- Opowiadanie: prosiaczek - Miasto Sawantów

Miasto Sawantów

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Marianna, vyzart

Oceny

Miasto Sawantów

Adam Orbitowski leciał w bańce przez miasto, niecierpliwie zastanawiając się, jak pójdzie mu tym razem. Na samą myśl o kolejnym rozpraszaniu zaciskał szczęki. Skażeni zawsze mieli jakieś wytłumaczenie! Nadpobudliwość emocjonalna? Nie, to nieprawda, że ich szlaki dopaminowe, przechodzące w pobliżu układu limbicznego, charakteryzuje aktywność typowa dla dzikusów. Zgoda, może i nie urodzili się szczęśliwcami o rozdwojonej jaźni, ale zdolności intelektualne – zapierali się – mieli i tak nieporównywalnie wyższe od jednostek, które jeszcze nie tak dawno temu uznawano za zdrowe. Tak, doskonale wiedzieli, iż ewolucja była latami hamowana z uporem maniaka przez działających w dobrej wierze lekarzy. Żaden z chorych jednak nie dopuszczał do siebie myśli, że jedynym wyjściem jest rozproszenie, nawet jeśli dostawał na to solidne dowody.

Adam czasami zwlekał, zanim przystępował do schwytania nosiciela patologicznej cechy. Tak jak robił to teraz. Trzymał asystentów blisko siebie, na niewidocznych gołym okiem smyczach, i obserwował z góry nic nie podejrzewającego Cerna. Niektórzy inni homeostatorzy sądzili, że Orbitowski ma w sobie za dużo litości. Oczywiście mylili się, nie robił tego z powodu współczucia; uważał, że skażeni ludzie nie powinni się nawet rodzić. Dlaczego w takim razie? Choć neuronalnie obezwładniając, a potem poddając swoje ofiary procesowi rozpraszania Adam nie miał wyrzutów sumienia, od paru dni coraz bardziej doskwierał mu irracjonalny dysonans poznawczy. Cholerny wewnętrzny niepokój.

Z tej wysokości miał pod sobą główną przestrzeń komunikacyjną. Przemierzała ją ludzka rzeka, apoteoza fenotypowej różnorodności. Patrząc na tysiące półprzezroczystych baniek o najróżniejszych kolorach, Adam pomyślał, że popularni kiedyś psychologowie i psychiatrzy nie nadążyliby z klasyfikowaniem kolejnych rzekomych zaburzeń, gdyby taki pluralizm miał miejsce w ich czasach. W końcu już wtedy istniały dziesiątki tytułów stygmatyzujących. Na Sawantów patrzono z litością, schizofreników leczyło się farmakologicznie, a osobom z uszkodzonym ciałem modzelowatym nie dawano szans na normalne społeczne funkcjonowanie. Świat na szczęście się zmienił. Jeden z głównych paradygmatów stojących u podstaw postrzegania rzeczywistości mówił, że dobór naturalny nie jest biologiczną iteracją i w związku z tym nie może prowadzić do hamowania różnorodności organizmów. Implikacją tego zaś było głębokie przekonanie, iż stanów odbiegających od normalności nikt nie ma prawa z góry przyjmować za niepożądane. O tym, co jest dobre, a co złe, rozsądzi ewolucja, jak zawsze piekielnie skuteczna w eliminacji swoich nietrafionych projektów. Tu właśnie pojawiał się wewnętrzny niepokój. Dlaczego Orbitowski robił to, co robił, mimo paradygmatu i jego następstw?

Adam zleciał w główną przestrzeń komunikacyjną, wtapiając się w ludzką masę. Bańka dostosowała się do innych latających obiektów, zachowując wokół siebie cztery metry wolnej strefy publicznej. Skażony obiekt znajdował się jeszcze niżej. Obserwując go, Orbitowski czuł przyjemny dreszczyk emocji. On, cichy opiekun miasta, ścigający bezwzględnego przestępcę, kapłan palący heretyków ogniem prawdy. Oczywiście pełnej satysfakcji nie pozwalał mu osiągnąć irracjonalny dysonans poznawczy.

Adam dawno zostałby zamknięty w ośrodku dla odmieńców, gdyby nie rozpraszanie. Gdyby nie nowy porządek. Nie tylko społeczny, ale również biologiczny. Pomimo tej świadomości, czuł się dziwnie usuwając patologiczne obiekty. W końcu to tak, jakby próbował stłamsić ewolucję. Z drugiej strony, dla dobra ogółu to, co niegdyś było normalnością, obecnie uznawano za głębokie upośledzenie. Jak więc mógłby postąpić inaczej?

Zleciał jeszcze niżej, osiągając jedną z mniejszych przestrzeni komunikacyjnych. Przyspieszył.

Znajdował się coraz bliżej skażonego obiektu. Przeważnie nieprawidłowe genotypy eliminowano w zarodku. Czasami jednak zdarzało się, że ekspresja niektórych niepoprawnych cech następowała w późniejszym wieku. Tak jak miało to miejsce u Cerna. Drobna sylwetka, blada skóra, delikatne ciemne włosy. Orbitowski doskonale rozumiał ten podprogowy przekaz – patrz, jestem taki bezbronny! Nie rób mi krzywdy! – i pozostawał na niego niewrażliwy.

Ich bańki wreszcie się zrównały.

Chłopiec przez długą chwilę leciał swobodnie, nie dostrzegając swojej nemezis, ale kiedy wreszcie odwrócił twarz w stronę homeostatora, zachował się w sposób, jakiego Adam się nie spodziewał – wytrzeszczył oczy i zaczął kręcić głową w niemym niedowierzaniu, jakby nagle przestał rozumieć świat. Prawdopodobnie dostał udaru mózgu.

Adam nie zamierzał dłużej zwlekać. Wydał polecenie. Asystent wystrzelił niewidoczne substancje wyłączające system nerwowy. Te w niemal magiczny sposób przeniknęły powierzchnię bańki i patologiczny obiekt, siedmioletni Cern, osunął się na kolana, a potem, przegrywając rozpaczliwą walkę o pozostanie świadomym, przewrócił się na bok.

 

 

***

 

 

Złowróżbnie połyskujący w jasnym świetle asystent przypiął Cerna do maszyny rozpraszającej. Na jego głowę z najwyższą precyzją nasunął kopułę nanoindukcyjną.

– Gdzie jestem? – spytał chłopiec, odzyskawszy przytomność.

Adam znajdował się w pokoju operacyjnym, ale słyszał i widział Cerna dzięki kamerom.

– Byłem przekonany, że krew zalała ci ośrodek Broki – mruknął niezadowolony. – Tylko dlaczego? W końcu rzadko do tego dochodzi. Na udar niedokrwienny szansa jest jeszcze mniejsza.

– Boję się…

Adam nie musiał słuchać narzekań chłopca. Mógł w każdej chwili wyłączyć dźwięk, lecz nie pozwalała mu na to jakaś siła. Być może to przez wiek skażonego. Noworodki potrafiły tylko krzyczeć i piszczeć, nieświadome otaczającej rzeczywistości, natomiast starsi ludzie byli w pewnym sensie do niej zaadaptowani. Cern znajdował się gdzieś pośrodku. Wiedział, co go czeka, ale z pewnością nie rozumiał dlaczego.

– Chcę dowodów! – zażądał.

– Oczywiście. – Adam Cernowi nie tyle przesłał wyniki badań, ile zasypał mu nimi korę potyliczną. Chłopiec się skrzywił. – To musi być potężny cios, taka wiadomość, że jest się skażonym, prawda?

– To pomyłka. Boże, przecież ja… Co to jest dopamina?!

Neuroprzekaźnik odpowiedzialny za funkcje poznawcze i emocjonalne, pomyślał odruchowo Adam. Dowód twojej winy.

– A kortyzol?

Adam westchnął, poirytowany. Chciałby, aby skażonych zabijał na miejscu wylew, albo cokolwiek innego. Wtedy nie musiałby przeprowadzać procesu rozpraszania. Może dla patologicznych organizmów to humanitarne, ale dla niego? Wyciszać w odpowiedniej kolejności szlaki hormonalne – bo przecież nie mógł dezaktywować od razu, dajmy na to, szyszynki – było naprawdę trudno. Oni odchodzili z tego świata w całkowitym spokoju, a Adam to obserwował. I nie wiedział, co powinien czuć.

– Moi rodzice, niech pan z nimi porozmawia.

– Domagasz się wyników, dostajesz je, a potem i tak robisz problemy. Pogódź się z tym, że jesteś skażony.

– A czy jest szansa…

– Przykro mi. Zresztą sam wiesz, prawie nigdy nie ma. Zadawanie łagodniejszej śmierci to nie to samo, co zmiana całej struktury osobowości.

Zapadła cisza. Adam miał nadzieję, że tak zostanie do końca. Włączywszy zautomatyzowany w dziewięćdziesięciu trzech procentach proces rozpraszania, i półświadomie obserwując jego postępy, zastanawiał się nad swą bezdusznością. Smutek, owszem, czuł, ale odległy, jakby przez coś tłumiony.

– Już zacząłeś? – W głosie Cerna wyraźnie pobrzmiewała panika. – Daj mi jeszcze kilka godzin.

Adam poczuł rosnącą irytację.

– Za chwilę będzie po wszystkim.

– Chcę chociaż chwilę!

Czy Orbitowskiego deprawowała moralnie władza, czy po prostu usunął zbyt wiele istnień i granica tolerancji na ludzkie cierpienie osiągnęła apogeum?

– …chwilę!

– Zamknij się! – uniósł się Adam. – Sądzisz, że jest mi łatwo? Że robię to dla zabawy?

Momentalnie ścisnęło go coś w gardle. Przecież wystarczyło, że wyłączy dźwięk. I nie będzie więcej słuchał narzekań oraz pretensji chłopca. Rozproszy go w ciszy i spokoju. Tak jak robią to inni homeostatorzy.

– Zabij mnie – poprosił przez łzy Cern.

– Słucham?

– Proszę.

– To byłoby barbarzyństwo. – Adam zamrugał zdumiony. – Takie stopniowe wyłączanie mózgu będzie dla ciebie znacznie lepsze.

Zmniejszył próg pobudliwości neuronów.

– Mam rację?

Cern milczał.

Adam odchrząknął.

– Posłuchaj. Kiedyś podobno torturowano ludzi za błahe przewinienia. Ty dopuściłeś się najgorszego. Powinieneś docenić, że ulegniesz rozproszeniu. Gdyby decydowali o tym zwykli mieszkańcy… Zresztą nieważne. Niedługo będzie po wszystkim. Słyszysz mnie?

Orbitowski przez chwilę przyglądał się wykresom i liczbom tłumaczącym wskaźniki biologiczne na ludzki język postrzegania, by wreszcie dojść do smutnego wniosku, że chłopiec już się nie odezwie.

Ale to nie koniec.

Do odłączenia pozostał gadzi mózg.

Adam nie chciał na to patrzeć.

 

 

***

 

 

Orbitowski ograniczał kontakty społeczne do interakcji z wirtualnymi osobowościami, dlatego na samą myśl o rozmowie z prawdziwym człowiekiem czuł narastające podniecenie. Tym bardziej, że nie on o to zabiegał, lecz Lena, homeostatorka, której jakimś cudem udało się zdobyć od Systemu autoryzację na spotkanie. Pojawiła się w postaci hologramu na ścianie w jego mieszkaniu. Pociągająca kobieta, wyglądająca na lekko speszoną. Chciała po prostu go poznać. Adam, choć zaintrygowany, raczej nie zgodziłby się na to, gdyby tego samego dnia nie rozproszył Cerna. Od tamtej pory miał ochotę porozmawiać z kimś, kto go zrozumie, a nie tylko będzie udawał. Teraz pojawiła się nieoczekiwana okazja i nie zamierzał tracić czasu.

W budynku publicznych spotkań nie można było poruszać się bańkami, więc Adam zostawił swoją na zewnątrz.

Winda bezgłośnie ruszyła, kiedy Orbitowski nakreślił palcem odpowiedni znak na czarnej tabliczce znajdującej się w kabinie. Gdzie mnie wieziesz, zastanawiał się, zdumiony czasem potrzebnym na dotarcie do celu. Nie czuł prędkości, ale widział swoje położenie w postaci kropeczki, przemieszczającej się po mapie w prawo i momentami do góry. W pewnej chwili zaczął podejrzewać, że Lena nie przypadkiem wybrała takie a nie inne miejsce. A właściwie System to zrobił, bo przecież zgadzając się na spotkanie, nie dałby im całkowitej swobody. Adam mgliście zdał sobie sprawę, że chodzi o prawo różnorodności Burnsa i ta myśl go zaniepokoiła. Zanim jednak powiązał ją ze swym irracjonalnym dysonansem poznawczym, dojechał na miejsce. Drzwi windy otworzyły się na tonący w błękitnym świetle lokal.

Wszedł do niego i rozejrzał się, jednocześnie rejestrując na granicy świadomości osobliwą zmianę w powietrzu. Na samym środku sali, urządzonej w minimalistycznym stylu, siedziała ta sama ciemnowłosa, pociągająca kobieta, którą widział u siebie na ścianie w postaci hologramu. Była nawet tak samo speszona… A może zmieszana? Lecz to nieistotne, gdyż jego uwagę przykuło coś innego. Poza automatycznym kelnerem była tu tylko ona, a mimo to Adam podejrzewał, że nawet gdyby w sali znajdowało się dwieście innych kobiet, żadna nie przyciągałaby jego uwagi tak mocno jak Lena.

Dosiadłszy się, Orbitowski zastanawiał się, co powinien powiedzieć. Lena w tym czasie kilkukrotnie dotknęła opuszkami powierzchni stolika. Adam ocenił, że ruch smukłych palców oznacza zniecierpliwienie.

– To niecodzienna sytuacja – zaczął. – Też uważam, że wirtualne osobowości to za mało.

– Słucham?

– Inaczej byś mnie chyba nie zapraszała. – Na czole Adama pojawił się mars. – Lena, zgadza się? – Rozejrzał się po pustej sali.

– Och. – Kobieta się uśmiechnęła. – Wybacz, zastanawiałam się, co zamówić.

Przyglądał się homeostatorce z pewnym wzruszeniem, ponieważ była hologramową obietnicą, która się spełniła. Starał się znaleźć choćby jeden drobiazg nie pasujący do całokształtu, ale albo żaden nie istniał, albo Adam całkiem zatracił dystans. Ruchy ust, nawet te najsubtelniejsze, delikatny owal twarzy, długie czarne włosy – to wszystko było takie… Jakie? Odpowiednie? Urzekające?

– Masz rację – powiedziała Lena. – Nasza praca naraża nas na pewne nieprzyjemności. Czasami potrzebny jest kontakt z kimś podobnym.

– Chcesz się zwierzyć – ocenił Adam.

Lena znowu się uśmiechnęła, tym razem tajemniczo.

– Nie tylko.

– W takim razie…

Podleciał do nich automatyczny kelner. Pierwszy drink postawił przed Leną, drugi przed Adamem, po czym się oddalił. Zrobił to z taką kulturą, na jaką stać mało którego człowieka.

Lena napiła się i spojrzała pytająco na Adama.

– Zamówiłam też dla ciebie.

Orbitowski stosował zasadę ograniczonego zaufania nawet w stosunku do obcych wirtualnych osobowości.

– Na razie podziękuję – powiedział tak uprzejmie, jak tylko umiał, nie chcąc jej urazić.

Lena odstawiła szklankę i znowu się uśmiechnęła. Adam miał wrażenie, że to zbyt efemeryczna emocja, aby była prawdziwa.

– Dwa dni temu rozproszyłam jednojajowe bliźniaki – westchnęła z zadumą. – Trzymiesięczne, mające ledwie długość przedramienia. Kiedy rozpraszałam pierwsze… Znasz się na bliźniakach?

Adam zaprzeczył wolnym ruchem głowy.

– Podobno jeśli w łonie matki jednemu stanie się coś złego, drugi to odczuwa. Może przez to źle się rozwijać nawet w życiu pozaustrojowym. Spróbuj sobie teraz wyobrazić, co podczas rozpraszania pierwszego działo się z drugim. Masz pojęcie, ile emocji potrafi przekazać takie małe dziecko? Mimika twarzy, ściśnięte piąstki…

– Straszny widok?

– Powinien być taki, prawda?

Lena dopiła drinka duszkiem, zdenerwowana.

– Męczy mnie myśl, że rozproszyłam je bez mrugnięcia oka. Nie uważasz, że to dziwne?

Adam poczuł rodzącą się między nimi więź. Choć nie powinien, dotknął dłoni kobiety. Lena spuściła wzrok, odwróciła głowę. Adam zabrał ramię jak oparzony.

Przez chwilę milczeli.

Potem on zaczął mówić. Z jednej strony nie chciał się za bardzo otwierać przed Leną, z drugiej zaś pragnął opowiedzieć historię ostatniego rozproszenia. Dlatego co chwilę robił pauzy, zastanawiając się, czy mógłby powiedzieć za dużo. Trochę obawiając się faux pas, bo przecież od bardzo dawna nie dyskutował z prawdziwym człowiekiem.

Zaabsorbowany werbalizacją własnego procesu introspekcyjnego, nie dostrzegał, że na twarzy słuchającej go Leny pojawiał się wyraz coraz większej goryczy. Przestał zauważać także inne szczegóły.

– Ten chłopiec, Cern, nie był nikim szczególnym – kontynuował wypranym z emocji głosem. – Przypadek zepsucia jak każdy inny.

Lena znowu postukała opuszkami o powierzchnię stolika. Adam nie dostrzegł jej drżących dłoni.

– Chodzi mi raczej o sam fakt rozpraszania. Myślałaś kiedyś, dlaczego w ogóle to robimy?

Przyleciał automatyczny kelner. Postawił drink przed Leną i oddalił się. Wyglądał jakby wyczuwał, że zaraz coś się wydarzy.

– Dzieci są takie niewinne – kontynuował Adam. – Gdybyś tylko widziała tę bladą skórę, kruche kości, to spojrzenie…

– Widziałam.

– W każdym razie…

Adam zerknął na nią.

– U bliźniaków? To nie to samo. Ten wiek jest najgorszy. Jednojajowce są inne.

– Cern był moim synem – przerwała mu Lena, tępo patrząc na kieliszek.

Adama zalało niemal katatoniczne odrętwienie. Siedział w bezruchu i obserwował homeostatorkę szeroko otwartymi oczami.

– To ja powinnam go rozproszyć. Ale nie mogłam. Bałam się, że zrobię to jak zawsze bezdusznie, a potem… Potem będę tego żałować.

– System się na to zgodził? – wykrztusił Adam.

Lena uśmiechnęła się blado.

– Dostałam inne zlecenie. – Spojrzała na niego z uporem i smutkiem. – Wybacz.

– Jestem skażony?

– Nie wiem. Przykro mi, Adamie.

Chciał coś powiedzieć, bronić się, ale nie mógł. Miał wrażenie, że tonie w jej czarnych oczach, tak samo bezdusznych i niepojętych jak jego własne.

Te oczy.

Jak kurtyna skrywająca prawdę.

Adam zatracił się we własnym zwierciadle.

 

 

***

 

 

Ściany świeciły się na zielono.

– Witaj, jestem Sina. – Pomieszczenie wypełnił łagodny, rozbawiony kobiecy głos. – Mogłabym zrobić to w ciągu pikosekund. Tylko po co?

Adam siedział na krześle i zastanawiał się, z kim ma do czynienia. Z człowiekiem, fraktalną inteligencją, białkowym nowobytem? Elementem Systemu? Przynajmniej fakt, że nie podłączyli go do maszyny rozpraszającej, dodawał mu otuchy. Gdyby faktycznie uznano Orbitowskiego za skażony obiekt, anihilacja odbyłaby się natychmiast.

– Jak myślisz, po co?

– Nie rozumiem. Dlaczego tu jestem?

– Dobrze wiesz.

– Ten stres mnie wykończy – pożalił się Adam.

– Och, nie tylko ciebie. Pomyślałeś o innych? Przyznam, że ciekawy z ciebie przypadek. Dlaczego to robisz?

– Dlaczego co robię?

– Nie udawaj. Siejesz zamęt. Mącisz spokój. Niszczysz porządek. Nękasz społeczeństwo. Zakłócasz publiczną przestrzeń.

Adam spróbował przełknąć ślinę, ale w ustach miał sucho jak na pustyni.

– Nie rozumiem – powiedział z narastającym gniewem. – Nie powinniście niepokoić uczciwych obywateli.

– Boisz się, bo cię prześwietliliśmy. Przyznaj się. Tak będzie lepiej.

– Ale ja nic nie zrobiłem! – Zerwał się z krzesła. – Chodzi o Lenę? To jakaś wariatka!

– Wcale tak nie myślisz o niej.

– Wypuść mnie! Żądam wyjaśnień! Inaczej…

– Kiedy pies czuje się zagrożony, odsłania zęby wraz z dziąsłami. Z tobą jest tak samo, Adamie? Mieszanka strachu i złości?

– Wypuść!

Ściany zmieniły kolor na żółty.

– Ponadto drażni cię, że nie masz na czym skupić spojrzenia. Nie martw się, mam pomysł. Mogę manifestować się w dowolnej formie. Na przykład w postaci bardzo pociągającej kobiety. Co ty na to? Popatrzysz sobie, a ja sprawdzę coś w twoim mózgu. Wiesz, że pożądanie i agresja dzielą podobne szlaki neuronalne?

Orbitowski poczuł dziwne mrowienie w głowie. Ta tępa cipa mu w niej grzebała!

– Od trzech lat pracuję przy regulacji pracy unifikatorów – wykrztusił, tracąc dotychczasowy rezon.

– To dopiero ironia losu – powiedziała z namysłem Sina. – Tak samo jak to, że nie popełniłeś przy tym żadnego błędu. W tym kontekście to zabawnie adekwatne, że myślisz o mnie jak o tępej cipie.

– Jestem szanowanym obywatelem… Co? – Wytrzeszczył oczy. – Więc do czego mam się przyznać?

– Powinieneś to wiedzieć. Do siebie. Widzisz, to nie kwestia twoich działań, lecz tego, jaki jesteś.

– A jaki jestem? – spytał oszołomiony Adam.

– Nieprawidłowy. Wyjaśnienie zawiera się w jednym słowie: ewolucja. To ona ustala porządek naszego świata. Dzięki niej każdy normalny człowiek ma takie a nie inne parametry biologiczne. Oczywiście norma ma bardzo szerokie granice, niemniej jednak po ich przekroczeniu zaczyna się patologia. Przypomniałeś już sobie?

Ewolucja niczego nie ustala, pomyślał Adam.

– Jestem więc patologiczną jednostką? – spytał z niedowierzaniem.

– Odchylenia od normy trzeba korygować, a patologiczne zaburzenia likwidować.

– Boże…

– Poziom serotoniny, adrenaliny i dopaminy, aktywność Kory Nowej oraz starszych struktur mózgowych, związany z powyższymi podstawowy poziom przemiany materii, to wszystko u ciebie się nie zgadza. Wiesz, jak labilne mamy społeczeństwo? Dopiero od niedawna nowa, lepsza ludzkość może czuć się bezpieczna.

Adam poczuł w klatce piersiowej narastający niepokój.

– Wiem, jestem homeostatorem! Posłuchaj, to niemożliwe, żebym… Żyję tu od dziecka. Moja matka zmarła, gdy byłem mały, a ojciec zginął podczas pracy w fabryce nanomaszyn.

Sina bezdusznie się zaśmiała.

– Więc nie przyznajesz się do winy? Uwierz mi, to dla ciebie lepsze. Kto wie, może jeszcze jest nadzieja?

– Ale ja nie…

Ściany zaświeciły się na czerwono.

– Ostrzegam, przyznaj się do winy.

Adam z powrotem usiadł na krześle. Złapał się za głowę.

– Ja…

I wtedy czerwony przeszedł w fiolet.

– Och. Zaczekaj. Znalazłam coś interesującego. W hipokamp wszczepili ci ewokator fałszywych wspomnień. Nie miałeś tu matki ani ojca. Nie pracujesz przy unifikatorach od trzech lat, tylko od dwóch dni.

Zapadła chwila ciszy.

– To jakiś żart? – spytał szeptem bardziej siebie niż ją. – Kim w takim razie jestem?

– To oczywiste – zaśmiała się Sina. – Terrorystą.

 

 

***

 

 

Adam pędził w bańce napędzanej siłą jego umysłu, przez pulsujące niczym różnokolorowy świetlik miasto. Skrzące feeriami barw przestrzenie komunikacyjne jak pędy pnączy oplatały stalowoszare, sięgające nieba drapacze chmur, wiły się między wieżowcami niczym macki ogromnego potwora chcącego zagarnąć miasto, ożywiały arterie superaglomeracji. Najistotniejsze procesy zachodziły jednak na poziomie mikro, w postaci wypełniających przestrzeń unifikatorów, będących niewidzialną gołym okiem, niemalże animistyczną siłą trzymającą miasto w ryzach. Bioróżnorodność więc jednocześnie oszałamiała i sprawiała wrażenie zamkniętej w sztywnych ramach.

Bardzo dobrze, że ktoś kontroluje ten piękny świat, pomyślał odruchowo Adam. Tylko na jak długo? W istocie wystarczyłby jeden mały błąd homeostatorów, aby porządek przestał istnieć. Tylko teoretycznie unifikatory, wykorzystujące sprzężenia zwrotne zbiorowe nanointeligencje, były niezawodne. W praktyce jednak okazało się, że nawet jeden skażony obiekt znajdujący się na wolności jest wystarczająco silnym impulsem, żeby zakłócić publiczną przestrzeń. To właśnie przez reakcję otoczenia na emanację hormonów, impulsów nerwowych oraz wyrzutów fal wapniowych z astrocytów w bezprecedensowej konfiguracji, Adam tak bardzo się spieszył. Wciąż miał w głowie słowa Siny: odchylenia od normy trzeba korygować, a patologiczne zaburzenia likwidować. Tylko dlaczego właśnie jego uważali za niebezpieczeństwo? Był odchyleniem od normy czy patologią? Tak czy inaczej, nie zamierzał pytać o to Siny. Wcześniej łudził się, że może jeszcze nie jest za późno, aby grzecznie wrócić, przeprosić i zdać się na jej łaskę. Teraz instynkt mu podpowiadał, że pod żadnym pozorem nie powinien się zbliżać do… tego czegoś.

Skręcił w ruchliwy tunel komunikacyjny. Obawiając się reakcji innych, zmniejszył prędkość. Otoczenie znów nabrało prawidłowych kształtów, pozlewane kolory zastąpiły wyraźne karmin, indygo i amarant. Świat na zewnątrz zwolnił w przeciwieństwie do metabolizmu Adama. Serce biło mu szybko, co chwilę wpadało w rezonans wywoływany rozszalałymi parametrami biologicznymi, trzepocząc jak skrzydła ogromnej ćmy. Poza tym, zauważył z niepokojem, kończyły mu się nielegalne neurofarmaceutyki, które dostał od nieznajomej. Dzięki nim zdołał przejąć kontrolę nad bańką. I lecieć tam, gdzie powiedziała mu ta obca kobieta.

Nieważne. Niedługo dotrze do miejsca, w którym wszystkiego się dowie. Uda się. Sięgnął ręką do tyłu, podświadomie szukając potwierdzenia tych słów. Wyczuwając przylegające do potylicy neurokable, odetchnął z ulgą.

Dzięki sensorium wiedział, co dzieje się na zewnątrz bańki w samym mikroświecie. Unifikatory ujednolicały tworzące atmosferę emanacje biorytmów mieszkańców miasta. Dlatego Adam zdziwił się, gdy delikatne muskanie tych pierwszych przeszło w nachalne prądy substancji identyfikujących. To była normalna procedura – zgodnie z Prawem Różnorodności Burnsa, zgodnie z którym każda różnorodność może zostać opanowana tylko przez inną różnorodność, procesy regulujące musiały działać precyzyjnie jak w roślinnej komórce. Niestety niesprzyjające okoliczności wywołały bezrefleksyjny odruch i Orbitowski ze strachu połknął wszystkie pozostałe neurofarmaceutyki.

Nagle rozległ się alarm, a on zrozumiał, że jest skończonym idiotą. Tak drastycznie zwiększając we krwi stężenie antyinhibitorów wychwytu wstecznego noradrenaliny, zmarnował prawdopodobnie swoją ostatnią szansę na ucieczkę.

Tylko że… A gdyby?

Ale nie było czasu na rozmyślania.

Kontrolę nad ciałem znów przejął gadzi mózg. To wszystko pierwotne instynkty, przemknęło przez głowę mężczyzny, gdy bańka zaczęła przyspieszać. Kiedy przekroczyła maksymalną dozwoloną prędkość, wpadła w niekontrolowane drgania.

– Zatrzymaj się – usłyszał za sobą znajomy głos.

Obejrzawszy się, doznał szoku. Ścigała go Lena. Obok niej leciał wyposażony w najprostszą inteligencję asystent.

Korę Nową Adama rozświetlił blask milionów komunikujących się między sobą neuronów. Zatrzymać się? Chciał zapytać, dlaczego Lena to zrobiła. A może to ona wysłała kobietę z nielegalnymi neurofarmaceytykami? Przecież… Starsza ewolucyjnie struktura mózgowia – jeden wielki imperatyw przetrwania – natychmiast stłamsiła wszelkie zapędy swego niby racjonalnego sąsiada. Orbitowski wytężył umysł jeszcze bardziej, wskutek czego bańka, nieprzystosowana do takich szaleństw, straciła orientację i zaczęła kręcić się wokół własnej osi.

– To niebezpieczne – ostrzegł go asystent. – Zatrzymaj się, bo będę zmuszony…

Adam już go nie słyszał, mknąc przez ludzką rzekę. Wydawało mu się, że zgubił także Lenę.

Bańka wypadła z tunelu jak wściekły robak. Ledwo uniknęła zderzenia z drugim tępym asystentem, ale gwałtowny manewr całkowicie pozbawił ją kontroli, i uderzyła w ścianę z siłą, która sprawiła, że Adamowi odczepiły się stabilizatory. Impet cisnął mężczyzną jak szmacianą lalką. Neurokable napięły się do granic wytrzymałości i wyrwały się wraz ze strzępami skóry i kawałkami kości. Z potylicy na kark i grzbiet popłynął strumyk krwi. Bańka wreszcie się zatrzymała. Adam przekręcił się na bok i zwymiotował.

– Nic nie zrobiłem – wyjęczał.

Podniósł się i zobaczył nadciągających w jego stronę asystentów. Lecieli a każdej strony, a on ze zgrozą zdał sobie sprawę, że musi wyglądać ja jakiś samobójczy atraktor. Trzymał się za krwawiącą głowę i już sądził, że to jego koniec, gdy wszystkie opalizujące kule niespodziewanie pospadały z hukiem i trzaskiem na ziemię.

Adam zemdlał.

 

 

***

 

 

Nie mógł uwierzyć własnym zmysłom. Wdychał zapach rosy i kwiatów. Chłonął dotykiem nierówną fakturę kory drzew i rozcierał między opuszkami żywicę. Gdzieś w oddali rozlegały się śpiewy ptaków. Gdy zaczął padać słaby deszcz, ruszył ścieżką w stronę altany.

Obok kroczyła kobieta, która uratowała mu życie. Adam nigdy by nie uwierzył, że ta ciemnowłosa, delikatnej postury niewiasta zniszczyła dziesiątki robotów w czasie krótszym niż sekundę, gdyby sam nie był tego świadkiem.

– Impuls elektromagnetyczny – powiedział z zawoalowanym wyrzutem w głosie. – Mogłaś mnie zabić.

– Chroniła cię bańka.

– Jeśli bym był podpięty do sensorium, spaliłoby mi mózg.

– Zaryzykowałam.

Przeszły go ciarki.

Stanął na pierwszym drewnianym, skrzypiącym schodku altany. Zatrzymał się.

– A to wszystko? – Rozejrzał się wokół. – Lasów już przecież nie ma.

– Niewiele ich zostało.

– Nie rozumiem.

– To tylko kamuflaż. Musieliśmy się jakoś ukryć przed tymi pasożytami.

Adam przypomniał sobie bezdusznie rozbawioną Sinę. Wszedł na taras i zatrzymał się przy balustradzie.

– To ogromna hala – tłumaczyła dalej kobieta – naszpikowana holograficzną technologią. Przez taki gąszcz informacji nie przebije się najlepszy skanujący robot. Twój biorytm jest nie do wyśledzenia.

– Nie zainteresują się taką akumulacją mikrourządzeń?

– W mieście istnieją miejsca jeszcze gęstsze od technologii. Nie bój się, jesteś tu bezpieczny. – Spojrzała na niego przepełnionym nostalgią wzrokiem. – Jestem ci winna wyjaśnienia. I przeprosiny.

– Przeprosiny?

– Wiem, że byś się na to nie zgodził. Ewokator fałszywych wspomnień nie tylko wywołuje nieprawdziwe obrazy, ale także blokuje większość tych prawdziwych, starych. Musimy ci go usunąć.

– Chcecie grzebać mi w mózgu? – spytał przerażony Adam.

Ewa westchnęła.

– To konieczne.

– Nie ma mowy!

Ale Ewa już trzymała w dłoni usypiacz.

 

 

***

 

 

Usunięcie ewokatora fałszywych wspomnień stało się przekleństwem Adama. Nie chodziło wcale o to, że po operacji Orbitowski ani nie wrócił do normalności, ani nie poczuł się choćby odrobinę lepiej. Eksperci z podziemi trochę paradoksalnie, mimo tego, iż Adam był uwięziony, starali się uczciwie uprzedzić go przed licznymi efektami ubocznymi. Nie mogli jednak przewidzieć wszystkiego, zwłaszcza że Adam był pierwszym człowiekiem poddanym zabiegowi wstecznemu. Stał się ofiarą własnego umysłu.

Budzące się z nienaturalnej hibernacji struktury hipokampu uwolniły eklektyczną lawinę, mieszankę obrazów, dźwięków, zapachów i całej gamy innych wrażeń. Te zaś, w zderzeniu ze wspomnieniami, które powinny umrzeć wraz z rolą homeostatora Adama, spowodowały niezliczone zmiany w mózgu. Najpierw neurony rozjarzyły się jak nocne niebo podczas burzy. Adam czuł ścierające się masy ambiwalentnych emocji, tworzące tornada niesprecyzowanych afektów. Trwało to przez jakiś czas od momentu przebudzenia. Później przewodnictwo neuronów drastycznie spadło i Adam był w stanie odczuwać jedynie niepokój. Wykastrowany emocjonalnie, tracąc wolę do działania, wspominał.

A w niektórych retrospekcjach ukrywały się inne.

 

 

***

 

 

Siedzieli na urwisku skalnym. Wpatrzeni w horyzont malowany na karmin przez zachodzące Słońce, milczeli. Decyzja zapadła i nie potrzebowali więcej słów. Mimo to wzajemna obecność i szum oceanu nie wystarczały Adamowi, walczącemu z rosnącym przygnębieniem.

Nie musiał tego robić. Po prostu zgłosił się na ochotnika. Urodził się w jednym z ostatnich miejsc, gdzie ludzie potrafili jeszcze samodzielnie działać. Gdzie nie istniały nowobyty, w tamtym, drugim świecie współżyjące z homo sapiens we względnej harmonii, będącej naprawdę zakamuflowanym pasożytnictwem.

Egoizm nie wchodził w grę. Adam, czekając na operację, powtarzał sobie te słowa jak mantrę. A może to właśnie egoizm nim kierował? Poczucie odpowiedzialności za Ewę, która nadawała jego życiu sens, doprowadziło do tego, że podjął się wielkiego ryzyka. Ewokator fałszywych wspomnień miał mu pomóc błyskawicznie zaadaptować się do nowego środowiska, zaś pewne zmiany w innych niż hipokamp strukturach mózgu oszukać System. Zmiany nie permanentne lecz czasowe, a mimo to niosące ze sobą wiele niepewności.

– Zrezygnuj – powiedziała mu dzień przed operacją Ewa.

Nie chciał się z nią rozstawać, lecz środowisko i geny ukształtowały go tak, że nie miał innego wyboru. Zresztą nie był wyjątkiem. Wielu innych również postanowiło poddać się operacji, bowiem ludzie z podziemi nadal mocno wierzyli w sens etycznego postępowania. Silne pragnienie zaakcentowania różnic między nimi a pustymi skorupami kontrolowanymi przez obce inteligencje stanowiło żyzny grunt pod rozkwit moralności i empatii.

– Nie będzie mnie przez jakiś czas – odparł wtedy. – Ale wrócę. Postaram się.

Ewa wzięła głęboki oddech.

– Nawet jeśli, to zmieniony – mruknęła. – Całkiem zmieniony.

– Poradzę sobie.

– A jeśli kogoś rozproszysz? Jeśli w ciągu tych dwóch dni trafisz na skażony obiekt.

Zanim zdążył odpowiedzieć, przysunęła się do niego bliżej i zaczęła mówić z ogromnym zapałem, zupełnie jakby nie znała realiów.

– Nie idź na operację! Przecież i tak wystarczająco się od nich różnimy. Sam wspominałeś o odmienności tak znaczącej, że naukowiec z obcej planety uznałby nas i ich za dwa daleko spokrewnione gatunki. To… Och, przepraszam. Nie powinnam.

Momentalnie posmutniała.

Już któryś z kolei raz łapała się na tym, że przychodzący jej do głowy pomysł jest irracjonalny – w końcu bez operacji System od razu złapałby, a potem rozproszył Adama. Ale umysł Ewy tak właśnie działał, próbował znaleźć jakiekolwiek pocieszenie, choćby na krótką chwilę.

Adam współczuł Ewie za każdym razem, kiedy starała się go przy sobie zatrzymać i nie sądził, że tak szybko zatęskni za uporem kochanej.

Teraz, gdy siedzieli na urwisku skalnym, spędzając ostatnie chwile razem, było mu przykro, że już nie stara się odwieść go od operacji. Nie trzymała go za dłoń. Nie przechylała się lekko w jego stronę, tak jak wcześniej, jak ciążąca do ziemi topola. Nostalgiczne spojrzenie utkwiła w horyzoncie. Odcinała się.

Choć sam nie potrafił, nie winił jej.

 

 

***

 

 

W pobliżu podziemi kręcił się homeostator.

To był impuls jak milion woltów – wyrwał go z introspekcyjnego marazmu w ułamku sekundy. Rozjarzone neurony weszły w intensywniejsze interakcje z astrocytami, a Kora Nowa i hipokamp zaczęły wykrzykiwać: To ona! To ona!

Zanim Ewa i inni zdołali podjąć jakąkolwiek decyzję, Adam pognał do śluzy, wskoczył do zmodyfikowanej bańki i wyleciał na zewnątrz.

Po niebie sunęły zapowiadające burzę chmury. Miasto tonęło w półmrokach. Blade, jakby schowane za półprzezroczystymi skorupkami młodych mięczaków bańki, pod całunem niesprzyjającej aury poszarzały jeszcze bardziej. Adam mimowolnie przypomniał sobie, że wcześniej, będąc homeostatorem, postrzegał je jako intensywnie kolorowe. Jednocześnie dzięki podłączeniu do sensorium zauważył, że w powietrzu znajduje się mniej unifikatorów. To dlatego, iż wejście do podziemi, położone u podnóża wzniesienia miasta, leżało na obszarze relatywnie słabo zaludnionym. A jednak udało im się nas znaleźć, pojął z trwogą Adam.

Ewa ledwo przed nim wyhamowała.

– Oszalałeś? Wracajmy, zanim nas znajdą.

– Zostaw mnie – powiedział z uporem. – Nie ciebie szukają.

Ruszył na szczyt wzniesienia. Ewa została na miejscu, klnąc pod nosem.

Z najwyższego punktu rozpościerał się widok na panoramę miasta. Adam wszędzie, gdzie spojrzał, widział bezkres wieżowców, a także holopierścieni, wyznaczających niezliczoną ilość przestrzeni komunikacyjnych. Tymi ostatnimi płynęły ludzkie rzeki; jedna wielka fałszywa peregrynacja. Schizofrenicy, ejdeci, osoby o rozdwojonej, a nawet rozdrobnionej osobowości, jednostki autystyczne, cierpiące na abulię, narkoleptycy, aspołeczni synesteci. Miasto sawantów i udręczonych dusz. Bezbronnych dzieci i morderców. Ludzi dorabiających ideologię do bezcelowości. Nieumiejących nawiązywać więzi i tworzyć prawdziwego społeczeństwa. Podporządkowanych prawu różnorodności Burnsa. Systemowi. Miasto codziennie zabijanych Cernów, nie mających pojęcia, że prawo do życia nie podlega dyskusji. Rozpraszanych w celach znanych tylko demonicznym nowobytom. Kraina okrutnych matek, myślał z gniewem Adam. Między innymi tej, którą pokochał.

Z zadumy wyrwał go jakiś ledwo słyszalny dźwięk. To piekielne opalizujące kule, asystenci któregoś z homeostatorów. Na szczęście oddalili się od Adama, aby okrążyć zbocze, nieświadomi obecności skażonego obiektu. Być może jakimś sposobem wyczuli, że coś tu nie gra, że w pobliżu znajduje się wejście do Podziemi. Ale Adam długo nie zawracał sobie nimi głowy.

Widział coś innego. Ważniejszego. Coś, czego widok wcześniej wzniecał w nim pożądanie, a teraz jedynie agresję. Te same szlaki hormonalne, pomyślał, zaciskając zęby.

Homeostatorka nie ruszała się z miejsca. Patrzyła na znikających za zboczem asystentów.

Adam wytężył umysł i ruszył w dół. Nie wziął ze sobą żadnej broni, więc jedynym wyjściem było rozpędzenie bańki do granic możliwości. Systemy bezpieczeństwa absorbujące energię kinetyczną nie zostały stworzone z myślą o takich prędkościach; przypominał mu komunikat ostrzegawczy. To nic. Miał gdzieś, czy przeżyje. Prawdziwy drapieżca, bez satysfakcji, ale również bez dysonansu poznawczego, który, Adam teraz wiedział, nigdy nie był irracjonalny.

Tuż przed planowaną kolizją odłączył od potylicy neurokable. Tylko tyle mógł zrobić. Zobaczył jeszcze twarz pełną niedowierzania, a potem nastąpiło zderzenie i świat zaczął wirować, zalewając go powodującymi mdłości rozmazanymi obrazami oraz wybuchającymi ogniskami cierpienia.

To ona! To ona!

Bańka zatrzymała się u podnóża wzniesienia. Adam wyszedł z niej na czworakach. Czuł tępe ćmienie w okolicy lewego barku, przeszywający ból połamanych żeber… Kiedy wstał, o mało nie przewrócił się. Zlany zimnym potem, z mroczkami tańczącymi przed oczami, mgliście pojął, że ma pogruchotaną nogę. Kiedy zobaczył opalizującą bańkę, ruszył w jej kierunku na czworakach.

W środku, na plecach, leżała homeostatorka. Długie ciemne włosy częściowo zakrywały profil twarzy.

Adam zauważył, że wszędzie jest mnóstwo krwi. Pod głową kobiety rozkwitała czerwona plama.

Delikatnie chwycił za włosy, po czym z całej siły szarpnął. Nie wystraszył się nagłego krzyku, lecz ciemnych oczu, które otworzyły się jak kosmiczne otchłanie. Oczu, w których wtedy utonął.

– Lena! – syknął.

– To musi być szok… Wiadomość, że jest się…

Adam uderzył ją w klatkę piersiową. A potem jeszcze raz, i jeszcze. Kiedy Lena zaczęła krztusić się krwią, objął dłońmi niczym żelaznymi kleszczami smukłą szyję i zaczął dusić kobietę. Lena nadaremnie szarpała się, drapała Adama po twarzy, waliła go pięściami po ramionach. W końcu wygięła ciało w łuk, napinając się w przedśmiertnym spazmie, po czym zwiotczała. Adam jeszcze przez chwilę patrzył na nabrzmiałą szyję, na spurpurowiałą twarz. Na otwarte czarne oczy, z których uleciał ten nieokreślony błysk świadomości.

Zluzował uścisk.

Oszołomiony, czekał, aż Lena coś powie. Gdy usłyszał kobiecy głos, drgnął ze strachu.

– Wracajmy – powtórzyła Ewa.

Adamowi kręciło się w głowie. W skroniach uderzała mu pełna adrenaliny krew.

Na horyzoncie pojawiły się trzy punkciki.

Ewa spojrzała w ich stronę. Była cała blada.

– To nie jest bańka dla dwóch osób – powiedział głosem bezbarwnym jak szkło.

– Zabiorę cię.

Adam spojrzał w jej oczy, pełne smutku, pozbawione jednak melancholii, i przypomniał sobie ich ostatnią rozmowę, kiedy siedzieli na urwisku skalnym. Ewa już wtedy go skreśliła. Skazała na zapomnienie. Później, gdy cudem zdołał uciec do podziemi, nawet po usunięciu ewokatora fałszywych wspomnień, traktowała go jak kogoś zupełnie obcego. Przypomniał sobie rozpraszanie Cerna. Chłopca do eliminacji, ponieważ miał za dużo dodatnich społecznie genów.

Trzy punkciki były coraz bliżej. Adam wiedział, że nie ma już czasu.

Spojrzał na martwą Lenę, potem jeszcze raz na Ewę, decydując ostatecznie, przy której z nich jest jego miejsce.

 

 

***

 

 

Obudził się w jasnym pomieszczeniu. Leżał na miękkim biołożu. Nie mógł się ruszyć.

Czasami człowiek wmawia sobie pewne rzeczy. Taki mechanizm obronny. Adam nawet nie zdążył pomyśleć, że to Ewa go uratowała, ponieważ usłyszał łagodny, kobiecy głos, pozbawiający wszelkiej nadziei.

– Mogłabym zrobić to w ciągu pikosekund. Tylko po co?

– Ze względu na prawo różnorodności Burnsa – wychrypiał Adam.

– Różnorodność może być kontrolowana jedynie przez inną, bardziej złożoną różnorodność – zacytowała Sina. – Czy dlatego powinnam się ciebie obawiać? Wybacz, że drwię.

– Istnieje coś takiego, jak wrażenie potrafienia czegoś. Jesteście zwykłymi naśladowcami, niczym więcej.

– Takie były wcześniejsze wersje.

– I takie jesteście wy.

Sina zaśmiała się wesoło.

– Już wiele lat temu futurolog Kurzweil mówił o wykładniczym tempie rozwoju nauki. Badacze zajmujący się poznaniem ludzkiego genomu zdobyli zaledwie procent niezbędnej wiedzy w trakcie pierwszej połowy trwania projektu. Gdyby takie tempo się utrzymało, do dziś nie odkryliby materiału genetycznego homo sapiens.

Adam wiedział, do czego zmierza jego nemezis. Rozwój nauki, intensywne badania nad świadomością, powstawanie licznych inteligentnych mikrourządzeń mających w zamierzeniu ułatwiać ludzkie życie, wzajemne komunikowanie się wszystkich i wszystkiego poprzez tak zwaną chmurę… A potem nowobyty, dzięki algorytmowi translatującemu język ludzki na matematyczny, zaczęły rozwijać się jeszcze szybciej, pojmować aksjomaty świata fizyki oraz abstrakcje świata ludzi.

Adam instynktownie wyczuł, że coś z tyłu się do niego zbliża. Nie chcąc o tym myśleć, zamknął oczy i powiedział:

– Mylisz się. Ewolucja nie promuje zaburzeń.

– Oczywiście, że nie – zgodziła się Sina. – Ale jeśli spojrzysz na to w ten sposób, że staliśmy się ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego, i przejęliśmy nad wami kontrolę, wtedy przyznasz, że możemy mówić o ewolucji.

Zakręciło mu się w głowie. Otworzył oczy. Źrenice pochłonęły niemal całą tęczówkę; ostateczne z pierwszorzędnych bram percepcji wpuściły do mózgu obraz kopuły nanoindukcyjnej.

– Nieistotne, czy to są geny, czy memy – mówiła dalej rozweselona Sina. – Wasz początek miał miejsce, gdy w biologicznej zupie narodziły się pary zasad azotowych. Nasz to suma wzajemnych wpływów białkowych bytów i wszechobecnych mikrourządzeń, zanurzonych w chmurze.

– Są jeszcze normalni ludzie.

– Bo im na to pozwalamy.

– Są takie miejsce. Byłem tam – Adam z trwogą zauważył, że jego mowa staje się bełkotliwa.

– Powiem ci coś jeszcze, zanim utracisz zdolność myślenia. Nie możemy wykluczyć, że gdzieś istnieją społeczeństwa niepodległe Systemowi. W związku z tym niektórym skażonym obiektom dajemy pozorną wolność. W ten sposób chcemy zobaczyć, do czego jesteście zdolni, i stworzyć stosowne środki prewencyjne. Dlatego stworzyliśmy podziemie.

Adam nie chciał w to wierzyć. Z trudem mógł się skupić.

– Ewa…

– Według prawa różnorodności Burnsa taki nie do końca kontrolowany terroryzm stanowi pewne ryzyko. W końcu wy, ludzie, doprowadziliście do własnej klęski właśnie przez pychę i pewność siebie, pozwalając technologii i nowobytom żyć własnym życiem.

– Ewa…

– Ewa nas zawiodła. Jest zbyt ostrożna, za bardzo boi się walki z Systemem, woli siedzieć w podziemiach, miejscu, które uważa za bezpieczne.

– Nie. Nie…

Sina westchnęła.

– Przykro mi. Wykonała swoje zadanie. Tak samo jak ty, Adamie.

Próbował powtarzać sobie, że Ewa jest bezpieczna. Że System jej nie znajdzie. Że przerażające słowa Siny nie są prawdą. Niestety ogarniała go obojętność. Brak woli większy nawet niż ten po ostatniej operacji. Powoli wszystko przestawało mieć znaczenie.

– Ewa?

Wszystko poza przetrwaniem.

Mięśnie napięły mu się jak postronki. Zaczął się szarpać, wrzeszczeć, przewracać w niekontrolowany sposób oczami.

Gadzi mózg zawsze umiera ostatni.

Koniec

Komentarze

…Opowiadanie najeżone terminologią medyczną, biochemiczną i psychologizującą. Sprawia to, że śledzenie fabuły i jej zrozumienie, wymaga niemałego wysiłku. Pozdrowienia.

[hard (to understand) sci-fi] Niecierpliwie sądzę, że również autora ogarnął dysonans poznawaczy. Znał słowa, ale nie potrafił ich połączyć w ciekawy tekst.

Odnoszę wrażenie, że stworzyłeś ciekawy świat, ale pogrzebałeś go pod tysiącem medycznych terminów. Są jacyś ludzie, jest fabuła, tylko emocje zostały odcięte. Dlaczego piszesz "kora nowa" wielkimi literami?

Babska logika rządzi!

Napisałeś długie opowiadanie, tworząc jak najbardziej realistyczny obraz opisywanego świata. Mimo że, nie jest mi obca terminologia naukowa, i niemal z każdą dam sobie radę. Ale w tym, wypadku, przy tym tekście, nie dałem już rady. Gdzieś w połowie dałem sobie spokój, bo nawtykałeś w ten tekst tyle terminologii, że zrobił się po prostu nieczytelny. Taka masa, wszystkiego ze wszystkim, a jednocześnie, o niczym. Sorki, poległem. Może i chciałeś dobrze, ale przesadziłeś. Wyszło, jak wyszło. Słabo wyszło.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Skoro tak, mam inny tekst, bliższy poziomem trudności moim pozostałym sci-fi. Wiem, że pojechałem z tym tekstem równo. Tak miało być. Niektórym się spodobało. Innym nie. mkmorgoth – postaram się nie zawieść Cię drugi raz ;-)

:D,  podoba mi się zamysł autora, bardzo inspirujący. Skostniały świat terminologii besztający  nizinę  Amazonki. 

Prosiaczku, zanim opublikujesz następny tekst… Proszę, przyjmij do wiadomości, że słabość tego tekstu nie leży li tylko, w naukowej terminologii…

A mnie się czytało bardzo przyjemnie. Jest dużo, być może zbyt dużo, rzadko spotykanych terminów, ale miło mi od czasu do czasu przeczytać tekst wymagający intelektualnego zaangażowania. Warsztatowo jest bardzo dobrze, choć wydaje mi się, że masz skłonność do stylistycznej przesady i zbędnego udziwniania. Dwa fragmenty wręcz mnie rozbawiły: "Otoczenie znów nabrało prawidłowych kształtów, pozlewane kolory zastąpiły wyraźne karmin, indygo i amarant." "Skrzące feeriami barw przestrzenie komunikacyjne jak pędy pnączy oplatały stalowoszare, sięgające nieba drapacze chmur, wiły się między wieżowcami niczym macki ogromnego potwora chcącego zagarnąć miasto, ożywiały arterie superaglomeracji." Fabułę nakreśliłeś bardzo dickowską, zwłaszcza motywy sztucznych wspomnień i społeczeństwa złożonego z zaburzonych jednostek, z lekką nutką Matrixa. Zabrakło mi jednego, ale bardzo ważnego elementu: wyjaśnienia motywów nowobytów, nie tyle odnośnie tego dlaczego "zniewoliły" ludzkość, ale dlaczego zwyczajnie się jej nie pozbyły.

na emeryturze

gary joiner – dzięki. Uprzedzali mnie, że większość ludzi będzie kręcić nosem, z wiadomych względów, ale trudno. Lubię M John Harrisona, Iana McDonalda, Zbierzchowskiego i paru innych, piszących bez kompromisów, stąd moje przeginanie. Gary, cieszę się, że są na świecie jeszcze wariaci tacy jak ja ;-)

A, z uwagami się zgadzam. Poza nowobytami, ponieważ chciałem, żeby ich intencje do końca pozostały niejasne. Ale rozumiem Twój punkt widzenia, być możę gdybym nie był autorem i sam to czytał, też bym wolał dookreślenie w tej kwestii.

Piekielnie dobre opowiadanie na kaca :-)   Oj, bez przesady z terminologią. Oprócz nachalności typu: "Co to jest dopamina?!

Neuroprzekaźnik odpowiedzialny za funkcje poznawcze i emocjonalne, pomyślał odruchowo Adam" da się jej użycie luzasadnić.   Zafrapawało mnie to opko z racji, że sam miałem nieco podobny pomysł, luźno zainspirowany Wattsem. O ile do sytuacji przedstawionej nie mam tu zastrzeżeń (oby nie właśnie przez tę niedookreśloność), kształt literacki uważam za, niestety, niskiej próby. Był pomysł na świat, zabrakło konceptu (estetycznego) na opowiadanie, który miałby szansę oddziałać.

Dzięki, Julius. Teraz pracuję nad opowiadaniem z narracją pierwszoosobową, też sci-fi. Wezmę Twoje zdanie pod uwagę i postaram się bardziej je dookreślić literacko. 

Całkiem dobrze mi się czytało, podobał mi się pomysł, ciekawe

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, Anet. Zapraszam was do mojego nowszego tekstu – "Terra incognita"

Przeczytałam, zwabiona adnotacją "Hard sf". I wyznam, że mi się podobało, wszystko dzieje się w odpowiednim tempie i nie nudzi. Tą "przeginającą" naukową terminologię odebrałam jako nieodzowny element budujący klimat bezdusznie regulowanego świata i jako taki nie przeszkadzał mi za bardzo. Mam tylko pytanie: czy "antyinhibitory wychwytu wstecznego noradrenaliny" to zabieg celowy? Bo gdzieś, kiedyś, już spotkałam się z grupą leków o właśnie takiej nazwie, bez członu "anty".

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Kur… Sorki. Hej, Marianna. Miałem długi komentarz, a ten głupi Chrome zamknął mi przeglądarkę… ;-) W skrócie więc. Tak, to zabieg celowy. Inhibitor wychwytu wstecznego(astrocyty albo jakieś leki) usuwa spomiędzy synaps nadmiar(albo w chorobach i nie nadmiar) neuroprzekaźnika. Natomiast – tak sobie ubzdurałem ;-) – antyinhibitor działa przeciwnie. W opowiadaniu więc noradrenalina zostaje usunięta. Niestety zbyt wysokie stężenie nielegalnego antyinhibitora wychwytu wstecznego we krwi jest sygnałem dla Systemu.  Dzięki za komentarz. Fajnie, że Ci się spodobało ;-)

Prosiaczku, w tej nielegalnej substancji zaniepokoił mnie fakt, że obecnie inhibitory wychwytu to antydepresanty, czyli antyinhibitor byłby depresantem :), czyli wpędziłby faceta z powrotem w depresję :). Ale może za trzysta lub więcej lat będą i takie wynalazki, bynajmniej nie neguję istoty Twojego pomysłu. Pozdrawiam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Mam jakieś wyczucie czasu. Co wejdę na konto, to widzę świeży komentarz Marianny :-) Marianno, zgadza się, to w końcu Miasto Sawantów ;-) I bohatera nie wykryliby tak szybko, gdyby nie zbyt wysokie stężenie ww antyinhibitora. Poza tym, znaczenie ma też fakt, wychwyt których neuroprzekaźników by odblokowywał. Ale z pewnością o tym wiesz. Jeśli tylko będziesz miała wolną chwilę i ochotę, zapraszam do mojego najnowszego tekstu, również sci-fi. Zauważyłem, że również lubisz sci-fi(spostrzegawczy jestem) Który ze swoich tekstów byś mi poleciła? A może masz coś nowego, jeszcze niepublikowanego, co mógłbym przeczytać? Pozdrawiam :-)

A, bo Mariannie wolna niedziela się trafiła :) Czuję się zaproszona. Niepublikowane mam jeszcze nie skończone, ale z chęcią Ci prześlę, jak skończę, skoro wyraziłeś gotowość czytania. ;) Z moich tekstów czytaj który chcesz do wyboru, do koloru, z wyjątkiem "Mgły" bo to potworek do kasacji. :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Praca zmianowa? No pewnie, jak będziesz miała gotowe, to ślij. :-) A! Przeczytałem Twoją "Metastazę"

Sprawdziło się moje przypuszczenie, że będzie sporo krytycznych uwag na temat "przeładowania terminologią". Tym bardziej ucieszyły mnie głosy, iż to nie przeszkadza… Jasne, że nie przeszkadza, nie powinno tego czynić. Konkrety, wbudowane w akcję i model funkcjonowania danej społeczności, stawiają ten tekst w opozycji do najczęściej spotykanych bajań, w których wiadomo, że jest źle, ale za cholerę nie wiadomo, dlaczego.   Tak powinno się, uważam, pisać "nową starą Science Fiction". Bo to nam grozi, naprawdę grozi – wywinięcie szalonej wolty i zastosowanie technologii dzisiaj ratowniczych jako technologii zniewolenia.

Dzięki, Adamie. Bardzo. Za opinię i za korektę tekstu.

Prosiaczku, mam problem z oceną Twojego opowiadania, bo z jedenej strony jestem przekonany, że jest to kawał dobrego tekstu SF, z drugiej jednak strony takie utwory przeważnie do mnie nie trafiają. Przytoczone przez Adama "przeładowanie terminologią" pewnie ma wpływ na budowę odpowiedniego klimatu, niestety zniechęca mnie do brnięcia w ten tekst. Innym jednak "Miasto Sawantów" może się podobać.  Pozdrawiam.

Gdzieś tak w połowie grudnia zaczęłam czytać Miasto Sawantów, ale jakieś obowiązki sprawiły, że nie dokończyłam. Dziś postanowiłam kontynuować, ale nie mogłam znaleźć miejsca, w którym przerwałam lekturę, więc wróciłam do początku. Okazało się, że niewiele pamiętam z wcześniej przeczytanego tekstu. Opowiadanie poznane w całości też raczej nie zapisze mi się w pamięci. Nie tylko z powodu fachowej terminologii, ale po prostu, Miasto Sawantów do mnie nie trafiło, nie wzbudziło żadnch żywszych uczuć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, przeczytałem. Pomysł fabularny w sumie nie jest nowy, więc przydałoby się go odświeżyć kreacją bohatera – ten zaś jest zbyt jałowy, tonie w terminologii i "dysonansie poznawczym". Ponadto niezbyt do mnie przemawia zderzenie scenerii miasta i rajskich widoczków.  Co do języka – wydaje mi się, że opowiadanie nie straciłoby zbyt wiele, gdyby je okroić z nadmiaru terminologicznych wstawek. Pod koniec jest jej jakby mniej i historia nabiera nieco płynności. Początek zaś jest zdecydowanie przeładowany i można odnieść wrażenie, że słownictwo naukowe to w zasadzie nic więcej jak przejaw makaronizmów. 

I po co to było?

O matulu. Dla mnie pomysł jest całkiem nowy, bo sf czytuję niewiele i nie spotkałem się jeszcze z czymś podobnym. Natomiast sposób, w który opowiadanie zostało napisane, przypomina mi dlaczego właściwie tak rzadko sięgam po teksty sf. Rozumiem, że na pewno są odbiorcy, którym taki styl odpowiada, ale ja szczerze powiedziawszy nie przepadam za takim stężeniem naukowości, choć przyznać muszę, że samą ideę tekstu uważam za udaną.

A ja przyznam, że nie udało mi się przebrnąć przez opowiadanie do końca. Przyjemność z czytania żadna, bo i wszystko jakieś takie nudne, okraszone ową, wspomnianą już wielokrotnie terminologią. Może i hard sf nie jest gatunkiem dla mnie, ale zdarzało mi się czytać o wiele bardziej znośne teksty.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dzięki za odwiedziny. No cóż, zobaczymy, jakie będą moje kolejne opowiadania. Choć sądzę, że znacznie łatwiejsze. Zrozumiałem, że taka ilość wiedzy na tylko tylu stronach jest raczej niestrawna :-)

No i spóźnione podziękowania dla AdamaKB za betowanie. :-)

Nowa Fantastyka