- Opowiadanie: Kyuke - Spisek w Gravestone

Spisek w Gravestone

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Spisek w Gravestone

 

Wiedział, że to się w końcu tak skończy. Spodziewał się tego, odkąd wylądował na ulicy. Jednak miał nadzieję, że zdoła wytrwać nieco dłużej niż rok. Wychował się w sierocińcu, do którego trafił zaraz po narodzinach. Żył, jadł i uczył się tam, pod czujnym okiem groźnych sióstr zakonnych. Umiał pisać i czytać, ale co mu po tych umiejętnościach na ulicy? Gdy tylko osiągnął pełnoletność, czyli szesnasty rok życia, został wyrzucony na zbity pysk. Nikt go nie chciał, nie miał też żadnych przyjaciół, czy znajomości. Być może dlatego, że był niemową. Uznany za odmieńca, obiekt drwin. Musiał radzić sobie samemu, żyjąc na brudnych ulicach Gravestone. W otoczonym wielkim murem mieście, czuł się jak w klatce. Błąkał się od jednego zaułka, do drugiego. Kradł, żebrał, szukał. Był w stanie ciągnąć ten stan wegetacji przez cały rok, aż do teraz. Chciwość wzięła górę nad rozumiem, rozpacz – nad rozsądkiem. Przecież nikogo nie ma w pobliżu, uda się. Powtarzał sobie w myślach, gdy zbliżał się do pękatej sakiewki położonej na jednej z ławek miejskiego ogrodu. Nie spodziewał się, że sprawa przybierze taki obrót. W pobliżu faktycznie nikogo nie było, nikogo żywego. Był zmrok, więc nie zauważył ciała rozciągniętego na pobliskim trawniku. Gdy stał już ze swoją zdobyczą w rękach, nie mając za bardzo pojęcia, co dalej robić, z obu stron alei nadbiegała już straż. Ciężkie, okute żelazem buciory wystukiwały równy rytm na kocich łbach. Dopiero wtedy spostrzegł niedawnego właściciela tego małego skarbu. Jednak było już za późno. Sparaliżowany strachem, patrzał jak jeden ze strażników do niego podchodzi, częstując go solidnym uderzeniem w tył głowy, mocną stalową rękawicą. Potem nie było już nic, tylko niemiła świadomość, że właśnie wpakował się w niezłe gówno.

 

 

 

– Nowy, nie śpij, ej, słyszysz?

 

Lekkie szturchnięcie w bok i cichy szept nad głową skutecznie ocuciły mężczyznę, zwłaszcza jeśli dorzucimy do tego nieprzyjemny oddech jego towarzysza. Niepewnie otworzył oczy, czując bolesne pulsowanie pod czaszką. Nieźle mi przygrzmocił. Ujrzał przed sobą pomarszczoną, nieogoloną twarz, której właścicielowi brakowało kilku zębów. Odruchowo odskoczył do tyłu, co tylko spowodowało nasilenie się bólu. Wymacał wielkiego guza, cicho stękając, słuchając chichotu tamtego.

 

– Gdzie ja jestem? – wycedził przez zęby, trzymając głowę ukrytą między nogami, czekając aż tępe dudnienie nieco zelży.

 

– Witaj w skromnych progach królewskiej cytadeli. Właśnie jesteśmy w lochu numer dwanaście, mogącym pomieścić od jednej do dwudziestu ściśniętych osób. Toaleta wliczona w cenę pobytu, jest na miejscu. Siano wymieniane regularne raz na trzy miesiące, standard ponadklasowy. Miejskie zajazdy mogą się schować przy tej ukrytej perle – bezzębny recytował jakby z pamięci. – Jak cię zwą?

 

– Luka. – Chłopak spiorunował go wzrokiem, nie mogąc przełknąć takiej dawki ironii.

 

– A zatem jesteśmy współlokatorami! Mów na mnie jak chcesz, choć przywykłem do prostego Gustaw – więzień wyciągnął dłoń.

 

Luka niechętnie odwzajemnił uścisk, i rozejrzał się po pomieszczeniu, wciąż czując lekki ból z tyłu głowy.

 

Otoczona kamiennymi ścianami klitka, nieco większa od przegrody dla konia. Z jednej strony wmocowane w podłoże metalowe kraty z wbudowanymi w nie drzwiami. Jedynym źródłem światła była płonąca na korytarzu pochodnia, której żywotność miała się ku końcowi. Podłoga rzeczywiście była wyłożona sianem, którego zapach był porównywalny do zawartości kilku miejskich latryn. Przez brak okna, które wpuszczałoby trochę świeżego powietrza, smród zdawał się być jeszcze gorszy. Plus był taki, że Luka zdołał przywyknąć, samemu nocując w rynsztokach, a jak miał dobry dzień, to w zagrodzie dla świń. Spróbował wstać, ale błędniki skutecznie odmówiły mu posłuszeństwa, więc też opadł z powrotem na podłogę, żałując, że nie zabili go na miejscu. Właściwie za co? Wziął coś, co praktycznie było już bezpańskie. Jak w ogóle mogli pomyśleć, że to on zabił tego człowieka, nawet nie zdążył mu się przyjrzeć. Co mógł mu zrobić? Podciąć gardło pogryzionymi paznokciami?

 

– Długo tu siedzisz? – spytał swojego towarzysza niedoli.

 

– Dość długo, żeby brano mnie za stały element otoczenia. Rzecz, bez której to miejsce nie byłoby takie same – odparł z uśmiechem Gustaw.

 

On zdecydowanie za dobrze się tu bawi.

 

– A za co cię zamknęli? – młodzieniec kontynuował rozmowę.

 

– Za to, za co każdego. Za niewinność – kolejny wybuch śmiechu. – Daj spokój, już nawet nie pamiętam, i szczerze, nawet mnie to nie obchodzi. Mam co jeść i gdzie spać. Żyć, nie umierać.

 

– Ja bym raczej nie nazwał tego życiem – skwitował gorzko Luka.

 

– I nie będziesz musiał. Jutro rano stracą cię na dziedzińcu, za zamordowanie ambasadora Glevii. I to w celach czysto zarobkowych, nieładnie – Gustaw karcąco pokiwał palcem.

 

– Ja go nie …! – krzyk sprawił, że kolejna fala nieznośnego bólu zalała czaszkę więźnia. – Nie zabiłem – dokończył po chwili, gdy mógł złapać oddech. Z resztą, skąd ty to wiesz?

 

– Strażnik uraczył mnie ciekawostką, przywilej stałego klienta – wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Zabiłeś, nie zabiłeś. Jakie to ma znaczenie? Mają winnego, stracą winnego, winny poniesie karę, zmniejszając przy tym niesnaski. I wszyscy szczęśliwi. No może poza tobą, ale kto by się przejmował trupem.

 

– Szczery do bólu – skomentował chłopak.

 

Nie podobała mu się perspektywa przedwczesnej śmierci. Może prowadził żywot szczura, ale gdyby chciał zginąć, to już dawno sam by się zabił. Zdążył przywyknąć do brudnych ulic, zimnych kamieni i spojrzeń pełnych pogardy. Myśl o egzekucji, niewątpliwie napawała go smutkiem, a na myśl nasuwał mu się tylko jeden wniosek. To w chuj niesprawiedliwe. A co jest sprawiedliwe? Szeptał w głowie cichy głosik. Tylko bogaci i potężni mają prawo do sprawiedliwości, reszta musi się zadowolić tym, co przygotowało dla nich nieuchronne przeznaczenie. Smutne, ale prawdziwe.

 

– Chcesz żyć? – spytał nagle Gustaw, na co chłopak skinął głową, uważając żeby nie zrobić tego zbyt gwałtownie, w nadziei na uniknięcie bólu. Bezskutecznie.

 

– Bez względu na cenę? – mężczyzna drążył temat?

 

– O co ci chodzi? – spytał poirytowany Luka, nie widząc celu tej rozmowy.

 

– Nic, nic, o nic. Nie było tematu – Gustaw posłał mu serdeczny uśmiech, po czym położył się, odwracając się do chłopaka plecami. – Jest środek nocy, a przed tobą wielki dzień, wyśpij się – rzucił mu przez ramię, po czym dodał jeszcze – i pamiętaj, lewa połowa celi jest moja.

 

 

 

– Nowy, wstawaj!

 

Chłopak, zbudzony czyimś krzykiem, zerwał się na nogi. Czekająca w gotowości głowa, powitała młodzieńca przeszywającym bólem, pozbawiając go na chwilę wzroku. Oparł się o ścianę, szukając źródła hałasu.

 

– Zaraz cię zabieramy, ubierz się ładnie – powiedział stojący przy drzwiach strażnik, po czym oddalił się, ciesząc się z udanego żartu.

 

Luka chciał za nim krzyknąć, spytać, o co w ogóle chodzi, ale uświadomił sobie, że przecież nic z tego. W końcu jest niemową. Ciekawe co na to Gustaw. Przeleciało mu przez myśl, i po chwili wytrzeszczył oczy z przerażenia. Ja z nim rozmawiałem. Momentalnie rozejrzał się po celi, stwierdzając, że jest jej jedynym lokatorem. Jak? Powoli osunął się pod ścianę, chowając głowę między nogami. To wszystko było takie prawdziwe. Sen? Nie ma innej opcji. Starając się uspokoić, oszukując samego siebie, zaczął się zastanawiać, co zroby po wyjściu z więzienia. Nie dopuszczał do głosu myśli o tym, że faktycznie zostanie stracony, to byłoby równoznaczne z przyznaniem, że faktycznie rozmawiał z kimś zeszłej nocy. Za mocno mi przywalili i miałem majaki. To na pewno to. Niechętnie spojrzał na miejsce, na którym powinien leżeć jego nieistniejący rozmówca. Tylko sen.

 

Zamknął na chwilę oczy, a gdy je otworzył, ujrzał przed sobą paskudną gębę Gustawa.

 

– Tęskniłeś? – zapytał starzec, rozciągając w uśmiechu spękane wargi.

 

– Ty … – zaczął Luka, zatrzymując się wpół zdania, gdy usłyszał, że z jego ust wydobywają się słowa.

 

– Oj no – szczerbaty zrobił niewinną minę. – Tylko się droczyłem, znów zasnąłeś, mój książę.

 

– Czyli to jest sen? – spytał z ulgą w głosie chłopak.

 

– Tak. I nie. Bo widzisz, ty śpisz, ale to ja bezczelnie włamuję się do twojej głowy.

 

Luka zmierzył go wzrokiem, czując że nie chce kontynuować tego dialogu. Bał się mężczyzny. Zamknął powieki, starając się ze wszystkich sił obudzić.

 

– Nic z tego – zacmokał Gustaw. – Nie zrobisz tego, dopóki ci nie pozwolę.

 

– Czego chcesz? – wycedził przez zęby. – Nie uśmiecha mi się rozmowa z szalonym magiem.

 

– O nie! – oburzył się starzec. – Tylko nie magiem, bez wyzwisk proszę. Ja jestem, mój drogi, iluzjonistą!

 

Po tych słowach wstał, a jego ciało pokryła gęsta mgła. Chwilę potem prezentował się w całej swej okazałości. Zielony, matowy garnitur szyty idealnie na miarę. Złote zdobienia wzdłuż rękawów marynarki i przy mankietach. Spod spodni wystawały szpice wypolerowanych szmaragdowych skórzanych butów. Rozpięte okrycie prezentowało koszulę o barwie zgniłej zieleni. Całości dopinała fikuśna oliwkowa mucha. Twarz mężczyzny również uległa zmianie. Delikatne, młodzieńcze rysy. Idealnie przystrzyżona brązowa bródka sięgająca baczków. Łobuzerskie spojrzenie i ulizane na bok kasztanowe włosy, tak bardzo odbiegające od wizerunku umierającego starca.

 

– Gustaw la Bon Szuwik! – przedstawił się, kłaniając się jak rasowy dworzanin.

 

– O kurwa. – Nic innego nie przychodziło Luce do głowy. Siedział i patrzał jak wryty, nie mając tym razem wątpliwości, że to sen. Jakby to wszystko nie było wystarczająco popieprzone.

 

– Reakcja godna króla – uśmiechnął się Gustaw. – Przejdziemy do rzeczy? – uniósł pytająco brew, krążąc po wnętrzu celi. – Czas nagli, a szkoda marnować tu taki piękny, wypełniony śmiercią dzień.

 

Jedyną odpowiedzią był bezradny wzrok Luki.

 

– Dobrze więc! – wykrzyknął iluzjonista. – Masz trzy wyjścia: zjeść własne fekalia i się otruć, dać się powiesić, wysłuchać tego co mam do powiedzenia. Co wybierasz?

 

– Myślę, że … – zaczął niepewnie, ale natychmiast mu przerwano.

 

– Doskonale! – zaklasnął Szuwik. – Bo widzisz, znalazłeś się w złym miejscu i czasie. Ale los postanowił, że przestanie cię ciągle dymać, i zamiast tego da ci małą szansę. Odkąd skroiłeś mi jabłko, gdy przeciskałem się na targu, zacząłem cię obserwować. I wiesz co? Lubię cię, nie znoszę gdy ktoś za dużo gada, a ty nie masz z tym problemu. Nie bierz tego do siebie – dodał, gdy spostrzegł że tamten zaczyna się irytować. – Kalecy też są w porządku.

 

– Chyba wolałem cię jak nie miałeś kilku zębów – wycedził.

 

– Nie ty jeden – odparł, w końcu się zatrzymując. – Potrzebujemy cię, a konkretniej, kogoś z zewnątrz.

 

– Hm? – zaskoczyło go nagłe przejście do sedna.

 

– Szpieg. Potrzebujemy szpiega. Do zamku nie przedostanie się żaden iluzjonista, przez tę ich, psia mać, blokadę. Nadajesz się. Nikt cię nie zna, i potrafisz trzymać język za zębami – błysnął szelmowskim uśmiechem. – Ładnie cię ubierzemy, umyjemy, i służący jak się patrzy. Co ty na to?

 

– Narażanie życia, zakończone śmiercią, lub śmierć na miejscu, tak?

 

– W sumie … Tak to wygląda – przyznał niechętnie tamten.

 

– Wchodzę w to. – Odparł stanowczo Luka.

 

– Co? – Gustaw był wyraźnie zbity z tropu. – Tak od razu? Żadnych ale? Protestów? Sprzeciwów? A byłem przygotowany na godzinny monolog, który miałby cię w końcu przekonać … Skąd ta decyzja?

 

– Pozwól, że zachowam to dla siebie – powiedział chłopak, błyskając brudnymi zębami.

 

– A zatem jesteśmy umówieni. Dowiesz się wszystkiego, gdy cię zabijemy.

 

Na twarzy Luki pojawił się wyraz niezrozumienia.

 

– No co? Musimy doprowadzić egzekucję do końca. Nie martw, wszystko mamy przygotowane, będzie z ciebie wzorowy wisielec. Póki co, grzecznie siedź tutaj i nigdzie się stąd nie ruszaj. Zachowuj się jak normalna osoba, która ma zaraz zostać wyprowadzona na pewną śmierć – posłał mu buziaka, po czym zniknął w chmurze dymu, która pojawił się dosłownie znikąd.

 

Luka się obudził.

Koniec

Komentarze

Wiedział, że to się w końcu tak skończy.   Gdy stał już ze swoją zdobyczą w rękach, nie mając za bardzo pojęcia, co dalej robić, […]. ---> co robić? Zwiewać w podskokach. Miał chyba dość czasu, żeby się tego nauczyć.   patrzał jak jeden ze strażników do niego podchodzi, częstując go solidnym uderzeniem w tył głowy, […].  ---> dopiero podchodząc, już częstował uderzeniem? Błędne użycie imiesłowu współczesnego.   […] Gustaw – więzień wyciągnął dłoń. ---> zapis dialogu.   […]  pochodnia, której żywotność miała się ku końcowi.  ---> hmm…   Przez brak okna, które wpuszczałoby trochę świeżego powietrza, […].  ---> sama obecność okna nie wystarczy  :-), Trzeba jeszcze otworzyć…   Okienko się zapełniło. Teraz o całości. Pomieszanie jawy z rojeniami sennymi, wzmocnionymi następstwami prawdopodobnego wstrząsu mózgu, nie jest nowatorskim zabiegiem, ale jakże przyjaznym dla piszących – można nie martwić się o związki przyczynowo-skutkowe, kompozycję, zakończenie…

A gdzie dalszy ciąg?

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Szczerze powiedziawszy ten tekst jest mało wciągający i odrobinę zbyt wtórny jak na mój gust. Być może sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby poza tym fragmentem było jeszcze jakieś rozwinięcie, które zwaliłoby czytelnika z nóg porywającą fabułą, ale jako zamknięta całość ten tekst absolutniesię nie sprawdza. No i te pleonazmy. "Nie ma takiej opcji" i "chujowe" niezbyt pasują mi do wizji świata, w której mamy strażników w stalowych rękawicach i lochy w cytadelach. 

Na początku mi się podobało, jednak zakończenie okazało się rozczarowujące. Może, gdy był jakiś ciąg dalszy… Wydaje mi się, że błędnik jest jeden, ale nie jestem biologiem i stuprocentowej pewności nie mam.

Dwa. Po jednym w każdym uchu. :-) 

Ciąg dalszy jest w trakcie robienia się, to dałem tak na początek, żeby zobaczyć co ludzie o tym napiszą :P

Do pewnej chwili od przeczytania tekstu nasunęło mi się kilka refleksji odnośnie fabuły. Ambasadora zamordowano tak po prostu? Chodził sobie nieuzbrojony, bez ochrony, z pełną sakiewką po ulicach? Zbyt ostrożny to on nie był… Po drugie: a gdzie proces? Choćby pokazowy, cokolwiek. Tak po prostu zatrzymali człowieka, wrzucili do lochu i następnego dnia stracili? Kto mu powiedział o tym, że umrze poza zjawą? Otóż nikt. Nie było przesłuchania (choć z niemowę trudno przesłuchać, to przecież niktr nie wie, iż bohater nie mówi, bo nikt z nim po zatrzymaniu słowa nie zamienił). Kto więc go skazał?

Przepraszam bardzo za błąd: powinno być "po pewnej chwili".

Nowa Fantastyka