- Opowiadanie: AlexFagus - Błędy w przekładzie. Nebula [dyptyk]

Błędy w przekładzie. Nebula [dyptyk]

Dziękuję Adamowi za inspirację, a Finkli za współpracę i świetną zabawę:) Co złego to ja i tylko ja

Druga (pierwsza) część dyptyku TUTAJ 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Błędy w przekładzie. Nebula [dyptyk]

 

Skrzynka odbiorcza. Nebula. Konwersacja rozpoczęła się 09 października 2013

 

nebula: Cześć, czytałem Twojego maila. Skoro odnalazłeś tamten brulion, to pewnie domyślasz się, że poprzedni właściciel otrzymał go ode mnie. A co za tym idzie – że nie jestem człowiekiem.

 

adam79: Dzięki za odpowiedź. Domyślam się, tylko głupio było wyskakiwać z pytaniami wprost: „Czy naprawdę znałeś faceta, którego biografię piszę?”. A gdybym się pomylił? Ale chęci na zadawanie dalej mam. Mogę?

 

nebula: W sumie, co szkodzi odpowiedzieć na kilka pytań? Może tym razem nie popchnę świata na skraj zagłady – he, he.

 

adam79: Jak się naprawdę nazywasz? Jak mam się do Ciebie zwracać?

 

nebula: Naprawdę nazywam się… Ech, i już zaczynają się problemy. Możesz zwać mnie Seledynkiem, jak to złośliwie czynił wcześniejszy korespondent.

 

adam79: Hmmm, nie chciałbym być złośliwy już na wstępie. Przejrzałem korespondencję, o której wspominasz. Twój rozmówca nie zaczął tak od razu. A na czym właściwie polega problem?

 

nebula: Widzisz, moje prawdziwe imię nie tak łatwo przelać na papier czy wystukać na klawiaturze. Da się, oczywiście, że się da – wystarczy wyrysować delikatną siateczkę wiązań i cząsteczek, lecz wtedy utraci ono całą swą ulotną poezję, cały emocjonalny ładunek cywilizacyjnej otoczki. Bo jak wytłumaczyć zawarte w nim niuanse istocie, u której zmysły chemiczne niemal nie odgrywają roli w komunikacji?

 

adam79: Chyba trochę przesadzasz. Może rzadko o tym mówimy, ale podświadomość mężczyzny rozpoznaje, czy kobieta jest w płodnej fazie cyklu, czy nie. Dziewczyny też potrafią wyciągać niesamowite wnioski z zapachu potu.

 

nebula: Toż to zmysł prawie tak precyzyjny jak wzrok u eugleny! Wybacz sarkazm. Owszem, wydzielacie feromony, lecz cóż z tego, skoro za wszelką cenę usiłujecie się ich pozbyć? Używacie perfum, a jednak przy ich wyborze kierujecie się modą. Modą! Wiesz, jak ja to odbieram? Wyobraź sobie, że idziesz przez miasto, a co druga osoba wrzeszczy na cały głos: „Wyrewolwerowany kaloryfer!”. Zwariować można.

 

adam79: Faktycznie, trochę dziwnie by to wyglądało. Ale oprócz węchu mamy jeszcze smak.

 

nebula: Smak? No tak, przecież twierdzicie, że przez pobudzenie tego zmysłu potraficie wyrażać uczucia. Możliwe. Tylko wytłumacz mi, proszę, jakim cudem schabowy i suflet pomarańczowy znaczą dla Was to samo? No jak?!

 

adam79: Ależ to bardzo proste. Jedno i drugie oznacza: „Spójrz, potrafię zapewniać Tobie i naszym potomkom pyszne jedzonko. Żywność już mamy, możemy zająć się produkcją dzieci?” ;-) Mam wrażenie, że zbytnio komplikujesz proste sprawy.

 

nebula: Komplikuję? Hmm… nie potrafię tego zwalczyć. Trudno zamknąć mój wielowymiarowy tok rozumowania w typowej dla Was prostej formie, uwięzić go w klatce Waszych pojęć. Bo myśli moje nie są myślami Waszymi ani Wasze drogi moimi drogami. A jednak usiłuję to zrobić, powoli uczę się Was, choć zdaję sobie sprawę, że nieprędko uda mi się osiągnąć cel. Zbyt wiele nas różni.

 

adam79: No dobrze, zostawmy ludzkie kanały komunikacji w spokoju. Czym Ty jesteś? Jak nazwałbyś Twoją rasę?

 

nebula: Czym jestem? A czym Ty jesteś? Człowiekiem, tak? Ssakiem. Zwierzęciem. Rozumnym organizmem opartym na węglu. Wszystko pięknie, tylko widzisz, kiedy pierwszy raz zawędrowałem w okolice Waszej Ziemi, terminy te nic dla mnie nie znaczyły. Tak samo puste wydałyby Ci się obecnie moje tłumaczenia.

 

adam79: Icek, ty daj mnie szansę! (Taki stary, ziemski dowcip. Znasz? Masz poczucie humoru?) Spróbuj, może jednak zrozumiem.

 

nebula: Może gdybyś miał kilka tysięcy lat na przemyślenia…

 

adam79: Może, gdybyś dobrze wszystko wyjaśnił, uwinąłbym się w dwadzieścia lat… Kontaktowałeś się wcześniej z ludźmi. Co im o sobie mówiłeś?

 

nebula: O sobie? Niewiele. Twój poprzednik uważał, że stanowię – cytuję – Samoświadomą Bezcielesną Inteligencję Gazowo-Pyłową. Brzmi jak hasło do zdobycia grantu, czyż nie? A jak zmniejsza czytelność tekstu! Sprawdź sam w edytorze.

 

adam79: Faktycznie, nieco nieporęczne w użyciu. To jak mam się do Ciebie zwracać?

 

nebula: Dla Ciebie, mogę być obłokiem. A właściwie: Obłokiem.

 

adam79: Dobrze, Obłoku. Wyjaśnij mi proszę, kim jesteś. To znaczy, jaką funkcję pełnisz w swoim (i poniekąd w naszym również) społeczeństwie?

 

nebula: Kim jestem? Cóż, z braku lepszego odpowiednika w Waszej kulturze, możemy przyjąć, iż etnografem.

 

adam79: A na czym polega różnica między etnografem w naszej kulturze a Tobą?

 

nebula: Na ściślejszym powiązaniu mojej „działki” z naukami – powiedzmy – przyrodniczymi. Irytuje Cię to kluczenie wokół prostych zdawałoby się spraw? Przez ostatnie milenia nauczyłem się ważyć słowa – ja, dla którego „ciężar” i „słowo” były niegdyś zupełnie abstrakcyjnymi ideami. Zbyt często doświadczałem, jak opłakane skutki mogą mieć błędy w przekładzie.

 

adam79: Jakie na przykład?

 

nebula: Długa historia… Jeśli jesteś ciekawy, wyślę Ci ją na maila. Przynajmniej nie będziesz mi przerywał. Buhahaha (to był zły śmiech, gdybyś nie zauważył) /żart

 

adam79: :-) Jestem naukowcem. To oznacza, że ciekawość uznaję za bardzo pożądaną cechę. A długa historia to dla mnie coś równie fascynującego jak dla Ciebie… Hmmm. Chyba zaczynam rozumieć niektóre z Twoich problemów. Niemniej jednak, spokojnie możesz założyć, że bardzo chciałbym poznać Twoją opowieść. I nie przerywam Ci. Wypowiedź pojawia się kiedy naciskasz enter. ;-p

 

nebula: Wyszczekane z Ciebie białko ;-) Tyle że ja nie naciskam enteru.

 

 

Do:adam_heril@gmail.com

Od: nebula_cel@gmail.com

Temat: Błędy i konsekwencje

 

Witaj, Adamie

W załącznikach znajdziesz interesującą Cię historię.

Mam nadzieję, że nie zanudzę Cię tą przydługą opowieścią. Jeśli będziesz miał jeszcze jakieś pytania – będę na czacie.

Pozdrawiam serdecznie,

Nebula

 

Zał. 1. Efekt ślepej plamki

 

 

Moja pierwsza wyprawa na niepozorną planetkę, którą nasz rodzaj określa jako – z grubsza tłumacząc – α C2H5OH-3, miała miejsce jakieś czterdzieści tysięcy Waszych lat temu. Właściwie wybierałem się wówczas na Wenus, gdyż według obowiązujących hipotez, Twoja ojczysta atmosfera, ze swą śmiesznie małą zawartością dwutlenku węgla oraz niemal zupełnym brakiem dwutlenku siarki – o niedoborze innych kluczowych substancji nie wspominając – absolutnie nie sprzyjała powstaniu inteligentnej formy życia.

Ostatni etap drogi spędziłem na powierzchni jednej z nieokresowych komet. Zawsze lubiłem ten sposób przemieszczania się – nie należy on może do najszybszych, lecz pozwala delektować się pięknem podróży i zapewnia darmowy odpowiednik Waszych drinków z palemką.

Przyznaję, jestem niepoprawnym romantykiem.

W każdym razie, mijając tę nieprzyjazną kupę skał, którą nazywasz domem, zaobserwowałem nietypową aktywność elektromagnetyczną. Aktywność sugerującą istnienie na domniemanej pustyni zalążka jakiejś prostej formy inteligencji.

Osłupiałem. Umysł podsuwał mi wizje prestiżowych nagród, podziwu naukowego światka, dumy – dosłownie – rozpierającej rodziców. Czym prędzej pospieszyłem w kierunku Ziemi.

Dziwi Cię, jak w hałasie pola magnetycznego, w szumie słonecznego wiatru zdołałem wychwycić nikłą aktywność Waszych mózgów? To nic niezwykłego. Ty też pewnie wyłowisz ludzki głos wśród zgiełku miasta, dostrzeżesz kapelusz podgrzybka wśród suchych liści czy specyficzne drgnienie spławika mimo fal na jeziorze. Gdy wiesz, czego szukasz, zaczynasz zauważać drobne nieprawidłowości, odróżniające Twój cel od nieistotnego tła.

To, co na owej kupie skał zastałem, zdziwiło mnie niepomiernie.

Po powierzchni planety przemieszczały się grupy dziwnych, białkowych tworów o śladowej inteligencji, na dodatek zupełnie ze sobą niesprzężonych.

Aż zadrżałem z ekscytacji: oto miałem przed sobą coś, co dotąd stanowiło jedynie – wyśmiewaną przez konserwatystów – teorię moich mentorów. Los dał mi szansę obserwacji Obłoku w Stanie Nieaktywnym.

Planetka krążyła wokół swego słońca, a ja studiowałem zamieszkujące ją dziwo. Prowadziłem pomiary. Zbierałem i katalogowałem dane.

I coraz gorzej znosiłem ówczesny stan rzeczy.

W mojej profesji kluczowe jest unikanie ingerencji w postępowanie analizowanego obiektu. Oczywiście wiemy, że całkowita bezstronność, jak również brak wpływu na przedmiot badania nie są możliwe, lecz wtrącanie się w ewolucję kulturową uznajemy za totalną głupotę i brak profesjonalizmu.

Lecz ja byłem wówczas niedoświadczony, przeładowany szczytnymi ideami i dobrymi intencjami, a przyszło mi obserwować cząstki tak zagubione i prymitywne, że nie potrafiłem zaakceptować zastanej rzeczywistości. Jak myślisz, czy ludzki etnograf też nic by nie zrobił, gdyby zamiast prostej choćby społeczności trafił na grupkę porzuconych dzieci, tarzających się we własnych odchodach?

Postanowiłem pomóc. Nawiązać pierwszy kontakt.

Nie chciałem zaczynać od telepatii. Wychwycenie wzorców waszego myślenia, umożliwiające odpowiednie pobudzanie kory mózgowej, mogło trwać przez kilka pokoleń, a przy tym bezpośrednia komunikacja międzyumysłowa to sprawa delikatna, gdzie łatwo o nietakt. W tej sferze wolałem wyspecjalizować się w sczytywaniu odbieranych przez Was bodźców.

Uznałem, że początkowo ograniczę się do prostych gestów.

W naszej kulturze, jak zresztą w wielu innych, jednym ze sposobów ukazania przychylnego nastawienia jest naśladownictwo.

Wieloletnie analizy pozwoliły mi na stwierdzenie, że u Ziemian spora część komunikacji odbywa się poprzez ruchy drobnych mięśni tej części ciała, na której zgrupowane są Wasze narządy zmysłów.

Znalazłem sporą grupę subinteligentnych cząstek, za jakie wtedy Was uważałem, i częściowo zwiększyłem swą gęstość, tworząc obraz, który uznałem za kwintesencję przyjazności. Wyszło nieźle, zwłaszcza że miałem wówczas przyjemny, liliowy kolor, sugerujący istotę wykształconą i pewną siebie.

Wybrane przez mnie stado rozpierzchło się w panice, lecz jeszcze tego samego dnia wróciło, przynosząc nieco biomasy.

Biedacy dzielili się swoimi skarbami. Zostałem zaakceptowany.

Ucieszyło mnie to i – nie kryję – wzruszyło.

Zdecydowałem się odwdzięczyć. Wiedziałem, jak bardzo cenią ogień, jak szanują go i pielęgnują, jak strzegą palenisk niczym zapewniających przetrwanie źródeł. Postanowiłem dać im go więcej.

Przyspieszyłem ruch cząsteczek, gwałtownie zwiększając temperaturę otoczenia. Roślinność wokół mnie stanęła w płomieniach.

Przez chwilę napawałem się pięknem szalejącego żywiołu. Nagle jednak zauważyłem, że stado ucieka w popłochu, zaś chwilę później dotarła do mnie fala dziwacznych impulsów nerwowych.

Gdy ogień zgasł, zrozumiałem, że zostałem sam. Gdzieś z oddali dobiegały strzępy ludzkich myśli, lecz zaprzyjaźniona grupka zniknęła.

Nie rozumiałem, co się stało. Jak można, ot tak, przestać istnieć? Tylko z powodu narażenia na gwałtowne utlenianie? Przecież to nie miało sensu.

Obłok zawsze stanowi grupę. Mój rodzaj ma kłopoty z przyswojeniem sobie pojęcia jednostki. A zjawisko śmierci jest dla nas już czymś zupełnie obcym. My nie umieramy.

Unosiłem się nad pogorzeliskiem, chwytając w swój obręb niesione wiatrem popioły, próbując nadać im logiczną strukturę. Bezskutecznie. Wśród tańczących w powietrzu cząsteczek nie pozostał nawet ślad inteligencji. Byłem jak dziecko szturchające truchło rozdeptanego przypadkiem kurczaczka.

Wreszcie dotarło do mnie, że uczyniłem coś nieodwracalnego. Zniszczyłem to, co chciałem chronić.

Przygnębiony i zawstydzony opuściłem Ziemię. Wtedy właśnie przybrałem mą obecną barwę – symbolizujący pokorę seledyn.

Jako istota młoda i skłonna do przesadnych gestów, postanowiłem oddać hołd tym, których tak bardzo skrzywdziłem. Przez dziesiątki Waszych pokoleń pracowałem, tworząc… Nie, niech to zostanie tajemnicą. Wiedz jedynie, że gdy Twój gatunek przeczesze porządnie Pas Kuipera, znajdzie tam małą niespodziankę.

 

Zał. 2. Efekt skupienia

 

 

Niezamierzona anihilacja Twoich pobratymców tak mnie rozstroiła, że ostatecznie nikomu o mym epokowym odkryciu nie napomknąłem.

Początkowo wspomnienie ziemskiej porażki dręczyło niczym mezocyklon, lecz w końcu czas uspokoił prądy. Coraz częściej myślałem o Waszej planetce z rozrzewnieniem. Jawiła się ucieczką przed ponurą codziennością, wyidealizowanym azylem. Moim własnym, błękitnym niczym szafir skarbem.

Gdy wróciłem na Ziemię, ilość przedstawicieli Twego gatunku znacznie wzrosła. W rzecznych dolinach, jak ogromne mrówcze kopce, wyrastały ich miasta. Widziałem zalążki dziwacznej, zupełnie obcej formy cywilizacji.

Kilkukrotnie, na stosunkowo mało licznych populacjach, eksperymentowałem nad wymuszoną integracją ludzkich umysłów. Niestety zaobserwowałem, że im więcej Waszych świadomości udawało się sztucznie skonsolidować, tym bardziej ich sumaryczna inteligencja dążyła ku zeru. Zniechęcony porzuciłem tę skazaną na niepowodzenie metodę.

Postanowiłem zwrócić uwagę na coś, co początkowo stanowiło dla mnie absolutnie egzotyczną ideę, a co Twój gatunek zdawał się cenić ponad wszystko.

Przyjrzałem się Jednostce.

Coraz wyraźniej dostrzegałem, że poszczególne ludzkie istoty różnią się między sobą. I że istnieją wśród Was osobniki, które potrafią stać się jądrem kondensacji.

Wy podobną zdolność nazywacie charyzmą.

Musiałem znaleźć kogoś takiego. A potem dobrać się do jego snów.

Nie było to tak proste, jak mogłoby się wydawać, zwłaszcza, że zauważyłem skutki uboczne oddziaływania na człowieczy mózg. Wraz z wydłużaniem się mego kontaktu z danym umysłem, rosło prawdopodobieństwo zachwiania delikatnej równowagi neuroprzekaźników, zapewniającej dobrostan psychiczny. Cecha ta była zmienna osobniczo i związana w dużej mierze z budową jednego z receptorów dopaminergicznych.

Wystarczyła drobna mutacja, by uzyskać linię genetyczną w pewnym stopniu odporną na ów niepożądany efekt.

Tak… Jak widzisz, przez milenia udało mi się nieco poznać Waszą fizjologię.

Jednak szansa trafienia na odpowiedniego rozmówcę nadal pozostawała niewielka. Wyobraź sobie, że do mojej pierwszej próby śródsennego kontaktu, z trzynaściorga genetycznie predysponowanego rodzeństwa, nadawał się zaledwie jeden samczyk! A i ten ostrzeżenie przed anomaliami klimatycznymi, związanymi ze zmianami cyklu słonecznego, zrozumiał dopiero, gdy zobrazowałem mu to za pomocą krów! Niestety, wtedy już tak się zirytowałem, że ta cała rogacizna śniła się też co wrażliwszym Egipcjanom i Hetytom. Inna sprawa, że dzięki temu chłopak zrobił karierę polityczną.

Nie dziw się więc, że interakcję z późniejszym potomkiem interesującej mnie rodziny przyjąłem początkowo z ogromną ekscytacją.

 

***

 

Działo się to w czasach, gdy doszło do potężnej erupcji wulkanu na wyspie Thira, którą teraz zwiecie Santorini. Chmury pyłu wulkanicznego zmierzały w kierunku rejonu zamieszkałego przez obserwowaną rodzinę. Próbowałem zapobiec zagrażającej mym pupilkom katastrofie, zmieniając kierunek prądów powietrza, lecz równie dobrze dziecko mogłoby chcieć zawrócić bieg rzeki patykiem.

Postanowiłem ich ostrzec przed nadciągającym kataklizmem. W końcu żal marnować wysiłki włożone w modyfikacje genetyczne.

 

***

 

Mojemu wybrańcowi charyzmy nie można było odmówić. Przybrane stado wychowało go na osobnika alfa i nawet powrót do krewnych, stojących nisko w tamtejszej hierarchii, nie zmniejszył jego ambicji.

Gdy po raz pierwszy manipulowałem snami upatrzonego samczyka, jako awatara użyłem symbolizującej pokój oliwnej gałązki, a dla podkreślenia swego statusu zastosowałem iluminację.

– Witaj – powiedziałem, delikatnie pobudzając świadomość obserwowanego obiektu.

Wyczytałem narastające zdziwienie. Samczyk poruszył się niespokojnie. Obrazował siebie tak, jak wyglądał na jawie – z towarzyszącym stadem parzystokopytnych włącznie.

– Niegdyś mówiłyśmy do twoich przodków, ale chyba zostałyśmy niewłaściwie zrozumiane…

Postać zamrugała.

– Jesteś Bogiem Abrahama? Bogiem Izaaka i Jakuba? – zapytał człowiek, wyraźnie poruszony.

Faktycznie! Ten osobnik, na którego gametach eksperymentowałem nazywał siebie Abrahamem, a Izaak musiał być pierwszym osobnikiem stworzonej przeze mnie linii!

– Bóg to niezbyt właściwe słowo – stwierdziłem ostrożnie – ale poza tym, z grubsza rzecz biorąc, masz rację.

Mój rozmówca zmieszał się jeszcze bardziej.

– To może ja ściągnę sandały?

– Zdefiniuj „sandały”.

– Eee… Obuwie. Te skórzane rzeczy, które mam na stopach.

– Prosimy, ściągaj, nie krępuj się. Choć… czy możemy wiedzieć, czemu chcesz je zdjąć?

– Bo miejsce, na którym stoję jest święte?

– Święte? Dlaczego tak uważasz?

– Bo Ty tu jesteś.

– Ja jestem? – Posmakowałem słowa, które czyniły z nas/mnie pojedynczą istotę. Dziwna koncepcja. Próbując zrozumieć tę ideę, powtórzyłem: – Ja jestem.

Z niezrozumiałych powodów, samczyk uznał to za imię.

– Ja-Jestem, Panie mój – rzekł klękając – wybacz słudze swemu, Mojżeszowi, i nie zabijaj mnie.

– Dlaczego myślisz, że chcemy cię zabić? – zdziwiłem się. Nagle zastygłem. – Czyżbyś wiedział o… To było dawno temu i zupełnie niechcący! I nigdy się nie powtórzy!

– Tak, potężny Ja-Jestem, wiem, że obiecałeś Noemu nie sprowadzać już potopu…

– Noemu? Potopu? – Nie rozumiałem, o czym on bełkocze. – Zostawmy to. Słuchaj, Mojżeszu, tak? Musicie stąd uciekać.

– O, Panie! Więc jednak spojrzałeś na niedolę Twojego ludu i postanowiłeś wyprowadzić nas z domu niewoli!

– Niedolę? Ach tak, oczywiście. Zaprowadzimy was do krainy, w której będziecie bezpieczni. Tylko musimy się spieszyć.

– Ja-Jestem, Panie – zaczął nieśmiało samczyk – nie, żebym powątpiewał w Twoje słowa, ale kimże jestem, bym miał iść do faraona i wyprowadzić synów Izraela z Egiptu?

– A, racja – przyznałem. Osobniki stojące wyżej w hierarchii rzeczywiście mogły być niezbyt chętne do pozbycia się darmowej siły roboczej. Jednak na naszą korzyść działały fenomeny związane z wybuchem Thiry. – Nie przejmuj się, Mojżeszu. Ruszaj do tego całego faraona i powiedz, żeby wypuścił synów Izraela, bo inaczej się rozgniewamy. Wody rzek staną się czerwone jak ludzka krew. Zwierzęta zaczną się dziwnie zachowywać lub chorować. Nadciągnie ciemność. I głód.

– Ale…

– No, na co czekasz? – zgromiłem samczyka. – Idź!

Obudziłem go.

Usiadł i przetarł oczy.

– A-a-le… ja się ją-ą-kam! – wykrzyknął z rozpaczą.

Chyba rozumiesz, dlaczego początkowo uznałem, że nie jest zbyt bystry.

Myliłem się. Myliłem, i to bardzo, o czym miałem się wkrótce boleśnie przekonać.

 

***

 

Mojżesz, wstydząc się wady wymowy, na przedstawiciela wybrał Aarona, swojego brata. Jego ustami przemawiał do Izraelitów i faraona.

Ten ostatni przez długi czas ignorował rzucane przez mojego pupilka groźby i ostrzeżenia.

Popioły Thiry zaczęły docierać do Egiptu, barwiąc na czerwono wody Nilu, lecz władca pozostał nieugięty. Służący faraonowi czarownicy rozumieli, że zjawisko to, choć widowiskowe, jest czymś zupełnie naturalnym i nie pozwolili zastraszyć monarchy.

Większość ptaków, uciekając przed zagrożeniem, odleciała na południe. W zanieczyszczonych wulkanicznymi pyłami rzekach zaczęły ginąć ryby, a żaby opuszczały swe wodne siedliska. Pozbawione naturalnych wrogów owady zaczęły mnożyć się w zastraszającym tempie.

Lecz Egipcjanie nie zważali na te znaki i nie mieli zamiaru pozwolić odejść niewolnikom.

Zwierzęta hodowlane – pijące skażoną wodę, osłabione przez dręczące je muchy i komary – zaczęły mrzeć. Ze schorzeń nękających egipskie stada, jedno szczególnie mnie niepokoiło. Moi podopieczni często pracowali jako pasterze, a ówczesna sytuacja sprzyjała rozwojowi epidemii.

Widzisz, spora część tamtejszej trzody padła z powodu wąglika.

Nie miałem zbyt wiele czasu. Stworzyłem zmodyfikowany genetycznie, pozbawiony wirulencji szczep antraksu, mogący służyć za doustną szczepionkę. Mojżesza wydawał się bardziej interesować sposób, w jaki skraplałem powstający w mym wnętrzu roztwór, niż wykład na temat przebiegu wąglika oraz profilaktycznego działania zmutowanych bakterii.

Właściwie mój wybraniec nie przykładał zbyt wiele uwagi do tajemnic wszechświata, które czasem starałem się mu wyjaśniać. Zacząłem widzieć w samczyku beznadziejnego ignoranta. I coraz bardziej go lekceważyć. Dlatego łatwość, z jaką zachęcił pobratymców do przyjęcia szczepionki, pozytywnie mnie zaskoczyła.

Tymczasem północna Afryka nadal odczuwała skutki wybuchu Thiry. Zmiany prądów powietrza i wzrost zapylenia wyższych warstw stratosfery sprzyjały opadom gradu. Z tych samych powodów wschód kontynentu nawiedziły obfite deszcze, wywołując migrację szarańczy.

W końcu nad Egipt dotarł potężny obłok popiołów, który na trzy dni przyćmił słońce.

Uznałem, że muszę się ponownie wtrącić. Obecnie to nie wpływ wulkanu najbardziej zagrażał mojemu stadku. Wiedziałem, że po tych wszystkich buńczucznych zapowiedziach, Izraelici zostaną obwinieni o sprowadzenie plag.

Przemówiłem we śnie do faraona, grożąc, że jeśli nie zezwoli Izraelitom na opuszczenie swego terytorium, zabiję wszystko, co pierworodne w Egipcie. Władca wreszcie pozwolił im odejść.

Oczywiście blefowałem. Po nieszczęśliwym wypadku z ogniem, przyrzekłem, że już nigdy nie zgładzę przedstawiciela Twojego gatunku.

Radośnie zakomunikowałem Mojżeszowi, że może poprowadzić rodaków na wschód. Nastąpiły pospieszne przygotowania do wędrówki. Co prawda, moi pupile postanowili wykorzystać nadarzającą się okazję i wyłudzali od przerażonych sąsiadów złoto oraz precjoza, ale nie miałem siły ich za to rugać.

Pod pewnymi względami ludzie nigdy się nie zmienią.

Już mieliśmy wyruszać, gdy wydarzyło się coś strasznego. Egipcjanie zaczęli umierać.

Początkowo nie potrafiłem pojąć, co się stało. A potem zrozumiałem.

Mojżesz nie był głupi. Okazał się znacznie bardziej pojętnym i uważnym słuchaczem, niż kiedykolwiek przypuszczałem. Naprawdę świetnie zapamiętał informacje dotyczące wąglika.

Izraelici nakarmili sąsiadów skażonym mięsem. Paskudna, jelitowa postać choroby, zbierała śmiertelne żniwo wśród poddanych faraona.

Byłem przerażony. Wściekły. Zdradzony.

– Dlaczego? – zapytałem Mojżesza w noc poprzedzającą eksodus. – Dlaczego uczyniliście coś tak okropnego?

– Przecież nie mogliśmy dopuścić, by ktokolwiek powątpiewał w moc Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba – odrzekł spokojnie. – Jesteśmy twymi wiernymi sługami, Ja-Jestem.

Nienawidziłem go każdym atomem mojego jestestwa. Miałem ochotę zgnieść tego ludzkiego śmiecia, tak jak Wy zgniatacie pluskwę. Jednak powstrzymałem się. Nie chciałem sprawdzać, dokąd zawiodłaby mnie ta ścieżka. Poza tym, by uratować jego naród, potrzebowałem charyzmatycznego przywódcy. Krewniacy Mojżesza nie byli niewiniątkami, lecz nie zasługiwali na śmierć tylko dlatego, że dali się omamić przebiegłemu fanatykowi. W końcu drań zdołał oszukać nawet mnie.

Zwiększyłem gęstość, przybierając postać słupa obłoku. I zaprowadziłem Izraelitów na skraj mokradeł zwanych Yam Suf – „Morze Sitowia”. Wskutek wywołanych zjawiskami powulkanicznymi ulew teren ten był niemal niemożliwy do przebycia. Moi podopieczni rozbili obóz, sarkając, że oto zabrnęli w pułapkę, że głupi bóg postanowił zostawić ich na pastwę egipskich prześladowców.

Gdy nastała noc, po raz ostatni przemówiłem do Mojżesza we śnie.

– Nie musicie się martwić pogonią – zapewniłem. – Kiedy wstanie słońce, otworzymy wam przejście przez Morze Sitowia, tak że przebędziecie je suchą stopą. Zaś potem zrobimy, co w naszej mocy, by drogi was i synów faraona rozeszły się. Tak jak rozchodzą się nasze ścieżki. Dotrzymałyśmy słowa i bezpiecznie wywiodłyśmy wasz lud z Egiptu. Lecz swymi czynami zawiedliście nas. Od tej chwili musicie radzić sobie sami.

– Nie możesz nas teraz opuścić, Panie! – zaprotestował wówczas. – Jesteś przecież naszym Bogiem, Ja-jestem!

– Ja jestem… głupcem – oświadczyłem z goryczą. – Zaś ty jesteś potworem, Mojżeszu.

Odszedłem.

Rankiem rozciągnąłem się w poprzek moczaru i, absorbując wilgoć, częściowo osuszyłem prowizoryczny trakt, zaś resztę wody cofnąłem gwałtownym wiatrem wschodnim.

Izraelici ruszyli stworzonym dla nich szlakiem. Patrzyłem, jak dziwny naród, który przez pewien czas zwałem własnym, opuszcza Egipt.

Ponownie nawodniłem trzęsawiska, uniemożliwiając pościg żołnierzom faraona.

Dowodzący pogonią generałowie okazali się rozsądnymi ludźmi. Wiedzieli, że rydwany ugrzęzną w błocie, więc zawrócili swe siły, nawet nie próbując pokonać bagien Yam Suf.

Tylko nie wierz, proszę, biblijnej propagandzie. Tamtej nocy nikt nie zginął.

 

Zał. 3. Złudzenie kontroli

 

 

Przez kolejne dwa milenia moje relacje z ludźmi przypominały nieco interakcję muchy z szybą. Co kilka pokoleń przemawiałem w snach do któregoś z potomków Abrahama lub, rzadziej, przedstawiciela ludzkości pozbawionego ochronnej mutacji, próbując tłumaczyć się z bzdur, jakie w moje usta wpychała Wasza tradycja, i usiłując nakłonić Was do wzajemnego szacunku oraz dążenia ku konsolidacji. Za każdym razem starania te napotykały mentalny opór – czy to rozmówcy, czy to jego sympatyków, zaś sens mych słów – mniej lub bardziej, wcześniej lub później – nieodmiennie wypaczano. Uciekałem wtedy jak niepyszny, zawstydzony własnym uporem i naiwnością, tylko po to, by po jakimś czasie powrócić ze złudną nadzieją, że może wreszcie uda mi się Was zmienić.

Najtragiczniejszą w skutkach pomyłkę popełniłem jednak jakieś czternaście stuleci temu.

 

***

 

Miły był z niego człowiek.

Wspomagał sieroty i wdowy, przeprowadzał staruszki przez zatłoczone ulice Mekki, a gdy powracał z karawaną, nim siadł do posiłku, nigdy nie zapominał wpierw zadbać o wielbłądy.

Lubiłem go – za skłonność do marzycielstwa, tak niedocenianą w światku handlarzy, za samotne ucieczki do jaskini Hara, za chęć poznania poglądów innych ludzi.

Przemawiałem do niego w snach, lecz źle to znosił. Im dłużej trwała nasza znajomość, tym częściej miewał epizody padaczki. Postanowiłem spróbować innej formy kontaktu.

Gdy mój mały przyjaciel nocował na pustyni, wprawiłem w ruch ziarna piasku, tworząc ludzką postać. Modulując drgania kryształów kwarcu uzyskałem generator mowy. Wreszcie mogłem konwersować z kimś na jawie.

Nazywał mnie Dżibrilem, Bożym Wojownikiem, Posłańcem. Znacznie sympatyczniej niż jego poprzednicy.

Sporo dyskutowaliśmy. Głównie o potrzebie dążenia ludzkości do powszechnej równości i wzajemnego zrozumienia oraz o zniekształceniach, jakim w ciągu wieków ulegały moje słowa i nieudanych próbach wyprostowania tych przekłamań przez kolejnych „proroków”. Zahaczaliśmy jednak o inne tematy – od embriologii poczynając, na astronomii kończąc.

Ponieważ pragnął nauczyć się czytać, by spełnić to marzenie, spróbowałem drobnej modyfikacji jego śladów pamięciowych. Nie było to zbyt rozsądne. Do dziś nie mam pewności, czy zmiana, która w nim nastąpiła, stanowiła efekt mej pochopnej ingerencji, czy też zdobyta władza i uwielbienie pobratymców pozwoliły rozwinąć się, wcześniej skrywanym, negatywnym cechom jego osobowości.

Bo oto w słowach, które zaczął głosić po naszych spotkaniach, niewiele znajdowałem nawoływań do tolerancji i dążenia ku samodoskonaleniu. Chaotyczne wywody, zainspirowane rozmowami ze mną, coraz częściej skupiały się na nienawiści do niewiernych i potrzebie propagowania poglądów przy użyciu przemocy.

Gdy spróbowałem delikatnie upomnieć mojego wybrańca, ten wyzwał mnie od złych duchów i kazał iść precz.

Odwróciłem się od niego, mając nadzieję, że wkrótce straci zwolenników, a jego nauka odejdzie w niepamięć. Początkowo wyglądało na to, że rzeczywiście tak się stanie. Musiał opuścić miasto, w którym spędził większość życia, i uciec do Medyny.

Lecz po kilku latach wrócił do Mekki na czele armii, zaś potem wierne mu wojska ruszyły na podbój Arabii, Syrii i Egiptu, mordując w imieniu Allacha i Proroka.

Wtedy zrozumiałem, że słowa, choć rozprzestrzeniają się wolniej niż ogień, bywają równie zabójcze. I to na znacznie większą skalę.

Umknąłem przerażony do mojej ojczyzny, nie chcąc patrzeć na pożogę, którą niebacznie wznieciłem.

 

Zał. 4. Efekt czystej ekspozycji

 

 

Wróciłem na Ziemię kilka wieków później, lecz na kontakt z jednym z Was poważyłem się dopiero trochę ponad trzysta lat temu.

Wciąż wówczas ubolewałem nad nieprzewidzianymi skutkami własnych działań.

Oczywiście nie wszystko, co wyrastało na skrzywionym fundamencie moich słów było złe. Wspólne wierzenia i systemy wartości integrowały Twój gatunek bardziej niż moje wczesne, nieudolne próby. Odciskały piętno na sposobie postrzegania i tłumaczenia przez Was świata, na muzyce i sztuce. Co jakiś czas religijne niesnaski przygasały, tolerancja zastępowała wrogość, ciekawość górowała nad nieufnością. Przejściowo. Może ktoś patrzący zupełnie z boku, potrafiły bezstronnie ocenić ten wpływ, lecz ja wciąż pamiętałem, czym jest Wasz ból i nie potrafiłem zignorować tak wielu niepotrzebnych śmierci.

Teraz, gdy trochę lepiej Was znam, gdy staram się unikać przypisywania ludzkiemu gatunkowi cech własnej nacji, przestałem tak bardzo się obwiniać. Jak większości istot stadnych, trudno Wam pozbyć się dzielenia wszystkich na swoich i obcych – ot, taka ewolucyjna konieczność. Gdyby nie systemy wierzeń, pewnie czepialibyście się koloru oczu albo zdolności do trawienia laktozy.

Wtedy jednak uważałem, że znacznie lepiej będzie zmniejszyć znaczenie religii, wspomagając rozwój tego, co najbardziej kochała moja własna rasa: Nauki.

Tym razem zdecydowałem się nadać kontaktom z ludzkością formę pisemną, mniej podatną na manipulacje i przeinaczenia.

Długo nie potrafiłem wybrać spośród ówczesnych naukowców mego wymarzonego korespondenta, aż wreszcie natknąłem się na niezwykle interesującą pracę pewnego młodego Anglika.

A gdy zobaczyłem imię autora, poczułem się jak po zintegrowaniu zbyt dużej ilości helu.

 

***

 

Delikatne nanoszenie atramentu na papier było pracą daleko mniej precyzyjną niż ingerencje w DNA, lecz rozważania nad treścią listu urastały do rangi jakiejś umysłowej katorgi.

 

Londyn, 22. listopada 1672 r.

 

Drogi Szanowny Panie,

W ostatnim czasie miałem przyjemność przeczytać Pańskie prace dotyczące analizy i wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem Pańskich dzieł. Uważam, że narzędzie, które Pan stworzył, będzie służyło kolejnym pokoleniom matematyków i przyrodników…

 

Mogłoby się wydawać, że sztuka lizusostwa pozostaje niezmienna, niezależnie od czasu i przestrzeni, lecz nic bardziej mylnego. Sztuczki dla Mojżesza kosztowały mnie mniej wysiłku niż wyprodukowanie pochwalnego peanu dla młodego profesora matematyki.

Minęło kilka godzin nim zapisałem kilka kolejnych – równie niewnoszących, a przecież niezbędnych – linijek i spróbowałem przejść do meritum sprawy.

 

Jako że doszły mnie słuchy o Pańskich eksperymentach dotyczących natury światła, jak również zaciekawieniu, którym darzy Pan astronomię, ośmielam się załączyć do niniejszego listu brulion z moimi obserwacjami. Mam nadzieję, iż niektóre z nich uzna Pan łaskawie za interesujące. Dalsza korespondencja z tak światłym umysłem jak Pan, stanowiłaby dla mnie niezwykłą przyjemność i zaszczyt.

 

Pański najwierniejszy przyjaciel,

Gabriel N. Celadon

 

Przeczytałem raz jeszcze moje dzieło, a następnie, zadowolony z siebie zacząłem adresować list:

 

Prof. Isaac Newton,

Trinity College…

 

Nagle znieruchomiałem. Musiałem przecież nadać tę wiadomość. Oraz zapłacić za przesyłkę. Zadanie to okazało się znacznie trudniejsze niż kradzież materiałów piśmiennych.

I wtedy upadły me szczytne plany nieingerowania w ludzkie umysły. Musiałem przecież znaleźć mecenasa dla pana Celadona.

 

***

 

Odpowiedź Newtona niezmiernie mnie ucieszyła. Rybka z Cambrige najwyraźniej połknęła haczyk. Niestety, młody profesor zapragnął jednocześnie osobistego kontaktu, co – z wiadomych przyczyn – nie wchodziło w rachubę.

Postanowiłem sprzedać Newtonowi tę samą bajeczkę, w którą kazałem wierzyć memu gospodarzowi. Opowieść widocznie podobała się ludziom, gdyż dzięki niej pan Smith bezpłatnie udostępniał nieznanemu wcześniej krewniakowi lokum, jak również opiekował się korespondencją Gabriela Celadona.

 

Mimo iż marzę o spotkaniu z Panem, muszę z niezmierną przykrością odrzucić Pańską propozycję uczestnictwa w posiedzeniu Towarzystwa Królewskiego. Trudno mi obnażać przed Panem me słabości, lecz wyznać muszę, iż jestem osobą chorobliwie nieśmiałą. Może się to Panu zdać li tylko drobną niedogodnością, jednak w mym przypadku stanowi balast uniemożliwiający normalne funkcjonowanie. Sama myśl o znalezieniu się w ludzkim tłumie czy opuszczeniu mego azylu, wywołuje palpitacje serca i wręcz paraliżujący lęk. Nie wiem, co począłbym, gdyby nie dobroć i wyrozumiałość mego kuzyna.

Pozostając więźniem własnych strachów i ułomności, jedyną radość znajduję w obcowaniu z Naturą i Nauką. Spoglądanie w nocne niebo przez okular teleskopu uświadamia mi, jak małe i nieistotne, w odniesieniu do ogromu Wszechświata, są problemy, z którymi przyszło mi się borykać.

 

Gabriel Celadon, którego tworzyłem tymi słowami, był naiwnym i pretensjonalnym głupcem. To dobrze. Grunt, by wydawał się głupcem na swój sposób genialnym. I użytecznym.

Ludzki teleskop był dla mnie równie praktyczny, co okulary dla słonecznika. Mimo to zdołałem nieco ulepszyć Wasz wynalazek.

 

Skonstruowany przeze mnie przyrząd jest równie co ja ułomny i niedopracowany. Skoro jednak wyraził Pan uprzejme zainteresowanie mym projektem, ośmielam się przesłać Panu jego schemat.

Jakkolwiek niedoskonała może wydać się Panu moja zabawka, pozwoliła mi ona dokonać wielu ciekawych obserwacji. Niedawno udało mi się dostrzec obiekt, który, jak ufam, może okazać się kolejną planetą. Jednak wyliczona przez mnie orbita nijak nie pasuje do modelu opisanego przez Keplera w Mysterium Cosmographicum. Stąd nie zdecyduję się na publikację tych materiałów, czy choćby udostępnienie ich Panu, póki nie zdobędę pewności co do charakteru tegoż ciała. Zbyt boję się upokorzenia, jakiego doznałbym w razie omyłki.

Prawa, które rządzą ruchem planet, nieme siły wyznaczające ich odwieczne ścieżki, fascynują i rodzą żądzę poznania, nieprawdaż, Szanowny Profesorze? Nie wiem sam, skąd we mnie pewność, że na tym świecie nikt bardziej od Pana nie rozumie obsesji, która każdej nocy każe mi wpatrywać się w nieboskłon.

Z wyrazami szacunku, Pański oddany przyjaciel,

G. N. Celadon

 

***

 

Westchnąłem ciężko, czytając ostatnie zdatnie kolejnego listu Newtona: „…nie znam satysfakcji głębszej i czystszej niż ta towarzysząca przeniknięciu kolejnej cząstki Boskiego planu.”

Gdzież się podziała złota zasada, nakazująca gentlemanom unikanie dyskusji o religii i polityce?

Postanowiłem zignorować zachwyty nad dziełem Stworzenia i trzymać się konkretów.

 

Drogi Przyjacielu (ufam, iż nie jestem zbyt śmiały, zwracając się do Pana w ten sposób),

Wyznać muszę, iż – choć żywię niezwykły szacunek dla pana Kartezjusza (zwłaszcza postulowana przezeń zasada, każąca każdemu ciału będącemu w ruchu poruszać się po linii prostej, póki tylko jego ruch nie będzie zakłócany oddziaływaniem innych ciał, cieszy się mą wielką estymą) – teoria wirów budzi we mnie mieszane uczucia. Koncepcja eteru jest niewątpliwie ciekawa i istnienie jego mogłoby wiele wyjaśnić, lecz (ku memu ogromnemu rozczarowaniu) część przeprowadzonych przez mnie doświadczeń zdaje się ją wykluczać.

Jak Pan widzi, w mych naukowych sympatiach bywam kapryśny niczym ciężarna niewiasta. Choćby prace pana Keplera: nie śmiem podważać jego wniosków, gdyż (poza wspomnianą przeze mnie teorią sfer i wielościanów foremnych) doskonale zgadzają się z mymi wieloletnimi obserwacjami, lecz już sposób, w jaki do nich doszedł jest dla mnie co najmniej wątpliwy.

Czasem rodzi się w mym umyśle dziwaczna wizja, upodabniająca Ziemię do zabawki wprawionej w ruch przez trzymającego ją na sznurku chłopca. Śmieszne, nieprawdaż? Zwłaszcza w ustach kogoś takiego jak ja, kto dokładnie zdaje sobie sprawę, iż planety poruszają się po elipsach, a nie okręgach. I jakaż siła byłaby zdolna utrzymać na uwięzi coś równie ogromnego? Czy miałożby to być to samo oddziaływanie, które sprawia, że jabłka w sadzie zawsze spadają w dół, a nie na przykład w bok?

Proszę wybaczyć moje głupie rojenia. Dopadła mnie gorączka i nie myślę jasno.

Pański oddany sługa,

G. N. Celadon

 

***

 

Po tym liście nasza korespondencja stała się rzadsza, co nie znaczy, że mniej interesująca. Newton wpadł już na właściwy trop i niemal zatracił się w pracy badawczej. Raz na kilka miesięcy przesyłał mi wiadomość pełną urywanych myśli i przeliczeń, a mi pozostało jedynie chronić go przed zabłąkaniem się na naukowe manowce.

Naprawdę podziwiałem Izaaka. Wnioski, które wyciągał przy pomocy swego małego, białkowego mózgu nieodmiennie mnie zaskakiwały.

Wahałem się, czy z czasem nie uświadomić mu, że jego wyliczenia są przybliżone i nie będą właściwie działały w przypadku układów poruszających się ze znaczną prędkością lub podlegających modyfikacji meldrańskiej, lecz ostatecznie zrezygnowałem z tej idei.

Niestety, nieubłaganie zbliżał się dzień, w którym musiałem opuścić Ziemię i wyruszyć do domu, by zdążyć na radę mego… Towarzystwa.

Nie chciałem porzucać Newtona bez pożegnania. Postanowiłem zdradzić profesorowi swą prawdziwą naturę. Czułem, że jestem mu to winny.

W ostatnim z mych listów nieśmiało zaproponowałem spotkanie. Newtona chyba niepokoiło, że nalegałem, by schadzka ta odbyła się nocą, w sąsiadującym z Trinity Fellows' Garden, lecz ostatecznie ciekawość przeważyła i profesor przystał na moje warunki.

 

***

 

Newton rozglądał się po pustym ogrodzie, zirytowany. Zacisnął wargi, szarpnął nerwowo żabot. Wyraźnie podejrzewał, iż padł ofiarą żartu.

– Witaj, Izaaku – wyszeptałem liśćmi pobliskich drzew.

Wzdrygnął się, zaskoczony.

– Co…? – Ugryzł się w język i szybko odzyskał opanowanie. – Panie Celadonie, proszę skończyć z tymi facecjami. Rozumiem pańską nieśmiałość, ale skoro już ściągnął mnie pan tutaj, wypadałoby się chociaż pokazać. Nie bawi mnie konwersacja z krzakami.

– Dobrze. Tylko bardzo proszę, nie krzycz. I nie mdlej.

– Co takiego?!

Pochwyciłem żwir ze ścieżki i uformowałem z niego przypominającą człowieka kukłę.

– Czy teraz czujesz się mniej nieswojo? – zapytałem, przechylając jej głowę.

Newton odruchowo cofnął się o krok, lecz zaskakująco spokojnie oznajmił:

– Obawiam się, że nie. I „nieswojo” wydaje się być nieco zbyt łagodnym słowem na opisanie obecnego stanu mej duszy. Panie Celadonie, jeśli to jakaś sztuczka, proszę przestać. Inaczej zacznę myśleć, że doznaję omamów z przepracowania.

Pozwoliłem żwirowi opaść.

– Nie jestem… Nie jesteśmy omamami. – Przed powrotem do domu musiałem pozbyć się głupiej ziemskiej maniery określania siebie jako jednostki.

– Wybacz, przyjacielu, ale w duchy nie wierzę. – Newton rozsiadł się wygodnie na ławce. Wyglądał na rozbawionego.

– Nie jesteśmy duchem. Ani aniołem. Ani tym bardziej Bogiem.

– Bogiem? – Izaak uniósł lekko brwi. – Co za dureń uznałby cię, czy też was, za Boga?

– Mojżesz na przykład – oznajmiłem cierpko.

– Ach, więc znaliście Mojżesza! A teraz, spośród całej ludzkości, na rozmówcę wybraliście mnie! Czy mogę zapytać, czymże sobie zasłużyłem na podobny zaszczyt?

– Cóż, Izaaku, jesteś najgenialniejszą z ludzkich istot, które dotąd spotkałyśmy.

Wybuchnął histerycznym śmiechem.

– Och, Panie – wyszeptał – więc tak karzesz za grzech pychy…

– Nadal sądzisz, że nie istniejemy – zauważyłem z urazą. – Na sąsiedniej ławce znajdziesz oprawiony w skórę brulion. Mamy nadzieję, że nasze notatki pomogą ci w dalszej pracy.

– No tak. Brulion. To logiczne – stwierdził z uśmiechem Newton. – Któryś z moich wrogów dodał mi czegoś do jedzenia, a wiedząc, że dopadną mnie majaki, podrzucił notes z trefnymi obliczeniami, by później oskarżyć o plagiat…

Zaczynał bredzić. A przecież nawet nie tknąłem jego umysłu!

– Izaaku, przecież to szaleństwo…

– Oczywiście, że to szaleństwo! W końcu rozmawiam z … – Zwilżył językiem wargi. – Czym wy właściwie jesteście?

Nigdy dotąd nad tym się nie zastanawiałem.

– Sobą. A tutaj… obcym. Gościem.

Machnął nerwowo dłonią.

– Nie o to mi chodzi! Jakiego rodzaju bytem jesteście? Bo trudno mi uwierzyć, że ten Piaskowy Dziadek to wasza prawdziwa postać!

– Nie – odparłem nieśmiało. I zalśniłem.

Newton oniemiał.

Wstał i patrzył ma mnie urzeczony. Wyciągnął przed siebie dłoń, zanurzając ją między połyskujące cząstki.

– Piękne. Naprawdę przepiękne, Seledynku – szepnął. – Jak miriady maleńkich świetlików. Albo duchy gwiazd. Szczerze żałuję, że to tylko złudzenie.

– To nie złudzenie! Jesteśmy…

– Samoświadomą Bezcielesną Inteligencją Gazowo-Pyłową – dokończył cicho. – Chciałbym w to wierzyć. Naprawdę.

Uparty roztwór białka! Postanowiłem dać mu dowód. Skrystalizowałem nieco cząstek na jego dłoni.

– Proszę, Izaaku.

Zerknął zaskoczony na zielonkawy kryształ.

– Co to?

– Pamiątka. Część mnie. Odpowiednik waszego pukla włosów lub czegoś podobnego. Muszę odejść, Izaaku, i chciałem się z tobą pożegnać. Od tysięcy lat przyglądam się waszemu gatunkowi. Brano mnie za Boga lub jego posłańca, brano za szatana, lecz ty pierwszy nazwałeś mnie przyjacielem. Nigdy tego nie zapomnę. Nie musisz się bać posądzenia o plagiat – raczej nie nawiedzę Ziemi za twojego życia. A gdybym się jednak pojawił, kryształ zniknie. Wróci do mnie.

– Ach, czyli wyparuje, gdy wytrzeźwieję. I, Seledynku, wiesz, że mówisz o sobie w liczbie pojedynczej? W rodzaju męskim?

– Niech to! Głupi nawyk!

Newton uśmiechnął się i ukłonił.

– Na wypadek, gdybyś jednak był Celadonem: dziękuję za listy. To był zaszczyt pracować z panem.

– Cała przyjemność po mojej stronie, profesorze.

– I co teraz? Ulotnisz się i pomkniesz ku gwiazdom?

– Nie tutaj. Potrzebuję bardziej ustronnego miejsca. Wyrwanie się ze szponów grawitacji wymaga odpowiedniej energii, a nie chciałbym zmienić cię w skwarka, Izaaku. Za bardzo cię lubię.

– Doceniam to. – Skłonił się raz jeszcze. – Szczęśliwej podróży, przyjacielu.

Chyba do końca mi nie wierzył.

 

***

 

Od tego czasu nie kontaktowałem się z ludźmi. Postanowiłem obserwować Was w milczeniu. Powstrzymać się od dalszych ingerencji.

Pewnie trwałbym w mym postanowieniu, gdyby jakiś idiota nie zaczął wypisywać bzdur na temat Izaaka pod Twoim opowiadaniem.

Przyznam, że nieco zdziwiło mnie, gdy na portalowego maila dostałem wiadomość podpisaną Twoimi prawdziwymi (mam nadzieję) danymi. Nawet nie wiesz, jak mnie to ucieszyło! Pierwszy raz, odkąd zjawiłem się na Ziemi, to któryś z Was próbował zainicjować kontakt.

Cieszę się, że odnalazłeś brulion, który podarowałem Izaakowi. Niektóre rzeczy nie powinny ulec zapomnieniu.

Chętnie podzielę się wiedzą na temat życia Newtona, Mahometa, czy innych interesujących Cię osób. Wiem już, jaką przyjemność sprawia współpraca z naukowcem z równie odległego kręgu kulturowego. Byłbym jednak wdzięczny za zachowanie mojego istnienia w tajemnicy. New Age nadal nie umarł, a ja nie chciałbym stać się potwierdzeniem niektórych z tych bzdurnych hipotez. Przemyśl więc usunięcie swego tekstu z portalu.

Byłem nieco zdziwiony, kiedy zaproponowałeś rozmowę na Facebooku, ale cóż – si fueris Romae, Romano vivito more. Ostatecznie stworzenie profilu okazało się całkiem zabawne. Zwłaszcza możliwość bezkarnego wstawienia własnego zdjęcia w tle. Urocze, czyż nie?

Nadal tylko nie pojmuję, o co chodzi z tym całym lubieniem. Chwilowo zrozumienie popularności owego zjawiska przekracza moje moce obliczeniowe. Lecz w końcu dojdę, czemu to tak ważne dla sporej części Waszego gatunku. To tylko kwestia czasu. Choć wtedy problem ten może już od dawna nie istnieć.

 

 

Skrzynka odbiorcza. Nebula. 13 października 2013

 

adam79: Hmmm. No tak, kiedy pisałem maila, wydawało mi się, że mam mnóstwo pytań o Newtona. Kiedy poznałem prawdę o Tobie, doszedłem do wniosku, że o naszej ziemskiej historii już wiele wiem, za to Wy stanowicie fascynujący, nowy obiekt badań. Grzechem byłoby marnować czas na pogaduszki o ludziach. Ale kiedy zaspokoję palącą ciekawość, pewnie wrócę do bycia historykiem i zasypię Cię pytaniami o słabo udokumentowane aspekty życia. Opowiedz mi więcej o swoim rodzaju. Czym się odżywiacie? Jak rozmnażacie? Macie płcie? Czy ewoluujecie?

 

nebula: Jak dziecko… Zwolnij trochę ;-) Po pierwsze – zależy co rozumiesz przez odżywianie: dostarczanie energii czy zwiększanie masy. Integrujemy potrzebne nam cząsteczki w swój hmm… obszar. Absorbujemy energię fal elektromagnetycznych. Jesteśmy w stanie syntetyzować związki potrzebne do jej akumulacji. W czasie głodu ponoć wykorzystywano nawet syntezę jądrową, ale nie wypada o tym wspominać w towarzystwie. Płci nie mamy, z tej prostej przyczyny, że rozmnażamy się przez podział. Za to często przeprowadzamy coś, co Wy byście określili pewnie jako koniugację. Dzięki temu zmieniamy się. Dążymy ku doskonałości. Ale nie nazwałbym tego ewolucją.

 

adam79: Jak komunikujecie się między sobą; dźwiękiem, zapachem? Możecie emitować promieniowanie elektromagnetyczne dowolnej długości, czy tylko widzialne? Rany, zbiorowisko istot Twojej rasy musi wyglądać niesamowicie…

 

nebula: Szczegółowe informacje przekazujemy wymieniając odpowiednie cząsteczki. Dźwięków używamy rzadko, tylko przy bliskim kontakcie, gdyż wymagają ciągłości ośrodka. Na większe odległości komunikujemy się przy użyciu fal elektromagnetycznych. Różnych. I tak, wyglądamy prześlicznie ;-P

 

adam79: Naprawdę jesteście nieśmiertelni? Nigdy nie umieracie? Nie ma tragicznych wypadków ani zabójstw?

 

nebula: Do całkowitej anihilacji kogoś z mojej rasy potrzebne by było naprawdę dużo energii. Może wybuch supernowej w okolicy? Zbliżenie się do gwiazdy? Nie wiem, jakoś unikamy podobnych sytuacji. Lubimy istnieć.

 

adam79: A starzejecie się? Mierzycie swój wiek? Ile masz lat? Czy to dużo w porównaniu z innymi istotami Twojego rodzaju?

 

nebula: Nie starzejemy się w sensie ulegania inwolucji w jakimkolwiek stopniu. Doskonalimy się. Rośniemy. Mierzymy czas w oparciu o rozpad połowiczy różnych izotopów kiuru. W przeliczeniu na ziemskie lata mam niespełna sto mileniów. Jestem nadal bardzo młody – znam istoty starsze niż Twoja planeta. Choć dla nas bardziej niż długość życia liczy się mnogość zgromadzonych doświadczeń.

 

adam79: Jak Ty to wszystko zapamiętujesz? Na takiej samej zasadzie jak nasze komputery czy jakoś inaczej? Ile bitów/ informacji może pomieścić Twoja pamięć? Czy zdarza się, że ktoś z Twojej nacji traci wiedzę na skutek wypadku? Czy trudno utrzymywać integralność umysłu zawierającego tak wiele danych?

 

nebula: Jak komputery? Ranisz mnie, Adamie. To tak, jakbym porównał Twoje emocje do reakcji drożdży. Funkcjonowanie naszej pamięci zwyczajnie opiera się na utrwaleniu wielowymiarowych wzorów psudopsyrenowych. (Ups, zapomniałem, że wasz gatunek nawet nie domyśla się jeszcze podstaw fizyki meldrańskiej.) I naprawdę trudno przeliczyć mą pamięć na bity. Trudniej niż Twoją. Nie tracimy wiedzy na skutek wypadków. Zniszczenie naszej pamięci skończyłoby się pewnie śmiercią, a jak mówiłem, coś takiego dotąd się nie zdarzyło. Za to nowe osobniki nie posiadają kompletnej wiedzy rodziców. Zaś z integralnością jakoś sobie radzę.

 

adam79: Przepraszam, nie chciałem być niegrzeczny. Dla mnie porównanie z pamięcią komputerową nie byłoby w żaden sposób uwłaczające. Gdzie mieszkacie? Ile to lat świetlnych od nas? Jak długo trwa podróż w jedną stronę? Jak się przemieszczasz w próżni, jeśli nie siedzisz akurat na komecie?

 

nebula: To, mój drogi, jest ta-jem-ni-ca! Nie daje się ludzkim dzieciom zapałek do zabawy, a już tym bardziej – namiarów na własny dom. Dobranoc, Adamie. Na resztę pytań odpowiem innym razem.

 

 

Koniec

Komentarze

Dziękuję Adamowi za ispirację, a Finkli za współpracę i świetną zabawę:) Co złego to ja i tylko ja

Druga (pierwsza) część dyptyku TUTAJ

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Wow! Edytor znowu mnie zadziwił. Wszystko rozumiem, ale żeby tak wcinać tekst?! Ech…

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Bezczelne bydlę! Pocieszę Cię, że mi też wcięło. Co gorsza, poprawki znikają, jak chcę cokolwiek nowego wyedytować. Wrrrr!

Babska logika rządzi!

ale synchronizacja… w jakiej kolejności trzeba tę premierę czytać? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

W kolejności dowolnej. Kawę i ciastka zapewniamy tak czy inaczej:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

nebula: Smak? No tak, przecież twierdzicie, że przez pobudzenie tego zmysłu potraficie wyrażać uczucia. Możliwe. Tylko wytłumacz mi, proszę, jakim cudem schabowy i suflet pomarańczowy znaczą dla Was to samo? No jak?!

???  Ależ to bardzo proste. Jedno i drugie oznacza: „Spójrz, potrafię zapewniać Tobie i naszym potomkom pyszne jedzonko. Żywność już mamy, możemy zająć się produkcją dzieci?” ;-) Mam wrażenie, że zbytnio komplikujesz proste sprawy.   Czy w miejscu znaków zapytania czegoś nie brakuje?    Nie czytam dalej. Znaczy, dzisiaj nie. Długie to, :-)  i poczułem się wplątany w jakąś aferę…   :-)

No nie, zaczęłam czytać przed poprawkami i musiałam mocno główkować, żeby pooddzielać i przypisać autorów do kolejnych maili. A wystarczyło trochę poczekać. :) Alex, piszesz tak dobrze, że po prostu zazdrość bierze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio z takim zainteresowaniem przeczytałam tekst, w którym nie rozumiałam takiej ilości słów. :) Do części Finkli zajrzę pewnie jutro.

@AdamKB – jik! a jednak coś przeoczyłam… grrrr. Oj tam, oj tam aferę zaraz. Namówiłeś dwie gaduły do kooperacji, to nie dziw się, że długie. Wiem, wiem, miały być szorty, ale i tak dobrze, że nie ma trzeciego punktu widzenia, pisanego przez naszą wspólną złą siostrę bliźniaczkę. @ocha – dzięki:D Za naukowy bełkot przepraszam – z Nebuli trochę pozer jest.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Szorty miały być???!!!  No to pojechałyście. Obie. ;)

Szorty sugerował Adam w dyskusji pod tekstem Finkli z = z^2 + c , my od razu uznałyśmy, że to niewykonalne:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

A dokładniej, to Adam proponował jednego szorta.

Babska logika rządzi!

C2H5OH-3

A mogę dostać kieliszek?   Musiałem znaleźć kogoś takiego. A dobrać się do jego snów.

Nie było to tak proste, jak mogłoby się wydawać, z Edytor figluje?

Ciekawy pomysł :)

Szczególnie przypadła mi do gustu nowa odsłona zabójczo płonącego krzaka… I dyskretny żarcik o przecherze-spryciarzu Mojżeszu :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ominęła mnie najwyraźnie ta dyskusja. Fajna sprawa. Zawsze się zastanawiałam nad takimi "dziełami zbiorowymi". I jakoś dalej trudno mi sobie to wyobrazić od strony technicznej.

@ PsychoFish – akurat mam coś zmrożonego na gęsto w lodówce, więc zapraszam. W końcu nie samymi ciastkami człowiek żyje:) Dzięki za wyłapanie – sama już nie wiem, czy to edytor czy zeżarcie przy korekcie. @ocha – technicznie: burzliwe dyskusje i dużo, dużo maili. Zajęło nam to ponad trzy miesiące. Ale zabawa przednia, bardzo miło się z Finklą pisało.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mi z Alex też całkiem nieźle. :-) Dobra, Alex, dawaj to gęste. Chyba zasłużyłyśmy. :-)

Babska logika rządzi!

Z soczkiem malinowym, jak rozumiem?;) A tabasko dodać, czy ostre odpada? Bo w razie czego składniki na pinacoladę też mam. Bo domowej porterówki wiem, że nie ma co proponować:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Może być najpierw wściekły, z ostrym. A pinacolada na deser. Z wisienką. ;-)

Babska logika rządzi!

Wiedziałem, że skoro dwie tak wybitne portalowe postaci jak Finkla i Alex napisały coś we współpracy, trzeba to koniecznie przeczytać. Więc przeczytałem obie części i nie żałuję. Świetne. Dyskusję o obłoku pamiętam, choć – szczerze – wątpiłem, czy naprawdę któraś z Was się za ten temat weźmie. Później napiszę parę dodatkowych zdań, coby zgłosić Wasze teksty do piórek. Chociaż – jestem przekonany – i bez mojego nędznego wsparcia dostałybyście je za te teksty. Teraz jednak idę walnąć w kimono. Muszę wstać z rana niestety… Przez Wasz dyptyk gorzej się wyśpię, ale nie żałuje :-)   PS. A gdzie opowiadanie Adama79? ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Oj, w nas wątpiłeś? Jak mogłeś? ;-) Opowidanie Adama79 zostało usunięte na prośbę Seledynka. Alex, przepraszam, że wrąbuję się w Twoje prerogatywy, ale NMSP.

Babska logika rządzi!

@jeroh – rany, patrząc na godzinę wpisu nie wiem czy czuję większą radość, czy też wyrzuty sumienia:) Dzięki. @Finklo – ależ czuj się jak u siebie:) (ha, powiódł się niecny plan zatrzymania Cię przy stole przy pomocy procentów i wisienki).  Mam tylko coraz poważniejsze podejrzenia, że sypiasz jak delfin, jedną półkulą na raz.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Przeczytałem i jestem pod wrażeniem: i każdego z tekstów z osobna, i sposobu w jaki dwa opowiadania ze sobą współgrają. Kawał dobrej roboty, napisane tak, że aż chce się czytać. Zgodzę się z komentarzem Ochy, że część Finkli, prawdopodobnie ze względu na to, że traktuje o tym bardziej powszechnie znanym punkcie widzenia, czyta sie z mniejszym podekscytowaniem. Mnie również raziły nieco łopatologiczne interludia, jak to Ocha trafnie określiła. Poza tym zakpiłyście z „prawd” religijnych w tak uroczy i przemyślany sposób, że nie pozostaje nic innego, niż pozostać pod dużym wrażeniem i uczyć się od Was wykorzystywania wiedzy przy Tworzeniu opowiadań. Alex, Finklo, szczerze gratuluję.

Sorry, taki mamy klimat.

@Alex: zdecydowanie z tabasco :) Na wisienki mogę popatrzeć ;) A ponieważ jest teraz u mnie chwila spokoju, przenoszę się do części kolejnej, może w koncu ją dokończę bez przerwań ze świata zewnętrznego… Domowa porterówka? Coś jak porter, tylko nalewka?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

@Sethrael – Cieszę się ogromnie, że się podobało. Finkla miała moim zdaniem trudniejsze zadanie – mi trafił się bohater, którego myślenia i możliwości bohatera mogłam znacznie dowolniej kształtować. @PsychoFish – Ty niecna rybko, na wisnienki by popatrzył… :D A porterówkę robi się tak(18+;)): podgrzewasz 0,5l portera (dowolnego) dodajesz 1/2-3/4 szkl cukru i 1 cukier waniliowy. Jak się rozpuści wyłaczasz gaz, czekasz aż piwo trochę przestygnie i dolewasz 0,2l spirytusu. Do butelki i czekasz. Zdatne do picia po 24h, najlepsze po jakiś 2 tyg. Naprawdę niezłe:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Brak możliwości edycji komentarzy jest zaiste wkurzający…

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Oj, to słodkie w smaku :):) Ale przepis zacny :) Kiedyś z kronikarskiego obowiązku na pewno wypróbuję :) Lej to tabasco jednak. Co wy takie drażliwe, wisienki jak wisienki, zdarza się człowiekowi zapatrzyć i już ;) I Seledynek też pewnie się głowi, czemu – tu nie trzeba rozumieć dlaczego, tu trzeba akceptować, że tak czasem się stanie… :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Seledynek (pomijając, że szczęśliwie nie ma problemów z płcią przeciwną) pewnie fascynację wisienkami, by rozumiał – w końcu to niemal drogowskaz, gdzie znależć sporo feromonów. Inna sprawa, że ponoć zapach prawdziwych wiśni zminiejsza ukrwienie niektórych części ciała (policzków oczywiście).

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

(…) Finkla miała moim zdaniem trudniejsze zadanie – mi trafił się bohater, którego myślenia i możliwości bohatera mogłam znacznie dowolniej kształtować. -  i to własnie Ocha, a ja za nią, podkreśliła w wypowiedzi :)

Sorry, taki mamy klimat.

Wiem, wiem Seth:) Po prostu przyznałam Wam w tym względzie rację. Zaklepałam Seledynka i wrobiłam Finklę w ludzki punkt widzenia, więc jako winna się tłumaczę.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

niektórych części ciała (policzków oczywiście).   :D:D:D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Drogie portalowe i mentalne bliźniaczki. I ja z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem dzieła sióstr prawie że "Strugackich". Opowiadania bardzo dobre, nie wiem, które lepsze. Potwierdza się moja obserwacja, że niektóre portalowe teksty, lepsze są niż te drukowane w czasopismach. Obawiam się jedynie, że gdy Was dorwą fundamentaliści religijni, to będziecie musiały się ukrywać. Na wszelki wypadek nikomu nie zdradzajcie swych danych osobowych. Pozdrawiam.

Dzięki, ryszardzie. Nie miałyśmy zamiaru urażać niczyich uczuć religijnych, co oczywiście przed fundamentalistami raczej nas nie uchroni. Do danych osobowych – może być kiepsko, bo część fundamentalistów zna łacinę, grrr. Na wszelki wypadek chyba przefarbuję włosy. Serdeczne pozdrowienia

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Taaa, Alex, każdy powód jest dobry, żeby pójść do fryzjera. ;-)

Babska logika rządzi!

Zdecydowanie musisz też, Alex, zrobić coś z twarzą. Słyszałem, że świetny makijaż czyni cuda… ;) Kosmetyczka?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ech, Rybko, mi makijaż niewiele pomoże  (oczywiście dlatego, że jestem tak urzekająco piękna) – mam twarz na tyle charakterystyczną, że poznają mnie ludzie, których nie widziałam od przedszkola ( ja dla odmiany nie poznaję prawie nikogo – jak ktoś mi z gabinetu wyjdzie, ubierze czapkę i wróci za pięć minut, to nie mam pojęcia, kto to). Tylko maska przeciwgazowa by coś zmieniła ( o! brwi zgoliłaś). Poza tym, jak ostatnio byłam u kosmetyczki polała mnie jakimś kwasem, więc co rusz odkladam kolejną wizytę:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

:):) TO faktycznie, przez grzeczność nie zaprzeczę ;) A mogłaś tak ładnie uzasadnić zrobienie sobie dobrze, w dodatku wyjściowo: "O kochanie, popatrz, nawet na portalu mi mówią, że powinnam coś ze sobą zrobić…" :)   Notabene, drogie panie, po wczytaniu obydwu opowiadań: Zdajecie sobie sprawę, że na Rushdiego jest wyrok za "Szatańskie wersety" i nawt ponoć jacyś ekstremiści grożą mu śmiercią? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jedyna nadzieja w tym, że ekstremiści rzadko czytają fantastykę, bo to zmyślone, pogańskie i nieżyciowe.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

oby oby… jeżeli chcecie tę sprawę pozostawić przypadkowi… :):)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Alex, a w co ludzie, którzy wychodzą z gabinetu, czapki ubierają? ;)

Sorry, taki mamy klimat.

W czapkochronki oczywiście. Jak więc sam rozumiesz, Sethraelu, taka ubrana nieskromie czapka zwykla szokuje mnie do tego stopnia, iż mózg, coby się nie przegrzać, ogranicza rozpoznawanie twarzy do: mężczyna-kobieta-marsjanin– ultrainteligentny obłok;) Uch, muszę popracować nad swoją pozaopowiadaniową poprawnością językową. Jak spojrzeć na moje komentarze, to jakaś żenada: zaimkoza, błędy interpukcyjne, literówki, powtórzenia i powrót do strojenia ubrań. A przevież obiecałam, że już nigdy więcej:( Wstyd

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Finklo Napisz, czy mam zostawić komentarz i u Ciebie, czy ten wystarczy na oba opowiadania. Sethraelu, ależ Ty jesteś nietaktowny… w komentarzach nie wytyka się błędów logicznych. Po wyjściu z mego gabinetu, nikt nie zakładał czapki, bo jeszcze czekała na niego winda. Pozdrawiam obie, na pewno urodziwe panie..

Ryszardzie, tutaj też przeczytam, ale trochę mi głupio odpisywać, bo to jednak działka Alex i ona tu jest gospodynią. A przynajmniej nie wypada mi zbyt często jej gośiom pyskować. :-)

Babska logika rządzi!

Ależ, Ryszardzie drogi, gdybym Alex nie lubił i nie cenił jej tekstów, nie chciałoby mi się nawet silić na jakże przecież dowcipne docinki wskazujące potknięcia. Skoro jednak lubię, a ubieranie ubrań drażni mnie na równi z cofaniem do tylu, to… musiałem! Alex, ja też mam tak, że nie pamiętam, jak ludzie wyglądają. Skutkuje to czasem bardzo niezręcznymi dla mnie sytuacjami :(

Sorry, taki mamy klimat.

Seth, ja się nie gniewam, a sympatię szczerze odwzajemniam. No i pracuję nad pozbywaniem się tego durnego zwyczaju ubierania części garderoby, ale zapominam się. Jak coś piszę, to zwykle sprawdzam tekst pod tym względem, ale w życiu wymsknie mi się ( och i ten brak edycji, uniemożliwiajacy zatarcie śladów zbrodni:/). Co do niezręczności – jako weteranka, opanowałam sztukę gadania z kimś, bez konieczności skojarzenia jego tozsamości. Ponoć bardzo przekonująco to wychodzi. Kiedyś ucięłam sobie pół godzinną pogawędkę z jakąś dziewczyną na temat jej życia, planów, mojej pracy itp. Mąż stał obok, grzecznie słuchał i trochę go po tem zdziwiło, gdzy oświadczyłam, że nie mam pojęcia, kim była rozmówczyni. Niestety w pracy to nie wychodzi – zdradzam się pytając n-ty raz o nazwisko:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Kiedyś ucięłam sobie pół godzinną pogawędkę z jakąś dziewczyną na temat jej życia, planów, mojej pracy itp. Mąż stał obok, grzecznie słuchał i trochę go po tem zdziwiło, gdzy oświadczyłam, że nie mam pojęcia, kim była rozmówczyni.

Ech, jakbym siebie widział; tez kiedyś gadałem z dziewczyną, którą spotkałem przypadkiem, z pół godziny, z dekadę temu to było. W trakcie rozmowy dowiedziałem się, że razem studiowaliśmy i byliśmy w jednej grupie, więc przez kilka lat (!) musiałem ją widywać prawie codziennie… Moich znajomych (tych bliższych) ze studiów kojarzyła, więc o pomyłce mowy być nie mogło (a było to może rok po skończeniu studiów). Gadałem więc pół godziny, próbując przypomnieć sobie kim do cholery jest moja rozmówczyni i… do tej pory nie wiem :(  No porażka. A ona chyba się nie zorientowała, chociaż to dobre.

Sorry, taki mamy klimat.

Przeczytane. Komentarza nie będzie. Dlaczego, dowiecie się później, Siostrzyczki a la Strugackie.   Jutro poczytam Finklę.

O rany, Adamie, teraz powiało grozą. No nic, wstrzymam się do później, bo nie wiem, czy przepraszać, czy dziękować, czy oczekiwać tłumu z widłami i pochodniami. Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jeśli porównuje nas do Strugackich, to chyba nie jest beznadziejnie… Ale masz rację – ciśnienie podskakuje. :-)

Babska logika rządzi!

:-)  Tłum, widły, płonące stosy? Widowiskowe, owszem, ale przestarzałe, prymitywne nawet, rzekłbym. My działamy dyskretniej i skuteczniej.  :-) 

Ale Szanowny Panie Oficerze, te wyniki w mojej wyszukiwarce dotyczące wąglika i Koranu, to do opowiadania tylko… Podobnie jak poprzednie, dotyczące trucizn, domowego wytwarzania prochu, broni białej i takich tam. Przysięgam! Ja nie jestem agresywna! Poziom agresji 0!

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Sethraelu, serdecznie dziękujemy za nominację!

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Taaa… Nie wiem jak Ty, Alex, ale ja chyba zacznę chodzić ze szczoteczką do zębów w kieszeni.

Babska logika rządzi!

Nie zapomniałem :-)

Opowiadanie bardzo mi się podobało. Funkcjonowanie obłoku opisałaś z dużą wyobraźnią. Ludzko-obłocze relacje – z wyobraźnią i humorem. Nie zabrakło smutnej refleksji na temat ludzkiej natury. Nie mogłem się oderwać od Twojego tekstu, ponieważ byłem ciekaw, czego dowiem się o obcym podczas każdej następnej jego konfrontacji z człowiekiem. Dałem się wciągnąć także dlatego, że tę kilkuetapową historię napisałaś wdzięcznym, lekkim i przyjemnym językiem. A dzięki fabularnej ramie, jaką są rozmowy obłoku z adamem79, zręcznie złożyłaś opowieść w całość. Pozostaję pod wrażeniem :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, dzięki za nominację i tak miły komentarz. Aż się rumienię:) (a teraz przyjdzie PsychoFish i każe mi wąchać wisienki;))

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jak to… Skąd wiedziałaś? Jasnowidzka czy co…? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Alex, co Ty na to, co wpisałem pod "Homo"?

„I wtedy upadły się me szczytne plany nieingerowania w ludzkie umysły”. – Pewnie miało być: I wtedy upadły me szczytne plany nieingerowania w ludzkie umysły. I to wszystko co zauważyłam podczas lektury. Lektury nad wyraz zajmującej i jakże przyjemnej. Twoja umiejętność pisania o kwestiach niebagatelnych w sposób szalenie przystępny i lekki sprawiła, że opowiadanie przeczytałam jednym tchem. Nie do przecenienia jest też fakt, że Twoje poczucie humoru znalazło w tym tekście znakomite zastosowanie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@PsychoFish – to nie jasnowidztwo, tylko dowód na istnienie pozostałości seledynkowych prób konsolidacji umysłów;). @Adamie, przepraszam, że odpisuję dopiero teraz, ale zanim zdążyłam zabrali mi prąd (brzmi jak "pies zeżarł mi zeszyt") – gdy przeczytałam Twój komentarz, kamień spadł mi z serca, zdarłam perukę z głowy, rozpakowałam walizki i… wtedy właśnie zabrali prąd (Oni!) ;) Cieszę się, że chwile spędzone przy lekturze były ciekawe i nie kryję, że bardzo mi na Twojej opini zależało:) @regulatorzy – dziękuję za łapankę i  ciepłe słowa:) To zbędnę się na szczęście rzuciło mi się w oczy nim minął czas edycji i powinno być już poprawione

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Aaaaa… że taki… ooo…  :):) To ja nie powiem :) Alex, Twoja część, bez bólu w domyślanie się, stanowi jednocześnie i całość i element dyptyku. Lektura od strony Finkli jest dla czytelnika trudniejsza, bo pada mniej wyjasnień co do natury i przyczyn postępowania obłoku. Podoba mi sie pomysł – obcego naukowca, który nie może sie powstrzymać, by nie powtykać paluszków… Errr… cumulunimbusów? W każdym razie: tam, gdzie nie trzeba. Ciekawość, poznanie, jako siły napędowe interwencji obłoku są bardzo… ludzkie :) Dowcipna próba przedstawienia jego obcości, inności w pierwszym kontakcie rzeczywiście stawia to blisko SF. A żarciki religijno-historyczne bawią mnie okrutnie, więc jestem nieobiektywny ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No dobra, konsolidacja konsolidacją, ale równie miłego i merytowrycznego komentarza się nie spodziewałam ;) Dzięki, Rybko:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Prąciem :)   Naprawdę to napisałem? O.o :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho! CZYM Ty to napisałeś?! Przepraszam, NMSP. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo! I jak ja mam teraz zasnąć?! Ten obraz zostanie w moim umyśle na przynajmniej dwa dni! Żeby się go pozbyć trzeba będzie zabić nieco neuronów. Najlepiej wiśniówką.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Czyli to moja wina? No trudno, co miałam zostać jedyna z tym obrazem pod powiekami. ;-)

Babska logika rządzi!

Leżę. Płaczę. Słowa się pogubiły, przez śmiech nie chcą się znaleźć :D A macie, zemstę za wisienki… :D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Droga Alex Gdybyś podała jakikolwiek adres pocztowy, to, podobnie jak Rybosławowi i Finkli poprzednio, przysłałbym Tobie, jako wyraz uznania, moją prywatną nagrodę. Pozdrowienia.

Opowiadanie jest wyśmienite, jednakże nie mogę pojąć, czemu autorki zdecydowały się na wskazanie czytelnikom dowolnej kolejności czytania tekstów. Wszak Nebula jest tworem niemal w pełni autonomicznym, który można zrozumieć i polubić bez znajomości drugiej połowy dyptyku. Inaczej to wygląda przy czytaniu Homo, które wydaje się zupełnym bełkotem… hmm, jak teraz o tym myślę, to dezorientacja i niejasność sytuacji oddają relację z Seledynkiem od strony ludzi. Mimo to, osobiście nie poleciłbym czytania Homo przed Nebulą, gdyż to pierwsza wydaje się bardziej uzupełnieniem (encyklopedycznym) do spójnej i wciągającej historii z Nebuli, nie umniejszając oczywiście zasług i umiejętności Finkli.  Z oszczędności miejsca oraz czasu, a także dla spójności, skoro i tak zacząłem tu pisać o obu tekstach: dla mnie najlepsze w historii Finkli były knucia Mojżesza i jego brata. Tacy to by zawojowali świat nawet bez niby-bóstwa z kosmosu ;)

@ryszardzie – jestem zaszczycona i zachwycona, za chwilę prześlę Ci swój adres na maila ( to tyle aprops nie zdradzania swoich danych osobowych;)). @Zatrakusie – dziękuję:) Czemu zdecydowałyśmy się na wskazanie dowolnej kolejności? Pewnie dlatego, że od początku znałyśmy obie części opowieści, wydawało się nam, że żadna nie jest wyraźnie pierwsza. Trudno "od środka" dostrzec niektóre niejasności. Serdecznie pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex Tak jak Finkla, jesteś mistrzynią ciętej riposty. Pozdrawiam roześmiany.

To, żeby nie zostawiać Alex z ostatnim słowem i nie oddawać tytułu bez walki, napyskuję Zatrakusowi: jeśli zaczniesz od tego, co nie do końca jasne, to drugie przeczytasz z zainteresowaniem. ;-) Wiesz, w zasadzie to oni zawojowali świat… ;-)

Babska logika rządzi!

Alex, pod częścią Finkli napisałaś, że w życiu nie przypuszczałaś, że napiszesz coś zbliżonego do SF. Ja muszę więc napisać (chociaż zawiść mnie zżera!), że, jeśli napisałaś z taką lekkością, wiarygodnością i brawurą tekst w tematyce, w której "nie siedzisz", no to… Czapki z głów, po prostu. Naprawdę Ci kibicuję.

Przyznam, że miałem pewne obawy. Często, kiedy poruszany jest temat naukowego tysiącpięćsetstodziewięćsetnego z kolei wyjaśnienia fenomenu religii, spotykam się z taką irytującą protekcjonalnością, napuszeniem. Po prostu jestem uczulony na takie teorie, które często są z sobą wzajemnie sprzeczne, ale każda oczywiście bardziej "naukowa" od poprzedniej.

Na szczęście w Waszym opowiadaniu ten temat został potraktowany nadzwyczaj zgrabnie, z humorem dalekim od prymitywizmu i taniego skandalu. Nie nazwałbym tekstów antyreligijnymi, ot, fantastyczna historyjka nawiązująca do zagadnień biblijno-historycznych.

I nie tyle historyjka, co historia przedstawiona bardzo dojrzale, starannie, pomysłowo. Podziwiam przygotowanie merytoryczne Autorek. Językowo też, rzecz jasna, wyśmienicie, ale to wiadomo. Gratuluję i mam nadzieję, że to nie ostatnie wspólne przedsięwzięcie.

Jeśli chodzi o interludia, to zgadzam się z Ochą. Poczułem się, jakby pouczał mnie ten brodaty koleś z serii "Było sobie cośtam", a nie lubiłem przemądrzałego gnojka. ;) Przy tak rozbudowanym projekcie, to i tak drobiazg.

---

Wpadłem na iście nikczemny plan. Jeśli Finkla zagłosuje na tekst Alex, a Alex na tekst Finkli, to zupełnie legalnie będziecie mieć gratisowy głos na tak! Jakie to nikczemne! Chociaż i tak macie już trzy… a nie… chwila… cztery głosy. Zapomniałbym o własnym. Zawsze byłem słaby w rachunkach. ;)

---

Ale się rozpisałem, przepraszam. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

@ ocho, dzięki:) A tam zawiści – kto jak kto, ale Ty nie masz mi czego zazdrościć. Ale fajnie było spróbować napisać coś innego niż zazwyczaj. @SzyszkowyDziadku – dziękuję serdecznie za nominację, pozytywny komentarz i właściwe odczytanie intencji:) Tekst w żadnym razie nie miał być antyreligijny. No, może ciut uszczypliwy wyszedł. W dzieciństwie, gdy słuchałam ST nie pasowało mi, że Nieskończone Dobro mogło robić takie paskudne rzeczy, jak tam opisano, i byłam przekonana, że ktoś musiał coś przeinaczyć. Ale i tak boję się pokazać tekst mojej mamie. Po "Kozie…" pytała mnie, czemu piszę o sympatycznych demonach, a nie o aniołach, więc Seledynek mógłby ją wkurzyć;) A pomysł z nominacjami zaiste nikczemny, ale chyba się wstrzymamy, bo wyjdzie, że siejemy ferment. @Elanarze – dzięki ogromne za nominację @AdamieKB – dziękuję za nominację. Podejrzewać nic nie śmiałyśmy;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

:-) Dobrze dobrze, tak się mówi, a myśli…  :-)

Ja żartowałem z tym nikczemnym planem. ;) A "Kozę…" czytałem, świetna. Aniołek by kompletnie nie pasował, bo przecież koza to szatańskie zwierzę. :) Jeśli chodzi o żarty okołoreligijne to moje zdanie jest zbliżone do poglądu Chestertona "Absurdem jest stwierdzenie, że nie powinno śmiać się z rzeczy świętych, ponieważ nie ma rzeczy, które nie byłyby święte".

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

@Elanarze – dzięki ogromne za nominację Już dawno nominowałem, a jeszcze nie skomentowałem, wybacz opieszałość. ;)   Nietypowa forma na początku tekstu była świetnym posunięciem – wymiana zdań Nebuli i Adama79 zaintrygowała mnie na tyle, że przeczytałem tekst do końca (choć miałem tylko zerknąć, bo akurat czas mnie gonił). Podobalo mi się, że wątki religijne zostały przedstawione w taki sympatyczny sposób, jak wspomniał SzyszkowyDziadek w tekstach o podobnej tematyce często: ,,(…) spotykam się z taką irytującą protekcjonalnością, napuszeniem" – a tutaj jest jednocześnie ciekawe i z humorem. Zwłaszcza Seledynek i jego, zazwyczaj niestety nieudolne, starania budziły mą sympatię. ;)   ,,Wiedz jedynie, że gdy Twój gatunek przeczesze porządnie Pas Kuipera, znajdzie tam małą niespodziankę" – przyznam,  że jestem zaintrygowany.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Dzięki za komentarz i sympatię do Seledynka:) A w Pasie Kuipera… nie, nie powiem, żeby nie zmniejszać motywacji do przeczesywania:D Ocho, PsychoFiszu, dzięki stukrotne za nominację:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Prąciem, cała przyjemność po mojej stronie ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ten tekst czytałem jako drugi w kolejności, stąd wielu rzeczy mogłem się domyślić, jednak nie popsuło mi to przyjemności z czytania. Spodziewałem się sztywnego obcego, bardzo od nas różnego, a ten okazał się sympatycznym gościem, a jego korespondencja taka całkiem swojska. W sumie zna nas od tysiącleci, więc może właśnie tego powinienem się spodziewać. Myślę, że tą inność i swojskość Autorka dość zgrabnie wyważyła, a proces uczenia się nas wyszedł całkiem wiarygodnie. Dwie Autorki, dwie różne formy, a całość bardzo zgrana. Czytanie sprawiło mi dużą przyjemność.

"Dwie Autorki, dwie różne formy, a całość bardzo zgrana". No co ty, Unfallu, to bardzo nowe opowiadanie/ opowiadania. Jeszcze nie zgrane, za to bardzo zgrabne. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Unfallu, cieszę się, że cztanie sprawiło Ci przyjemność. Początkowo Seledynek miał być nieco mniej swojski, ale skoro komuś udało się pojąć ideę  komunikacji tak odmiennej od własnej, to pewnie z czasem nie miałby kłopotów z formą. Może i my kiedyś zdołamy opanować formy grzecznościowe języka pszczół – byłby to pewnie przeuroczy widok.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

[…] byłby to pewnie przeuroczy widok.   Ja myślę… Jedno tylko mnie niepokoi – jak głośno brzęczałybyście, odtańcowując radosne powitanie  :-)

Kwestia ilości nektaru… ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo dobry pomysł, dodatkowo świetnie zrealizowany. I nic więcej mądrego nie napiszę, poza tym, że przeczytałem tekst z wielką przyjemnością. Pozdrawiam

Mastiff

Niezwykle mi miło, Bohdanie, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Intryguje mnie pytanie na ile jest to fantastyka a na ile teoria. Czy można to taktować jako rozwinięcie teorii Ericha von Dänikena :)  

Moje dziewczyny trzymają się od tego kłamczucha z daleka.

Interesująca forma, wykonanie niezłe. Pomysł do nowych bynajmniej nie należy, ale został zrealizowany w ciekawy sposób. Z dwóch części ta jest wyraźnie lepsza, stanowi samodzielny twór. To niezupełnie jest mój typ, ale doceniam wkład i osiągnięty efekt. Ładnie wyszło.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@ homarze, to fantastyka – tylko i aż:) Zresztą, prędzej byłabym skłonna uwierzyć w homeopatię i różowe jednorożce niż w teorie Danikena @ jose – cieszę się, iż uważasz, że wyszło nienajgorzej:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Bardzo przyjemne opowiadanko. Pomysł co prawda dosyć zużyty, bo: obca inteligencja doprowadzająca do przełomowych zmian w ziemskiej cywilizacji – było; obca inteligencja tworzy religię – było, i jakby zapytać niektórych amerykanów, to dowiedzielibyśmy się, że to najprawdziwsza prawda ; ) Pomysł z wykorzystaniem erupcji wulkanu dla wyjaśnienia plag egipskich skojarzył mi się z pewnym programem, który dawno temu oglądałem na Discovery, z tym, że tam inaczej wyjaśnili śmierć pierworodnych (jako pierworodni mieli pierwszeństwo przed innymi dziećmi przy wykorzystaniu zapasów jedzenia i mieli większy przydział, a to jedzenie było czymś tam zakażone… no, nieważne ;p). No, ale o czym to ja miałem… aha. Alex, Twoja połowa dyptyku wyszła o wiele lepiej niż ta Finkli, opowiadanie nie dość, że jest samodzielną całością, to w dodatku jest napisane w bardzo sprawny sposób, jest rozrywkowe, sympatyczne i czytałem je z przyjemnością. I ja wiem, że bycie całością to nie jest cel połowy dyptyku, ale niestety tekst Finkli jakościowo stoi sporo niżej od Twojego i gdybym miał oceniać sam dyptyk, to bym narzekał. Głównie dlatego, że w moim przekonaniu jeden tekst powinien współgrać, uzupełniać drugi, a tutaj niestety wyszło na to, że jeden jest niemalże zdublowaniem drugiego.

Oceniając zaś oba teksty osobno, w przypadku Twojego z czystym sumieniem mogę powiedzieć „jestem na tak!”.

 

PS

Zapomniałem o tym dodać wyżej – fajnie, znamienne (bo tytuł dyptyku), że zdecydowałyście się na morze trzcin ; )

Berylu, po "jestem na tak" zwyczajnie mnie przytkało. Dzięki:) Program na Discovery też dawno temu ogladałam, więc łatwiej mi było szukać materiałów, bo wiedziałam za czym grzebać:) A wybuch Thiry to chyba jedno z bardziej mitotwórczych wydarzeń w historii. Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Ciekawy tekst, przedstawiający ciekawą koncepcję w ciekawy sposób. Choć przed lekturą miałem pewne obawy, to rozwiały się, kiedy zobaczyłem, że wszystko wykonane jest z sensem. Nie będę ukrywał, że tekst ten dostanie mój głos w lożowej debacie.

Dziękuję, vyzarcie:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Bardzo mi się to opowiadanie spodobało. Poza drobnymi niedociągnięciami, których już nie chce mi się szukać. Niestety część pierwszą odebrałem podobnie jak Zatrakus. Wybacz, Finklo. Ogólnie sam skrobnąłem niedawno coś w podobnym klimacie. No ale tutaj jest mistrzostwo.

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Dziękuję, Morf3uszu. A już myślałam, że opowiadanie odeszło w zapomnienie:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Naprawde swietne opowiadanie.

Dziękuję za przeczytanie i cieszę się ogromnie, że przypadło Ci do gustu:) Ależ miło zobaczyć złotą gwiazdkę przy kilkumiesięcznym tekście .

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Kiedy kończyłem betować Sztukę fugi, jedna z betujących dziewczyn podsunęła mi pod nos link do tego opowiadania. Przeczytałem wtedy po raz pierwszy. Teraz, buszując w opowiadaniach z tagiem “pierwszy kontakt”, przeczytałem po raz drugi. I wciąż podtrzymuje swoje zdanie: to rewelacyjny tekst! Wydaje się być lekko zbieżny z koncepcją ukazaną w SzF. Oczywiście, są w naszych opowiadaniach ogromne różnice, ale sama idea Innego wydaje się w jakimś stopniu zbliżona. Ciekawe jest śledzenie dróg, którymi chadza ludzka wyobraźnia. Ciekawe jest też obserwowanie, jak te drogi zbliżają się do siebie, krzyżują, a potem znów rozchodzą w swoje strony… ; ) Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

Dziękuję za odwiedziny, ocenę i komentarz, Jacku:) Do SZF zabieram się od kilku dni, co rusz wisi otwarta na ekranie, jestem ogromnie jej ciekawa, ale zły świat nie daje mi przeczytać, wrrr.Ale piekę naleśniczki i wreszcie siądę do czytania.

Ze swojej strony a propos pierwszego kontaktu polecam drugą część dyptyku, pisaną przez Finklę, i jej z = z^2 + c dzięki któremu powstało to opowiadanie:D

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Oblukam i Finklę w wolnej chwili ; ) Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

Lubię wracać do tego opowiadania. 

Dziękuję, Leo:) To taki komplement, że aż się zarumieniłam:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nowa Fantastyka