- Opowiadanie: nikkitaa - Przeniewierstwo

Przeniewierstwo

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Przeniewierstwo

 

Tak chłodnego, listopadowego wieczoru nie było od dawna. Temperatura odczuwalna sięgała mocno poniżej minus piętnastu stopni Celsjusza, zaś mocny wiatr skutecznie odstraszał ludzi od wyściubiania nosa, chociażby za okno.

Puste ulice przemierzał, skąpo ubrany, mężczyzna z rozbieganymi oczami szaleńca. Szedł przed siebie, aż stanął pod szyldem, dumnie głoszącym nazwę Master of the Sword Pub. Gdy tylko wszedł do zadymionego baru, jego ramiona z wyraźną ulgą opadły, oddech się ustabilizował, a wzrok przestał być obłąkany. Nadal odczuwał dezorientacje, postanowił więc skosztować tutejszego trunku, aby ukoić nerwy.

– Witaj Gorvinie.

Mężczyzna spojrzał na dziewczynę siadającą przy stoliku. Był pewien, że nie widział jej nigdy wcześniej na oczy, dlatego też zdziwił się nie mało, słysząc z jej ust swoje imię.

– Nie za młoda na bar? – wychrypiał zmęczonym głosem.

– Nie – odpowiedziała zdawkowo, patrząc mu prosto w oczy, bez choćby najmniejszego uśmiechu.

– Wolałbym pobyć w samotności – rzekł po chwili milczenia, biorąc spory łyk napoju.

– Jestem z tobą w ciąży – stwierdziła tonem pozbawionym uczuć. – Ostatniej nocy cię odwiedziłam, choć tego nie pamiętasz – kontynuowała, nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony. – To jest część planu, ty jesteś jego częścią. W tym momencie zostawisz wszystko, co jest ci drogie. Odejdziesz ze mną.

 

 

 

Na szczycie czerwonej skały piaskowca, w samo południe, stał mężczyzna wraz z chłopcem, ubrani jedynie w stare szaty, przepasane grubym sznurem na wysokości bioder. Mieli ze sobą dwa duże worki z tkaniny, wypełnione po brzegi rozmaitymi przedmiotami. Starszy, zamyślony, patrzył w niebo zmrużonymi oczami, zaś młodszy, stał skrępowany za jego plecami i wyginał palce we wszystkie strony.

– Musimy zaczynać – odezwał się odwracając. – Zbliża się burza piaskowa.

Podszedł do jednej z toreb i zaczął w niej grzebać.

– Mistrzu Szanry… – wyjąkał młodzik. – Chyba jednak nie jestem gotowy.

– Legedzie, jesteś moim uczniem, dlatego też decyzje w tej kwestii pozostaw mnie. – Spojrzał na chłopca poirytowanym wzrokiem.

– Weź łojówki i rozstaw tak, jak cię uczyłem – mówiąc, podał Legedowi drugi worek. Chłopiec ze skupieniem rozstawiał świece, tworząc sporych rozmiarów krąg. Podążał za wskazówkami Mistrza Szanry.

– Trzynaście świec, w odstępie siedmiu stóp, trzy z nich koloru krwistoczerwonego, reszta czarna. Zacznij od czerwonych: pomiędzy pierwszą, a drugą odstęp czterech czarnych łojówek, zaś między drugą, a trzecią oraz trzecią, a pierwszą – trzech. Chłopiec wyprostował się i spojrzał na mężczyznę, czekając na dalsze instrukcje.

– Rozsyp miał z trzech kamieni. – Kontynuował, podając chłopcu małą sakiewkę. Widząc zdziwiony wzrok towarzysza, westchnął. – Agat brazylijski, agat błękitny oraz agat turitella. Każdy z nich ma właściwości magiczne, odpowiadają za podróże astralne i otrzymywanie informacji, spokój umysłu oraz zapewniają ochronę.

– Nie tak! – krzyknął, widząc, że chłopiec przymierza się do wysypania pyłu na środek kręgu. – Uformuj trójkąt, którego końce będą się stykać z czerwonymi świecami.

– Tak jest dobrze? – zapytał, gdy opróżnił woreczek.

– Teraz zapal czerwone łojówki, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Następnie czarne w odwrotnym kierunku – tłumaczył, rozdziewając się do naga.

– Mistrzu, czy ja też mam się obnażyć? – zapytał uczeń z przerażeniem.

– Powinieneś. Ubrania ograniczają przepływ energii.

Chłopiec z lekkim ociąganiem pozbył się łachmanów, po czym czekał na dalsze instrukcje, zakrywając się rękoma tam, gdzie zdołał.

– Musimy usiąść w obręczy, ale nie na samym środku. W trójkącie pojawi się postać, którą wezwiemy. Każdy z nas usadowi się w jednym z mniejszych trójkątów. Tylko uważaj, aby nie naruszyć kręgu.

Jak Szanry zarządził, tak Leged zrobił. Płomienie muskały mu plecy, powodując nieznaczny dyskomfort. Mężczyzna położył obok chłopca pochwę ze sztyletem, następnie udał się na swoje miejsce.

– Zaklęcie składa się z siedmiu słów. Pamiętaj, że trzeba je wypowiedzieć trzy razy. Gotowy?

Uczeń skinął lekko i zamknął oczy.

– Nos tibi et ipsi nobis ostenderet, Kalyana! – Rozbrzmiewały ich głosy w ciszy.

– Nos tibi et ipsi nobis ostenderet, Kalyana! – Ogień unosił się coraz wyżej, rozbudzony do życia. Pył żarzył się złotym blaskiem.

– Nos tibi et ipsi nobis ostenderet, Kalyana!

Wraz z ostatnim zaklęciem, po środku trójkąta powstał wir powietrza, który powoli przyjmował kobiece kształty. Otworzyli oczy w oczekiwaniu na boginię, która pojawiwszy się, omiotła ich niezadowolonym spojrzeniem.

– Kto śmie mnie wzywać? – zapytała donośnie, dźwięcznym głosem.

– Jesteśmy wysłannikami kapłanki Ayizan – przemówił Szanry, patrząc znacząco na Legeda, który powoli sięgał po sztylet. Jednym susem doskoczył bogini życia i śmierci, celując prosto w jej serce. Mistrz wstał i podstawił pustą fiolkę pod krwawiące błękitną mazią miejsce.

– Przykro mi – szepnął.

 

 

Szanry wraz ze swym uczniem stał na pustyni u podnóża, sporych rozmiarów, czerwonej skały piaskowca, patrząc w górę.

– Mistrzu, czy teraz zdradzisz mi, na czym polega nasz plan? – odezwał się młodzik.

– Któregoś dnia docenisz niewiedzę – stwierdził mężczyzna. – Jednak nieważne, jak bardzo nie chcę ci tego mówić. Jesteś częścią owego projektu. – Spojrzał ponurym wzrokiem na chłopca, który miał zaledwie dziesięć lat, był drobnej postury, niewinny.

– W odpowiednim momencie, położę obok ciebie sztylet, nasączony kurarą. Twoim zadaniem będzie przebić serce bogini, gdy dam ci znak. Jesteś gotów podjąć się tego?

– Jeżeli uważasz, że jestem do tego skłonny, to owszem. Ale powiedz mi, Mistrzu… –zaczął niepewnie. – Dlaczego kapłanka Ayizan pragnie śmierci bogini?

– Ta wiedza do niczego nie jest ci potrzebna – stwierdził szorstko Szanry.

– Nie chcę podważać twego zdania, jednak byłbym rad, gdybyś zdradził mi tę tajemnicę, Mistrzu…

Mężczyzna spojrzał z niezadowoleniem na chłopca, który przybrał jedną z tych swoich min zbitego psa. Chłopak wie, co robi, pomyślał niechętnie.

– Jej krew pozwoli osobie, którą ja wypije, żyć wiecznie. Ayizan nie chce, aby eliksir wpadł w niepowołane ręce.

– Rozumiem – mruknął uczeń, wpadając w zadumę.

 

 

 

Szanry stał przed wejściem do świątyni, ogarnięty nieprzyjemnymi wspomnieniami. Spędził tu całe swoje życie, tak jak jego ojciec, dziadek i wielu mężczyzn z jego pokolenia, którzy zobowiązani byli posłuszeństwem wobec kapłanki.

Ścisnął w ręku fiolkę i przestąpił próg. Skierował kroki do znajdującej się na piętrze komnaty Ayizan. Zapukał do drzwi. Poczuł dreszcz przebiegający w dół kręgosłupa – nie lubił tu przychodzić.

– Wejść! – Usłyszał zniecierpliwiony głos.

– Już wróciliśmy – poinformował cichym głosem, zamykając za sobą drzwi.

– Widzę – mruknęła, krzywiąc usta w czymś na wzór uśmiechu. – Wszystko poszło zgodnie z planem?

– Tak, kapłanko. Oto eliksir. – Wyciągnął rękę z fiolką w jej stronę, marszcząc twarz w odpowiedzi na zimny dotyk dłoni kobiety. – Czy coś jeszcze mogę dla ciebie zrobić?

– Owszem. Jest pewien… problem, który musisz rozwiązać. Otóż twój uczeń, Leged, po dzisiejszym dniu wie stanowczo zbyt wiele. Będziemy musieli zwerbować kogoś innego na jego miejsce.

– Rozumiem. Mam go odesłać do wioski? – zapytał mężczyzna niepocieszonym tonem. Zdążył polubić chłopaka, a nawet, można by rzec, że w pewnym sensie wypełniał pustkę w jego sercu.

– Nie. Jego wiedza nie może wpaść w niepowołane ręce. Pragnę, byś go zabił. Nie jest godzien naszego zaufania.

– Ależ kapłanko, przecież sama go wybrałaś. Mówiłaś, że będzie idealny! – krzyknął z oburzeniem.

– Jak śmiesz podważać moje zdanie! – uniosła głos, podnosząc się z szezlonga. – Daję ci czas do jutra rana. Jeżeli nie wywiążesz się ze swych obowiązków, poniesiesz konsekwencje!

 

***

 

Przez gęsty las przedzierała się zakapturzona postać. Poruszała się zgrabnie i zwinnie, omijając przeszkody, jakby znała knieję na pamięć. Dochodząc do ogromnego, starego dębu, stojącego samotnie na polanie, osoba zwolniła kroku.

– Czy wszystko poszło po naszej myśli? – zapytała starsza kobieta, wychodząc zza drzewa.

– Tak, zlecenie jest w trakcie realizacji – odpowiedział damski głos. Tajemnicza postać zdjęła kaptur, a światło księżyca padło na jej białe, sięgające końca pleców, włosy.

– Cieszy mnie to, Ayizan. Wiesz, że nie było innego wyjścia…

 

***

 

– Mistrzu, gdzie idziemy? – zapytał chłopiec. Próbował przedostać się na drugą stronę rzeki, skacząc z jednego kamienia, na drugi. Rzeka, mimo iż nie była głęboka, swym pędem bez problemu porwałaby nawet dorosłego mężczyznę.

Pytanie ucznia zawisło w powietrzu bez odpowiedzi. Co Szanry mógłby mu rzec? Nie mógł się przyznać nawet przed sobą, co zamierza zrobić. Cała sytuacja przypominała mu o zajściu, które miało miejsce kilka lat temu, gdy rodzonego syna prowadził tą drogą, by wykonać, z pozoru, nieszkodliwy rytuał. Choć miało to być jedynie ćwiczenie, skończyło się śmiercią i rozpaczą.

 

Dorosły mężczyzna z chłopcem, mającym, co najwyżej sześć lat, siedział w kręgu wykonanym z łojówek. Patrzył dumnie na syna, który w oczach wypisane miał podekscytowanie. Widział w nim siebie, nie tylko z wyglądu, lecz również z charakteru. On tak samo reagował na każde ćwiczenie.

– Kogo dziś będziemy wzywać? – zapytał malec, pocierając nagie ramiona z zimna.

– Dziś spotkamy bożka, odpowiadającego za pogodę – odpowiedział, tłumiąc śmiech na widok miny chłopca. Dobrze wiedział, że czekał na poważniejsze wyzwanie.

 

*

 

– Calam, niee! – krzyknął Szanry widząc, że syn naruszył jedną ze świec. Momentalnie zerwał się na nogi, jednocześnie chwytając sznur, leżący nieopodal. Doskoczył do chłopca, którym wstrząsały drgawki. Oczy malca przesłoniła mgła, z ust wydobywała się piana, a ręce były zaciśnięte w pięści. Mężczyzna próbował związać syna, by nie zrobił sobie krzywdy, wtem usłyszał w głowie szept Ayizan ‘Zabij go, on cierpi! Nic już nie możesz zrobić!’.

 

 

 

– Mistrzu! Mistrzu! Wszystko w porządku?! – krzyczał Leged, potrząsając mężczyzną. Szanry spojrzał na ucznia wyrwany ze wspomnień. Nic nie odpowiedział.

– Coś jest nie tak. O co chodzi? – domagał się wyjaśnień.

Mężczyzna klęknął na jednym kolanie i wyjął sztylet z pochwy, umieszczonej na łydce. Podziwiał każdy defekt narzędzia, nie był w stanie powstrzymać bezradności, jaka go ogarniała.

– Widzisz, chłopcze. Każdy, przynajmniej raz w życiu, staje przed wyborem, który z każdej strony wydaje się być błędny. Mówi się, że w takiej sytuacji należy wybrać mniejsze zło… ale co w momencie, gdy takie nie istnieje? – Spojrzał ponurym wzrokiem na ucznia.

– Nie rozumiem – szepnął Leged, nieco przerażony, patrząc, to na Mistrza, to na sztylet.

– Kapłanka Ayizan – mówił, wstając – pragnie twojej śmierci. Jeżeli nie wykonam zadania, zabije nas obu.

Uczeń cofnął się o krok.

– Czy… zamierzasz spełnić jej prośbę? – spytał niepewnie, napinając wszystkie mięśnie.

– A jaki mam wybór? – odpowiedział pytaniem. – Jeżeli wymyślisz jakieś sensowne rozwiązanie, zastosuję się do niego – westchnął.

Chłopiec gorączkowo myślał, pot spływał mu po twarzy, aż w końcu odezwał się z wahaniem.

– Mam… mam pewien plan. Ale proszę się nie gniewać. – Opuścił głowę. – Ja… ukradłem nieco eliksiru.

– Słucham?! – wykrzyknął Szanry, niedowierzając.

– Miałem złe przeczucia, dlatego dopuściłem się kradzieży – tłumaczył się uczeń. – Pomyślałem… że może, jakby któryś z nas zażył ten eliksir, bylibyśmy w stanie zabić kapłankę. To znaczy, uważam, że to Mistrz powinien eliksir wypić – powiedział zmieszany, podając mężczyźnie flakonik z niebieską cieczą.

– Zabić kapłankę? – powtórzył słowa ucznia nieobecnym tonem. Nie potrafił sobie wyobrazić wolności, jaka by go czekała po śmierci Ayizan.

– Ona jest moją matką! I matką mojego syna, ojca, dziadka, każdego mężczyzny z mego rodu! – wyjąkał w końcu, patrząc na sztylet, który nadal trzymał w dłoni. – Nie wiem nawet, czy ją można uśmiercić…

– Myślę, że sztylet nasączony kurarą, byłby idealnym narzędziem.

Mistrz milczał przez dłuższą chwilę. Próbował przeanalizować na zimno propozycję młodzieńca.

– Dobrze, zgadzam się – wyszeptał Szanry. Starał się przekonać w duchu, że to konieczne. – Ale to ty powinieneś wypić eliksir. Dla mnie nieśmiertelność byłaby przekleństwem.

 

***

 

Wchodząc po raz kolejny do komnaty kapłanki, czuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie da się już cofnąć decyzji, dziś dopuści się zdrady.

– Zadanie wykonane – powiedział. Starał się z całych sił, by jego głos nie drżał.

Ayizan, tak jak poprzednio, leżała na szezlongu i masowała skronie. Westchnęła, nie patrząc nawet na swojego rozmówcę.

– Wiem, że masz do mnie żal. Widziałam, jak patrzysz na tego chłopca – wyszeptała. Ton jej wypowiedzi szczerze zdziwił mężczyznę, wszak dotychczas zawsze była pewna siebie, a głos miała stanowczy.

Nie odpowiedział nic, więc spojrzała na niego. Skinął na znak zrozumienia.

– Miałam ci tego nie mówić, jednak winna ci jestem wyjaśnienia. Gdy wzywaliście Kalyane, pojawiła się u mnie kobieta, którą dawniej uważałam za siostrę. Mimo, iż nasze losy potoczyły się inaczej, ufam jej. Powiedziała, że Leged jest wysłannikiem Morta, przywódcy rodu, którego pragnienie władzy jest potężniejsze, niż ludzkie życie. Właśnie przed nimi chciałam ukryć eliksir.

Kończąc swoją wypowiedź zauważyła przerażenie na twarzy mężczyzny.

– Czy jesteś tego pewna? – zapytał słabym głosem.

– Owszem. Czy powinnam o czymś wiedzieć? – zwróciła się do niego szorstkim tonem.

– Mam nadzieje, że wiesz, jak zabić nieśmiertelnego… – wychrypiał, odwracając wzrok w stronę drzwi, które otworzyły się z hukiem.

– Nie mogę uwierzyć, że dopuściłeś się tak haniebnego czynu. – Popatrzyła Szanremu prosto w oczy z czystą pogardą.

– Nie dziw mu się – odezwał się Leged radosnym tonem, wchodząc do komnaty. – Na jego miejscu też bym się nabrał. Jestem dobrym aktorem.

– Zgnijesz w piekle – wysyczała kapłanka, głosem pełnym jadu.

– Najpierw musiałbym umrzeć… A jak już wiesz, to się nigdy nie stanie. – Zaśmiał się donośnie, wyciągając sztylet.

Szanry jednym susem znalazł się przed Ayizan, zasłaniając swoim ciałem, w momencie, gdy Leged wycelował broń w kapłankę. Czując ogromny ból w ramieniu, upadł na podłogę.

– I co się podstawiasz? – krzyknął chłopiec.

– Odejdź! Masz nieśmiertelność, czego jeszcze chcesz?! – Uniosła głos Ayizan, kierując kroki w stronę wroga.

– Twojej śmierci, głupia! To jest rozkaz Morta!

– Oszczędź Szanrego, a oddam ci się dobrowolnie.

– Jemu nic nie będzie, pierwszy sztylet był bez trucizny – zakpił. – Podejrzewałem, że się podłoży. A skoro ty się poddajesz…

Podszedł i bez trudu wbił nóż w serce kobiety.

– Nie! – krzyknął Szanry, zrywając się na nogi resztkami sił. Dopadł chłopca i przygniótł go do ściany.

– I tak nic mi nie zrobisz – zaśmiał się, po czym bez większego wysiłku odepchnął mężczyznę.

– Bardzo ułatwiłeś mi zadanie, dlatego też cię oszczędzę. Poza tym, bardziej będziesz cierpiał ze świadomością zdrady. Samotne życie – jak ci się podoba ten pomysł?

Leged obrzucił całe pomieszczenie triumfalnym wzrokiem, po czym niespiesznym krokiem wyszedł. Szanry patrząc na jego plecy, obiecał sobie, że pomści Ayizan. Przeklinając swe słabe ciało, poddał się nadciągającej ciemności.

Koniec

Komentarze

Proponuję rozwikłać tajemnicę stosowania apostrofów przed końcówkami fleksyjnymi obcych imion i nazwisk.

Szczerze, nie rozwikłam, gdyż sama nie wiem, dlaczego tak napisałam. Podczas korekty tekstu nie zwróciłam uwagi na ten zapis.

Be patient.

:-)  Następnym Twoim zadaniem bedzie przejrzenie tekstu w poszukiwaniu zbędnych, a nawet szkodliwych zaimków – przykład: omiotła ich swoim spojrzeniem; a czyim, że tak wprost zapytam, spojrzeniem miał ich omieść, jeśli nie swoim własnym? szkodliwość w takim przypadku polega na, po pierwsze, zbędności już wspomnianej, oraz nadmiarowości podającej we wątpliwość poziom zrozumienia tekstu przez czytelników, bo chyba nikt nie jest aż takim cymbałem, żeby bez tego zaimka pomyśleć, iż bogini omiata ich cudzym wzrokiem, nie swoim spojrzeniem – oraz oksymoronów – przykład: głos cichy, lecz donośny.  :-)   Gdy już przejrzysz i poprawisz, będziesz mogła przeczytać, że opowiadanie w sumie podobało mi się. Nie jestem fanem fantasy, raczej takim półsceptykiem, którego kolejne baju baju trochę śmieszą, ździebko nudzą, ale zdarza się, że znajduję w tekście coś mniej sztampowego, albo opowiadanie okazuje się zgrabnie skomponowanym, niebrzydko napisanym… Jak Twoje.  

Adamie podniosłeś mnie końcówką swej wypowiedzi na duchu :) Bardzo się cieszę, że Ci się podobało!

Jak tylko wrócę z McD zasiądę przy tekście i poprawię błędy :)

Be patient.

–kontynuowała, – szczwana szpaczja szpier… uciekła :)

zaś młodszy, stojąc za jego plecami, wyglądał na nieco skrępowanego, wyginając palce we wszystkie strony. – "czy" razy czytałem, bo się pogubiłem: kto komu palce wygina? ;)  Może jakoś inaczej to wyginanie sformułować?

pierwszą – trzech – stosujesz półpauzy i fajnie dla oka, ale tu nagle dywiz wparował, króciak bezczelny ;)   Drobiazgowy opis rytuału – idzie przez niego czytelnik ze zmęczonym mózgiem (czyżby ja?:) ), ale jakby zabrakło pointy (ja się nastawiłem na jakiś gag, a oni to tak całkiem na poważnie, ciach, tę boginię, nożem. Boga w sercu nie mają, bezczelni, kobietę tak kłuć na świeżym powietrzu…) :)   Jednak nie ważne, jak bardzo nie chce ci tego mówić. Jesteś częścią tego projektu. – Spojrzał ponurym wzrokiem na chłopca. Miał zaledwie dziesięć lat, drobnej postury, niewinny. – to tak: "nieważne", w "chcę" ogonek wymerdał się poza dostrzegalny wszechświat no i – werble – Mistrz miał dziesięć lat, drobnej był postury i niewinny? :)   kierując się do komnaty Ayizan, która znajdowała się na piętrze. – może warto: (…)przestąpił próg. Skierował kroki do znajdującej się na piętrze komnaty Ayizan. Ech, żebym z taką łatwością u siebie tego typu błędy zauważał :( To tylko przykład, masz w tekście jeszcze parę takich "-ając", które ładnie można wymienić na coś fajniej brzmiącego. Masz później np. "przeskakując zwinnie z jednego kamienia na kolejny, próbując się dostać na drugi brzeg rzeki," – odnoszę wrażenie, że próbuje zrobić, ten chłopiec, kilka rzeczy naraz.   Daje ci czas do jutra rana. – a kto mu daje? :) Chyba ogonek-dezerter złośliwie upodobał sobie "e", bo za chwilę okaleczył "knieje"  :)   O zaimkozie napisał Adam, a on mądrzejszy w te klocki.   Zdecydowanie najlepsze, co dziś do tej pory przeczytałem :) Jest zdrada i to w dwupaku, jest imprezka :) I to całkiem zręcznie zaserwowana.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Miło mi to czytać, bo taki miałem zamiar od początku – pomóc "podczyścić" tekst najpierw, zniwelować pierwsze wrażenie, że tylko się czepiam, potem.  :-)  

Ja też w sumie przeczytałam z zainteresowaniem, chociaż również nie jestem jakąś strasznie wielką fanką klasycznego fantasy. Moja osobista, zupełnie subiektywna uwaga jest następująca: wszystko dzieje się za łatwo. Zabójstwo bogini, oszukanie kapłanki, śmierć kapłanki… Rach ciach i gotowe. A proces decyzyjny, który do tych rzeczy doprowadził, też jakiś taki bezrefleksyjny, skrótowy i lekko naiwny. Jako baza dla pewnej opowieści – jak najbardziej ok. Przydałoby się tylko trochę rozbudować tło, uwiarygodnić bohaterów, dodać trochę niepewności, strachu, rozterek. Tak myślę. Ale to nie oznacza, że inni będą myśleć tak samo. :) Co najważniejsze – czytało się całkiem, całkiem… Pozdrawiam.

Aha, zapomniałam jeszcze, że zdarzają się słowa, które wydają mi się nie pasować do takiego tekstu, typu centymetry czy ciuchy.

Fajny tekst, fajny opis rutuału, ale szczegóły do dopracowania. Trzynaście świec co siedem centymetrów? OK. Ale odniosłam wrażenie, że oni siedzieli wewnątrz kręgu. Hmmm, nie każdy dorosły facet zdołałby w nim stanąć. Usiąść – żaden normalnie zbudowany. A w trójkącie wpisanym w krąg to już w ogóle nie ma miejsca na nic.

Babska logika rządzi!

Moje zmęczone oczy postarały się wypatrzeć błędy i poprawić – jeżeli jednak coś pominęłam, poprawię jutro. Dziś już padam na cyc… znaczy się twarz :)

Finkla zrobiłam z siedmiu centymetrów, siedem cali, jednak możliwe, że nadal mieliby zbyt mało miejsca, aby usiąść w kręgu. Hmm… Jutro pomyślę o tym problemie.

Bardzo (naprawdę!) się cieszę, że opowiadanie się podoba – uczę się z Waszych uwag, zamieszczonych również pod poprzednim tekstem i staram się błędów nie powielać :)

Be patient.

Oblicz sobie. PiR=13*17,5cm (przyjąłem cal = 2,5 cm pi razy oko, choć początkowo napisałem tu cal = 0,5l ). Znaczy obwód koła ma jakieś dwa metry z kawałkiem, 227,5 cm. Walimy przez Pi, które jak wiadomo jest nie bardzo wiadomo, ale się przybliża czy czternaście pani Gieniu, wychodzi R = 72,5 cm. Czyli koło o średnicy prawie 1,5m. Jeden się zmieścu, dwóch tak nie bałdzo. I jeszcze bogini w środku, do zakłucia. Temi świecami badziej rzadziej. Ale do świec kobiecej ręki trzeba, ja się nie mieszam, ja tu tylko zajrzałem ;)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ojjjjjjj, Sajko… Dwójeczkę zeżarłeś. Mi wychodzi, że to średnica ma ponad siedemdziesiąt centymetrów. Już od biedy da się usiąść, ale z dzieciakiem na kolanach, a babka materalizuje się im na głowach. Trochę niewygodnie nożem dźgnąć, za to eliksir nieśmiertelności można spijać z samego źródła, a nawet się przekąpać…

Babska logika rządzi!

Wstyd, wstyd na pół kałuży! A tak mi wewnętrzny daimonion od rana mówił: bzdure jakąś palnąłeś, kolego, ale ani ja ani ty nie pamiętamy jaką… A tu proszę.   Piłeś – nie licz. ;) Faktycznie, w średnicy 70cm to trudno cokolwiekna siedząco zmieścić :)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O nie! Zaspałam :( Już nie mogę poprawić… chciałam zamiast cali dać stopy ehhh…

Be patient.

Napisz do beryla i podeślij wersję z z poprawkami. W HP jest wątek, w którym beryl podaje adres do takich czynności.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuje PsychoFish – już wysłałam poprawiony tekst :)

Be patient.

Taka sobie opowiastka, o bezradności mistrza wobec zmyślności ucznia. Czytało się nieźle, ale w pamięci raczej nie zostanie.

Wykonanie nadal pozostawia nieco do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyjrzyj się przecinkom.

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka