- Opowiadanie: vyzart - Bogowie nie wierzą w absolut

Bogowie nie wierzą w absolut

To chyba jeden z najbardziej przystępnych tekstów, jakie napisałem. Być może nawet jeden z najlepszych, choć ocena tego nie leży w mojej gestii.  Niemniej, życzę miłej lektury. Pozdrawiam i kłaniam się.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Bogowie nie wierzą w absolut

Moje biuro znajduje się na końcu ślepej uliczki. Jednego z tych ponurych zaułków, którymi chadzają tylko czarne koty, a na chodniku co noc wykwitają kolejne plamy zaschniętej krwi. To miejsce jest jednak wyjątkowe. Linie prawdopodobieństwa i ciągi zdarzeń losowych z całego Poznania splatają się tu bowiem w pokrętny supeł. Dzięki temu każdy, kto wychodzi z domu, mając problem nie do rozwiązania, pojawia się tu prędzej czy później, sam nie do końca wiedząc, dlaczego.

Tym się właśnie zajmuję. Rozwiązywaniem problemów. Coś cię trapi? Lekarze rozkładają ręce, a przyjaciele odwracają wzrok? Toniesz w smutkach, kręcąc się bez celu po ulicach? Możesz mieć zatem pewność, że miasto tak ułoży twoją drogę, byś trafił tutaj. I poczuł nieodpartą chęć zapukania do moich drzwi.

Można by pomyśleć, że taka miejscówka kosztowała fortunę. Na szczęście o tym węźle prawdopodobieństwa wie tylko jeden szurnięty matematyk i kilka starych bóstw. A ci drudzy nie mają żyłki do interesów, w przeciwnym razie nie przymieraliby głodem gdzieś na granicy rzeczywistości.

Swoją drogą, bogowie to zabawne stworzenia. Większość przychyli ci nieba za małą ofiarę i garść wiary. Może z wyjątkiem Jahwe i Allacha, bo celebryci nie mają czasu dla maluczkich. Co nie oznacza, że siły wyższe lubią ludzi. Traktują nas raczej jak talerz cienkiej zupy – kręcą głową z niesmakiem, ale pogardzić nie mogą, bo innej strawy kuchnia nie wydaje. Trzeba tylko wiedzieć, do którego się zwrócić i co zaoferować w zamian za pomoc. Ale od tego są właśnie specjaliści. Jak ja.

W moim biurze pojawiają się różni ludzie. Najczęściej z drobnostkami, choć bywają i tacy, których kłopoty urastają do wielkości pasm górskich. W przenośni, czasem dosłownie. Jest też trzecia grupa klientów. Najgorsza z możliwych. Jak Salamandra Wilkosz – szczupła, zgarbiona blondynka, która zawitała do mnie przed miesiącem. Jedna z tych, co poza niemożliwie niefortunnym imieniem, posiadają również tendencję do lustrowania rozbieganymi oczkami każdego kąta pomieszczenia, zanim się do niego wsuną. Kobieta młoda, lecz bardzo roztrzęsiona, bezwiednie ściskała w dłoni przywieszkę srebrnego łańcuszka. Mały krzyżyk.

Wskazałem jej gestem miejsce po drugiej stronie biurka, unosząc kąciki ust w uśmiechu zarezerwowanym na co dzień dla przestraszonych kotków.

– Witam – powiedziałem, gdy usiadła, starając się, by mój głos brzmiał łagodnie. – Czym mogę służyć?

– Polecono mi to miejsce… – Wystarczyło jedno zdanie, by w głowie zapaliła mi się kontrolka ostrzegawcza. Klient z polecenia oznaczał mniej więcej tyle, że któryś z moich gości był na tyle niepoważny, by pochwalić się komuś, że wyleczył bezpłodność ziółkami od Izydy, a ten ktoś okazał się na tyle niepoważny, by w to uwierzyć. Zdecydowanie bardziej wolałem, gdy Świat sam sprowadzał ludzi przed moje drzwi.

Salamandra musiała zobaczyć jakiś nieprzyjemny błysk w moich oczach, bo spuściła głowę i skuliła się, jakby czekając na cios.

Podrapałem się w skroń, karcąc w duchu własne odruchy. Interes nie szedł tak dobrze, bym mógł kręcić nosem na klientów. Postanowiłem więc zaufać pani Wilkosz. W rozsądnych granicach oczywiście.

– Rozumiem – rzuciłem w końcu, starając się nadać twarzy w miarę pogodny wyraz – proszę powiedzieć, co panią trapi.

Salamandra dobrą chwilę ważyła słowa. Nie poganiałem jej. Gdy uniosła wzrok, starała się na mnie nie patrzeć, a zza jej drobnych warg wydostał się jedynie cichy szept.

– Wydaje mi się, że jestem opętana…

Wtedy właśnie utwierdziłem się w przekonaniu, że tego dnia całe moje szczęście wyjechało na urlop do ciepłych krajów, nie zostawiając nawet kartki na pożegnanie. Najpierw klient z polecenia, a teraz jeszcze opętanie. Śliski temat. Nie chciałem powtórki z łomotu, który spuściła mi Żywia, gdy poprosiłem ją o błogosławieństwo oczyszczenia dla „opętanego” gościa, którego jedynym problemem, jak się później okazało, była wybujała wyobraźnia.

– Czy jest pani absolutnie pewna, że nie jest to problem natury medycznej?

– Wiem, co pan sobie myśli – odparła, uśmiechając się cierpko. – Nie jestem wariatką. Czterech lekarzy mi to powiedziało. A mimo to wciąż mam te okropne koszmary. A czasem… budzę się w środku nocy, mając na rękach czyjąś krew. I jeszcze tatuaż. Nie wiem skąd, ale któregoś dnia po prostu pojawił się na moich plecach. A przecież nie skalałabym własnego ciała takim okropieństwem!

– To poważna sprawa – wtrąciłem, ze wszystkich sił starając się, by nie zabrzmiało to jak drwina. Ledwie zdążyłem ją powstrzymać przed ściągnięciem swetra. Najwyraźniej tak bardzo chciała, by ktoś zobaczył ten tatuaż, że przez moment zapomniała o własnej wstydliwości.

– Nie wiem, co robić. – Zacisnęła dłonie na srebrnym krzyżyku. Widać było, że cała drżała.

Przez chwilę zastanawiałem się czy nie sięgnąć przez biurko, by zakryć jej dłoń moją, ale po namyśle zrezygnowałem. Nie było potrzeby się spoufalać. Jestem od rozwiązywania problemów, nie okazywania czułości.

– Myślę, że ja wiem. Jest jednak jedna ważna kwestia, którą muszę poruszyć, zanim zaczniemy, bo inaczej do niczego nie dojdziemy. Proszę schować ten krzyżyk pod bluzkę i nie obnosić się z nim, póki korzysta pani z moich usług.

Odpowiedziało mi złowrogie spojrzenie. Takie, którym z reguły obdarzają mnie żarliwi katolicy, kiedy wyjaśniam im sposób najszybszego pozbycia się kłopotów. Niektórzy zwyczajnie nie rozumieją, że jeśli ktoś nie korzysta z pomocy ich boga, nie musi od razu gwałcić dziewic i zabijać kotów w krwawych pentagramach.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć – kontynuowałem niewzruszony. – Nie będę odprawiał czarnych mszy, ani przyzywał demonów miedzianym lamenem na szyi. Pewne rzeczy chcę jednak wytłumaczyć na samym początku, żeby nie było potem żadnych wątpliwości. Jestem pewien, że skorzystam z pomocy sił wyższych, jednak nie będą to raczej te przez panią ulubione. Powiedzmy, że gwiazdy światowego formatu dostają tyle wiary, że nie muszą pracować dla byle kogo. Jest jednak wiele bóstw, którym w oczy zagląda głód i zapomnienie. Te z pewnością znajdą dla nas trochę czasu. Nie będę oczywiście pani do niczego zmuszał. Ręczę za skuteczność moich metod, ale jeśli nie odpowiadają pani warunki współpracy, mogę wskazać jedynie drogę do najbliższego kościoła.

Zapadła cisza. Nie tyle niezręczna, co raczej napięta, choć na tym etapie całkiem naturalna. Rzadko kto jest w stanie przyjąć za dobrą monetę mój sposób działania. O dziwo, równie rzadko ludzie rezygnują. Ci, którzy mają jeszcze coś do stracenia, po prostu tu nie trafiają.

Wskazówki ściennego zegara przesuwały się leniwie. Miałem jednak wrażenie, że z każdym ich ruchem kobieta bliższa była podjęcia decyzji. W końcu westchnęła głęboko i z pewnym ociąganiem schowała krzyżyk za kołnierz swetra.

– Bóg mi wybaczy – wyszeptała jeszcze pod nosem, by dodać sobie odwagi.

Bóg nawet nie zauważy, dodałem w myślach.

 

***

 

– Czy to na pewno bezpieczne? – zapytała Salamandra, spoglądając podejrzliwie na obdarte drzwi, wpisane w ścianę biurowego zaplecza.

Chwilę wcześniej wyjaśniłem jej zasadę działania najszybszej metody transportu, dostępnej dla zwykłych śmiertelników. Pominąłem oczywiście fakt, że kupiłem ją za bezcen od Hermesa, gdy akurat był na ambrozjowym haju. Na szczęście Grecy to honorowe bestie. Dotrzymują słowa, nawet tego danego pod wpływem.

Moja dłoń powędrowała do klamki. Salamandra spodziewała się chyba jakichś fajerwerków, bo wyglądała na okropnie zawiedzioną, gdy drzwi po prostu się otworzyły. Uśmiechnąłem się i gestem zaprosiłem ją do środka. Gdy tylko przekroczyliśmy próg, świat rozpadł się na kawałki. Na ułamek sekundy wszystko wokół pękło jak zmrożona szyba, ukazując czerń nicości. Tylko po to, by pół oddechu później złożyć się w kontur wypełnionego półmrokiem sklepu.

Jeśli pani Wilkosz miała jakieś wątpliwości co do mojej szczerości, właśnie zostały rozwiane.

Dawno mnie tu nie było, lecz już na pierwszy rzut oka mogłem stwierdzić, że nawet ząb czasu skruszył się na tym przybytku. Przynajmniej na swój sposób. Wyblakła tapeta, wytarte deski podłogi i zastygły w powietrzu kurz, zmieszany z wonią kadzidła, tworzyły niepowtarzalny klimat tajemniczości, który miał przyciągać klientów. Ci jednak opierali się jak mogli, dlatego „Cud” o tej porze był właściwie pusty. Stojącej za ladą ekspedientce zdawało się to jednak nie przeszkadzać. Trwała w letargu, z największym trudem unosząc powieki, by otaksować nas spojrzeniem wiły u kresu sił.

– Szef jest na zapleczu – rzuciła, ledwo poruszając ustami.

Skinąłem w odpowiedzi, po czym przeniosłem spojrzenie na Salamandrę.

– Proszę się nie obawiać. Przyszliśmy tu tylko na konsultację – odpowiedziałem spokojnie na niezadane pytanie.

Drzwi na zaplecze ukryte były za stertą figurek, fiolek i kartonów. Jeśli nie chciało się utonąć w morzu potłuczonego szkła, można było co najwyżej je uchylić. Wcisnąłem się do środka, pomagając mojej klientce zrobić to samo.

W ciasnym, pozbawionym okien pomieszczeniu panował jeszcze większy zaduch, niż na zewnątrz. To, jak właściciel tego szanownego przybytku mógł spędzać tu całe dnie, wciąż pozostawało dla mnie zagadką. Gdy stanąłem przed jego biurkiem, zaszczycił mnie jedynie przelotnym spojrzeniem. Nie powiedział ani słowa, zaciągnął się za to demonstracyjnie fajką. Czekał.

– Mam do ciebie sprawę. – Sięgnąłem do kieszeni i położyłem przed nim zasznurowany woreczek.

– Masz – odrzekł, gdy zawiniątko zniknęło w jego rękawie. W jednej chwili przypomniałem sobie, jak bardzo nie znosiłem tego człowieka.

– Chciałbym, żebyś na nią zerknął. – Skinąłem na Salamandrę, która starała się skryć za moimi plecami. – I powiedział, co w niej siedzi.

– Opętanie. – Pokiwał głową ze zrozumieniem.

Gdy przytaknąłem, wskazał miejsce naprzeciw siebie. Z niejakim trudem udało mi się usadzić na nim panią Wilkosz, lecz nim zdążyłem ją ostrzec, mężczyzna otworzył trzecie oko. Gnojek, zawsze robił to bez zapowiedzi, choć doskonale wiedział, że ludzie świrują, gdy widzą je po raz pierwszy. Wiesz, siedzi przed tobą starzec, mierzy cię półprzytomnym spojrzeniem, a po chwili okazuje się, że te pomarszczone fałdy na jego czole to tak naprawdę powieki. Na domiar złego, ułamek sekundy później dowiadujesz się, że za nimi kryje się źrenicopodobne obrzydlistwo, wpisane w żółtawą materię.

Salamandra nie zareagowała na szczęście zbyt gwałtownie. Zbladła tylko i zemdlała, odchylając się bezwładnie na krześle. Dla świętego spokoju postanowiłem jej nie cucić. Świadomość nie była potrzebna przy pomiarze.

Rytuał nie trwał długo. Trzecie oko właściciela sklepu drgnęło kilkukrotnie, badając pobieżnie ciało nieprzytomnej kobiety, po czym bez pośpiechu ukryło się pod fałdami pomarszczonej skóry.

– Japończyk. Bóg – stwierdził starzec beznamiętnie.

Świetnie, tego właśnie było mi trzeba. Kłoda za kłodą. Wyspiarze z Azji mieli przecież setki bogów, tam nawet najmniejszy kamyk miał swojego opiekuna. I traf tu człowieku na właściwy sposób, by się takiego pozbyć, albo chociaż wywołać i pogadać. Igła w stogu siana to przy tym pryszcz.

Wyjście z sytuacji istniało niestety tylko jedno. Trzeba było udać się do miejscowego ośrodka kultu i grzecznie poprosić urzędujące tam bóstwo, by za skromną opłatą zechciało wyprosić swojego pobratymca z ludzkiej powłoki.

– Daj mi adres, wiesz, do nich – rzuciłem, wskazując ręką nieokreślony kierunek.

Starzec nawet się nie zastanawiał. Chwycił leżący na biurku skrawek papieru i leniwie nakreślił na nim kilka słów.

Zobaczyłem, że Salamandra otworzyła oczy. Na pytające spojrzenie odpowiedziałem jedynie enigmatycznym uśmiechem. Wyglądała, jakby zupełnie na pamiętała wydarzeń sprzed kilku ostatnich minut, lecz nie zamierzałem mówić jej czegokolwiek. Pamiętaj, im mniej wiesz, tym lepiej sypiasz.

Staremu szamanowi podziękowałem skinieniem. Jakiekolwiek słowa byłyby tylko stratą czasu.

Gdy wreszcie wyszliśmy z kantorka, poprosiłem panią Wilkosz, by poszła do wyjścia. Ja sam wyciągnąłem z kieszeni kawałek matowego kryształu, który zajarzył się nieznacznie, gdy wyszeptałem do niego kilka słów. Dyskretnie położyłem go na ladzie i ruszyłem za moją klientką.

 

***

 

Jeżyce. Poznański Bronx, jak to mawiali miejscowi studenci. Dzielnica, w której odrapane kamienice stały naprzeciw cudów nowoczesnej architektury. Trwałem wewnątrz tego labiryntu podwórzy i brudnych uliczek, tuż obok wiecznie pełnych śmieciowych kontenerów, wpatrując się to w pomiętą kartkę, to w wyrastającą przede mną ruinę.

Adres niestety się zgadzał.

Oczywiście nie spodziewałem się, że stary szaman pokieruje mnie do pięciogwiazdkowego hotelu, ale bez przesady. Rozumiałem, że tutejsi wyznawcy zapomnianych japońskich bogów nie śmierdzieli groszem, bo to pewnie banda szalonych ćpunów, ale dziw brał, że któraś z tych starych, honorowych istot zechciała się zagnieździć w tej ruderze. Cóż, na bezrybiu i rak ryba.

Jakimś cudem udało mi się przekonać Salamandrę, by za mną poszła, choć z każdym krokiem coraz bardziej przypominała kogoś, kto grał w klasy na skraju przepaści. Powoli przeszliśmy przez odrapane drzwi, zatapiając się w cuchnącym stęchlizną półmroku. Pośrodku korytarza, wśród kurzu i smrodu, stała brama torii. Czy raczej jej parodia, zbita z pociągniętych czerwoną farbą desek. Całość zwieńczona nierówną kanji, informującą przybyszów, do czyjej domeny właśnie wkroczyli.

Z każdą sekundą miałem się coraz bardziej na baczności. Nie chodziło już nawet o oprychów i złodziejaszków, bo ci o tej porze pogrążeni byli zapewne w pijackim letargu. Wszystko za bramą torii, nieważne jak zdewastowane, było sacrum. Każdy przedmiot zawierał w sobie pierwiastek wiary, niewielki odłamek boskiej bytności. A ja nie byłem przecież wyznawcą, do tego wszelkie objawy bojaźni bożej już dawno wyrzuciłem na teistyczny śmietnik. To tak, jakbym bezczelnie wszedł do czyjegoś salonu, szorując po dywanie brudnymi buciorami. Z tą różnicą, że wkurzanie ludzi jest nierozsądne, a wkurzanie bogów plasuje się gdzieś między kompletnym idiotyzmem a samobójstwem.

Byłem więc skupiony i ostrożny.

Ciemność, która ogarnęła mnie chwilę później, pokazała, że niewystarczająco.

 

***

 

Obudziłem się ścierpnięty i odrętwiały. W dziwnej, półklęczącej pozycji, z dłońmi boleśnie przywiązanymi do haków, wyrastających ze ściany metr nad moją głową. Skronie pulsowały tępym bólem, a wokół roztaczał się ciężki półmrok, przez który przebijały się jedynie kontury niewyraźnych kształtów.

Nie wiedziałem jak długo już tu tkwiłem, ale czułem, że jeszcze chwila i moje ręce oderwą się od tułowia w akcie protestu.

Gdy wreszcie zacząłem wyławiać z ciemności zarysy poszczególnych przedmiotów, w pokoju rozbłysło światło, wbijając się pod powieki mlecznymi igłami. Nim zdążyłem wykląć fundamenty znanego ludziom świata, usłyszałem szelest rozsuwanych drzwi. Wciąż mrużąc oczy, uniosłem głowę, by zobaczyć wchodzącą do pokoju piękność. Zgrabną sylwetkę oplatał materiał kremowej sukni, a lśniące włosy układały się w misterny kok. Dopiero po chwili pod warstwą delikatnego makijażu dostrzegłem twarz Salamandry.

Cóż, to jednak faktycznie było opętanie.

Zdałem sobie też sprawę z jeszcze jednej ważnej rzeczy. Starzec z „Cudu” mnie wystawił.

– Witam w moich skromnych progach. – Kobieta ukłoniła się dostojnie. Zza pociągniętych szminką warg dobiegł obcy głos. Miękki i pełen mądrości. – Etykieta wymaga, bym przedstawiła się jako pierwsza. Trwając w mej niegodnej, kobiecej pysze pozwolę sobie jednak przypuszczać, że nie będzie to konieczne, prawda?

– Rzeczywiście – przyznałem. Gdy zasuwała za sobą drzwi, zobaczyłem podobiznę słońca, zdobiącą jej odsłonięte plecy. Mówiła o właścicielce więcej, niż słowa mogłyby kiedykolwiek. Wiem, co myślisz. Mogłem zerknąć na ten cholerny tatuaż, gdy chciała pokazać mi go w biurze. Miałbym wtedy tak nieporównywalnie mniej problemów, że nie wiedziałbym, co ze sobą zrobić. – Ze względu na zaistniałe okoliczności pozwolę sobie jednak nie odwzajemnić ukłonu.

– Przyzwalam. – Przytaknęła wielkodusznie. – Nie zostanie ci to poczytane za brak szacunku.

– Zapytam jednak, czegóż to Wielki i Święty Duch Świecący na Niebie, Czcigodna Amaterasu, może chcieć od tak niegodnego ludzkiego robaka?

– Nie musisz się umniejszać – stwierdziła, najwyraźniej zadowolona, że została należycie utytułowana przez kogoś spoza grona wyznawców. – Znam twoje możliwości i to ja zwracam się do ciebie z prośbą.

– Której, jak sądzę, nie byłoby rozsądnie zignorować.

– Cieszę się, że rozumiesz, iż odmawianie bogom nie należy do rzeczy roztropnych. Moja prośba będzie zresztą błahostką w porównaniu z zadaniami, którym już podołałeś. Chciałabym jedynie, byś otworzył Wrota, przez które moja rodzina wraz z resztą sług mogliby dostać się do tego pięknego kraju.

Jasne, bo przecież boscy jakuza są właśnie tym, czego ten kraj potrzebował. Dlaczego oni nigdy nie mogą prosić o prosty rytuał lub ofiarną monetę? Zawsze muszą być cuda na kiju. To ty tu jesteś bogiem, siostro, nie ja.

– Jestem przekonany, że uda mi się je otworzyć – odrzekłem, wkładając wszystkie siły w nadanie słowom przekonującego wydźwięku. – Potrzebuję jednak kilku rzeczy i trochę czasu. Daję też słowo honoru, że nie spróbuję uciec, jeśli moje ręce zostaną uwolnione.

Amaterasu przytaknęła bez wahania. Powołałem się w końcu na własny honor. Wiesz jak starzy japońscy bogowie karzą za złamanie takiego słowa? Nie? Szczęściarz.

Bogini uniosła dłoń i pstryknęła palcami. Jak na komendę do pokoju wkroczyło sześciu rosłych mężczyzn w czarnych garniturach. Każdy o twarzy zasłoniętej długonosą maską. Tengu.

– Moi słudzy pomogą ci w przygotowaniach. Są do twojej dyspozycji.

 

***

 

Okazało się, że przez uwolnienie słoneczna bogini rozumiała zamianę haków na łańcuch, przez co uwijałem się po pokoju jak pies przed budą. Czas upływał w ciągłym skupieniu. Musiałem czuwać nad każdym, nawet najmniejszym elementem. Europejska magia była dla Japończyków absolutnie niezrozumiała. Nie mogli pojąć, po co te wszystkie okręgi, litery i kreda. Nie mieściło im się w głowach, że można czarować bez papieru, lin i kaligrafii. Na szczęście Tengu, jak na nałogowych alkoholików, potrafili być nad wyraz dokładni. Można by się spodziewać, że po ilościach sake, jakie z reguły wypijają, nie będą w stanie nawet utrzymać rysika w dłoniach, ale nie – kreślili linie lepiej, niż Białobóg rozlewał wódkę do kieliszków.

Kilka godzin później pomieszczenie zmieniło się w zbiór geometrycznych kształtów, złączonych ze sobą w labirynty formuł i fundamenty zaklęć. W powietrzu wirowały drobinki kredy, a zwinne palce demonów nanosiły na linie ostatnie poprawki.

Wrota były gotowe do otwarcia.

Oparłem się o ścianę, czując ogarniające mnie zmęczenie. Zdecydowanie wolałem, gdy to bogowie pracowali dla mnie.

Amaterasu wkroczyła do pokoju chwilę później. Któryś z Tengu musiał dać szefowej znać, że przygotowania dobiegły końca. Bogini powiodła wzrokiem po kredowych kształtach, z uznaniem muskała linie palcami, choć głowę bym dał, że nie miała pojęcia, co oznaczał choćby ułamek z nich.

– To bardzo nietypowa magia – rzuciła enigmatycznie.

– Tego układu nauczył mnie pewien brytyjski alchemik. Na pewno zadziała, lecz w tej chwili to tylko forma. Puste naczynie, które musi zostać napełnione, by spełniło swoją funkcję. Ja jestem jednak tylko nędznym, pozbawionym daru człowiekiem, więc to ty, szlachetna Amaterasu, będziesz musiała użyczyć Wrotom swej boskiej mocy.

– Naturalnie. Nie mogłoby być inaczej. Kult mych rodaków zakorzenił się już w tej ziemi na tyle, bym mogła poświęcić odrobinę siły na otwarcie przejścia.

Przytaknąłem. Ciekawiło mnie tylko czy rosnąca ostatnio popularność japońskich kreskówek jest efektem, czy powodem tego zjawiska. Choć musiałem przyznać jej rację. Jeśli wyspiarze chcieli zacząć rozszerzać swoje wpływy w Europie, rzeczywiście najlepiej było zacząć u nas.

Pokrótce wyjaśniłem jej, co powinna zrobić, by aktywować zaklęcie. Bogini bez słowa przymknęła powieki i rozłożyła ręce. W jednej chwili jej sylwetkę otoczyła jasność. Złoty rozbłysk, zupełnie jakby miała za plecami tarczę kompaktowego słońca. Gdy wyciągnęła przed siebie dłoń, promienie stężały. Zaczęły wić się jak błyszczące nieziemsko węże i spłynęły po ramionach kobiety, oplatając rękę kaskadą światła. Kiedy dotarły do palców, nabrały konsystencji miodu, skapując wielkimi kroplami wprost w labirynt kredowych symboli. Płynne światło natychmiast wsiąknęło w podłogę, zupełnie jakby białe linie próbowały łapczywie pochłonąć każdą drobinkę mocy, która mogła pozwolić im wypełnić swoje przeznaczenie.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Jasne kontury zaczęły wybrzuszać się i pulsować, jakby ukryte gdzieś kredowe serce pompowało przez nie krew. Wibracje sunęły po podłodze, stopniowo zbliżając się do ściany, na której Tengu nakreślili największy z okręgów, po czym wdrapały się na nią, tylko po to, by za chwilę zupełnie zamilknąć.

Wrota zostały otwarte.

Nie było to nic spektakularnego. Żadnych eksplozji, ognia czy błysków, tylko niepozorna, ciemna tafla, przecinana delikatnymi falami, przywodząc na myśl jezioro w nocy.

Amaterasu spoglądała na przejście z napięciem. Jej oczy jaśniały radośnie, niczym lipcowe słońce. Spodziewała się, że za chwilę pojawi się w nich szlachetna twarz któregoś z jej braci. Nawet porywczego Susanoo przywitałaby radosnym uśmiechem.

Powierzchnia tafli drgnęła. Wybrzuszyła się jak błona pod naporem. Pół oddechu później zza falującej czerni zaczęły wyłaniać się kontury męskiej sylwetki. Na jej widok słoneczna bogini zmarszczyła brwi w wyrazie bezgranicznego zdumienia. Zamiast szlachetnej twarzy Azjaty zobaczyła toporny, bezwłosy czerep Słowianina. Szerokie barki, błyszczący ortalion i sportowe buty. Poznałem go dopiero, gdy na mnie spojrzał. Tych złotych, iskrzących się źrenic nie sposób było zapomnieć. Gdybym mógł, chwyciłbym się za głowę. Wiedziałem, że bogowie od wieków ulegali stopniowemu uczłowieczeniu, ale Perun zdecydowanie przeholował. A mówiłem mu, żeby pił z kumplami z panteonu, a nie szlajał się po wiejskich imprezach.

Gdy podchwycił moje spojrzenie, powitał mnie uniesieniem podbródka.

– Dzięki za cynk, gościu. Dobrze zrobiłeś, zostawiając informacje wile z „Cudu”. Stary szaman odbył już przyśpieszony kurs patriotyzmu i jest niedysponowany. Prędko go nie zobaczysz, więc w przyszłości pytaj o pomoc kogoś z naszych.

Uśmiechnąłem się mimowolnie na dźwięk jego słów. Powołanie się na Słowian było jednak dobrym pomysłem. W końcu wszyscy bogowie mieli fanatycznego hopla na punkcie swych terytoriów. Myślisz, że skąd brały się te wszystkie wojny religijne? Ale co tam, niech żyje boski nacjonalizm.

Gromowładny chciał jeszcze coś powiedzieć, ale przerwał mu błysk. Amaterasu płonęła. Nie była już delikatnym promieniem, muskającym ryżowe pole, tylko palącym żarem, zwiastującym stuletnią suszę.

– Zamilcz, marna istoto! Jak śmiesz nieproszony wkraczać do mej świątyni?! – wrzasnęła, pozwalając, by jej twarz wykrzywił grymas palącej nienawiści.

– Zluzuj, laska. – Od strony Wrót dobiegł kolejny głos. Nim zdołałem unieść głowę, wyszła z nich kolejna postać. Rosły mężczyzna z otchłaniami nieskończonej ciemności zamiast oczu. Czarnobóg. Z niewiadomych przyczyn noszący wojskowe buty i skórzaną kurtkę. – Przeszliśmy przez Wrota, więc istniejemy na fizycznej płaszczyźnie rzeczywistości, a ty nadal jesteś tylko efemeryczną popierdółką, która palcem kiwnąć nie może bez ludzkiej powłoki.

– Jak śmiesz! – ryknęła słoneczna bogini, całkiem tracąc nad sobą panowanie. – To moja domena! Wynoście się stąd, nim zmiażdżę was jak robaki!

– Czy ja dobrze słyszę? – Źrenice Peruna przypominały teraz błyszczące złowrogo pioruny kuliste. Trudny było wyrazić słowami wściekłość, jaka w nich wirowała. – Twoja domena? Zdzierżyłbym jakoś to, że jesteś żółtkiem, paniusiu, ale w tej sytuacji należy ci się dotkliwa lekcja geografii.

Amaterasu nie wytrzymała. Nie mogła ścierpieć tej obelgi. Z jej gardła wydobył się krzyk tak przeszywający, że niemal straciłem przytomność. Skuliłem się i przycisnąłem dłonie do uszu, by znaleźć choć odrobinę ukojenia. Nie pomogło. Gdy byłem już na skraju szaleństwa wrzask ustał, pozostawiając po sobie nieprzyjemny podźwięk. Zastąpił go błysk, boleśnie przedzierający się przez osłonę zaciśniętych powiek. Po nim nadszedł żar. W jednej chwili poczułem, że mokra od potu koszula przylepia mi się do pleców. Nie wiedziałem czy ze strachu, czy z gorąca.

Piekielny spektakl trwał zapewne tylko kilka sekund, choć kiedy otworzyłem oczy miałem wrażenie, że minęła wieczność, a ja zostałem przeniesiony do innego świata. Pokój wyglądał, jak wyjęty z sennego koszmaru kiepskiego malarza. Przerwane linie zniszczonego zaklęcia mieszały się z czernią spopielonych desek. Zygzaki żaru, które zdobiły ściany, wyglądały jak efekty wytężonej pracy pijanego kloszarda z miotaczem ognia. Kłujący nozdrza swąd stopionej farby i zwęglonego drewna uporczywie przypominał mi, że znalazłem się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie. I że jakimś cudem przeżyłem napad boskiego gniewu.

Pośrodku płomiennego chaosu stała słoneczna bogini. Dyszała ciężko, a jej twarz oblepiały kosmyki uwolnionych z koka włosów. Oczy kobiety wciąż iskrzyły się gniewnie, choć widać było, że ogień furii przygasł. Słowianie za to wyglądali na nieziemsko wkurzonych. Z ich ludzkich ubrań zostały tylko nadpalone szmaty, a na ciałach czerwieniały połacie poparzonej skóry.

Pierwszy poruszył się Perun. Splunął ostentacyjnie i ścisnął palce w pięść. Nim zdążyłem choćby mrugnąć, wystrzeliły spomiędzy nich języki błyskawic, kreśląc w powietrzu podłużny kontur. Nie był to jednak młot, ani buława, raczej poprzecinany złotymi zygzakami kij bejsbolowy. Cóż, jakie czasy, taki boski atrybut.

Ułamek sekundy później był już przy niej. Zanurkował pod ciśniętą mu w twarz kulą słonecznego żaru i uderzył kijem z siłą rozwścieczonego tura. Wypolerowana powierzchnia, zamiast zamienić głowę kobiety w krwawą miazgę, przeszła przez nią jak hologram. Niebiański oręż nie imał się ludzkiej skóry, ugodził za to ukrywającą się w niej efemeryczną postać. Wystarczyło jedno uderzenie, by Salamandra upadła bezwładnie na podłogę, a tkwiąca w niej bogini rozbiła się z impetem o jedną z poświęconych ścian.

Triumf gromowładnego nie trwał jednak długo. Tengu, skryci dotąd w cieniu przed gniewem swojej pani, rzucili się na niego, płonąc żądzą zemsty. Z pomocą przyszedł Czarnobóg. Młócąc pięściami na oślep, skruszył niejedną długonosą maskę.

Przypatrywałem się przedstawieniu jak urzeczony. Tak bardzo, że dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że mogę swobodnie ruszać rękoma. Jeden z ataków Amaterasu musiał stopić część ogniw krępującego mnie łańcucha. Nie zamierzałem tracić więcej czasu, ani tym bardziej sprawdzać, jak długo jeszcze szczęście będzie się do mnie uśmiechać. Podbiegłem do leżącej na ziemi kobiety wbrew protestom zastałych mięśni. Salamandra na szczęście nie ważyła wiele. Udało mi się podnieść ją bez trudu, unikając przy tym Tengu, odrzuconego ciosem któregoś z bogów wprost na mnie. Nie oglądając się za siebie dopadłem do wyrwanych przez coś drzwi.

Biegłem.

 

***

 

Pani Wilkosz odzyskała świadomość dopiero, gdy przeszliśmy przez bramę torii. Przed wejściem do kamienicy stało kilka osób, z trwogą wpatrujących się w dziwne błyski i dym, ulatniający się z kilku powybijanych okien. Nikt na szczęście nie zwrócił na nas uwagi.

Przeszliśmy dobrych kilkanaście metrów, nim Salamandra oprzytomniała na tyle, by zdać sobie sprawę, że miała na sobie obcisłą suknię i niósł ją facet z kajdanami na nadgarstkach.

– Proszę się nie obawiać. To wszystko część rytuału. Udanego oczywiście. Zabieg był nieco inwazyjny, więc może powodować chwilowe problemy z pamięcią, ale jestem pewien, że za kilka dni wszystko sobie pani przypomni – uprzedziłem jej pytanie pełnym spokoju głosem. Ten rodzaj profesjonalizmu miałem wyćwiczony do perfekcji. Zresztą, zdecydowanie nie miałem ochoty tłumaczyć jej, dlaczego wyglądała teraz jak dziewczyna do towarzystwa dla bogatych biznesmenów. Przekonujące kłamstwo bywało lepsze niż niewiarygodna prawda. Zapamiętaj, to dobra rada, na dodatek zupełnie za darmo. – Czy jest pani w stanie chodzić?

Kobieta skinęła niepewnie. Postawiłem ją na ziemi i dla pewności podtrzymałem, by nie upadła. Wtedy spojrzała na mnie z przerażeniem, jakby zdała sobie sprawę z czegoś szalenie ważnego.

– A tatuaż? – rzuciła, po czym dodała, widząc cień niezrozumienia na mojej twarzy. – Czy to okropieństwo zniknęło z moich pleców?

Uśmiechnąłem się, wzdychając w duchu. Kilka znaków na skórze było dla pani Wilkosz ważniejsze niż trzaski za plecami i zbliżający się szybko sygnał strażackiej syreny.

– Mogę panią zapewnić, że nie będzie już koszmarów ani niewytłumaczalnych zachowań. Opętanie zostało skutecznie wyleczone. Natomiast jeśli chodzi o symbole na plecach… cóż, nie jest to coś, czemu nie mogłaby sprostać wizyta u chirurga plastycznego, prawda?

 

***

 

Z panią Wilkosz nie widziałem się od chwili, gdy zapłaciła za usługę po przekonaniu się, że zniknęły niepokojące ją symptomy. Szczerze powiedziawszy istnieje bardzo niewiele rzeczy, które cieszą mnie bardziej niż jej nieobecność w moim życiu. Swoją drogą, pewnie zastanawiasz się, dlaczego opowiedziałem ci tę historię. Kto wie? Może po prostu lubię mówić o bogach? Tych głodnych władzy, zadufanych w sobie istotach, przypominających ludzi bardziej, niż chcieliby przyznać. Każda zarzeka się, że to członek właśnie jej panteonu stworzył Świat, uparcie negując oczywistą prawdę. Fakt, że jest dokładnie odwrotnie. Bogowie, jak ludzie, kochają nie wierzyć, że istnieje coś ponad nimi.

Oczywiście ty również nie musisz brać moich słów za dobrą monetę. To wręcz niewskazane. Jeśli masz w sobie tyle łatwowierności, by bez zastrzeżeń ufać w tak absurdalną historię, pewnie nie możesz opędzić się od telemarketerów i naciągaczy.

Chodzi o to, że opowieść dobiegła końca, a ty wciąż jesteś ze mną. Czy tego chcesz, czy nie, ziarno zostało zasiane. Część ciebie zawsze będzie ją pamiętać, nawet jeśli natłok codzienności zamaże szczegóły. Dlatego jestem pewien, że kiedy następnym razem zaczniesz snuć się po mieście bez celu, trafisz do ślepej uliczki. I poczujesz nieodpartą chęć zapukania do moich drzwi.

Skąd to wiem? Mam swoje sposoby. Pamiętaj, jestem profesjonalistą.

 

Koniec

Komentarze

To chyba jeden z najbardziej przystępnych tekstów, jakie napisałem. Być może nawet jeden z najlepszych, choć ocena tego nie leży w mojej gestii.  Niemniej, życzę miłej lektury. Pozdrawiam i kłaniam się.

Nie wiem , dlaczego sobie to robię. Ale, nie potrafię inaczej.  Historia nie wciąga, nie itryguje. Jak rowerek treningowy. Przykro mi, ale spójrz na to z innej strony: opinia szczera. Mam nadzieję, że stanę się wyjątkiem,    Kilka dni temu powiedziałbym, że nie masz o czym pisać. Aha. Najważniejsze. Styl. O.K. Ja znajdziesz temat. Dasz radę.

Cóż, mi osoboście historia się podoba, bo alogicznym byłoby pisać o czymś, co sam uważam za nudne. Są gusta i guściki, szanuję twoje zdanie. I przede wszystkim dziękuję za szczerą opinię.

Przeczytam później, a teraz piszę, by mi gwiazdka migała. Bo w tej pladze drabli wnet to opowiadanie zaginie.

"Cóż, mi osoboście historia się podoba" Naprawdę, vyzart? To niesamowity zbieg okoliczności. Zobacz, setki piszących. A Tobie podoba się właśnie Twoja historia.  To musi być znak. Jeśli tylko pozwolisz, zgłoszę opowiadanie do puli nalepszych listopadowych.

Niewiele brakowało, Niestety okazało się, że mam "za młode konto" i nie mogę zglosić Twojego tekstu Nie ma powodu do zmartwienia. Myślę, że i tak zykasz należne laury. Zasłużyłeś.

Prim ma zły dzień w tonacji sarkastycznej.  Ja też wpadnę jutro, vyz,  bo jednak już późno a tekst długaśny. :) Wrócę dla stylu i dowiem się, czy historia mu dorównuje.    Pozdrawiam

Bardzo mi się podobało. Chyba lubię opowiadania o bogach, a rzadko kto ośmiela się sięgnąć po japońszczyznę. Trudny było – literówka. Z resztą => zresztą. Prim.chumie, chyba jednak możesz zgłosić. Próbuj. ;-p

Babska logika rządzi!

Opowiadanie ma wiele niedociągnięć (można tu przytoczyć choćby powtórzone sformułowanie "brać za dobrą monetę" czy bliskie sąsiedztwo dwóch bardzo podobnych słów: "Jej oczy jaśniały radośnie … Susanoo przywitałaby radosnym uśmiechem"), ale humorystyczne podejście i sama historia wciąga. Pisz dalej, a będę czytał :)

Może to jednak dobry pomysł, żeby opowiadania wstawiać w momencie drablowego potopu. Ja z utęsknieniem wypatruję wszystkiego, co nie ma dopisku "drabble", i pewnie nie jestem jedyna. :) Podoba mi się pomysł, podoba mi się warsztat. Jest tylko – dla mnie – pewien problem z tego typu bohaterem, w takich, pisanych w pierwszej osobie opowiadaniach w tonacji nieco ironicznej, humorystycznej. Mianowicie ja widzę wówczas zawsze Jacka Nicholsona z "Chinatown". Nie wiem, może to tylko mój problem, ale to jest dla mnie archetyp tego typu bohatera, a wariacji na jego temat już trochę było. Taki sarkastyczny detektyw (no dobra, tu nie do końca detektyw), który to już tyle widział, tyle przeżył, że hej! Podsumowując: pomysł fajny, wykonanie również, ale mnie ten tekst nie wciągnął tak, jak wydawałoby się, że powinien. Może dlatego, że czytałam go wczoraj dość późno. A może… No, po prostu właściwie nie mam pojęcia dlaczego. Pozdrawiam.

Sarkazm, sarkazmem. Zgłoszenie, zgłoszeniem. Nieudanym ;)

"Większość przychyli ci niebo i ziemię…" – raczej mówi się  – przychylić nieba. A ziemię to nie wiem, jak można przychylić.  Poza tym zbędne przecinki przed "ani", "czy" i "niż". Trochę dużo tego było, więc mnie zakłuło. Mistrzowi Loży wypadałoby wiedzieć, kiedy się je stawia. Opowiadanie w sumie przyjemne w czytaniu, ale bez rewelacji. Ja tam akurat o bogach nie lubię czytac, obojetnie jakich. Wiadomo, że wtedy muszą być fajerwerki i takie tam różne, a mnie to ani ziębi, ani grzeje.

Ho ho, widzę, że za sprawą mojego opowiadania wywiązął się niebagatelny spór legislacyjny. Szkoda, że nie wpłynłęo to dodatnio na jego popularność. Człowiek chce być poczytny, a tu zawsze pod górkę. Aż chce się wyrazić dezaprobatę jakimś teatralnym gestem. Za opinie wszystkim dziękuję, przy czym muszę stwierdzić, że absolutnie nie pojmuję twojego sposobu rozumowania, Prim.chumie – nadal pozostajesz dla mnie najbardziej nieodgadnioną z zagadek. Niemniej, dziękuję za zgłoszenie tekstu w wątku z najlepszymi opowiadaniami, a przynajmniej za próbę. Tak samo tobie, Finklo. A, jeszcze jedno – Agroelingu, z całym szacunkiem, ale naliczyłem w opowiadaniu odpowiednio po jednym źle postawionym przecinku przed "czy", "ani" oraz "niż". Specjalnie zweryfikowałem moją wiedzę ze słownikiem PWN, więc jestem pewien swego. Nie bierz tego do siebie, bo nie chodzi mi o flejmowanie w internetach ani obelżywość, ale wypadałoby samemu mieć baczenie na zasady interpunkcji, zanim zacznie się wypominać ich nieznajomość innym. Pozdrawiam i kłaniam się.  

Wydawało mi się, że więcej, ale powiedzmy, że aż zakręcilo mi się w oczach, gdy spostrzeglem ich brak przed trzema różnymi spójnikami. Mniejsza z tym. Nie rozumiem tylko, o co chodziło Ci w [przed]ostatnim zdaniu.

Bardzo dobre.

Infundybuła chronosynklastyczna

…Miałem czytać jutro, ale jakoś tak zacząłem. Zauważyłem u Ciebie pewne charakterystyczne zwroty – jednostka czasu – "pół oddechu", a początek opowiadania w stylu Chandlera Raymonda. Opowiadanie to coś kryminału z domieszką fantastyki, albo opowiadanie fantastyczne z domieszką kryminału. Czyta się dobrze i ja jako patriota oczywiście jestem za słowiańskimi bogami, te azjatyckie nie będą nam się szarogęsić. Masz dobry styl, bez nadmiaru metafor a pojedynek bogów nie jest pompatyczny, lecz żartobliwy, a ja humorystyczne teksty lubię. Pozdrawiam zadowolony, że kamienica całkiem nie spłonęła a opowiadanie nie miało ponurego końca.

Ryszardzie, "pół oddechu" powstało dawno temu z potrzeby, bo "ułamek sekundy" nie zawsze pasuje do kontekstu. I tak zostało. Nad stylem wciąż pracuję, żeby znaleźć złoty środek między poetyzacją a prostotą. Niemniej, cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Choć nie wiem, czy moje ego nie rozrośnie się w kontakcie z takie wieloma pozytywnymi opiniami. 

Ty wiesz, ja nawet będę głosować na "tak", jeśli tylko przekonująco wyjaśnisz mi, jak bohater przetrwał słoneczny atak Amaterasu. Słowiańscy bogowie poparzeni, a temu to nawet kajdany się stopiły, ale nie odniósł od gorąca żadnego szwanku? Nie, nie kupuję. Wręcz reklamację zgłaszam.   I ogólnie nie za bardzo mi przypadł do gustu pomysł opętania przez jedno z głównych japońskich bóstw – ale za to podoba mi się kreacja świata. Wykonanie, rzecz jasna, na dobrym poziomie ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

cóż, bohater sam tego nie wie. osobiście podejrzewam, że przez przypadek. atak nie ogarnął jednocześnie całego pokoju i był wycelowany w bogów. bohatera ominął przez przypadek. zresztą uważam, że opowiadaniestraciłoby dużo uroku, gdyby bohater wtedy umarł.

XD   Nie przekonałeś mnie ; p To znaczy ja rozumiem, że atak był wycelowany z bogów, ale jeśli gość w okolicach miał taką temperaturę, że mu kajdany stopiło, to powinien stracić dłonie…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Oj, źle się dzieje, kiedy autor musi bronić własnego tekstu. A to przecież nie kajdany stopiło, tylko ogniwo łańcucha, a sam łańcuch był na tyle długi, że bohater mógł w miarę swobodnie poruszać się po pokoju. To wszystko jest przemyślane. Tak sądzę, przynajmniej.

Górą nasi! :-)  

Zawsze twierdziłem, że w nas słowianach drzemie nie odkryta siła. Chwalimy Japońców, Angoli z ich druidami, czy indiańskich szamanów, a zapominamy o poczciwym Perunie i jego niewątpliwie ciekawej kompanii. ‘Cudze chwalicie, swego nieznanie”.

Przykro mi, ale niezbyt mi się podoba. Przeczytałam bez przykrości ale i przyjemności nie zaznałam. Podejrzewam, że utarczki między różnymi bóstwami, to po prostu nie moja bajka. 

 

Większość przychyli ci niebo i ziemię za małą ofiarę i garść wiary.Większość przychyli/ uchyli ci nieba za małą ofiarę i garść wiary. Powiedzenie z niebem i ziemią brzmi: Poruszyć niebo i ziemię.

 

Niech pani schowa ten krzyżyk pod bluzkę i nie obnosi się z nim, póki korzysta pani z moich usług. – Wolałabym: Proszę schować ten krzyżyk pod bluzką i nie obnosi się z nim, póki korzysta pani z moich usług.

 

…spoglądając podejrzliwie na obdarte drzwi, wpisane w ścianę biurowego zaplecza. –– Próbowałam zrozumieć to zdanie, ale nie udało się. Nie zrozumiałam. :-(

 

Ja sam wyciągnąłem z kieszeni kawałek matowego kryształu– Kryształ kojarzy mi się raczej z czymś bardzo przeźroczystym, wręcz krystalicznie przejrzystym i czystym.

 

…szelest rozsuwanych drzwi. Wciąż mrużąc oczy, uniosłem głowę, by zobaczyć wsuwającą się do pokoju piękność. – Może w drugim zdaniu: …by zobaczyć wchodzącą/ wkraczającą do pokoju piękność.

 

Zdzierżyłbym jakoś to, że jesteś żółtkiem, paniusiu, ale w tej sytuacji należy ci się dotkliwa lekcja geografii. Amaterasu nie wytrzymała. Nie mogła zdzierżyć tej obelgI. – Może w ostatnim zdaniu: Nie mogła ścierpieć/ znieść/ przeboleć tej obelgi.

 

Z resztą, zdecydowanie nie miałem ochoty tłumaczyć jej… Zresztą, zdecydowanie nie miałem ochoty tłumaczyć jej… Chyba że bohater wydał komuś resztę? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja mam podobną opinię jak regulatorzy. Wydaje mi się, że tym opowiadaniem stanąłeś w nieco zbyt dużym rozkroku pomiędzy chandlerowską narracją, chęcią humorystycznego podejścia do fabuły i postmoderną żonglerką schematami i bohaterami. Nie mówię, że taki pomysł jest zły. Raczej odnoszę wrażenie, że wymaga włożenia o wiele więcej wysiłku w język i obrazowanie (przykładowo – nie czuć orientalizmu w tej japońskiej bogini czy też słowiańskości rodzimych bóstw, u których bejostwo zupełnie przesłania pradawność). Siłą tego typu tekstów jest chyba właśnie takie zderzenie wyrazistych różnorodności, podczas gdy u Ciebie wyszło trochę na jedno kopyto.

I po co to było?

Początek był nader zachęcający, podobał mi się wstęp do tej historii, ale w dalszej części tekstu było już gorzej.  Z pewnością oryginalna jest forma, dzięki której prowadzisz z czytelnikiem swoisty dialog, lecz według mnie na dłuższą metę to nie zadziałało. Znaczna liczba wszelakich metafor, epitetów, czy porównań zaczęła mnie w końcu irytować, myślę że mogłeś ograniczyć ich pulę i dobry styl, jaki prezentujesz, by nie ucierpiał. Były w opowiadaniu momenty zabawne, w niektórych miejscach troszkę z tym humorem jednak przeholowałeś i również mąciły ogólne wrażenie. Wydaje mi się, że nie zachowałeś umiaru w posługiwaniu się środkami stylistycznymi, czy w rozbawianiu czytelnika. Sama opowieść, jak już wspomniałem, dobrze się zapowiada, ale po lekturze całości pozostaje niedosyt. Pozdrawiam.

Ja zgodzę się z domkiem – również na początku poczułem się zachęcony, wydawało mi się, że tekst będzie dobry, a później się rozczarowałem. Wyszło z tego takie niewiadomoco. Niby z humorem, absurdem, ale jakoś ze śmiechu nie pękałem. Ogólnie, mam wrażenie, że wszystko zmierzało tylko do tego, żeby pokazać słowiańskich bogów jako dresów :) I to zakończenie takie jakieś niepasujące zupełnie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nowa Fantastyka