- Opowiadanie: zygfryd89 - Tajemniczy, nieznajomy

Tajemniczy, nieznajomy

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Tajemniczy, nieznajomy

 

Owy tajemniczy, nieznajomy pojawił się przed mym domem niby duch jakiś, albo inna zjawa. Idąc przez mój ogród, gdzie akurat podlewałem kwiatostan, wiatr targał jego czarnym jak serce demona płaszczem. Pod kapturem skryła się brzydka, poprzecinana bliznami i krostami fuzjonomia, którą spoglądał we mnie niespolegliwie; czułem wręcz, że przewiertuje mi duszę. Płatki śniegu topniały mu na ustach, co sprawiało wrażenie, jakby je pożerał.

– Kim jesteś? – zapytałem, bo nie znałem tego człowieka.

– Właścicielem domu, który skrył się za pana plecami – wyparował z bezczelnością w głosie. – Ma się pan zeń wynieść.

To było dziwna i nader nietypowa prośba. Jakże on miałby być właścicielem, kiedy ja nim jestem? Kupiłem chałupę za gotówkę z kredytu przed pięcioma laty. Już prawie spłaciłem jej dziesiątą cześć.

– To mój dom – powiedziałem trochę za głośno, ale to nic bo wiało i wiatr ten zagłuszał nas dokładnie niczym otulający kocem kochanek.

Na dowód, że to mój dom, wyjąłem z kieszeni akt notarialny.

– Proszę spojrzeć – poleciłem mu rzucić okiem.

Ale nieznajomy nie miał zamiaru niczym rzucać. Zaśmiał się gardłowo i podarł dokumentacje samym wzorkiem. Kawałki papieru rozniosły się na wietrze niczym zmierzające na wojnę śmigłowce.

– Dobra sztuczka – rzekłem i sam chciałem zrobić podobną: – wyjąć mu z ucha monetę. Niestety się nie udało, albowiem nieznajomy uszów nie posiadał. A jeśli nawet posiadał, to ukrywały się bezpiecznie pod kapturem, który był wówczas czarny niczym moje myśli w tamtej chwili.

– Dowodzę grupą groźnych wampirów – oznajmił z mostu. – Jeżeli za 3 dni nie opuścisz mego pradawnego domu, wyssię krew z ciebie i całej twojej rodziny. Do pięciu pokoleń wstecz!

Obrócił się i pozostawił mnie bez słowa.

 

*

 

Żona spała słodko, toteż nie miałem sumienia aby ją przebudzić. Ale potem dowiedziałem się, że wcale nie śpi ino czycha, jakby spodziewała się jakiś kłopotów. I miała rację, bo ten Wampir wydawał się być nie lichym zagrożeniem.

– Wampir podarł nasz akt notarialny – przemówiłem do niej, nie owijając bawełny, a ona spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem, który mówił „znów żeś wpakował się w kłopoty stara łachudro!’

– Znów żeś wpakował się w kłopoty, stara łachudro! – przemówiła, bynajmniej nie oczyma. – Teraz trza zrobić kolejny wypis, a to kosztuje!

– Jest gorzej. Wampiry chcą zabrać nasz dom.

Walcowała mnie wzrokiem, najwidoczniej podejrzewała, że stroję sobie żarty. Ale ja nie lubiłem się stroić. Byłem prawdomówny od dzieciństwa.

W dzieciństwie jeden ze stryji (miałem czterech stryji – Bogusława, Mietka, Sławka i Staszka i to Staszku tutaj napominam) przyłapał mnie i chłopaków z podwórka, jak wykradłem ze sklepu 100 złotych. Stryj, który był jednocześnie okradzionym sklepikarzem i policjantem na drugim etacie, złapał mnie, i zapytał:

– Czy to ty okradłeś sklep?

A ja mu na to odpowiedziałem:

– Tak. Okradłem sklep.

Nie skłamałem. Zawsze byłem prawy i uczciwy.

– Czy powinniśmy to zgłosić na policję? – zapytała małżonka ma.

– Ukradzenie stówy nie jest tak ważne, by zgłaszać to władzy – odparłem, gdyż wciąż byłem pogrążony myślami w odległych czasach.

– Nie chodzi mi o twoje dziecięce rabunki – wykrztusiła. – Ale o wampiry!

Powróciłem ze świata wspomnień niczym żołnierz z wojny stuletniej.

– Obawiam, się, że w tej sprawie jest już za późno na policję – odparłem. – Ale mam inny plan. Dowiem się, jak pokonać te wampiry, bo żadne wampiry nie zwampirzą nam domu! Dam im popalić! – huknąłem, aż żonie spadła kołdra, odsłaniając jej dwoje piersi, które były dojrzałe niczym dynie na święto haaloween.

 

*

 

Znajomy bibliotekarz był specjalistą w sprawie wampirów, albowiem sam nim był.

– Mam problem z takimi jak ty – odparłem, może trochę zbyt bezczelnie, ale jednak nie, bo Bibliotekarz uśmiechnął się swoimi kłami wcale serdecznie. – Potrzebuję wampirzej księgi, która powie mi co robić.

– Mamy na składzie taką księgę – orzekł.

– Poproszę – porosiłem.

– Wypożyczona.

– Do kiedy?

– Do za trzy dni.

To było niekorzystne, bowiem już za dwa dni wampiry miały po mnie przyjść.

– Dasz mi adres tego, kto wypożyczył knigę? – poprosiłem, a on się zgodził.

Zapisał adres na chusteczkę, chyba krwią co ją miał we flakoniku, albowiem nie miał nic lepszego pod ręką.

– Dzięki. Teraz na pewno dowiem się więcej o wampirach.

– Tylko nie zabij nikogo kogo znam – zażartował.

– Ha ha – odeśmiałem się i już mnie nie było.

 

*

 

Idąc za adresem, znalazłem się w szemranej dzielnicy.

Gdzie nie spojrzeć okropne, obdarte domostwa, których okna pobrzdękiwały w rytmie moich kroków, a tynk sypał się ze ścian od samego nań patrzenia. Pojawił się kot, ale szybko zniknął, toteż założyłem, że ktoś go naszybko skonsumował, takie to bowiem było szemrane miejsce.

Dom, w którym wypożyczono księgę straszył niczym horror oglądany po północy w samym środku strasznego lasu dziesięć kilometrów od najbliższych zabudowań. Ale musiałem weń wejść, bo inaczej te wampiry nie dałyby mi spokoju.

Wcisnąłem dzwonek. Rozległ się krzyk. To mógł być dźwięk dzwonka, albo kogoś właśnie zamordowano.

Patrząc na to wszystko, miałem złe przeczucia.

Otworzyła mi stara, mała, brzydka, siwowłosa, pomarszczona staruszka.

– Czekałam na ciebie – powiedziała.

Weszliśmy do pokoju, który w środku nie prezentował się wcale lepiej niż na zewnątrz.

– Ja w sprawie wampirzej księgi – oznajmiłem cel wyprawy, podnosząc filiżankę paskudnej kawy, ale skądś wiedziałem, że ona już o tym wie.

Położyła księgę na stole z takim chrobotem, że aż zatrzęsły się żyrandole w domu obok. Staruszka cmoknęła, wskazując ręką. Spojrzałem. Była stara jak świat i pokryta pomarszczoną skórą.

– W tej księdze pisze – zaczęła objaśniać – że około 1000 lat temu wielki wampir Złowróg zagościł na tych ziemiach. Wpierwej mieszkał we zamku, potem we dworku, a potem w prawdziwym domie. Dekadę temu wyruszył w rodzinne strony, a wtedy jego obecny dom sprzedali tobie.

– I cóż mam począć?

– Jest sposób. W pierwszej kolejności znajdź miecz, który ukryty jest w twoim tudzież jego domu.

Faktycznie, córka pokazała mi kiedyś wampirzy miecz, który wisiał na ścianie piwnicy, ale do tej pory nie interesowałem się nim zbytnio.

– Przebijesz mu miecz sercem i wtedy umrze – kontynuowała starawinka.

– To już wiem wszystko, co winienem wiedzieć – oznajmiłem i podziękowałem za kawę, choć była okropna niczym sytuacja, w której się znalazłem.

 

*

 

Od rozmowy ze staruchą minęły trzy dni. Wypatrywaliśmy wampirów całą rodziną niczym pierwszą gwiazdkę tuż przed wigilią. Zjawili się punktualnie.

– Są – zakrzyknęła moja czteroletnia córka, oczko w mojej głowie. – Przybieżeli czarnym niczym bezdenna otchłań samochodem. Cóż poczniemy, rodzicielu?

Spojrzałem i zobaczyłem. Było ich z tuzin, może nawet pół mendla. Szefa poznałem od razu, bo aż biła od niego groza i jakieś takie pradawne zło, tak czarne, że omal dotykalne.

– Schówcie się – napolegliłem do żony i dzieci, a one wykonały polecenie. Cała familia skryła się na piętrze, aby w razie czego mieć dobrą sposobność do dania nogi.

Ale ja nie zamierzałem pozwolić, by krwiopijcy skrzywiły moich bliskich. Na mych plecach zwisał miecz wampirzy, własność pozostawiona przed laty przez Złowroga. Jego rączka okuta była srebrnymi nietoperzami, jelcyn inkustowany czerwonymi niczym krew niewinnej ofiary ametystami, a czubek ostry niczym mój gniew.

– To ty – powiedział do mnie najważniejszy z wampirów.

– To ja – odparłem. Nie było sensu kłamać.

– Masz ostatnią szansę. Opuść mój dom, a zachowasz swe nędzne życie. Inaczej zjem ci duszę.

– Będziesz musiał się objeść smakiem. Rzeknę więcej, to ja daję ci szansę. Wyjdź stąd, albo posiekam cię moim wampirzym mieczem jak cebulę.

I wtedy rozpoznałem jednego z szóstki towarzyszy Złego. To był bibliotekarz.

– A więc wszystko było okratowane? – zapytałem.

– Tak – powiedział uśmiechając się pod wąsem. – Bibliotekarz to mój brat, a starucha to moja matka.

Starucha urodziła się z ciemności, brzydka tak, że lepiej mogła tam pozostać. Uśmiechała się bezzębnymi ustami, a na ten widok w moim żołądku zagnieździło się z pół tuzina węży.

– Tylko wampir może rozkazywać wampirzemu mieczowi – oznajmi wampir z wyrazem wygranej w śliskim jak wypastowana podłoga głosie. – Nie zabijesz mnie.

– Mieczu – szepnąłem, ale on mnie nie słuchał, bo nic się nie wydarzyło.

Poczułem, że przegrałem.

I wtedy przed moimi oczami stanęło czterech stryji. Trzech odrzuciłem, został Staszek. Co zrobił, gdy okradłem jego sklep?

– Trzeba cię ukarać – powiedział i wystrzeżył swe wampirowate zębiska. Ugryzł mnie wtedy…

A to oznacza że…

Pierwszym pchnięciem odciąłem cztery głowy, które poleciały na cztery strony świata. Głowa południowa była staruchy, wschodnia jeszcze przed chwilą należała do bibliotekarza, zachodniej i południowej nie znałem, ale sądząc po aparycji niewiele straciłem. Zacisnąłem mocniej rękę na trzonku miecza i ciachnąłem znowu. Trzy kolejne głowy wzbiły się na tle rozgwieżdżonego nieba.

– A więc zostało nas dwoje – powiedział Arcywampir.

– Za chwilę ta stawka zmniejszy się o połowę – wyprorokowałem i zrobiłem piruet, ale on odskoczył.

Zaśmiał się złowieszczo i odważył kły.

Ustawiłem się w pozycji Vom Dach. Kolejne uderzenie było paskudnie celne, ale nie trafiło. Wampir wykonał unik, cofając się do tyłu. W jego pokrytej runicznymi tatuażami w jakimś wymarłym języku dłoni wyrósł miecz jeszcze dłuższy od mojego.

– Ładny? – zapytał. – Nazwałem go „Kończyciel historii”, bo właśnie teraz zakończy twoją historię.

– Twoja historia zakończy się jeszcze szybciej – zripostowałem tak językiem jak i ostrzem.

Ciosy padały niczym jesienne deszcze. Uderzenie za uderzeniem. Blok za blokiem. Unik za unikiem. Wampir się jednak nie zmęczył, bo nie żył. Ale w jego oczach widziałem jakąś taką iskierkę, jakoby strach, że wreszcie po tylu tysiącach lat trafiła kosa na kamień. Zmieniliśmy się miejscami, a potem znowu, potem jeszcze raz, aż w końcu żaden z nas nie wiedział, który jest który.

I wtedy zza horyzontu wyjrzało niespodziewanie słońce. Uratowany! Miałem wrażenie, jakby rodził się nowy dzień.

Wampir opuścił miecz, bo już wiedział, że to koniec.

– Dobrze, zabierz sobie dom – stwierdził.

I wtedy miecz w mojej ręce ożył, pchnąłem, szpych przeciął jego czarne serce, wszystko trwało może z trzy uderzenia serca. Mojego, bo jego już nie biło.

– Nieeeee!!!!!!!!!! – zawył, bo wiedział, że umarł.

– Pozdrów odemnie rodzinę, sługulcu zła. Moja jest już bezpieczna.

Wampir rozpłynął się jak bałwan w mikrofalówce, syczał, przeklinał w obcych, zapomnianych dialektach, a po chwili zamienił się w kupę proszku, który kopnąłem, by wiatr znów zabrał go w rodzinne strony. Tyle mu bowiem byłem winien.

– Dziękuję ci, stryju Bogusławie – rzekłem do chmur, zastanawiając się, czy stryj tam jest, czy mnie słyszy. Jak tak teraz myślę, to mogłem po prostu doń zadzwonić.

Następnego dnia wystawiłem obie szable na internetowej licytacji i usiadłem na ganku domu, kontemplując Słońce w zenicie. Jego promienie łachotały mnie subtelnie, oświetlając okoliczne lasy, jeziora i morza. Chmury kopulowały radośnie, pokrywając nieboskłon tysiącami różnych obrazów. Było tak spokojnie, ale wiedziałem, że to zwykła ułuda, że wkrótce znów będę musiał chwycić za miecz. Kto będzie to tym razem? wilkołaki? zombie? rodzina żony? Nie sposób było zgadnąć, ale byłem przygotowany.

Narazie jednak cieszyłem się tym chłodnym, aczkolwiek pogodnym wieczorem.

 

21. styczeń 2014

 

Koniec

Komentarze

OMG!

Dziękuję, Lakeholmenie, za przeczytanie mojego magnus opum :)

Znakomite :D

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Mam już nawet pomysł na kontynuację. Kilka godzin spędziłem, wymyślając tytuł, aż w końcu móg umysł spłodził prawdziwą perłę – "Tajemniczy, nieznajomy 2 – Zemsta Złowroga". Nasz bohater będzie musiał zdjąć miecz z licytacji, albowiem Złowróg powróci, tym razem na czele armi okrutnych ghulii! Ale jeszcze nie wiem, czy napiszę to, czy coś innego ;D

Weź, ja nie wiem, ile mozna o tych wampirach i ejszcze jakies takei z meicami – przeciez wszyscy wiedzom, ze wampiry świecą złotem i chodzą za dnia, cholera, weź se Zmieszch obejrzyj i się dołucz!   :):)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wypraszam sobie, moje wampiry też chodzą za dnia! Niektóre. Hmm… jeśli ktoś ciekaw, dlaczego tylko niektóre odpowiadam wyczerpująco: bo tak, a nie inaczej!

jakieś słabe te wampiry zaden miał suyper szybkosci przeciez nromalnie to by zatwił od razu. Psychofush ma racje mysisz jeszze poczytac zeby dobbrze ow ampirach pisac bo jak nie poczytasz to słabe ci wyjdzie   :D

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Moja Wampiry mają w sobie mrok i zło, a to też jest supermoc, żeby być tak mrocznym, że aż ten mrok czarny jak bezgwiezdna noc omal wylewa się na czytelnika niczym wiadro pełne smoły, pogrążając go w tym ciemnośc, nie pozwalając mu się uwolnić. A poza tym Złowróg nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, bowiem zostanie on (Złowróg) bohaterem mojej nowej wampirzej sagi, którą mam zamiar napisać w przyszłym tygodniu, i saga ta będzie się składać w 10 ksiąg, a każda z nich będzie mroczniejsza od poprzedniej. Ażeby to spotęgować, całość będzie napisana czarną czcionką.

Dobre. Inkustowany jelcyn rządzi! :-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo. To rozbudzające, że wciąż są tacy, którzy potrafią dostrzec prawdziwą literaturę.

Cudne! Zwłaszcza te porównania, tak eksternistyczne jak migdałooka piękność z Bankoku.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Czytając pierwszą część, myślałem, że ten gość w czarnym płaszczu z kapturem, roszczącym sobie prawa do domu, podarłszy akt własności był zakonnikiem, który przylazł prosto z posiedzenia Komisji Majątkowej.

 

Widzę, że rywalizacja w tej edycji nie będzie lakoniczna. No nic, trzeba będzie wprowadzić w życie mój przebiegły plan. Poczekam do ostatecznej chwili i przeczytałszy wszystkie konkursowe opowiadania podglądnę wszystkie najlepsze pomysły, dodam wszystkie moje najlepsze i dziesięć minut przed upływem północy zabiorę się do pisania, aby równo z dwunastym kuknięciem kukułki przybić przysłowiowy góźć do tej trumny. Ha ha ha! ;)

Zaiste, przebiegłe, Unfallu :)

Powróciłem ze świata wspomnień niczym żołnierz z wojny stuletniej. – to chyba wypiszę sobie nad komputerem. Podobnie jak: Do za trzy dni

Starucha urodziła się z ciemności, brzydka tak, że lepiej mogła tam pozostać.  – no, tu wymiękłam. Nauczona doświadczeniem nic nie jadłam ani nie piłam kontemplując ten tekst. Znakomity!    

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No, Zygfrydzie, rozbudziłeś we mnie chęć jeszcze czytania drugiej części dalszego ciągu, bo się fajnie zaczęło, ale do tej pory najstarsi górale nie pamiętają, kiedy miałeś zamiar nam pokazać kontynuacje dzieła zaczętego powyżej.

Martwi mnie teraz i żywi też trochę, jak sobie poradzi bohater na przyszłość, bo jak wystawił oręże na aukcji i usiadł na ganku, to z czym on do gości będzie jak przyjdą?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ojej, moje zapomniane arcydzieło zostało odkopane XD

A drugą część naprawdę miałem zamiar napisać (na Grafomanię można było 2 teksty), ale po 1,5 strony zrezygnowałem. Może jak się kiedyś beryl szarpnie na następną edycję…

No to już się nie mogę aż doczekać z ciekawości o dalszego ciąga. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka