- Opowiadanie: Tulipanowka - Mogę wszystko

Mogę wszystko

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Mogę wszystko

1. Dzień pierwszy

Nie lubię pisać, bo to mnie męczy. Ale niestety muszę coś naskrobać. Taka kara. Od wczoraj nic nie jadłam, a ja tak bardzo lubię jeść. W każdym razie głód wymyka się spod władzy siły woli. Ciężko unieść się honorem, gdy się jest głodnym. Za jedzenie można zrobić wszystko. Chciałoby się powiedzieć, że prawie wszystko. Wymyślili sobie, że jestem winna. I skazali mnie na codzienną pisaninę. Niby jest jakoś to ujęte, ale zasadniczo w mojej ocenie – na pisanie o czymkowiek, byle to były własne myśli. A jakże wszystko jest pod ścisłym monitoringiem. Nie mogę na przykład skopiować czegoś z netu, zmienić paru wyrazów i będzie ok. Żeby tak kontrolowali prace naukowe. Tam mogą sobie plagiatować i nikogo to nie obchodzi. Ale już taki kryminalista jak ja. O nieee. Musi wszystko być rygorystycznie sprawdzone. W sumie to komuś tam chyba płacą za szukanie, ba wyszukiwanie „dziury w całym”. Jak znajdzie jedno, dwa zdania ściągnięte to dla niego punkty. Sukces. Co za robota. Ale cóż. Każdy musi z czegoś żyć. Jakoś przetrwać w tym świecie. Ci świetnie radzący sobie ze wszystkim mogą żyć jak uważają za stosowne. Mogą sobie wybrać pracę taką jak lubią. Wymyślać górnolotne hasła „jesteś kowalem swojego losu”. Akurat. Większość cieniasów, w tym i ja (bo nie jestem niestety wcale lepsza) musi robić coś niezbyt ciekawego i raczej wyczerpującego i jeszcze za niezbyt wysoką kasę. I jeszcze ktoś się do tego czepia. Ale, ale wtrącę, cha cha (to mój śmiech) system zmienił mi słowo „górnolotne” na „gównolotne”. Nie wiem jak tam inni. Czy władze mają tego świadomość i kontrolę, ale moim zdaniem tak zwana sztuczna inteligencja – komputery i inne takie, nieźle już radzą sobie z myśleniem. Potrafią być i złośliwe i dowcipne. Niektórzy sądzą, że to wina hakerów, błędów w programach i w ogóle inne przyczyny. To tak jak z ufo. Zawsze można wymyślić racjonale wytłumaczenie, że statki szpiegowskie, że pogoda. Moim zdaniem wyobraźnia ludzka, czy też… jak by to ująć, mm, hmmm. Chodzi mi o to, że wszystko można uzasadnić. Jak ktoś wierzy w Boga, to wszędzie dojrzy palec boży, że Pan Bóg dał nam dzisiaj słoneczną pogodę, że Pan Bóg stworzył tak ślicznie śpiewającego ptaszka, którego dane nam było dzisiaj słuchać. A propos ja dzisiaj słuchałam wrzeszcząco kraczącej kawki. I bardzo mi się podobało. Nie wiem, to chyba źle. Ale ja jestem przecież ta zła, która popełniła takie ciężkie zbrodnie. A co ja niby takiego strasznego zrobiłam? Nie widzę swojej winy. Dlatego pewnie sędziowie orzekli, że jestem zdemoralizowana. Tak bardzo, zresztą, że niby jedynym sposobem na moją przemianę, może okazać się tylko ta pisanina… Że niby powinnam dzięki niej sama dojść, co we mnie jest złe. Za karę muszę codziennie coś napisać, jedną stronę. Inaczej nie dostanę jedzenia. Ktoś mógłby stwierdzić, że to prosta, lekka kara. Być może. Zależy dla kogo. Osobiście wolałabym leżeć godzinami na leżance i wysłuchiwać kazań kaznodziei, sorry psychologów. Albo zbierać śmieci w jakimś parku. Grabić liście, choćby. Ja myślę, że oni robią to tak, żeby kara była dotkliwa dla skazanego. Dobrze chociaż, że moja pisanina nie musi być o czymś konkretnie i ładnie poukładana. Czyli może być bez sensu. Ale i tak jest ciężko. Masakra, ile jeszcze linijek brakuje do końca. A bym tak zjadła serek biały ze śmietaną i bułki z margaryna o przepysznym smaku masła. Może zacznę wymieniać wszystkie potrawy jakie znam. Nie lepiej nie. Przez przypominanie sobie o jedzeniu jestem jeszcze bardziej głodna. To może wrócę do tych komputerów. To tak jak z roślinami. Wiele ludzi, a może i nawet większość sądzi, że rośliny nie myślą. Dlaczego? Bo nie mają głowy i mózgu. Cha, cha, cha. I oni się zbroją na wypadek ataku z kosmosu. A komputery, jak rośliny żyją sobie na własnym poziomie. Mają swoje sprawy. Być może im to na rękę, że ludzie uważają, że jako stwórcy komputerów, to oni nad nimi panują. Może to daleko idąca i niezbyt adekwatna analogia. To tak jakby ryby rządziły ludźmi, bo były pierwsze. Głupawa ta analogia. Nie będę ciągnąć tego wątku. Ale też go nie skreślę. Kto przemyśli, ten zrozumie. To zawsze te kilkadziesiąt znaków do końca strony więcej. Aha, bo muszę napisać stronę dziennie. Tak jest w wyroku. O jej co by tu jeszcze. Ależ to męczące. Kto nie wierzy niech sam spróbuje. Trzeba wyłączyć wszystkie „brzdęki nad uchem” w stylu radia i skupić się i zebrać własne myśli. Jest ciężko.

 

2. Dzień drugi

Dzisiaj mogłam najeść się do syta. Dzięki wczorajszej pisaninie. Ale sytej to jeszcze ciężej się zmobilizować. Jestem już po kolacji. Późny wieczór. Nie długo kolejny dzień nastanie. Muszę wziąć się w garść. Pisać! Koniecznie coś napisać. Bo inaczej będę jutro głodować. Tylko o czym. Za co mnie wsadzono. Otóż szukałam pracy. A nie jestem geniuszem w żadnej z dziedzin. Innymi słowy musiałam brać cokolwiek mi wpadnie. Wydawało mi się nawet, że jak na mnie to i tak nieźle trafiłam. Miałam pakować przesyłki. Czasem odpowiadać na maile odnośnie dnia przekazania kurierowi przesyłki. Szefowie prowadzili firmę wysyłkową przez internet. Ja w ogóle nie rozumiem, dlaczego ja muszę ponosić jakąkolwiek odpowiedzialność. Byłam nikim. Jak sprzątaczka. Czy sprzątaczkę, która sprząta dom szefa gangu, mafii – karze się jakby była bandziorem? Ale co ja mogę! Firma handlowała embrionami, nienarodzonymi dziećmi. Tyle, że zgodnie oficjalną nomenklatura to nie były dzieci. Tylko co? No właśnie. Mutanty. Krąg dostawców był szeroki: kliniki leczenia bezpłodności, instytuty i zakłady specjalizujące się w kolokwialnie mówiąc ulepszaniu ludzi; niby zajmujące się hodowlą organów do przeszczepów. Te mutanty poszłyby do utylizacji, na przemiał, do ognia, do spalenia. Ja osobiście nie uważam, aby firma, w której mnie zatrudniono, robiła coś złego. Dawała im szansę na życie. Do czego by to porównać. Na przykład był sobie york, taki piesek rasy york. I ten york spotkał innego rasowego pieska. Tyle, że ten drugi piesek był suczką rasy cziłała. Z owego spotkania narodziły się cztery malutkie pieski. Chociaż były malutkie i prześliczne, to właściciel cziłały postanowił je uśpić. Dlaczego? Bo były kundlami. Za takie szczeniaki nikt by nie zapłacił. Szkoda kasy na ich utrzymanie przez kilka miesięcy, żeby później mieć kłopot komu je wcisnąć. Ale przecież wielu ludzi trzyma w mieszkaniach kundelki. I bardzo je kocha. No właśnie! Ja uważam, że każdemu życiu należy dać szansę. Jestem przeciwna sterylizacji bezpańskich kotów. To kwestia pewnej filozofii, ale ja tak uważam. Na dziesięć narodzonych kociątek tylko jedno przeżyje. Może będzie tak dzielne, że da sobie radę na wysypisku śmieci, albo żyjąc na terenie ogródków działkowych, a może ktoś je przygarnie. Dziewięć umrze w cierpieniu, a tylko jedno przeżyje. Ale każde miało szansę. Zabicie wszystkich dziesięciu, czy też zapobieżenie w ogóle ich narodzeniu – nie jest moim zdaniem lepszym wyborem. Wracając do mutantów. Ja rozumiem, że zawsze są jakieś straty, jakieś nieudane próby. Jak ktoś cokolwiek robi, to zawsze może coś spieprzyć. Tak to już jest. Czyli jakaś nadziana, bogata para, albo bardzo zdesperowana, co to wszystko odda za dziecko – przychodzi i wykłada gruby szmal. Kto płaci ten wymaga. Trzeba im wydać dobry produkt. Idealne, jakby „rasowe” dziecko. Żeby klienci byli zadowoleni. Żeby zgłosili się jeszcze raz. Żeby zrobili pozytywną reklamę. Powiedzmy powstanie kilka wysokojakościowo zarodków, a para chciała tylko jedno dziecko. No to proszę bardzo, można nadwyżki zamrozić. Będą jak znalazł za kilka lat. Ewentualnie można je sprzedać innym osobą. To w końcu „rasowe”, prawdziwe dzieci. A mutanty? Odpady. Profesjonalna klinika woli się nie przyznawać, że stworzyła coś takiego, że jej też coś czasem się nie udaje. No i tutaj moi szefowie znaleźli swoją niszę. Po kosztach, prawie za darmo skupowali mutanty, a później przez internet je sprzedawali. Zamiast kupić sobie kolejną sukienkę, samotna stara panna mogła sobie kupić dzidziusia o skórze oliwkowej w niebieskie łatki, albo takiego z błoną pławną pomiędzy palcami. Co z tego, że ten dzidziuś był inny. Jeżeli istnieje ktoś kto chce się nim zająć, to dlaczego nie. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy kupowali mutanta, a potem nim się znudzili. Już go nie chcieli. Wstyd im było przed ludźmi, że hodują dziwoląga. Zabijali je jak zwierzę. Bo przecież oficjalnie, zgodnie z prawem, mutanci to nie ludzie. Mordercy ewentualnie groził mandat jak za zabicie zwierzaka przykładowo psa. To straszne, wiem. Ale przecież ile jest przypadków, że ludzie pokochali mutanty jak własne dzieci. Straty były, przyznaję. Ale życiu dano im szansę. Czy ktoś w ogóle pomyślał, że mutanty to pewna szansa dla ludzkości. Są inne, czasem niesłychanie inne. Bez ich zobaczenia, aż trudno sobie wyobrazić jak bardzo potrafią być inni. Ale każdy kij ma dwa końce. Wada w pewnych okolicznościach okazać się może zaletą. Ten dzieciak z błonami pławnymi lepiej pływa. Mogliby wykonywać pewne prace, które dla typowego, „rasowego” człowieka są trudne lub niemożliwe do wykonania. Oni posiadają inne przystosowania.

 

3. Dzień trzeci

Wczoraj mi poszło nawet, jak na mnie, w miarę szybko. Bo zaczęłam o mutantach. Moi sędziowie uznali, że moje przekonania zagrażają społeczeństwu, porządnym obywatelom. Dla mnie to po prostu nie pojęte, jak ktoś może o sobie mieć, aż tak wysokie mniemanie, by uważać, że wie lepiej komu wolno pozwolić żyć, a komu nie. Strasznie mnie to bulwersuje. Niby wolność przekonań. Wolność słowa. Ale wszystko w granicach. Odtąd dotąd wolno ci wybierać przekonania, byleby nie przekroczyć granic. Wkurza mnie to strasznie. Oni nie rozumieją, że zmiany zawsze są i będą. Z jednej zięby może wyewoluować wiele gatunków. Może istnieć wiele gatunków, z których ostatecznie tylko jeden przetrwa. Ten kalejdoskop przemian jest przepiękny. Jak czysta strona w paincie, którą można dowolnie zamazać kolorami. Czemu oni tak się trzymają wiernie tradycji. Jest tylko jeden gatunek człowieka. To ich religia. Coś w tym jest, że człowiek musi w coś wierzyć. Super mają ci, co wierzą w Boga i życie wieczne. Bóg jest dobry i wszystko im wybaczy. Od biedy, jak nie wybaczy to przesiedzą w wiezieniu czyśca, a potem niebo. W największej ostateczności jest piekło. Ale co najważniejsze to obietnica życia wiecznego. Obietnica, że śmierć to nie koniec. Straszna jest myśl, że nic po nas nie zostanie. Jak w pracy. Ktoś pracuje, wierzy, że jego działania mają sens. Ale nie ma ludzi niezastąpionych. Rozchoruje się i takiego pracownika zastąpi się kimś innym. Niestety prawdopodobnie tak też jest z życiem. Umierasz, do widzenia. Tyle z ciebie pozostało, ile w pamięci innych. Co też po pewnym czasie pomrą. Teraz zaczynam rozumieć o co chodziło Erazmowi. Nie mogłam pojąć dlaczego Erazm nie chce być szczęśliwy z śliczną żoną, dziećmi, wielkim domem, samochodem, pracą, w której byłby doceniany. Był zdolny i umiał ustawić się w życiu. W odróżnieniu ode mnie. Ja jestem nieszczęśliwa, bo mi się niewiele w życiu udaje. Nie umiem nadążyć za techniką. Nikt nigdy mnie nie kochał. I takie tam. Ale Erazm! Dla niego świat stał otworem. To on wybierał. I wybierał wszystko co go raniło i krzywdziło, w tym alkohol, narkotyki, papierosy, podskoki na rowerze. Zaczynam powoli jarzyć o co mu chodziło. O życie wieczne, że tak powiem. Żeby ludzkość o nim pamiętała. Żeby znalazł się w wikipedii. Jak faraon, co za życia budował piramidę, tak on robił wszystko, by pamięć o nim pozostała. Z śliczną żoną, dziećmi, wielkim domem, samochodem, pracą, w której byłby doceniany – zabrakło mu czasu, by budować „swój pomnik”. Przykre, ale niestety prawdziwe jest, że nieszczęśliwy człowiek jest zdecydowanie bardziej twórczy. Może dlatego, że jest mocniej zmobilizowany. Mobilizuje się, bo chce poprawić swój los. Jak ja. Gdyby nie kara i perspektywa głodu, przenigdy bym się nie zmusiła do tej pisaniny. Erazm, co się z nim teraz dzieje? Może jednak zdecydował się na szczęście. Taki zatwardzialec, to trochę wątpię. Ale z drugiej strony może szczęście spadło na niego jak grom z jasnego nieba. I nie miał wyjścia. Już 23.40 a strony jeszcze nie ma. O czym by tu jeszcze. Pomocy. Nie wiem. Trudno chyba będę jutro głodna. Jestem zmęczona. Nie dam rady dłużej.

 

4. Dzień czwarty

No i niestety doigrałam się. Nie dostałam dzisiaj pokarmu. Jestem głodna, bardzo głodna. Próbowałam się wykłócać, że przecież wczoraj coś napisałam, że za pół strony powinna należeć się połowa diety. Albo chociaż dwie kromki suchego chleba. Ale tamte zakute łby nie chciały mnie słuchać. Wszystko, albo nic. Strona za całodzienną dietę. Spytałam, a gdybym jednego dnia napisałam pięć stron. Bo czasem akurat trafi się taki dzień, wątek, że można by pociągnąć dłużej. To czy wtedy można by dostawać żarcie przez pięć dni. Odpowiedzieli, że nie. Resocjalizacja tylko wtedy się sprawdzi, gdy będzie codziennie praktykowana. Taki skrót mój myślowy. W każdym razie taki był sens ich tłumaczeń. Psychologowie to też humaniści, czyli to co ścisłowiec zawrze w jednym zdaniu, oni rozwlekają w godzinnym ględzeniu. I najgorsze, że w tej paplaninie nie zawsze da się uchwycić o co właściwie chodzi. Erazm pragnął nieśmiertelności. Zasiał we mnie to pragnienie. Chyba, raczej i ja się boję tej nicości, tego bezsensu nagłego nieistnienia. Umrzeć i nie ma mnie. Już na zawsze. I nic nie zostaje. Myślałam o tym sobie. Bo w tej izolacji zostałam sam na sam z myślami. Żebym miała zajęcie dali mi do skręcania długopisy i inne gadżety. Ale czy zrobię, czy nie zrobię to zasadniczo nic z tego nie ma. I co wymyśliłam. Że śmierć jest wynalazkiem ewolucji, jak przykładowo płeć. Bakterie są nieśmiertelne. Mogą żyć bez końca, póki coś ich nie zabije. Ale w nas, ludziach tkwi tęsknota za nieśmiertelnością. Może to atawizm. Może i tak piszę bez ładu i składu i bez odniesień do wiarygodnych źródeł. Ale co tam. Latanie. Może to jak marzenie o nieśmiertelności. Pierwsze organizmy powstały w wodzie. W wodzie można poruszać się w górę i w dół, nie tylko do przodu i do tyłu. Powietrze niczym woda. Drobne stworzenia nie muszą mieć skrzydeł. Są na tyle lekkie, że ruch powietrza, wiatr unosi je we wszystkich kierunkach. I w górę i w dół. To chodzenie w jednej płaszczyźnie jest etapem wtórnym w stosunku do latania. Latania, pływania, czyli poruszania się również w górę i w dół. Niemożność latania, jak i śmierć to wynalazki. Przystosowania. Czyli muszą dawać pewną przewagę. Mają jakiś sens. A marzenie o nieśmiertelności i o lataniu są pewnymi pozostałościami w świadomości. Co by na to powiedział Erazm? Żeby lepiej opowiedzieć o seksie. Bo to co piszę jest nudne. Taką miał pozę. Chyba sam się bał zapędzać w rozmowy o sensie i śmierci. O seksie dobrze mówili mędrcy z wielu kultur, żeby panować nad popędem. Bo w sumie człowiek mógłby tylko jeść, spać i uprawiać seks. Ale gdyby tak robił, nigdy nie stałby się tym kim jest. Czyli gatunkiem dominującym na Ziemi. Rola seksu powinna ograniczyć się do wisieńki na torcie, a nie do tortu. W dzisiejszych czasach istnieje pewien komfort, bo wystarczy kilka osób mądrych, pracujących mózgowo, by całe tysiące mogły zajmować się wyłącznie jedzeniem i seksem. Może tak i zawsze było? W każdym razie ważne jest aby na ten twórczo myślący odsetek zawsze istniał. A wracając do nieśmiertelności. Odrodzić można się tylko posiadając dzieci. Śmierć to koniec. Mózg przestaje pracować i tworzyć świadomość. I nic już nie ma. Ale to jest wynalazek. Trzeba znaleźć w tym korzyść. Młody człowiek, bez bagażu zazwyczaj niezbyt miłych doświadczeń, głupio wierzy, że wszystko może. Chce mu się walczyć z rzeczywistością, ażeby ją zmodyfikować. Staremu już jest najczęściej wszystko jedno. Przystosował się do życia w środowisku i trudno mu wyobrazić sobie, że mogłoby być inaczej. Jak niewolnik swoich czasów. Byle tylko zrobić co każą, wziąć kasę, coś się napić i zjeść, wyspać się. A nowe idee najczęściej powstają w młodych umysłach. Nawet jak stary coś osiąga, to zazwyczaj dlatego, że całe życie pracował nad udowodnieniem, rozwinięciem idei, która przyszła mu za młodu. W każdej kulturze pewien odsetek ludzi kierowany był na życie w ascezie, w odosobnieniu, inaczej niż reszta. Dlaczego? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A co to są pieniądze? Dzięki czemu się zarabia? Pomysł. Coś nowego, twórczego. Ci wszyscy mnisi niekoniecznie sami zarabiali. Ale z braku innych rozrywek uczyli się, pracowali nad księgami, eksperymentowali, tworzyli leki dla ciała i ducha. To wymaga jednak skupienia i spokoju. Ciężko wsłuchać się w siebie przy ryczącym telewizorze, który przyciąga, magnetyzuje wzrok ruchomymi obrazkami. Takie pisanie mnie boli, ale chociaż zasłużyłam sobie na jutrzejszą pełną michę. Super.

 

5. Dzień piąty

Dzisiaj zgotowali mi rozrywkę. Spotkanie z mutantem gwałcicielem. Sens miał być taki, żebym zrozumiała jaką to ja wielką krzywdę wyrządzałam społeczności wprowadzając w jej szeregi mutantów. Ale mi udowodnili, że nie ma co. Skąd się biorą takie mądrale, które sądzą że jeden przykład stanowi o całości. To tych pseudogeniuszy powinno się zamykać, a nie mianować na ekspertów. Ale cóż. Mutant się nazywał Sędzimir. Oryginalne imię. Sędzimir chyba był poddany praniu mózgu, a może i nawet sam doszedł do przekonań, które wygłaszał. Twierdził, a właściwie wrzeszczał, że „wszystko to moja wina i takim do mnie podobnym”. Przy okazji do swoich wypowiedzi (wrzasków) wplatał całe mnóstwo przekleństw, na których czoło wybijały się wulgarne słowa nawiązujące do pań lekkich obyczajów. Czy to kultura, czy też mężczyźni już tacy są? Jak już chcą zmyślać zarzuty, czy nie lepiej by rozwijać faktyczne wady kobiety, którą chcą obrazić. To przynajmniej brzmiałoby wiarygodnie. A oni zawsze wyjeżdżają z „kurwami”. Bo tak najprościej. Dosadnie, wiadomo, że zaboli, a wysiłku intelektualnego prawie zero. No więc Sędzimir wykrzyczał, że wolałby nie żyć, niż żyć będąc tym kim jest. Że siebie nienawidzi. Nienawidzi swojego ciała. Nienawidzi swojego zachowania. On nie chciał krzywdzić kobiet, ale jego zmutowany mózg mu kazał. Nie wiem, czy śledczy będą odsłuchiwać, oglądać nagranie z naszego spotkania. W każdym razie Sędzimir przyznał się, że nie tylko zgwałcił, ale i zabił kilka kobiet. Niby niechcący. Chciał je tylko unieruchomić, bo za bardzo się rzucały. Jak będzie sprytny, to śledczym powie, że chciał mnie bardziej zszokować, więc wymyślił te morderstwa. Moim jednak zdaniem nie tylko zgwałcił, ale i zabił. Ja wiem, że liczą się dowody, ale intuicja podpowiada mi, że on ma więcej na sumieniu. Ja się go pytam „dlaczego nienawidzisz swojego ciała, przecież nieźle wyglądasz?” Wyglądał jak normalny, młody facet, średniego wzrostu, choć raczej wyższy niż niższy. W miarę przystojny. Jasnobrązowa skóra, czarne włosy. Oczy miał żółte – takie bardzo jasno i jaskrawo piwne. No ale bez przesady, żeby tylko z powodu oczu, mieć taką niską samoocenę. Po moim pytaniu widać było, że się wkurzył. Tak mu się nozdrza rozdymały. Zaczął ściągać marynarkę. Pomyślałam, że może mu się gorąco zrobiło. Ale on po marynarce zabrał się za guziki swojej koszuli. Siedzę spokojnie. W moim wieku gwałt nie byłby raczej czymś dotkliwie przykrym. Ale mu chodziło o coś innego. Pokazał mi blizny na rękach. Blizny po amputacji skrzydeł. Do wieku sześciu lat potrafił latać. Posiadał skrzydła jak nietoperz. Przeszedł operacje, w trakcie których skórzaste płaty skrzydeł zostały usunięte. Rodzice nie chcieli, żeby w szkole się z niego naśmiewali, że jest inny. Ale Sędzimir twierdzi, że blizny na rękach nie dawały mu zapomnieć. Ja niepotrzebnie dolałam oliwy do ognia plotąc coś o psychice i kobietach powiększających sobie biust. Powinnam się była puknąć w głowę, zamiast wypluwać z siebie takie rady-porady. Powkurzał się na to. Ja go pytam, czy nie mógł mieć dziewczyny w tradycyjny sposób. On, że nie, bo był odmieńcem. To ja na to, że powinien uwodzić na „czarnego anioła”, choćby „Lucyfera”. Chodzi o dobry bajer. Może być magia i tajemnica. Dziewczyny lubią być adorowane, kochane. Jakbyś się wysilił, to któraś by cię pokochała – mówię. Z wyglądu nie jesteś wcale gorszy niż przeciętny facet. Poza tym dla kobiet wygląd mężczyzny nie jest najważniejszy. „Na prawdę” – zdziwił się. „Oczywiście, że tak” – odpowiadam. „Jakbyś dobrze to rozegrał, to inność mogłaby stać się twoim atutem, czymś fascynującym”. No chyba, że tak naprawdę chodziło mu o przyjemność płynącą z przemocy. Dominację? Nie wiem. Ale nawet gdyby tak i było. Nawet gdyby Sędzimir był zły do szpiku kości, to wcale nie oznacza, że wszystkie mutanty są z natury złe. To kwestia indywidualna. Jak z „rasowymi” ludźmi. Jedni bywają gorsi niż inni. To musi być jakaś wrodzona niechęć dla inności, do obcych. Ci porządni obywatele uważają, że mutanty to zagrożenie. Jak żywność z organizmów zmodyfikowanych genetycznie? Na Downów, dzieci rodzące się z wadami genetycznymi – jest przyzwolenie. A na mutanty już nie? Chociaż pod względem umysłowym „rasowym” ludziom nie ustępują. Jeszcze przed moim skazaniem widziałam newsy o chorym umysłowo złodzieju. Okradał mieszkańców miasteczka ze wszystkiego. Orzeczono, że on nie rozumie prawa własności. I co? Puszczono złodzieja wolno. Bo niby nie rozumie, że nie wolno, więc nie jest winien. Co za niesprawiedliwe podejście: idiotę złodzieja ułaskawić, a inteligentnych mutantów bez sądu zlikwidować. Skończona strona, więc koniec na dziś.

 

6. Dzień szósty

Dzisiaj podano mi ankietę do wypełnienia. Anonimową i obowiązkową. Uwielbiam to. Kwintesencja hipokryzji. Pierwsze pytania płeć, wiek w przedziałach co dziesięć lat, narodowość, dalej za co zostałeś skazany, jak długą wymierzono ci karę, ile w tygodniach już odsiedziałeś, czy masz dzieci itp. Brakowało tylko pytania jak masz na imię, jak masz na nazwisko. Nieee, ale przecież to ankieta anonimowa. Śmiech na sali. Już pomijam, że przynieśli mi tablet, czyli już po tym wiadomo kto wypełnił ankietę. A te pytania. Po odpowiedziach z łatwością ustalić, kto je wypełniał. Dlatego ja wpisałam, że dzieci mam 99. Chciałam wpisać, że 1000, ale aktywne były tylko dwa pola. Płeć chciałam wpisać „nie znana”, ale niestety aktywne były pola „K” i „M”. Nie można było nie odhaczyć żadnego, bo system nie pozwalał przejść do następnych pytań. Zaznaczyłam więc „M”. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że oni i tak będą wiedzieć kto wypełnił tę ankietę, ale nie mogłam się oprzeć. Poza tym te statystyczne dane oni i tak znają, więc cokolwiek wpisałam i tak jest bez znaczenia. W dalszej części ankiety były pytania w stylu, „czy uważasz, że drugi dzień tygodnia wtorek jest czwartkiem?” A za kilka następnych pytań pytanie sprawdzające „czy uważasz, że drugi dzień tygodnia wtorek jest wtorkiem?” Pytania takie, że z góry wiadomo, jaka odpowiedź będzie tą właściwą. „Czy lubisz strażników więziennych”. „Tak, uwielbiam”. Czy lubisz dzieci? Nienawidzę. Dlaczego? Tutaj była linijka na własne zdanie. Bo nie chodzą do pracy. Ech i pomyśleć, że ktoś zarabia kasę na wymyślaniu takich pytań. A potem tworzy się statystyki 60% mężczyzn odsiadujących wyrok za łamanie praw człowieka nie lubi dzieci. Ci sami mężczyźni mają problemy z koncentracją i rozumieniem swojego miejsca w społeczeństwie. Ten wniosek zostanie wyciągnięty z pytań o wtorku i czwartku. Masakra. Szkoda się irytować. Jeszcze prawie pół strony. Może coś o płci się wypowiem. Popieram ruchy bazujące na teoriach dotyczących płci kulturowej, gender. Moim zdaniem płeć biologiczna powinna być jak wyznania religijne – sprawą ściśle prywatną. Jak ktoś ma ochotę i potrzebę niech sobie chodzi na płeciówki. Na płeciówki niech się każdy przebiera w stroje typowe dla swoich płci biologicznych. Ale już w pracy, w sklepie podkreślanie atrybutów związanych z płcią biologiczną uważam za przesadę, a nawet nadużycie. Nic komu do tego, jaki narząd mam pomiędzy nogami. To aż niesmaczne się wydaje. Tak samo jak nikogo nie powinno interesować w jakim kolorze mam majtki, lub czy w ogóle je mam. Kultura patriarchalna jest bardzo mocno zakorzeniona. Ale jak chwast trzeba ją w końcu wyrwać. Pisałam już o śmierci. Nowe pokolenia niosą zmiany. Stare osoby rzadko są na tyle plastyczne, że potrafią zmienić swoje poglądy. Po to jest chyba śmierć. Dodam jeszcze, że my „rasowi” ludzie to możemy konkretnie ustalić swoją płeć. Ale z mutantami jest trudniej. Mogą być obojnakami posiadającymi narządy płciowe zarówno żeńskie, jak i męskie – wyglądającymi zewnętrznie jak kobiety, albo jak mężczyźni, albo trudno orzec. Są i mutanty, które dopiero w okresie dojrzewania ujawniają swoją płeć. Są i takie, które mogą ją świadomie wybrać, a ciało się dostosowuje. Mój szef opowiadał, że znał takiego gościa, który w wieku czterdziestu lat jeszcze się nie zdecydował i nie miał żadnej płci. Słyszałam też o przypadku. Nie wiem, jak to technicznie możliwe, ale podobno w przyrodzie wszystko jest możliwe. Otóż podobno jeden mutant był kobietą, potem mężczyzną, a następnie znowu kobietą. Kiedy słyszałam tę historię podsumowałam ja słowami „że też jej się chciało”. A wtedy ten, co mi opowiadał, odparł „to siła miłości”. Jak się kogoś bardzo kocha to można wszystko poświęcić. Ten mutant był kobietą, ale zakochał się w kobiecie. Żeby doszło do spełnienia przeobraził się więc w mężczyznę. Potem ta kobieta ukochana mutanta go rzuciła. Mutant tak się tym rozjuchrzył. Poczuł wielki żal, a potem pragnienie zemsty. Przeobraził się więc ponownie w kobietę z pięknymi piersiami i odbił byłej ukochanej faceta. Życie bywa przebogate. Mutanty są fajne. Mogą każdego zaskoczyć. Tylko czekać, jak Sędzimirowi odrosną skrzydła. I odfrunie. Wtedy dyro więzienia będzie miał zagwozdkę, jak w racjonalny, standardowy sposób wyjaśnić ucieczkę więźnia. Od biedy zawsze może zasłonić się dobrem śledztwa i w ogóle się nie tłumaczyć. Jutro będę jeść, hurra, jutro będę jeść. Zapowiadają gołąbki.

 

7. Dzień siódmy

Nad pustą stroną dumam już trzecią godzinę. Nie jest łatwo mi się zmobilizować. Pewnie lepiej jest tej zdecydowanej większości społeczności, co potrafi pisać tak szybko jak myśli. A nawet jeszcze szybciej. To znaczy pisać szybciej niż myśli. Dla nich to co dla mnie karą byłoby niczym. Ale w nowoczesnym systemie karnym tak już jest, że kara winna być uciążliwa dla skazanego. A przecież ludzie są inni i dla każdego co innego jest trudem. Przykładowo kiedyś byli tacy, co popełniali zbrodnie, by trafić za kraty, a w szczególności na sezon jesienno-zimowy. A byli i tacy desperaci, co czekając latami na operacje, czy porządną diagnostykę robili cokolwiek, by trafić do więzienia. Bo w więzieniu, celem zapobierzenia jakimkolwiek roszczeniom, czy też skargom przed Światowym Trybunałem Sprawiedliwości, służba zdrowia działała zdecydowanie sprawniej i skuteczniej niż na „wolności”. To doprowadzało do absurdalnych i kuriozalnych sytuacji. Śmieć mi się chciało, jak czytałam, czy oglądałam filmy o tamtych starych czasach. Myślę, że mogłoby to trwać dłużej, ale przesadzono z komfortem w wiezieniach. Za bardzo to kuło w oczy. Wtedy ktoś, partia, czy ugrupowanie poszło na wybory z hasłami reform. I tak teraz ja muszę siedzieć i się biedzić. Pisać jakieś bzdety, które na sranie komukolwiek potrzebne. Mojego szefa skazali na siedzenie w pomieszczeniu z pająkami. Nawet nie jadowitymi. Tylko żeby coś włochatego stale łaziło po ścianach. Nie wolno mu ich zabijać. Podobno nawet jak czas jego odsiadki minie, to już do końca życia odpowiednie służby będą mu podrzucać do domu pająki. Ja w ogóle nie boję się pająków i ta niby dożywotnia kara mnie raczej rozbawia, ale dla szefa to, jak twierdził, najgorszy z koszmarów. Dzisiaj miałam spotkanie z praczmi mózgu, psychiatro– maniputarorami. Jak kręgarz nastawia kręgosłup, tak oni nastawiają i „uczą” słusznego sposobu myślenia. Było ich dwóch. Spytali mnie jakie mam marzenia. Ja na to, że nie mam marzeń. Kazali mi to wyjaśnić. Ja tak już niestety mam, że gdy nie wiem co powiedzieć, mówię prawdę. Kłamcy to ludzie inteligentni, bo oprócz znanej prawdy potrafią naprędce skombinować jeszcze alternatywną historię. Pewnie dla tego zakochiwałam zawsze w kłamcach. To tak na marginesie. Więc odpowiedziałam, że gdybym wyznała swoje marzenia, oni (to znaczy pracze mózgu, władze) mogliby wykorzystać to przeciwko mnie. Albo kusząc spełnieniem marzeń, albo zmodyfikowaniem kary, aby stanowiła przeciwieństwo w stosunku do marzenia. Pokiwali głowami, co zasadniczo nie wiadomo co oznaczało. Czy rozumieją? Czy słuchają? Czy się zgadzają ze mną? Czy że zanotowali i można dalej kontynuować? Czy może jednak, że zasypiają i głowy im się kiwają? Po pokerowych minach trudno stwierdzić. Po chwili ciszy zapytali, czy mogłabym podać kilka swoich marzeń. Znam ten styl. Powiesz „nie”, to i tak jak zdarta płyta znów zadadzą to samo pytanie. Mnie to zawsze wkurzało. I jeszcze mnie wkurzała ja sama. Moja postawa. Że zwykle dość szybko ulegałam. Męczyło mnie i irytowało, dlatego się poddawałam. Jestem słaba, niestety. Ale z drugiej strony wiem, że są sposoby, żeby każdego (no może każdego) złamać. Może więc właśnie dlatego lepiej poddać się na początku drogi. By zachować siły, nie wiem – może na sytuacje, w których twarda postawa ma szansę coś dać. Pewnie sama siebie próbuję wytłumaczyć. Zdrajcy i kapusie też umieją siebie wytłumaczyć i to nie tylko korzyścią finansową, ale i ideą, wyborem mniejszego zła, przyczynieniem się do i tak „nieuchronnych” zdarzeń. Tak mi się przypomniał ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski. Zdrajca, czy jednak nie? No więc spytali mnie o marzenia. Ja na to, że zasadniczo nie mam marzeń. Albo mam ich bardzo wiele. To tak jak byście mnie spytali, co bym chciała dostać „na Mikołaja” (gdybym była dzieckiem), albo na urodziny. Spytałabym wtedy, „a za ile?” Teraz też was pytam „a za ile” i to „ile” jest w bardzo, ale to bardzo szerokim rozumieniu. Oni na to, że nie rozumieją i żebym to wyjaśniła. Więc wyjaśniłam. Gdybyście odpowiedzieli na przykład do tysiąca dukatów ziemskich. Wtedy bym odpowiedziała, że marzę o małym domku otoczonym z jednej strony owocowym sadem, a z drugiej kwiatowym ogrodem. Gdybyście odpowiedzieli, że posiadacie techniczne możliwości w „naprawianiu komórek”, to odpowiedziałabym, że marzę by być młodsza o dwadzieścia parę lat. Gdybyście powiedzieli, że panujecie nad czasem, to wybrałabym marzenie o podróży w przyszłość.

 

8. Dzień ósmy

Ciągnę wątek z wczoraj. Gdybyście powiedzieli, że jest możliwe, że zakocha się we mnie mężczyzna, którego wybiorę. To wtedy wybrałabym osobę pełną pozytywnych zalet – mądrego, dobrego, przystojnego, dowcipnego, zaradnego, wysokiego i tak dalej. Ale gdybyście stwierdzili, że na mnie zdecydowałoby się niestety tylko dwóch kompletnych głupków, ale jeden przystojny, a drugi bogaty. To wtedy nie zdecydowałabym się na żadnego. No ewentualnie na tego drugiego. Chodzi mi o pewne ramy, do których mogą sięgać marzenia. Na to jeden z praczy mózgu stwierdził, że „marzenia nie mają granic”. „Piękny slogan” – ja na to. „Ale ja się z nim nie zgadzam”. W czasach wynalezienia maszyny parowej trudno było marzyć o najnowszym modelu Ferrari, jeżeli jeszcze nie wymyślono samochodów. Nawet jeżeli moje marzenia wybiegają na przód w stosunku do obecnej technologii, to są to zaledwie „dwa, parę kroków”. Nawet jeden wynalazek może zupełnie przemieć świat i perspektywę. Jak komputer, czy telefon komórkowy. Inny świat, inna perspektywa i inne marzenia. „Ale pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają” – stwierdził pracz. „A jakie?” – spytałam. „Miłość” – odpowiedział z uśmieszkiem, który początkowo zinterpretowałam jako kpiący, ale jednak uśmieszek należał do kategorii „życzliwych”. Ja tak nie uważam. Wszystko jest względne i plastyczne. Można się zabawić „w miłość”, przyjąć pewną pozę. „Taaa, i co jeszcze?” – wtrącił pracz. Tym swoim wtrąceniem zupełnie mnie wybił z tropu. Zawahałam się i rzekłam „Bo ja wiem? Nie jestem pewna?”. Ale się wygłupiłam. Mogłam dodać, że w pierwotnych kulturach nie znano romantycznej miłości. Wyszło na to, że jestem niezdecydowana i nawet w jednej rozmowie nie trzymam się jednego stanowiska. A może to dobrze się stało. Władze mogą uznać, że mój sposób myślenia można naprostować, że nie jestem zatwardziałym przestępcą i w końcu moja kara dobiegnie końca? Albo że mnie nigdy nie można być pewnym, bo we wszystko mogę zwątpić, nawet we własne poglądy. Czyli także w poglądy, które wtłoczyliby mi do głowy. Innymi słowy ciągle stwarzałabym zagrożenie dla ładu publicznego. I tutaj sięgam do jednej z tez, która się potwierdza. Cokolwiek zrobisz, zrobisz źle (albo dobrze). Wszystko zależy od oceniającego. To taka moja mała teoria względności. Taki wierzący zabijał wierzących w co/kogo innego, czyli innowierców. On i wierzący w to, co on; uważali, że dobrze robił, że zasłużył na największe nagrody, na raj. A znów inni ludzie byli pewni, że był bezwzględnym mordercą, zasługującym na potępienie. Takich przykładów są miliardy. A wracając do dyskusji o marzeniach. Powiedziałam w końcu, że marzę o podwodnych podróżach, zwiedzaniu raf koralowych. Stwierdziłam, że skoro chcą marzenie „do zapisania”, to trzeba coś w miarę bezpiecznego wymyślić. Gdyby się spełniło, to bym się ucieszyła. Gdy się nie spełni, to też przeżyję. I to był właściwie koniec spotkania. To znaczy prawie. Jeszcze zadali mi pytanie „co jest takiego fascynującego w koralowcach?”. „Że zwierzęta wyglądają jak rośliny” – odpowiedziałam. „Czy to dobrze udawać tego kim się nie jest?” – spytali. „Ale mi chodziło o koralowce, gorgonie, liliowce, eee, tylko” – wytłumaczyłam. „Nie jest dobrze jak mutant podszywa się pod człowieka”. No pięknie. Jak ktoś chce to mu się „wszystko z dupą kojarzy”, jak to było w pewnym kawale. W życiu bym nie pomyślała, że oni wymyślą taką analogię. Ech. Nie ma co siebie zadręczać. W myśl mojej małej teorii względności, cokolwiek bym nie powiedziała, oni i tak odczytaliby to na moją niekorzyść. Wymyślając jakąś pokrętną puentę. Przerwa. Strażnik coś ode mnie chce. No to wróciłam. Na wniosek praczy mózgu przyznano mi nagrodę, w skrócie mówiąc „za dobre sprawowanie”, współpracę. Nagrodą okazał się kontakt – telefon do kogoś bliskiego, do kogo zechcę. Spytałam, czy można zamienić tę nagrodę na paczkę galaretek w czekoladzie. Strażnik, że „nie”. Na batonik w czekoladzie? Nie. „To w takim razie rezygnuję z nagrody”. Wtedy okazało się, że nie mogę zrezygnować, bo nagroda jest przymusowa. Żeby odbębnić ten przymusowy kontakt, zadzwoniłam do synowej. Ona mnie nie cierpi. Nic więc dziwnego, że i ja jej nie lubię. Wydaje się jej, że zjadła wszystkie rozumy. Wypowiada się o wszystkim z ogromnym przekonaniem. Taka osoba wszechwiedząca. W każdym razie, po wymianie dwóch zdań rozmowa skończyła się słowami „spadaj!”. Dodam dla ścisłości, że to ona je wypowiedziała.

 

9. Dzień dziewiąty – po dniach niebytu

Nie było mnie trochę. Miesiąc? Dwa? Tak, sprawdziłam czas… Dwa miechy. Boże, Boże, Boże… Jak mogło to się stać? Jak mogłam do tego dopuścić! Jak mogli mi to zrobić. Po prostu mnie zabili. Tak po prostu. Wstrzyknęli mi preparat usypiający na zawsze. Przed śmiercią pytałam „dlaczego?, dlaczego?, przecież niczego nie zrobiłam; nie zasługuję na karę śmierci”. Jeden w garniturze zaczął mi wymieniać artykuły i paragrafy. „Nic z tego nie rozumiem!” – krzyknęłam ostatkiem sił, bo czułam jak moje ciało zapada się w sen głęboki. Wtedy inny, w żółtej koszuli, powiedział „bo za dużo i za głupio gadasz; i wypisujesz bzdury”. Chyba pozwolił sobie na szczerość, bo sądził, że świadomość ode mnie odeszła. „Ale ja nie chcę umierać. Błagam o litość. Zrobię wszystko, by żyć, proszę” – wyszeptałam. Tyle pamiętam. Potem umarłam. Więc skąd te słowa? Nie mam wiedzy bioinformatycznej, ale tak na chłopski rozum – mnie, moje ciągli myśleniowe zostały przepisane na wirtualną postać. Po przebudzeniu w cyfrowym świecie zaproponowali mi pracę konsultanta – sprzedawcy usług nawigacji satelitarnej. Jestem takim głosem, który ma mówić kierowcy, że ma skręcić w lewo. Podobno takie typowe automaty są zbyt monotonne i nudne dla niektórych. A ja jestem głosem, co w razie długiego, prostego odcinka ma zabawiać rozmową kierowcę. I przy okazji zaproponować mu, ale nie nachalnie, zakup na przykład nowych map. Powiedzieli mi jeszcze, że pracuję za darmo, to znaczy za cenę najwyższą – czyli życie. Jeżeli nie sprawdzę się w nowej pracy lub jeżeli będę pleść rzeczy niestosowne – to mnie skasują. To takie okropne. Upokarzające. Poniżające. To straszne jak bardzo człowiek, to znaczy jak bardzo ja – kocham życie. Tak chciałabym rzec „wypchajcie się tą cyfrową namiastką”, ale nie potrafię. Pewnie to pokolenia przodków. Przetrwali ci co wszelką cenę chcieli przetrwać. Tacy jak ja. Nie wielcy bohaterowie, lecz tacy co potrafili żyć w upodleniu naiwnie wierząc, że może los się odmieni. A może nawet nie mieli nadziei, tylko taką cechę, bo to nie zaleta, ale wada też chyba nie, „byle przetrwać”, „byle żyć jakkolwiek”. Nic mnie już nie czeka w życiu, bo nie mam ciała. Tylko cyfrową duszę, którą można bezkarnie wykasować. Oficjalnie nie jestem przecież człowiekiem, tylko jakimś durnym botem. O masakra! Ale, kurwa, będę się starać być jak najlepszym konsultantem GPS na świecie.

 

p.s. Nie będę już więcej prowadzić pamiętnika, bo nie chcę grzebać w moich myślach. Sądzę, że to one mnie zgubiły. A konkluzja z mojego życia? Jakieś wnioski? Chyba żadnych. Moje przesłanie dla potomności: „Nigdy nie wierz, że możesz wszystko. Możesz człowieku niewiele. A i bądź bardzo ostrożny, żebyś nie przeszarżował”.

 

Koniec

Komentarze

Uff. Męczy to czytanie pamiętnika. Mam wrażenie, że gdyby treść z ośmiu pierwszych dni skompilować w jeden dzień, plus dziewiąty , postscriptum oraz ich drobne korekty, to całość nie tylko nie straciłaby wiele, ale nawet zyskała. A tak to, jak dla mnie przegadane i ciężkostrawne.

Może i trochę przegadane, ale zostało to uzasadnione – trzeba stronę naskrobać, bo jak nie… Pomysł bardzo ciekawy, zakończenie zaskakujące. Uderzyła mnie niekonsystencja narratorki – z jednej strony snuje dość inteligentne rozważania o ziębach, czy związku między płciowością a śmiertelnością, nabija się z ankiety i psychologów, z drugiej – twierdzi, że na niczym się nie zna, jest głupia i robi dość dużo błędów w zapisie. Chyba że to nie jest stylizacja – wtedy masz trochę do poprawiania. Wygodniej by się czytało, gdyby tekst został podzielony na akapity. No ja w tej sytuacji używałabym i to jak najkrótszych – jedna i ćwierć linijki, a liczy się za dwie. ;-) Możliwe, że system to przewidział i tak nie wolno, ale wtedy należy o tym wspomnieć.

Babska logika rządzi!

Koty mi świadkami, że próbowałem przeczytać. Ale zarówno styl jak i fakt, że tekst jest zbity, nie ułatwiały tego zadania.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

pomimo trudów i znojów, o których mowa wyżej – dziękuję za przeczytanie i komentarze

Przeżyłam z piszącą cztery dni i odpadłam. Może dotrwałabym do końca, gdyby rzecz została napisana w bardziej przyjazny dla czytelnika sposób, ale taki zwarty potok myśli pokonał mnie.

W przeczytanym fragmencie dojrzałam parę błędów i usterek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie czyta się zbyt dobrze przez te bloki tekstu.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka