz czy dwa asystował nawet przy odbieraniu porodu cielaków i owiec, gdy akurat nie dało się sprowadzić weterynarza. W zamian natomiast mieszkańcy wioski z typową, polską wylewnością, radośnie wpędzili go w głęboki alkoholizm.

Pan Andrzej wraz z wiekiem dziwaczał coraz bardziej. Już nie ze wszystkim można było się doń zwrócić, ale ludzie mając w pamięci jego dobre uczynki dbali o względny dobrobyt sąsiada – a przede wszystkim, dzielnie utrzymywali w nim permanentny stan nietrzeźwości. Co jakiś czas matki wyprawiały swoje pociechy w las ze słowami „Zanieś tam panu Jędrkowi trochę tej szynki, co to została, i podrzuć no mu tę flaszkę.”

A pan Andrzej przyjmował podarki, dziękował, pił, stękał od bólu wątroby i coraz rzadziej wychodził do ludzi, coraz częściej natomiast gadał do siebie i do zwidów, które zaczęły się pojawiać od czasu do czasu.

*

Tego dnia czuł się lepiej niż zwykle. Obudził się koło południa w wymiętej, poplamionej pościeli pachnącej starym potem i przetrawionym alkoholem. Promienie słońca raziły w oczy, wypędzając resztki snu.

Ochlapał twarz w zimnej wodzie, nie pozbył się jednak otulającej umysłu, lepkiej mgiełki otumanienia. Ta po chwili zagęściła się jeszcze bardziej – kilka solidnych łyków z napoczętej ostatniego wieczora butelki pomogła zbudować miękki, przyjemny kokon odgradzający myśli od ponurej rzeczywistości. Zjadł czerstwą bułkę, zagryzając ją wędzonym serem – wszystko to kilka dni temu przyniosła córka Frankowiaków. Przez chwilę siedział przygarbiony nad stołem, nieprzytomne spojrzenie wlepiając w leżące na zszarzałym obrusie okruszki. Zdawały się poruszać, spacerując w kółko jak maleńkie mrówki, czasem układając się w dziwne kształty, czasem tylko podrygując niezdecydowanie. W nagłym odruchu złości pan Andrzej walnął dłonią w blat, wyburczał coś w stylu „nie będziesz mi tu łaził…”, po czym wstał przewracając przy okazji krzesło.

Po śniadaniu dobrze było się napić, co też bezzwłocznie uczynił. Następnie postanowił spróbować naprawić toster, który razem z podarkami przyniosła młoda Frankowiakówna. Wprawdzie mężczyzna lata świetności miał już za sobą, ale wciąż potrafił to i owo. Naprawa trwała dłużej niż zwykle, bo dłonie mu drżały i co jakiś czas musiał przerywać, żeby coś niecoś chlapnąć, ale w końcu dopiął celu. Gdy ukontentowany efektem pracy zerknął w okno, z lekkim zdziwieniem zauważył, że nadchodził już zmierzch.

Sprzątając narzędzia doszedł do wniosku, że chętnie zjadłby dzisiaj kolację na tarasie. Z szafki wygrzebał ostatni, zapomniany kawałek chleba, w lodówce niestety napotkał jedynie smętnego, zasuszonego pomidora, pusty karton mleka i czapkę, która nie wiedzieć skąd się tam wzięła. W przebłysku trzeźwości stwierdził, że jutro przydałoby się przejść do miasta na zakupy i trochę uzupełnić zapasy. Póki co chwycił pomidora, chleb i resztki sera i umieściwszy wszystko na obitym talerzu wyszedł przed dom.

Świeże powietrze uderzyło pana Andrzeja niczym młot. W dusznym domku wypełnionym kwaśnym odorem potu i stęchlizny niemal zapomniał, jak się oddycha. Sierpniowy wieczór był przyjemnie chłodny, ziemia wciąż jeszcze nagrzana, lecz kojona orzeźwiającym wiatrem wydzielała przyjemny, senny zapach. Lekkie podmuchy niosły aromat żywicy i leśnych ziół. Gałęzie sosen poruszały się ospale, rzucając na sękate tarasowe deski cienie długie i chude, niczym pajęcze nogi. Zza linii drzew na zachodzie wykwitały różowe i pomarańczowe smugi przyozdabiając ciemnobłękitne niebo niedbałymi muśnięciami ciepła. Ciszę zakłócał tylko spokojny szum i postękiwanie starego drewna.

Pan Andrzej odetchnął i ostrożnie ustawił posiłek na rozchybotanym stole. Zjadł szybko, chociaż przeżuwanie okazało się niełatwe i kawałki czerstwego pieczywa co i rusz stawały mu w gardle. Stwierdzając, że chętnie posiedziałby tu jeszcze trochę, wszedł do środka aby zaraz wrócić, dzierżąc w roztrzęsionej dłoni szklaneczkę wódki. Jednak to, co został na swoim tarasie sprawiło, że niemal wypuścił ją z ręki. Wprawdzie ostatnio widywał dziwaczne rzeczy, ale nigdy nie widział czegoś podobnego. Na stopniach, tuż przed jego nosem, stał dość niski stwór, uśmiechając się przyjaźnie. Miał kosmate, koźle nóżki i ostre raciczki, lecz tors i głowę mężczyzny, z tą tylko różnicą, że spomiędzy ciemnych kędziorków wystawały niewielkie rogi. U jego pasa kołysała się sporych rozmiarów sakiewka.

– Co ty jesteś? – zapytał pan Andrzej zdziwiony.

– Diabeł – wyjaśnił stwór uprzejmie. – A ty?

– Jędrek – odparł mężczyzna otumaniony i opadł ciężko na ławę, która w odpowiedzi na to, zaskrzypiała złowrogo.

– Miło mi. Nazywam się Treffenwafermoren, do usług. – Rogacz dygnął zgrabnie na koźlich nóżkach i bez pytania przysiadł na wolnym stołku.

– Treffen… Traffenw… – po kilku nieudanych próbach powtórzenia imienia przybysza, pan Andrzej ostatecznie zdecydował się na krótkie: – Aha.

– Ładny mamy wieczór – zauważył Diabeł po chwili niezręcznego milczenia

– Ładny – potwierdził mężczyzna, zainteresowany koźlonogim towarzyszem tak bardzo, że zapomniał nawet o szklance wódki. Usilnie starał się zogniskować spojrzenie na błyszczących wesoło, żółtych oczach stwora, które zdawały się dwoić, troić i wirować jak w kalejdoskopie. Znów kilka minut upłynęło w ciszy przerywanej tylko szumem drzew i skrzypieniem drewna. Pajęcze nóżki sosnowych cieni wpełzły głębiej na taras.

– Chciałbym, żebyś to wypił – powiedział w końcu Treffenwafermoren, przesuwając po stole wydobyty z sakiewki flakonik. Na słowo „wypić” pan Andrzej ożywił się wyraźnie, ujął naczynie drżącą ręką i przyjrzał mu się z ciekawością.

– To sprawi, że wytrzeźwiejesz.

Teraz mężczyzna zmarszczył brwi i łypnął na rozmówcę przekrwionym okiem, a na jego twarzy odmalował się wyraz niezrozumienia, jakby nie do końca pamiętał co ten wyraz znaczył, a przy tym źle mu się kojarzył. Diabeł westchnął ciężko.

– Po prostu wypij – zachęcił. – Poczujesz się lepiej, obiecuję.

– Takie rogate stwory to kłamią – stwierdził pan Andrzej z pijacką pewnością. – Oszusty są i do samych bezece… bezceń… do złych rzeczy nakłaniają.

– Trzeźwość nie jest „bezeceństwem” – zauważył przybysz złośliwie. – Po prostu… wypij to. Zaufaj mi, będzie ci lepiej.

– Ale…

Stwór ze zniecierpliwieniem zastukał raciczkami o deski i fuknął pod nosem. Wreszcie sam chwycił flakonik i przyłożył do ust upijając trochę napoju. Następnie rozłożył ramiona demonstrując, że nic mu się nie stało i wręczył naczynie towarzyszowi, który nieufnie powąchał zawartość, w końcu jednak poddając się ciekawości wypił do dna. Po wychyleniu zawartości buteleczki głośno zamlaskał i odłożył ją na stół z głośnym stukiem. Przez chwilę rozglądał się dookoła, lekko pocierając skronie i obserwując, jak z wolna wyostrzają się kontury. Ustąpił też jednostajny szum w głowie, do którego przywykł tak bardzo, że zdał sobie z niego sprawę dopiero, gdy zniknął. Jeszcze raz przyjrzał się Diabłu, tym razem dokładnie, i nagle, ni stąd ni zowąd, wybuchnął płaczem. Treffenwafermoren czekał cierpliwie aż pan Andrzej się uspokoi, domyślając się, że przejście w stan trzeźwości po tak długim upojeniu może wywołać piorunujący efekt. Przez długi czas szlochanie mieszało się z szumem lasu i cichym skrzypieniem desek, tworząc smętną melodię. Pajęcze cienie niepostrzeżenie wspięły się po tarasie aż pod drzwi domu. Kiedy Andrzej Warzydło skończył wreszcie pochlipywać, spojrzał na Diabła zaczerwienionymi oczyma.

– Wcale nie czuję się lepiej – oznajmił oskarżycielsko.

– Przykro mi – odparł stwór. – Ale muszę z tobą porozmawiać. Pijany nie zdałbyś się na wiele.

– O czym porozmawiać? – zainteresował się mężczyzna.

– O tobie.

– O mnie?

– Tak. – Koźlonogi skinął głową. – Słyszałem, że jesteś dobrym człowiekiem.

– Gdybym był dobry, to nie przychodziłby do mnie diabeł – zauważył. – Do dobrych ludzi przychodzą anioły.

– Są zajęte. – Machnął ręką Treffenwafermoren. – Zresztą, nie przyszedłem tu, aby cię osądzać. Tylko posłuchać. Podobno nigdy nie odmówiłeś nikomu pomocy?

– Pomocy i wódki nigdy nie odmawiam – potwierdził Pan Andrzej twardo.

– I jak widać nie wyszło ci to na zdrowie – mruknął diabeł złośliwie, zerkając na napełnioną do połowy szklaneczkę. Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Mnie tam było dobrze – odparł. – Lubię tu… tak siedzieć. – Nigdy nie był erudytą, więc i w tym przypadku nie bardzo wiedział jak się wyrazić. – Ot, mieszkam sobie, a jak komu co trzeba to zrobię, i tyle. Jak mnie kto poprosi to ja chętnie, bo czemu by nie. Dużo potrafię. I drzwi naprawić, i drzewo ściąć, o, a ostatnio nawet jak się Kubiakowej koza rozchorowała…

– Nigdy nie musiałeś robić tych wszystkich rzeczy, więc po co? – wtrącił się Diabeł.

– A mówiłem – Andrzej ponownie wzruszył przygarbionymi ramionami. – Bo potrafię, no to czemu by nie?

– Czyli jesteś dobrym człowiekiem.

– A tam, zaraz dobrym. – Machnął spracowaną dłonią. – Ot, poproszą to robię. Pomocy i…

– Prostolinijna, bezinteresowna, nieświadoma dobroć… – szepnął Diabeł w zamyśleniu, jakby do siebie. – To najlepszy rodzaj.

Mężczyzna patrzył na niego zdziwiony. Nie zauważył nawet, jak zmierzch przeszedł niepostrzeżenie w noc, a złote promienie zmieniły się w chłodny blask księżycowej łuny.

– Chciałbym żebyś ze mną gdzieś poszedł – oznajmił Treffenwafermoren łagodnie.

– Do Piekła? – przeraził się Jędrek i odruchowo sięgnął do piersi, gdzie jeszcze do niedawna nosił srebrny krzyżyk. Szybko jednak przypomniał sobie, że jakiś czas temu przehandlował go na wódkę.

– Do…? Och, nie – zaprzeczył Diabeł szybko. – Z tego co wiem, Piekło nie istnieje.

– Przecież jesteś diabłem – zauważył mężczyzna, jakby to wszystko tłumaczyło.

– Ano jestem. I siedzę tu, przed tobą, a nie w jakimś podziemiu pełnym narzędzi tortur i płomieni, prawda?

Pan Andrzej nie mógł zaprzeczyć pewnej logice zawartej w owym wywodzie.

– Zresztą – kontynuował rogacz – ustaliliśmy, że jesteś dobrym człowiekiem. Pomagałeś ludziom w potrzebie, a to się liczy. Nie jaki byłeś w samotności, ale co zrobiłeś dla innych. Chodź, chcę ci coś pokazać – powtórzył raz jeszcze.

Mężczyzna w końcu zgodził się. Wstał ociężale z ławki. Zastękało drewno i stare kości, stwór jednak nic sobie nie czyniąc z trudności towarzysza zeskoczył zgrabnie z tarasu i pognał między smukłe pnie sosen, które teraz zdawały się smoliście czarne. Pan Andrzej, znacznie wolniej i ostrożniej, ruszył w ślad za Diabłem, upajając się pięknem nocy.

Las tonął w srebrnej poświacie gwiazd, która jasnymi snopami przebijała się przez ażurowy strop jaki tworzyły korony drzew. Chłodne powietrze pachniało żywicą i wilgotną ziemią, i można było w nim wyczuć metaliczny posmak, niczym po burzy. Zdawało się naelektryzowane. Jędrek powiedziałby, że było naładowane magią, chociaż brzmiało to niedorzecznie. Cóż jednak mogło być bardziej niedorzeczne od rogatego potworka, gnającego przed nim na koźlich nóżkach między majestatycznie groźnymi, ciemnymi pniami?

Magia. Magia w powietrzu, pachnąca jak las przed deszczem, krystalizująca się koło ust, na opuszkach palców, na karku, w postaci drżących iskierek elektryczności.

Po pewnym czasie Treffenwafermoren zatrzymał się na jakiejś polance i spojrzał wyczekująco w kierunku gramolącego się za nim towarzysza. Ten, dotarłszy na miejsce skamieniał z wrażenia, z ustami tępo rozchylonymi w zachwycie.

Na polanie znajdowało się jezioro. Srebrzystoszara niczym rtęć powierzchnia marszczyła się lekko od podmuchów wiatru. W niektórych miejscach zdawała się zaledwie lekko wibrować, w innych falowała wdzięcznie jak w tańcu. W momencie gdy dotarli nad sam brzeg, woda wzburzyła się gwałtownie razem z ruchem istot, które wcześniej ich nie dostrzegły. Teraz wszystkie patrzyły wprost na nich.

Na pierwszy rzut oka przypominały niewiarygodnie piękne kobiety. Ich ciała, nagie i wilgotne, w nocnym świetle lśniły srebrzyście, natomiast splątane włosy miały smoliście czarną barwę, tak samo jak oczy. Właśnie te oczy, pozbawione białek i przerażająco puste, odróżniały je od ludzi. Pan Andrzej jednak prawie tego nie dostrzegł, zaaferowany innymi częściami ciał nieziemskich piękności. Być może uznałby te dziwne, głębokie plamy ciemności za niepokojące, podobnie jak drobne, lecz niewątpliwe ostre ząbki, ukazywane w uśmiechu przez dziewczęce wargi, gdyby tak bardzo nie pochłaniały go inne kształty. Zresztą i tak pewnie nie zdziwiłby się zbyt bardzo, w końcu spędził niemal cały wieczór w towarzystwie diabła, a powietrze było tak naelektryzowane, że niemal syczało, stawiając dęba wszystkie włosy na ciele.

Magia.

Mężczyzna patrzył, jak jedna z kobiet wyciąga w jego stronę bladą dłoń. Bez zastanowienia ruszył w kierunku istoty. Ta jako jedyna miała na sobie coś w rodzaju sukienki, lecz mokry, biały materiał przylegał do jej sylwetki niczym druga skóra.

Pan Andrzej ostrożnie zagłębiał się w wodzie. Była przyjemnie chłodna, lecz nie zimna. Po chwili sięgała mu trochę powyżej pasa, a on stał już naprzeciwko tej, która wcześniej przywołała go gestem dłoni. Nie zauważył, jak pozostałe istoty utworzyły wokół nich ciasny krąg. Całą uwagę poświęcił pięknemu zjawisku stojącemu tuż przed nim. Kobieta uśmiechnęła się lekko, przeczesała palcami rzednące włosy na jego skroni, dotknęła przygarbionych ramion i pomarszczonej twarzy. A on czuł, jakby z każdym muśnięciem chłodnych dłoni wracało doń życie. Miał wrażenie, że zamiast krwi w jego żyłach zaczęło krążyć czyste szczęście i nie miało to nic wspólnego z alkoholem. Radość ścisnęła mu serce. Gdy jednak spojrzał w dół przekonał się, że ściska je coś innego.

Stojąca przed nim istota wciąż się uśmiechała, tym razem na tyle szeroko, że dokładnie widział rządek ostrych jak szpikulce zębów, a jej ręka, szczupła i biała jak mleko, była zanurzona w jego klatce piersiowej. Wyciągnęła ją gwałtownie.

Diabeł uporczywie wpatrywał się w swoje raciczki. Chciał nawet zatkać uszy, aby nie słyszeć wrzasku, lecz wiedział, że nic to nie da. Widział i słyszał to już tyle razy, że nawet gdy odwracał wzrok i starał się zagłuszyć krzyki, ta scena i tak odgrywała się w jego głowie z bolesną dokładnością.

Widział jak Królowa wyszarpuje serce z piersi nieszczęśnika, jej białą skórę ostro kontrastującą z rubinową krwią, długie palce mocno zaciskające się na wciąż pulsującym organie, słyszał jej śmiech, ostry jak sztylet, mieszający się ze zwierzęcym wrzaskiem ofiary w fascynująco zgranym duecie. Wtedy niczym sfora padlinożerców do ataku ruszają pozostałe istoty i nagle nie ma w nich już nic pięknego. Tylko splątane włosy, ostre zęby, paznokcie czerwone od posoki i oczy czarne jak smoła, puste jak otchłań.

Królowa podeszła do niego. Diabeł ze zrezygnowaniem uniósł głowę aby patrzeć, jak ta pożera serce pana Andrzeja Warzydło. Widok jej trójkątnej, bladej twarzy umazanej szkarłatną krwią sprawiła, że zatrząsł się, chociaż znał ten widok tak dobrze.

– Był stary – zauważyła kobieta łagodnym, lecz naznaczonym groźbą głosem. – Dlaczego zawsze takich sprowadzasz? Starych, zapitych, kalekich… Chcesz mnie zdenerwować?

Diabeł cofnął się odruchowo.

– Nie ma wytycznych co do wieku – stwierdził, starając się brzmieć butnie. Wiedział jednak, że wygląda to raczej żałośnie, gdyż koźle nóżki dygotały pod nim ze strachu. – Był dobrym człowiekiem. Dostałaś serce dobrego człowieka, zgodnie z umową, jak zawsze.

– Mogę zmienić umowę, jeśli mi się to podoba. – Tym razem w tonie Królowej wyraźnie zadźwięczały stalowe nuty. – Nie zmuszaj mnie do tego, Treffenwafermoren. Znudzili mi się kalecy starcy. Chcę dziecko, rozumiesz? Następnym razem, masz mi załatwić dziecko.

Diabeł poczuł, że na samą myśl atakują go mdłości, lecz kim był, żeby się jej sprzeciwiać? Skinął wolno głową czując, jak wnętrzności zaplatają mu się w supeł.

– Dobrze. – Królowa uśmiechnęła się. – Teraz czas na twoją zapłatę.

Treffenwafermoren zazgrzytał zębami. Z jakichś przyczyn tego momentu nienawidził najbardziej. Mimo to spuścił głowę i posłusznie wyciągnął ręce. Kobieta zaczerpnęła wody z jeziora i uniosła ramię, lejąc wprost na jego złączone dłonie. Strumień jeszcze w powietrzu zmieniał się w srebrne monety. Diabeł nie musiał ich liczyć żeby wiedzieć, że otrzymał dokładnie trzydzieści. Chwilę potem Królowa, jej towarzyszki i jezioro – zniknęły.

Treffenwafermoren stał jeszcze przez jakiś czas, wpatrując się w znienawidzone srebrniki. Chętnie cisnąłby je przed siebie, byle tylko nie musieć na nie patrzeć. Ale wiedział, że nie może tego zrobić. Westchnął i wsypał monety do sakiewki przy pasie. Te, jak zawsze, zniknęły. Gdyby wsunął tam teraz dłoń, nie znalazłby kompletnie nic, lecz za każdym razem gdy wkładał tam kolejną zapłatę sakiewka stawała się coraz cięższa, przypominając o poczuciu winy.

Nie pamiętał jak długo to już trwa. Bał się myśleć, jak długo jeszcze będzie. Nie miał pojęcia, kim był w poprzednim życiu ani co zrobił, aby zasłużyć sobie na tak okrutną pokutę.

Cokolwiek uczynił – musiało być straszne.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo przyjemnie się czytało, masz plastyczne opisy i lekki styl. Natrafiłem na jedną literówk, bodajże – "Bez zastawienie ruszył w kierunku istoty." Przyczepię się trochę do zakończenia. Nieco baśniowa konwencja wzbudziła we mnie oczekiwanie jakiegoś zaskakującego zwrotu akcji.

Czyli dzisiaj mamy diabelski dzień. Dobrze, że nie sądny. ;-) Dobrze się czytało. Interesująca koncepcja. Oj, kiepska umowa się diabłu trafiła. Trochę Ci brakuje przecinków. Córka Frankowiaków to raczej Frankowiakówna niż Frankowiakowa. Przypomniało mi się hasło: wódki i pacierza nie odmawiam… Ale z pomocą też dobre. :-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję :) Zakończenia mi jakoś kiepsko chyba wychodzą. Cóż, trudno, ważne że miło się czytało :) I dzięki za wytknięcie literówki. Finklo Twój tekst przeczytałam dosłownie na chwilę przed publikacją własnego tekstu (a może i chwilę po) i to samo pomyślałam, że się dobrałyśmy pod kątem tematów trochę :) Przecinki zawsze były moją zmorą, walczę z nimi, ale niestety póki co wygrywają… I tak, oczywiście miała być Frankowiakówna. Z tego hasła wziął się pomysł na opowiadanie. Probowałam je sobie przypomnieć, wiedziałam że coś z wódką i nieodmawianiem… Mam tendencję do przekręcania powiedzeń, raz się na coś przydało ;)

Ach, czyli to Ty wymiśliłaś, że "kto rano wstaje, ten leje jak z cebra" i "gdzie kucharek sześć, tam jest za co złapać" i… ;-) A mi się zakończenie podobało. W sensie zaskoczenia. Bo, że zabrakło happy endu to już mniej.

Babska logika rządzi!

Cóż, każdy ora jak lubi ;) I cieszę się, że zakończenie się podobało, przynajmniej pod tym względem ;D

Podoba mi się opowiadanie i przeczytałam je z przyjemnością, mimo że od dość pogodnej opowieści o wiejskim alkoholiku przeszłaś do historii baśniowej, by na koniec wyrwać panu Andrzejowi jego dobre serce. Buu. :-(

Na własny użytek uznam, że spotkanie z koźlonogim i rusałkami było delirycznym omamem pana Andrzeja, zakończonym ocknięciem się nie w jeziorze, a w gęstej trawie, mokrej od porannej rosy. I już! ;-)

 

A tak naprawdę — akceptuję wszystko co napisałaś. ;-)

 

Nie raz w ciężkie mrozy rąbał drewno starszym kobietom…”Nieraz, w ciężkie mrozy, rąbał drewno starszym kobietom

 

…ze słowami „zanieś tam panu Jędrkowi trochę tej szynki, co to została, i podrzuć no mu flaszkę.” — …ze słowami:Zanieś tam panu Jędrkowi trochę tej szynki, co to została, i podrzuć no mu flaszkę.

Chyba że TĄ flaszkę było specjalnie, bo owa, zapewne nieuczona kobieta, mogła tak powiedzieć. ;-)

 

„W nagłym odruchu złości Pan Andrzej walnął dłonią w blat…”W nagłym odruchu złości pan Andrzej walnął dłonią w blat

 

„Naprawa zajęła dłużej niż zwykle, bo dłonie mu drżały…”Naprawa trwała dłużej niż zwykle, bo dłonie mu drżały… Lub: Naprawa zajęła więcej czasu niż zwykle, bo dłonie mu drżały

 

„Następnie rozłożył ramiona prezentując, że nic mu się nie stało…” — Wolałabym: Następnie rozłożył ramiona, demonstrując że nic mu się nie stało

 

„Po wychyleniu buteleczki głośno zamlaskał…”Po wychyleniu zawartości buteleczki głośno zamlaskał

 

„Mężczyzna patrzył na niego w zdziwieniu”. — Wolałabym: Mężczyzna patrzył na niego zdziwiony.

 

„…zaaferowany innymi częściami ciała nieziemskich piękności”. — Czy owe nieziemskie piękności miały jedno ciało? ;-)

zaaferowany innymi częściami ciał nieziemskich piękności.

 

 

„…a powietrze było tak naelektryzowane, że niemal syczało, stawiając dęba wszystkie włosy na ciele”. — Wolałabym: …a powietrze było tak naelektryzowane, że niemal syczało i sprawiało, że wszystkie włosy na ciele stawały dęba.

 

„Bez zastawienie ruszył w kierunku istoty”. — Czy jezioro było czymś zastawione i pan Andrzej ruszył w kierunku istoty bez to zastawienie? ;-)

Pewnie miało być: Bez zastanowienia ruszył w kierunku istoty.

 

„Widział jak Królowa wyszarpuje serce z piersi nieszczęśnika, jej biała skóra ostro kontrastująca z rubinową krwią, długie palce mocno zaciskające się na wciąż pulsującym organie, jej śmiech, ostry jak sztylet…”Widział jak Królowa wyszarpuje serce z piersi nieszczęśnika, jej białą skórę ostro kontrastującą z rubinową krwią, długie palce mocno zaciskające się na wciąż pulsującym organie, słyszał jej śmiech, ostry jak sztylet

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe i sprawnie napisane. Podobało mi się.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziękuję bardzo :) Regulatorzy jak zwykle czujna, chyba zdążę jeszcze nanieść poprawki, dzięki :)

Jak zwykle, cieszę sie, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już to, albo coś szalenie podobnego, czytałem.    Co nie stanowi argumentu za brakiem uznania – nieschematyczny diabeł z niesztampowym zadaniem zwodzenia dobrych ludzi bardzo mi się, wbrew swej roli, spodobał.

Wątpię, żebyś czytał konkretnie ten tekst, ale na coś  podobnego na pewno mogłeś się natknąć. Tak to już jestety, że ciężko jest coś całkowicie niepowtarzalnego napisać ;] W każdym razie cieszę się, że się podobało :)

Podobało się. Wbrew temu co mówi diabeł, pokazujesz, że piekło jednak istnieje.

Bardzo fajny tekst, lubię opisy Twojego autorstwa.  Szkoda pana Andrzeja, szkoda też Judasza, a najbardziej chyba szkoda ofiar, które muszą (?) być złożone, by rogaty mógł pokutować – i ten motyw wydaje mi się akurat naciągany i nielogiczny. Wtedy niczym sfora padlinożerców do ataku ruszają pozostałe istoty i nagle nie ma w nich już nic pięknego.– jedyne zdanie w teraźniejszym, zatopione w morzu czasu przeszłego, po co tak? I przy okazji – kiedy kolejna część „Niech żyje król!”? ;) Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Dziękuję za opinie :) Czasy faktycznie zupełnie niepotrzebnie pomieszałam, niestety nie dam rady już tu tego zdania poprawić, ale w oryginale naprostuję, dzięki :) Co do nielogiczności – nie wszystkie wierzenia wydają mi się być logiczne, ale faktycznie, w tej swojej wizji nie patrzyłam na to tak do końca pod tym kątem, że właściwie z jakiej racji się tym dobrym obrywa, skoro kara dla zdrajcy sugeruje sprawiedliwość. Jedyne wyjaśnienie jakie mi przychodzi do głowy (nie wiem czy dobre), jest takie, że nie jest to tak naprawdę pokuta. Źli ludzie po śmierci mogą się stać demonami, jak nasz diabeł, (towarzyszki królowej…?), i jak za życia czynią zło, wcale niekoniecznie z tego powodu cierpiąc. No a "anioły są zajęte", więc nie ma się kto dobrymi ludźmi zaopiekować. Jeśli chodzi o "Niech żyje król!" to na NF raczej się ukazywać nie będzie, często muszę wracać do poprzednich rozdziałów żeby coś naprostować, a niestety czas na edycję to tylko 24 godziny, dlatego postanowiłam wrzucać na blogu. Zawsze się jakieś opinie uzbiera, a można w każdej chwili wrócić i poprawić wcześniejsze niedopatrzenia :)

Bardzo mi się podobało. Ciekawe, ładne, dopracowane opowiadanie. Z morałem nawet ;) Wciągające.

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję bardzo, cieszę się, że podobało :)

Nowa Fantastyka