- Opowiadanie: Szeptun - Tchórz i kłamca. Krąg Vendariona: Pan Upiór

Tchórz i kłamca. Krąg Vendariona: Pan Upiór

Zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby klasyczny świat fantasy "przesunąć" o kilka stuleci w przód? Magia zmieszała by się z technologią, dawni bogowie utraciliby moce... umarli herosi, ale w ich miejsce, być może, narodziliby się nowi... Oto świat ze Snu Vendariona...

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Tchórz i kłamca. Krąg Vendariona: Pan Upiór

 

 

Opowiadanie poniżej może funkcjonowac jako osobne lub jako część większej całości. Opowiadania poprzedzające dostępne są na 

 

http://szeptun.blogspot.com/p/vendarion.html

 

 

Tchórz i kłamca. Krąg Vendariona: Pan Upiór

Autor: Piotr Grochowski

 

/Budynek Vendaryjskiej Agencji Bezpieczeństwa, Memoria, rok 63./

„Ależ z ciebie cholerny tchórz, Toby”, pomyślał o sobie Tobias Wallace. Cud, że dzięki państwowemu szkoleniu i sztuczkom wpojonym przez Burzomysła nie trząsł się teraz jak osika. „Fizycznie jestem w porządku, ale to, co dzieje się w mojej głowie…”.

Siedział w przestronnym, jasnym gabinecie, w wygodnym fotelu, z nogą założoną na nogę. Garnitur Tobiasa, z miękkiego kontynentalnego materiału, był pierwszorzędnie dopasowany, a krawat zakupiony w centrum kosztował krocie. Chustka spoczywała w kieszeni spodni. „To wszystko, to jedno wielkie kłamstwo”, szepnął w duchu. „Skończcie tę grę, niech całość stanie się jasna i klarowna, a ja nareszcie będę mógł zacząć uciekać”.

– Agent Tobias J. Wallace – odezwał się czarnowłosy mężczyzna siedzący naprzeciwko. Zaciągnął się papierosem i wydmuchał olbrzymie ilości szarozielonego dymu. Całe pomieszczenie było nim wypełnione. – To pana dziesiąty rok w służbach bezpieczeństwa.

Toby zmarszczył brwi. „Mam potwierdzać to, co oczywiste?”. Ciemnowłosy świdrował go wzrokiem, więc po prostu skinął.

– Wnikliwie zbadaliśmy jej przebieg, obserwowaliśmy pana od dłuższego czasu.

„Wyśmienicie, psiakrew”.

– Poza jednym wydarzeniem… – mówiący zawiesił głos, odsunął papierosa trzymając go dwoma palcami i wypuścił dym kącikiem ust – wszystko jak „od linijki”. Dziwne, co?

– Słucham? – mruknął Toby. „Czy to już?”, zastanowił się. Lewą dłoń delikatnie przesunął na udo.

– Wie pan, mam spore doświadczenie w ocenianiu ludzi – rzekł ciemnowłosy, poprawiając się na fotelu, a na jego twarzy pojawił się, być może udawany, wyraz zadumy.

Tobias milczał.

– Uważam, że to pojedyncze, czasami bardzo trudne, chwile budują nas, jako jednostki ludzkie. Wtedy dopiero, w wyjątkowych sytuacjach, mamy okazję przyjrzeć się sobie samym. Jak – mężczyzna szukał słowa – w zwierciadle.

Tobias mimowolnie potaknął. Czarnowłosy znów wypuścił dym, zmarszczył nos i kontynuował, wyliczając:

– Tak więc, rok pięćdziesiąty dziewiąty. Drugi rok po akademii, służba próbna, jako agent uzupełniający; przydział, w Memorii. Miał pan partnera z podobnym stażem. Byliście blisko?

Toby mrugnął. Na moment zamiast strachu poczuł smutek, ból. „Co, do cholery, dlaczego chcesz wiedzieć akurat to?”. 

– Pytałem, czy byliście przyjaciółmi.

– Tak – odpowiedział Tobias. – Nasze narzeczone się przyjaźniły. Mieliśmy wspólne towarzystwo. Czy to ma znaczenie?

– Wszystko, agencie Wallace – odparł ciemnowłosy, uśmiechając się delikatnie. – Wszystko ma znaczenie. Czy jest coś, co chciałby pan dodać do złożonego wtedy raportu? Jakieś szczegóły?

– Nie sądzę. Chyba wiecie wszystko.

– Taaak…. – Czarnowłosy udał, że wnikliwie przygląda się aktom rozłożonym na stole. – Prowadziliście obserwację mieszkania. Kamienica miała należeć do jednego z ludzi związanych z rodziną Da Vinanti. To była operacja Agencji bez udziału lokalnych strażników. Trochę to trwało, a wy się nudziliście…

 

***

 

– Więc? – Toerien zawiesił głos. – Jak się panu podoba?

Agent specjalny Brion Kroeger spojrzał na swojego asystenta, skrzywił się i wydął wargi. Nie odpowiedział mu, powrócił wzrokiem w kierunku ekranu, na którym widać było pokój. Kamerę ukryto przed wzrokiem rozmawiających, no przynajmniej jednego z nich. Wysoki, ciemnowłosy agent specjalny, palący czarnego sangoriana, nazywał się Cornelissen i właśnie przepytywał kolejnego człowieka. Niejaki Wallace był typowym „każdym” – wysokim, postawnym mężczyzną o trudnych do zapamiętania rysach twarzy, jasnych włosach i wydatnej szczęce. Tak wyglądały dwie trzecie mieszkańców Vendarii. Czy akurat ten był poszukiwanym przez zespół Kroegera?

– Nie wydaje mi się, żeby musiał mi się „podobać”, którykolwiek z nich – syknął Brion. – Wam, Toerien także radzę nie mieszać w to estetyki lub uczuć.

Strofowany agent poczerwieniał. Zaczął się tłumaczyć:

– Źle się wyraziłem, niezbyt precyzyjnie ująłem to…

– Precyzja to rzecz najistotniejsza. Powinniście to wiedzieć.

– Tak jest. Najmocniej przepraszam – przytaknął Toerien.

Brion uciszył go gestem dłoni. W obserwowanym i podsłuchiwanym pokoju trwała rozmowa, od której wiele zależało. Może i niejedna kariera?

 

***

 

 

/Stare Mury, Memoria, rok 59./

Miasto dopadła kolejna burza. Lało niemiłosiernie, deszcz uderzał o bruk, o asfalt, o karoserie zaparkowanych aut, nie zamierzał zelżeć. Niewiele było widać. Nie wybiła jeszcze godzina czatowników, ale dzięki pogodzie zdawać się mogło, że zapadł już zmrok. Ze strażniczego radia dobiegały co jakiś czas standardowe komunikaty, a wiszący tuż pod sufitem ręczny odbiornik, zapewniający łączność z pozostałymi agentami, milczał. Za to myśli Tobiasa Wallace’a tłukły się wewnątrz jego głowy, galopowały, rzucały się szaleńczo we wszystkie strony.

„Jesteś cholernym tchórzem”, powtarzał sobie raz po raz, ale to nie pomagało. Musiał to w końcu zrobić.

– Kupiłbym go, Toby. Niech mnie pokręci, ale chcę go mieć – usłyszał głos należący do swojego partnera.

Kurt Malaan, siedzący obok, uśmiechnął się szeroko. Poprawił kapelusz lekko nasunięty na jasne włosy i spojrzał pytająco.

– Nie pomożesz mi, co?

Tobias przeciągnął się, poprawił na fotelu, potarł kark, a potem dotknął palcem wskazującym skroni.

– Nie potrzebujesz go – rzucił. – Trzy kroki od domu macie kino.

– Cholera. Kino? Masz mnie za tłuka? Przecież to zupełna bzdura. Moja stuletnia ciotka mogłaby użyć tego argumentu.

– Wiele osób używa „tego argumentu”.

– „Wiele osób” twierdziło, że nie da się spacerować po Semilunie.

– Skakać – zaśmiał się Tobias.

– Dobrze wiesz, o czym mówię. Tysiące hamują postęp, jednostki prą przed siebie. – W głosie Kurta słychać było zapał.

– To jakiś cytat? Dużo ostatnio czytasz…

– To prawda. Po prostu. Chcę go mieć w domu, będę mógł oglądać Jahna Smuttsa spacerującego i – Kurt spojrzał z ukosa na Tobiasa – niech ci będzie, fikającego koziołki na Semilunie Trzy. 

Przez chwilę obydwaj milczeli. Pierwszy odezwał się Tobias:

– Decyzja podjęta?

Kurt westchnął i odpowiedział ze smutkiem w głosie:

– Chyba jednak nie. Emilia przekonuje mnie, że najpierw…

Toby nie słuchał dalej. „Emilia, niech mnie. A ja się łudziłem, że rozmawiamy o…. To się nie skończy, póki mu nie powiem”. Zacisnął szczęki. Na moment zamknął oczy. Pod powiekami przemknął mu obraz – drobna, szczupła brunetka z krwisto czerwonymi ustami, uśmiechała się… „Powiem mu…”.

Wtedy odezwało się wiszące pod sufitem radio:

– Dwa dwanaście, dwa dwanaście…

Kurt ujął komunikator w dłoń i przycisnął guzik umieszczony na obudowie.

– Tu dwa dwanaście. U nas cisza i spokój.

– W porządku – trzeszczący głos zrobił pauzę, po czym odezwał się ponownie: – Według mnie, na dziś to wszystko. Możecie się zwijać…

Kurt uśmiechnął się. Ich przełożony kontynuował:

– Jeszcze tylko upewnijcie się czy w mieszkaniu rzeczywiście jest pusto.

Toby skrzywił się. Kurt zaczął protestować:

– Przecież, dopiero co powiedziałeś…

– Słuchajcie, dwa dwanaście. Zespół z dziesiątki ujął podejrzanego, więc jest praktycznie pewne, że w pozostałych lokalizacjach nie mamy czego szukać, ale nie chcę, żeby Malcolm Rudyard urwał mi głowę. A tak będzie, jeśli wszystko nie zostanie sprawdzone. To standardowa procedura. Czy to jasne?

Deszcz dudnił po karoserii. Kurt Malaan przytknął czoło do szyby i wyjrzał za okno.

– Jasne… Wchodzimy… Bez odbioru. – Ściągnął palec z przycisku i, krzywiąc się, dodał: – Jasne, jak pieprzone słońce, którego tutaj, w Memorii, nijak nie uświadczysz…

Tobias pokiwał głową, odruchowo poprawiając zapięcie kabury umieszczonej pod prawym ramieniem.

 

***

 

Do mieszkania na pierwszym piętrze można się było dostać przez ciemną klatkę schodową. Wewnątrz było cicho, a światło księżyca nie było w stanie przebić się przez gęste chmury. Trudny do wyjaśnienia niepokój dopadł Tobiasa, gdy znaleźli się przy drzwiach. Kurt nacisnął klamkę, a potem wyjął etui zawierające wytrychy i zabrał się za majstrowanie przy zamku. Tobias wskazał na radio, które Kurt zawiesił przy pasku spodni, ale partner pokręcił głową i bezgłośnie poruszył wargami: „Sprawdźmy…”.

Drzwi stanęły otworem. Tobias zawahał się, skrzywił, ale potaknął. Wyciągnęli szybkostrzelne pistolety, zapalili latarki. Wedle wyuczonego schematu weszli do środka mieszkania – Kurt przodem, Toby zaraz za nim, ubezpieczając.

Po krótkiej chwili ustalili najistotniejsze – było pusto. Trzypokojowe mieszkanie zapełniały stare, dobrze utrzymane meble, zapewne cenne. Tapeta była jasna, w roślinne wzory. Lokum sprzątano od czasu do czasu, czuć było zapach aromatycznych ziół, więc ktoś mieszkał tutaj, może pomieszkiwał.

Schowali broń. Kurt przekazał radio Tobiasowi, który podszedł do dużego okna w salonie. Wyjrzał przez szybę na rozległy taras, a dalej na ogromny dziedziniec.

– Centrala, tu dwa dwanaście – wywołał agenta prowadzącego. – Chciałbym złożyć raport.

Tobias odwrócił głowę w kierunku wejścia do dużego pokoju. W progu stał jego partner, latarką wodził po ścianach salonu. Za plecami Kurta pojawił się człowiek – widać było wyraźnie wychudłą, bladą twarz z delikatnym wąsikiem. Błysnęło ostrze. Nieznajomy chwycił Kurta za czoło i przeciął mu gardło – przerażająco szybko i sprawnie. Bryznęła krew. Tobias wyszarpnął pistolet z kabury i wymierzył, ale zabójca zasłaniał się drgającym i krwawiącym ciałem. Na klatce schodowej zadudniły kroki.

Tobias z bezradnością spojrzał na radio. Bladolicy przywarł do pleców konającego Kurta i ruszył w przód, w kierunku środka salonu. Pchnął bezwładne ciało w stronę Tobiasa i wysunął zza pleców kolejne ostrze, długie i zakrzywione. Ktoś z głośnym trzaskiem wdarł się do mieszkania.

Tobias uskoczył i zaczął strzelać. Zabójca rzucił mniejszym nożem. Obydwaj chybili, kule utkwiły w ścianach i suficie, ostrze wbiło się we framugę. W drzwiach salonu stanął mężczyzna w ciężkim płaszczu z obszernym kołnierzem, w rękach trzymał strzelbę.

Huk wystrzału zlał się z dźwiękiem tłuczonego szkła. Tobias wypadł na taras, deszcz od razu zmoczył mu włosy, śrut smagnął po ramieniu. Poczuł kłujący ból, na twarzy miał odłamki szkła i drzazgi. Kolejny wystrzał. Tobias dopadł kamiennej barierki i niewiele myśląc, skoczył w dół. Z prawej ręki wypadło mu radio, druga zupełnie bezwładna dłoń wypuściła pistolet. Uderzenie o mokrą murawę wydusiło mu oddech z płuc. Zabolało jak cholera.

Leżał tak całą wieczność, klnąc w duchu. Przed oczyma miał twarze, nakładały się na siebie: bladolicy z wąsem, Kurt z krwawoczerwonym gardłem i Emilia z krwawoczerwonymi ustami.

Dźwignął się z trudem i ruszył przed siebie. Obok przemknęła kolejna porcja śrutu, zagrzmiał wystrzał. Tobias poczuł ból w okolicach nerek, ale nie odwrócił głowy. Zmusił się do biegu przez środek podwórza, przez zniszczony ogród, po bruku, błocie i trawie. W oddali ci, którzy zabili Kurta klęli, krzyczeli coś zduszonymi głosami.

„Tchórz! Czyżby krzyczeli tchórz?”. Tobias nie był pewien. Wbiegł w boczną alejkę, wąską i pokrytą odpadkami, poślizgnął się i uderzył głową o ceglaną ścianę. Błysnęło mu przed oczami.

 

***

 

Stali nieopodal, rozmawiając. Tobias widział podwójnie, niewyraźnie, jak przez mgłę. Wszystko spowijała błękitna poświata. Wewnątrz alejki deszcz nie padał, woda spływała po ścianach, pluskała dookoła. Powoli i delikatnie, starając się zachowywać jak najciszej, chwycił brezent leżący obok i naciągnął go na głowę. „Ty cholerny tchórzu”, cedził w myślach. „Co robisz? Wracaj tam, dokonaj aresztowania”. Mimo to kulił się pod pożałowania godną osłoną.

– Czemuś to zrobił, idioto? – dobiegł go niski głos. – Miałeś tylko siedzieć cicho. Oni by sobie weszli, sprawdzili i poszli w cholerę…

Odpowiedział mu drugi głos, wyższy, ze śpiewnym kontynentalnym akcentem:

– Stul dziób, cynglu. Ja decyduję, kogo oszczędzam, a kogo zabijam. Nie twój biznes. Mieliście mnie ubezpieczać. To wszystko. Twoje porady nie są mi potrzebne. Za głupi jesteś, by to pojąć.

Zapadła chwilowa cisza.

– Teraz wszystko się zjebało – ponowił niski głos. – Trzeba to posprzątać. Gerth przeszukał zwłoki. To agenci bezpieki.

– Co z tego? – syknął ten drugi. – Twój szef zapłaci komu trzeba i smród się rozwieje. Tylko znajdź mi drania. Mówiłeś, że go trafiłeś. Gdzie jest?

Zbliżyli się, Tobias wstrzymał oddech. Namacał prawą ręką kawałek kija, jakiś drewniany drążek lub coś podobnego. Wiedział, że zaraz go dopadną.

Brnęli w odpadkach i wymieniali uwagi. Niższy głos tłumaczył:

– Musiał tędy pobiec, bo dwóch moich sprawdziło następną ulicę. Nie wydostał się z podwórza, nie wyszedł na zewnątrz.

Zatrzymali się tuż obok. Toby zacisnął palce na kiju.

– Śmieci, pobrudzę sobie nowe buty – warknął niższy głos. Szarpnięcie zerwało brezent z głowy Tobiasa.

W tej jednej sekundzie, w której powinien uderzyć, zawahał się. Znów. „Tchórz”. Było za późno, więc po prostu zamknął oczy. Głos ze śpiewnym akcentem zapytał:

– Więc?

Tobias powoli uniósł powieki. Stali nad nim. Patrzyli na niego, ale ich oczy zdawały się go nie dostrzegać – znudzone, zmęczone i rozczarowane. „Co jest, cholera?”.

– Jest tu trochę krwi, ale człowieka nie widać…

Jak to możliwe? Przecież patrzyli na Tobiasa. Co właśnie się działo?

Bladolicy mrugnął oczami, położył dłoń na ramieniu dobrze zbudowanego mężczyzny w płaszczu i zapytał:

– Czujesz to? Ten zapach?

– Śmierdzi, jak to na śmietniku – wyjaśnił zapytany.

– Nie w tym rzecz… Zresztą pewnie i tak…

Mężczyzna w płaszczu przekrzywił głowę i spojrzał na rozmówcę z drwiącym uśmieszkiem.

– Bo jestem zbyt tępy. Tak, wiem, wiem.

Bladolicy pokręcił głową i machnął ręką. Wtedy Tobias zadrżał i zaczął unosić się, najpierw na kolana, a potem, opierając się o ścianę, wstał zupełnie.

– Co to? Słyszałeś? – zapytał ten w płaszczu, rozglądając się.

Tobias zacisnął wargi i zamierzył się kijem.

 

 ***

 

Sorensen, bo tak chyba nazywał się cyngiel w płaszczu, zgiął się wpół, jęknął głucho. Jedną ręką odruchowo osłonił się przed niewidzialnym ciosem. Spod mokrych włosów popłynęła mu strużka krwi.

Idril odsunął się o krok, próbując pojąć, co właściwie się stało. Rozglądnął się bezradnie, wyciągając przed siebie długie, zakrzywione ostrze kaharry. Znów stuknęło głucho. Pod cynglem ugięły się nogi, z rozciętego łuku brwiowego pociekła mu krew. Upadając, wystrzelił. Zagrzmiał huk, zwielokrotniony przez ciasnotę alejki. Ogłuszony Idril oparł się dłonią o mokrą ścianę, zacisnął powieki, zamrugał i zaczął uciekać w kierunku podwórza.

Po kilku krokach odwrócił się. Wtedy zobaczył jak Sorensen, leżąc na plecach wśród odpadków i śmieci, miota się i zasłania rękoma. Ale nie było nad nim widać żadnego napastnika. Natomiast słychać było uderzenia, trzaski i jęki.

Idril dopadł do rogu, spojrzał raz jeszcze za siebie. Cyngiel leżał nieruchomo z rozrzuconymi na boki ramionami.

Na środku zalanego deszczem podwórza Idril natknął się na kolejnego z cyngli, przywołał go gestem dłoni. Przez moment zastanawiał się, po czym krzyknął:

– Drugi strażnik jest w alejce. – Wskazał kierunek. – Załatwił Sorensena.

Mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce wymierzył broń w wylot alejki i zaczął biec. Idril próbował sobie przypomnieć: „Ilu ludzi miał Sorensen? Trzech? A może mówił o czterech? Na Otchłań, co za bałagan”.

Błysnęło. Zagrzmiał wystrzał. Cyngiel w kurtce przewrócił się i skulił na bruku, tuż obok zniszczonego klombu. Po krótkiej chwili nad leżącym, na wysokości jakichś dwóch łokci, błysnęło ponownie. Pierś cyngla eksplodowała krwią.

Idril zmrużył oczy. Przyjrzał się, usiłując przebić wzrokiem otaczające go ciemności, zlokalizować jakiś szczegół pośród padającego deszczu. Obok zwłok ktoś stał. Deszcz obmywał kształt ciała. Ale sama postać była niewidzialna. Wtedy Idril zrozumiał. Przypomniał sobie vinantyjskie bajki, opowieści piastunek o czarodziejach, iluzjach i znikających ludziach. Zrozumiał, że to, co czuł w alejce – dziwaczy zapach, ostry, drażniący nozdrza – był tym samym, który czuł w dzieciństwie. Wtedy to, w rodzinnym majątku, dwa dni drogi od Vinantium ciotka Idrila, stara Meliel Da Pazzo, pokazywała mu tajemne miejsca, poiła eliksirami i uczyła zakazanych zaklęć. Co ona wtedy mówiła? „Tak pachnie Magia, mój drogi. To zapach Magii…”.

Jeszcze jeden wystrzał. Idril mrugnął, lewą ręką odgarnął z twarzy mokre włosy, w prawej mocniej ścisnął kaharrę. Dziesięć kroków w lewo następny z cyngli został trafiony przez niewidzialnego człowieka. Gdzieś w oddali dały się słyszeć syreny.

– No chodź, przeklęty dziwaku! – wrzasnął Idril. – Odmieńcu. Takich jak ty…

Błysnęło mu przed oczami. Coś z ogromną siłą trafiło go w brzuch, zgięło w pół. Padł na kolana, ostrze wypadło mu z rozedrganej dłoni. Poczuł ciepło spływające na uda, z trudem wyprostował plecy, zadarł głowę. Chyba nie czuł bólu. Krople deszczu, a może łzy, spływały mu po policzkach. Zamykał i otwierał oczy, a serce tłukło mu się w uszach.

Po jakimś czasie chłodny metal dotknął jego czoła. Bardzo wyraźnie, z bliska, czuł „zapach Magii”.

 

***

 

/Budynek Vendaryjskiej Agencji Bezpieczeństwa, Memoria, rok 63./

Czarnowłosy odpalił kolejnego papierosa. Cholera, musiał to lubić. Nie palił jak każdy, on delektował się dymem, smakiem. Tobias śledził wzrokiem smugi wijące się pod sufitem.

– Strata partnera to poważna sprawa… Ale, jak wspomniałem, szukamy u naszych ludzi tych właśnie momentów. Analizujemy te potknięcia, te problemy, czasem i tragedie. Obserwujemy ich reakcje. Spodobała nam się pańska, agencie Wallace.

– Doprawdy? – Tobias uniósł brew. Pod palcami poczuł materiał chustki.

– Mam na myśli to, co działo się po urlopie. To oczywiste, że początkowo chciał pan porzucić służbę. Poszukujemy ludzi, nie golemów. Cenimy uczucia, świadomość swego działania, motywacje. – Ciemnowłosy zmrużył oczy. – I ta sprawa z panną Emilią Cordier…

Tobias zacisnął usta.

– Nie poszukujemy golemów, jak już mówiłem… Najważniejsze, że chciał pan służyć dalej. I od tamtych smutnych wydarzeń był pan bezbłędny i niezwykle skuteczny. To robi wrażenie. W wydziale zorganizowanej przestępczości mają o panu bardzo dobre zdanie. Aresztowania wśród Da Vinantich, zlikwidowanie Paoliona Visariego, z drugiej strony rozbicie kasyn należących do Guriona Nasiriego…

– Nie udowodniliśmy powiązań… – przerwał mu Tobias. – Ale o czym właściwie mówimy?

– O propozycji pracy, stanowiska, o szansie… – wyliczał ciemnowłosy.

„Uwaga”.

– Tworzymy specjalną grupę agentów, rekrutujemy ludzi. Najlepszych z najlepszych. Specjalistów z różnorakich dziedzin.

Tobias uśmiechnął się w duchu, strach, uprzednio trzymający go w ryzach, powoli zaczął się ulatniać. „Może rzeczywiście nie chodzi im o mnie… Najlepsi?, Po tym, co się stało, gdy zaatakował Alchemik, po zabójstwach dokonanych przez Cienia, po zdziesiątkowaniu specjalnej grupy dochodzeniowej Lidhmana, będziecie brać każdego w miarę rozgarniętego agenta. Staracie się opanować chaos. Co za blef…”.

– Nie będę pana dłużej trzymał w niepewności, agencie Wallace. Wpadliśmy na trop Zamaskowanych, śledzimy ich, podsłuchujemy, ale nadal potrzebujemy naszych najlepszych, najszybszych i najsprawniejszych ludzi, by ująć tych anarchistów.

„Blefuje”. Tobias był pewien… Chociaż, może właśnie teraz zaczynał oszukiwać samego siebie? Coś zaczęło z powrotem pełznąć mu po kręgosłupie, delikatny skurcz chwycił go za wnętrzności. Nie, nie był pewien. Uśmiechnął się do ciemnowłosego, który właśnie gasił papierosa, zgniatając go w popielnicy.

– To będzie zaszczyt – odezwał się Tobias, kiwając głową. – To będzie wyjątkowa przyjemność pracować nad nowym, niezwykłym wyzwaniem.

W duchu zaś szepnął:

„Ależ z ciebie tchórz, Toby, cholerny tchórz”.

 

***

 

/Park Ber Eydena, Memoria, rok 63./

„Ależ z ciebie cholerny tchórz, Toby. Jesteś tutaj, pośród tłumu mieszkańców Memorii, żaden z nich nie jest w stanie cię dostrzec, a kulisz się ze strachu…”. Tobias rozglądał się nerwowo. Tłum w parku nie był czymś zwyczajnym, ale pogoda z lekka się poprawiła i ludzie korzystali z bezdeszczowego dnia. Okupowali ławki, spacerowali po placu, przemierzali wysypane żwirem alejki. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Każde z nich mogło być agentem śledzącym podejrzanych. „Cholera, przecież oni cię nie widzą, nie mają pojęcia, że siedzisz na jednej z ławek, nawet pieprzony snajper… Snajper? Toby weź się w garść…”.

Znajoma sylwetka pojawiła się wśród przechadzających się po placu. Tym razem łącznik ucharakteryzowany był na starszego niż w rzeczywistości, nosił perukę przyprószoną siwizną, nie ogolił twarzy. Ale to był on – Vincent. Przysiadł na wyznaczonej zawczasu ławce, tuż obok miejsca, w którym czekał Tobias. Wyjął kolorową gazetę, nabił i zapalił fajkę.

– Jestem – szepnął Tobias, stając za plecami Vincenta. Ten wzdrygnął się, choć oczekiwał sygnału. „Tak to już jest z niewidzialnymi ludźmi”, pomyślał Toby, lekko uśmiechając się pod nosem. „Nigdy nie wiesz, kiedy jeden z nich rozpocznie rozmowę, to musi być przerażające doświadczenie”.

Łącznik wydmuchał dym, budując zeń kilka dokładnych kółek. Odezwał się:

– Cieszymy się?

Toby nie odpowiedział.

– Pytałem, czy się cieszymy, Panie Upiorze. – Po wargach Vincenta błąkał się uśmiech.

„Cholerny Kasslich”. Tobias zasępił się. To ten bajkopisarz i jakże elokwentny redaktor wymyślił im miana. Twierdził, że powinny być sensowne, „mocne” i nieść przesłanie. W kolejnych wydaniach „Strażnika Memorii” pojawiły się wzmianki o zamaskowanych nieznajomych, walczących ze złem. Wesoły Pokutnik. Jeździec Burzy. Jednak nie wszystkie pseudonimy były nowe. Podczas wojny Krąg Trzynastu współtworzyli oryginalni Kamiennoręki, Tarczownik i kobieta zwana Zjawą. Gdy Tobias wspomniał, że niezbyt podoba mu się miano, Fred Kasslich przemianował Zjawę na Pana Upiora. I tak zostało, psiakrew. Jakże „mocne”, niebywale sensowne – Pan Pierdolony Upiór.

Toby nabrał powietrza w płuca i wypuścił je nosem.

– Jestem w środku, Vince – szepnął.

– Cieszymy się, zatem. – Łącznik pyknął z fajki i dodał: – Czy może nie do końca?

Tobias odpowiedział po chwili zastanowienia:

– Musimy być ostrożni.

– Ty musisz być, przede wszystkim. Ale jakież zadanie bardziej pasowałoby Upiorowi?

Toby po raz kolejny zignorował złośliwość.

– Dowiem się, w jakiej kondycji są ich grupy, co na nas mają, jak wiele prawdy jest w ich przechwałkach.

– Ich?

– Nie przesadzaj. Nie musisz mi przypominać. To dla mnie wystarczająco trudne. Czuję to każdego dnia. Jakby cholerne przeznaczenie rozerwało moje życie na dwie części. Ślubowałem wierność, masz o tym jakiekolwiek pojęcie? – Toby zadrżał, teraz już ze wściekłości. – No bo kim ty jesteś? Jakimś cholernym mózgowcem, któremu uratowano dupę. Ot wszystko. Nie musiałeś wybierać, stawać po jednej lub drugiej stronie. Miałeś szczęście…

Vincent milczał. Odezwał się po dłuższej chwili:

– Wybacz. Nie chciałem. Uwierz mi. To… moja niewyparzona gęba. W poprzednim życiu, zwłaszcza za młodu, nieraz mi ją obili, właśnie za coś takiego – powiedział ze smutkiem. – Wybacz. Szczerze doceniam to, co dla nas robisz, wszyscy jesteśmy pełni uznania dla twoich poświęceń…

Vincent coś jeszcze powiedział, kilka słów, ale Tobias już go nie słyszał – szedł przed siebie, roztrącając zaskoczonych ludzi. Ależ musiało to wyglądać. Uśmiechnął się złośliwie, odganiając ponury nastrój, strach i niepewność.

„Wszystko jest w porządku, Toby. Przecież jesteś Upiorem, cholernym Panem Upiorem”.

 

***

 

/Gdzieś w dzielnicy portowej, Memoria, rok 63./

Brion Kroeger zatrzymał wóz, uchylił drzwi i wpuścił do środka Cornelissena. Ten wygodnie usadowił się w miękkim skórzanym fotelu. Spojrzał na ręce Briona.

– Bez żartów – stwierdził. – Naprawdę. Czy mógłbyś tego nie robić?

Brion, nie przerywając zwijania bibułki, w której umieścił dokładnie odmierzoną działkę drogiego, czerwonego ziela, spojrzał na Cornelissena ze zdziwieniem.

– A ty, czy mógłbyś wyrazić się nieco precyzyjniej? – mruknął i pochylił się lekko, po czym polizał brzegi bibuły i dokładnie obejrzał wykonanego papierosa.

– Będziesz palił? Teraz? Kiedy siedzę obok?

Brion skrzywił się.

– Niby czemu miałoby ci to przeszkadzać? Akurat tobie… Ty, od czasów szkoły, oddychasz dymem, a kiedy myślę o tobie, określenie nałogowy palacz to najłagodniejsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy…

– Mówiłem ci przez telefon…

Brion przerwał mu:

– Że musimy pogadać na osobności, pamiętam.

Cornelissen westchnął:

– Chyba już nigdy nie zapalę papierosa. To cholerstwo, które mi dałeś było ostatnie. Naprawdę ostatnie.

– Mówisz więc, że zadziałało?

– I to jak, do cholery. I to jak…

Brion spoważniał, schował papierosa do metalowego pudełeczka.

– Mów.

– Jesteśmy w środku, Bri. Naprawdę w środku. – Cornelissen mówił z przejęciem. – Nie mam najmniejszych wątpliwości. Tobias J. Wallace jest jednym z nich.

– Jest Panem Upiorem? Zjawą?

– Jeśli połączyć wszystkie ślady, zeznania i tropy, to tak. Bezdyskusyjnie. – Cornelissen skrzywił się. – Dodając nasz test z dymem, jestem pewien.

– Jak to działa?

– Tak jak wspominał twój partner.

– Były partner. Max Lidhmann już nie jest agentem. Właściwie już nie jest… – Brion zająknął się.

Cornelissen uśmiechnął się smutno.

– Siedzimy w tym razem. Złamaliśmy każde możliwe prawo. Oszczędź sobie tajemnic i niedomówień. Głęboko w dupie mam teraz kim był i kim jest Lidhmann. – Wciągnął powietrze. – Chcesz wiedzieć?

Brion nie odezwał się.

– Kiedy wdychałem ten przeklęty dym, kiedy wypełnił moje płuca… on zawładnął mną. Mówił do mnie, cholera, odbijał mi się echem w czaszce. I pozwolił mi zrozumieć. Widziałem to, czego normalnie, zwykli ludzie nie dostrzegają. Widziałem delikatny, jakby to nazwać? Poblask. Aurę. Emanację.

– Nie jesteś jak inni – szepnął Brion. – Twoja krew…

– Na Otchłań – warknął Cornelissen. – Każdy ma w rodzinie shaeida. Każdy ma tę pieprzoną skazę. I każda z porządnych, vendaryjskich rodzin stara się ukryć ten ślad jak najgłębiej. Wielu się udaje…

– Tobie się udało. Nikt, poza mną, nie jest świadom…

– Prawda. – Cornelissen pokiwał głową. – Ale wiesz, mój drogi Bri, że nie siedziałbym tu teraz z tobą, nie pracowałbym dla waszej cholernej agencji…

– Musiałem. Nie miałem wyjścia. I, jakkolwiek to nazwiesz, może i szantażem, musiałem cię zaangażować. Masz ten przeklęty dar. Wielu ma rodzinne shaeidańskie piętna, ale niewielu dziedziczy je tak silnie. Te wszystkie rzeczy, artefakty, zaklęcia, zwoje, będą z tobą współgrały. Możesz je wykorzystać, by nam pomóc. Pomóc mnie. 

Cornelissen uśmiechnął się nieśmiało.

– Za to, co robimy, nie dadzą nam medalu…

– Za to, „co” robimy, dostaniemy multum medali. – Brion rozpromienił się. Zaraz potem dodał ze smutkiem: – Niemniej jednak, za to „jak” to robimy czeka nas sąd i stryczek. Może i stos. Chyba, że nikt się nie dowie…

– Przestałem w to wierzyć, kiedy zdałem sobie sprawę z jaką potęgą mamy do czynienia. Nie ukryjemy tego.

Brion chwycił przyjaciela za rękę i potrząsnął.

– Uda nam się. Położymy temu kres. Mawiają: „ogień, ogniem zwalczaj”. Tak właśnie robimy i będziemy tak robić nadal. – Potarł czoło. – Tak więc Pan Upiór. Wyczułeś go…

– Delikatnie emanował. Musiał mieć przy sobie, jak ty to nazwałeś?

Vogat.

– Tak właśnie. Jakiś przedmiot. Najpierw go nie wykrywałem, potem zwiększył swoją moc, by na końcu zupełnie zgasnąć… – Cornelissen zamrugał. – Rozumiesz mnie?

– W każdym słowie. Jego vogatem jest tak zwany Całun. Kawałek materiału, serwetka, chustka, cokolwiek czym jest w stanie pobudzić swoje moce…

– Podczas naszej rozmowy Wallace był przez cały czas, wedle mojej oceny, gotowy do ucieczki. Szykował się do użycia… Całunu

– Nie zdołałby się przedrzeć, w pokojach obok czekali ludzie z siatkami, rozpylaczami farby. Jeśli naprawdę potrafi stać się niewidzialny, byliśmy przygotowani.

Cornelissen wzdrygnął się.

– Niewidzialny Upiór… Co dalej?

Brion zadumał się.

– Będziemy go śledzili, obserwowali dokładniej, niż do tej pory. To nasz cel numer jeden. Jest teraz członkiem naszej jednostki. Będziemy blisko. – Na usta wypłynął mu szelmowski uśmiech.

Cornelissen dostrzegł ten grymas. Przechylił głowę i spytał:

– Co cię tak bawi?

– Cóż. – Brion Kroeger rozparł się w fotelu, położył ręce na kierownicy i nie patrząc na przyjaciela odpowiedział: – Uświadomiłem sobie, ze pomimo twojej deklaracji, chyba będziesz zmuszony wypalić w swoim życiu jeszcze kilka papierosów.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem. Napisane dobrze, nawet lepiej niż dobrze. Jest trochę błędów – sam je wyłapiesz, jeśli przeczytasz tekst. Gdzieniegdzie za dużo przecinków w zdaniach i parę zjedzonych liter. Co do fabuły… cóż… przyznam, że nie zrozumiałem wszystkiego, ale może dlatego, że jestem dość zmęczony. Nie bardzo wiem, dlaczego główny bohater stał się niewidzialny – niezbyt jasno to wyjaśnione – ale powtarzam, jestem zmęczony i trochę gubiłem się w trakcie czytania.

Mi też przydałoby się więcej informacji o naturze Upiora. I może jeszcze bardziej domknięte zakończenie.

Babska logika rządzi!

Ech, napisałem komentarz wcześniej, ale tyle to trwało, że mi się wylogowało na automacie i szlag trafił całość. Bu. Napiszę więc jeszcze raz, krótko. Ciężki początek. Może działa jako część całości, taki jak jest tutaj – samodzielny – wydaje się nieco toporny. Wymaga wygładzenia. Powtarza się słowo "agent" albo "Agent specjalny" i imię bohatera, jak dla mnie za często. W paru miejscach gubią się przecinki. Ogólnie jest nieźle. Mam wrażenie, że miejscami można nieco wygładzić dialogi i zwroty fabularne. Czasami wydaje się, że pisałeś fragmenty w znacznych odstępach czasu i połączenia między nimi wymagają lekkiej poprawy. Jak szwy na materiale. W każdym razie, do jednego tylko fragmentu przywale się pod kątem fabularnym. Tym bardziej, że to istotna scena.   Tobias odwrócił głowę w kierunku wejścia do dużego pokoju. W progu stał jego partner, latarką wodził po ścianach salonu. Za plecami Kurta pojawił się człowiek – widać było wyraźnie wychudłą bladą twarz z delikatnym wąsikiem. Błysnęło ostrze. Nieznajomy chwycił Kurta za czoło i przeciął mu gardło – przerażająco szybko i sprawnie. Bryznęła krew. Tobias wyszarpał pistolet z kabury i wymierzył, ale zabójca zasłaniał się drgającym i krwawiącym ciałem. Na klatce schodowej zadudniły kroki.     Nie uważasz, że bohater powinien przynajmniej krzyknąć? Albo zrobić jakiś gest, ruch, cokolwiek co mogłoby powstrzymać napastnika? Wiemy, że jego partner ginie, Tobias nie zdążył. Musiałby być jednak z kamienia żeby nie mrugnąć będąc w tak dramatycznej sytuacji. Brak mi w tej scenie jego emocji, zwłaszcza, że gdzie indziej nie szczędzisz opisów jego emocjonalnych rozterek (i dobrze, bo to czynia bohatera ciekawszym). Inna sprawa, że panowie przyświecają sobie latarkami. Jest ciemno, napastnik pojawia się za plecami Kurta i przecina mu gardło. Jakim cudem Tobias widzi bladą twarz (to jeszcze) i cienki wąsik (to już niemożliwe)? Jeszcze wyraźnie. Przynajmniej nie to dostrzegłby pierwsze, a raczej zbliżającą się sylwetkę. Moim zdaniem powinien krzyknąć – uważaj! – czy co tam i w tym momencie bandyta podrzyna Kurtowi gardło. Dopiero wtedy widzimy wąsik. Może dostał kroplą krwi w twarz i ją otarł? Chwilę później zabójca pcha przed sobą ciało zasłaniając się nim przed agentem. Pcha przed sobą konającego, 80kg agenta? Poważnie? Nie ma takiej możliwości. Tym bardziej, że ten ruch do niczego mu nie służy. Kurt powinien zwyczajnie zwalić się na ziemię. Dostał po gardle, krew trysnęła, momentalnie miękkie nogi i sru na ziemię. Dalej " Obydwoje chybili," – raczej obydwaj, Tobias i zabójca (on/on).

Na koniec, Vincent to Vince, czyli moim zdaniem zapis zdrobnienia to "Vince'a" a nie "Vinca".   Podoba mi się to, że bohater jest niestabilny emocjonalnie i najwyraźniej z dużym poczuciem winy. Rozbudowałbym fragmenty, w których się obwinia. Wiem, że raz to z powodu pukania żony Kurta, drugi bo go nie obronił, trzeci bo uciekł itd. ale może to jakoś zróżnicujesz charakterologicznie, podkreślisz dlaczego znowu się zadręcza? Niby to wiemy z rozwoju fabuły ale sam Tobias tego do siebie nie mówi tylko powtarza jak mantrę "tchórz", a to za mało żeby jego podszyta realiami autodestrukcja była przekonująca.

Szkapa 

napisałeś:

Jest trochę błędów – sam je wyłapiesz, jeśli przeczytasz tekst. Czytałem :) ale nie wyłapałem. Kilka innych osób też… Gdzieniegdzie za dużo przecinków w zdaniach i parę zjedzonych liter.  Byłbym wdzięczny gdybys wskazał, szczególnie te "zjedzone" bo to istotne… To takie dosyc wygodne – napisać, ze cos jest ale nie wskazać gdzie… Może nie trzeba było w takim przypadku pisac??? Interesuje mnie opinia – za nią dziekuję, ale jeśli piszesz o technikaliach i ma to jakos mi pomóc… napisz mi co i jak… Dzieki Finkla napisałeś: Mi też przydałoby się więcej informacji o naturze Upiora. I może jeszcze bardziej domknięte zakończenie. Wszystko będzie, ale w nastepnych tekstach – nie chchiałbym zdradzac za bardzo … bo to :) tajemnica :) a tak serio to po prostu zakończenie jest "zawieszone" bo taki pomysł…  Liluh napisałeś:

 

Ciężki początek. Może działa jako część całości, taki jak jest tutaj – samodzielny – wydaje się nieco toporny. Nie do końca rozumiem, co znaczy "toporny"… Wymaga wygładzenia. Hmm? A to oznacza co dokładnie? Powtarza się słowo "agent" albo "Agent specjalny" i imię bohatera, jak dla mnie za często.  Policzyłem sobie – uznając za poczatek pierwszy fragment do "gwiazdek" – słowo agent pojawia się dwa razy, póxniej jeszcze trzy… To dużo? Cóż, kiedys pisałem często bezpodmiotowo – teraz próbuję wypośrodkować te sprawy…

Hmm, znów to "gładzenie". Podpowiedziałbyś co mogę w tej kwestii zrobić? Tekst pisałem jako całośc, łącznie trzy dni, bez przerw…

  

Nie uważasz, że bohater powinien przynajmniej krzyknąć? Albo zrobić jakiś gest, ruch, cokolwiek co mogłoby powstrzymać napastnika? Wiemy, że jego partner ginie, Tobias nie zdążył. Musiałby być jednak z kamienia żeby nie mrugnąć będąc w tak dramatycznej sytuacji. Brak mi w tej scenie jego emocji Próbowałem sobie, jak z każdym elementem fabularnym to wizualizowac… tak mi wyszło, że jednnak można skamienieć ze strachu, z zaskoczenia etc. Przypomnę, że Toby wymierzył w przeciwnika, to wszystko dzieje sie w jednym momencie, ułamku sekundy… Jest ciemno, napastnik pojawia się za plecami Kurta i przecina mu gardło. Jakim cudem Tobias widzi bladą twarz (to jeszcze) i cienki wąsik (to już niemożliwe)? Jeszcze wyraźnie. Przynajmniej nie to dostrzegłby pierwsze, a raczej zbliżającą się sylwetkę. Tutaj mógłbym sie zgodzić… Może niebyt dokładnie oddałem klimat sceny… Moim zdaniem powinien krzyknąć – uważaj! – czy co tam i w tym momencie bandyta podrzyna Kurtowi gardło. No przecież, nie zdążył :) Na kiepskich filmach krzyczą w ostatniej chwili "uważaj" co i tak nic nie daje, tak po prawdzie… Kurt i tak był skazany na "poderżnięcie" :)  Chwilę później zabójca pcha przed sobą ciało zasłaniając się nim przed agentem.  Pcha przed sobą konającego, 80kg agenta? Poważnie? Nie ma takiej możliwości. Źle zacytowałeś :) "Bladolicy przywarł do pleców konającego Kurta i ruszył w przód, w kierunku środka salonu. Pchnął bezwładne ciało w stronę Tobiasa… " Zasłaniał się, co jest sensowne skoro Toby mierzy z pistoletu… Przywarł do niego i pchnął ciało… nie pchał go przez pokój, pchnął… jest to jak najbardziej możliwe… zakładając nawet, że Kurt waży 80 kilo (skąd ten wniosek?) a sam zabójca nie jest rosły… a pewnie był wytrenowany… ale tego sie nie dowiemy… Tym bardziej, że ten ruch do niczego mu nie służy. Pisałem powyżej do czego mu zasłanianie ciałem konającego… Kurt powinien zwyczajnie zwalić się na ziemię. Dostał po gardle, krew trysnęła, momentalnie miękkie nogi i sru na ziemię.  Skąd wniosek, ze przecięcie szyi skutkuje "miekkimi nogami" ?

Dalej " Obydwoje chybili," – raczej obydwaj, Tobias i zabójca (on/on).  uuuu. ale gafa :) Dzieki, poprawiam!

 

Na koniec, Vincent to Vince, czyli moim zdaniem zapis zdrobnienia to "Vince'a" a nie "Vinca".  Hmm. obadam to – jeśli przyjąć że odmieniami i zdrabniamy jak Amerykanie – masz rację, ale jeśli odmieniamy i zdrabniamy jak Vendaryjczycy – może być Vinc :)

  

Podoba mi się to, że bohater jest niestabilny emocjonalnie i najwyraźniej z dużym poczuciem winy. Rozbudowałbym fragmenty, w których się obwinia. Wiem, że raz to z powodu pukania żony Kurta, drugi bo go nie obronił, trzeci bo uciekł itd. ale może to jakoś zróżnicujesz charakterologicznie, podkreślisz dlaczego znowu się zadręcza? Niby to wiemy z rozwoju fabuły ale sam Tobias tego do siebie nie mówi tylko powtarza jak mantrę "tchórz", a to za mało żeby jego podszyta realiami autodestrukcja była przekonująca. Ja bym za bardzo już nie psychologizował. Wydaje mi się, ze wystarczy. Piszę popik a nie traktaty lub epopeje :)  Dzięki  

Autorze. Jeśli napisałem, że błędy są, to są. Uwierz mi na słowo. Pewnie, że wygodniej mi o tym napisać, niż wszystkie je poprawiać. I czemu właściwie miałbym to robić? Chyba nie jesteśmy w przedszkolu, prawda? Jeśli nie widzisz błędów, to znaczy, że nie odłożyłeś tekstu na dostatecznie długi czas albo… coś innego. jJa po prostu nie mam czasu na takie rzeczy. Może i wskazałbym Ci parę literówek, ale ton Twojej wypowiedzi mnie zniechęcił. Poproś @regulatorzy – ona jest w tym najlepsza.

@Szeptun   Co do wygładzenia, to kwestia osobistego gustu pewnie, ale dla mnie np: „Ależ z ciebie cholerny tchórz, Toby” pomyślał o sobie Tobias Wallace. Cud, że dzięki państwowemu szkoleniu i sztuczkom wpojonym przez Burzomysła nie trząsł się teraz jak osika. „Fizycznie jestem w porządku, ale to, co dzieje się w mojej głowie…”.   Drugi cudzysłów jest na pierwszy rzut oka konfudujący. Zacząłem czytać i pierwszy cudzysłów uznałem, za coś powiedzianego do siebie, a przy drugim wahałem się czy to opis wyrwany z jakiegoś raportu psychiatry, cytat opinii kogoś innego czy kolejna wewnętrzna wypowiedź. Wychodzi na to, że to ostatnie. Stosujesz anglosaski zapis dialogu. W porządku, tyle, że w dalszej części się to zmienia. Mieszanie systemów nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Rozumiem intencję, graficzne oddzielenie wewnętrznych myśli od kwestii wypowiedzianych na głos, ale nie przypadł mi do gustu. Fragment z powtórzeniem:   "Agent specjalny Brion Kroeger spojrzał na swojego asystenta, skrzywił się i wydął wargi. Nie odpowiedział mu, powrócił wzrokiem w kierunku ekranu, na którym widać było pokój. Kamerę ukryto przed wzrokiem rozmawiających, no przynajmniej jednego z nich. Wysoki, ciemnowłosy agent specjalny, palący czarnego sangoriana"

Agent specjalny Brion… Agen specjalny ciemnowłosy… – dla mnie to niepotrzebne powtórzenie. Czemu nie drugi agent? Dalej znowu będzie "strofowany agent", przecież jest ich tylko dwóch w pokoju? Może przynajmniej "strofowany asystent"? Ogólnie ten akapit też mi ciężko poszedł. Opisy fryzur i karnacji przy każdej postaci. Niejasne przejście z pokoju obserwacyjnego, do widoku z kamery. Jak rozumiem, facet palący papierosa to już postać widziana przez kamerę? Piszesz o ekranie, następne zdanie jest o kamerze ukrytej przed wzrokiem, później odrazu facet z papierosem i kolejny opis innego mężczyzny. Przez chwilę miałem wrażenie, że wszyscy są w jednym pomieszczeniu. Dla mnie zbyt duże skróty myślowe. Tym bardziej, że wszystkich opisujesz po fryzurach, jest dwóch blondynów itd. Dla mnie to nie są żadne wyróżniki. Ok, niech jeden będzie blondynem, ale drugi może z krzywą szczęką, trzeci z jednym okiem itd. Czy naprawdę jedyną cechą charakterystyczną jest dla nich kolor włosów? To zbyt kobieca wrażliwość jak dla mnie, nudne szczegóły. To mam na myśli pisząc o potrzebie wygładzenia początku, bo później jest już z tym lepiej.   Jeśli chodzi o "pchanie" ciała. W takim razie szczęśliwszym określeniem było by "odepchnięcie". Albo dodanie krótkiego opisu, jak to ofiara się słania na nogach. Założenie 80kg wagi jest hipotetyczne – tyle mógłby ważyć wysportowany agent średniego wzrostu. To chyba dość zaniżona waga w stosunku do męskiej średniej ale nieistotne naprawdę. To tylko luźna liczba na potrzeby przykładu. Jak dla mnie poderżnięcie gardła i związany z tym gwałtowny ubytek krwi to właśnie miękkie nogi. Zdarzyło mi się kilka razy w życiu zemdleć, a także podtrzymywać osoby którym to się trafiło. Sru na ziemię, taki to efekt.  Teraz co do samego sensu pchania ciała przed sobą: Bladolicy przywarł do pleców konającego Kurta i ruszył w przód, w kierunku środka salonu.

Rozumiem po co się zasłonił, ale nadal uważam, że ruszanie w przód, z umierającym gościem na środek salonu jest awykonalne. Niby jak miał go zmusić do współpracy? Sorry, do mnie to nie przemawia. A bezużyteczna czynności dlatego, że Tobias już później nie strzela, wpada drugi napastnik i to go powstrzymuje (takie odnoszę wrażenie), a nie upadający na niego Kurt. Zresztą przypuszczam, że naturalnym odruchem było by złapanie przyjaciela, a nie uskoczenie jak przed walącym się konarem.   Dla mnie stosujesz miejscami uproszczenia i to mi się nie podoba. Masz wyraźnie historię w głowie, ale brak mi delikatnego podkreślenia narracyjnego, przez co nie do końca za nią nadążam. Ale to kwestia gustu i być może się czepiam.

Szkapa  Chyba trochę to nieeleganckie tak "wysługiwać się" panią/panną Regulatorzy… :) ona tez może "nie mieć czasu". Rób jak chcesz, mój ton to moja sprawa – nie prosiłem o poprawianie tylko wskazanie, a to forum np. po to jest żeby pomagać – wtręt o przedszkolu jest bez sensu… równie dobrze – jak nie masz czasu – daruj sobie komentowanie w kwestiach technicznych – bo po co skoro w ten sposób mi nie pomagasz?  Liluh co do dialogów… co to znaczy "anglosaski zapis"? i że mieszam systemy? Wedle zasad polskiej pisowni, myśli zapisujemy właśnie w cudzysłowie. Tak jest w tym całym wewnętrznym dialogu, nic nie zmieniam. Po prostu nie zawsze, w dialogu wewnętrznym musi występowac opis… tyle… Angole stosują kursywę a nie cudzysłów…  Poza tym mam konsekwentnie narrację POV … Co do kamery, ekranu, karnacji … wydaje mi się że z lekka się "czepiłeś". Nie uprościłem, tylko sygnalizowałem przejścia od postaci do postaci, zreszta nie ma sensu bronic tekstu poza nim… więc juz milknę :) Dzięki wiekie za zainteresowanie tekstem…

 

Posłuchaj. Przeczytałem Twój długi tekst. Pisałem, że jestem zmęczony. Ledwie zrozumiałem, o co chodziło. Skomentowałem, jak mogłem, a tu spotykam się z Twojej strony z zarzutami. Piszesz, że to nieładnie wysługiwać się @regulatorzy, a mną to ładnie? Naprawdę, masz tupet. A jeśli uważasz, że ten portal służy poprawianiu literówek, no cóż, dla mnie ważne jest co innego. Literówki potrafię wyłapać sam. Pozdrawiam. Bez odbioru.

Szkapa Posłuchaj – po raz drugi napisze Ci to samo: "nie prosiłem o poprawianie tylko wskazanie". Więc nie, nie uważam żeby portal służył wyłapywaniu literówek – Ty o nich wspomniałeś, nie ja… I jeszcze raz powtórzę, nie moja ani nikogo tutaj, jak sądzę, sprawa czy masz czas i siły … ja oczekuje pomocy – zauważyłeś błędy – prosiłem o ich "wskazanie"… Nie masz czasu – trudno. Pozdrawiam!

Szkapo, już kilkakrotnie sugerowałeś kilku autorom, że przeczytam ich opowiadania i dokonam poprawek. Pytam najuprzejmiej jak potrafię –– kto i kiedy upoważnił Cię do tego?   Do tej pory nie reagowałam, licząc że sam pojmiesz niewłaściwość takiego postępowania. No cóż, chyba jestem naiwna. Ostatni taki kuriozalny wpis zrobiłeś dzisiaj, stąd moja reakcja. Odpowiadając Szeptunowi na prośbę o wskazanie zauważonych przez Ciebie błędów, oświadczyłeś, że nie masz czasu na takie rzeczy, po czym beztrosko zasugerowałeś: Poproś @regulatorzy – ona jest w tym najlepsza. Cieszy mnie Twoja o mnie opinia, ale nie chcę abyś w przyszłości komukolwiek dawał do zrozumienia, że przeczytam i poprawię jego tekst. O tym, które i czyje teksty czytam i poprawiam, decyduję tylko i wyłącznie ja.   Szeptunie, wybacz że zamieszczam ten post pod Twoim opowiadaniem, ale wydaje mi się, że to jest dobre miejsce.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 regulatorzy No problem, psze Pani :) Pozdrawiam!  ps. Przy okazji, mam oczywiście nadzieję, skoro zawitała Pani do mnie, na jakąś opinię nt tekstu, wszak ostatni popełniony przeze mnie tekst pt. "Sztafeta" okresliła Pani mianem "Całkiem zacne opowiadanie"… :)

Przyjde tu, Szeptunie, przyjdę z pewnością. Czuję się zaproszona. Sztafeta była nie tylko zacna, ale i dobrze się ją czytało. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy Przepraszam. Naprawdę nie miałem złych intencji. Napisałem przecież autorowi, żeby Cię poprosił, a nie, że napewno poprawisz. Nie chciałem nic złego sugerować. "Nie mam czasu na takie rzeczY" – rzeczywiście mogło zabrzmieć lekceważąco. Mój błąd, ale to zajęcie pochłania mnóstwo czasu, którego po prostu nie mam, poza tym z pewnością nie wyłapałbym wszystkiego. Tym bardziej szanuję Twoją pracę na portalu, choć czasem wydaje mi się, że jesteś zbyt dobra dla tych leniuchów. Jeszcze raz przepraszam i obiecuję poprawę.

Szkapo, to nie są leniuchy! To są tacy sami użytkownicy jak Ty. Chyba wiesz, jak trudno zauważyć błędy we własnym opowiadaniu. Wiesz, że poprawianie tekstu jest pracochłonne. Prypuszczam, że pewnie się mniej więcej orientujesz, ile tekstów poprawiam. Dlatego kiedy napisałeś, że Tobie szkoda czasu na takie rzeczy, poczułam się jak, nie przymierzając, koń pociągowy, ciagnący pod górkę wóz wyładowany po brzegi, ale co tam, Szkapa dorzuci coś jeszcze, niech męczą się inni. I zrobiło mi sie bardzo przykro.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy Rozumiem, jak mogłaś się poczuć i strasznie mi głupio. Wiem ile pracy kosztuje poprawianie własnego tekstu, ale od czasów "Feminy" podchodzę do wyłapywania błędów dużo poważniej. Pisząc o leniuchach mam na myśli autorów, którzy mają w tekście mnóstwo literówek (nie dwie lub trzy, ale dwadzieścia) a Ty odwalasz za nich niewdzięczną robotę. Sądzę, że idą po prostu na łatwiznę. Czym innym są oczywiście błędy stylistyczne i tutaj wiele się od Ciebie nauczyłem. W każdym razie jeszcze raz przepraszam P.s. W ramach pokuty… :D prypuszczam – przypuszczam

Przeprosiny przyjęte. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Szeptun   "Angole stosują kursywę a nie cudzysłów…  "   W takim razie czytamy inne angielskie/amerykańskie książki, bo pierwsze słyszę żeby zasadą była kursywa. Zasadą jest cudzysłów, kursywa bywa  przy okazji.   Co do zapisu monologu, niespecjalnie chce mi się szukać więc przytoczę pierwszy link z brzegu. Powtarzam, dla mnie proponowany zapis był mylący. Wyrażam swoją opinię i tyle. Kłaniam się i powodzenia.

Całkiem niezły tekst, ciekawie napisany i skonstruowany. Aczkolwiek wcześniej, wydawał mi się nieco dłuższy… Ale błędy są, i dokładnie te o których napisali Ci pozostali.   Ale, to co mi się najbardziej rzuciło w oczy, to Twoje komentarze, odnośnie oczekiwania że wstawiony tu tekst, nie ty, a ktoś Ci poprawi. No, trochę to nie tak powinno działać i działa, że my tu jak w szkole za rączkę będziemy prowadzić każdego autora, czyli ktoś z loży lub użytkowników, będzie poprawiał jakiś tekst. To nie tak działa, i działać powinna pomoc dla autora. Owszem jakieś wskazówki i drobne poprawki zawsze się zdarzają i zdarzać będą, Ale na zasadzie wytknięcia ich plus sugestie, a nie odwalenie całej roboty za autora. No, wybacz. Chyba rozumiesz o co chodzi. I takie czekanie na regulatorów, która wyłapie i jeszcze poprawi błędy za Ciebie, o których wiedziałeś i z czystego lenistwa nie chciało Ci się poprawić. Przykre to. Mam nadzieję, że wyciągniesz z tego jakieś wnioski na przyszłość. 

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

 mkmorgoth  Z całym szacunkiem, ale naprawdę nie czytasz ze zrozumieniem. Już tłumaczyłem różnice między "wyłapać" a "wskazać". Pisanie, w stylu – no masz tam kilka literówek i intrepunkcyjnych błędów niby jaką pomoca jest dla autora>??? Jesli ktoś nie ma czasu na technikalia, niech nie pisze że "coć" "gdzieś"… Ja zawsze jak pomagam, staram sie to robić konkretnie. Nie mam oczekiwań o których piszesz, z żadnej mojej wypowiedzi to nie wynika… A Panią Regulatorzy prosiłem o "opinię" a nie o "poprawianie" czy "łapankę". Czytaj i rozum. A nie przyłaczaj się do opinii Szkapy (zresztą bezsasadnych)… Piszesz: błędy za Ciebie, o których wiedziałeś i z czystego lenistwa nie chciało Ci się poprawić. O żadnych błędach nie wiedziałem, i nie jestem leniwy – skąd do diaska takie wnioski>??? A pozostali ??? Szkapa napisał mi właśnie "coś " "gdzieś" czyli nic konkretnego, i to on zwracał się do Regulatorzy – nie ja,,,  oraz Liluh pisał mi konkrety (za które dziekowałem)… Wnioski wyciągam nastepujące: warto zawsze pisać konkrety (i do konkretnych osób) , czytac ze zrozumieniem, miec nieco dystansu. Na koniec – wielkie dzięki za opinię, choć nie do końca rozumiem co znaczy: Aczkolwiek wcześniej, wydawał mi się nieco dłuższy… Co znaczy "wcześniej"??? Jak mam to rozumieć. Pozdrawiam  

I znowu powiem, że dzielnie sobie poczynasz, Szeptunie. Opowiadanie zacne i niezgorzej napisane. Myślę, że gdybym czytała Twoją opowieść od samego początku, znała wszystkich bohaterów i wszystkie intrygi, miałabym o niej jeszcze lepsze zdanie.   „Przez chwile obydwaj milczeli”. –– Literówka.   „Tobias wyszarpał pistolet z kabury i wymierzył…” –– Wolałabym: Tobias wyszarpnął pistolet z kabury i wymierzył…   Obydwoje chybili, kule utkwiły w ścianach i suficie…” –– Obaj/ obydwaj chybili, kule utkwiły w ścianach i suficieObydwoje/ oboje to mężczyzna i kobieta.   „Huk wystrzału zlał się Tobiasowi z dźwiękiem tłuczonego szkła. Wypadł przez balkonowe drzwi na taras, deszcz od razu zmoczył mu włosy, śrut smagnął go po ramieniu”. –– Czy rzeczywiście huk wystrzału zlany z dźwiękiem tłuczonego szkła wypadł na taras, a tam deszcz hukowi zmoczył włosy i jeszcze śrut smagnął mu ramię? ;-D Może: Huk wystrzału zlał się z dźwiękiem tłuczonego szkła. Tobiasz wypadł na taras, deszcz od razu zmoczył mu włosy, śrut smagnął po ramieniu.   „Huk, zwielokrotniony przez ciasnotę alejki, na moment ogłuszył Idrila. Oparł się dłonią o mokrą ścianę, zacisnął powieki, zamrugał i zaczął uciekać w kierunku podwórza”. –– Huk znowu poczyna sobie nietypowo, bo ogłuszywszy Idrila oparł się o ścianę, zamrugał i zaczął uciekać. ;-D

Może: Zagrzmiał huk, zwielokrotniony przez ciasnotę alejki. Ogłuszony Idril oparł się dłonią o mokrą ścianę, zacisnął powieki, zamrugał i zaczął uciekać w kierunku podwórza.   „Wtedy zobaczył jak Sorensen miota się na dnie alejki, pomiędzy odpadkami i śmieciami, leżąc na plecach i zasłaniając się rękoma”. –– Alejka to nie wąwóz. ;-) Proponuję: Wtedy zobaczył jak Sorensen, leżąc na plecach wśród odpadków i śmieci, zasłania się rękoma.   „…tuż obok zniszczonego klombu. Po krótkiej chwili, obok leżącego…” –– Powtórzenie.   „Przyjrzał się, starając się przebić wzrokiem otaczające go ciemności, zlokalizować jakiś szczegół pośród lejącego z nieba deszczu”. –– Może: Przyjrzał się, chcąc/ usiłując przebić wzrokiem otaczające go ciemności, zlokalizować jakiś szczegół pośród padającego deszczu. Deszcz nie pada znikąd indziej, tylko z nieba.   „Idril mrugnął, lewą ręką odgarnął mokre włosy z twarzy…” –– Wolałabym: Idril mrugnął, lewą ręką odgarnął z twarzy mokre włosy…    „Gdy Tobias wspomniał, ze niezbyt podoba mu się…” –– Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 regulatorzy Pieknie dziekuję za opinię i za porady. Część zmian w międzyczasie sam naniosłem, bo edycja już nie była możliwa. Wersja, którą mam na blogu jest na bieżaco uaktualniana i poprawiana, wedle sugestii Dobrych Ludzi :) Sa tam także poprzednie teksty, gdybys zechciała zagłębić się w świat Komanda Vendariona. Zapraszam szeptun.blogspot.com Pozdrowienia!

Dziękuję za zaproszenie, ale na razie ledwo wyrabiam się z bieżącymi opowiadaniami z dyżurów. W dodatku nadlatują stada Czarnych Kawek i muszę się nimi zajmować w sposób specjalny. Jednak nie wykluczam, że kiedyś… No i cieszę się, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe, dobrze się czyta, podobało mi się :)

Nowa Fantastyka