- Opowiadanie: vyzart - Kliknij, by zaakceptować warunki regulaminu

Kliknij, by zaakceptować warunki regulaminu

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kliknij, by zaakceptować warunki regulaminu

 

Dioda przy chipie błysnęła zielenią, informując o zakończeniu transakcji. Marek wysunął kartę z czytnika, a stojący przy nim mężczyzna wywołał przed twarzą miniaturowy ekran holograficzny. Przez chwilę przeglądał dane, przesuwając je ruchem oczu. W końcu uniósł kąciki ust i skinął z wyraźną satysfakcją.

– To by było wszystko. – Handlarz zamknął projekcję ruchem dłoni, po czym schował czytnik do kieszeni marynarki. – Środki się zgadzają.

– Oczywiście – odparł Marek, maskując zdenerwowanie uśmiechem. Metaliczny poblask poliamidowego garnituru pasera z każdą chwilą irytował go coraz bardziej. W tym momencie pragnął tylko napić się syntetycznej whisky w zaciszu własnego domu. – Mam nadzieję, że oprogramowanie będzie działać jak należy.

– Naturalnie – odpowiedział sprzedawca bez wahania. – Wciskanie ludziom szajsu psuje interes. Wolę mieć kilku sprawdzonych klientów niż wielką sieć niezadowolonych. Mniejsze ryzyko, sam pan rozumie.

Marek przytaknął, choć tak naprawdę rozumiał niewiele. Gdyby ceny wartości intelektualnych nie podskoczyły tak absurdalnie, pewnie nawet nie pomyślałby o przyjściu do tej zapomnianej przez Boga dzielnicy. Zbyt wiele było tu rdzy i starego smaru. Za dużo niebezpiecznych typków.

I pomyśleć, że kiedyś można było bez ograniczeń ściągać pirackie programy z Sieci. To musiały być czasy.

Marek westchnął, odruchowo przeczesując palcami krótkie czarne włosy. Schował kartę do kieszeni kurtki, sprawdzając czy szyfrowy zamek zatrzasnął ją odpowiednio mocno. Odwrócił się na pięcie, a pożegnanie ograniczył do niechętnego machnięcia dłonią. Chciał jak najszybciej wrócić do domu. Znaleźć się możliwie najdalej od tego przeklętego półświatka, cuchnącego wrzodu na mapie miasta.

Dlatego nie zauważył jak uśmiechnięty paser dał dyskretny znak dwóm ukrytym w półmroku cieniom.

 

***

 

Marek biegł. Uciekał tak szybko, jak tylko pozwalały nieprzyzwyczajone do wysiłku nogi. Co chwilę oglądał się za siebie, jakby w nadziei, że ścigające go postacie okażą się tylko sennymi marami i rozpłyną w powietrzu.

Te jednak z każdą chwilą stawały się coraz realniejsze. Zbliżały się. Nie odstępowały go na krok, nawet kiedy zaczął kluczyć między ciasnymi alejkami i pordzewiałymi szkieletami przewróconych rusztowań. Mężczyzna próbował dodać sobie odwagi, powtarzając w myślach, że to tylko zwykli ludzie. Nie mieli wspomagania, syntetycznych mięśni, ani cybernetycznych implantów. Na modyfikacje nie stać było nawet jego, a co dopiero oprychów bez praw obywatelskich. To tylko zwykli ludzie, mamrotał jak mantrę, choć doskonale wiedział, że nie miał szans im uciec. Nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio musiał pokonać pieszo taki dystans.

Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że się zgubił. Kluczył między budynkami tak zapamiętale, że zupełnie pogrążył się w labiryncie rdzy i pyłu. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął kręcić się w kółko. A przecież wcale nie chciał wiele. Zaoszczędzić jedynie trochę grosza, by starczyło na rozkręcenie interesu i następną subskrypcję. Przecież wszyscy jego znajomi chodzili do paserów, więc dlaczego to musiało spotkać właśnie jego?

Ledwo trzymał się na nogach. Był tak zmęczony, że najchętniej upadłby na kolana i zaczął płakać. Tylko że z jakiegoś powodu nie mógł przestać biec. Jeszcze kilka kroków, powtarzał za każdym razem, gdy stawiał stopę na ziemi. Nie przestawał, gdy prześladowcy byli tak blisko, że niemal czuł ich oddech na plecach. Nie zatrzymał się, choć hale fabryczne kpiły z niego drwiącymi uśmiechami wybitych okien i powykręcanych prętów. Próbował biec dalej, nawet kiedy kościste palce ścisnęły mu bark i pchnęły na ziemię.

Upadł, odruchowo zasłaniając głowę dłońmi, lecz zamiast ciosu nadszedł huk. Twarz napastnika wykrzywił bolesny grymas, a ciało oderwało się od ziemi jak drobinka pyłu uniesiona nagłym podmuchem. Pół oddechu później opryszek uderzył w zniszczony regał i osunął się bezwładnie na podłogę.

Wtedy Marek zauważył, że powietrze obok niego zadrgało. Bezwiednie przekrzywił głowę tylko po to, by zobaczyć jak rosła postać wyłania się z nicości. Syntetyczne włókna, z początku całkowicie przezroczyste, nabrały wyrazistości, ukazując obleczoną egzoszkieletem sylwetkę. Głowa nieznajomego ukryta była w polimerowym hełmie, nieprzezroczysty wizjer całkowicie zasłaniał oczy.

– Maskowanie wyłączone – wymamrotał przybysz, kierując lufę naramiennego działka na nieprzytomnego opryszka. – Heniu, jak sytuacja u ciebie?

Chip komunikacyjny musiał przekazać odpowiedź partnera, bo mężczyzna skinął z aprobatą i spojrzał na Marka.

– Starszy sierżant Stanisław Ludomirski – przedstawił się, wyświetlając przed sobą holograficzną odznakę. – Miał pan szczęście, że akurat patrolowaliśmy okolicę. Cholerne szczęście, że tak powiem.

Biznesmen zdobył się jedynie na przytaknięcie, czując jak krople zimnego potu staczają mu się po skroni. Dopiero teraz, gdy adrenalina zaczęła opadać, uzmysłowił sobie, czym mogła skończyć się ta nieudolna ucieczka, gdyby nie przypadkowa interwencja służby prewencyjnej.

– Zgodnie z punktem dwudziestym pierwszym regulaminu obywatelskiego została przeprowadzona interwencja z zastosowaniem zasady domniemania przestrzegania warunków licencji w sytuacjach wyjątkowych – stwierdził podoficer beznamiętnie, jakby tę samą formułkę wygłaszał już setki razy. – W związku z tym muszę poddać pana identyfikacji, by przeprowadzić weryfikację w bazie danych.

Marek puścił słowa policjanta mimo uszu, zatapiając się na moment w odrętwieniu. Poczuł delikatne ukłucie, gdy światło czytnika musnęło źrenicę. W tym samym momencie z półmroku wyłonił się jeszcze jeden funkcjonariusz. Przez ramię przerzucił drugiego z napastników, który bardziej przypominał teraz związany tobół niż człowieka.

Policjant położył więźnia obok jego towarzysza i uniósł pięść z wyprostowanym kciukiem w archaicznym geście. Sierżant nawet na niego nie spojrzał. Całą uwagę mężczyzny pochłaniały wyniki identyfikacji, wyświetlane bezpośrednio na wizjerze. Przyglądał się im przez chwilę, aż w końcu westchnął, rozkładając ręce.

– Obudź i przeproś panów – rzucił, wskazując nieprzytomnych oprychów nieokreślonym gestem, po czym spojrzał na biznesmena. – Pańska licencja na prawa obywatelskie wczoraj wygasła. W związku z tym nie jesteśmy niestety uprawnieni do dalszej interwencji w pana sprawie.

– To niemożliwe! – Marek poczuł, że ogarniający go jeszcze przed chwilą spokój rozpadł się na setki drobnych odłamków. Oczy rozwarły się w przerażeniu, oddech przyśpieszył, a twarz pobladła. Zdecydowanie zbyt wcześnie zaczął dziękować losowi za ratunek. – Sterownik mojego rachunku zawsze przelewa odpowiednią kwotę na dwa dni przed terminem. Sam sprawdzałem!

– Polecałbym się tak nie emocjonować – odparł policjant spokojnie, choć w jego głosie dało się wyczuć nutę rozdrażnienia. – Ze względu na nieuregulowany podatek humanitarny pula subskrybowanych przez pana praw człowieka również została znacząco uszczuplona. Zupełnie wyczyszczona, powiedziałbym nawet.

– To… to wszystko jakaś koszmarna pomyłka! – wydusił przez ściśnięte strachem gardło. Czasem rzeczywiście zdarzało mu się spóźnić z podatkiem, ale czynny żal i odsetki zawsze załatwiały sprawę. – A oni? Te… wyrzutki! Przecież mnie napadli!

Sierżant pokręcił tylko głową z politowaniem.

– W świetle prawa nie jest pan obecnie istotą ludzką, więc tamtą dwójkę możemy ukarać co najwyżej grzywną, choć ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu skończy się na upomnieniu. Może pan oczywiście złożyć zażalenie u głównego administratora, choć nie sądzę, by wiele to dało.

Marek nie wierzył własnym uszom. Przeniósł wzrok na odzyskujących przytomność bandziorów. Nie mieściło mu się w głowie, że w jednej chwili spadł w hierarchii społecznej poniżej poziomu tych obdartusów. To się nie mogło dziać. Był przecież zwyczajnym człowiekiem, uczciwym przedsiębiorcą. Nie unikał większej ilości podatków niż wszyscy, a faktury płacił z co najwyżej tygodniowym opóźnieniem. Nie czuł gniewu, ani nawet smutku. Absurdalność tej sytuacji napawała go jedynie bezbrzeżnym zdumieniem.

Wtedy przez plątaninę myśli przebiła się ta najważniejsza, wyraźniejsza niż wszystkie pozostałe. Pirackie oprogramowanie.

Chciał coś powiedzieć, wytłumaczyć, że został oszukany przez pasera, lecz zamiast tego patrzył jak sierżant wstał i zainicjował procedurę maskującą, nie zaszczycając go nawet przelotnym spojrzeniem. W desperackim odruchu Marek rzucił się za mężczyzną, ściskając rękoma obleczoną syntetycznymi włóknami łydkę.

Policjant zatrzymał się, choć tylko na moment. Wystarczająco długi, by biznesmen dostrzegł na jego twarzy pogardliwy grymas.

– Życie bezpańskiego kota ma obecnie większą wartość niż pańskie – stwierdził podoficer, po czym bezceremonialnie kopnął leżącego w twarz. – Proponowałbym o tym nie zapominać do momentu uregulowania zaległych opłat.

Funkcjonariusze zniknęli. Zlali się z tłem, uruchamiając wszystkie wbudowane w egzoszkielety procesory maskujące. Nie było już nawet słychać ich kroków i Marek poczuł, że wypełniająca budynek cisza zaczęła mu ciążyć. Przytłaczała go ciężarem beznadziejności, doprowadzała na skraj załamania nerwowego. Był gotów nawet zacząć wrzeszczeć, byle tylko pomieszczenie wypełnił jakiś dźwięk, lecz wtedy kątem oka dostrzegł ruch. Poczuł zimne ukłucie strachu, bezwiednie wywołując w umyśle najczarniejsze scenariusze, ale zamiast oprychów z półmroku wyłonił się pogodny mężczyzna. Jego poliamidowy garnitur błyszczał tak absurdalnie, że Marek musiał zamrugać kilkukrotnie, by upewnić się, że umysł nie płata mu figli.

Spojrzenie handlarza przywodziło na myśl naukowca, z dumą przyglądającego się szczurowi, który pierwszy przebiegł przez nowy labirynt.

– Mówiłem, że wirus zadziała – powiedział do opryszków, którzy masowali właśnie obolałe mięśnie, gramoląc się z ziemi. Jego usta rozciągnęły się w złowieszczym uśmiechu, a w oczach błysnął triumf. – Jednak opłacało się bawić w nagonkę i konfrontację. Panowie, wreszcie znalazłem dziurę w systemie.

 

***

 

Powietrze nad drogą zafalowało, a jakaś niewidzialna siła odcisnęła w górce piasku ślad wielkości stopy. Jedynie słabe refleksy światła, załamanego pod nienaturalnym kątem zdradzały obecność dwóch funkcjonariuszy. Rutynowy patrol trwał.

– Dziwna sprawa, Heniu. – Głos sierżanta rozbrzmiał w chipie komunikacyjnym hełmu. – Przejrzałem jeszcze raz dane tego gościa z poprzedniej interwencji. System pokazuje, że jego licencje i subskrypcje cały czas były aktywne. Co o tym sądzisz?

Henryk, jak większość funkcjonariuszy, zawsze włączał podczas służby inhibitor empatii, by obiektywnej egzekwować postanowienia regulaminu praw obywatelskich.

Dlatego wzruszył tylko ramionami i wyłączył komunikator.

Koniec

Komentarze

od tej pory będę czytała regulaminy ;-)

Fajnie opisałeś sekwencję ucieczki bohatera. Jednak jest kilka błędów, albo raczej niedopatrzeń.

Ależ Ty masz ostatnio tempo, Vyzarcie! Nadążyć się nie da. :) Przerażająca wizja, udany tekst. Podobało mi się, że używasz polskich imion i nazwisk, można więc się domyślać, że zamiast wymyślać nieokreślone światy, umieszczasz tekst w Polsce przyszłości.

Vyzarcie Gdyby nie niedoróbki, głosowałbym za piórkiem. Usuń powtórzenia, nie wiem co znaczy "byle pomieszczenie". Ale jako przykład opowiadania S.F. z odcieniem socjologicznym bardzo dobre. Fakt nie zapłacenia jakichś podatków uczynił z bohatera śmieciem w oczach stróżów prawa. Już nam niedaleko do takiego społeczeństwa. Nareszcie coś porządnego w zalewie drabbli. Pozdrawiam.

Jak świat światem, sierżanci do grupy oficerów nie należeli.

Interesujący lecz mroczny obraz przyszłości.

W nowojorskiej policji sierżant był nie lada figurą i traktowano go z szacunkiem. Dla przeciętnego obywatela był czymś w rodzaju oficera. To nie armia , gdzie pozycja sierżanta kończyła się na funkcji np. szefa kompanii. Ponadto w opowiadaniu o czasach przyszłych, stopień sierżanta może być przynależny do korpusu oficerów -jeżeli autor tak postanowi – czyż nie? Pozdrawiam z uśmiechem.

Bardzo udany tekst. Wizja takiej przyszłości naprawdę może przerażać. Ładnie oddany klimat. Gratuluję.

Bardzo fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

:-)  Tieorieticznie może, ale prakticznie lepiej, coby nie.  :-)

Dziękuję wszystkim za opinie. Wyjątkowo wiele, w wyjątkowo krótkim czasie.  Z tego co wiem, sierżanci policji należą do korpusu podoficerów, a dla przeciętnego zjadacza chleba "podoficer" nie różni się jak sądzę wiele od "oficera". Uznałem, że zdanie "oficer pokręcił głową z politowaniem" brzmi trochę bardziej naturalnie od "podoficer pokręcił głową z politowaniem", zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że narracja prowadzona jest z punktu widzenia kogoś, kto nie musi mieć pojęcia o stopniach w policji. Choć jeśli uważasz, Adamie, że jest to zbyt daleko idący skrót myślowy, można to jeszcze poprawić. Nie jestem na tyle przywiązany do tego określenia, by się o nie wykłócać.

Ja bym zmieniła. Zwróciłam uwagę na tego oficera, ale przemknęło mi wówczas przez głowę, że pewnie piszesz o tym drugim, nie o sierżańcie, więc nie drążyłam. Kręcący głową z politowaniem podoficer brzmi – moim zdaniem – równie dobrze co robiący to samo oficer. :)

Ja bym tam wolał być oficerem, niż "pod"…

Też nie mam zamiaru aż wykłócać się, bo nie ma to jakiegoś konkretnego znaczenia dla tekstu, który, jak uważam, udał się Tobie jak należy. A co do rozróżnienia – w kwestii dialogowej, w opisie dawanym przez kogoś nie z policji, nie ma się czego czepiac, nikt nie musi na tym się znać. Tylko w narracji, gwoli ścisłości… – ale pozostawiam to Twojemu ewentualnemu uznaniu.

Bardzo udany tekst. Przypomniał mi zdarzenie sprzed paru (parunastu)lat, kiedy to sądzono i chyba nawet skazano u nas człowieka, za to, że postrzelił (czy nawet zabił, nie pamiętam) wdzierającego się na jego posesję złodzieja. Podobało mi się. Pozdrawiam

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Podoba mi się, jakkolwiek wizja takiej przyszłości strachem napawa. Czy uzasadnionym…?  

 

…z każdą chwilą irytował go coraz bardziej. W tej chwili – Powtórzenie. Może w drugim zdaniu: W tym momencie

 

Sierżant nie zwrócił nawet na niego uwagi. Całą uwagę mężczyzny… – Powtórzenie. Może: Sierżant nawet na niego nie spojrzał. Całą uwagę mężczyzny… Lub: Sierżant nie zwrócił nawet na niego uwagi. Całą czujność/ baczność mężczyzny…  

 

…większą wartość niż pańskie– stwierdził oficer… – Brak spacji przed półpauzą.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przedstawiasz ciekawy świat, ale nie jestem pewna, czy to scenka, czy pełnoprawne opowiadanie.

Babska logika rządzi!

Niesamowita atomsfera. U mnie od dawna regulaminy budziły lekki awers (szczególnie ten mały druczek), ale atmosfera… ach, labirynty, ucieczki, mrok. Kuriozalność "Procesu" tylko trochę później.

vyzarcie Byłbym wdzięczny za maila

Ryszardzie, mój mail jest w moim profilu, niemniej wysłałem ci również wiadomość zaczepną, że tak powiem, na twoją skrzynkę.

A mnie się bardzo podobało, jakkolwiek to chyba bardziej scenka niź pełna fabuła. Lubię takie socjologiczne sci-fi i cieszę się, źe potrafi irronicznie komentować wciąź to nowe trendy.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wizjonerskie opowiadanie, na ile prawdziwe przyszłość pokarze. Podobało mi się.

Nowa Fantastyka