- Opowiadanie: Yoss - Mefistofele

Mefistofele

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Mefistofele

Przez wysokie okna wpadały ostatnie tego dnia szkarłatne promienie słońca i, jakby głaszcząc zasypiającą kochankę, delikatnie muskały lśniące karoserie pojazdów eksponowanych w turyńskim muzeum Fiata. Ostatni maruderzy byli taktownie wypraszani, na odchodne otrzymując zachętę, by przybyli ponownie. Uzbrojeni w miotły i mopy woźni wychynęli z kanciapy i powoli zabierali się do pracy. – Tato! Musimy już iść. – Mały Luigi uwiesił się na ręce ojca.

– Jeszcze chwilę. Przecież nas tu nie zamkną. Chciałem pokazać ci coś jeszcze.

– A nie możemy tu wrócić jutro? – zaskomlał chłopiec. – Mama znowu będzie zła, że kolacja wystygła. I znowu będzie na mnie! A mam dzisiaj urodziny! Zapomniałeś? Chcę mój tort! I prezenty!

Tata puścił uwagi mimo uszu.

– Idziemy! – krzyknął Luigi, ciągnąc rękaw taty ku wyjściu.

Czterdziestoletni chłopiec stał jak wryty, oczarowany niezwykłym widokiem. W dalekim kącie sali lśnił krwistoczerwony potwór o wyłupiastych oczach i czarnym, budzącym respekt pysku. Choć stał bez ruchu, subtelna gra światła na przetłoczeniach karoserii przydawała mu życia. Zdawał się w każdej chwili być w stanie przebudzić się z letargu i wypełnić całe muzeum swym dzikim wrzaskiem. Inne pojazdy wyglądały przy nim na małe i nieporadne, jakby przyćmione tą uśpioną, lecz gotową do zrywu potęgą.

Nogi ruszyły same i powiodły tatę w tamtą stronę. Luigi, lekko zrezygnowany, powlókł się za nim.

– Będziesz miał kłopoty, zobaczysz – oznajmił. – Mama ci nie daruje kolejnego spóźnienia!

Ojciec pochłaniał samochód wzrokiem. Karykaturalnie wąskie, niemal rowerowe koła napędzane łańcuchem również wyglądającym jak z roweru, śmiesznie małe hamulce, zamontowane jedynie na tylnych kołach i miniaturowa przednia szybka tworzyły dysonans z kolosalnym nosem, wielką chłodnicą i monstrualną rurą wydechową.

– Fiat Mefistofele – przeczytał tata z tabliczki stojącej przy eksponacie. – Record mondiale di velocita.

– I co z tego? Mama miała dziś zrobić tartę z kurczakiem. I tort!

– To jest twój pierwszy prezent. Gdy skończyłem pięć lat, mój tata przyprowadził mnie tutaj, tak jak ja dzisiaj ciebie. I pokazał mi Mefistofelesa. Ten samochód pobił rekord prędkości, osiągając dwieście trzydzieści pięć kilometrów na godzinę.

– To niewiele – wzruszył ramionami Luigi. – Nasza Alfa Romeo jest szybsza. Coś, co tak wygląda, powinno móc wyciągnąć więcej.

– Tak tu napisali. Widocznie nie jest taki świetny, jak wygląda.

– Tarta będzie zimna!

– Dobrze, możemy już iść… – Tata sprawiał wrażenie trochę rozczarowanego i tym razem nie oponował, gdy syn zaczął ciągnąć go do wyjścia. Odwrócił tylko głowę, by jeszcze raz rzucić okiem na karmazynową bestię.

– Zaczekajcie! – zza samochodu zabrzmiał nagle głęboki głos woźnego. Stuknął cicho mop oparty o ścianę, staruszek przekuśtykał kilka metrów i, iście lubieżnym gestem, zaczął głaskać maskę samochodu. – W latach dwudziestych to była ogromna prędkość. Opowiem wam tę historię, jeśli chcecie.

Luigi spojrzał błagalnie na tatę.

– Dobrze, byle szybko, bo żona czeka już z kolacją.

Chłopiec westchnął ciężko.

– Nie zajmę wam więcej niż pięć minut. Posłuchajcie. Był szósty lipca tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku…

 

***

 

 

…co strachliwsi gapie znakiem krzyża próbowali odpędzić potwornie hałasującego demona, który, jak przekonywał ksiądz stojący wśród tłumu, zalęgł się pod maską samochodu. Na dowód pokropił wóz wodą święconą, która w kontakcie z rozpalonym pojazdem wyparowała natychmiast.

– Co ksiądz robi? – spytał wkurzony sir Ernest Eldridge, dwudziestosiedmioletni właściciel Fiata, odpychając od wozu klechę.

– Potwór to jest! Egzorcyzmu trzeba! – zawołał. Poparło go kilka głosów z tłumu.

– Francuzi – warknął z pogardą Ernest. – Zawsze musi im coś odwalić.

– Zgiń, przepadnij bestio!

– Zjeżdżaj pan!

– Dobrze mu pan powiedział. – Niewysoki jegomość z eleganckim wąsikiem poklepał Ernesta po ramieniu. Po angielsku mówił płynnie, ale z drażniącym akcentem.

– A pan to kto znowu?

– Ufam, iż to mnie miał pan na myśli, gdy w wywiadzie dla londyńskiego Timesa przysiągł, cytuję, przyjechać do Arpajon i utrzeć nosa temu przebrzydłemu żabojadowi, który uzurpuje sobie rekord prędkości. – Przybysz wyciągnął prawicę. – Rene Thomas, do usług.

Uszy Ernesta poczerwieniały.

– Nie to miałem na myśli – burknął.

– Co pan miał, czy nie miał na myśli, to nieważne – odparł radośnie Thomas. – Może opowie pan nam – na te słowa klepnął w plecy swojego towarzysza, uzbrojonego w pióro i notes – co też my tu mamy. Mój przyjaciel, Pierre, jest redaktorem Le Figaro. Chętnie opisze w dziale sportowym, jak Anglik utarł nam nosa na naszym własnym terenie. – Rene uśmiechnął się, jednak bez spodziewanego przez Ernesta szyderstwa.

– Proszę się ustawić przy pojeździe, Alfred wykona pamiątkową fotografię do gazety.

Eldridge spełnił prośbę dziennikarza. Stanął przy samochodzie i, dla wywarcia lepszego wrażenia na zgromadzonych, zwłaszcza Thomasie i jego kolegach, otworzył maskę.

– Prawie dwudziestodwulitrowy silnik z myśliwca. Sześć cylindrów, cztery gaźniki, trzysta dwadzieścia koni mocy. O sto trzydzieści więcej niż w pańskim dychawicznym Delage V12. A cylindrów dwukrotnie mniej.

– Za to pojemność trzykrotnie większa – odparł Thomas. – Spodziewa się pan, że jak szybko pojedzie? Sto pięćdziesiąt mil na godzinę?

– Sądzę, że możliwe jest dwieście – powiedział głośno Eldridge. W części tłumu niepodżeganej do niczego przez nawiedzonego księdza dało się słyszeć szepty uznania.

Rene uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– A ile toto waży? – spytał.

– Jakieś dwie tony.

– Czyli o połowę więcej niż mój Delage. Ciągle uważa pan, że dwieście mil na godzinę jest możliwe?

– Owszem.

– Miło mi to słyszeć. – Rene ostentacyjnym gestem wyciągnął z kieszeni wypchany portfel. – Jeśli wierzyć wieści gminnej, lubi się pan zakładać. Nie chciałbym pana obrażać proponując niską stawkę czy nie wierząc w możliwości pańskiego wozu… Niech więc będzie, powiedzmy – Francuz odliczył kilka banknotów – tysiąc funtów.

– A warunki?

– O ile ma pan pewne szanse pobić mój rekord sprzed miesiąca…

– Ile to było? – wtrącił lekceważąco Eldridge.

– Równo sto czterdzieści trzy mile na godzinę. O ile ma pan szansę to minimalnie przebić, o tyle nie wierzę, iż pański Fiat jest w stanie pojechać szybciej niż sto pięćdziesiąt, już o dwustu nie wspominając.

 

***

 

 

– Ernest przyjął wyzwanie?

– Tkwił w szponach hazardu. Do tego był bogaty, tysiąc funtów nie robiło na nim większego wrażenia. Dlatego podbił stawkę. Pobicie rekordu miało być warte dwa i pół tysiąca, osiągnięcie stu pięćdziesięciu mil na godzinę pięć tysięcy, a dwustu kolejne dziesięć tysięcy funtów.

– To sporo pieniędzy – stwierdził Luigi.

– W tamtych czasach jeszcze więcej, można za to było kupić ogromną wiejską posiadłość.

Chłopiec gwizdnął z podziwem i jeszcze raz przyjrzał się tabliczce opisującej eksponat. Woźny skinął przyglądającemu im się z oddali ochroniarzowi, dając do zrozumienia, że sam wypuści gości gdy tylko skończy opowieść.

– A dwieście trzydzieści pięć kilometrów na godzinę to ile będzie w milach? – spytał w końcu Luigi.

– Jakieś sto czterdzieści sześć – porachował szybko tata.

– Więc Eldridge przegrał kupę kasy.

– Owszem. Ale wróćmy do dnia próby. Ernest zasiadał już za kierownicą swego pojazdu…

 

***

 

 

…a kolosalny motor ział ogniem. Rene Thomas zaoferował się wystartować Eldridge’a. Odliczył po francusku od trzech i machnął przywiezioną przez Ernesta brytyjską flagą, w którą, ku uciesze gawiedzi, napluł, gdy tamten nie patrzył.

Ryk wzmógł się, osiągając granicę bólu i wreszcie potężny Fiat, spowity kłębami dymu z rury wydechowej i opon, wystartował gwałtownie. Do przejechania miał równo milę. Dokładnie ten sam odcinek, na którym miesiąc wcześniej rekord świata pobił Rene.

– Ja wam pokażę, przebrzydłe żabojady – warknął Ernest, gdy wskazówka prędkościomierza wskazała sto mil na godzinę.

Potwór wciąż się rozpędzał. Jego potężny silnik ze sporą łatwością wkręcał się na coraz wyższe obroty, zmuszając do nadzwyczajnego wysiłku łańcuch przenoszący tę kolosalną moc na koła.

Osiągnąwszy sto czterdzieści mil na godzinę potwór zaczął słabnąć, a wskazówka prędkościomierza ledwo pełzła. Ernest zaklął plugawie, bo już widział metę. Pieniądze przeleciały mu przed oczami.

Jakiś Francuz zamachał flagą pomalowaną w szachownicę i Eldridge z całej siły wcisnął hamulec. Tylne koła zablokowały się i samochód wpadł w poślizg. Tym razem przed oczami, oprócz pieniędzy, przeleciało Ernestowi całe życie. Jakimś cudem opanował wóz, zatrzymał go i wysiadł. Obok przstanął jadący za nim Rene, który podszedł do sędziego i zamienił z nim kilka szybkich i bełkotliwych słów.

– No i jaki wynik? – spytał Ernest, siląc się na pozorowanie nonszalancji. – Bo przy stu czterdziestu zepsuł mi się prędkościomierz.

– Sto czterdzieści sześć – odparł Rene, wyciągając do niego prawicę. – Gratuluję pobicia rekordu.

– Jak to sto czterdzieści sześć?

– Spójrz pan sam. Zapewniam cię, że nie doszło do oszustwa. Chciał pan, żeby wszystko przebiegało dokładnie tak, jak przy mojej próbie. Więc przebiegało. Sędzia jest Niemcem.

Rene i Ernest jednocześnie wykrzywili się z pogardą. Thomas odwrócił się w stronę tłumu i zaczął przemowę.

– Panie i panowie! Mamy nowego rekordzistę! Sir Ernest Eldridge i jego Fiat, ustanowili nowy rekord prędkości lądowej, bijąc stary, mój, sprzed miesiąca, o trzy mile na godzinę! Brawa dla sir Ernesta!

Skąpe brawa zostały przytłumione francuskim duchem patriotycznym, który zaczął pogardliwie buczeć.

– Nie przejmuj się nimi – odparł Thomas. – Za miesiąc, gdy pobiję rekord, zapomną o tobie.

– Sir Erneście… – Fotograf klepnął rekordzistę w ramię. – Czy byłby pan tak miły i wycofał samochód na linię mety? Potem pan wsiądzie i wyciągnie w górę rękę w wyrazie tryumfu. To zdjęcie jeszcze dziś trafi do najważniejszych dzienników wraz z informacją o pobiciu rekordu.

– Pomożesz mi go przepchnąć? – cicho spytał Ernest.

– Że co takiego? – zdziwił się Rene.

– Nie wykręcę tu, za mało miejsca. A – jeszcze ściszył głos – nie mam wstecznego…

– Nie masz wstecznego?! – krzyknął Thomas na tyle głośno, by sędzia go usłyszał. – W takim razie rekord jest nieważny. Mam rację?

 

***

 

 

– Niemiecki sędzia przyznał rację Thomasowi. Zdjęcie czerwonego ze wstydu i wściekłości Ernesta obiegło całą Europę, ale, na jego szczęście, było czarno-białe.

– Ale w końcu uznali mu ten rekord?

– Nie. Nasz hazardzista nie zamierzał się poddawać. Założył się z Thomasem o kolejne dwadzieścia tysięcy funtów. Miał tydzień na przebudowanie swojego potwora i pobicie rekordu. I miał to zrobić samodzielnie. Raz, dla lepszego efektu, a dwa, bo żaden miejscowy mechanik nie kiwnąłby palcem przy jego wozie, chyba że celem przeprowadzenia sabotażu. Wobec tego zhańbiony Ernest, gnany do pracy potężną wolą walki o swój honor i pieniądze, spędził w garażu następne cztery dni, niemal zupełnie bez wytchnienia…

 

***

 

 

…jednak w końcu musiał się położyć. Mimo skrajnego wycieńczenia nie spał dobrze tej nocy. Zżerał go stres, spotęgowany koszmarną biegunką, jaką powoduje u każdego normalnego człowieka kuchnia tych przebrzydłych żabojadów. W każdym razie, odgłosy dochodzące z łazienki hotelu w Arpajon, jęki, stęki i złorzeczenia nie dawały spać również małżonce sir Ernesta. Stała po drugiej stronie drzwi i próbowała przemówić mu do rozsądku. Twierdziła, że to samobójstwo, w dodatku obrzydliwe i na pokaz. Normalny człowiek, dowodziła, powinien umrzeć z godnością, a nie zgnieciony na miazgę przez nagłe wytracenie dwustu mil na godzinę. Co by na to powiedział jego ojciec?! Wiadomo, co by powiedział! Nigdy nie pochwalał tej wyścigowej pasji Ernesta! Jego jedyny syn winien kontynuować rodzinną tradycję i grać w krykieta. I brydża! I polować. A nie publicznie oddawać się niskim żądzom. Do tego po pierwszej próbie stał się pośmiewiskiem całej Europy, na czele z tym zarozumiałym Thomasem. Oznajmiła też, że nie ma zamiaru tkwić przy boku nieudacznika.

Dla Ernesta każda chwila spędzona za kierownicą, zwłaszcza z dala od apodyktycznej żony i nadętego ojca, była na wagę złota. W głębi duszy wiedział, że mają rację. Mógł w każdej chwili zginąć. Wystarczy chwila nieuwagi, drobna awaria, uślizg kół i jego szanowna małżonka zostanie wdową. Ze sporą schedą. I teściem, który ma na nią większą ochotę niż sam Ernest. Ale nie przeszkadzało mu to. Nawet by mu to pasowało.

Tyle, że jeszcze nie teraz.

Myśli Eldridge’a wyśliznęły się spod rozpalonego czoła, sforsowały drzwi, wyminęły grzmiącą żoną i niesione falami ekscytacji popłynęły do garażu, w którym stała jego duma i chwała. Czarny jak smoła potwór.

 

***

 

 

– Czarny? – spytał tata.

– Czarny. Muzeum odkupiło go w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku od spadkobierców sir Eldridge’a, został wówczas zrekonstruowany i przemalowany na czerwono. Od tego czasu stoi tutaj. Podobno jest jeszcze sprawny, ale od bardzo dawna nikt nim nie jeździł. Podobno – szepnął konspiracyjnie woźny, nachylając się ku chłopcu – czasem w nocy budzi się do życia i straszy inne samochody.

– Taaa, jasne. Mam pięć lat, nie jestem już dzieckiem. – Luigi wziął się pod boki. – Nie wierzę w duchy. Tato, wychodzimy!

– Nie chcesz to nie wierz. – Woźny wzruszył ramionami. – Ale ten samochód naprawdę jest nawiedzony. Tak samo jak stare zamczyska czy domy w których ktoś zginął.

– Więc sir Eldridge jednak zginął w tym samochodzie? – spytał podekscytowany opowieścią tata.

– Ależ nie. Żył jeszcze przez parę lat. Ale tamtego ranka…

 

***

 

 

…stał smętnie w oknie. Lekka mżawka, która około czwartej nad ranem zrosiła okolice Arpajon we Francji, do reszty zepsuła mu humor. Nie dość, że na kolację dostał jakieś ślimacze gluty i ropusze nogi, muszla na dłuższą metę okazała się wyjątkowo niewygodna i nikt nie umiał parzyć porządnej herbaty, to teraz jeszcze deszcz… Nigdy więcej jego noga nie postanie w tej pieprzonej Francji! [„Proszę nie przeklinać przy moim synu!” – szepnął ostro tata.]

Eldridge dobrze wiedział, jak to może wpłynąć na próbę bicia rekordu prędkości. Nawet minimalnie wilgotny asfalt, najmniejsza na nim kałuża oznaczała duże ryzyko poślizgu. W takiej sytuacji, przy prędkości, którą planował osiągnąć, hamulce można było uznać jedynie za kiepski dowcip. W razie uderzenia w cokolwiek, pochodząca z myśliwca rzędowa, niemal dwudziestodwulitrowa szóstka o mocy trzystu dwudziestu koni, po prostu zgniotłaby Ernesta na krwawą miazgę. Sam ten silnik ważył pół tony. Do tego dochodził jeszcze wieniec kierownicy, tak cienki, że mógł go zdekapitować. Ale to wszystko było mało prawdopodobne. Gdyby samochód zaczął się obracać, Ernest pewnikiem wyleciałby z niego jak z procy i wylądował sto jardów dalej.

Trzeba jasno powiedzieć, że te wizje go nie zniechęcały. Wręcz przeciwnie, sam je z niekłamaną przyjemnością snuł, dokuczając tym żonie.

– Może jednak zrezygnujesz z tej próby? – spytała ponownie, załamując ręce. – Co cię do tego pcha? Dlaczego tyle ryzykujesz? Chcesz nas puścić z torbami?

– Jak mogę nie ryzykować? – Eldridge wpatrywał się w spływające powoli po oknie krople deszczu. – Pobiję dziś rekord prędkości. Wiesz, co to oznacza? Nieśmiertelność!

– Na co ci ta nieśmiertelność, jeśli zginiesz? – spytała z przekąsem żona.

– Właśnie na to. Jeśli zginę, zostanę zapamiętany. Na zawsze!

– Jako człowiek który przed śmiercią przegrał cały rodzinny majątek! – Zamilkła na chwilę. – Nie rób tego, mam złe przeczucia – dokończyła już spokojniej.

– Zawsze masz. Przed każdym wyścigiem! A jakoś jeszcze nigdy nie zginąłem. Dziś muszę tylko wcisnąć gaz i jechać prosto. Nic mi nie grozi. Samochód zrobi wszystko.

– Co niby?

– Pobije rekord. Ja muszę w nim tylko siedzieć i dusić gaz.

– Zabijesz się!

– Jakoś w niedzielę się nie zabiłem. – Eldridge podszedł do żony i cmoknął ją w czoło. – Wychodzę – powiedział, trzaskając drzwiami.

– Noszę twoje dziecko! Musi mieć ojca! – sięgnęła po ostateczny argument, ale Ernest już jej nie słyszał.

 

***

 

 

– Naprawdę była w ciąży?

– Tego nie wiem. Za kobietami trudno nadążyć. W każdym razie, Ernest skierował kroki wprost do garażu. Gdy tam wszedł, jak głosi legenda, silnik pracował.

– Zostawił go wieczorem na chodzie? – zdziwił się tata.

– Niemożliwe, udając się na spoczynek odłączył dopływ paliwa. Garaż był zamknięty na kłódkę, do której klucz miał tylko on. Nie było żadnych śladów włamania.

– Wychodzi, że żona zabrała mu klucz i włączyła samochód – stwierdził beznamiętnie Luigi. – Tato! Tort!

– Może tak, może nie. Prawdą jest, że Ernest był przerażony jak nigdy wcześniej. Ale ta wersja z żoną… Jakieś to bez wyrazu… – mruknął staruszek.

– Więc co się stało?

Woźny spojrzał smutno na rozmówców.

– To była żona – potwierdził. – Ale Eldridge nigdy by tego nie przyznał. Opowiadał potem wszystkim, że samochód jest nawiedzony. Przez samego Mefistofelesa. Stąd też wzięła się nazwa. I możecie mi wierzyć, że w tych jego opowieściach jest więcej, niż tylko ziarnko prawdy.

– Chce pan nam wmówić, że to i żona, i Mefistofeles zostawili samochód na chodzie? – Luigi spojrzał wątpiąco na woźnego.

– Nie chcesz to nie wierz. – Wzruszył tamten ramionami. – Ale Eldridge…

 

***

 

 

…wiedział, że pod tą maską nie kryje się wyłącznie silnik. Sam go przecież skonstruował ze zdobycznych części. Bazą był kompletnie rozbity, dwudziestoletni, wyścigowy Fiat SB4. Silnik pochodził z myśliwca, zaś podwozie z londyńskiego autobusu. Tylne koła napędzał łańcuch i wyłącznie przy nich zamontowane były hamulce. Bębnowe. Kolosalna kierownica i miniaturowa owiewka leżały gdzieś w garażu. Chłodnicy Ernest szukał kilka miesięcy i w końcu zamontował największą, jaką udało mu się znaleźć. Rura wydechowa została zrobiona chyba z jakiegoś przewodu kominowego.

I to wszystko razem, przerażająco żywe, zdawało się być gotowe do ataku.

Ernest był oczarowany. Za każdym razem odkrywał w tym pojeździe coś nowego, jakby akt kreacji wciąż trwał, poza jego kontrolą. Jakby te ostre linie miały się poruszyć i zmienić kształt pojazdu, gdy tylko spuści się go na chwilę z oka.

Potęga. Szaleństwo. Wszechmoc!

Eldridge czuł się potężniejszy niż Bóg! Bo czy którakolwiek z boskich kreacji mogła się równać z dziełem jego rąk?! Jednocześnie był słaby, jako, mimo wszystko, syn boży, a zarazem silniejszy niż Syn, niż sam Ojciec, dzięki temu, co stworzył. Co na zawsze zmieni losy świata. Co zapisze się złotymi zgłoskami w historii!

– Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.

 

***

 

 

– Kto to powiedział?! – tata zaniepokoił się i począł rozglądać w przestrachu po sali wystawowej. Do jego nogi przylgnął dygoczący lekko syn.

– Co powiedział? – Woźny wydawał się nie rozumieć, o co chodzi.

– To o propozycji.

– Hę?

– Przerażającym głosem! Jak warkot tysiąca lwów! – wyjaśnił Luigi.

– Nie słyszał pan tego?

– Nic nie słyszałem. Możemy kontynuować?

Luigi i tata skinęli powoli głowami. Ich oczy wędrowały między starym woźnym, a samochodem, który coraz bardziej ich niepokoił.

Woźny zdawał się tego nie zauważać.

– Pracował prawie dobę. W sobotę nad ranem Ernest wreszcie zakończył przebudowę samochodu. Rozmawiałem na ten temat z inżynierami, specjalistami od skrzyń biegów. Mimo licznych badań, nie wiedzą, jak to może działać. Dla Ernesta…

 

***

 

 

…też było to tajemnicą. Czuł, jakby przez te wszystkie godziny jego rękoma kierowała jakaś dziwna, mroczna siła. Jakby to wszystko wykonało się automatycznie, bez jego udziału. Przez sen. I nie dziwota, w końcu od tygodnia praktycznie nie sypiał. Najważniejszy jednak był sam fakt jego działania. Przecież nikt go nie spyta, w jaki sposób to powstało. Kogo by to interesowało? Ważne, że jest i działa. I tego nikt nie może poddać w wątpliwość. Nie będzie już powodu do zanegowania rekordu.

Było jeszcze wcześnie. Ernest sprzątnął więc po pracy, zamknął garaż na kłódkę i powlókł się do hotelowej restauracji z zamiarem napompowania się kawą i zjedzenia czegoś w charakterze śniadania. Tylko dalibóg nic francuskiego. No, może poza bagietką. Te w ostateczności ujdą.

– Kawę proszę. Cały dzbanek – rzucił zaspanemu kelnerowi.

– Czymś pan to zamierza zagryźć?

– Sadzone na bekonie bym prosił. Bekon ze świni, nie z żaby albo ślimaka, jeśli łaska.

Kelner skrzywił się trochę, ale nie powiedział nic. Ernest, by zagospodarować jakoś czas oczekiwania na posiłek, poszedł obudzić śpiącego smacznie portiera.

– Proszę posłać wiadomość do pana Schmidta, sędziego i do Rene Thomasa, kierowcy wyścigowego.

– Jaka treść tej wiadomości? – spytał zaspany Francuz.

– Dziś w samo południe pobiję rekord prędkości. Będą wiedzieli, o co chodzi.

– Nie wątpię, po niedzielnym kabarecie wszyscy we Francji wiedzą.

Ernest zacisnął dłonie w pięści, ale nic nie powiedział. Wrócił do restauracji akurat w momencie, gdy kelner stał z jego talerzem w dłoni i zastanawiał się, na którym stoliku ma go postawić. Eldridge usiadł i przyjrzał się daniu. Zapach był wyjątkowo zachęcający, ale nie zgadzał się kolor bekonu.

– Nie mieliśmy bekonu ze świni, więc pozwoliłem sobie zastąpić go takim z homara. Bez dopłaty. Tuszę, iż będzie panu smakowało.

Choć umysł Ernesta był z zasady przeciwny jedzeniu robali i, zwłaszcza, francuskich potraw, żołądek domagał się napełnienia. Ostatni posiłek otrzymał jakieś czterdzieści godzin wcześniej. Jajecznica z homarem została pochłonięta błyskawicznie. I choć nigdy nie przyznałby głośno, że Francuzi zrobili coś dobrze, w duchu stwierdził, że tym razem nawet im się udało.

 

***

 

 

– Ale co to ma wspólnego z samochodem? – spytał zniecierpliwiony Luigi. Jego własny żołądek coraz głośniej domagał się jedzenia.

– Tyle, że Ernest o mało co nie spóźnił się na próbę bicia rekordu, bo musiał zetrzeć pawia z tapicerki. Już nigdy więcej nie sięgnął po żadne francuskie danie. Do reszty zraził się do Francji, Francuzów i ich bełkotliwego języka…

 

***

 

 

…którym, w jego mniemaniu, posługiwać się mogli tylko zdrajcy i sabotażyści. Albo tacy niegodziwcy jak Thomas, który znowu szydził z jego pojazdu. Przy fragmencie o osobistym udziale Mefistofelesa zwinął się ze śmiechu. A Ernest tak się starał ułożyć to w formę, która przeszłaby potem do legendy. Może trzeba było wstrzymać się z opowiadaniem historii do momentu pobicia rekordu.

– Ale tak poważnie, to jaki konkretnie udział miał Mefistofeles? – zaczął Rene, powstrzymując śmiech. – Wywaliłeś silnik i teraz siedzi pod maską i pedałuje zawzięcie? – zaśmiał się znowu. – Czy tylko pomógł w przebudowie? Pewnie dał ci do podpisania jakiś cyrograf? Co, Eldridge? Zaprzedałeś duszę żeby mnie pokonać?

Ernest nie odpowiedział. Zajął się obsługą klucza rozruchowego.

– To może chociaż pokaż, czy faktycznie masz już ten wsteczny! – krzyknął Thomas, gdy Brytyjczyk zajął już miejsce w pojeździe.

Zgrzytnęły koła zębate i, szarpiąc mocno, pojazd ruszył w tył, zatrzymując się idealnie na linii startu.

– Skoro nikt już nie zgłasza żadnych pretensji ani wniosków, może przystąpimy do bicia rekordu? – spytał retorycznie sędzia. – Czy pretendent jest gotów?

Ernest potwierdził gotowość skinieniem głowy. Nie mógł inaczej. Gardło ściskał mu strach.

Thomas wzniósł Union Jacka. Sędzia wyciągnął rękę z wyprostowanymi trzema palcami. Zgiął ją i zaraz znowu wyciągnął, pokazując dwa palce.

Prawa stopa Eldridge’a drgnęła, na próbę podkręcając silnik. Trzystudwudziestokonna bestia przeszła od warkotu do ogłuszającego ryku.

Jeden palec. Mefistofeles drżał cały, kipiąc adrenaliną, plując rozgrzanym olejem i zionąc ogniem z rury wydechowej. Ernest drżał również, po części ze strachu, po części wstrząsany rytmem pracy sześciu kolosalnych tłoków.

Rene Thomas opuścił flagę. Prawa stopa Ernesta wprasowała się w podłogę, niemal nie napotykając po drodze oporu pedału akceleratora. Sprzęgło chwyciło w ułamku sekundy, napinając błyskawicznie łańcuch i przenosząc na tylne koła potężny moment obrotowy. Opony nie od razu złapały przyczepność, mieląc przez chwilę w miejscu, topiąc asfalt i ścierając bieżnik.

Wreszcie bestia ruszyła, spowita kłębami szarego dymu z opon, zostawiając za sobą czarną chmurę spalin i rycząc opętańczo. Gardziele czterech gaźników serwowały wygłodniałym tłokom łatwopalny pokarm, przetwarzany natychmiast na moc, ogień i dym. Wał napędowy rozkręcał się coraz bardziej, co chwilę zwalniając minimalnie, by po przebrzmieniu zgrzytów przekładni znowu przyspieszyć na kolejnym biegu. Łańcuch śpiewał cicho, naprężony do granic możliwości i rozgrzany potężną mocą, a napędzane nim koła piszczały agonicznie.

Pośród tych wszystkich metalicznych zgrzytów, wybuchów, ryków, warkotów i strzałów, pośród błyskawicznych suwów tłoków i obrotów wału, pośród drżeń, wstrząsów i uderzeń, Ernest, ku własnej rozpaczy, stał się tylko kawałkiem roztrzęsionego mięsa. I to nie krwistego steku, a jakiegoś francuskiego gluta.

Z trudem powstrzymywał się przed krzykiem. Nadludzkiego wysiłku woli wymagało od niego utrzymanie pedału gazu przy podłodze, walczył z samym sobą, by nie wcisnąć hamulca i z samochodem, by utrzymać go na drodze. Cała ta szatańska moc, mroczna potęga przytłaczała, onieśmielała i poniżała. Z boga, stwórcy najpotężniejszego pojazdu na świecie stał się Ernest jego więźniem i ofiarą.

I nagle wszystko się skończyło. Mignęła linia mety, rozpaczliwie zapiszczały hamulce. Samochód zatańczył lekko i obrócił się, cudem pozostając na pasie jezdni.

Eldridge nogi miał jak z waty. Nie kontrolował swojego ciała. Wysiadło ono z samochodu i podeszło do sędziego. Thomas oznajmił, że rekord został pobity. Ciało Ernesta zemdlało.

 

***

 

 

– Niedługo potem Ernest powrócił do kraju. Fiat Mefistofele spoczął w garażu, profilaktycznie zamurowanym. Sam Eldridge o mało co nie skończył w szpitalu psychiatrycznym.

– Czemu miałby tam trafić? – spytał Luigi.

– Snuł niestworzone opowieści, jakoby jego samochód stał się domem demona. Opowiadał to też we Francji, ale brytyjscy duchowni są bardziej nawiedzeni, zwłaszcza tacy opłaceni przez chytre żony. Ostatecznie Ernest został ubezwłasnowolniony, pozbawiony prawa do dysponowania majątkiem i zamknięty na strychu.

– Nie poszczęściło mu się.

– Ano nie. Na domiar złego rekord utrzymał się niewiele ponad miesiąc. To całkowicie załamało Ernesta. Okazało się jednak, że jego wyczyn był ostatnim w historii ustanowionym na drodze publicznej.

– To spore osiągnięcie – przyznał tata.

– Dla niego nie było to ważne. Do końca życia nie usiadł za kierownicą. Na łożu śmierci stwierdził, że to ten samochód go zabił.

– Smutna historia – stwierdził Luigi. Zdawał się zapomnieć o torcie. Po policzkach ciekły mu łzy.

– Dziękujemy panu za opowieść – szepnął ojciec, podając woźnemu prawicę. – Była wspaniała. Niestety musimy już iść.

– Proszę przeprosić ode mnie małżonkę. Musiała długo czekać – rzekł woźny, otwierając drzwi by wypuścić gości.

Szczęknął zamek. Przez opustoszałe sale przetaczał się dźwięk kroków woźnego.

– Pamiętam go. Trzydzieści pięć lat temu przyprowadził go tutaj ojciec. Miło, że uczynili z tego rodzinną tradycję.

– Opowiedziałeś im tę samą historię. Czemu nic nie pamiętał?

– Już ty powinieneś to wiedzieć najlepiej.

Mefistofeles milczał. Rozkoszował się dotykiem dłoni staruszka, głaszczących jego maskę.

Koniec

Komentarze

Obiecuję przeczytać jeszcze dzisiaj.

Podoba mi się Twoje opowiadanie, mimo że wobec samochodów pozostaję zupełnie obojętna. Zazwyczaj nie przejmuję się losem muzealnego eksponatu, ale nie mogę nie dostrzec porządnie napisanego opowiadania. Stary woźny snuje historię na tyle interesującą, by zasłuchany Luigi zapomniał i o tarcie, i o torcie. A ja, zupełnie nie wiem kiedy, zostałam w to wszystko podstępnie wciągnięta. I wcale nie żałuję. ;-)  

 

„Jakimś cudem opanował wóz, zatrzymał go i wysiadł. Obok zatrzymał się jadący za nim Rene…” — Może w drugim zdaniu: Obok przystanął jadący za nim Rene…  

 

„W każdym razie, Ernest skierował swe kroki wprost do garażu”. — Czy Ernest mógł skierować do garażu cudze kroki? ;-)  

 

„Sędzia wyciągnął rękę z wyprostowanymi trzema palcami. Zgiął rękę i zaraz znowu ją wyciągnął, pokazując dwa palce”. — Może w drugim zdaniu: Zgiął i zaraz znowu wyciągnął, pokazując dwa palce.  

 

„…przetwarzany natychmiast na siłę napędową, ogień i dym. Wał napędowy rozkręcał się coraz bardziej…” — Może w pierwszym zdaniu: …przetwarzany natychmiast na energię, ogień i dym.  

 

„Samochód zatańczył lekko i obrócił, cudem utrzymując się na pasie jezdni”. — Wolałabym: Samochód zatańczył lekko i obrócił się, cudem pozostając na pasie jezdni.  

 

„Na domiar złego rekord utrzymał się niewiele ponad miesiąc. (…) Okazało się jednak, że jego rekord był ostatnim…” — Może w ostatnim zdaniu: Okazało się jednak, że jego wyczyn był ostatnim

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Arrgh!! (Zrywa czapkę z głowy, ciską nią o ziemię i skacze obunóż w niekontrolowanym spazmie złości. Wydaje przy tym bełkotliwe dźwięki z dużą ilością niecenzuralnych słów. No dobrze, tak naprawdę z niewielką, bardzo symboliczną, ilością tych cenzuralnych…)

I żeby tak bezczelnie objeżdżać na ostatnim łuku! :):):) Francuzi to idioci. Brytole – nadambitne bufony. Sędzia jest Niemcem. Rene i Ernest jednocześnie wykrzywili się z pogardą. Kocham te nacjonalistyczne stereotypy, tu płakałem ze śmiechu :D Przepiękna historia o wieku zdobywców motoryzacji i rekordów :) Płetwy same się składają do fap-fap… :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cieszę się, że tekst przypadł Wam do gustu, przyznam, że trochę się nad nim napracowałem :) Zastosowałem zasugerowane poprawki i teraz powinno być jeszcze lepiej :D

Jakże się cieszę, gdy moje sugestie okazują się przydatne. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobre opowiadanie. Skojarzyło mi się trochę z Kingiem. Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, jeśli myślałaś o Christine, to miałyśmy podobne skojarzenie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Christine przecież zabijała… Mefistofele je niewinny, łon jeno jechał, hej! :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mefistofele jest duży, czerwony, wzbudza emocje, uzależnia. I pozwolił się zregenerować. Jak Christine. Tylko że ona była bardziej samodzielna i samowolna. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I swawolna! Swawolności jej nie pomiń ;) rozgląda się z niepokojem szukając otwieracza do konserw z mielonką spadającego z niebios ;P

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo dobre opowiadanie. Fantastyki tyle, ile potrzeba. Autor lubi samochody. Ja też, te przedwojenne, bez paskudnej elektroniki, bez norm emisji gazów, bez powietrznych poduszek, bez kamer i abs. To był romantyczny okres w dziejach motoryzacji, nie to, co dzisiaj. Pozdrawiam autora, zadowolony z lektury.

Jak na historię o samochodach to całkiem nieźle. ;-) Ale mam trochę wątpliwości: jak to się stało, że Anglik skonstruował fiata? Dlaczego Francuz mierzy prędkość w milach na godzinę i bił rekord na odcinku mili? No dobrze, zgadzam się, że to ostatnie może akurat należeć do jakiejś samochodowej tradycji…

Babska logika rządzi!

Ooooo! Nie miałam najzieleńszego pojęcia, że coś takiego naprawdę istniało… Ciekawe. Jaaaasne. Karoserię wziął z fiata (FIATA?), podwozie z autobusu, silnik z samolotu i dostał… pięć lat bez zawieszenia?

Babska logika rządzi!

Raczej dotację na własny warsztat z Unii :) Historia Yossa była tak genialnie spójna, że sprawdziłem co fabularyzował (bo coś mi dzwoniło) – i muszę przyznać, że zrobił to, przyprawił i pomieszał naprawdę świetnie :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Finklo, okazuje się, że samo życie pisze najciekawsze i najbardziej niewiarygodne historie ;) PsychoFishu, dziękuję za obronę :D Ryszardzie, też uwielbiam takie wozy :) Regulatorzy, Anet, o Christine zupełnie zapomniałem, więc wszelkie inspiracje są niezamierzone ;)   Ponadto czuję się w obowiązku uściślić pewne kwestie związane z opisanymi przeze mnie wydarzeniami. Otóż źródła historyczne są niestety skąpe i sprzeczne. Według nich Rene Thomas miał swój rekord pobić albo 6 czerwca albo 6 lipca 1924. W drugiej wersji miało to nastąpić w wyścigu z Ernestem, w którym Brytyjczyk pojechał szybciej,ale przez ten nieszczęsny wsteczny został zdyskwalifikowany. W pierwszej zaś, którą przyjąłem za bardziej prawdopodobną, Ernest dowiedziawszy się o rekordzie, postanawia przybyć do Francji i utrzeć nosa Thomasowi w jego własnym domu :) Druga sprawa to nazwa – w rzeczywistości imię Mefistofelesa zostało autu nadane przez przerażonych hałasem gapiów podczas pierwszej próby Eldridge'a, a potem, pewnie by zyskać jego przychylność, przed drugą próbą wymalowane na masce. Trochę od tego odbiegłem. Trzecia rzecz, którą chyba niedostatecznie uwypuliłem to różnica między Delage V12 Thomasa a Mefistofelesem. Ten pierwszy to jeden z najbardziej luksusowych samochodów sportowych tamtej epoki, drogi, wyrafinowany, wyjątkowo nowoczesny. Przy nim Mefistofeles był przestarzały, brudny i zbyt ordynarny. Ale za to został pokochany :) Niezmiernie cieszę się z pozytywnego przyjęcia mojego opowiadania i przyznam się, szczerze i trochę nieskromnie, że żywię cichą nadzieję na jakąś piórkową nominację ;) Pozdrawiam Adam Froń (Yoss)

Na tej stronie, w opowiadaniach aż roi się od niestarannie konstruowanych opowiastek, nie popartych niczym – ani wiedząogólną, ani materiałami źródłowymi, ani podbudową logiczną, ani nawet literacką. Wielu autorów za nic ma rzetelność pisarską, poszanowanie faktów historycznych, spójność fabuły i tak dalej. Tym bardziej to opowiadanie wyróżnia się na takim tle. Pozdrawiam autora, który, jako jeden z nielicznych, zadał sobie trud zebrania materiałów historycznych do swego utworu.

Tu się zgodzę z Ryszardem (nieba lecą nam na głowy!) :) "Risercz" jak należy, ze wstydem przyznam, że na lektury artykułów popularnonaukowych o nanotechnologiach poświęciłem chyba zdecydowanie mniej czasu :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo fajne opowiadanie, wciągnęlo mnie okrutnie w ten ostatni dzien roku. Dobrze, że w pracy luźniej deczko. :)

Niech co Krwawy Hegemon?!!

Dobra, dopiero dzisiaj miałam czas by cokolwiek napisać. Od razu wspomnę, że bardzo podobała mi się fragmentacja tekstu na retrospekcję i aktualny czas. Narracja też była niezwykle płynna.Tutaj znalazłam te fragmenty, które najbardziej przypadły mi do gustu:

"– Niemiecki sędzia przyznał rację Thomasowi. Zdjęcie czerwonego ze wstydu i wściekłości Ernesta obiegło całą Europę, ale, na jego szczęście, było czarno-białe." "– Ale tak poważnie, to jaki konkretnie udział miał Mefistofeles? – zaczął Rene, powstrzymując śmiech. – Wywaliłeś silnik i teraz siedzi pod maską i pedałuje zawzięcie? – zaśmiał się znowu."

Opowiadanie naprawdę fajne, z humorem i dobrą puentą. Krótkie, treściwe, przyjemne, i co najważniejsze, z ciekawym rdzeniem pomysłu. Pozdrawiam.

Widzę Yoss, że jedziecie równo z dotychczasowym faworytem. Opowiadanie przeczytałem gdzieś koło sylwestra, odczekałem i nadal mi się podoba! Opko napisane d wyjątkowym smakiem i finezją. Fantastyki malutko, bo same czasy były fantastyczne. Narracja sprowadza nas co jakiś czas na ziemię, żeby absurd dwudziestolecia smakował od początku do końca. Nawet bluzg, wpleciony w tekst jest nienachalny i naturalny. Brawo! Najbardziej podobał mi się ten cudny akapit:

– Spójrz pan sam. Zapewniam cię, że nie doszło do oszustwa. Chciał pan, żeby wszystko przebiegało dokładnie tak, jak przy mojej próbie. Więc przebiegało. Sędzia jest Niemcem.

Rene i Ernest jednocześnie wykrzywili się z pogardą.

Podobnie jak Psycho-Rybosław, strasznie lubię takie pseudo-nacjonalizmy. Wspaniały też był fagment w którym Fiat wytrząsał z biednego Ernesta zmysły :D. Żeby nie było, że słodziutko: Obok przstanął jadący za nim Rene, który podszedł do sędziego i zamienił z nim kilka szybkich i bełkotliwych słów.

Zjadło Y. Łańcuch śpiewał cicho, naprężony do granic możliwości i rozgrzany potężną mocą, a napędzane nim koła piszczały agonicznie.

Brzmi fajnie, ale poprawnie byłoby chyba agonalnie.

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Gratuluję!

Wciągająca historia. Przypomniała mi anegdoty z historii motoryzacji, choćby te zawarte w książce „Dzieje samochodu” Witolda Rychtera. 

Przyczajony użyszkodnik

Diaboliczny samochód – fajne cacko. Jak nazwać głównego bohatera: ofiara motoryzacji, czy ofiara diabła?  Opowiadanie wciągnęło i czytało się z przyjemnością.

Świetnie napisane, wciągające i dopracowane. Bardzo mi się podobało

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Tylko otaguj je, proszę.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Otagowane ;)

Witaj w Bibliotece.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dlaczego brak wstecznego sprawił, że rekordu nie uznano? Pytam, bo się nie znam ; )

 

Hm… bekon z homara? Hm… hm…

 

Jak na opowiadanie o samochodzie, ostatecznie może być ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

W tamtych czasach rekordy musiały być bite w samochodach dopuszczonych do ruchu drogowego. Toteż wsteczny jest nieodzowny. Swoją drogą rekord Eldridge’a był ostatnim ustanowionym oficjalnie na publicznej drodze, kolejne były bite już na zamkniętych odcinkach, od lat 50 z użyciem silników odrzutowych. I wtedy już wsteczny nie był wymagany ;)

Mam mieszane uczucia. Historia porządnie napisana, wciągająca, ale połowa tekstu to opis silnika, nadwozia i czego tam jeszcze. Gdyby ją z tego obedrzeć – zostałyby naprawdę fajnie i dowcipnie rozegrane narodowe uprzedzenia. ;)

Rozumiem, że samochodowi fetyszyści mogli być zachwyceni, ale ja należę do samochodowych pragmatyków. Podobało mi się, ale zachwycić się jakoś nie potrafię.

 

EDIT: Aha, jak na pięciolatka Luigi mówi nienaturalnie okrągłymi zdaniami.

Nowa Fantastyka