- Opowiadanie: Fladrif - Duch latarnika

Duch latarnika

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Duch latarnika

 

Pan Krzysz­tof Wojar sta­nął przed sie­ro­ciń­cem, wci­śnię­tym mię­dzy pie­kar­nię a za­kład kra­wiec­ki. Bu­dy­nek nie wy­glą­dał im­po­nu­ją­co, przy­po­mi­nał ra­czej starą szko­łę, a może szpi­tal. Był zbu­do­wa­ny z czer­wo­nej cegły, zaś ma­lut­kie okien­ka na pię­trze były tak za­ku­rzo­ne, że nawet świa­tło które prze­pusz­cza­ły, wy­da­wa­ło się szare. Rzad­ko kiedy ku­piec po­kro­ju pana Krzysz­to­fa od­wie­dzał tę dziel­ni­cę. Była skazą na pla­nie mia­sta. Wojar był jed­nak spo­łecz­ni­kiem, jed­nym z naj­więk­szych w oko­li­cy, a wła­ści­ciel­ka wyżej wspo­mnia­ne­go sie­ro­ciń­ca otrzy­ma­ła ostat­nio od niego sporą da­ro­wi­znę. Stary ku­piec nie byłby sobą, gdyby nie spraw­dził, na co wła­ści­wie idą jego pie­nią­dze.

 

– Co za podła oko­li­ca… – Po­my­ślał mi­ja­jąc furt­kę trzy­ma­ją­cą się na tylko jed­nym za­wia­sie. – Mam na­dzie­ję, że nikt mnie tu nie za­cze­pi. Mo­głem wziąć powóz.

 

Sta­nął przed drzwia­mi. W lewej ręce trzy­mał ze­ga­rek kie­szon­ko­wy, wska­zu­ją­cy go­dzi­nę szó­stą po po­łu­dniu. Drugą zaś za­ci­snął na lasce, którą trzy­krot­nie za­stu­kał do drzwi. Mi­nę­ło do­brych kilka chwil nim pan Wojar usły­szał szczęk zamka, a przed nim sta­nę­ła ma­lut­ka dziew­czyn­ka o ciem­nych wło­sach, w sza­rej su­kie­necz­ce. W ma­lut­kich rącz­kach trzy­ma­ła dziec­ko, które mogło mieć nieco ponad ro­czek.

 

– Dzień dobry – po­wie­dzia­ła dy­gnąw­szy lekko, cały czas pa­trząc na na­dą­sa­ne­go sta­rusz­ka, któ­re­go twarz przy­bra­ła wyraz wska­zu­ją­cy na coś po­mię­dzy znu­dze­niem a obrzy­dze­niem.

 

– Dzień dobry dzie­cin­ko. – Mimo ra­czej po­ufa­łych słów jego głos po­zo­sta­wał zimny. – Czy za­sta­łem two­ich opie­ku­nów?

 

– Tak, pani Blucz wła­śnie koń­czy pra­nie. Ze­chce pan wejść…

 

– Blucz… – po­my­ślał sta­ru­szek, le­d­wie po­wstrzy­mu­jąc prych­nię­cie – Cóż za pro­stac­kie na­zwi­sko, w do­dat­ku brzmi jakoś… nie­po­lsko.

 

Mi­nę­li sień i we­szli do skrom­nie urzą­dzo­ne­go sa­lo­ni­ku, który spra­wiał wra­że­nie przy­tul­ne­go. W pie­cy­ku pło­nął ogień, na wy­ta­pe­to­wa­nych ścia­nach wi­sia­ły dzie­siąt­ki ob­raz­ków, praw­do­po­dob­nie na­ry­so­wa­nych przez wy­cho­wan­ków. Jed­nak jeden ele­ment nie pa­so­wał do wy­stro­ju. Po­mię­dzy dwoma fo­te­la­mi, za sto­li­kiem na kawę stało po­ście­lo­ne łóżko.

 

– Czy ktoś tu sypia? – spy­tał pan Krzysz­tof.

 

– Kie­dyś była tu sy­pial­nia pań­stwa opie­ku­nów – od­po­wie­dzia­ła dziew­czyn­ka – resz­tę mebli prze­nie­sio­no na pię­tro dawno, dawno temu.

 

– W takim razie czemu zo­sta­wio­no tu łóżko?

 

– Pan nie zna pani Blucz, praw­da?

 

– Jesz­cze nie mia­łem przy­jem­no­ści…

 

– Mąż pani Blucz za­gi­nął… – Dziew­czy­na we­szła mu w słowo. – Było to przed dwoma laty, pra­co­wał wów­czas jako la­tar­nik. Po zmro­ku mia­sto staje się bar­dzo nie­bez­piecz­ne. – Spoj­rza­ła kupca wzro­kiem, który zda­wał się prze­wier­cać go na wylot. – Pew­ne­go dnia pan Blucz wy­szedł po­za­pa­lać lampy i już nie wró­cił. Za­czy­nał zwy­kle od ulicy… Świę­te­go Ducha. – Na dźwięk tej nazwy roz­mów­ca za­drżał. – Tutaj przy­cho­dził do­pie­ro na końcu. Pa­mię­tam, że to była naj­ciem­niej­sza noc, jaką w życiu wi­dzia­łam.

 

– Czemu w takim razie łóżko wciąż tu jest?

 

– Bo pani nie przyj­mu­je za­gi­nię­cia pana do wia­do­mo­ści. Co­dzien­nie wie­czo­rem ście­li łóżko, wy­cze­ku­je jego przyj­ścia. Stra­szy nas, że jak nie bę­dzie­my grzecz­nie spać, to opie­kun przyj­dzie i nas uspo­koi. Rano opie­kun­ka chowa po­ściel i wie­czo­rem znowu ście­li łóżko. Nigdy już się nie do­wie­my, jaka tra­ge­dia spo­tka­ła pana Blu­cza.

 

Stary ku­piec mógł jed­nak rzu­cić świa­tło na tę spra­wę.

 

*

 

To było późną je­sie­nią, być może w li­sto­pa­dzie, albo na po­cząt­ku grud­nia. W nocy czuło się pierw­sze przy­mroz­ki. Mimo póź­nej pory na ulicy Świę­te­go Ducha stała jedna osoba. Pan Krzysz­tof przy­pa­try­wał się jej zza rogu. Znał ją, lecz nie wie­dział jak miała na imię, skąd po­cho­dzi­ła, ani jaka tra­ge­dia zmu­si­ła ją do pro­wa­dze­nia nędz­ne­go życia ulicz­ni­cy. Wie­dział jed­nak, że ta bez­i­mien­na po­kra­ka, ten cień ko­bie­ty, to wy­chu­dłe stra­szy­dło mogło ob­ró­cić wni­wecz wszyst­ko, na co on pra­co­wał przez tyle lat.

 

Ta ano­ni­mo­wa la­dacz­ni­ca miała nie­szczę­ście być ko­chan­ką Adama, syna pana Wo­ja­ra. No­si­ła rów­nież w sobie jego dziec­ko. Nie by­ło­by w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go gdyby nie fakt, że dziew­czę nie chcia­ło po­zbyć się bę­kar­ta. Nie wia­do­mo czy była jesz­cze na tyle młoda i na­iw­na, by za­ko­chać się w ku­piec­kim synu, czy może po pro­stu wy­czu­ła łatwy pie­niądz, a prze­cież re­pu­ta­cja Adama mu­sia­ła po­zo­stać nie­ska­zi­tel­na, przy­naj­mniej przez na­stęp­ny rok.

 

Sta­rał się on bo­wiem o rękę Anny Krzyc­kiej, córki szlach­ci­ca, któ­re­go na­zwi­sko otwo­rzy­ło­by Wo­ja­rom nie­zli­czo­ną ilość drzwi, lecz rów­nie do­brze mogło je za­mknąć. Oj­ciec wy­bran­ki był bar­dzo ostroż­ny w do­bo­rze od­po­wied­niej par­tii i pan Krzysz­tof mu­siał nie­źle się na­gim­na­sty­ko­wać, by ukryć wi­zy­ty syna w do­mach scha­dzek przed do­cie­kli­wym wzro­kiem sta­ru­cha. Ba­cho­ra ukryć było o wiele trud­niej.

 

Przez ciążę dziew­czy­na stra­ci­ła cie­płą po­sad­kę w miej­sco­wym bur­de­lu, teraz do­ra­bia­ła na ulicy, by spę­dzić resz­tę nocy w ja­kimś przy­tuł­ku. Przy­cho­dzi­ła do domu Wo­ja­rów trzy­krot­nie… bła­ga­ła o pomoc, przy­się­ga­ła że pra­gnie wy­cho­wać dzie­cia­ka, że prosi tylko o jedną szan­sę. Trzy razy pan Krzysz­tof roz­ka­zał wy­rzu­cić ją na ulicę. W końcu było już zimno, gdyby nie udało jej się ni­g­dzie schro­nić, za­snę­ła­by na czy­imś ganku i mróz za­ła­twił­by spra­wę. Stary ku­piec nie mógł jed­nak zdać się na ślepy los.

 

Wy­szedł zza rogu. Ręka za­ci­snę­ła się na ukry­tym pod po­ła­mi płasz­cza nożu. Kroki za­nie­po­ko­iły ofia­rę. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że uciek­nie, po chwi­li jed­nak dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się. Nie była brzyd­ka, jed­nak w tym uśmie­chu było coś ob­mier­z­łe­go.

 

– Hola! – Wzię­ła go za ja­kie­goś ro­bot­ni­ka, szu­ka­ją­ce­go ko­bie­ty. Nie po­zna­ła go, Wojar za­krył twarz sza­li­kiem. – Masz ocho­tę na małe co nieco? – Ge­stem cał­ko­wi­cie po­zba­wio­nym ero­ty­zmu unio­sła ka­wa­łek sukni, uka­zu­jąc brud­ne udo. Jakim zwie­rzę­ciem trze­ba być, żeby po­ła­sić się na coś ta­kie­go. – Śmia­ło, nie wstydź się. Widzę to w two­ich oczach.

 

Wojar po­wo­li ski­nął głową, prze­zwy­cię­ża­jąc obrzy­dze­nie. Gdy za­pro­wa­dzi go w ciem­ne miej­sce, zmi­ni­ma­li­zu­ją ry­zy­ko wy­kry­cia. Dziew­czy­na chwy­ci­ła go za rękę. Pan Krzysz­tof mu­siał użyć całej siły woli, by nie wy­rwać się z uści­sku. Po chwi­li znik­nę­li we wnęce, mię­dzy dwoma bu­dyn­ka­mi. Wojar wy­cią­gnął nóż.

 

– Masz pie­nią­dze? – spy­ta­ła od­wra­ca­jąc się – naj­pierw chcę się upew­nić, chyba sam ro­zu­miesz.

 

Wtedy zo­ba­czy­ła nóż. Dziew­czy­na krzyk­nę­ła i in­stynk­tow­nie rzu­ci­ła się do uciecz­ki. Wojar po­biegł za nią, za­mach­nął się raz, drugi. Chy­bił. Ku­piec w my­ślach prze­kli­nał swoją opie­sza­łość. Czemu nie za­ła­twił jej w dro­dze, gdy szła od­wró­co­na do niego ple­ca­mi? I wtedy dziew­czy­na upa­dła pro­sto w błoto.

 

Wojar pod­szedł do niej niby od nie­chce­nia. Do­ci­snął ją stopą do ziemi. Wła­śnie tak, po­win­na płasz­czyć się przed lep­szy­mi od sie­bie. Ofia­ra usi­ło­wa­ła krzyk­nąć, jed­nak błoto wdar­ło jej się do ust. Pan Krzysz­tof przez chwi­lę na­pa­wał się tym wi­do­kiem, potem chwy­cił za po­tar­ga­ne włosy i od­chy­lił jej głowę do tyłu. Po­czuł coś w ro­dza­ju eks­cy­ta­cji, dzi­kie­go pod­nie­ce­nia. Ta godna po­ża­ło­wa­nia isto­ta była zdana tylko i wy­łącz­nie na niego, wła­dza nad ży­ciem i śmier­cią spo­czy­wa­ła w rę­kach pro­ste­go kupca. I temu kup­co­wi bar­dzo do­brze było z tą wła­dzą. Śmierć prze­sta­ła być ko­niecz­no­ścią, stała się pra­gnie­niem. Pra­gnie­niem więk­szym niż do­cho­wa­nie ro­dzin­nej ta­jem­ni­cy, niż no­bi­li­ta­cja po­tom­nych, która teraz wy­da­wa­ła się je­dy­nie mrzon­ką, pu­stym ty­tu­łem.

 

– Po­dzię­kuj ko­cha­sio­wi – wy­szep­tał do ucha ofia­ry, gdy nóż po­wo­li zmie­rzał w stro­nę jej gar­dła.

 

– Hej! – Gdzieś z boku ode­zwał się ostry, męski głos – Zo­staw ją! Zo­staw ją, sły­szysz?

 

Pierw­szy cios nie­mal zwa­lił kupca z nóg. Pu­ścił ko­bie­tę, w dłoni po­zo­stał mu pu­kiel jej wło­sów. Dru­gie­go ciosu pan Wojar już się spo­dzie­wał, mimo to nie zdo­łał go unik­nąć. Trze­ci cios jed­nak chy­bił celu. Chwi­la wy­tchnie­nia wy­star­czy­ła, by spoj­rzeć na nie­zna­jo­me­go. Opar­ta o ścia­nę tyka świad­czy­ła o tym, że jest la­tar­ni­kiem, który sły­sząc krzy­ki po­sta­no­wił przy­biec z po­mo­cą. Nie­do­szły za­bój­ca ude­rzył dwa razy i zwa­lił na­past­ni­ka z nóg. Przy­ci­snął go do ziemi, męż­czy­zna za­czął gło­śno wzy­wać po­mo­cy. Mu­siał zo­stać uci­szo­ny.

 

Pan Krzysz­tof za­dzia­łał od­ru­cho­wo, jakby robił to po raz setny. Za­mach­nął się i za­to­pił ostrze w pier­si la­tar­ni­ka. Ten prze­stał krzy­czeć, wes­tchnął tylko po raz ostat­ni i za­milkł na wieki. Ku­piec ude­rzył jesz­cze kilka razy, jakby bał się, że to nie wy­star­czy, jakby chciał zabić na­past­ni­ka po raz ko­lej­ny i ko­lej­ny. Nie­mal czuł jak jego życie ucie­ka, prze­ci­ska się przez rany, wraz z krwią ob­le­wa ręce i ubra­nie, by wresz­cie ule­cieć z ob­ło­kiem pary. Dziw­ka prze­sta­ła się li­czyć. Ważna była tylko wła­dza nad czy­imś ży­ciem.

 

*

 

Nigdy nie do­wie­dział się, kim był ów la­tar­nik, któ­re­go śmierć wy­wo­ła­ła u takie dzi­kie i strasz­ne uczu­cia. Dziew­czy­ny rów­nież nie udało się zna­leźć, za­pew­ne gdzieś się za­szy­ła, nie ośmie­la­jąc się po­ka­zać na oczy któ­re­mu­kol­wiek z Wo­ja­rów. Być może scze­zła tej samej zimy, może nawet tej samej nocy. Ku­piec wolał za­po­mnieć o całym wy­da­rze­niu i nigdy nie wspo­mi­nać tego dzi­kie­go szału, który ogar­nął go tam­te­go wie­czo­ra. Sta­rał się o wszyst­kim za­po­mnieć, jed­nak prze­szłość wró­ci­ła. Wró­ci­ła w po­sta­ci tej małej ciem­no­wło­sej dziew­czyn­ki, trzy­ma­ją­cej rocz­ne dziec­ko w ra­mio­nach. Kim ona była? Skąd znała tę hi­sto­rię. Czyż­by od kogoś ją usły­sza­ła? Czy ma­leń­stwo spo­czy­wa­ją­ce na jej ko­la­nach mogło być…

 

Roz­my­śla­nie prze­rwa­ło wej­ście pani Blucz.

 

– Naj­moc­niej pana prze­pra­szam, nie mia­łam po­ję­cia że pan przy­szedł. Ko­cha­nie. – tu zwró­ci­ła się do dziew­czyn­ki – Trze­ba było po mnie po­słać. Mam na­dzie­ję, że nie cze­kał pan zbyt długo.

 

– Skąd­że znowu… Mam teraz wię­cej wol­ne­go czasu, niż można przy­pusz­czać.

 

– Prze­ciw­nie do mnie, pro­szę pana. – Ko­bie­ta wy­tar­ła ręce o prze­mo­czo­ny far­tuch. – Mnó­stwo rze­czy na gło­wie, dzie­siąt­ki spraw do za­ła­twie­nia, bo prze­cież męża nijak się o nic do­pro­sić nie można. – Na wzmian­kę o mężu dziew­czyn­ka cicho wes­tchnę­ła. – Ży­je­my z tego, co ofia­ru­ją nam do­brzy lu­dzie. Ja, mąż i dwu­dziest­ka dzie­cia­ków. Ale która to go­dzi­na bę­dzie? Już po osiem­na­stej, mąż po­wi­nien za chwil­kę się zja­wić. Cięż­ko pra­cu­je ten mój chło­pi­na, całe mia­sto przejść, lampy po­za­pa­lać, bo widzi pan on jest la­tar­ni­kiem. – Wy­mó­wi­ła to słowo tak, jakby samo w sobie było nie lada za­szczy­tem.

 

Dziew­czyn­ka po­pa­trzy­ła na pana Wo­ja­ra tak, jakby chcia­ła po­wie­dzieć „A nie mó­wi­łam?”. Jej opie­kun­ka wy­da­wa­ła się stuk­nię­ta, mó­wi­ła tylko i wy­łącz­nie o swoim mężu. Słu­cha­jąc tych ku­piec wier­cił się ner­wo­wo w fo­te­lu.

 

– Mó­wi­łam mu prze­cież, że dzi­siaj ma przyjść do nas pan Wojar, wspa­nia­ły ofia­ro­daw­ca. I on obie­cał mi, że wróci wcze­śniej, żeby móc się z panem zo­ba­czyć. Czę­sto o panu mówi ten mój mąż, może miał pan oka­zję go spo­tkać kie­dyś w mie­ście? Czemu pan tak zbladł? Coś się stało?

 

– Nie. – Czyż­by ta obłą­ka­na ko­bie­ta rów­nież coś po­dej­rze­wa­ła?

 

– W każ­dym razie po­wi­nien zaraz przyjść. Raczy pan wy­ba­czyć łóżko, mąż musi wcze­śnie wsta­wać, żeby gasić la­tar­nie, ro­zu­mie pan takie wy­ma­ga­nia przed nim sta­wia­ją. Od wielu, wielu lat nie śpimy razem, gdyby prze­ci­skał się przez cały sie­ro­ci­niec o trze­ciej w nocy, po­bu­dził­by wszyst­kie dzie­ci. Ale jemu to nie prze­szka­dza, mówi że ma sen­ty­ment do tego po­ko­ju. No na­resz­cie, to chyba on. Sły­szę jak gwiż­dże. O, za ro­giem widać jego lamp­kę.

 

Wojar ze­rwał się z fo­te­la i pod­szedł do za­ku­rzo­ne­go okna. Rze­czy­wi­ście, ulicą szedł jakiś czło­wiek. W jed­nej ręce trzy­mał lampę naf­to­wą, w dru­giej długą tykę do za­pa­la­nia la­tar­ni. Iden­tycz­ną tykę pan Krzysz­tof wi­dział dwa lata temu, opar­tą o ścia­nę w śle­pej ulicz­ce. Serce pod­sko­czy­ło mu do gar­dła. To był on, ta sama broda, ten sam strój. Tylko twarz była taka blada, kre­do­wo­bia­ła.

 

– Ja… muszę już iść, in­te­re­sy wzy­wa­ją! – Ku­piec na­su­nął ka­pe­lusz na głowę, wziął laskę pod pachę i zła­pał za klam­kę.

 

– O tej porze? – wy­krzyk­nę­ła pani Blucz – ale… mąż! Tak bar­dzo chciał się z panem zo­ba­czyć.

 

– To nie­moż­li­we, nie­moż­li­we! Ja… ja nie wie­dzia­łem, nie mia­łem po­ję­cia! Pro­szę. – wy­cią­gnął z port­fe­la kilka bank­no­tów i wrę­czył ko­bie­cie. – Może to cho­ciaż w czę­ści po­kry­je… Ja… nie­wie­le wię­cej mogę zro­bić. O ni­czym nie wie­dzia­łem, to był przy­pa­dek. – I wy­szedł.

 

Po chwi­li drzwi się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich pan Blucz. Po­pa­trzył na żonę i dziew­czyn­kę, która le­d­wie po­wstrzy­my­wa­ła śmiech.

 

– Ko­cha­nie – po­wie­dzia­ła pani Blucz – na­resz­cie je­steś, był u nas pan Wo­jar­ski, Aniel­ka go przy­ję­ła.

 

– To by wiele wy­ja­śnia­ło… – Opie­kun po­pa­trzył na dziew­czyn­kę, która prze­sta­ła się uśmie­chać. – Aniel­ciu co po­wie­dzia­łaś temu panu?

 

– Nic.

 

– Nie kłam w żywe oczy. Coś mu po­wie­dzia­ła? – krzyk­nął Blucz.

 

– Różne rze­czy, nie­szko­dli­we. Do­stoj­ny pan mu­siał wi­docz­nie wziąć pana opie­ku­na za kogoś in­ne­go, za daw­ne­go zna­jo­me­go.

 

– Wy­glą­dał tak, jakby zo­ba­czył ducha.

 

– Ale zo­sta­wił pie­nią­dze ko­cha­nie – wtrą­ci­ła się pani Blucz.

 

– Które po­win­ni­śmy mu zwró­cić. My­śla­łem że po tym, jak pan Gold­ste­in nie­mal nie do­stał ataku serca, tro­szecz­kę się opa­mię­tasz. Nie można szpe­rać lu­dziom w gło­wach. Czemu to ro­bisz dziec­ko?

 

– Bo nie mogą o tym za­po­mnieć, nie mogą prze­stać ża­ło­wać.

 

Koniec

Komentarze

Pan Krzysztof, przypatrywał się jej zza rogu. – zdradziecki przecinek wskoczył ci za Krzysztofa! Zaraz go zaciuka! (…)ten cień kobiety, to wychudłe straszydło, mogło obrócić w niwecz wszystko, – a nie, jednak tu uderzył i rozpłatał wniwecz na pół… (…)by ukryć wizyty syna w domach schadzek, przed dociekliwym wzrokiem starucha. - uwaga! bandyta na dziewiątej! (znaczy przecinek znów się pojawił w dziwnym miejscu) przez ciąże - … a skubany, urwał się z ę na gigant… Generalnie, chyba chorujesz na to samo co ja – u mnie pomaga co jakiś czas wezwanie szwadronu kropek do podzielenia długaśnych zdań. Trochę się zakrztusiłem, gdy dziewczyna przewidziawszy jego zamiary krzyknęła , bo w takiej sytuacji raczej nie ma czasu na świadomą analizę i przewidywanie, działają emocje/instnkty. ALe zakończenie spodobało mi się mimo morału  :) Całą resztę niech wytykają ci mądrzejsi i bardziej doświadczeni.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ciekawy pomysł, zaskakujące zakończenie. Brakuje mi tylko wyjaśnienia, kim był ten facet.

Babska logika rządzi!

Doczytałam do końca! ;) I to nawet z zainteresowaniem. Ledwo wypatrzyłam w tłumie drabli.  Interpunkcja miejscami kuleje. Pomysł ciekawy, zakończenie zaskakujące, chociaż mnie jednak ten morał razi. Też chciałabym wiedzieć, kim był ten facet i jak skonstruowana została cała intryga. Jeżeli chodzi o wykonanie, to wydaje mi się, że jest kilka niezgrabności. Mnie osobicie razi zapisywanie myśli w taki sposób: - Cóż we mnie wstąpiło, że zapuściłem się do tej zapomnianej przez Boga okolicy… – Pomyślał mijając furtkę trzymającą się na tylko jednym zawiasie. – Będę miał szczęście, jeśli w drodze powrotnej nikt mnie nie zaczepi. Trzeba było wziąć powóz. Nikt nie myśli takimi okrągłymi, pełnymi zdaniami. Dla mnie to brzmi trochę nienaturalnie. Ale – całkiem przyjemna lektura.

Już spieszę z wyjaśnieniami, przepraszam ale dzisiaj nie zdołam poprawić błędów, jestem zawalony robotą (za wytknięcie wszystkich serdecznie dziękuję)   Morał wziął się właściwie stąd, że wracając kiedyś do mieszkania usłyszałem te słowa z ust małej dziewczynki, która zawzięcie coś tłumaczyła mamie… i z biegiem czasu obrosło to w opowiadanie :) Jeśli chodzi o mężczyznę to tym zamordowanym był anonimowy latarnik, prawdopodobnie stary kawaler (nikt go nie szukał) zaś tym wracającym był pan Blucz, człowiek z krwi i kości, który nigdy nie miał okazji być zamordowanym w ciemnej uliczce :)  Intrygi nie było, cała sytuacja miała być tylko lekko naciąganym zbiegiem okoliczności, dowcipem małej dziewczynki. Ocha – pierwsze słowa twojego komentarza już są dla mnie wielkim komplementem :D

Eeee… a ja myślałem, że pani Bulcz ma fantastyczną zdolność mieszania ludziom w głowach, w tym wklejania tam wspomnień zdarzeń, do których nigdy nie doszło… Sądziłem, że tak naprawdę kupiec czmychnął spłoszony przez latarnika, a jego zabójstwo jest li tylko sprytnym imprintem wykonanym przez panią Bulcz, by pokarać łajdaka nieco lżejszym portfelem :) Cóż, najwyraźniej co czytelnik, to interpretacja :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish bałem się wrzucać "aż tyle" więc dodałem tylko możliwość grzebania we wspomnianiach :)

Hm, moim zdaniem jednak zostawiłeś – jak na tego typu tekst – trochę za mało informacji. Wydaje mi się, że Twoją mocną stroną mogą być teksty – opowieści, których główną cechą i zaletą jest fabuła. Po prostu ciekawe historie. Nie filozoficzne rozważania, nie oryginalność za wszelką cenę. Właśnie dlatego, mimo kilku naszych wcześniejszych niepowodzeń, zaglądam, kiedy widzę Twój nick. Tylko że ja w tego typu tekstach oczekuję jednak odpowiedzi. Niekoniecznie wyrażonej wprost, kawa na ławę, ale też nie lubię mieć wówczas w głowie pytania kim, do cholery, był ten facet??? Ale to moje zdanie, zapewne znajdą się tacy, którzy się z nim nie zgodzą. Trochę poprawisz warsztat i może być naprawdę fajnie:).

Ostatnie dwa zdania oczywiście nie miały być kursywą.

Błędy poprawiłem (chyba wszystkie) i zmieniłem "morał" skoro nie cieszy się popularnością. Ocha niestety nie mogę się z tobą zgodzić w kwestii tajemniczego faceta, gdybym powiedział coś więcej niż to, że jest latarnikiem, zepsułbym moment, w którym kupiec ucieka, myśląc że Blucz to duch człowieka, którego zamordował, gdybym zaś dodał coś na końcu, to musiałbym przyjąć, że Blucz zna zabitego latarnika i że domyśliwszy się o co chodzi, będzie szukał zemsty. 

Mnie się bardzo podobało. 

Tekst zdecydowanie ciekawy. Fabuła zmierzała w trochę innym kierunku, niż pierwotnie zakładałem, także poczyłem się zaskoczony, po doczytaniu do końca. A to plus.  Lektura zdecydowanie udana.

Bardzo spodobał mi się pomysł, aby zasłyszaną wypowiedź dziewczynki obudować opowiadaniem, bo dzięki temu powstał bardzo zacny szort – odpowiednio klimatyczny, nieco niesamowity, ciut makabryczny… Innymi słowy, bardzo dobry pomysł na Anielkę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka