- Opowiadanie: niebieska - Świtezianka

Świtezianka

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Świtezianka

– Nic nie widać! – krzyknął Egil. – Dalej udajemy, że wiesz, gdzie jesteśmy?

Mężczyzna warknął tylko spod naciągniętego głęboko kaptura. Ulewa siekła tak gęsto, że mężczyźni ledwie widzieli uszy swoich koni.

– Schowajmy się gdzieś i przeczekajmy! – spróbował chłopak ponownie, przekrzykując nawałnicę.

– Niby gdzie? –Argentum szerokim gestem wskazał otaczający ich zewsząd las. – Między drzewa?! Zamknij się wreszcie!

Nie ujechali daleko, kiedy droga przed nimi rozdzieliła się na dwoje. Wstrzymali konie.

– Co teraz? – zapytał Egil.

– Nie powinno tu być żadnego… – Huk gromu zagłuszył go na moment i mężczyzna skrzywił się, coraz bardziej poirytowany. – Żadnego rozwidlenia!

– To co, będziemy stać?

– Nie. Jedziemy na południe.

Argentum nawet przez zasłonę deszczu poczuł na sobie zdziwione spojrzenie chłopaka, ale nie chciał przyznać, że dawno już zgubił wyczucie kierunków. Zanim Egil zdążył o cokolwiek zapytać, po prostu ruszył – w prawo, na chybił trafił. Ten cholerny las nie mógł się przecież ciągnąć bez końca.

Niby nie mógł, ale dzielnie próbował.

Zanim zobaczyli błyskające w oddali światełko obaj byli już doszczętnie przemoczeni i mocno rozdrażnieni, bo niewielka drewniana chatka na pewno nie była miasteczkiem, do którego od wielu godzin próbowali dotrzeć.

– Chwalić Panią, cokolwiek z dachem! – krzyknął Egil. – Leśniczówka?

– Prawdopodobnie. Nieważne. Złaź z konia, będziemy się wpraszać. – odpowiedział Argentum.

Drzwi uchyliły się nieznacznie, jedynie na długość łańcucha i mężczyzna zobaczył dziewczęcą buzię w ramie jasnych warkoczy oraz wielkie, błękitne oko.

– Nie bój się, nic ci nie zrobię – powiedział, starając się nie wystraszyć dziewczęcia ponad miarę. – Jedziemy z Valles do Łukówki i zabłądziliśmy w deszczu. Strażnicy graniczni, rozkazy królewskie. Jest w domu ktoś dorosły?

Dziewczyna chwilę mierzyła go wzrokiem, a Argentum, mimo deszczu cieknącego mu po plecach pomyślał, że dawno nie widział z bliska tak ładnego oczka. A już na pewno nie na takim odludziu. Nic dziwnego, że oczko wolało pozostać bezpieczne za zamkniętymi drzwiami.

– Proszę – spróbował jeszcze raz. – Jedziemy od wielu godzin i nie wiemy, gdzie jesteśmy. Wysuszymy się tylko a kiedy deszcz minie, od razu wyruszymy.

Drzwi odsunęły się jeszcze kawałek i do pierwszego oka dołączyło drugie.

– Za domem jest szopa, możecie tam zostawić konie – odezwała się dziewczyna. – I broń. Ubrania też, dam wam coś suchego.

 

Chata, jak się okazało, była dość duża i bardzo zadbana, lecz przede wszystkim – sucha. W czystych, choć trochę za małych ubraniach, Argentum i Egil siedzieli na ławie tuż przy palenisku, wyciągając w jego stronę bose stopy.

– Trochę naparu z miodem i wódką, rozgrzejecie się – powiedziała dziewczyna stawiając kufle przed mężczyznami. – Na pewno nie zaszkodzi.

– Proponujesz wódkę obcym mężczyznom? Sama w obejściu? – Egil uśmiechnął się, w swoim mniemaniu zachęcająco. – Odważnaś.

Dziewczyna drgnęła zauważalnie, ale zamiast zająknąć się lub cofnąć, podrzuciła śmiało główką.

– Ojciec zaraz wrócą. A ja umiem się bronić.

Argentum w dwóch krokach był obok Egila i trzepnął go w kark na tyle mocno, aby chłopak musiał pewniej chwycić kufel, ale żeby nie wyglądało to na zwykłe lanie.

– Nie mamy wątpliwości. – Strażnik dobił chłopaka wzrokiem. – Wybacz mu, proszę. Od tygodni nie widział innej kobiety poza swoją klaczą, która swoją drogą i tak za nim nie przepada. Wdzięczni jesteśmy za poratowanie. I za poczęstunek. Nie usiądziesz z nami?

Usiadła. Argentum był zły na Egila i jego niewyparzony język, ale musiał przyznać, że sam dawno nie widział tak zgrabnej talii. Dziewczyna była śliczna i świeża, bardziej pasowała do dworu niż do prymitywnej chatki w sercu dziczy.

– Mógłbym zapytać o Twoje imię?

– Sedna.

– Sedna…?

– Po prostu Sedna.

Uśmiechnął się. Była znacznie starsza niż mu się z początku wydawało.

– Jeżeli jedziecie do Łukówki – powiedziała – to mocno zboczyliście z trasy, panowie. Bardzo mocno. Musicie zawrócić i tuż przed końcem lasu odbić na Mabbel. Za partyzanckim cmentarzykiem skręcicie na południe, a potem już prosto do samego miasteczka.

– Tak właśnie pojechaliśmy – zdziwił się Egil. – Kropka w kropkę!

– Niemożliwe – odparła Sedna – inaczej na pewno byście tu nie trafili.

– Ale przecież…

– Egil – wtrącił Argentum – nie przerywaj pani. Zwłaszcza, że najprawdopodobniej ma rację.

Wpatrując się w ogień w zamyśleniu potarł kilkudniowy zarost.

– Lasem nie skrócimy? – zapytał.

– Nie w stronę Łukówki – odparła. – Chyba, że wpław. W lesie są osuwiska. Wykroty. No i musicie wrócić na most na Omrze, brodu o tej porze roku raczej nie znajdziecie.

Teraz już obydwaj podnieśli głowy, zaskoczeni. Sedna uśmiechała się delikatnie, rysując coś na blacie palcem mokrym od naparu.

– Nie przejeżdżaliśmy przez most – powiedział Argentum.

– Nie? Może po prostu nie zauważyliście go w tej ulewie.

Mężczyzna uniósł brwi, ale nie odpowiedział. Nie przypuszczał, żeby zagapili się aż tak. Chociaż, kto wie, cholera, kto wie… Ziewnął.

– Do Mabbel i na południe, przyjąłem. Pierwsza rzecz z rana. A teraz, abyś się pani czuła…

– Sedna, proszę.

–… abyś czuła się bezpiecznie – poprawił Argentum – pójdziemy dotrzymać towarzystwa naszym czworonogom. Znalazłyby się może jakieś koce?

– Dajcie spokój – odpowiedziała dziewczyna. – Prześpicie się w izbie, przy ogniu. Obudzę was rano.

– Dziękuję, ale mamy nadzieję wyruszyć przed świtem. Już jesteśmy chol… mocno spóźnieni. Powiedz dziękuję, Egil.

– Dziękuję – odparł chłopak, wciąż nadąsany.

Argentum przewrócił oczami a Sedna zaśmiała się, po raz pierwszy tego wieczora, po czym wstała, kierując kroki do drzwi w głębi izby.

– Jeżeli będziecie czegoś potrzebować, zapukajcie.

Obaj odprowadzili dziewczynę wzrokiem, ale gdy tylko zatrzasnęły się za nią drzwi, Egil podniósł się z posłania.

– A ty dokąd? – zapytał Argentum.

– Zapukać – odpowiedział chłopak. – Potrzebuję… poduszki, powiedzmy.

– Głupiś czy jak? – warknął mężczyzna. – Opanuj chuć i do spania, szczeniaku. W podskokach.

 

 

Obudziła go cisza. Leżał chwilę, próbując usłyszeć uderzenia kropel o dach, ale o pomyłce nie mogło być mowy – burza dobiegła końca. Jakiś czas na próżno łudził się, że zaśnie z powrotem lecz gdy sen nie nadszedł Argentum wstał, przekroczył chrapiącego Egila i wyszedł na zewnątrz. Po burzy, nawet po chmurach, nie został nawet ślad. Niebo było rozgwieżdżone, księżyc prawie pełen, jak na dziecięcym obrazku.

Rozglądnął się i gwizdnął zdumiony – znaleźli się nad brzegiem jeziora, jak planowali, bo Łukówka była miasteczkiem rybackim, ale z zupełnie drugiej jego strony. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek aż tak pobłądził.

Na ramieniu poczuł jej oddech.

– Nie możesz spać? – zapytała.

– Nie słyszałem, jak podchodziłaś.

Poczuł, że dziewczyna się uśmiechnęła.

– Nie chciałam, żebyś słyszał.

Była od niego znacznie niższa, pachniała miodem, ziołami i wilgotną ziemią. Kiedy usiadła na rozłożonym kocu przysiadł się do niej bez większego wahania. Koniec końców, sama do niego przyszła.

– Tak sobie myślę – zaczęła cichutko – że najpiękniejsza pora doby zaczyna się właśnie teraz, prawda? Teraz, kiedy świat jest i ciemny, i jasny jednocześnie, pełen kontrastów, tak samo groźny jak intymny. I należy tylko do nas. Zastanawiałeś się kiedyś, czyje oczy spoglądają w niebo, kiedy cały świat odpłynął już i śni?

Patrzył nią, kiedy mówiła. W nocnym świetle jej włosy i skóra były prawie białe.

– Dlaczego ty nie śpisz, Sedno?

Gdy nie odpowiedziała wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia. Nie odrywając wzroku od jeziora oparła się o niego, wtuliła głowę w zagłębienie między barkiem a szyją.

– Realny świat jest pełen obowiązków. I pozorów – powiedział, a ona zadrżała.

Milczeli, podczas gdy noc dookoła robiła się coraz cieplejsza.

– Kiedy wróci twój ojciec, Sedno?

– Nie wróci.

– Mówiłaś…

– Mówiłam.

Przytulił ją mocniej i pocałował.

Nie miała czarnych włosów ani szarych oczu, a jej skóra była odrobinę zbyt jasna. Pozornie podobieństwo było znikome, ale te drobne piersi, talia, odrobinę za wąskie biodra… Tak. Tęsknił, zaś do rana było jeszcze daleko. Przywołał w pamięci wspomnienia i obrazy a potem wszedł w nie – i wszedł w nią.

Miała rację; ten groźny świat wciąż potrafił być bardzo, ale to bardzo przytulny.

 

 

Nagrobki partyzantów zauważyli dopiero przejeżdżając tuż obok nich. Były stare i omszałe, na dodatek większość leżała przewrócona, ginąc w wysokiej trawie.

– Ha, faktycznie ominęliśmy ten cmentarzyk podczas burzy – ziewnął Egil, choć od świtu upłynęło już wiele godzin. – Tak musiało być. Wściekle lało i najzwyczajniej w świecie go przeoczyliśmy. A wystarczyło tutaj odbić i bylibyśmy w Łukówce już wczoraj. Ale przecież nie żałuję, nie żałuję, takich panien nie widuje się co dzień. Mimo to pewien jestem, że dosypała nam czegoś do naparu. W życiu nie spałem tak mocno a padłem chyba w sekundę. Ciebie też tak zmogło? Argi, słuchasz mnie?

– Słucham cię, Egil. I nie mów do mnie Argi, nawet matka tego nie robiła.

– Pewnie. Co to mogły być za zioła? Szkoda, szkoda straszna, miałem nadzieję, że rano jeszcze zagadam, dowcipem uraczę, a ta znikła jak kamfora jakaś. Argentum, nie słuchasz!

– Słucham – odparł mężczyzna, uśmiechając się do siebie.

 

 

Do Łukówki dotarli wczesnym popołudniem. Miasteczko rybackie śmierdziało godnie; starą rybą i szlamem. Argentum zatrzymał konia przed wjazdem na ryneczek.

– Nie mów nawet, że znów się zgubiliśmy – jęknął Egil. – Miałeś znać to miasto i drogę do niego jak własny interes.

– Nie zgubiliśmy się. – Argentum odgarnął długie, jasne włosy z oczu, ukazując podłużną bliznę, ciągnącą się od oka aż po kąt żuchwy. – Po prostu strasznie się ta pipidówka rozrosła, odkąd byłem tu ostatnio.

Naraz zza rogu wybiegł bosy mężczyzna, oburącz podtrzymując pozbawione paska spodnie. Tuż za nim pędziła kobieta, uzbrojona w dzierżoną oburącz patelnię, którą wymachiwała z zapałem godnym rewolucji.

– Ty dupku niedochędożony! – wrzeszczała. – Ja ci pokażę, jak się ze zgniecionymi jajami po dziwkach lata! Ja cię nauczę zaraz, co znaczy żonę zdradzać, pieniądze na fajfusa trwonić!

Minęli ich, nieledwie wpadając na końskie chrapy, po czym zniknęli za zakrętem. Argentum parsknął wesoło.

– Nie miałem racji – powiedział – jest tu dokładnie tak samo, jak zapamiętałem.

Egilowi, po raz pierwszy tego dnia, kompletnie zabrakło słów.

– O co chodzi? – zapytał Argentum. – Nie wiedziałeś, że fajfusem popełnić można najstraszliwsze i najgorsze z możliwych zbrodni?

– Bardzo zabawne – powiedział chłopak. – Doprawdy, im dalej od Akademii tym weselej. Gdzie jesteśmy umówieni z Neptunem?

– Z kapitanem Neptunem, szczeniaku. W gospodzie „Ruda Faworyta”. Zaraz za rogiem.

– Faworyta? – ożywił się Egil nagle. – Czy…?

– Nie – uciął Argentum.

 

Wbrew nadziejom chłopaka gospoda okazała się jedynie gospodą, za to niezwykle przytulną, piwo zaś było zimne i nierozcieńczone, postanowił więc wybaczyć „Rudej” brak faworyty.

Smarkaty synek karczmarza przyjął groszaka i nieledwie gubiąc z zapału łapcie, poleciał szukać kapitana Neptuna. Poszukiwania zakończyły się dopiero po godzinie, podczas której Egil zdążył już rozkochać w sobie pyzatą karczmareczkę o pokaźnym biuście.

Kapitan wpadł do izby jak kula armatnia, co nie zaskoczyło nikogo, z wyjątkiem śpiącego na zapiecku kota.

– Argentum, szmaciarzu, gdzież cię, gamratka mać czyjaś, wywiało na całą noc? Czekam od przedwczoraj.

– Nepti, kapitanie, melduję uprzejmie, żem chędożył.

Wysoki, zarośnięty na czarno mężczyzna w mundurze kapitana Straży Szarej Grabieży parsknął, prawie opluwając sobie brodę.

– Powód zacny i nawet zrozumiały – odparł. – Siadaj, siadajcie obaj. Egil, smarku, ciebie też dobrze widzieć. Wyrosłeś. Po egzaminach już?

– Po – powiedział chłopak dumnie. – Mianowany Strażnik, z podwójnym odznaczeniem na egzaminach praktycznych…

– Za spanie i popierdywanie? – wtrącił Neptun.

– Nnnie – zaciął się Egil, niepewnie zerkając na legendarnego kapitana. – Za refleks i odwagę.

– Zacnie, zacnie. Też takie dostałem, kiedy po zaręczynach księcia udało mi się po pijaku nie wpaść do latryny, a potem jeszcze nawet wyciągnąłem takiego, któremu się zleciało. Refleks i odwaga, ważne sprawy!

– Nepti – przerwał Argentum, wyławiając muchę z piwa – nie rób chłopakowi wody z mózgu. W Akademii, wystaw sobie, wciąż uchodzisz za legendę.

– I słusznie – kapitan uśmiechnął się szeroko. – Piwa? Piwa! Kiepskie miejsce na spotkanie wybrałeś, stary druhu. Nie mogłeś mi w Enting tych papierów przekazać? Tam pachnie lepiej, dziewki czystsze a i na noc drzwi ryglować nie mus.

– To w Łukówce mus? – zdziwił się Argentum.

– Bo ja wiem, czy faktycznie mus? Tak gadają. Że niby im coś przelazło przez granicę z Grabieży, że nocami morduje i zagryza. Moim widzeniem to mają tutaj wilki czy inne zdziczałe cholerstwo miejscowe. Przez granicę przelazło, akurat. Przecież moi ludzie na strażnicach całymi dniami popierdują sobie radośnie, coraz to nowe melodyjki układając.

– Jeśli coś morduje, to dlaczego się z tym nie rozprawią? Przecież mają tu mundurowych, widziałem po drodze. Od parady łażą tylko? – zapytał Argentum.

– Chyba nie zagryzło jeszcze nikogo ważnego. – Kapitan wzruszył ramionami. – Pijaków i degeneratów włóczących się po lesie. Ponoć.

– Morduje coś niechybnie – wtrąciła niezbyt czysta karczmareczka, stawiając kufle na stole. – Pijaków takoż, ale ostatnio kuriera jednego nawet zaciukać uwidziało.

– Nie mówię, że nie – zdenerwował się Neptun. – Nie wierzę tylko, żeby to był jakiś mutant z Grabieży.

– Uspokój się, Nepti – powiedział Argentum. – Jej winą, co w mieście bają? Napij się lepiej.

Ledwie zdążyli umoczyć usta, gdy do izby wmaszerowało czterech zbrojnych żandarmów miejskich – żaden nie wyglądał na więcej niż dziewiętnaście lat. Karczmareczka sapnęła głośno i wybiegła z izby, ledwie mieszcząc biust pomiędzy mężczyznami a framugą drzwi.

– Pan Argentum Zannadyjski, Strażnik Grabieży? – zapytał jeden z żandarmów.

Argentum Zannadyjski, Strażnik Grabieży, westchnął tylko, przerywając polowanie na kolejną podtopioną muchę.

– Obecny – powiedział, unosząc dłoń. – O co chodzi, panowie?

– Pójdzie pan z nami.

Teraz Argentum, poza dłonią, uniósł również brwi.

– Jestem aresztowany?

– To nieistotne – odparł żandarm głosem zawodowego służbisty. – Pójdzie pan z nami. Natychmiast.

– A mógłbym chociaż uniżenie zapytać, dokąd mi droga?

– To nieis…

Z kąta, w którym siedział Neptun, dobiegło warknięcie, zwiastujące nadejście apokalipsy dowodzonej przez watahę wściekłych ogarów.

– … do biura wójta Trotenberga. – Mundurowy wykazał się refleksem. – Natychmiast.

– W porządku, chłopaki – westchnął Argentum. – Dopiję piwo i za małą chwilę będę do waszej dyspozycji.

– Natychmiast, powiedziałem! – Żandarm wyciągnął miecz. – Wstawaj, w imieniu prawa, bo przestaniemy być uprzejmi!

Argentum, sącząc piwo, kątem oka zerknął na drgającą broń.

– Schowaj to, synku, zanim zrobisz sobie krzywdę.

Żandarm poczerwieniał, zacisnął zęby, po czym płazem miecza uderzył Strażnika w tył głowy.

– Mówiłem, idziemy!

W gospodzie ucichło. Argentum starł pianę z brody i przodu kaftana, ostrożnie odstawił kufel na stół.

Mrugnięcie oka później wartownik skręcał się na podłodze, ściskając dłońmi krwawiący nos. Kolejne mrugnięcie i tuż obok niego o glebę walnął drugi młodzian, dla miłego kontrastu we względnym bezruchu.

Argentum, wciąż bez miecza, ale i bez wysiłku, pochylił się pod chwiejnie wymierzonym, poprzecznym cięciem trzeciego z chłopców, aby z zamachu przyłożyć mu pięścią w brzuch. Wyrostek, widząc zbliżający się cios, rozpaczliwie napiął mięśnie, ale szybko pożałował, że nie przykładał się specjalnie do ich wzmacniania. Podłoga wyleciała mu na spotkanie z niebywałą szybkością. Podziwiając z bliska rozpryski własnej śliny, pomyślał, że upadając musiał zgubić miecz. Opinię zrewidował, gdy zauważył, że to tylko jego niedoszły więzień pożyczył go na moment w celu opłazowania po tyłku ostatniego ze zbrojnych. Do chłopaka dotarły też słowa o kulturze i uprzejmości, lecz nie wsłuchiwał się zanadto.

Gdy obity żandarm uciekł, Argentum nachylił się nad oplutym młodziakiem.

– Jakbyście, gówniarze, nie mogli chwili zaczekać – westchnął. – Teraz będę musiał trafić sam. Którędy do tego waszego wójta?

 

Otwierając drzwi do gabinetu Trotenberga, wójta Łukówki, Argentum spodziewał się ujrzeć czerstwego urzędnika o czerwonym nosie. Zdumiał się więc z lekka, gdy drzwi otworzyła mu ciemnowłosa dziewuszka, na oko ośmioletnia.

– Tatuś – pisnęła w głąb pokoju – chyba do ciebie.

– Tak, Rivka, tata czeka na jednego pana. Poczekaj, myszko, na zewnątrz – odpowiedział głos z gabinetu.

Dziewczynka chciała wyminąć Strażnika, gdy jej wzrok spoczął na małej, drewnianej figurce kota, wiszącej u pasa mężczyzny.

– Jejku – powiedziała, otwierając szeroko oczka. – Śliczny! Mogę zobaczyć?

Uśmiechała się do niego, więc jej pozwolił.

– Co to takiego? – zapytała, obracając figurkę w łapkach.

– Talizman. Taki amulet – Strażnik odwzajemnił uśmiech. – Na szczęście.

– Rivka! – krzyknął wójt wciąż zza drzwi. – Nie zaczepiaj pana!

Dziewuszka roześmiała się i wybiegła na zewnątrz.

Wójt wyglądał dokładnie tak, jak wyobraził go sobie Argentum, plus około trzydzieści centymetrów w pasie.

– Panie Argentum – zaczął Trotenberg – siadajcie! Wody, wina, piwa? Mariczka! Piwa! Bardzo dziękuję, żeście zechcieli przyjść, nie miałem zamiaru przeszkadzać, ale wydarzyło się tyle, żem poprosić musiał…

– Poprosić? – przerwał Argentum. – Byłem pewien, że chcecie mnie aresztować.

– Aresztować? – Wójt o mało nie zakrztusił się piwem. – Za co niby? Że jak? Cholera jasna, raczcie, panie wybaczyć! Francowate ich macie i babki, pies im tyłki… przepraszam najmocniej. Szlag! Nic nie można załatwić po ludzku! Bardzo byli kłopotliwi?

– Nadgorliwość młodości – odparł Strażnik. – Ale na waszym miejscu, wójcie, popracowałbym nad manierami pełniących obowiązki.

– Oczywiście, oczywiście. – Trotenberg przetarł twarz chustką. – Panie Argentum, chciałem z panem porozmawiać, bo sprawa nam się paskudna urodziła. Od paru lat mamy w okolicy jakieś licho. Zmorę jakąś, potwora, nie wiem. Od czasu do czasu ludzi nam napada.

– Słyszałem.

– O, widzicie. Właśnie. Kij wie, co to jest, ludzie różne głupstwa opowiadają, ale nie myślałbym nawet, że to sprawa magiczna, gdyby nie inne, że tak rzeknę, anomalie różne.

– Anomalie? – zdziwił się Argentum. – Nie rozumiem.

– W zasadzie przyjemne całkiem. Od kiedy się zniknięcia dziać zaczęły, pojawiło się nam tutaj ryb co niemiara, leszczy, linów, okoni, sumów. Jesiotry nawet. Wielki jak te byki, na samą stolicę ślemy, wzbogaciliśmy się setnie. Zwierzyny w lesie też wzrosło, jakby się nachędożyć nie mogły, co rok, to więcej, mimo odłowów.

– A co to ma wspólnego z mordami, wójcie? – przerwał Strażnik. – Myślicie, że wam coś z rybami przypłynęło? Ludzi wybija?

– Na lądzie bije – skrzywił się Trotenberg. – I nie kpijcie, bo mówiłem, że nie wiem, co zaś. W każdym razie do tej pory w miarę rozsądnie mordowało, że tak rzeknę, samych ochlaptusów jeno. Natomiast trzy noce temu wbiegł mi do miasta kurier z Enting, któremu się drogę lasem skrócić zachciało. Wpadł między domy, ludziska pobudził, raban zrobił, cholera, niemały. Gadać zaczął o zębatej wiedźmie, co go niemal na pół przegryzła, goniła po zaroślach, ledwie umknął. No i zrobił mi się kłopot, panie Strażnik, bo ludzie teraz pyszczą, że już niebezpieczeństwo realne i faktyczne, że powinienem sprawie zaradzić. W sumie to nawet coś tam racji mają.

– Rozumiem, wójcie, że problem jest – odparł Argentum, krzyżując ręce na piersi. – Tylko nie jestem pewien, co ja mam z tym wspólnego.

Wójt rozłożył ramiona, jakby sprawa była oczywista.

– Panie Argentum, jesteście Strażnikiem Grabieży i wiem, że zanim osiedliście w Akademii, wielokrotnie was odznaczano właśnie za dzielne wyprawy w Szarą Grabież, pomiędzy potwory. Nie zechcielibyście może chociaż okiem na to rzucić? Ludzie mi żyć dadzą a może i faktycznie jaka maszkara w lasach siedzi, to ubijecie. Zapłacimy – dodał pośpiesznie.

Argentum skrzywił się a blizna na twarzy sprawiła, że wyglądał przy tym raczej mało ugodowo.

– Macie najemników, straż, o zwykłych poszukiwaczach przygód i atrakcji nawet nie wspomnę – odpowiedział. – Ja jestem na służbie, w drodze, śpieszno mi. Szanse na to, że jakiś stwór przedarł się tutaj przez granicę, są nawet mniej niż znikome.

– Bardzo was proszę. – Wójt szybko obracał w palcach mokrą od potu chusteczkę. – Ludzie mi żyć nie dadzą. Panie Argentum, dwieście denarów. Dwieście pięćdziesiąt?

Strażnik gwizdnął z cicha.

– Faktycznie, tłuste te jesiotry wam wyrosły.

– Więc jak?

Przerwało im skrzypnięcie otwieranych drzwi. W progu stała Rivka.

– Tatuś, miało być zaraz – powiedziała dziewuszka, mnąc w obu rączkach rąbek sukienki.

– Jeszcze chwilkę, poczekaj, skarbie jeszcze moment. Za minutkę będę – odparł Trotenberg, a gdy mała wyszła powiedział do Strażnika: – Panie Argentum, przecież jeżeli to straszydło tam jest, może w końcu zeżreć kogoś ważnego. Aptekarza, medyka. Dzieciaka.

– Nie bierzcie mnie na litość, wójcie – warknął Strażnik, na mgnienie oka tracąc kamienne oblicze. – Bardzo tego nie lubię.

Wójt pojednawczo uniósł obie dłonie w górę, po czym splótł je na pokaźnym brzuszysku. Argentum milczał, wyraźnie niezadowolony.

– Ten kurier – powiedział wreszcie – żyje?

– Niestety nie, cholibka – odparł wójt. – Szok i upływ krwi, tak mówili. Ale i tak nie powiedziałby nic cennego.

– Takim jesteście, wójcie, ekspertem od potworów i ich ofiar?

– Skądże, skądże. Eh, panie Strażnik, skoro wam mus wiedzieć, co kurier wrzeszczał, to możemy podejść do naszego medyka, u którego na stole był kipnął. On coś pewnikiem będzie pamiętał.

 

 

– … czy pamiętam? A jest co pamiętać? – Medyk wzruszył ramionami, nie przerywając zaszywania martwego ciała na stole. – Same brednie.

Wójt wyglądał jak prosię w nowym chlewiku, ale szczęśliwie powstrzymywał się od komentarzy. Stojący obok medyka Neptun zafascynowany przyglądał się zszywanemu mężczyźnie. Egil został przy samych drzwiach, ignorując przytyki kapitana na temat wartości odznaczeń za odwagę.

– Mimo wszystko – powiedział Argentum – chciałbym te brednie usłyszeć. Mówił, co go zaatakowało?

– O ba, cały czas. Krzyczał i płakał, narobił pod siebie nawet ze dwa razy, klasyczna histeria… hej, co pan robisz? Gdzie mi z paluchami do denata? Swojego sobie ubijcie!

Neptun cofnął rękę, ale bynajmniej nie wyglądał na skruszonego.

– Pierwszy raz widzę coś takiego – powiedział kapitan, przyglądając się ciału z bliska. – Co go tak pokiereszowało? Ślicznie, równiutko, jak na rysuneczku.

Medyk parsknął wesoło.

– Brona po nim przejechała – odparł. – Sam chciałbym wiedzieć jak. Ot, wiejska impreza.

– Dobrze się bawią kmiotki – Neptun uśmiechnął się z aprobatą. – Artystycznie. Jeśli przeciągnięcie nić przez nozdrze, panie medyk, to twarz mu się nie pokrzywi a szew będzie zgrabny i równoległy do tego niżej. Nie zepsujecie kompozycji.

Znachor przekrzywił głowę, przypatrując się linii szycia.

– Faktycznie – potwierdził. – Ładnie będzie. Dziękuję. Wszystkie truposze was tak interesują?

– Nieszczególnie – Argentum gniewnie spojrzał na przyjaciela. – Interesuje nas jeden konkretny kurier. W szczególności zaś to, o czym tak krzyczał i histeryzował.

– Głównie o wiedźmie, z zębami do samej ziemi, co to goniła go po lesie, od czasu do czasu odgryzając sobie kawałeczki. Ponoć odpuściła dopiero, jak do wody wskoczył, że niby bała się jej jakby poświęcona była – powiedział chirurg. – Wspominał też coś o swojej teściowej, a nawet żonie, tak że myślę, iż po prostu dorysował sobie portrecik do kompletu.

– Jak wyglądały rany? – zapytał Argentum. – Faktycznie gryzione?

– Tak, klasyczny vulnus morsum – odparł medyk, przepychając igłę przez nozdrze nieboszczyka. – Ale jak dla mnie równie dobrze mógł to być po prostu duży wilk. Nie widzę potrzeby włączania w to żadnych strzyg z jasnymi warkoczami, zagryzających ludzi po lasach.

Egil, podpierający ścianę za plecami mężczyzn, rozkaszlał się nagle, nie mogąc złapać tchu. Argentum wykonał błyskawiczny obrót i uderzył chłopaka kilka razy między łopatki, a gdy ten zaczął z powrotem oddychać, mocno ścisnął mu ramię. Egil popatrzył na niego pytająco, ale posłusznie nie powiedział ani słowa.

– W porządku, chłopcze? – zainteresował się medyk. – Strasznie dużo much tu mamy, ścierwojady zakichane.

– Tak, tak, w jak najlepszym – odparł Egil pośpiesznie.

Argentum wrócił do stołu.

– Jasnowłosa wiedźma z warkoczami, tak? – zapytał.

Medyk potaknął, ale jego mina pokazywała dokładnie, co o tym wszystkim myśli.

– I mówicie, wójcie – zwrócił się Argentum do stojącego w pobliżu Trotenberga – że to atakuje nocą? Zawsze nocą?

– Tak, zawsze nocą – odparł wójt. – Po północnej stronie jeziora.

– Dobrze, panie Trotenberg, niech wam będzie – powiedział Strażnik. – Zobaczymy, co wam tu w lesie piszczy. Neptun, mam nadzieję, pójdziesz ze mną?

– Jasne – odparł kapitan. – Zawsze chciałem zobaczyć wilka z warkoczami.

– Ty, Egil, zostajesz bronić miejscowych. Ani słowa! Na polowania będziesz miał jeszcze okazje, zaręczam. Zresztą w razie czego ktoś będzie musiał zawieźć papiery na granicę. Zostajesz.

 

 

Na drugi brzeg jeziora przepłynęli łódką, wynudzoną od miejscowego rybaka za dwa denary i pigwową nalewkę Neptuna. Długi czas przeczesywali zarośla, bez skutku usiłując odnaleźć zapamiętaną przez Argentuma leśniczówkę.

Gdy wrócili do punktu wyjścia strażnik był gotów przysiąc, że chata po prostu rozpłynęła się w powietrzu.

– Jesteś pewien, że to tutaj? – zapytał kapitan.

– Do niedawna byłem.

– Hej! Jędzo wiedźmowata! – krzyknął Neptun. – Potworo szczerbata! Pokazałabyś mordę wreszcie! Buty mi przemakają, psia ich mać!

– Nepti.

– Czego? Na co ty, chłopie, masz nadzieję? Na pogaduszki? Nie odpuszczę, dopóki nie ubiję tego, co tu siedzi, choćbym miał do zasranej śmierci po krzakach łazić. Słyszysz mnie, franco?

Nagły powiew od jeziora postawił im włoski na rękach i Neptun zamilkł wpół słowa. Przeczesując powoli las poruszał się absolutnie bezszelestnie. Argentum nie dziwił się, już nieraz pracował z wielkim kapitanem i wiedział, jak zwodnicza jest jego pozorna ociężałość.

Pod butami nie trzasnęła ani jedna gałązka, dlatego kiedy przefrunęła za ich plecami, śmiejąc się cichutko, usłyszeli to równie wyraźnie, jak gdyby roześmiała się w ich własnych głowach. Zanim zdążyli wykonać obrót, zniknęła w zaroślach. Sekundę później powtórzyła lot, tym razem tak blisko, że Argentum poczuł znajomy zapach miodu i mokrej ziemi.

– Bawi się z nami, mała suka – szepnął Neptun.

Strażnik nie odpowiedział, nasłuchiwał. Wiedźma idealnie wybrała moment na igraszki, księżyc schował się za chmurami a wiatr znad jeziora szeleścił liśćmi drzew i krzewów. Strażnik zaklął bezgłośnie, za to długo i soczyście.

Nagle od boku rozległ się świst. Pierwszy pocisk trafił go prosto w szczękę, kolejny zdołał zablokować, czystym fartem układając miecz we właściwej pozycji. Dwie sekundy później Neptun bliźniaczo powtórzył jego gest, odbijając okruchy nadlatujące z drugiej strony.

– Żołędzie? – zdziwił się kapitan, wydłubując z włosów ciemną kulkę. – Z czego ona tym, kurwa, strzela? Z armaty? Prawie oko straciłem.

Cichutki, szeleszczący śmiech rozbrzmiał tuż ponad ich głowami. Obrócili się plecami do siebie, krążąc w równym, idealnie harmonijnym kole, tnąc powietrze czubkami mieczy.

Tym razem przefrunęła jeszcze bliżej, zataczając okrąg tuż poza zasięgiem ostrzy. Biała sukienka furkotała za nią w dzikim pędzie. Argentum patrzył, czując jak coś, nie chciał myśleć co, zaciska mu się na gardle żelazną obręczą. Te same oczy, te same włosy, ta sama drobna figurka, którą niedawno dociskał do ziemi w ciszy nocy. Wszystko takie samo tylko tym razem inne. Zimne. Złe.

Dziewczyna przymknęła oczy i zaczęła nucić spokojną, znajomą melodię. Strażnik słyszał matki znad granicy, śpiewające tę samą piosenkę dzieciom do snu. Zjawa wykręciła piruet, szeroko rozkładając ręce i odrzucając głowę do tyłu. Wciąż wirując wzbiła się prawie metr ponad ziemię, bez przerwy cichutko nucąc.

– Sedna.

Zamarła. Odwróciła się powoli, ale długie do ziemi warkocze wciąż tańczyły za jej plecami, żyjąc własnym życiem, zwodząc, mamiąc i dekoncentrując. Przechyliła głowę na bok, patrząc na Argentuma, jak gdyby namyślając się głęboko.

– Chodź tutaj, maleńka – powiedział Neptun. – Nie czaruj.

Sedna roześmiała się… i runęła na Strażników, szeroko rozwierając paszczę pełną długich, ostrych jak brzytwa kłów, połączonych paseczkami lepkiej śliny.

Ledwie zdążyli zasłonić się przed pierwszym atakiem a ona już była obok, równocześnie pod i ponad ich mieczami. Unikała ciosów z gracją tancerki, cały czas chichocząc przez wyszczerzone zęby. Wszędzie migotały przerośnięte w ciemne szpony palce.

Nepti krzyknął, gdy po jego ramieniu popłynęła krew, zaraz po nim zacisnął zęby Argentum. Ból palił mu lewy bok, od obojczyka skosem aż po koniec żeber. Zjawa tańczyła dalej, nietknięta, śmiejąc się upiornie. Strażnik pomyślał, obserwując te kły, że pewnie nie miałaby problemów z uchwyceniem i zmiażdżeniem w całości jego czaszki.

Zaatakowała, tym razem naskakując od góry. Argentum sparował, odbijając spadające na niego pazury. Dźwięk, jaki przy tym rozbrzmiał, przypominał bardziej uderzenie metalu o metal, niż o pazur czy kość. Uderzenie zmusiło go do przyklęknięcia i rozpaczliwego wygięcia kręgosłupa. Strażnik, słysząc chrzęst własnych kości, krzyknął wściekle.

Nagle śmiech Sedny zmienił się w pisk. Zjawa odskoczyła – na jej szyi lśniła ciemna krew, znacząc dekolt, spływając między piersi, barwiąc na czerwono biały materiał sukienki. Dyszała wściekle, a z jej wciąż szeroko rozwartej paszczy wyciekała ślina.

– Wystawiłem się – mruknął Neptun, podnosząc przyjaciela. – Mam cokolwiek nieczynną lewą rękę. Ale oberwała, suka. Jak z Tobą?

– Fantastycznie – odparł Argentum, oddychając ciężko i nie spuszczając wzroku z potworzycy. – Jest szybsza niż myślałem. Leci!

Nie zdążył dokończyć zdania a Sedna była już przy nich, drąc pazurami jeszcze bardziej zajadle. Nie śmiała się już, lecz piszczała i wyła, jakby samym tylko dźwiękiem chciała rozedrzeć ich na strzępy.

– Kurwa, Neptun! – krzyknął Argentum, coraz bardziej zaniepokojony.

– Cofamy! Cofamy do wody!

Próbowali przesunąć się w stronę jeziora. Nie było daleko, najwyżej czterdzieści kroków, ale zraniona Sedna tańczyła wokół nich ze zdwojoną furią. Walka najwidoczniej przestała być już tylko zabawą – teraz straszydło chciało zabijać. Wiedzieli o tym. Argentum całą energię przeznaczał na parowanie, nie był w stanie ani razu złożyć się do ciosu i wiedział już, że sił nie starczy mu na dłuższy taniec. Neptun, z twarzą zalaną krwią, mimo wściekłych przekleństw też zaczynał zwalniać. Nie mogli sobie na to pozwolić. Strażnik kątem oka widział już kołyszącą się na jeziorze łódkę.

Byle tylko do niej dotrzeć, raptem parę kroków…

Sedna odskoczyła znowu, tym razem brocząc krwią z rozciętego ramienia. Stała chwilę, zionąc nienawiścią, rytmicznie zaciskając przedłużone w okrwawione szpony dłonie. Zawyła i rzuciła się na nich po raz kolejny, ale ten moment, choć krótki, pozwolił Strażnikom dotrzeć do brzegu.

– Teraz! – ryknął Neptun i obaj uderzyli mocnym, równoległym cięciem, mogącym rozpłatać przeciwnika od czaszki aż po brzuch. Sedna jednak odskoczyła, zwinnie, płynnie i przewidywalnie. Gdy tylko znalazła się poza zasięgiem mieczy obaj Strażnicy odwrócili się i praktycznie z miejsca wskoczyli do łódki, w locie przecinając sznur, trzymający ją przy pomoście.

Potworzyca z wibrującym piskiem pomknęła za nimi. Argentum, czując ją na plecach, zasłonił się rozpaczliwym wygięciem całego ciała, trzymając miecz oburącz przed sobą. Dosięgła go, zostawiając na piersiach cztery głębokie nacięcia, ale równocześnie odbiła się od ostrza, uderzając o niego piersią. Dźwięk, jaki przy tym wydała, rozsadził im bębenki i wzburzył koła fal na jeziorze. Cholera, powinno ją to przepołowić – pomyślał Argentum. Sedna została na molo, zwinięta w kłębek, krwawiąca, ale wciąż żywa i wyraźnie wściekła.

– Wyśmienicie – warknął Neptun, wycierając spływającą na oczy krew. – Dwaj Strażnicy Grabieży, ponoć legendarni, uciekają jak gówniarze, sprani miotłą po dupeczkach. Nawet uciekać, do diabła, nie bardzo mamy jak. Pieprzone wiosło wyleciało.

– Więc lepiej coś znajdź – odparł Argentum – bo nasza randka chyba się jeszcze nie skończyła.

Neptun podniósł głowę i widząc zsuwającą się do wody biało-czerwoną figurkę, oderwał deskę z burty łódki, i o dziwo bez słowa, zaczął wiosłować. Przestał dopiero na samym środku jeziora, podniósł miecz i dołączył do przyjaciela, lustrującego nieruchomą taflę wody.

– Miała nie wleźć do jeziora – burknął Neptun.

– Miała – potaknął Argentum.

– Ale wlazła.

– Ewidentnie.

– Kurwa jej mać – podsumował kapitan przechylając się przez burtę.

Jakby słysząc te słowa Sedna wytrysnęła z wody, obiema dłońmi wczepiając się w naderwaną burtę. Łódka zakołysała się niebezpiecznie i Strażnicy, rozpaczliwymi wymachami ramion próbowali utrzymać równowagę. Mieczy jednak nie wypuścili.

– Tnij ją, Arg! Tnij, cholera!

Potworzyca usiłowała wciągnąć się na pokład, cały czas kłapiąc paszczą, obficie opryskując Strażników śliną i wodą. Tym razem jednak mężczyźni byli szybsi – ranna i mokra Sedna widocznie nie była w swoim żywiole.

Pierwszy uderzył Argentum, chcąc wrazić jej sztych pionowo, między pierś a obojczyk. Dziewczyna szarpnęła ostro ciałem, przez co cios ześlizgnął się po łopatce, pozostawiając ziejącą kością ranę.

Wtedy zaatakował Neptun, jednym uderzeniem odcinając wszystkie dziesięć szponów zaciśniętych na drewnianej krawędzi. Palce rozprysły się na wszystkie strony jak upiorne, połamane patyki.

Krzyk Sedny słychać było z pewnością od Enting aż po Grabież.

Obcas Neptuna wylądował na odsłoniętym podbródku potworzycy i posłał ją wprost w czarną toń jeziora. Krzyk urwał się, utopiony lodowatą wodą. Przez parę długich sekund szamotała się jeszcze pod powierzchnią, poza zasięgiem ich mieczy, a potem poszła na dno, pozostawiając po sobie jedynie kilka szybko pękających bąbelków.

Strażnicy opadli ciężko na siedzenia. Argentum syknął, gdy do skaleczenia na boku dostała się zebrana w łódce woda.

– Ładne, słynne neptuńskie pierdolnięcie – powiedział Strażnik do kapitana. – Nie dało się wcześniej?

– Wracamy – odparł Neptun, ignorując przytyk. – Najprawdopodobniej zżerają ją już miejscowe dorsze.

– Dorsze nie żyją w jeziorach – mruknął Argentum.

– Zamknij gębę, jeśli łaska.

Światła gospody w Łukówce odbijały się zapraszająco na tafli jeziora, gdy Strażnicy wolno wiosłowali do brzegu.

 

 

– Czyli w końcu ubita, czy nie ubita? – Wójt skakał wokół szpitalnych łóżek, na których siedzieli Strażnicy. – Bo nie rozumiem.

– A co tu jest do rozumienia? – zapytał Argentum. – Poszła na dno.

– Czyli ciała, jak wnoszę, nie ma?

– Nie ma. Znaczy się jest. W jeziorze.

Trotenberg skrzywił się, ale przystanął na moment.

– No to jak mam uwierzyć, żeście ją faktycznie ciachnęli?

Strażnicy popatrzyli na siebie, po czym Neptun z politowaniem pokręcił głową i ostentacyjnie zapatrzył się w okno, pozostawiając przyjemność rozmowy na barkach swojego przyjaciela.

– Sugerujecie może, wójcie – podjął Argentum – że sami tak się załatwiliśmy? W ramach braterskiej adoracji? Albo, że wilki posiekły kapitana Straży Szarej Grabieży Neptuna Wahallena i Argentuma Zannadyjskiego? Przypominam tylko, że waszą prywatną gwardię przyboczną opłazowałem po tyłkach ich własnymi mieczami. Tak mówię tylko, żebyście mieli skalę i porównanie.

Wójt popatrzył na niego spode łba.

– Mówicie, że co to było?

– Wiła. Samowiła, rzecz biorąc ściślej – odpowiedział Strażnik.

– Coś jak rusałka?

– Mniej więcej.

– W takim razie, powiedzmy, sto denarów – wypalił wreszcie wójt. – I będziemy kwita.

– Sto pięćdziesiąt i połatacie nas w bonusie. Plus bandaże i zapas maści.

– Sto trzydzieści.

Argentum zastanawiał się przez chwilę, czy lepiej przywalić wójtowi od razu, czy poczekać, aż sanitariuszka skończy szyć mu ramię. Potem przypomniał sobie niebieskie oko spoglądające na niego przez szparę w drzwiach.

– Niech wam będzie, wójcie – odparł, zaciskając zęby. – Niech wam będzie.

– Ja chcę, żeby on mnie zszywał – powiedział Neptun, ignorując wójta i wskazując na znajomego medyka, który właśnie wszedł do izby. – Ma artystyczną rękę.

Argentum, zupełnie wbrew sobie, zaśmiał się krótko, po czym wziął od sanitariuszki ziołowy napar i podniósł go do ust. Nozdrza wypełnił mu zapach ziół i miodu. Odczekał chwilę, aż kobieta wyjdzie, po czym spokojnie wylał całą zawartość za okno.

Nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenie kapitana odwrócił się i spróbował zasnąć. Udało mu się w mniej niż dziesięć uderzeń serca.

 

W lecznicy spędzili jeszcze parę dni, zanim medyk zgodził się wypuścić ich w dalszą drogę. Pozszywani byli z każdej strony i Egil upierał się, że wyglądają trochę jak dziecięce zabawki wypchane słodyczami, gotowe pęknąć przy mocniejszym uderzeniu.

– Pęknę, jak nie przestaniesz kłapać, szczeniaku – odparł Neptun, od rana walczący z migreną.

– Dalibyście już spokój z tym szczeniakiem – powiedział Egil – skończyłem Akademię, jestem Strażnikiem w drodze na Granicę a wy gówniarzycie mi bez pardonu, głośno i przy ludziach. I przy dziewkach.

– Widziałem cię latającego po Akademii z gołym tyłkiem, gdy uciekałeś piastunkom, zanim zdążyły choćby wyciągnąć pieluchę – powiedział kapitan. – Będziesz musiał się mocno postarać, żeby zatrzeć to wrażenie. Wtedy, i tylko wtedy, przestaniesz być szczeniakiem. Może.

– Przestańcie obaj – przerwał Argentum. – Mamy kogoś na ogonie.

W sekundę później droga zawibrowała od galopu pędzących koni i zza zakrętu wyłonił się dosiadający kasztanki wójt, zziajany i czerwony. Towarzyszył mu dobry znajomy Strażników, pyskaty żandarm z karczmy o nosie we wszystkich odcieniach fioletu.

– O co chodzi tym razem, panie Trotenberg? – zapytał uprzejmie Argentum, gdy wójt z trudem wyhamował przed nimi wierzchowca. – Czyżby ciało potworzycy jednak wypłynęło i pędzicie teraz na złamanie karku wyrównać brakującą część wynagrodzenia?

– Nie… kpijcie, mości Strażnicy – sapnął wójt. – Mamy problem. Musicie zawrócić.

– Musicie i musicie – westchnął Strażnik. – Nie próbowaliście kiedyś powiedzieć „proszę”? Albo może wyjaśnić przymuszanemu, z jakiego to powodu przymus jest konieczny?

– Co? – Zmarszczył się Trotenberg. – Żadne przymusy, problemy jeno. Wychodzi na to, że ta wasza wiła nie utonęła, ale dalej paskudzi mi po okolicy.

– Naprawdę?

– Naprawdę! – wrzasnął wójt, aż echo poniosło po lesie. – Czary czyni! Sztuczki a iluzje! Nic się zjeść od rana nie da, co nie weźmiesz na stół, rosół, potrawka, kisiel nawet, wszędzie poucinane paluchy pływają!

Neptun przerwał obgryzanie paznokcia u kciuka i spojrzał na wójta podejrzliwie.

– Ludzkie paluchy?

– Babskie paluchy! – wrzasnął Trotenberg. – W całej Łukówce takie cuda, z tego co ludzie mówią, ale u mnie w zagrodzie jest najgorzej. Nawet kawy wypić nie możemy.

Strażnicy popatrzyli po sobie, kapitan wzruszył ramionami.

– Może to tylko klątwa – powiedział. – Wtedy nie naszych, słabo zresztą opłaconych, mieczy wam trzeba, tylko kapłana i egzorcyzmów. Objedziecie jezioro w kółeczko, kantyczki śpiewając i raz, dwa po krzyku będzie.

– Kpicie i kpicie tylko – odparł wójt – a problemu nie ma kto rozwiązać. Poza tym ja wiem, że to wiedźma, żywa i mszcząca się na mnie. Na mnie! Na mojej rodzinie! Dziecko mi porwała! Od wczoraj wieczora Rivki nie możemy znaleźć. Wszędzie szukaliśmy, zapadła się jak kamień w … – Głos Trotenberga załamał się. – A jeszcze od rana ta sprawa z paluchami. Pewnikiem wiedźma.

– Rozumiem – powiedział wolno Neptun do przyjaciela – że nie ma sensu przypominać ci, jak bardzo nas pocięło i że dopiero wyjechaliśmy ze szpitala? Albo o tym, że jesteśmy w drodze, spóźnieni? Albo o tym, że przecież to dziecko nie jest… nie jest…

Argentum nawet na niego nie spojrzał. Mięśnie pod blizną wzdłuż szczęki napięły się, brzydko wykrzywiając twarz Strażnika, gdy ten spiął konia i ruszył prosto do feralnej Łukówki, zostawiając z tyłu Trotenberga i towarzyszy. Jego lewa ręka powędrowała do kociego talizmanu.

– O co tutaj chodzi? – szeptem zapytał Egil, wzrokiem śledząc ruch Argentuma.

– Bądź pewien, że ci nie powiem, młodziaku – odparł kapitan. – Zechce, to sam to zrobi. W swoim czasie.

 

Okazało się, że nie musieli zapuszczać się z powrotem w lasy, nie musieli nawet wjeżdżać do miasteczka.

Czekała na nich, siedząc na kamiennej poręczy mostku, otoczona przez przynajmniej połowę żandarmów i kilku ochotniczo działających cywili. Wszyscy trzymali wymierzone w nią kusze, piki i miecze. Jeden entuzjastyczny rybak dzierżył widły.

Sedna, spokojna i śliczna jak malowanie, głaskała po głowie dziewczynkę, siedzącą u jej stóp. Biel zabandażowanych kikutów ostro odcinała się od ciemnych kędziorków dziecka. Poza tym jednym defektem po dziewczynie nie znać było najmniejszego nawet śladu stoczonej walki.

– Riiiivkaaa! – wrzasnął wójt, podskakując na pędzącym koniu. Dziewczynka nie odpowiedziała.

– Bierzcie te kusze, matoły, sukinsyny – darł się dalej wójt. – Całą broń mi won stąd, do kurwy ciężkiej, idioci, tam moje dziecko jest!

Sedna uśmiechała się, w ogóle nie zwracając uwagi na czynione wokół niej zamieszanie.

– Coś zrobiła z moim dzieckiem, diabla suko?! – Kropelki śliny pryskały z ust Trotenberga jak wystrzeliwane z procy.

– Nic a nic – odpowiedziała dziewczyna. – Porozmawiałyśmy sobie tylko, Rivka i ja. A teraz, panie wójcie, chciałabym porozmawiać z wami i ze Strażnikami. Na osobności.

– Nie będzie żadnej osobności – powiedział wójt. – Oddasz mi dziecko a potem pod miecz.

– Trotenberg – szepnął Argentum ostrzegawczo.

– Albo do lasu. Za jedno mi. Tylko wypuść Rivkę.

– Rivka chwilowo zostanie z nami – odparła dziewczyna. – Nic jej nie jest. Zaręczam, że dopóki moja głowa jest cała, twojej córce z jej główki nawet włosek nie spadnie. Zresztą nigdy nie zabiłam nikogo, kto nie chciał wcześniej skrzywdzić mnie. Ewentualnie kogoś niewinnego. A już na pewno nie dzieci.

– Kpisz – prychnął wójt. – Zabijałaś ludzi z Łukówki. Zagryzłaś kuriera z Enting.

– Ludzi? – zapytała dziewczyna. – Dwóch pijaków, wystawiających na żebry własne dzieci? Tego obmierzłego dziadygę, zboczeńca, okradającego przejezdnych? Obmacującego kobiety przy praniu? Ktoś za nimi tęskni?

Trotenberg milczał długą chwilę, mierząc blondynkę wzrokiem.

– A kurier? Mówił, że goniłaś go po lesie z zębami.

– A czy ów kurier wspomniał może, że gdy już go ugościłam, zgubionego i przemoczonego, usiłował mnie zgwałcić? Trzymając nóż przy gardle? Nie? Tak myślałam.

Wójt zlazł z konia i roztrącając ludzi, stanął przed dziewczyną. W jej błękitnych oczach przepływały sunące po niebie chmury.

– No dobrze – powiedział Trotenberg. – Mów.

– Chciałabym zaproponować pewnego rodzaju… porozumienie. Ugodę. Możliwość współistnienia i … współpracy.

– Współpracy? Oszalałaś?

– Prawdopodobnie – Sedna uśmiechnęła się do wójta. – Mimo to chciałabym, żebyś mnie wysłuchał. Po tym, co powiem, myślę… jestem pewna, że zmienisz zdanie.

 

 

Po upływie godziny wójt już nie stał, ale siedział na szerokiej poręczy mostu, wpatrując się w wodę.

– Pozwólcie, Sedno, że podsumuję – zaczął Trotenberg. – Zakładając, oczywiście, że nie kłamiecie, jesteście przyczyną obfitości ryb i zwierza w naszych okolicach. Zwierzyna została sprowadzona na potrzeby, że tak to ujmę, wasze własne, żywieniowe. Proponujecie zaś utrzymanie takiego stanu w zamian za możliwość spokojnego bytowania przy jeziorze, zaś jako zabezpieczenie i do pomocy przyjmować będziecie do siebie co rok, na rok, dziewczynkę. Zaczynając od mojej Rivki.

Sedna skinęła głową. Dziewuszka siedziała między ojcem a wiłą, spoglądając to na jedno, to na drugie.

– Wszystko to pięknie – kontynuował wójt – tylko rzeknijcie mi, jak mam wam zaufać, Sedno? Skąd mam wiedzieć, że moja córka nie skończy…

– Jestem drapieżnikiem – przerwała dziewczyna – nie idiotką. Teraz, kiedy już wiecie, że tu żyję, moje iluzje na wiele się nie zdadzą. Będziecie szukać; z widłami, z mieczami, z kuszami, będziecie szukać, aż znajdziecie. Ze swojej strony wolałabym nie zaczynać wszystkiego od nowa w jakimś innym lesie. Sprawa jest więc prosta; wasze profity i ochrona za mój spokój.

– A te czary? Skończą się?

Sedna uśmiechnęła się przepraszająco.

– Improwizowałam. Nie chciałam, żeby Strażnicy uciekli zbyt daleko. Wolałam mieć na miejscu kilka pewnych mieczy, gdyby nasza rozmowa nie potoczyła się zbyt pomyślnie. Ot, takie zabezpieczenie. To był ostatni raz, mogę przysiąc.

Wójt popatrzył na swoją ciemnowłosą córkę.

– Rivka? – zapytał – Co ty o tym myślisz? Nie boisz się?

– Niezbyt – uśmiechnęła się dziewuszka. – Pani Sedna obiecała nauczyć mnie ślicznie czytać. I śpiewać, i tkać, i szukać zwierzęcych domków, i jak się nazywają roślinki. Tatku, pozwólcie! Pozwolicie?

Argentum rozejrzał się po zebranym motłochu. Wachlarz emocji był szeroki – od cichej aprobaty Neptuna, przez fascynację tłumu, zachwyt Rivki, rozterkę Trotenberga aż do odrazy malującej się na twarzy obitonosego żandarma.

– Układ – powiedział wójt z namysłem – nie byłby w zasadzie taki zły…

– Chyba nie myślicie rozsądnie, panie! – krzyknął znany Strażnikom żandarm. – Przecież to straszydło! Zmora! Wiła! Wynaturzenie i morderczyni! Nie lza nam z nią układów zawierać!

– Siedź cicho, Robin – powiedział Trotenberg.

– Nie mogę! Nie będę siedzieć cicho, kiedy wchodzicie, wójcie, w układy z potworami! Nie wolno…

– Nie, nie i nie! Nie tobie mówić, co wolno! – warknął wójt. – Pohamuj się, Robin.

– Właśnie, Robin – powiedział Neptun, czyszcząc paznokcie końcówką noża. – Waruj i nie warcz, gdy dorośli rozmawiają o ważnych sprawach.

Robin poczerwieniał i zacisnął usta tak mocno, że wyglądały jak szrama przecinająca mu twarz, ale zamilkł, choć dłoń wciąż trzymał zaciśniętą na rękojeści miecza.

– Spróbuj tylko wyjąć ostrze, chłopcze – kontynuował kapitan – to odbiorę ci je i wsadzę prosto w tyłek, aż uchem wyjdzie. Masz na to moje słowo.

Młodzian warknął i napiął mięśnie, ewidentnie gotując się do skoku, niepewny, czy rzucić się od razu na wiłę czy też może zacząć od kapitana.

– No chodź – zachęcał go Neptun, nie przestając bawić się nożem. – Ubarwisz mój dzień.

– Jest taka legenda – powiedział Argentum, wchodząc z uniesionymi dłońmi pomiędzy Robina a Sednę i Neptuna – popularna tam, skąd pochodzę. Mówi o magicznych kobiecych istotach, mieszkających nad jeziorem Litowa, pomagającym rybakom w połowach i strzegących lasu przed bandytami. Litowiankom zdarzają się różne drobne hmm… incydenty… z młodymi mężczyznami, ale w ogólności są kochane i doceniane przez miejscowych, natomiast drżą przed nimi wszyscy, którzy chcieliby im zagrozić. Są więc zarówno piękne i pomocne, jak też groźne. Myślę – Strażnik zwrócił się do wójta – że wasza Świtega też mogłaby mieć swoją legendę. Patronkę. I nikt nie będzie musiał wyciągać miecza. Na nikogo.

– Ani kłów – Sedna roześmiała się za jego plecami. – Ładna legenda, Strażniku. Podoba mi się.

– Mnie też nawet pasuje – odparł wójt.

– No, Trotenberg – powiedział Neptun – toście mnie zaskoczyli. Nie jesteście może takim id… hem… tacy nierozsądni, jak dotąd myślałem.

– Ale mi się nie podoba! – wrzasnął Robin. Miecz z jękiem wyskoczył z pochwy. – Nie będę się przyglądał, jak bogobojny lud układa się z potworami! Ludzie! Godzicie się na to?

Bogobojny lud zafalował i zaszumiał.

– Godzicie się na taką ohydę? – krzyczał chłopak.

– Jak dla mnie – powiedział głos na tyłach – to dupeczka całkiem niebrzydka, żadna tam ohyda. I rybów w Świtegę napędza, to cóż nam szkodzi?

– A jakby ciebie gwałcili, synku, to też byś pewnikiem gryzł – podchwycił inny głos.

– Heretycy! – opluł się Robin. – Bluźniercy!

Nie przestając wrzeszczeć żandarm skoczył na stojącego przed nim Strażnika. Argentum, nieledwie z westchnieniem, uchylił się i wyprostował, gdy impet ciosu ściągnął chłopaka na bok. Nie czekając, aż Robin odzyska równowagę, Strażnik zdzielił go łokciem prosto w twarz. Żandarm pisnął, bardziej po dziewczęcemu niż mu to wypadało, i obiema dłońmi chwycił się za nos, upuszczając miecz pod nogi. Neptun dokończył dzieła mocnym uderzeniem pod kolana, które natychmiast posadziło chłopaka na klepisko. Argentum kopniakiem posłał porzucony miecz do wody.

– Rozbrojony – skrzywił się jasnowłosy Strażnik, ścierając z rękawa krew i smarki. – Skąd wyście, Trotenberg, wytrzasnęli takiego kretyna?

– Siostra prosiła, co bym dał bratankowi jej męża robotę jakąś – skrzywił się wójt.– Trzeba było go do stajni posłać, nie miecz dawać. Głupia decyzja.

– Głupia – potaknął Argentum. – Wybitnie.

Sedna wsunęła się między mężczyzn wraz z Rivką, uczepioną spódnicy. – Rozumiem – powiedziała wiła, patrząc po kolei na wszystkich mężczyzn – że możemy zapomnieć o urazach, zarówno tych starych jak też całkiem świeżych, i zawrzeć, nazwijmy to, przymierze?

– Wciąż mam obawy – przyznał wójt – ale korzyści są tak kuszące, tak zachęcające… Panowie Strażnicy widocznie aprobują a oni się znać przecież powinni… Zaryzykuję.

Wójt wyciągnął dłoń w stronę Sedny.

– Nie! – ryknął Robin, przykucnięty za ich plecami.

Argentum odwrócił się w jego stronę a świat zwolnił i ucichł, ograniczając się tylko do obrazów.

Żandarm ze sztyletem w dłoni.

Plecy Sedny w białej sukience.

Rączki Rivki zaciśnięte na miękkim materiale spódnicy, opóźniające ruchy wiły cenne sekundy.

Neptun i Egil, zebrani do skoku.

Zbyt wolno, zbyt daleko.

Sztylet ze świstem zaczął ciąć powietrze i Argentum ku wile, lecz świat uporczywie nie chciał wrócić do swego zwykłego tempa.

Sedna odwróciła się wreszcie.

Za późno, o jedno uderzenie serca za późno.

Krew trysnęła z jej piersi fantastyczną fontanną, barwiąc na czerwono stanik sukienki, kropelkami znacząc twarz Rivki. Argentum dopadł ją dopiero w momencie, gdy zaczęła upadać. I wtedy, dopiero wtedy, podstępny czas zaczął płynąć we właściwym sobie rytmie.

– Jak..? – Sedna kaszlnęła, wypluwając krew na brodę. Palce zacisnęła na sterczącej z lewej piersi rękojeści. Powieki trzepotały szybko, oczy szukały spojrzenia Argentuma. Znalazły.

– Obiecaj…

– Obiecuję – powiedział Strażnik. – Nic nie mów.

– Medyka! – Gdzieś w dali na przemian darli się wójt i Egil. – Medyka!

Neptun cicho uklęknął obok dziewczyny i przyjaciela. Był wojownikiem, zwiadowcą i myśliwym odkąd tylko zaczął chodzić. Wiedział, jakie ciosy można przeżyć a jakich przetrwać nie ma szans, nawet mimo fantastycznej regeneracji i odporności. I wiedział, że Argentum wie to również.

– Obiecaj – powiedziała jeszcze raz Sedna, a łzy toczące się po jej twarzy mieszały się z krwią i spływały między włosy. – Obiecaj, że będziesz pamiętał.

– Będę pamiętał.

Uniosła dłoń do jego twarzy. Pochwycił ją i przyciągnął, zanim zabrakło jej sił.

Sedna uśmiechnęła się.

I umarła.

Było cicho. Medyk nadbiegł i zatrzymał się obok Neptuna nie mówiąc ani słowa, nie wiedząc, ale przeczuwając, że właśnie stało się coś, co bezwzględnie wymaga milczenia. Stali tak wszyscy, bez słowa, dookoła klęczących Strażników i martwej dziewczyny, próbując zrozumieć, co wydarzyło się przez ostatnich kilka chwil.

Bezruch przerwała Rivka.

Dziewuszka podeszła do Sedny, niepewnie stawiając krok za krokiem. Dotknęła jasnych włosów wiły, jej buzia skurczyła się i dziewczynka zaczęła płakać – głośno i przejmująco.

– Weźcie ją stąd – powiedział medyk do wójta, a ten natychmiast pochylił się i podniósł dziewczynkę.

Argentum wstał, wciąż trzymając ciało dziewczyny, odwrócił się do Trotenberga.

– Wasza legenda – powiedział z trudem – narodziła się i umarła tego samego dnia. Tej samej godziny. Mam nadzieję, że wyciągniecie z tego wnioski.

– Postaramy się – odparł wójt. – Roczny żołd tego idioty jest wasz. A z nim samym sprawy załatwimy oficjalnie. Sądownie. Za napaść i morderstwo.

– Cooo?! – Robin szamotał się w uścisku swoich dawnych kompanów – Za mohdehstwo? Tej potwohy?

– Milcz, gnoju – powiedział cicho Neptun.

– Nie wolno wam! Jessem przedstawicielem phawa! Jesem…

Kapitan pokręcił głową i z rozmachem kopnął chłopaka prosto w szczękę. Robin charknął i zawisł bezwładnie na trzymających go rękach.

– Niepotrzebne – powiedział wójt – ale zrozumiałe.

Trotenberg patrzył na martwą wiłę. Argentum, który na jego twarzy spodziewał się zobaczyć jedynie żal za utraconym zyskiem, rozczarował się. Szczęśliwie.

– Jeżeli chcecie – powiedział Trotenberg, tuląc do siebie główkę córki – pochowamy ją na naszym cmentarzu, zgodnie z obyczajem. Postaram się już, żeby kapłani nie mieli nic przeciwko.

– Z waszym obyczajem – odparł Argentum – ona nie ma nic wspólnego. Pochowam ją sam. Jeśli wolno.

– Nie przeszkadzajcie mu – powiedział Neptun. – Nie jestem pewien, o co dokładnie mu idzie, ale się domyślam. Niech zrobi, jak uważa.

Mężczyźni patrzyli za odchodzącym w las Strażnikiem.

– Dlaczego zawsze tak się dzieje? – zapytał Egil kręcąc z niedowierzaniem głową. – Dlaczego zawsze górę bierze ciemnota, zabobon, nienawiść, uprzedzenie? I głupota? Czemu choć raz historia nie może skończyć się po prostu dobrze? Nic więcej, żadnych oklasków, fanfar, gwiazdek z nieba, tylko po prostu przyzwoicie?

Kapitan popatrzył na niego smutno.

– Nie wiem, chłopcze. Nie wiem.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem z dużą przyjemnością. Analogia z Sapkowskim mnie raziła na początku, ale przestałem  o niej pamiętać przy opisie walki. Zostałem "wciągnięty". Sprawnie napisane, fajne opowiadanko  :)

Dziękuję meldran! Biorąc pod uwagę, że przecież debiutuję, samo skojarzenie z Sapkowskim mimowolnie biorę za komplement ;)

Fajne opowiadanie, przyzwoicie napisane. Przyjemnie się czyta. Były jakieś literówki, ale nie zapamiętałam. Zaskoczył mnie koc rozłożony (po burzy?) nad jeziorem – nie bardzo wiadomo, skąd tam się wziął.

Babska logika rządzi!

Finka – oj i ups, zmieniłam ten fragment, bo mi się niecne powtórzenia w nim namnożyły i teraz faktycznie koc wyskakuje tak jakoś znienacka. Mea culpa, kajam się :)

Niebieska, gratuluję debiutu! To bardzo fajne opowiadanie. Niby nic nowego, nic odkrywczego, a czytałam z dużą przyjemnością, bo bardzo ładnie opisałaś całą historię. Dość leniwie na początku toczącą się fabułę, znakomicie ożywiłaś utarczką z żandarmami, a potem jeszcze uraczyłaś walką z potworą. Odpowiednia dawka humoru dodała opowiadaniu lekkości i blasku. Przeszkadzały mi jednak niektóre sformułowania, moim zdaniem nie bardzo pasujące do tego tekstu:

 

„Za partyzanckim cmentarzykiem skręcicie na południe…” –– Skąd wzięli się partyzanci? Może: Za cmentarzykiem, na którym pochowano wojów.

 

„Ogarnij libido i do spania, szczeniaku”. –– Nie przypuszczam by libido, pojęcie wprowadzone przez Zygmunta Freuda, było znane Atgentumowi. Powiedziałby raczej: Powściągnij chuć/ zapał/ żądzę i do spania, szczeniaku.

 

„…żyjąc własnym życiem, zwodząc, mamiąc i dekoncentrując”. –– Wolałabym: …żyjąc własnym życiem, zwodząc, mamiąc i rozpraszając/ deprymując/ zbijając z tropu/ konfundując/ zbijając z pantałyku.

 

Patrzyła nią, kiedy mówiła”. –– Pewnie miało być: Patrzył na nią, kiedy mówiła. Bo jeśli nie, to nie wiem kim była ta, która patrzyła nią. ;-)  

 

„…ziewnął Egil, choć od świt upłynęło już wiele godzin”. –– Literówka.

 

„Słucham Cię, Egil”. –– Słucham cię, Egil. Zaimki piszemy wielką literą, zwracając się do kogoś listownie.

 

„Naraz zza rogu wybiegł mężczyzna, boso, oburącz podtrzymując pozbawione paska spodnie”. –– Czy ów biegnący mężczyzna, istotnie podtrzymywał spodnie oburącz i boso? ;-)

Proponuję: Naraz, zza rogu wybiegł bosy mężczyzna, oburącz podtrzymując pozbawione paska spodnie.

 

„Siadaj, siadajcie oboje”. –– Kapitan zwraca się do dwóch mężczyzn, więc powinien powiedzieć: Siadaj, siadajcie obaj.

Oboje, to mężczyzna i kobieta. Oboje, to także dęte instrumenty drewniane. ;-)  

 

„Argentum wytarł brodę i przód kaftana z piany, ostrożnie odłożył kufel na stół”. ––  Czy To był kaftan, którego przód wykonano z piany? ;-) Wolałabym, żeby Argentu kufel odstawił. Z odłożonego wyleje się cała zawartość. ;-)

Proponuję: Argentum starł pianę z brody i przodu kaftana, ostrożnie odstawił kufel na stół.

 

„Nie zaczepiaj Pana!” –– Nie zaczepiaj pana!  

 

„Wpadł w domy, ludziska pobudził, raban zrobił, cholera, niemały”. –– Wolałabym: Wpadł między domy, ludziska pobudził, raban zrobił, cholera, niemały.

 

„Głównie o wiedźmie, z zębami do samej ziemi, co to goniła go po lesie, od czasu do czasu odgryzając sobie kawałeczki”. –– Kawałeczki czego odgryzała sobie rzeczona wiedźma, i dlaczego robiła to w biegu, zamiast spokojnie siąść i zjeść, co tam najbardziej z siebie lubiła? ;-)  

 

„Wspominał też coś o swojej teściowej, a nawet żonie, także myślę, że po prostu dorysował sobie portrecik do kompletu”. –– Wspominał też coś o swojej teściowej, a nawet żonie, tak że myślę, po prostu dorysował sobie portrecik do kompletu.

 

„Nagły powiew od jeziora postawił im włoski na rękach i Neptun zamilkł w pół słowa”. –– Nagły powiew od jeziora postawił im włoski na rękach i Neptun zamilkł wpół słowa.

 

„Argentum nie dziwił się, już nie raz pracował z wielkim kapitanem…” –– Argentum nie dziwił się, już nieraz pracował z wielkim kapitanem

 

„Strażnik słyszał matki znad granicy, śpiewające samą piosenkę dzieciom do snu”. –– Strażnik słyszał matki znad granicy, śpiewające samą piosenkę dzieciom do snu.

 

„Teraz! – ryknął Neptun i oboje uderzyli mocnym, równoległym cięciem…” –– Teraz! – ryknął Neptun i obaj uderzyli mocnym, równoległym cięciem

 

„…wskoczyli do łódki, w locie przecinając uwiąz, trzymający ją przy pomoście”. –– Wolałabym: …wskoczyli do łódki, w locie przecinając wiązanie, mocujące ją do pomostu. Może się mylę, ale chyba nie istnieje słowo uwiąz.

 

„…oderwał deskę z górnej burty łódki…” –– Wydaje mi się, że: …oderwał deskę z góry burty…, jako że łódki chyba nie miewają burt górnych i dolnych.

 

„Przestańcie oboje – przerwał Argentum”. –– Przestańcie obaj – przerwał Argentum.

 

„Albo do lasu. Zajedno mi”. –– Albo do lasu. Za jedno mi.

 

Nie lza nam z nią układów zawierać!” –– Dlaczego Robin usiłuje mówić po rosyjsku? Czy nie mógł powiedzieć: Nie wolno nam zawierać z nią układów!  

 

„Sedna wsunęła się między mężczyzn wraz z przyczepioną do spódnicy Rivką”. –– Czym Rivka była przyczepiona do spódnicy? Agrafką? ;-)

Wolałabym: Sedna wsunęła się między mężczyzn wraz z RiVką, uczepioną spódnicy.

 

„Sztylet ze świstem zaciął ciąć powietrze…” –– Pewnie miało być: Sztylet ze świstem zaczął ciąć powietrze

 

„Argentum rzucił się przed siebie, lecz świat…” –– Wolałabym: Argentum rzucił się ku nimfie/ wile, lecz świat

 

„Powieki trzepotały nad szeroko rozwartymi oczami…” –– Oczy chyba nie mogły być szeroko rozwarte, skoro powieki trzepotały, tzn. szybko otwierały się i zamykały.

 

„Za napaść i mordestwo”. –– Za napaść i morderstwo.

 

„Nic więcej, żadnych oklasków, fanfarów, gwiazdek z nieba, tylko po prostu przyzwoicie?” –– Nic więcej, żadnych oklasków, fanfar, gwiazdek z nieba, tylko po prostu przyzwoicie?

 

Mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania będą jeszcze lepsze. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo mi się podobało, również zauważyłem trochę podobieństw do Sapkowskiego. Był klimat, dobre dialogi z dużą dawką humoru, dynamiczne sceny walki, przyzwoite zakończenie, czyli wszystko, co powinno być. Gratuluję.

O, jest i moja droga regulatorzy – nie ominęło i mnie :) Z większością absolutnie się zgadzam, poprawić już nie dam rady, będzie wisieć ku wstydowi.   Polemika: – Partyzantka jest starą formą wojny, jeżeli dobrze pamiętam to nawet jedną z najstarszych, nie widzę powodów, dlaczego miałaby być nie na miejscu w realiach quasi-średniowicznych.

– Uwiązu szukam i czuję się coraz bardziej zdezorientowana, nawet nie zastanawiałam się nad tym słowem. Używam go na codzień odkąd tylko pamiętam, w środowisku jeździeckim 'uwiąz' jest absolutną normą, taką jak 'kopyto' czy 'stajnia', a mimo to SJP nie chce mieć z tym słowem nic wspólnego o.O.

– Robin może próbować mówić po rosyjsku, któż mu zabroni? Naleciałości językowe to przecież nic zakazanego, a przez to świat wydaje się mniej hermetyczny.

Za całą resztę biję się w pierś, zwłaszcza za muzykalne oboje i pienisty kaftan, nie wiem, jak mi to umknęło.  Będę szlifować :)

@zygfryd89 – dziękuję :) !!!

Nominowałem tekst do piórka, także trzymam kciuki :)

No, Koleżanko niebieska, debiutem na portalu zawiesiłaś sobie poprzeczkę na wysokości co prawda nie imponującej, ale znacznej i znaczącej.   Co mi nie zagrało? Zabłądzenie Argentuma i Egila. Sama ulewa wystarczyła, by znający drogę Strażnik przeoczył rozstaje i tak dalej? To mi jakoś tak życzeniowo wygląda… Reszta OK. Przekonywające postaci, taka sama przyczyna zgody na zawarcie układu z wiłą – pieniądz rządzi, wiadomo – tylko sam morał, wyłożony jak gdyby ciut łopatologicznie… Ale, jak napisałem, OK.   Aha – dlaczego nie na imponującej wysokości. To tylko moje zdanie, więc się za bardzo nie przejmuj. Powód prosty – baaardzo rzadko zdarza się, bym przejął się czymkolwiek z tego podgatunku. Nawet Sapkowski nie zmusza mnie do czytania na klęczkach.  :-)

Drogi Adamie, po pierwsze – dziękuję :)  W temacie pobłądzenia Strażników – w pierwotnej wersji było wyjaśnione wprost i brutalnie, że wiła ściągnęła ich do siebie w celach, hm, "użytkowych", potem ten fragment wyrzuciłam. Dlaczego? Nie przepadam za oczywistym przekazem – miałam nadzieję, że niedowierzanie Argentuma o możliwości aż takiej pomyłki, nocne wyjście Sedny do Strażnika i Egilowa rozprawka o ziołach usypiających zapalą lampkę, że coś z tym pobłądzeniem było nie tak. Zdaję sobie prawę jednak, że mało kto aż tak dogłębnie analizuje debiutujący tekst :)   Morałów nie planowałam wplatać. Pieniądz to czynnik, jak wiele innych, wpływający na decyzję jednostki, nie było tu akurat z mojej strony żadnego głębszego przekazu, ot – droga do finału.   Za brak zaangażowania w podgatunek nie zamierzam się obrażać. Sama np. średnio lubię SF i choć czytuję, nie wznoszę peanów nawet nad perełkami gatunku.   Tym bardziej jednak dziękuję za miłe słowa!

W temacie pobłądzenia Strażników – w pierwotnej wersji było wyjaśnione wprost i brutalnie, że wiła ściągnęła ich do siebie w celach, hm, "użytkowych", potem ten fragment wyrzuciłam.  Pomyślisz, że chwalę się po fakcie, ale tak sądziłem – że to sprawka wiły. Potem ta myśl gdzieś zaginęła, przesłonięta śledzeniem dalszych wydarzeń. Tak więc wyszło na Twoje: nawet jeśli w danym momencie nasuwa się określona interpretacja, potem można się "zgapić".   W kwestii peanów i panegiryków – remis, jak widzę  :-)

Niebieska, cieszę się, że mogłam pomóc. ;-)

Moje propozycje, są zawsze tylko sugestiami. Tylko i wyłącznie Ty decydujesz o kształcie swojego opowiadania, tylko od Ciebie zależy, jakich słów użyjesz. 

 

„Partyzantka jest starą formą wojny, jeżeli dobrze pamiętam to nawet jedną z najstarszych, nie widzę powodów, dlaczego miałaby być nie na miejscu w realiach quasi-średniowicznych”. –– Ano dlatego, że w czasach quasi-średniowiecznych, jakkolwiek prowadzono walki podjazdowe, mocno tymi działaniami wroga szarpiąc i kąsając, to jeszcze nie znano pojęcia/ określenia partyzant, partyzantka.

 

„Uwiązu szukam i czuję się coraz bardziej zdezorientowana, nawet nie zastanawiałam się nad tym słowem. Używam go na codzień odkąd tylko pamiętam, w środowisku jeździeckim 'uwiąz' jest absolutną normą, taką jak 'kopyto' czy 'stajnia', a mimo to SJP nie chce mieć z tym słowem nic wspólnego o.O.”. –– I ja szukałam uwiązu i oto co znalazłam:  Słownik – Kocham Konie: Uwiąz –– linka o długości co najmniej dwóch metrów, zakończona karabińczykiem, który przyczepia się do pierścienia kantara. Uwiąz służy do przywiązania konia podczas czyszczenia lub prowadzenia go z ziemi. Rozumiem, że słowo jest zadomowione w gwarze jeździeckiej, ale, jakkolwiek zrozumiałe, do opisania mocowania łódki do pomostu chyba niezbyt odpowiednie. Linka używana do mocowania łódki przy brzegu czy pomoście, to cuma. Łódki się cumuje.

 

„Robin może próbować mówić po rosyjsku, któż mu zabroni? Naleciałości językowe to przecież nic zakazanego, a przez to świat wydaje się mniej hermetyczny”. –– Oczywiście. To Twoje opowiadanie i Twoi bohaterowie mogą używać słów, którymi każesz im mówić. Zastanowiło mnie tylko, skąd naleciałości u Robina, młodzika jeszcze, raczej mało bywałego w świecie, podczas gdy w wypowiedziach innych, nijakich naleciałości nie ma. Pozdrawiam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się również podobało. Jeśli to rzeczywiście debiut – no to nawet imponujący. :) Świetne dialogi. Gdzieś tam były jeszcze jakieś centymetry i minutki, nie bardzo pasujące do stylizacji i epoki strażników z mieczami. Pozdrawiam.

@zygfryd89 – O.O Dziękuję!   @AdamKB – O proszę, a więc jednak! Remis, remis, jednak gdybyś chciał kiedyś wytoczyć bitwę, nie wahaj się wyciągnać miecza, choćby świetlnego :)   @regulatorzy – Do uwiązu już dotarłam, faktycznie, kurczę, linka lince nierówna. Robin zaś mógł mieć choćby babkę imigrantkę, ale jakby na dyskusję nie spojrzeć, został śmierdziel zauważony i zapamiętany, lepsze to niż anonimowy szary tłum ;)   @ocha – Cieszę się, że się spodobało, Tobie zwłaszcza! I jest to debiut rzeczywisty, jeśli nie liczyć wypracowań z okresu liceum, które umierały na biurku polonistyki nie uznającej fantastyki, ale kiedy to było… Chociaż muszę przyznać, że debiut nie lekki, ot tak napisany, tylko wypocony i zębami wyzgrzytany, milion razy przerobiony ;)

O, a czemu zwłaszcza mnie? Miło mi, oczywiście. :) Nie widać, że wypocony i zębami wyzgrzytany, i – żeby nie było – to komplement. Bo tekst jest lekki, żywy, dialogi iskrzą. W takim razie, skoro to debiut, to trzeba Twój nick koniecznie zapamiętać. Bo jeśli teraz będzie już tylko lepiej – będzie co czytać.:)

Prawdopodobnie dlatego, Ocha, że byłaś pierwszą osobą, której nick zapamiętałam po zalogowaniu się na tej stronie ;] I dlatego, że Osadę czytałam dodając Świteziankę, mocno podupadając na duchu :P

No tak, tylko "Osada" nie jest tutaj moim debiutem, a sama zobaczysz, że można się tu sporo nauczyć. No i do końca chyba nie da się też tych tekstów porównać. A teraz zmykam, bo nie dość, że śmiecę, to jeszcze się czerwienię! ;)

W pierwszej scenie z Sedną – panowie wymawiają się od gościny w izbie, Sedna wychodzi a oni nagle są… na posłaniach?

 

Patrzyła nią, kiedy mówiła. – ? Patrzył na nią?   Przeczytałem na jeden raz, ciekawa historia – i rzeczywiście, taka "wiedźmińska" (ci twardzi, szorstcy, piozornie nieczuli a jednak porządni strażnicy, te dialogi, ta przeszłość tajemnicza jednego z nich, potwór tak naprawdę nie do końca potworny – aż rzypomina się taki jeden wąpierz lub "Gdzie diabeł mówi dobranoc", ksenofobiczny fanatyk etc.). Przyjemne dobranoc, więc dziękuję za lekturę ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ciekawy tekst. Napisany całkiem rzetelnie, dobrze skonstruowany. A i postacie całkiem wyraziste i przekonujące. Mi właściwie nie zagrała tylko scena w karczmie, gdzie główny bohater bez trudu powala czterech przeciwników. Rozumiem, że był doświadczonym wojakiem i tak dalej, ale po prostu podobnych scen czytało się już setki tysięcy, więc zapachniało odgrzewanym kotletem, że pozwolę sobie na takie kolokwialne wyrażenie.  Niemniej, wrażenia po lekturze mam jak najbardziej pozytywne, więc jest bardzo możliwe, że wrócę przeczytać twoje następne teksty, jeśli takowe opublikujesz.

Zawsze komuś coś nie zagra, ale spodziewałam się, że będzie tego dużo, dużo więcej. Bardzo wszystkim dziękuję!   … i dzielnie idę szlifować moje ogrzewane kotlety, duszące się w sapkowskim sosie ;)

Rzadko mamy okazję spotkać się tutaj z tak udanym debiutem. Historia jest wciągająca, opisy całkiem niezłe, dialogi świetne i to na nich Autorka zbudowała prawie cały tekst, co – moim zdaniem – jest sztuką. Do tego postacie w swoich zachowaniach, nieodkrytej do końca historii, wspomnieniach pojawiających się w wypowiedziach są wiarygodne, wzbudzają sympatię i, co podobało mi się szczególnie, aplikują czytelnikowi sporą dawkę dobrego humoru. Do tego pojawia się stworzenie z mitologii słowiańskiej, a ja to lubię i cenię. Skojarzenia z Sapkowskim są; i bardzo dobrze że są! Wbrew pozorom teksty, które czyta się łatwo, lekko i z uśmiechem mało kto napisać potrafi, uważam że warto na taki sposób pisania zwracać uwagę i go doceniać. Dlatego tez kieruję się właśnie do wątku z nominacjami. Obcowanie z Twoją prozą było czystą radością. Dobra robota. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Ponieważ Sethrael Cię zareklamował w HP, przeczytałem. Z umiarkowanym zainteresowaniem. Nie lubię Sapkowskiego .Opowiadanie dość dobre, ale bez zachwytów. Jeżeli to debiut, to "oczko" wyżej od średniego poziomu. Pozdrawiam.

Sethrealu, dziękuję za komentarz i za nominację. Swoją drogą nominacje moich skrobków są dla mnie sprawą absolutnie abstrakcyjną, ale skoro tylko Wam się podoba, nie będę niewdzięczna. :)   Ryszardzie, znam Cię 'z czytania' tutaj, na forum, i uważam, że jak na tego typu tekst 'umiarkowane zainteresowanie' to i tak całkiem nieźle. :)

Przyciągnęła mnie tu nominacja. Zabierałam się parokrotnie za przeczytanie, ale rezygnowałam. Nie z powodu tekstu, ale nastroju. Mojego. Wiedziałam,  ze aby docenić to opowiadanie powinnam być we "właściwym" nastroju.

I nie zawiodłam się. Tekst jest jak pyszna zupa – wrze na ogniu, za każdą łyżką do nozdrzy dociera inny aromat, z każdym łykiem trafia się nowy smaczek, a i przyprawy humoru niebanalne.  Przepraszam za te kulinarne porównania, ale mam takie właśnie wrażenie – całość jest kunsztownie skomponowaną potrawą – z różnych składników, z wieloma przyprawami. Jest niepowtarzalna, mimo że teoretycznie wiele razy ktoś już gotował według tego samego przepisu. Tu zaważył kunszt kucharza. Koniec kulinarnych wstawek. Daję nominację!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Udana historia, chociaż ja też żałuję, trochę podobnie jak główni bohaterowie, że autorzy fajnych tekstów boją się happy endów. Jak w każdym tekście, trafiły się drobne zgrzyty, np. ogarnianie libida. Pomijając już kwestię libida, słowo ogarnąć jest po prostu brzydkie.

Widziałem, że wiele zostało już na temat podobnych poprawek powiedziane. Na Twoim miejscu napisałbym na nowy adres Beryla, o którym pisał w HP, i poprosił o podmianę wersji tekstu. Szkoda, żeby tak udane opowiadanie zniechęciło kogoś niedocięgnięciami.

Zabierałam się za przeczytanie od tygodnia i wreszcie mi się udało. Bardzo sympatyczne opowiadanko, przyjemnie się czytało, a ja akurat lubuję się w podgatunku:) Trochę mi nie pasowało zapłacenie synkowi karczmarza dukata za sprowadzenie Neptuna do karczmy. 3,5g złota za tak drobną przysługę to sporo. Chyba, że siła nabywcza złota w Twoim świecie jest mizerna, albo główny bohater ( srebrzysty nomen omen) szasta pieniędzmi. Gratuluję udanego debiutu, a jeśli kiedyś pokusisz się o kontynuację przygód Argentuma i Egila, to nie omieszkam przeczytać. Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Podobało mi się, nawet bardzo. Bohaterowie "krwiści" i dobrze pokazano. Dobrze napisane dialogi, dużo humoru (Neptun!) oraz fajna historia, niezbyt odkrywcza, ale fajna. "Sapkowatość" tekstu uważam za plus. Jeżeli miałbym się czepiać, ja bym dał inny tytuł. Jak dla mnie, za często używasz słowa "nieledwie". Sceny walki mnie nie przekonały. No i Sedna mogła przeżyć, tak " z niczego" ją zabito. Chyba najlepsze opowiadanie jakie tu czytałem (ale nie czytałem ich dużo, zaznaczam). Jakbym mógł to też bym na twoje opowiadanie głosował.

Bemik, Waran, Alex, Karol – bardzo Wam wszystkim dziękuję!   Część uwag przyjęłam, zgadzam się i zastosuję, nowa wersja poleciała właśnie do Beryla. Pozostała część, choć równie cenna, nie zostanie uwzględniona – bo choć wiem, że czasem trzeba zabijać to, co się kocha, to nie będę tego robić bez opamiętania :) Tytuł, przykładowo, zostaje. Taka była moja pierwsza myśl i w tej formie zawiśnie tutaj słowniańsko-fantastyczny Mickiewicz z paszczą pełną kłów :)   Co do dukatów przyznaję, że nie spodziewałąm się takiego odezwu, a co za tym idzie analizy tekstu i zwyczajnie wybrałam jednąz monet staropolskich, której wydźwięk mi odpowiadał. Teraz, bogatsza o nową wiedzę, tekst poprawiłam :)     … aktualnie jestem w stanie lekkiego (taa…) szoku, autokrytycyzm przy aktualnie pisanym tekście wzniósł się gdzieś trzy metry nad niebo i nie wiem, kiedy wymęczę coś na tyle, żeby tutaj wrzucić ;]

… aktualnie jestem w stanie lekkiego (taa…) szoku, autokrytycyzm przy aktualnie pisanym tekście wzniósł się gdzieś trzy metry nad niebo i nie wiem, kiedy wymęczę coś na tyle, żeby tutaj wrzucić ;]   Aktualnie to Koleżanka chyba się lekko kryguje, pisząc o wymęczeniu. O ile samokrytycyzm rozumiem i popieram  :-), o tyle wymęczenia po tekście nie widać, więc i dalsze – na które czekam! – od takiej cechy powinny być wolne.

AdamKB, było męczone, żeby wymeczenie ukryć. …jeżeli ma to jakikolwiek sens :D   Mogę to nazwać dłubaniem i korektą, może zabrzmi lepiej ;)

Dużo lepiej. Wiesz, poza "wymęczaniem" nie lubię "wypocin". Raz, że czytelnika nie obchodzi, ile potu wylał, jeśli wylał, autor podczas pisanie, a dwa, że ma to słowo deprecjonujący efekt pracy wydźwięk. Asekuracja jakaś? Nieskuteczna w moim przypadku.

Adamie, nazywaj jak chcesz. Jeśli mam porzucić szczerość w ramach ratowania wizerunku, to w ogonie mam taki wizerunek ;)

:-)  :-)  Khm, khm… Ja sięgam, w razie potrzeby, po cytat z Makuszyńskiego, opisującego tę lokalizację jako "miejsce, w którym plecy nazwę swą szlachetną tracą".  :-)

O to, to, to! Widzisz! Właśnie tam :)

Sedna została na molo(…) Niezbyt pasuje mi tutaj słowo "molo". Ale to tylko moje odczucie.   Niezłe opowiadanie, czytało się leciutko. Trochę brakuje mi opisów, w zasadzie tekst składa się niemal wyłącznie z dialogów. Wzmanki typu: karczma była przytulna i podawano w niej zimne piwo, to – moim zdaniem – trochę mało. Poza tym opowiadanie prawie niczym mnie nie zaskoczyło. Dużo wcześniej domyśliłem się kim jest Sedna, jak i byłem pewny, że nie zginęła podczas potyczki. Końcowa wypowiedź Egila o zabobonach, nienawiści itd. zupełnie zbędna, w moim odczuciu. Tekst jest jak najbardziej udany, choć motyw nienowy. Pozdrawiam

Mastiff

Oj, Bohdan, powiem Ci, że o dziwo mnie uspokoiłeś! Piszę teraz inny tekst, w którym opisów jest zdecydowanie więcej, i po ciepłej reakcji na de facto bezopisową Świteziankę zaczełam się zastanawiać, czy aby dobrze robię.     Poeksperymentuję więc trochę, któż mi zabroni? ;)

Nikt Ci nie zabroni:) Działaj, dziewczę, działaj:)

Mastiff

Właśnie przeczytałem. Troszkę w czas, ale liczy się, nie? Chyba odrobinę wolałem wersję z "ogarnij libido" :D, ale ogólne wrażenie bardzo pozytywne. Kilka powtórzeń, zgubiłaś też słówko w wyrażeniu "Argentum ku wile" mam wrażenie. Reszta – klimat, fabuła, bohaterowie, dialogi – wszystko złożyło się na naprawdę dobrą całość. Jeśli to był twój debiut, to… Wow. Ogromny szacun. Widać też wyraźnie, kto jest patronem Twojej twórczości. Wyczułem duże stężenie Sapka.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

O, gnoom :) zawsze miło, jak rodzina wpada z wizytą ;) Libido niestety zostało wykopane, ku jego zgrozie i przerażeniu. Opowiadanie jest za krótkie, żeby jakoś solidnie skonstruować czasoprzestrzeń i utrzymać wartkośc fabuły (przynajmniej na moje obecne zdolności), niech więc będzie, stare, solidne quasi średniowiecze, w którym istniały jedynie lepka chuć i mokra żądza :)   Że Sapkiem wonieje, wiem. Może z czasem sobie wyrobię coś bardziej "własnego". A może nie :) Czas pokaże, jeśli zapału wystarczy ;)      

Cześć!

Na początek napiszę, że debiut zdecydowanie należy zaliczyć do udanych. Opowiadanie napisane ładnym językiem, z humorem, dobrze zbudowanymi dialogami. Jest skąpe w opisy, ale nie odczuwa się tego w jakiś bardzo negatywny sposób – wybrałaś sobie takie klimat, lekko potraktowana wariacja średniowieczna. I wyszło dobrze. Co do zasady dobrze, bo może w dalszej części czuć nieco wyeksploatowaną formę niektórych żartów czy docinek. Tekst jest przewidywalny – czytelnik domyśla się, że ze spotkaną w lesie dziewczyną coś jest nie tak, nie dziwi go następnie problem „z wiedźmą”, jaki ma wioska i doskonale wie, kim owa wiedźma jest. Potem nietrudno zgadnąć, że wiła nie do końca poczuła się zabita, kiedy poszła na dno. Niestety, ale tej przewidywalności było tutaj nieco za dużo, chociaż nadal czytało się dobrze. I nagle poczułem się zaskoczony końcówką. I, co najśmieszniejsze, właśnie końcówka podobała mi się najmniej. Wiła się nawróciła, chciała się układać, nieźle. Bo czemu nie? Element wydawał się fajny. Kłopot w tym, że: zupełnie nie kupuję tego, dlaczego potrzebowała obecności Strażników, skąd miała pewność, że jej pomogą „gdyby coś poszło nie tak” a także, z drugiej strony, nie kupuję tego, dlaczego nagle postanowili jej pomóc. Kilka dni wcześniej (no właśnie, przecież leżeli w lecznicy przez kilka dni, dlaczego wile zebrało się na rozmowę akurat, kiedy wyjechali – specjalnie po to, żeby czynić czary i żeby tamci musieli zawrócić?) próbowali się pozabijać, nie zauważyłem, żeby podczas albo po walce wydarzyło się coś niezwykłego, co nagle wpłynęło na zmianę ich postawy, a z drugiej strony jej argumenty w rozmowie z wójtem też jakoś specjalnie przekonujące nie były. Hej! Jestem demonem, który zabił kilku ludzi, bo uznał, że podszczypywanie panienek i zmuszanie dzieci do żebractwa jest nieładne – a wy najwidoczniej nie byliście wystarczająco skuteczni, żeby zrobić z tym porządek. Zaakceptujecie moje towarzystwo? Będzie dużo zwierzyny i dużo ryb, zarobicie na tym. Co? Tak, pewnie, jak znowu mnie najdzie ochota, to zabiję kogoś, kogo uznam za zachowującego się źle – najpewniej jakiegoś mężczyznę. Aha, no i będę brała do siebie dziewczynki i kusiła wędrowców. To co, wójcie? Super!

Nie, wybacz, ale nie. Zupełnie nie przekonałaś mnie w tej scenie : ) Wójt wcześniej zdawał sobie sprawę z tego, że ryb jest więcej i że to może mieć związek z potworem, ale przeszkadzało mu to, że potwór zabija i chciał się go pozbyć. Co się zmieniło podczas układania się z wiłą?

No i ukoronowanie sceny, nasz żandarm. Jak wiemy, jego zdolności bojowe nie zachwycają. Nie przeszkodziło mu to jednak błyskawicznie podnieść się z kolan i ugodzić potwora idealnie tak, żeby skutecznie się go pozbyć. Tutaj też dosyć mało wiarygodny motyw – wcześniej Sedna była wyjątkowo odporna na zranienia, nawet potrafiła się zregenerować (pomijając paluszki), a tu „ciach!” i po problemie.

Jak dla mnie cała ta końcówka była bardzo naiwna.

Krzyczący o uprzedzeniu, nienawiści, ciemnocie i zabobonie Egil już zupełnie przekonał mnie, żeby w przypadku nominacji tego opowiadania być na nie.

 

A szkoda. Bo zaczęło się tak przyjemnie i gdyby nie ta końcówka…     Kilka uwag co do strony technicznej.   Niekoniecznie przekonują mnie opisy walki. Postaram się podać kilka przykładów, dlaczego :)

 

Nagły powiew od jeziora postawił im włoski na rękach i Neptun zamilkł wpół słowa. Przeczesując powoli las poruszał się absolutnie bezszelestnie. Argentum nie dziwił się, już nieraz pracował z wielkim kapitanem i wiedział, jak zwodnicza jest jego pozorna ociężałość.

Pod butami nie trzasnęła ani jedna gałązka, dlatego kiedy przefrunęła za ich plecami, śmiejąc się cichutko, usłyszeli to równie wyraźnie, jak gdyby roześmiała się w ich własnych głowach.   Tutaj mamy zestawienie, które moim zdaniem źle wyszło. Najpierw opisujesz bezszelestnego Neptuna, żeby zaraz zacząć w nowym akapicie od „nie trzasnęła ani jedna gałązka”, w odniesieniu do ruchu Sedny. Kiedy to czytałem, w pierwszej chwili odniosłem wrażenie w nowym akapicie nadal pijesz do kociego kroku Neptuna, nie wiły.   Potworzyca z wibrującym piskiem pomknęła za nimi. Argentum, czując ją na plecach, zasłonił się rozpaczliwym wygięciem całego ciała, trzymając miecz oburącz przed sobą. Dosięgła go, zostawiając na piersiach cztery głębokie nacięcia, ale równocześnie odbiła się od ostrza, uderzając o niego piersią.   Po pierwsze – zasłonienie się wygięciem ciała jest bez sensu. Po drugie, w pierwszej chwili nie jestem w stanie sobie wyobrazić, o co tutaj chodzi. Potworzyca jest za nim, on się wygina trzymając miecz przed sobą, a ona dosięga jego piersi, sama uderzając piersią (swoją drogą powtórzenie)?   A teraz coś, czego nijak nie ogarniam. Sztylet ze świstem zaczął ciąć powietrze i Argentum ku wile, lecz świat uporczywie nie chciał wrócić do swego zwykłego tempa.   Sztylet zaczął ciąć powietrze i Argentum ku wile? O co chodzi w tym zdaniu? I dlaczego jest to przeciwstawione („lecz”) temu, że świat nie chciał wrócić do zwykłego tempa?   Zresztą, w ogóle cała ta scena jest w moim zdaniem fatalnie opisana.   Krew trysnęła z jej piersi fantastyczną fontanną   Czy ta fontanna była fantastyczna, to znaczy nierealna, czy fantastyczna, to znaczy tak efektowna, wspaniała? Innej interpretacji nie widzę, a słówko w obu definicjach tutaj nie pasuje.   Tutaj jeszcze dosyć ciekawy przykład pleonazmu: Neptun bliźniaczo powtórzył jego gest Albo wykonał bliźniaczy gest albo powtórzył gest, na pewno nie bliźniaczo powtórzył gest.   Ostatnia rzecz: słówka takie jak fart, bonus czy profit. Jak słyszałem, wcześniej również ogarnianie libido. Zupełnie nie pasują do języka użytego w tekście, jak i do quasirealiów. Co najwyżej te profity mógłbym zrozumieć, ale nie resztę :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Beryl :) Witając w moich skromnych progach dziękuję za komentarz i uwagi, zwłaszcza te techniczne. Gusta, jak wiadomo, różnymi są, uniwersalny powab nie istnieje, ale mimo wszystko będę się bronić piersią moją własną młodzieńczą przed zarzuconymi potknięciami w logice ;) :   Po pierszwsze ---> obecność Strażników wile była potrzebna nie do tego, żeby ją obronili, tylko w razie czego aby zaciukali ją szybko sprawnie i względnie bezboleśnie. Faktycznie z tekstu ciężko to wywnioskować, można zrozumieć inaczej. Dla mnie lekcja :)   W temacie argumentów wiły ---> a tutaj to chyba wszystko jest wyjaśnione. Zaznaczyła wiła, że jest drapieżnikiem i popolować czasem musi? Zaznaczyła. Że wybierała miejscowy margines, jej plus. Powiedziała, że wie, że jak teraz narozrabia to ją znajdą i zepsują widłami, toteż grzecznie idzie na kompromis i układy współżyciowe? Powiedziała. Że nie chce zaczynać od nowa gdzieś indziej – powiedziała. Wójtowi przeszkadzało, ze coś morduje, że ludzie się burzą, natomiast pasowało mu, że ryb obfitość ---> mordowania nie będzie, ludzie się przekonali, że nie taki diabeł straszny, a jak zarządzić wiły eksterminację to rybki szlag trafi – układ prosty jak konstrukcja cepa.  Wybaczam, oczywiście, wedle prośby, że nie przekonałam Cię tą sceną, ale wolałam już wyżej przytoczony argument, ze próbowałam wpleść tutaj morał odnośnie wpływu pieniądza na decyzje ludzkie :)   Zresztą bardzo nie lubię takiego doszukiwania się do upadłego każdej intencji, logiki w ocenie decyzji postaci fikcyjnych. Gdyby na żywo ludzie wybierali zawsze słusznie, zawsze logicznie, dokładnie analizując fakty… :) Wójt wybrał tak, bo tak mu argumenty zagrały, myślę, że nie była to aż taka nielogiczna i nieumotywowana niczym decyzja, nawet jeżeli nie była jedyną słuszną – Twoim, Berylu, zdaniem. Moim zdaniem Gandalf od razu powinien wsadzić hobbita na te cudowne orły i podwieźć go przynajmniej pod same wrota Mordoru, zamiast tułać się z buta przez trzy tomy ;)   Rozumiem, że nie zagrało Ci nagłe przejście wszystkich na stronę wiły. W moim zamiarze ona wcale nie szła do wioski pewna siebie i swojej wygranej. Przyszła, powiedziała co chciała, kmiotki i Strażnicy posłuchali, przyznali rację, postanowili zaryzykować. Tyle.    Czemu wiła czekała tyle dni? W domyśle – musiała się coś podregenerować, prawie jej się udało, acz nie do końca, co chyba było widać…? A tu nagle, boom, Strażnicy odjeżdżają, to trzeba poimprowizować trochę, żeby w razie złego rozwoju wypadków mieć na miejscu doświadczonych katów, a nie domorosłych fanatyków z widłami.   Co dalej, co dalej… ach, żandarm :) Tutaj chodziło mi o przypadek i ślepy fart. Strażnicy zostawili gościa samego właśnie dlatego, ze uznali go za niegroźnego – i słusznie. Zresztą przecież nie stylizowałam go w tej ostatniej scenie na nagle przebudzonego mistrza mordu. Losowość, przypadek, absolutnie wbrew logice i faktom.  Wiesz, nawet ja z moją nieistniejącą koordynacją czasem złapię coś w locie albo odbiję piłkę podczas gry w siatkę :) Po prostu – zdaża się, mimo wszystko. No i niby wszystko jedno, kto zabije – wyszkolony zabójca czy nieudolny gnojek, martwe jest martwym, ale mnie jakoś większa złość ogarnia gdy takiej łamadze udaje się zepsuć dobrze toczącą się kolej losu.   Że sztylet zabił wiłę od razu – ładnie (albo nieładnie :) ) napisane zostało, że nie wszystko da się ot tak zregenerować. Przecież nawet największe monstra zawsze da się jakoś ubić. Kołkiem, lustrem, ogniem, ciosem w serce. Strażnicy od razu wiedzieli co jest grane, a przecież są, badź co bądź, profesjonalistami.   Słówka nie pasująco do quasirealiów – no kurcze, przecież to nie jest opowiadanie historyczne. Rozumiem, że coś może nie pasować, ale bonus, fart, czy profit? Przecież nie ma mowy o dywersyfikacji, kompresji czy o mopie ;)  Nie można tego aż tak opierać, moim zdaniem, na quasirealiach polskich. Wiadomo, co tam sobie protoplaści moich bohaterów zgotowali w historii? Skoro ja tego nie wiem, to jak możesz wiedzieć Ty? :)   Opek mój pierwszy, bardziej na spróbowanie jak się opowiadania pisze, niż żeby zaskoczyć trupami z szaf i nagłymi zwrotami akcji, więc przed przewidywalnością się tutaj nie bronię absolutnie. Przyjdzie czas i na takie zabawy :)   Uwagi techniczne rozumiem, przeanalizuję, będę się wystrzegać.     Że będziesz, Berylu, na nie – wybacz, nie zaskoczyłeś mnie wcale, forumowa legendo negacji :P          

[…]  Gandalf od razu powinien wsadzić hobbita na te cudowne orły i podwieźć go przynajmniej pod same wrota Mordoru, zamiast tułać się z buta przez trzy tomy ;)   O to to, moja Anielciu. Tajemnica objętości pięciotomowych sag.  :-)   niebieska, szacuneczek.

Niebieska, przyznać muszę, acz może będzie Ci to nie w smak, że widać po Twoim odbiorze krytyki, iż to zaiste był debiut : ) I mówię to jako człowiek, który lubi autorów odpowiadających na uwagi.   Po pierwsze i najważniejsze, żeby wszystko było jasne – to, że w tekście coś zostało przedstawione jasno, nie znaczy, że muszę uważać to za przekonujące. Koronny przykład z argumentami wiły – ja wiem, jakie one były, czytałem, nie musisz mi ponownie przedstawiać tego, co jest napisane w opowiadaniu. Stwierdzam po prostu, że cała końcówka jest naiwna, a nastroje mieszkańców wioski i samego wójta zadziwiająco szybko się zmieniły, jak na mój gust za łatwo. Łyknąłbym coś takiego – skoro to miało według Twojego zamysłu pokazywać ludzką pazerność – gdyby tekst był nieco bardziej parodystyczny, ale nie był. Oczywiście to tylko moje zdanie, ale nigdzie nie rościłem sobie prawa do nieomylności : )   Zresztą bardzo nie lubię takiego doszukiwania się do upadłego każdej intencji, logiki w ocenie decyzji postaci fikcyjnych. Do upadłego? Powiedziałem Ci co myślę o kluczowej scenie Twojego opowiadania, zupełnie nie wysilając się, by coś znaleźć – to znaczy jakie wrażenia towarzyszyły mi przy czytaniu. Gdybym miał szukać do upadłego, to mój komentarz byłby kilkukrotnie dłuższy.   Gdyby na żywo ludzie wybierali zawsze słusznie, zawsze logicznie, dokładnie analizując fakty… :) Zgadzam się, ludzie po prostu często postępują głupio. Ale uderz się teraz w pierś i powiedz, że czytając powieści/oglądając filmy nigdy nie masz tak, by irytowało/śmieszyło/nie przekonywało Cię postępowanie bohaterów, a bardzo mnie zdziwisz.   Nie oczekuję od postaci w Twoim opowiadaniu żelaznej logiki i nieskończonej mądrości, ale są rzeczy, które najzwyczajniej na świecie wydają mi się bardzo mało prawdopodobne i takie właśnie jest zachowanie wójta i pozostałych mieszkańców wioski, a także Strażników.   W domyśle – musiała się coś podregenerować, prawie jej się udało, acz nie do końca, co chyba było widać…? Było widać, że ma ucięte palce – nie wiem czy dlatego, że akurat ich nie potrafiła zregenerować czy dlatego, że nie zdążyła. Bo skąd mam niby wiedzieć?   Tutaj chodziło mi o przypadek i ślepy fart. Strażnicy zostawili gościa samego właśnie dlatego, ze uznali go za niegroźnego – i słusznie. Cóż, z tego co pamiętam, to przynajmniej jeden z nich był między wiłą a żandarmem, a z tego co wcześniej nam przedstawiłaś, to gość potrafił powalić czterech chłystków zaczynając walkę gołymi pięściami. A sama Sedna, jak piszesz kilka zdań wcześniej „wsunęła się między mężczyzn”. Nie wątpię, że każdy ma fart i nawet nasz chwilę wcześniej obity Robin potrafił zerwać się do błyskawicznej akcji, ale prawdopodobieństwo jej powodzenia przy tych wszystkich Strażnikach stojących na jego drodze wydaje mi się zerowe.

Wystarczy wywalić zdanie o wsuwaniu się wiły między mężczyzn i cała akcja już wydaje się o wiele bardziej realna – pozostaje tylko chwilowa nieudolność Argentum.   Że sztylet zabił wiłę od razu – ładnie (albo nieładnie :) ) napisane zostało, że nie wszystko da się ot tak zregenerować. Przecież nawet największe monstra zawsze da się jakoś ubić. Kołkiem, lustrem, ogniem, ciosem w serce. Strażnicy od razu wiedzieli co jest grane, a przecież są, badź co bądź, profesjonalistami. Chyba ponownie nie zrozumiałaś moich uwag. Wiem, co zostało napisane. Poprzednio jednak wiła przeżyła cios, który powinien ją przepołowić, przy tym w dodatku dostając kilka innych od „znających się na rzeczy”, a teraz skubana zostaje zabita stuprocentowo szczęśliwym trafieniem jakiegoś małolata. A nasi Strażnicy, poprzednio zdziwieni, że nie potrafili jej zabić, nagle okazują się ekspertami, którzy mają utwierdzić czytelnika w przekonaniu, że taka to pewna śmierć dla potworzycy. Hmm… No nie, czytelnik ma prawo złapać się za głowę i zacząć powątpiewać w spójność świata : ) To tak jak w niektórych amerykańskich filmach akcji, gdzie postać przeżywa dziesiątki wybuchów, przyjmuje grad ciosów, a w końcu okazuje się, że akurat w tym miejscu i czasie, kiedy scenarzyści uznali za ładne, może już zginąć od czegokolwiek ; )   Nie można tego aż tak opierać, moim zdaniem, na quasirealiach polskich. Wiadomo, co tam sobie protoplaści moich bohaterów zgotowali w historii?

Skoro ja tego nie wiem, to jak możesz wiedzieć Ty? :)   Nie wiem, ale czy muszę wiedzieć? Dyskusja na ten temat może toczyć się godzinami i nawet był kiedyś urodzajny w komentarze wątek w hyde parku na ten temat. Jeśli jednak chodzi o słówka, to sprawa jest bardzo prosta. Opowiadanie jest napisane po polsku, więc ładnie by było, gdybyś trzymała się pewnej konwencji i nie używała słówek, które do tej konwencji nie pasują, jak bonus czy fart (tym bardziej, że używasz archaicznego chędożenia). A argumentem „a skąd możesz wiedzieć, co tam protoplaści moich bohaterów sobie zgotowali” można bronić dosłownie wszystkie niedociągnięcia i błędy – tylko jak to się ma używanego słownictwa, to nie wiem.   A na koniec dodam tylko, że ja jeno dzielę się swoimi spostrzeżeniami, żebyś miała ogląd, jak to może wyglądać, a co z tymi uwagami zrobisz, to już Twoja sprawa. I nie robię tego, żeby się specjalnie przyczepić, ale żeby maksymalnie pomóc – inaczej nie chciałoby mi się produkować takich długich uwag ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Kurczę, Berylu, przecież nie pisałam odpowiedzi z pianą na ustach, grzmiąc i gromy ciskając, zgadzajac się grzecznie z większością Twoich argumentów :) Że nie zgodziłam się ze wszystkimi; oj, przecież mi wolno! Pisząc tekst miałam na jego temat jakieś wyobrażenie, gdzieś była jakaś motywacja, jakaś logika, jakiś plan, nie było to tworzone zupełnie bezmyslnie, mam prawo w tym temacie do obrony i dyskusji, czy to debiut, czy też nie ;)    Wdzięczna Ci jestem, że się podzieliłeś tymi uwagami, naprawdę! Cały wieczór spędziłam czytając Twój komentarz i analizując go słowo po słowie, wiem, że przecież nie zrobiłeś nic złośliwie, przykro mi trochę, żę tak mnie odebrałeś. Opowiadanie ma dziury i niedociągnięcia, sama jestem w szoku, ze zaszło tak daleko w głosowaniu piórkowym, spodziewałam się znacznie większej fali krytyki wrzucając tutaj tekst i nie, nie mówię tego, usiłując się krygować, jak mi zarzucono wyżej :)   Zresztą nawet, jeśli masz rację, muszę się trochę pokłócić, poargumentować, zanim pokażę Ci język i powiem: no dobrze, już dobrze, niech Ci będzie, przyjęłam. W końcu jaką matką bym była, nie próbując bronić swoich dzieci, ha? ;)   Żebyś nie miał wątpliwości więcej: DZIĘKUJĘ!   No :)

A ja bym powiedziała, że po odpowiedzi Niebieskiej w ogóle nie widać, że jest debiutantką, bo broni się sensownie, spokojnie i z klasą.

Kurczę, Berylu, przecież nie pisałam odpowiedzi z pianą na ustach, grzmiąc i gromy ciskając, zgadzajac się grzecznie z większością Twoich argumentów :) Kurczę, to zabrzmiałem, jakbym myślał, że tak właśnie zrobiłaś? Nie! Nie o to mi chodziło ;)   mam prawo w tym temacie do obrony i dyskusji, czy to debiut, czy też nie ;)  Oczywiście, a ja bardzo lubię, kiedy autor odnosi się do moich uwag, chodziło mi z tym „zachowywaniem się po debiutancku” między innymi o to, że odnosisz się dosłownie do każdej podniesionej kwestii, a przede wszystkim o to, że Twoim zdaniem rzekomo doszukuję się czegoś do upadłego albo że nie mogę wiedzieć, jaka jest historia świata Twoich bohaterów, więc jakim prawem się czepiam :) I stąd wywnioskowałem, iż uważasz, że podąłem krytykę czysto złośliwie. Teraz wiem – przesadziłem z oceną, wybacz, panienko!

A swoich tekstów bronić nie przestawaj : )   Ocho – jak wyżej. Dziwi mnie jednak, że chciało Ci się czytać tę wymianę zdań :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

A dlaczego Cię dziwi? Ja się uczę nie tylko na swoich tekstach i nie tylko na komentarzach do moich tekstów. :)

No nie wiem, Ocho, myślałem, że wolisz niemerytorycznie : ))

 

Niebieska – zapomniałem o dwóch rzeczach :) Po pierwsze, przejrzałem komentarze i muszę się zdziwić – uwaga, dziwię się! – skąd te porównania do Sapkowskiego. Moim zdaniem zupełnie nie ma podobieństw (poza tym, że to Sapek, o ile wiem, wskrzesił chędożenie). Co oczywiście trzeba zaliczyć na plus. Trzęsę się teraz jednak ze strachu, zastanawiając się czy naprawdę czytelnicy z taką łatwością potrafią szufladkować czyjeś dzieła na podstawie szczątkowych podobieństw.

Po drugie, pamiętaj, żeby przejrzeć tekst pod kątem powtórzeń, bo zdarzyło ich się ciut za wiele :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nie chcę tu więcej śmiecić, więc na Twoją zaczepkę, drogi Berylu, odpowiem pod "Osadą", przy okazji nabijając sobie jeszcze jakiś komentarz. ;P

Sprawnie napisana, wciągająca opowieść :)

Przecież nie ma mowy o dywersyfikacji, kompresji czy o mopie ;) I Ty, Brutusie?

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

To jeszcze mój komentarz. Od razu powiem, że jeśli chodzi o wyróżnienia, głosowalam na "TAK". Dlatego, że widzę w autorce potencjał, nie dlatego, że ten konkretny tekst rzucił mnie na kolana. Przez większość czasu czytało mi się bardzo dobrze. Gładko, sprawnie, ładny język, klimatyczna opowieść. Zgadzam się jednak co do tego, że rozwiązanie jest takie – wybacz kolokwializm – trochę ni w pipę, ni w oko.   Czemu Sedna zawróciła wojaków z drogi? Nijak z tekstu nie wynika, że czuje się w ich towarzystwie lepiej niż w towarrzystwie wieśniaków, w końcu, na litość bogów, próbowali ją zabić i odrąbali jej paluszki. Niby czemu nagle mieliby stać się bardziej przychylni? Nagłe nawrócenie się nastąpiło? Nie wspominając o tym, że ona sama mogłaby najpierw spróbować z nimi pogadać, zamiast się na nich od razu rzucać, zwłaszcza że jednemu wcześniej dała się zerżnąć.   To jedno, na co jednak da się przymknąć oko. Gorzej z drugim – tępy gość, co to potyka się o własny miecz, jednym ciosem zabija potężnego, zwinnego, szybkiego demona, który jest na dodatek samo-regenerujący się i jeszcze pilnowany przez strażników, którym tak niby ufa. Kiepska scena po prostu, która mocno osłabia dobre wrażenie robione przez opowiadanie wcześniej. Możesz bronić tej sceny, jeśli chcesz, ale ja jako czytelnik tego nie kupuję. Nie jest dla mnie wiarygodne. I żaden komentarz tego nie zmieni.   Dlatego też jestem na "TAK" ale nie dla tego całego tekstu, a raczej dla jego pierwszej części i na zachętę ; )   Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@beryl, widzisz, mi się wydawało, że nieładnie będzie z mojej strony nie odpisać Ci szczegółowo na tak rozbudowany komentarz. Wszystko jasne już, nie ma krzyku, cieszymy się :)   @homar, dziękuję, postaram poziom podnosić, chociaż znając smykałkę moją do eksperymentów, pewnie coś nabroję po drodze ;)   @gnoom, wątpiłam mocno, że ktoś to wyłapie :D   @jose :) tłumaczyłam już berylowi, uderzyłam się w pierś i przyznałam do winy, absolutnie nie planuję podnosić kopii po raz kolejny, nie masz się o co bać :) A zachęta rzecz smaczna, ( oj, jak smaczna :))) ) przyjmuję z radością i postaram się wykorzystać najlepiej, jak na ten moment potrafię ;)   @Ocha – Tobie, moja droga, to ja dziękuję już chyba po raz 115 i to tylko w tym miesiącu o.O

@gnoom, wątpiłam mocno, że ktoś to wyłapie :D Nie znasz tutejszej społeczności ;)

Sorry, taki mamy klimat.

To cię w żaden sposób nie usprawiedliwia, backstabberze. :D

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Och, daj spokój ;) pomyśl o tym mopie jak o wzrastającej legendzie, lub przynajmniej jak o wschodzącej gwieździe! Nie ważne, jak mówią, byleby mówili, tak? ;)

Berylu, jako że miałem przyjemność popełnić pierwszy wpis pod tym zacnym opowiadaniem, a we wpisie tym o podobieństwie do ASa napomknałem, czyli wg Ciebie z "łatwością zaszufladkowałem czyjeś dzieło na podstawie szczątkowych podobieństw", śpieszę z uzasadnieniem :) 1.Argentum – należący do elitarnej organizacji, wyszkolony w sztuce zabijania potworów , jednoczesnie prawy i uczciwy, szanujący potwory "myślące" – "szczątkowo" kojarzący się z Geraltem :) 2. Wiła – kły jak sztylety, sposób walki – "szczątkowe" podobieństwo chociażby ze Strzygą, to jeśli chodzi o wygląd i walkę; dalekie echa Dzierzby i Sukkuba, jeśli chodzi o psychologię postaci. 3. Wójt Trottenberg - Wójt  Caldemeyn znany nam chociażby z "Ostatniego życzenia" – praworządna, ucziwa postać urzędnika, który zna głównego bohatera z wcześniejszych przygód – "szczątkowe" podobieństwo :) 4. Opis walki  5. Poczucie humoru bohaterów 6. Ostatnia scena – niby happyend   z tezą : dla potworów, nawet dobrych i próbujących się przystosować, nie ma miejsca w świecie ludzi. Muszą odejść, wyginąć. Oraz problemat moralny – czy rzeczywiście największymi potworami są potwory? I jeszcze jedno – zasygnalizowanie nasuwających się w trakcie lektury skojarzeń z inną lekturą , nie jest tym samym co "szufladkowanie". Opowiadanie mi się podobało, mimo wszystko zagrało samodzielnie, nie zmienia to faktu że w trakcie lektury sporo takich "sapkowskich" skojarzeń miałem. Jak sądzę, uzasadnionych. Hough. Więc Berylu, mam nadzieję, że mój wpis uspokoi Cię nieco, na tyle przynajmniej, żeby trzęsawka minęła.   Jak wszyscy wiemy, strach ma wielkie oczy :) pozdrawiam

errata Wójt oczywiście z opowiadania ""Mniejsze zło".

7(?). I jeszcze "zajedno", którego Sapkowski używa dość często i które za Sienkiewiczem pisze łącznie ;-) A BTW – "w pół słowa" <– tak się jednak pisze ;-)   Opowiadanie bardzo dobrze mi się czytało. Podobało się. Nie napiszę, że dobre jak na debiut. W tle takiego stwierdzenia wyczuwam zwykle milczące, nieco aroganckie (i często fałszywe) założenie, że jeśli ktoś nie jest tutaj długo, to pisze gorzej. Chociaż rozumiem, że większość tych, co podkreślają debiutanctwo dobrze piszącego nowego/nowej, czyni tak bez żadnych podtekstów. Nie twierdzę, że nie można się tu czegoś nauczyć – więc proszę mnie nie bić – no ale serio, jest w tym jakiś protekcjonalizm. Lepiej rozumiem asekuranckie zastrzeganie swego debiutanctwa przez pragnących taryfy ulgowej nowych autorów. To opowiadanie jest po prostu dobre (debiut czy nie). Kiedy następne, Niebieska? :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jeroh – ja się teraz trochę winna poczułam, bo też coś o tym debiucie Niebieskiej wspominałam. Ale, ponieważ wszystkie moje przewinienia uwielbiam zamieniać na pozytywy, to napiszę, że chodziło mi raczej o to, co to będzie, jak Niebieska (i inni zdolni debiutanci) się rozwiną. :) A nie o to, że to opowiadanie WYŁĄCZNIE jak na debiut jest dobre.   I jestem pewna, że innym również o to chodziło. ;)

Ocho, nie czuj się :-) No chyba że jesteś ;-) Ale wiem, że nie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Mnie ani trochę nie zdziwiły wymienione naleciałości Sapkowskie, Wiedźmina przeczytałam w zasadzie tyle razy, że ulubione fragmenty mogę z pamięci cytować. Cóż, od czegoś trzeba zacząć :)  Kolejne teksty mam nadzieję będą już bardziej "moje", przeczytacie, ocenicie :)   Jeroh, ja w sumie rozumiem idee określenia "dobre jak na debiut". Od ludzi piszących dłużej wymaga się (spodziewa się?) jakiegoś progresu, a że progres zazwyczaj zakłada pięcie się w górę, logicznym jest, że start jest raczej gdzieś w okolicach szarego przyziemia ;) A asekuracja, no oczywiście! Niechże będą i jakieś plusy tej sytuacji ;) Swoją drogą ta tarcza i tak jest krótkotrwała, długo przecież korzystać się z niej nie da, więc jak już jest okazja… :P Następne opowiadanie w drodze, jeżeli żaden kataklizm nie przeszkodzi, rozwiązanie powinno nastąpić jeszcze w tym miesiącu :)

Przeczyta się :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Na tekst natrafiłem dzięki tagom, miałem ochotę przeczytać dobre opowiadanie ze szczyptą słówiańskiego klimatu. I to dostałem. Łatwo można dostrzec pewne podobieństwa do losów Geralta i Ciri, ale nie postrzegam tego jako wadę. Zastanawiają mnie jedynie poczynania bohaterów i zastosowanie niektórych słów, jednak to już chyba zostało omówione. Nie zmienia to faktu, że Twój styczniowy debiut jest dobrym opowiadaniem.

Pozdrawiam.

Przeczytałem obydwa opowiadania.

Jedno lepsze od drugiego.

Proszę o więcej.

Infundybuła chronosynklastyczna

Nowa Fantastyka