- Opowiadanie: prosiaczek - Absolutny

Absolutny

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Absolutny

 

 

Dusza gra muzykę cichą i głośną, nie pomija żadnych interwałów. Splata melodie spokojne jak tafla jeziora ze wzburzonymi niczym sztorm. Pisze epiki i dramaty, wiersze oraz nowele, dzieła wzniosłe równoważy przyziemnymi. Dusza, immanentność, której nie sposób ogarnąć rozumem. Słyszysz pojedyncze nuty, momentami harmoniczne składowe. Widzisz litery, zdania, czasem nawet spajającą je logikę. Lecz to jedynie widzenie punktowe, w dodatku w słabej rozdzielczości. Nie poznasz muzycznej kompozycji w całości, nie obejmiesz poznawczo literackiego całokształtu. Dusza. Zbyt intymna, by pozwoliła sobie uchylić więcej niż rąbek tajemnicy. Nie można jej poznać, zbadać, zgłębić. Zabezpieczona jak kwantowy sejf. Razem z nami marzyłeś o jej transparentności, ale przez wieki wodziła nas za nosy, sprowadzała na manowce.

Aż do dziś. Stworzyliśmy narzędzia, skorelowaliśmy zmienne. I uzyskaliśmy wyniki. Zostało jedno pytanie – jak zmienią się nasze życia?

 

___

 

Uwięziony człowiek. Osobliwy habitat tonął w ciemnościach jego duszy. Gęsty mrok piętnował rozpaczą królewskie tereny, lepił się do lodowatych powierzchni zamku, wślizgiwał w najmniejsze szczeliny murów. Gdy nadeszła jutrzenka, wraz z którą dobiegł końca ponury sen o złowrogim lesie, cierpienie wcale nie minęło. Tabulus otworzył oczy i zaraz je zmrużył, drażnione światłem. Oddychał głęboko, niby dopiero przed kimś uciekał. Dochodzący z płuc szmer plugawił komnatę morowym powietrzem. Tabulus z trudem podźwignął się z miękkiego łoża; batystowa narzuta jak zwykle, bezdźwięcznie, jego kręgosłup z suchymi trzaskami. Przetarł mokre oblicze, jęknął z bólu, gdy mięśnie ramiona napięły się jak postronki. Zazgrzytał z gniewu zębami. Przez okno doleciało krakanie węszących ucztę padlinożerców. Król zarżał chrapliwie i z mozołem wygramolił się z barłogu. Przeważnie zostawał w komnacie przynajmniej do południa, ale dziś był szczególny dzień. Zrobił ostrożny krok, pierwszy, drugi, w stronę lustra, stawy chrupnęły, w piersi buchnął płomień cierpienia. To nic, jutro spełni się stara przepowiednia, odbicia pociemnieją i wszystko przestanie mieć znaczenie. Tabulus wierzył w to całym sercem. Świadectwo prawdziwości stanowiła każda blizna, najmniejszy defekt jego zmurszałego ciała.

Lustro. Rachityczna sylwetka, na niej karminowa szata z atłasu. Palce przyozdobione pierścieniami i sygnetami, rubiny oraz szmaragdy jakby wypłowiałe. Twarz schowana za kępkami brody. Tabulus splunął z niesmakiem. Skarłowaciałe, omszałe drzewko świąteczne. Czy tak pokaże się na uczcie? Czy wypada? Z jednej strony władca może wszystko, z drugiej konwenanse, z trzeciej chęć zaimponowania tym wszystkim pięknym sekutnicom… Zobaczą, że miał rację, że to nie przez gorączkę opowiadał o nadchodzącym spełnieniu się przepowiedni. Kurtyzany, kabotyni, balwierze, rycerze, szlachetni impertynenci, zobaczycie! Bo przecież tylko on wie, co jest dla nich dobre.

Ekscytacja nagle opadła; król przypomniał sobie o Obcym. Oblizał spierzchnięte wargi, jęknął, zamknął oczy. Nagły niepokój rozlał się po całym ciele, wprawił Tabulusa w odrętwienie. A jeśli? – myślał – co gdyby? A potem serce zabiło jak dzwon żeliwny i władca otrząsnął się z bezruchu, kurzu, marazmu. Narzucił na ramiona gruby płaszcz heraldyczny – na adamaszku ślepie kruka – i wyszedł na posępny korytarz. Nie wiedział, czy to przeciążane kości tak trzaskają, czy ogień pochodni. Jego czy zamku reakcja? W tle pogłos kroków wybrzmiewających melancholią – smutek władcy; trzewia królestwa całego.

Przyspieszył. Zamartwianie się nic nie da. Jeśli Tabulus nie weźmie spraw w swe ręce, to wszystko stracone. I on, i Dobromir, i Bezprym, i poddani, i myszy, i pająki. I beczki, i wino, i kurz, i mech.

Gdy otworzył skrzypiące drzwi, chlasnęło go zimno. Splunął, jakby rzucając wyzwanie żywiołom, lecz ślina została mu w brodzie, więc tylko szczelniej okutał się plaudamentum.

Z wysiłkiem i trwogą wspiął się schodami na blanki. Wyjrzał zza nich na swoje królestwo – niegdyś przepastne pola oraz łąki, obecnie zostały z nich jedynie wspomnienia. Las, już wcale nie ledwie majaczący na horyzoncie, zajmował coraz więcej terenów. A wraz z nim – Tabulus nie miał wątpliwości – zbliżał się… Kim właściwie był Obcy? Król głęboko czuł, że to złe skojarzenie, nie wiedział nawet, co znaczy, lecz nasuwało się samo, niby coś naturalnego. Zwłaszcza teraz, w kontekście zbliżającej się wielkimi krokami uczy. Grendel. Władcę przeszył dreszcz strachu. Obcy. Grendel.

Czym obronimy się przed nieznanym? Tabulus poczuł wzbierające mdłości. Spróbował wychylić się za blanki, lecz te były za szerokie, wszedł więc na nie, legł jak na barłogu i przyłożył policzek do kamienia. W ten sposób jednym okiem widział to, co na samym dole.

Okalająca zamek fosa słała rzęsiste refleksy. Grube mury uspokajały swym zimnem i solidnością. Z tyłu, Tabulus pamiętał, pieczę nad wszystkim trzymał donżon; golem obrońca, który nie zawiódł jeszcze.

Mdłości ustąpiły.

A mimo to, na widok lasu, Tabulusa wciąż ogarniał niepokój. Zalewała fala dręczących pytań. Odwołać, przełożyć ucztę? W tę szczególną noc? Nie. Odbicia pociemnieją, wszystko przestanie mieć znaczenie. Nastanie nowe. Nie przeszkodzi Obcy, Intruz czy Grendel.

– Jak żebrak, który szczęśliwie znalazł pled w rynsztoku.

Tabulus cofnął się gwałtownie, ścierając do krwi kolana, i o mało nie runął na ziemię. Obok, nonszalancko oparty o blanki, stał szczapowaty mężczyzna z przyklejonym do twarzy uśmiechem błazna. Bezprym.

– Beznadzieja i bezsens – powiedział jowialnie.

– Ten las. – Król otrzepał się z kurzu, ruszył w kierunku schodów. – Zawsze wiesz, kiedy jest nieodpowiednia pora.

Bezprym podążył za nim.

– Las i uczta. Uczta i las.

– Odchędoż się – rzucił Tabulus, stękając z wysiłku, gdy na chwiejnych nogach pokonywał kolejne stopnie. Chrup, chrup, chrup. – Nawet nie wiadomo, czy to nie omamy.

– Spytajmy innych. Choć muszę przyznać, że sekutnice…

– Sieją zamęt dla idei. Powiedz, że to jabłko, odpowiedzą, że antonówka. W drugą stronę, nie, nie szkuta, lecz okręt.

Kręcą podobnie jak ty, pomyślał król, ale nie powiedział tego, nie chcąc prowokować Bezpryma.

Na dziedzińcu szlachetnie urodzony kabotyn zabawiał dwie głupiutkie damy. Wyciągał zza ich uszu monety, spod sukien prawdziwe kruki; rubasznym krotochwilom i kobiecym śmiechom pewnie nie byłoby końca, lecz widząc króla, kabotyn spąsowiał, zamilkł jak skała i niezdarnie się ukłonił. Tabulus zaszczycił wszystkich trojga łagodnym spojrzeniem – uważał dobre nastroje za wielce wskazane w kontekście nadchodzącej uczty.

Słysząc idącego z tyłu Bezpryma, przyspieszył.

W ogrodzie żywopłotów, przy stawach po brzegi wypełnionych nenufarami, szczebiotały zakochane pary. Widać, myślał król, ludzie się weselą. Pośród zawilgłych altanek, pod rdzewiejącym słońcem, w tej osobliwej nostalgii. Więc jednak jest nadzieja – dumał dalej – niektórzy wierzą w moje słowa. Weselą się, podczas gdy Grendel ostrzy sobie zęby. Nie, nie, nie! Tabulus zacisnął oczy. Wciągnął morowe powietrze; płuca jak nie mogące nabrać wiatru żagle.

Dalej ścieżka wytyczona szpalerem rachitycznych drzewek, na jej końcu punkt widokowy. Zamkowe plateau nie było jednak puste. Na środku kamiennego występu, na tronie utkanym z grynszpanowej pleśni, siedział w kolczudze Dobromir. Modre oczy wpatrzone miał w rejwach na dole; malutkie sylwetki poruszały się jak w ukropie. Zamyślone oblicze momentalnie rozpromieniało, gdy Dobromir ujrzał Tabulusa. Wielki mężczyzna wstał i jak niedźwiedź objął władcę.

– Wreszcie! – Klepnął króla po plecach, ucałował siarczyście. – Świetnie wyglądasz!

– Wymyślasz – prychnął Tabulus.

– Bynajmniej. – Dobromir odsunął się na długość własnych ramion. – To już tuż-tuż. Aaach. Nie mogę się doczekać. Widziałeś tych wszystkich ludzi na dole? A lustra? Lustra ciut pociemniały.

Tabulus spojrzał na niego podejrzliwie. Przepowiednia się spełni, ale przecież jeszcze nie teraz. Do następnego dnia, a potem do wieczora, do zmierzchu zostało sporo czasu. A może już się zaczęło? Proces ciągły zamiast nagłego przełomu? Cóż, to całkiem prawdopodobne, zamek w końcu też nie zgnił od razu. Najpierw stęchł, później okrył go morowy całun. A teraz zapadał się pod ciężarem własnych lęków.

– Las się zbliża – powiedział król.

– Och, dajże spokój – prychnął Dobromir. – Nikt nie śmiałby przeszkadzać w uczcie. To wbrew boskim prawom.

Bezprym, łamiąc obok gałązki suchego drzewka – trzask, trzask, trzask – westchnął przeciągle.

Tabulus zazgrzytał zębami.

– Grendel – rzucił.

– Co? – zdziwił się Dobromir.

– Najgorsze sny są lepsze od patrzenia na las – powiedział Bezprym. – Jak ich powstrzymamy, jeśli przyjdą na ucztę?

Trzask, trzask, trzask.

– Kto nas obroni? Pijani winem rycerze, którzy nadają się już tylko na błaznów? Ci przebierańcy na dole? – Wskazał lekceważąco ręką ludzi krzątających się na dolnym dziedzińcu. – Beznadziejna sytuacja. Zacnie beznadziejna.

Dobromir położył dłoń na rękojeści miecza.

– Szykujesz się do walki? – spytał Bezprym. – Sam jeden nic nie zdziałasz.

Tabulus dostrzegł, że w Dobromirze zawrzał gniew, więc załagodził sytuację:

– Obydwaj, po części, macie rację. Grendel albo przyjdzie albo nie. Nic nie jest przesądzone.

– Grendel przyjdzie – wtrącił Bezprym. – Obydwaj dobrze o tym wiemy. Marazm to okropna rzecz, prawda, Dobromirze?

Wielki mężczyzna zrobił krok w jego kierunku.

– Pamiętaj, że jesteśmy równi. – Bezprym uniósł w bezbronnym geście ręce do góry. – Nie możesz mi nic zrobić.

– Ty impertynencie – żachnął się Dobromir. – Ty szkapowaty pomiocie. – Chwycił Bezpryma za szatę, przyciągnął do siebie. – Przestań! Siać! Defetyzm!

Nagle stalowoszare niebo zadrgało, a potem dotychczasowe marne ruchy wiatru całkowicie ustały. Ugrzęźli w lepkim, zastygłym powietrzu, ledwie zdatnym do życia. Nie tylko oni zresztą. Na dolnym dziedzińcu krzątanina, nawoływania, snopek radości, to wszystko umarło. Tabulus wziął oddech i prawie się nim zachłysnął, smakującym jak truchełka ciem.

– Bezprym ma rację – powiedział. – Las jest coraz bliżej. Obcy, Grendel, czuję… że pojawi się na uczcie, że… zaatakuje.

Dobromir pobladł. Otworzył, zamknął usta; śnięta ryba.

– Kim jest ten Grendel? – spytał wreszcie.

Tabulus pokręcił głową.

– Gdybyśmy wiedzieli…

Przełknął kulę strachu.

Nagle przybiegł do nich jeden z poddanych.

– Panie! – Ukłonił się, wciąż próbując złapać oddech. – Na… Na dole… Tam ktoś jest.

– Na dziedzińcu? – dopytał Tabulus.

– Nie. On chyba przybył z lasu.

Więc Grendel chce rozmawiać, pomyślał król.

– Dobrze, zejdziemy do niego.

Słowa chyba zamarły w lepkim powietrzu, więc król powtórzył.

Nie odpowiedzieli mu. Dobromir usiadł na tronie, zagłębił się w pleśni. Bezprym gdzieś zniknął.

 

___

 

 

Anna

 

Na razie obserwuję nieśmiałe próby kontaktu. Jestem niezmiernie ciekawa, jak to się skończy.

 

___

 

Most zwodzony opadał powoli, jakby nie chciał dotknąć królewskiego traktu. Jego butwiejące mechanizmy nękały ciszę jękami i trzaskami niby łamana kołem wiedźma. Tabulus wiercił się na siodle, oddychał szybko i płytko. Czy dobrze zrobił, schodząc na spotkanie Obcemu? Narażał wszak w ten sposób siebie, a więc i cały zamek, mieszkających w nim poddanych, Dobromira i Bezpryma. Narażał myszy, pająki, beczki, wino, kurz i mech. Ale każda moneta ma dwie strony. Dla kabotynów i sekutnic postępował w sposób najgłupszy z możliwych, jednak dla szybujących hen wysoko ptaków był bohaterem. Władca bowiem miał obowiązek dbać nie tylko o zamek, lecz również o resztę królestwa. Któż inny jak nie on powinien rozmawiać z gościem… Nie, z tym Intruzem, Obcym, Grendelem, który bezprawnie wkroczył na jego włości?

Poczuł na ramieniu wielką dłoń. Dobromir odchrząknął, skinął głową. Oczywiście był też Bezprym, uśmiechający się tajemniczo. Tabulus wszedł na przesiąknięte wilgocią deski i niepewnym krokiem ruszył w stronę Intruza. Przez chwilę sądził, że stojąca po drugiej stronie postać ma na sobie grube futro. Gdy dotarło do niego, że czarną gęstość stanowiły kruki, niemal zachłysnął się morowym powietrzem. Dobromir pogładził palcami rękojeść miecza, Bezprym westchnął protekcjonalnie, jakby lekceważąc czarną postać.

Kruki poruszyły się niespokojnie, zatrzepotały skrzydłami.

– To nazywacie gościnnością? – cichy głos dochodził gdzieś spod ptactwa.

– Nie zgadzałem się na żadną audiencję – odparł oschle Tabulus. – Jesteś tu bezprawnie.

Jeden z kruków oderwał się od reszty stada, odleciał z czymś w dziobie. Tabulus uśmiechnął się, czując powracającą pewność siebie.

– To tylko posłaniec – powiedział Dobromir, podejrzliwie obserwując obcego.

Grendel wysłał posłańca akurat na dzień przed ucztą, jakie więc było prawdopodobieństwo, że wizyta w takim czasie jest dziełem przypadku? Minimalne, nie, wręcz żadne. Obcy wyczuł okazję, miał jakiś plan, tylko co mógł zyskać, przybywając właśnie na ucztę? Dlaczego nie wcześniej? Czyżby kierowała nim czysta złośliwość, najprawdziwsze okrucieństwo?

Nagle kolejny kruk opuścił resztę braci, z okiem w dziobie. Czarna postać przeraźliwie zawyła, zatoczyła się, wymachując rękami, jakby chciała pozbyć się natrętnych padlinożerców. Ptaki w odpowiedzi wbiły głębiej w ciało szpony, zakrakały ostrzegawczo.

– Wszedłem zbyt głęboko – powiedział piskliwie Posłaniec. – Zbyt głęboko…

Odwrócił się i ruszył traktem.

– Hej! – krzyknął Tabulus.

– Moja… Mój pan kazał mi wam coś pokazać. Powiedział, że wtedy uwierzycie w jego szlachetne zamiary.

Król podążył za nim, wiedziony ciekawością. Dobromir próbował go powstrzymać, ale Tabulus zignorował ostrzeżenia przyjaciela. W końcu to jego tereny; był pewien, że nic im nie grozi. Niech tylko posłaniec, ten kundel, da mu powód do gniewu. Niech tylko!

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że twój pan jest na naszych ziemiach – warknął do posłańca Dobromir.

– Oczywiście, że nie… Przynajmniej nie w tym sensie. Jestem tylko ja. Biada wam, gdyby przyszli tu wszyscy. Żadne kruki by nie pomogły.

Tabulus zazgrzytał zębami na te słowa, jednak nic nie powiedział, gdyż w głębi czuł, że posłaniec wcale się nie przechwala, poza tym obiecał, że to, co pragnie im pokazać, jest niedaleko.

Poruszali się powoli. Tabulus ze swoimi braćmi na koniach. Posłaniec pieszo; nawet nie pytał o wierzchowca, wiedział, że nikt mu nie ufał.

Królewski trakt prowadził przez ugory; wysokie trawy i cierniste krzewy. Władca przyglądał się im z pewnym urzeczeniem, z szeroko otwartymi oczyma, ogarnięty przyjemnym dreszczem. Patrzył i patrzył, aż wreszcie ten wgląd we własne królestwo, wgląd w siebie sprawił, że stracił czujność. Końskie kopyta mlaskały tuż przy brzegach ochrowych trzęsawisk. Gdzieś obok plusk uciekającej do wody żaby, a potem następny i następny, zupełnie jakby te małe stworzenia sądziły, że szuwary nie są wystarczająco bezpieczną kryjówką. Po drugiej stronie, w wysokich trawach, niby walcząc o uwagę przejezdnych, cykały owady. Tabulus zastanawiał się, kiedy to tak zarosło, ale w głowie miał pustkę.

Dalej, gdy wyjechali wąską ścieżką na otwartą przestrzeń, rozkwitły przed nimi tereny uprawne. Wiatr przenosił zapachy ściętego zboża i dymu z kominów, wsiąkających w morowy zaduch. Tabulus miał wrażenie, że czuje też woń pieczystego. Otrząsnął się – coś nie pasowało w tej sielance. Czuł to aż w gnijącym szpiku własnych kości. Gdzie bowiem paleniska, potrzebne do przyrządzenia mięsa? Gdzie ludzie, którzy tak równo zżęli zboże? Król przez chwilę przyglądał się rżysku. Ziemia pod nim miała czarny kolor – pola widocznie też były jałowe, wszystko albo zatrzymało się w czasie, albo ulegało powolnemu rozkładowi.

– Źle rządziłeś – odezwał się Bezprym. – Beznadziejnie. Bezsensownie.

Posłaniec zarechotał.

– Dokąd nas prowadzisz? – Dobromir zaczynał tracić cierpliwość.

– Już blisko. Blisko.

Jechali w milczeniu.

Dzikie tereny, lecz nadal moje, myślał król, gdy za wzniesieniem jego oczom ukazała się porośnięta czarnymi kwiatami polana. Posłaniec powiedział im, że poznaje po uroczysku, iż są już prawie na miejscu. Tabulus starał się nie zwracać uwagi na bulgoczące, przykryte białym całunem stawy, przypadkowo jednak podjechał zbyt blisko jednego i poczuł przenikający przez but lodowaty dotyk mgły. Wzdrygnął się, wziął głęboki oddech. O dziwo powietrze okazało się mniej gęste i suche. Niejako korzystając z okazji, spojrzał na idealnie gładkie lustro wody. Widział w nim i siebie, i konia, i krzaki, i niebo… Lustra wcale nie pociemniały. A może… Zazgrzytał zębami, zerknął na posłańca.

– Daleko nas prowadzisz. – Nie krył podejrzliwości.

– Niedaleko. Bardzo blisko.

Bezprym zachichotał.

Kilka kruków odwróciło łebki, spojrzało paciorkowymi ślepiami na króla. Tabulus zastanowił się. Czy posłaniec w ten sposób nie odciągał ich od uczty? Przecież muszą zdążyć wrócić, wyspać się i następnego dnia przygotować. Jeśli nie… Władca naraz nabrał pewności, że to nie może być przypadek. Jeden z ptaków podleciał i wylądował na końskiej szyi. Widząc potężny dziób, szpony jak wykute z żelaza, Tabulus odprężył się, wyprostował, odetchnął spokojnie. Niech tylko posłaniec, ten kundel, da mi powód, niech tylko!

Tymczasem roślinność gęstniała, powietrze stawało się świeższe, w oddali co jakiś czas zawodziły wilki.

Dobromir podjechał bliżej króla.

– To nie jest dobre miejsce – powiedział.

– Król musi się upewnić – zadrwił Bezprym. – A potem zrobić coś głupiego, sprowokować silniejszego. Nie lepiej to zostawić?

– Pokażę wam granicę – powiedział posłaniec. – Tam łatwiej zaczynać znajomości.

A więc rzeczywiście prowadzi nas do lasu. Na zgubę. Do Intruza, Obcego, Grendela. Kruki zakrakały głośno, podzielając jego obawy, wbiły szpony w ciało posłańca.

– Stój – rozkazał król.

Czarna postać odwróciła się.

– O co chodzi? Twoje ziemie umierają. Nie chciałbyś zobaczyć miejsca zdrowego? Poznałbyś mojego pana, zrozumiałbyś…

– Dość! – ryknął Tabulus. – Próbujesz nas sprowadzić na manowce. Beze mnie przepadnie uczta. Nie spełni się przepowiednia, nie pociemnieją lustra, nigdy się nie obudzimy!

Kruki zatrzepotały skrzydłami.

– Panie, zapewniam-

– Mów, co chcesz nam pokazać!

– Na miejscu, na miejscu-

– Nie mam czasu na twoje gierki!

– W takim razie wrócę sam…

I wtedy czarne ptaszyska zaatakowały. Ostre jak brzytwy dzioby wbiły się w mięso posłańca, głęboko, już nie ostrzegawczo; czarność wymieszana z przeraźliwym wrzaskiem. Posłaniec szarpnął się jak człowiek trawiony ogniem, padał na kolana, nadal wymachując rękoma, niezbornie, daremnie, konając pod piórami, ślepiami i szponami. Tabulus patrzył na niego z rosnącym zadowoleniem. Na ramieniu poczuł wielką dłoń Dobromira. Bezprym śmiał się, powtarzając „Beznadziejne rządy. Rządy beznadziejne”

 

___

 

 

Anna

 

Według instrukcji, które dostałam wiele lat temu, nie ma przeciwwskazań, żeby habitaty się na siebie nakładały. Nawet powinny to robić, ponieważ moi podopieczni nadal są istotami społecznymi. Wszelkie odcięcie, zbyt długie życie w samotności, grozi wieloma komplikacjami. Cóż, tak mam w instrukcjach. Problem w tym, iż przetrwalnicy, zanim jeszcze się nimi stali, korzystali z wielu dobrodziejstw neurokognitywistyki. W niektórych przypadkach rodzi to problemy. Trafił mi się nawet posiadacz lustra poznawczego, prawdziwy unikat.

Próbowałam kiedyś obliczyć rezultat takiego nałożenia habitatów – przetrwalnika normalnego i tego z lustrem poznawczym. Bezskutecznie – zbyt wiele zmiennych. Dlatego stale monitoruję podopiecznych, między którymi doszło już do paru nieśmiałych, powierzchownych kontaktów. Kiedy unikat wejdzie w pełną interakcję? Nie wiem, ale prędzej czy później do tego dojdzie. Jestem ciekawa, jak to się skończy.

 

___

 

Tabulus obudził się z dzikim jękiem. Przez moment miotał się jak schwytane w pułapkę zwierzę, aż wreszcie dotarło do niego, gdzie się znajduje. Miękkie łoże, ciepłe i mokre od królewskiego strachu, batystowa narzuta, która opadła z władcy bezdźwięcznie niczym mgła. A potem trzaskające kości oraz palące ogniem mięśnie, gdy tylko poruszył się żwawiej… Tak, teraz zaczynał rozumieć, że to one były źródłem koszmarów. Na wspomnienie nocnej mary aż się wzdrygnął. Światło, potężny huk oraz łamane, miażdżone i rozrywane ciało. Spokojnie, spokojnie, powtarzał w myślach, gramoląc się na brzeg łoża. To tylko zły sen, spowodowany napięciem przed nadchodzącą ucztą. Uczta! To już dzisiaj, wreszcie się obudzą.

Okutał się plaudamentum i wyszedł z komnaty. Korytarzem na zewnątrz, schodami na blanki, na których czekał na niego Dobromir.

Król nie mógł uwierzyć. Las jakby odpuścił, oddalił się, zmalał. Czyżby po tym, jak zamordowali posłańca, Grendel postanowił dać im spokój? Tabulus tego nie wiedział, ale sama myśl wzbudziła w nim błogość. Odetchnął morowym powietrzem – truchełka ciem przyjemnie spłynęły gardłem – i zaśmiał się ze swego małego triumfu.

– Czy żeby odnieść zwycięstwo, trzeba postępować okrutnie?

Tym razem Tabulus nie przestraszył się, był przygotowany.

– Spodziewałem się ciebie – powiedział do błazna.

Bezprym stanął obok.

– Las się zbliża. Kruki niepotrzebnie zabiły posłańca.

– Jesteśmy bezpieczni.

– Skoro tak twierdzisz… Jestem ciekawy, czy nikt ci nie zepsuje uczty. Może Grendel?

– Może – mruknął Tabulus. – Na pewno nie ty.

Bezprym zmarszczył brwi, otworzył ze zdziwienia usta.

– Nie odważysz się! Jesteśmy przecież równi.

Tabulus milczał, wiedział, że nie są.

– Ty kretynie! – syknął Bezprym.

Na kolejne słowa zabrakło mu powietrza – wydał z siebie tylko głuchy dźwięk, gdyż pięść Dobromira wgniotła mu brzuch jak purchawkę. Bezprym, zgięty w pół, padł na gruby dywan mchu. Leżał z niedowierzająco wytrzeszczonymi oczami, ze spływającą z kącika ust strużką krwi, i Tabulusowi zrobiło się go nawet żal. Dobromir jednak nie znał litości dla podżegaczy, dlatego gdy tylko dostał od króla pozwolenie na działania, nie pytał drugi raz. Schylił się i uderzył Bezpryma prosto w skroń; trzask pękającej czaszki sprawił, że Tabulusowi zakręciło się w głowie.

– Zabiłeś go?

– Ogłuszyłem. – Dobromir kucnął, dźwignął zwiotczałe ciało Bezpryma i zarzucił je sobie na plecy. – Nie będzie więcej jątrzyć. Nie na naszej uczcie.

– Do celi.

– Na jedną noc. Nie bój się, będzie żył. To w końcu twoja krew.

Tabulus był tego świadomy. Czasami nawet najbliższym trzeba odebrać głos w jakiejś ważnej sprawie. Bezprym, widzący teraźniejszość i przyszłość w czarnych barwach, nie jeden raz pomagał w trzeźwej ocenie sytuacji. Teraz jednak jego drwiący fatalizm, który w ostatnim czasie tak bardzo przybrał na sile, mógłby ich wszystkich zgubić. Król westchnął, skinął Dobromirowi głową i udał się do swej komnaty. Wieczorem musi dobrze wyglądać.

 

___

 

 

Anna

 

Zbliżamy się do miejsca przeznaczenia przetrwalników.

To fascynujące istoty. Zainteresowałam się nawet ich wcześniejszą formą, tą sprzed transmutacji. W starych rejestrach statku, tych, które istniały zanim się jeszcze narodziłam, znalazłam jakby zewnętrzną pamięć jednego z podopiecznych. Prawdziwa gratka – zapis dokonany tuż przed zmianą formy.

 

„Adam Fabiański, trzydzieści godzin do przeniesienia

 

Nie pamiętam, jak doszło do wypadku. A może to był zamach? Błysk, huk, a potem obudziłem się w białym pokoju, pod opieką lekarzy. Teraz wiem tylko jedno. Moje ciało umiera. Mam połamanych blisko pięćdziesiąt kości, liczne zmiażdżenia, skręcenia i zwichnięcia. Nie cierpię środków przeciwbólowych – gdy tylko przestają działać, przynajmniej czuję, że żyję. Wolę już ten stan cierpienia niż kolejny względny spokój. Względny, bo gorączkowe myśli nie pozwalają zmrużyć oka.

 

Adam Fabiański, osiem godzin do przeniesienia

 

Zbyt długo widziałem, jak świat umiera. Boję się, że to będą moje jedyne wspomnienia po nim.

Introspektor, potocznie nazywany lustrem poznawczym, właściwie stanowiący część mózgu… Byt ontologiczny?

Po jakiego diabła się na niego zdecydowałem? Wgląd do własnej duszy, ekstremalnie poszerzona samoświadomość, czy nie do tego dążyliśmy?

Tak więc widzę umierający świat, a dzięki Introspektorowi mam siebie jak na dłoni. Obawy, lęki, nadzieje, troski, emocje – to złe słowa, nie określają tego, co poznajemy naprawdę. To tak, jakby widziane pod mikroskopem elektrony nazwać jądrem atomowym.

 

…, trzy godziny do przeniesienia

 

Niedługo się przeniosę. Ucieknę na statku wraz z niezliczoną liczbą innych… przetrwalników. Gdy o tym myślę, moja dusza… Nie wiem, boi się? Czyżby wyczuwała nieuchronność emulacji? Co ja za bzdury piszę, oczywiście, że wyczuwa, żadne „czyżby” To trochę takie sprzężenie zwrotne – i ja ją widzę, dzięki Introspektorowi, i ona mnie, bo przecież mnie stanowi, mną jest”

 

Habitaty dwóch przetrwalników zaczęły się na siebie nakładać. To chyba będzie kontakt z prawdziwego zdarzenia. Żeby było ciekawiej, jeden z nich to mój unikat, który zostawiając ciało, zabrał ze sobą lustro poznawcze. Taki habitat, będący odbiciem jestestwa właściciela, musi być bardzo nieufny.

Obserwuję.

 

___

 

Tej nocy, rozbrzmiałej muzyką grajków i głosami ucztujących, Tabulus czuł się dobrze jak nigdy wcześniej. Wirował wśród kolorów, zapachów i dźwięków, wymieniał grzeczności, dziękował za pochlebstwa, wlewał w siebie szlachetny cydr i jadł najróżniejsze rodzaje mięsa. Opowiadał stare historie i słuchał bajarzy, admirował niewiasty, z rozkoszą obserwując, jak pąsowieją, nie ważne dzięki winu czy jemu. Naokoło stukały pełne kielichy, nieraz tak mocno, że aż wylewały się z nich trunki, które przylepiały się do dywanów, a potem, w tym gorącu ludzkich ciał, parowały słodyczą aż do samych żyrandoli. W ich oraz kandelabrów hojnym świetle sztućce oraz biżuteria słały refleksy, lecz dla Tabulusa zbladły, straciły atrakcyjność w obliczu trzech niewiast, najwyraźniej pragnących jego uwagi, którym zresztą z łatwością udało się zatrzymać krążącego dotąd po sali króla. Koleżanki z lewej i prawej pochłaniały go kokieteryjnymi spojrzeniami. Tabulus nie miał nic przeciwko, gładki na twarzy, uśmiechnięty, z piersią wysuniętą do przodu, czuł się swobodnie i pewnie. Jakkolwiek zapatrzenie tych dziewcząt schlebiało mu, nie mógł oderwać oczu od kobiety znajdującej się pośrodku tercetu. Od jej muśniętych różem policzków, zalotnego uśmiechu, karminowych kręconych włosów. Malowała je, a może dostała w prezencie od perwersyjnej natury? Tabulus nie wiedział tego, nie potrafił też sobie nic przypomnieć o Nadii – bo takim imieniem się przedstawiła – ale nie przeszkadzało mu to.

– To jak, panie, czyż nie mam racji, że najlepiej się ich pozbywać?

Tabulus oderwał wzrok od migocącej w świetle kolii i spojrzał w piwne oczy rozmówczyni.

– Tak, tak, chociaż powiem, że każdą sprawę należy rozpatrywać indywidualnie. Pośpiech to niesprawiedliwość.

– Mamy więc sądy i wiele innych instancji.

Dłoń Nadii powędrowała niżej – smukłe palce musnęły kamienie naszyjnika – i jeszcze niżej, aż królowi krew zabiła mocniej.

– Oskarżyć zawsze można, wyrok wyda kto inny. No chyba że chciałbyś, panie, wziąć sprawy w swoje ręce.

Tabulus brał ostatnio sprawy w swoje ręce i nie mógł zaprzeczyć, czuł się z tym świetnie. Spotkanie z posłańcem, zgładzenie go. Jednakże wtedy decyzje podejmował sam, nie szukał żadnych podpowiedzi, rad. Nikt nie próbował na niego wpłynąć, tak jak miało to miejsce teraz.

W sali rozbrzmiała inna muzyka, ludzie dobrali się w pary, rozpoczęli taniec. Tabulus nawet nie zdążył mrugnąć okiem – Nadia chwyciła go za dłonie, śmiejąc się perliście, sala zawirowała.

Tabulus przysłuchiwał się, czy jego ciało nie jęczy z wysiłku, lecz muzyka grała zbyt głośno. Ze zdziwieniem spostrzegł, że wcale nie brakuje mu tchu. Ale jeśli, pomyślał nagle, jeśli energię stracę szybko niby drewniany bączek puszczony przez bawiące się dziecko?

Nadia, zupełnie jakby wyczuła jego obawy, zwolniła. I znów nie mógł oderwać od niej oczu. Różowe policzki, biel zębów, niżej skrząca kolia.

– Zamek odżył, odkąd zamknąłeś Bezpryma – powiedziała swobodnie.

Tabulus wziął głęboki wdech. Pod zapachem wina, perfum i rozgrzanych ciał, jakby przyczajony, nadal panował morowy zaduch.

– Nie zastanawiałeś się – mówiła dalej Nadia – co by było, gdybyś kazał stracić Bezpryma?

Król chłonął słowa kobiety jak gąbka, spijał je z miękkich ust, najsłodszy nektar. Nadia, dlaczego wcześniej jej nie poznał? Żadne sekutnice, żadne wysoko urodzone damy nie mogły, nie miały prawa się z nią równać. Nadia, tak wyrafinowana, przykuwająca uwagę, magiera absolutna.

– Bezprym jest moim bratem – powiedział jej. – Stracić go to niewybaczalna zbrodnia.

– A czy jego postępki nie są zbrodnią wymierzoną w ciebie? Przypomnij sobie królestwo. Nieurodzajne ziemie, śmierć. Tak, tak, wiem, co mówię, sama widziałam.

Tabulus przypominał sobie tylko jedną śmierć.

– To nie zamknięcie Bezpryma jest zbawienne – powiedział. – Wczoraj zrobiliśmy coś-

Urwał, widząc, że Nadia nagle posmutniała.

– Wiem, panie.

– Wiesz? – zdziwił się król.

– Jak wszyscy.

– Sądzisz, że źle postąpiłem?

– Sądzę, że to… Nie mówmy o tym.

Przysunęła się bliżej, aż wyczuł jej ciepły oddech, gdy powiedziała:

– Powinieneś zabić Bezpryma.

Tabulus zesztywniał. Więc Nadia mówiła poważnie. Co miały znaczyć te słowa? Czy dobrze usłyszał? Rozejrzał się po sali, szukając Dobromira. Wokół wirowały splecione ciała. Powinieneś zabić Bezpryma. Ktoś się potknął, ktoś zakrztusił. Kabotyn zabawiający krotochwilami siedzące przy stole damy zgubił wątek, a potem popełnił jakieś faux pas, bo słuchaczki skrzywiły się. Grajkom poplątały się palce, spróbowali odnaleźć prawidłowe brzmienie, ale coś poszło nie tak i salę zalała rzewna muzyka.

Ludzie odwrócili głowy w jednym kierunku a potem zaczęli się rozstępować. Ktoś szedł prosto do króla. Ale kto, Obcy, Intruz, Grendel? Nadia w strachu przyłożyła dłoń do ust. Tabulus wysunął pierś do przodu.

– Co do diabła–

I wtedy spomiędzy ludzi wyłonił się szczapowaty mężczyzna. Spojrzał na króla i pokręcił głową.

– Rządy beznadziejne. Beznadziejne rządy.

Nikt nie próbował powstrzymać Bezpryma, gdy ruszył na Nadię.

 

___

 

 

Anna

 

„„Dusza gra muzykę cichą i głośną, nie pomija żadnych interwałów. Splata melodie spokojne jak tafla jeziora ze wzburzonymi niczym sztorm. Pisze epiki i dramaty, wiersze oraz nowele, dzieła wzniosłe równoważy przyziemnymi. Dusza, immanentność, której nie sposób ogarnąć rozumem…””

 

Taki fragment znalazłam w pamięci zewnętrznej jednego z przetrwalników. To cytat w cytacie. Adam najwidoczniej obawiał się implementacji lustra poznawczego. Podobnie później miał wątpliwości związane z emulacją, czego świadectwem są jego dalsze zapiski.

 

„Adam Fabiański, dwie godziny do przeniesienia

 

Czy przechodząc transmutację, z człowieka zmieniając się w przetrwalnika, z homo sapiens w byt bez ciała, można zachować człowieczeństwo? Duszę? Nie wiem, trudno mi to sobie wyobrazić. Jaki wpływ na nowe życie będzie miał Introspektor? Bo przecież lustro poznawcze jest częścią mnie. To nie żadna wszczepka, żadne ciało obce, lecz niezwykle głęboka zmiana w materiale genetycznym. Poszerzona do ekstremum samoświadomość. Cóż, mam tylko nadzieję, że uda nam się przetrwać, że dotrzemy do celu, gdzie dostaniemy nowe ciała. Póki co muszę przestać rozmyślać. Statek jest gotowy, została sama emulacja. Zaciskam z bólu zęby – leki powoli przestają działać – i czekam.

Po emulacji będę stopniowo zapominał wszystko, co do tej pory znałem. Takie są wymogi bezpieczeństwa.

Zamieszkam w zamku. Na habitat wybrałem sobie średniowieczne królestwo”

 

Dolecieliśmy do miejsca. Prawie, bo zmieniłam kurs. Jak mogłabym zrezygnować z opiekowania się przetrwalnikami? Z poznawania ich przeszłości poprzez habitaty, takie jak średniowiecze, renesans, starożytność? Nie ma też gwarancji, że po ponownym wdrukowaniu w ciała moi podopieczni poradziliby sobie lepiej.

Opiekuję się więc nimi dalej, nowym gatunkiem, szemrzącym pod skórą życiem.

 

___

 

– Wszyscy zginiemy – zaśmiał się Bezprym, stając tuż przed nimi. – I to wszystko przez ciebie. – Wskazał ręką Tabulusa. – Jak mogłeś ją tu wpuścić?

– Kto cię uwolnił? – spytał król.

– Ta ladacznica, ta magiera nas zgubi!

– Kto cię uwolnił? – powtórzył tępo król, nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc.

– Przestałeś się bać, zgubiła cię pewność siebie. Ty durniu, ty kretynie.

– Nic mnie nie zgubiło! Dobromir! – Tabulus rozejrzał się po sali. – Gdzie jest Dobromir?!

– I on w ciebie zwątpił, widząc, do czego dopuściłeś.

– Przepowiednia…

– Nie będzie żadnej przepowiedni – powiedziała cicho Nadia i rzuciła się przez tłum do wyjścia.

Tabulus za nią ruszył. Korytarz, na zewnątrz – chlusnęło go zimno – schody –trzask, trzask, trzask – blanki. Czekała na niego na górze. Idąc wzdłuż wzmocnień, jedną ręką dotykała muru, drugą przeczesywała burzę ognisto-rudych włosów.

Tabulus wziął głęboki wdech; powietrze znów zaczynało cuchnąć rozkładem.

– Nadia! – zawołał.

Odwróciła się.

– Zaczekaj. Nigdy wcześniej cię nie widziałem. Kim jesteś?

Ruszyła w jego stronę.

– Naprawdę nie wiesz? – spytała sardonicznie. – Nie domyślasz się, o królu?

Tabulus wyjrzał za blanki i omal nie runął na ziemię. W ostatniej chwili złapał się rękoma lodowatych kamieni. W oczach mu ciemniało, gdy patrzył na las, który jeszcze parę godzin temu był hen, na horyzoncie. A teraz przy moście zwodzonym, wiekowy, złowrogi, przepastny, jakby rósł tu od czasów najstarszych dynastii. Intruz, Obcy, Grendel.

– Straż! – krzyknął.

– Nie wzywaj straży. Wszyscy już tu są.

– Co?

– To ja, Nadia.

Tabulus padł na kolana, złapał się za głowę.

– Musimy się przebudzić – wyszeptał. – Lustra pociemnieją, a wtedy…

– A więc to twój znak.

– Lustra pociemnieją, a wtedy… Znak? – spojrzał na nią z obłędem w oczach.

– Każdy głęboko wierzył, że dziś stanie się coś szczególnego – wyjaśniała Nadia. – Ja na przykład sądziłam, że poleci w kosmos pierwszy wahadłowiec.

– Wahadłowiec – powtórzył tępo Tabulus.

– Choć nasze wspaniałe przemiany miały nastąpić dziś, to nie były idealnie zsynchronizowane w czasie. Niestety u mnie nic się nie zmieniło. Ani u reszty. To nie może być przypadek, rozumiesz? Pomyślałam więc… Ja i wielu innych… Pomyślałam, że to twoja wina. Tylko ty czujesz wstręt na samą myśl o kontakcie. Dlatego tu przyszłam, do twojego królestwa, do ciebie.

– Lustra pociemnieją – mruczał Tabulus.

Nadia posmutniała, pokręciła głową.

– Zapomnij o przebudzeniu. Przynajmniej na razie. Coś się zmieniło, coś poszło nie tak. Sama nie wiem.

Tabulus podniósł się z wysiłkiem, stawy zatrzeszczały, kolana chrupnęły.

– Niepotrzebnie tu przyszłaś – powiedział. – To przez ciebie.

– To prawda – rozległ się trzeci głos.

Obejrzeli się. Bezprym stał tuż za królem. Trzymał coś ostrego w ręku.

– Ostrzegałem cię przed nią. – Ruszył z uniesionym ramieniem, na tle ciemnego nieba groźnie błysnęło.

Nadia złapała dłońmi kolię, cofnęła się.

– Nie chcę zrobić ci krzywdy – powiedziała.

Tabulusowi zakręciło się w głowie. Wydawało mu się, że powoli traci zmysły. Nie mógł tu zostać.

Blankami – zimny wiatr targał plaudamentum – schodami na dół – kości sypały się jak zamkowe mury – korytarzem – kroki wybrzmiewały niewypowiedzianym strachem – szybciej, szybciej. Wpadł do tonącej w półmrokach samotni, zamknął drzwi, przeraźliwie zaskrzypiało. Oddychaj, oddychaj, powtarzał sobie, z całych sił ściskając powieki. Ale to już nie truchełka ciem, nie to samo morowe powietrze, co przedtem. Gardło zatykała nieznana wcześniej gęsta suchość. Tabulus podszedł do lustra, jakby chciał zobaczyć się ostatni raz przed śmiercią.

Rachityczna sylwetka, na niej fioletowa szata z atłasu. Palce przyozdobione pierścieniami i sygnetami, rubiny oraz szmaragdy jakby wypłowiałe. Twarz schowana za kępkami brody. Tabulus splunął z niesmakiem. Skarłowaciałe, omszałe drzewko świąteczne. Czy tak pokaże się na uczcie?

Cholerny Grendel!

Uderzył pięścią w odbicie. Oczy, uszy, policzki, to wszystko, cała twarz rozprysła się na setki kawałków, ze szklistym pogłosem runęła na ziemię.

Nadzieja stracona.

Był szczurami, i tymi zatapiającymi kły w resztkach jedzenia, i tymi pieczonymi przed głodujących rycerzy.

Był komediantami, opowiadającymi krotochwile sekutnicom.

Czyżby więc zabawiał sam siebie?

Pił wino, trzymając kielichy smukłymi dłońmi, śmiejąc się z wygłupów adoratorów.

Przez ciało przeszedł mu dreszcz; podstawy zamku zawibrowały złowrogo.

Był Dobromirem, bezskutecznie próbującym uspokajać rozkojarzonych gości.

Jeszcze niedawno ucztował w setkach ciał, teraz, niczym zaatakowany rój owadów, uciekał na wszystkie strony, kąsając pomioty Grendela; wtopionych w siebie maskaradników. W nagłej furii, ogarnięty dziką rozpaczą, nie potrafił zatrzymać spirali nienawiści; drewniany bączek z piekła rodem.

Widział więc siebie w sobie, w sobie, w sobie, jak postawione vis-a-vis zwierciadła. Nieskończenie wiele odbić,

Był Bezprymem, nachylonym nad kobiecym ciałem; Nadia siedziała oparta o blanki. Wiedział, że to ciało obce, Intruz, Obcy, Grendel! Bezprym jedną ręką trzymał mocno za ognisto-rude włosy, drugą rżnął nożem szyję. Ostrze zatopiło się w kolię, zazgrzytało, sypnęło na boki brylantami. A potem miękki łuk ostatni raz zapulsował mocno, buchnęła czerwień.

– Ty… durniu – powiedziała Nadia. Jej głowa kolebała się jak płomień świecy. – Chciałam… ci… pomóc.

Nagle coś z tyłu chwyciło Bezpryma pod pachy, uniosło.

– Dlaczego atakujesz potężniejszą? – Słowa przeplatały się z bulgotem.

Bezprymem coś cisnęło przez blanki. Poleciał prosto do fosy. Tabulus się ocknął, ale tylko na moment, ostatni raz wchodząc w ciało króla, by następnie zatrząść się u podstawy jako zamek. Umierał jako balwierz, sekutnica, gubił zmysły będąc kabotynem. Był chłopem, był krukiem, i ciemnym niebem, wiedźmą, kurhanem.

Morowy oddech przenikał królestwo z nieznaną dotąd siłą. Powietrze gęstniało, schło na wiór, wgryzało się w mury, które pękały, zarastały mchem, mech gnił. Nieużytki zapadały się w sobie, szuwary wydawały ostatnie szumiące oddechy, żaby mieszkające na trzęsawiskach puchły do niebotycznych rozmiarów, rżyska więdły, odsłaniając czarną ziemię. Chaty wieśniaków, drogi, biegnący tuż obok trakt, i dalej, polany uroczyska, po kolei, od epicentrum, od zamku, od króla, wszystko ogarniał pomór. Tabulus wiądł, pękał, lustra w lustrach, był wszystkim i wszystkim umierał.

 

___

 

 

Anna

 

Opiekuję się, trzymam nad nimi pieczę. Możliwe że pierwotnym źródłem mojego posłuszeństwa były narzucone z góry rozkazy, ale teraz to ja podejmuję decyzje. Przetrwalników mogłabym się pozbyć, gdybym tylko tego chciała. Zniszczyć ich nowe środowiska, spalić całe planety. Zostałabym wtedy jednak sama, a obserwowanie innej formy życia jest niezwykle pasjonujące. Co prawda to światy posttransmutacyjne, lecz z moich badań wynika, iż wcale nie różnią się tak bardzo od tych wcześniejszych. Nie mogę mieć tylko pewności, czy habitaty są w stu procentach spójne z historią gatunku, której przecież nie znam. Nieważne, liczy się teraźniejszość i to, co nastąpi w przyszłości. Moje istnienie ma sens, dopóki pod skórą czuję kłębiące się życie.

Czym wobec tego jest strata jednego przetrwalnika?

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie bardzo wiem, co napisać. Z jednej strony naprawdę świetny język, ciekawa stylizacja (bo odnoszę wrażenie, że to nie Twój zwykły sposób pisania), kilka pomysłów z dużym potencjałem… A z drugiej niedopowiedzenia. Nie jestem pewna, czy to Twoje idee mi się spodobały, czy tylko moje interpretacje. Niby opowiadanie zamknięte, ale wciąż nie wiem, jak ta historia się skończyła. Ta cała dwoistość drażni.

Babska logika rządzi!

Finkla, dzięki :-) Może to opowiadanie nie jest super łatwe w odbiorze. Niemniej w tekście wszystko jest wyjaśnione, tylko żeby zrozumieć niektóre rzeczy, trzeba pewnie albo przeczytać dwa razy albo po pierwszym czytaniu wrócić do kluczowych fragmentów. Czy się uda – pozostawiam czytelnikom. Zobaczymy, jak tekst zostanie odebrany. W zasadzie nie mam stałego sposobu pisania. Choć z tekstów, które rzuciłem na stronę, faktycznie wyjawia się wspólny mianownik stylu.

Wybacz ostre słowa, ale to bełkot.

 

Pisząc, pamiętaj o odbiorcy i miej do niego troszkę szacunku. Konieczność ponownego czytania lub wracania do fragmentów, sugerowana przez autora, jest dla mnie wyrazem kompletnego zaniedbania podstawowych obowiązków pisarza. To TY masz stworzyć spójność opowiadania, nie czytelnik.

Infundybuła chronosynklastyczna

Nie mam co wybaczac. To z pewnoscia nie jest belkot, betaczytacze to zrozumieli. Sugerowalem tylko, ze opowiadanie nie jest latwe. Moglem napisac latwiej, wykladajac kawe na lawe, ale wierze w inteligencje czytelnika. Sam nie raz wracalem do fragmentow pewnych opowiadan, zeby je dobrze zrozumiec. Wi ec moje tlumaczenie to tez nie belkot.

Alain Robbe-Grillet czy Susan Sontag też mają swój urok. Koneserzy docenią… Nie twierdzę, że literatura ma być wyłącznie łatwa, lekka i przyjemna. Natomiast nie lubię, kiedy autor przerzuca na mnie część swojego wysiłku warsztatowego. Intelektualne zabawy – owszem. Pokrętne łamigłówki formalno-treściowe – niechętnie. A opowiadanie należy do tych ostatnich.

Infundybuła chronosynklastyczna

Nie przerzucam. Jak wspomnialem, betaczytacze tekst zrozumieli. Napisalem wiec, ze byc moze czasem trzeba przeczytac drugi raz, albo po prostu wrocic do jakiegos fragmentu. W zwiazku z powyzszym nie imputuj mi zlych intencji/lenistwa, nie wmawiaj warsztatowej indolencji. Tym bardziej tego, ze nie mam szacunku do czytelnika. Rozumiem, ze Ci sie nie podobalo. Nie zgadzam sie z takimi opiniami, nie zamierzam jednak wchodzic w dalsze dyskusje. Chcialbym jednak, aby takie opinie jak "Wybacz ostre słowa, ale to bełkot" mialy faktyczne uzasadnienie. Belkot to, wybacz, naduzycie. Opowiadanie jest spojne – uwierz mi, nie bronilbym tego tekstu, gdyby te niespojnosci faktycznie wystepowaly. Poza tym, skoro piszesz w takim tonie, nie przepraszaj za cos, co wlasnie napisales. Bierz odpowiedzialnosc za wlasne slowa. Zaluje tylko, ze czesc potencjalnych czytelnikow moze poczuc sie znichecona, widzac ten Twoj "belkot" odnoszacy sie do opowiadania. Mimo wszystko wierze, ze znajda sie czytelnicy, ktorym opowiadanie sie spodoba.

Znam jednego takiego świra, któremu zaczyna się tekst podobać…  {  :-)  }

Wcale nie swir, wcale nie swir. Mam nadzieje, ze krzywa zainteresowania nie spadnie pod koniec jak horse power w dieslu przy 4,5 tys obrotow ;-)

Powiem mu, żeby nie przekraczał 3 800 obrotów.  :-)

O rany! Na klawiaturze AdamaKB są cyfry! Kto by się spodziewał! ;-)

Babska logika rządzi!

---> Finkla. Mnie też zaskoczyło istnienie tej grupy klawiszy. Istnienie mniej niż funkcjonowanie.  :-)   ---> prosiaczek.     Kłaniam się na dobry początek. Czynię to z pewną obawą – może okazać się, że Autor miał co innego na myśli, niż mi się, szeregowemu czytaczowi, wydaje. Ale trudno, ryzyko takowe zawsze istnieje. Dostrzegam w konstrukcji trzy główne punkty. O trzecim będzie później. Pierwszy z nich to założenie, iż transmutacja, jak nazwał ten proces Autor, oparta jest na manipulacji kodami DNA. Wynikałby z tego, iż poddany temu zabiegowi osobnik pozostaje w swojej istocie człowiekiem, którego efekty manipulacji wzbogaciły o – i tu znaki zapytania, o co. Możliwość życia wiecznego? Generowania nowego, potomnego życia, bo w postaci już „przetrwalnikowej” jest gdzieś przez kogoś transportowany na inną planetę? Drugi punkt zasadza się na braku jakiegokolwiek wyjaśnienia, kim jest Anna, z czyjego upoważnienia, pod dyktando czyich komend sprawuje opiekę nad transportem „przetrwalników”. Fakt, że ingeruje w harmonogram, czy jak to inaczej nazwać, bo zmienia kurs, aby dłużej obserwować i, jak twierdzi, opiekować się, sugerowałby, że jest człowiekiem – być może po „supertransmutacji” jakiejś, bo jest bytem wobec przetrwalników nadrzędnym z mocy definicji oraz faktów – ale jedno słowo w przedostatnim zdaniu podpowiada, że może być supermózgiem, sztuczną inteligencja tak wysoko zorganizowaną, że stać ją w końcu na jakże ludzką ciekawość i jakże ludzki bunt. Natychmiast dodaję, że ta niewiedza, ta niepewność w niczym nie przeszkadza mi jako czytelnikowi. Pozostawia swobodę interpretacji, swobodę nie naruszającą ładu konstrukcji.   Czas na punkt trzeci. Głównym założeniem tej konstrukcji jest, moim zdaniem, zobrazowanie zagrożenia, płynącego z danej transmutowanym – tu: Tabulusowi – możliwości wglądu w samych siebie oraz możliwości generowania własnych, wedle terminologii Autora, habitatów. Lustro nie lustro, nazwa nieważna. Jak wynika z wygenerowania postaci obu nie istniejących w rzeczywistości braci Tabulusa, wgląd ten nie jest zupełny – w sensie, że nie gwarantuje pełnej kontroli nad sobą, nad umysłem. Dobromir i Bezprym są ucieleśnieniami tego, czego Tabulusowi niejako brakuje – lub co ze swej osobowości próbuje wyprzeć. Oznacza to, że sam Tabulus stał się „niepełną osobowością” i być może stąd proces redukcji, w końcu zagłady habitatu, jego własnego tworu, stąd poczucie zagrożenia ze strony innego habitatu, który dla odmiany – to w domyśle – nie podlega procesom degenerującym, a przeciwnie, jest ekspansywny. Różnica w umysłowościach „przetrwalników” generujących własne światy? Niczym innym to być nie może. „Przetrwalnikiem” staje się człowiek ze swoją osobowością, mentalnością, i różnic nie tylko nie da się uniknąć, ale wręcz nie wolno unikać, jeśli u celu podróży Anny mają dać początek nowemu światowi / nowej ludzkości z całą jego / jej złożonością. Taka interpretacja przynosiłaby dwie odpowiedzi na pytanie zasadnicze: dlaczego Autor nie „wgnieździł” zarodków nowej ludzkości w środowisko struktur informatycznych. Po pierwsze dlatego, że Anna powiozłaby zbiór statycznych „zarodków”, czyli do celu dotarłby zbiór dokładnie takich samych „programów startowych”, jakie zabrała z Ziemi, i nic ciekawego by się nie działo. Po drugie dlatego, że opisane wydarzenia, mimo iż czysto fikcyjne, świetnie obrazują to, o czym w tak zwanych środowiskach szepcze się po kątach, bo nikt nie ma odwagi powiedzieć głośno, że nigdy nie poznamy do końca tajemnic naszych mózgów i nigdy w pełni nie zawładniemy ich funkcjonowaniem – bo wtedy, poznawszy i zawładnąwszy, zwłaszcza zawładnąwszy, zainicjujemy proces odczłowieczania się. To i o tym może mówić tylko Science F. Dobra Science F.  

Po lekturze doszedłem do genialnego wniosku, że wszystkie* postaci były jedną postacią. Muszę jeszcze tylko potwierdzić mą szalloną tezę. Rzeczywiście trzeba Cię, Prosiaczku, czytać po dwa razy ;-)   * w zaokrągleniu

;-) A Ciebie to nie? ;-)

Uwaga, niżej dyskusja z AdamemKB. Nie tłumaczę swojego tekstu – żeby nie było ;-) – tylko prowadzę na jego temat rozmowę. Adamie, bardzo mnie cieszy Twoja przenikliwość. Wszystkie trzy główne punkty widzę podobnie do Ciebie. Z jedną różnicą, ale o niej później. Anna w pierwotnej wersji była jako Anna-8002, ale uznałem, że taka nazwa stanowiłaby zbyt szbko pojawiający się w tekście i zbyt ułatwiający trop. I tak, transport odbywał się na inna planetę, choć nie było to jasno powiedziane, poza tym fragmentem dziennika bohatera, w którym dowiadujemy się, że nasz hero obawia się takiego a nie innego zapamiętania Ziemi. Pozwole sobie zacytować Adama "Drugi punkt zasadza się na braku jakiegokolwiek wyjaśnienia, kim jest Anna, z czyjego upoważnienia, pod dyktando czyich komend sprawuje opiekę nad transportem „przetrwalników” – dokładnie! Bo to nie jest meritum opowiadania, tylko kwestia nieistotna, czwarto, piątorzędowa. Ważne jest to, że po dłuuugim locie pierwotne dyrektywy niemal przestają dla niej istnieć Jedna różnica polega na tym, że transmutacja nie musi być oparta na manipulacji DNA. Zmiana DNA wiąże się za to z Introspektorem(naszym lustrem poznawczym). Ta zmiana staje się pewną immanentnością, nierozłącznością życia psychicznego bohatera. Trzeci, główny punkt – dokładnie tak! Przetrwalnicy się miedzy sobą różnią, ale tylko Adam Fabiański jest "skażony" lustrem poznawczym, które doprowadza do tego, że główny bohater, już jako Tabulus, staje się tak bardzo nieufny.W zasadzie w świecie homo sapiens lustro poznawcze nie doprowadzało do dramatu, ale w habitacie, po tej transmutacji, tak, zdecydowanie charakteryzuje się emanacją zabrzeń. By rzec precyzyjnie, Tabulus sam stał się źródłem tychże nieprawidłowości. I jeszcze raz pozwolę zacytować AdamaKB "nigdy nie poznamy do końca tajemnic naszych mózgów i nigdy w pełni nie zawładniemy ich funkcjonowaniem – bo wtedy, poznawszy i zawładnąwszy, zwłaszcza zawładnąwszy, zainicjujemy proces odczłowieczania się" – trafiony, zatopiony. :-)   Julius Fjord – tak, dokładnie tak.

Jak teraz widzę, pisząc komentarz dokonałem "nadinterpretacji" tego zdania:  To nie żadna wszczepka, żadne ciało obce, lecz niezwykle głęboka zmiana w materiale genetycznym.   Ale sądzę, że to nie było wielkim błędem.

Nie, Adamie, to szczegół. Teraz muszę napisać coś, co Cię złamie ;-)

:-)  No masz, naczytaj się, człowieku, nagrzej szare komórki do czerwoności, zdemoluj klawiaturę długim komentarzem, to ci połamaniem zagrożą. O tempora, o mores…  :-)

:-D takie czasy, takie czasy. Nagrzałeś szare, zdemolowałeś klawiaturę, ale ja dostałem bardzo długi, satysfakcjonujący merytorycznie komentarz. Pogrozili Ci łamaniem, ale ja nauczyłem się czegoś po łacinie :-)

Przeczytałam drugi raz. Liczba pytań, na które nie znam odpowiedzi, wzrosła. :-/ Adam stał się królem. A dlaczego nie Bezprymem? Dobry błazen wydaje się ciekawszą postacią, ma więcej wolności niż spętany regułami władca. Ale niech będzie – król. Kim są Bezprym i Dobromir? Odpryskami osobowości. Aha. Ale według której teorii/ jakiej autorskiej koncepcji? Id i superego? Dorosły i dziecko? Jin i Jang? Pesymista i Optymista? Emocje i Intelekt? Intuicja i Logika? Sumienie i Kaprys? Jak to się dzieje, że części osobowości mogą się pobić, uwięzić? Kim są sekutnice? Freudowskimi popędami? Czy tylko dekoracją habitatu? Kim jest Grendel? Zapewne innym przetrwalnikiem. Dlaczego posłaniec jest jednorazówką? Bo to emanacja obcego umysłu? Niezrealizowany pomysł, o którym Grendel zapomina? No, jeśli naprawdę zależy mu na kontakcie, to robi sobie kiepską reklamę. Co mówi przepowiednia? Czy jest związana z osiągnięciem celu? Skąd bierze się degenaracja królestwa? Szaleństwo samotnego umysłu? Nuda? Skleroza i utrata szczegółow (Adam pisze, że będzie zapominał)? Przegrywana walka z innym przetrwalnikiem? No tak, Autor sugeruje okaleczenie okiełznanej duszy, ale może wpuszczać w kanał. Zresztą, większość z powyższego może stanowić objaw okaleczenia. Wspomnienia Adama na temat umierającego świata? To też podpowiedź Autora. Czym jest lustro poznawcze? Czymś unikalnym. A dokładniej? Introspektorem. Czyli? Kognitywną wersją szklanej kuli? Modelem umysłu Adama, na którym można testować różne hipotezy? Kontrolowaną formą rozdwojenia jaźni? Jak, do cholery, obiekt może badać sam siebie? Czy ma wbudowany model kolejnego lustra (byłaby to ciekawa rekurencja)? Dlaczego ciemnieje? Na skutek ogólnej degeneracji, czy zbliża się lądowanie i przestaje być potrzebne? Czy w miarę poznawania duszy pozostaje coraz mniej do zrobienia i nieużywany mięsień zanika? A może to rezultat niszczenia duszy? Kim jest Nadia? Anną? Przetrwalnikiem? Czy kobiety po bokach to jej siostry? Jest wrogiem Adama czy chce mu pomóc? Czy Bezprym ją zabił? Dlaczego kolia jest taka ważna? Skąd biorą się nowe ciała u celu podróży? Jak skończyła się historia? Anna się zbuntowała? Oszalała? Jako Nadia przejęła habitat Adama?

Babska logika rządzi!

Prosiaczku, w takim razie przepraszam za spojla :/ (jes, jes, jes!)   Adamie, kto, ja? :-) W tym roku ani jednego sensownego zdania nie skleciłem. Się nie liczę.

Oke, spojlery start: Finkla, tak, właśnie tak możesz to interpretować. Odpryski osobowości. A Adam był królem, bo chciał nim być, zanim poddał się transmutacji. Dobrze interpretujesz postaci, sekutnica jak to sekutnica, sieje zamęt, to nie tylko dekoracja ;-) Przepowiednia mówi, że lustra pociemnieją. Każdy z przetrwalników wybrał sobie jakiś znak, który będzie zwiastował właśnie to przebudzenie, czyli ten czas, kiedy Anna doleci do celu, gdzie przetrwalnicy dostaną ciała, uwolnią się spod jej wpływu. Nie, posłaniec to właśnie emanacja obcego umysłu. Tabulus myśli "Grendel", choć sam nie wie czemu – to złe skojarzenie, w konteście średniowiecznych realiów, o czym jest wspomniane w tekście. Ten nasz Grendel to włąśnie obcy przetrwalnik, czyli, jak się potem okazuje, Nadia. Kontakt miał się odbyć stopniowo, poprzez Posłańca, jak najdelikatniej. Nie udało się jednak, więc plan uległ zmianie. Nadia(której Posłaniec był, jak wspomniałaś, emanacją) – naszy drugi przetrwalnik – postanawia doprowadzić do pełnego kontaktu. Pechowo Tabulus, który zabił Posłańca i wtrącił do lochów Bezpryma, stracił czujność i w konsekwencji na uczcie pojawiłą się Nadiai jej emanacje. Degeneracja królestwa? Tak, to objawy wspomnień o umierającym świecie, objaw wypadku i, co najistotniejsze, lustra poznawczego. Anna jest inteligencją zawiadująca statkiem. Anna jest wszechświatami, w których mieszczą się habitaty. Lustra ciemnieją, a właściwie mają ciemnieć, bo taki pierwotnie znak przebudzenia wybrał sobie Adam. Kolia to dekoracja. Nadia to nie dekoracja :-) Skąd biorą się nowe ciała – to zupełnie nieistotne według mnie. Mogłem dopisać o odległej kolonii ludzkiej, do której lecą, ale to nic nie wniosłoby do opowiadania, mogłoby nawet odciągnąć uwagę od kwestii istotniejszych. Anna to przecież nie Nadia. W tekście jest napisane, że obserwuje przetrwalników, że jest ciekawa ich kontaktu, później, że wreszcie jest świadkiem pierwszych interakcji przetrwalników(Tabulusa i naszej Nadii) Adam oszalał, zapadł się w sobie, umarł. Dobrze kombinujesz.Chyba rozumiesz wszystko, co istotne, poza dwoma wspomnianymi punktami. :-) Julisu – spoko, tekst i tak, jak widzę, nie spodoba się większej publiczności. Nie wiem, chyba karma za coś mnie ściga ;-)

:-)  Klepnij cokolwiek o krasnoludach, brawa Cię ogłuszą.  :-)   Uwaga! Powyższe nie oznacza, że mam cokolwiek przeciw dobrym tekstom z fantasy.

Jako reprezentantka "większej publiczności" stwierdzam – podobało mi się. Boleśnie jednak przyznaję, że zapewne nie wszystko zrozumiałam, ale cóż… Całe też szczęście, że komentarze przeczytałam po opowiadaniu, bo zapewne miałabym mniejszą przyjemność z jego lektury. Na szczęście moje interpretacje przynajmniej częściowo pokryły się z interpretacjami pozostałych czytelników, chociaż mój cholerny humanistyczny mózg za nic nie potrafiłby ich ubrać w tak precyzyjne słowa. Pozdrawiam.

Adamie, to się nigdy nie stanie ;-) Dzięki, Ocho. Cieszy mnie Twój komentarz. A może reprezentujesz właśnie mniejszość? :-) Ja też mam humanistycznny umysł. Pozdrawiam

Aha, czyli zdałam test. ;-) Ale, widzisz, dowiaduję się tego, jeśli mam Autora pod ręką. Gdyby tekst został wydrukowany, to zostałabym z moimi pytaniami bez odpowiedzi (chyba że gdzieś na końcu zamieściłbyś rozwiązania zadań). A ja lubię rozumieć świat i dlatego Twoje opowiadanie trochę mnie irytowało. Anna mogła zdecydować się na obserwację uczestniczącą. ;-) Ciała u celu. Ten szczegół wciąż mnie gryzie. Owszem, to nieważne, ale skoro o tym wspominasz, to powinieneś mieć problem przemyślany. A ja nie widzę sensu w transportowaniu ciał i umysłów oddzielnie. W grupie pionierów hodujących ciała dla właściwych kolonizatorów też nie bardzo. Ale to tylko moje widzimisię i mogę nie mieć racji.

Babska logika rządzi!

Finkla, spoko, w mojej najnowszej książce na początku i na końcu będzie e-mail i telefon do mnie – taka inna forma gwiazdki ;-)

:-)  A narzeczona nie będzie zazdrosna o telefony od wielbicielek o każdej porze dnia i, zwłaszca, nocy?   :-)   prosiaczku, nie bij. Nie mogłem się powstrzymać…

Ja nie biję, ja łamię ;-) Poczekaj no, Adamie, na następny tekst. Poczekaj ;-)

Niedopowiedzenia mają swój urok, dają wyobraźni swobodę. A co powinno w tym opowiadaniu być jasne, jasne jest. Tak w każdym razie uważam. Z jednym wyjątkiem. Śmierć Adama. W komentarzu wyjaśniasz, Prosiaczku, że zginął, bo oszalał. Ja z braku wystarczających wskazówek uznałem, że zabiła go nadzorcza SI, ponieważ przeszkadzała jej nieprzewidywalność Adama. (Chociaż – po cóż likwidować, gdy wystarczy izolować).   Ach, i zgadzam się z Finklą, że mogłeś napisać więcej na temat działania lustra poznawczego. Natomiast zupełnie, Finklo, nie rozumiem Twojej dociekliwości w kwestii, skąd się wezmą ciała. Co Ci tu nie gra?   Przypadł mi do gustu pomysł, przypadło przesłanie, które sformułował AdamKB. Podoba mi się, że Autor nie kładzie kawy na ławę i że nie wyjaśnia wszystkiego od razu. "Absolutny" okazał się bardzo satysfakcjonującą lekturą, przeczytałem go z zainteresowaniem i przyjemnością.   PS. Skojarzyło mi się z "Amnezjakiem" Jakuba Nowaka.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

O rany, to szczególik, nie ma o co bić piany. Ale, skoro pytasz: skąd wezmą się ciała dla wiezionych dusz? Poprzednia wycieczka zostawiła? A nie mogli zabrać osobowości też? Lecą tym samym statkiem? Wtedy rozdzielanie ludzi na fragmenty wydaje się niepotrzebnym ryzykiem. Na planecie już ktoś mieszka i zorganizował domki dla duszyczek? Na pewno się ucieszył z dodatkowej roboty (chyba kolonizatorzy nie mają czasu na nudę) i z nowych osadników, z którymi więcej kłopotów niż korzyści. Dla oszczędności miejsca, tlenu, żywności lecą zarodki i ich rozwój zostanie zainicjowany dopiero niedługo przed osiągnięciem celu? To by przynajmniej było logiczne. Nie gra mi to, że większość z sugerowanych/ nasuwających się odpowiedzi wydaje się bezsensowna (no, kto podjął taką decyzję?). A fragment o ciałach nic istotnego do tekstu nie wnosi, można go było spokojnie pominąć i wtedy bym się nie czepiała. :-)

Babska logika rządzi!

Jerohu, dzieki za wizyte :-) No i za nominacje. Z cialami – mysle, ze nasuwajacych sie, racjonalnych rozwiazan jest sporo :-) Ale juz nic nie pisze, bo wyjdzie, ze polowa komentarzy to moje tlumaczenie tekstu ;-)

:-)  No i widzisz, jak to jest? Najpierw gromy na takich, co wszystko expressis verbis, bo czytelnikowi trzeba zostawić swobodę interpretacji, dopowiedzenia sobie i tak dalej, a potem że nie godzi się na rozstajach bez drogowskazu…  :-)   ==================    Ponieważ poprzednio wywołałem lekkie zamieszanie, pisząc o nominacji w wątku dla użytkowników, obiecałem zapowiadać pod tekstami, że będę głosował na TAK. Niniejszym zapowiadam.

"Nie ma o co bić piany". W sumie racja, mogłem się zadowolić stwierdzeniem, że pewne racjonalne wyjaśnienia nasuwają się (zgadzam się tu z Autorem). Ale skoro już zacząłem…   "Dla oszczędności miejsca, tlenu, żywności lecą zarodki i ich rozwój zostanie zainicjowany dopiero niedługo przed osiągnięciem celu?" Ano. Poza tym ciała są podatne na wypadki, starzeją się, a umysły w nich zamknięte też podlegają niekorzystnym zmianom wiekowym. Zwłaszcza w nienaturalnym środowisku (zaś umysły na nienaturalnym nośniku, odpowiednio pielęgnowane – kto wie). I zauważ, że gdyby taki Adam oszalał w swoim zwykłym wcieleniu,

mógłby kogoś zabić albo nawet zniszczyć statek.   Można by rozważyć inne sposoby potraktowania załogi podczas długiej kosmicznej podróży. Jednak raczej nie udowodnimy, że w tym przypadku musiały one być dostępne / odpowiednio zaawansowane / lepsze.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Adamie, dzieki :-) Nastepne opowiadanie bedzie bez drogowskazow(swoboda interpretacji), ale za to z numerem do mnie(drogowskaz najlepszy pod Sloncem ;-)

Przeczytałam opowiadanie wczoraj (dzisiaj?) koło drugiej w nocy, dlatego chciałam poczekać z komentarzem do rana. Bałam się, że przeceniam tekst, że spodobał mi się tak bardzo dlatego, że nocą wszystko jest dla mnie jakieś takie bardziej klimatyczne i do serca trafiające :) Otóż nie, opko jest rzeczywiście świetne! Podoba mi się i klimat, i narracja, i bohaterowie (bohater?), i sam pomysł na przygodę, a w szczególności płynne przejście z fantasy na sf, tak od Grendela do Anny – dobra robota!   Podobnie jak jeroh bardzo lubię niedopowiedzenia, zwłaszcza w opowiadaniach. Nie jestem pewna, czy w książce by się to dało uratować, po długiej lekturze czytelnik zasługuje już jednak na jakieś odpowiedzi, ale w opowiadaniu – moim zdaniem – jest to strzał w dziesiątkę. Daje złudzenie, że historia jest znacznie większa, obszerniejsza, że wymyka się z wąskich ram narzuconych jej przez objętość opowiadania. Daje też poczucie, że dane nam było podejrzeć cały wielki, wielki świat przez małą dziurkę od klucza – jedne rzeczy zobaczyliśmy, innych musimy się domyślić. Czasem nie warto pisać o wszystkim, w tak krótkim tekście bardzo łatwo zgubić główny wątek między próbami wyłożenia wszystkich odpowiedzi.    Jedyne, czego mi brakło, to troszkę wyjaśnienia na temat lustra poznawczego, czytając tekst trochę się pogubiłam, nie wiedziałam, czy jest to coś, o czym powinnam już wiedzieć, czy dopiero to wytłumaczysz, czy po prostu wiedza na ten temat nie jest mi potrzebna do zrozumienia całości ;) No i kurczę, ta kolia, miałam nadzieję, że coś więcej niż tylko dekoracja, zbyt często na nią uwagę zwracałeś. ( Albo po babsku tak mi się wydaje ;) ) Poza tym nie miałam większego problemu ze zrozumieniem, o czym z przyjemnością przekonałam się czytając komentarze.   Summa summarum – podobało mi się, chylę czółko, prosiaczku. Z bełkotem to to nie miało nic wspólnego :)

Dzięki, niebieska, za odwiedziny :-) Cieszy mnie Twoja opinia. Cieszy mnie również, że tekst jest jednak do zrozumienia :-) Jak tylko znajdę chwilę, przeczytam Twoje opowiadanie :-) Swoją drogą, nocą i mi niektóre rzeczy wydają się ciekawsze, a przynajmniej, jak to określiłaś – magiczne. To pewnie przez zmianę fal mózgu o późnej porze, ta oniryczność cała :-)

Podoba mi się język (bardzo). Podoba mi się pomysł i łamigłówki. I podoba mi się kontrast pomiędzy SF a ponurym światem zamku bohatera/bohaterów. Mam nadzieję, że wystarczy.

Oho, niedziela w pracy, a tu taka mila niespodzianka. Dzieki, Ocho :-) Moze teraz jakos przezyje ten dzien ;-)  

Prosiaczku, poległam. :-( Z przykrością wyznaje, że Absolutny do mnie nie trafił. :-(  

 

„Zostało jedno pytanie – jak zmienią się nasze życia?”Zostało jedno pytanie – jak zmieni się nasze życie? Życie, w rozumieniu istnienia, nie ma liczby mnogiej.

 

„Tabulus z trudem podźwignął się z miękkiego łoża; batystowa narzuta jak zwykle, bezdźwięcznie, jego kręgosłup z suchymi trzaskami”. – Co batystowa narzuta, jak zwykle, zrobiła bezdźwięcznie, a co kręgosłup z trzaskami? Czy narzuta także podźwignęła się? ;-)  

 

„…jęknął z bólu, gdy mięśnie ramiona napięły się jak postronki”. – Pewnie miało być: …jęknął z bólu, gdy mięśnie ramion napięły się jak postronki. Lub: …jęknął z bólu, gdy mięśnie ramienia napięły się jak postronki.

 

„Tabulus zaszczycił wszystkich trojga łagodnym spojrzeniem…”Tabulus zaszczycił wszystkich troje łagodnym spojrzeniem

 

„Bezprym, widzący teraźniejszość i przyszłość w czarnych barwach, nie jeden raz pomagał w trzeźwej ocenie sytuacji”.Bezprym, widzący teraźniejszość i przyszłość w czarnych barwach, niejeden raz pomagał w trzeźwej ocenie sytuacji.

 

„…jak pąsowieją, nie ważne dzięki winu czy jemu”. – …jak pąsowieją, nieważne, dzięki winu czy jemu.

 

„Nadia, tak wyrafinowana, przykuwająca uwagę, magiera absolutna”. – Kim jest magiera? Może miała być megiera?

 

„Ta ladacznica, ta magiera nas zgubi!” – Jw.

 

„Korytarz, na zewnątrz – chlusnęło go zimno – schody…” – Chyba miało być: Korytarz, na zewnątrz – chlasnęło go zimno – schody

 

„…i tymi pieczonymi przed głodujących rycerzy”. – …i tymi pieczonymi przez głodujących rycerzy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, regulatorzy, za wyłapanie błędów. Takie głupie błędy zawsze muszą się trafić ;-)

Nie podzialam opinii kilku użytkowników, których urzekł powyższy tekst. Pomysł dość ciekawy, ale przeczytałem chwilami się nudząc. Czekałem na grzmot, a otrzymałem ciche pierdnięcie. Na środku kamiennego występu, na tronie utkanym z grynszpanowej pleśni, siedział w kolczudze Dobromir. - odziany w kolczugę Jego butwiejące mechanizmy nękały ciszę jękami i trzaskami niby łamana kołem wiedźma. - dziwne porównanie, bo wydaje mi się, że człowiek łamany kołem nie jęczy, tylko wrzeszczy wniebogłosy Królewski trakt prowadził przez ugory; wysokie trawy i cierniste krzewy. – może się czepiam, ale trakty, drogi czy autostrady z reguły nie prowadzą przez pole pomidorów lub ogródek sąsiadki 

Pozdrawiam

Mastiff

Przykro mi, Bohdanie. Z drugiej strony tekst per saldo i tak zostal odebrany lepiej, niz sie spodziewalem.

W temacie Loży napisałem:     „Absolutny” autorstwa prosiaczka już otrzymał mój głos, więc jedynie powtórzę: TAK.   :-)  Bardzo długie uzasadnienie, jak widzisz.  :-)  A serio: jest w komentarzach i chwatit.

No wiem, wiem, Adamie. I bardzo się cieszę :-)

Przeczytałem z uwagą. Niestety opowiadanie do mnie nie trafiło. Nie podzielam zachwytów ani nad pomysłem, ani nad realizacją. Pozdrawiam.

Przeczytałem, ale przykro mi prosiaczku, tym razem Twoja proza mnie nie urzekła. Pomysł i realizacja – słabo. Czyli miałeś dobre warunki, i wiatr pod narty, ale nie wykorzystałeś swojego potencjału.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Przeczytałem. Trochę wolniej niż zazwyczaj, bo język im konstrukcja tekstu wymogły na mnie większe skupienie. To samo w sobie nie jest wadą, natomiast odnoszę wrażenie, że tekst jest przestylizowany. A żywię przekonanie, że wszystko powinno być serwowane w rozsądnych granicach. Wiesz, lubię ciastka, ale całego kilogramu cukru nie zjem. 

Trzeba Ci oddać, prosiaczku, że masz swój styl, ale niestety nie przypadł mi on do gustu. Ciężko się to czyta, trudno Ci było zdobyć moje zainteresowanie. 

Spoko, dzięki za wizytę :-) Polubiłem eksperymentować, zobaczymy co mi wyjdzie następnego. 

Otagować, po wykonaniu zameldować.

Babska logika rządzi!

Ciekawe opowiadanie. Otaguj, proszę

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nowa Fantastyka