- Opowiadanie: Perrux - Pamiętnik z powstania na Freilonie

Pamiętnik z powstania na Freilonie

Debiut portalowy i nie tylko ;) Przyjemnej lektury!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pamiętnik z powstania na Freilonie

 

To był pierwszy dzień mojej pracy na największym księżycu Mizuri. Szczerze nie chciałem zaczynać tam mojej, jak jeszcze wtedy myślałem, wielkiej kariery, to fakt. Decyzja Peryzjum była jednak niepodważalna. I tak miałem sporo szczęścia, że postanowili zrzucić mnie tam na zaledwie dwa lata ziemskie. O ile perspektywa spisania siedmiuset trzydziestu raportów nie wywoływała niekontrolowanego uśmiechu na mojej uszkodzonej w wyniku szkolenia twarzy, to dobrze wiedziałem, że Peryzjatorzy poszli mi na rękę, przydzielając mnie tam na najkrótszy z możliwych okresów. W zamian za to nie wtajemniczono mnie szczegółowo w to, co dzieje się na Freilonie i zakazano opuszczać stosunkowo dużą, bo o powierzchni przekraczającej dziesięć hektarów, bazę.

Najbardziej żałowałem, że nie spotkam nigdy żadnego z beorian. „Spędzić dwa lata w gigantycznym areszcie domowym całej rasy, pisać codziennie sprawozdania z ich osiągnięć wydobywczych i nie ujrzeć nawet jednego z nich? Wstyd. Cholerny wstyd!” – myślałem ze złością. A tyle o nich słyszałem. Osiemdziesiąt dwie zapoczątkowane wojny międzyplanetarne. Ataki agresywne i zdecydowane, a jednocześnie pozbawione barbarzyństwa. Wykorzystywanie ogromnych pokładów tajemniczo wytwarzanej energii. Moja opinia na ten temat była jednoznaczna: to musiało się tak skończyć. Zdecydowanie zasłużyli sobie na miano pierwszej rasy we Wszechświecie całkowicie objętej kwarantanną, wręcz się o to prosili. W sumie mieli szczęście, że tylko tak to się skończyło.

 

***

 

Lądowanie przebiegło bez większych przeszkód. Prom opuściłem powoli, idąc tunelem dobrze oświetlonym, przybierającym zielonkawe barwy w wyniku działania najpewniej nierozgrzanych jeszcze lamp.

– Witaj Treorze – powitał mnie uprzejmym, lecz nieco sztucznym tonem ciemnoskóry mężczyzna.

Ukłoniłem się tylko, nie widząc potrzeby przedstawiania się w nowym środowisku. Przecież wszyscy dokładnie przeczytali mój życiorys, zapewne dobrze znali sytuacje z mojej przeszłości, które już dawno wymazałem z pamięci.

– Niestety nie mam czasu na oprowadzenie cię po bazie – ponury jegomość delikatnie zerknął na kompletnie niemodny zegarek. – Idziemy więc prosto do przydzielonej ci sali.

– W porządku – odparłem ze zrozumieniem, choć tak naprawdę inaczej wyobrażałem sobie przyjęcie nowego pracownika.

Oczywiście nikt nie raczył mnie poinformować, że baza składała się z poplątanych niczym lampki choinkowe, podziemnych tuneli, które gdzieniegdzie tylko przedzielone były pomieszczeniami różnej wielkości. Droga do mojego gabinetu wiodła przez całkiem sporych rozmiarów, wznoszoną na planie nieregularnego siedmiokąta, halę. Po prawej stronie niecodziennej budowy maszyna z dziwnym charkotem wypluwała zielonkawe pestki, które z gracją tańczyły na seledynowym ekranie, układając się w niezwykle zawikłane wzory. Dalej wyraźnie ponury posiadacz śmiesznego, fioletowo-niebieskiego kapelusza, ze znudzeniem rzucał w podłogę kolorowymi granulkami, wywołując oślepiające błyski, którym towarzyszył świst tak nieznośny, jak gdyby dochodził wprost z płuc chorującej na astmę staruszki.

Nie mniej tajemniczo prezentowała się reszta hali, a szczególnie jej centralna część. Zajmowała ją nieprzeciętnych rozmiarów kapsuła, wykonana z materiału do złudzenia przypominającego szkło, ale szkłem z pewnością nie będącym. Jej wnętrze to już niewielki, metaliczny przedmiot, którego owalny kształt wskazywał na zamiłowanie jego konstruktorów do – coraz bardziej popularnego we Wszechświecie – rugby. Tuż obok stała przytwierdzona do podłogi czarna dźwignia, nad którą królowało skupisko czerwonych diod o dość dużych średnicach.

Stałem bez ruchu, wpatrzony w to wszystko z lekko rozwartymi wargami.

– Nie podchodź do dźwigni. – Ciemnoskóry mężczyzna spojrzał na mnie groźnie. – To nie jest żadne pieprzone muzeum, idziemy dalej.

Bez wahania wykonałem polecenie przewodnika, ruszając za nim żwawym krokiem. Światło w korytarzach zaczęło nierówno migotać, pulsacyjnie oświetlając lekko połyskującą podłogę.

Szliśmy jakieś pięć minut, ciągle szybko i w niezręcznym milczeniu. Modliłem się tylko w nadziei, że nie wszyscy tutejsi pracownicy są tak „sympatyczni” jak idący przodem koleś. Jednak prawdziwy jęk zawodu wydałem dopiero po otwarciu solidnych drzwi do mojej „komnaty”. Ujrzałem bowiem ciasny, malutki pokoik, wyposażony wyłącznie w niezbędny sprzęt i elektroniczny panel, pozwalający wykonywać pracę.

Uspokoiwszy nieco oburzenie, podłączyłem się do panelu, żeby szczegółowo przeanalizować powierzone mi zadania oraz by poznać aktualną sytuację gospodarczo-wydobywczą księżyca.

Nie zdążyłem nawet opanować nieznanego mi systemu operacyjnego w służbowym urządzeniu, kiedy usłyszałem niewyraźnie stukanie w blachę połączone z cichym pojękiwaniem. Kilka chwil później ktoś zaczął dobijać się do kratki wentylacyjnej. Kierując tam wzrok, ujrzałem bardzo poranionego mężczyznę, który padł jak długi na podłogę gabinetu, wypełniając luki w płytkach ciemnoczerwoną posoką.

– Co ci, do licha, zrobili?! – wrzasnąłem, podbiegając do ciężko rannego.

– Wyglądasz… ahhhh… wyglądasz, jakbyś o niczym nie wiedział – wyjąkał z trudem niespodziewany gość.

– O niczym?

– Ehh, jebani inteligenci nic nie powiedzieli zwykłemu personelowi. Idio… – Przeraźliwy kaszel zakończony okrzykiem bólu przerwał na chwilę wypowiedź nieznajomego. – Idioci z kopalni próbują się buntować. Całkiem skutecznie zresztą.

– Nie wyglądasz zbyt dobrze.

– Co ty nie powiesz? Pod łóżkiem powinieneś mieć apteczkę, podaj mi ją, bo zaraz wyzionę pieprzonego ducha.

Natychmiast znalazłem się przy przeciwległej ścianie. Drżące ręce obmacywały zawartość półek, nerwowo poszukując środków medycznych. Wreszcie chwyciłem jasnoniebieski sześcian z wypukłym, czerwonym krzyżem.

– Mam ją! – krzyknąłem tryumfalnie, obracając głowę.

Wygląd mężczyzny jasno wskazywał na jego stan. Szeroko rozwarte powieki odsłaniały błędne, wpatrzone w siną dal oczy, a z lekko uchylonych ust wypływał delikatnie strumień krwi. Dopiero wtedy zauważyłem, że z wyjątkowo głębokiej rany ciętej na bezwładnie leżącej ręce, wypływa krew.

 

***

 

Wybiegłem na zewnątrz. Rytmicznie pulsujące oświetlenie potęgowało tylko nastrój przerażenia. „Idioci z kopalni próbują się buntować. Całkiem skutecznie zresztą” – słowa nieznajomego wciąż dudniły mi w głowie, wywołując przytłaczające uczucie strachu. Po chwili marszu trafiłem na dwóch żołnierzy, dzierżących w dłoniach zabójcze działka laserowe.

– Co się tutaj dzieje?! Jakiś trup leży w moim gabinecie – powiedziałem podniesionym głosem.

– Wszystko w porządku. – Wyższy, niedogolony wojak spojrzał na mnie ze spokojem. – Proponuję powrócić do pracy.

– Nie słuchaj go, to ślepy optymista – wtrącił drugi z żołnierzy, po czym dodał – wejdź do windy i wklep kod: dwa, cztery, cztery, jeden, trzy. Podjedziesz do schronu dla pracowników.

– Uspokój się, Tred. Przecież nie zarządzono jeszcze ogólnego alarmu. Opanujemy sytuację – utrzymywał swoje zdanie „ślepy optymista”.

– Zaraz padnę, z takim partnerem po prostu nie da się pracować. Stawiam pięć fergów, że w ciągu najbliższych pięciu minut włączą alarm.

Miał rację. Kiedy wchodziłem do schronu, głośny sygnał dźwiękowy przeszył powietrze. Kilka minut później niezbyt pojemną salę okupowało około stu mieszkańców księżyca. Zdążyłem się zorientować, że była to grupa najbardziej niedoinformowanych pracowników na Freilonie.

Łysawy posiadacz grubego, wojskowego munduru i nowoczesnych gogli snajperskich z lekkością wdarł się na dobrze oświetlone podwyższenie. Zaczął nienaturalnie grubym głosem:

– Nie będę was oszukiwał, sytuacja nie wygląda dobrze. Te półmózgie szkodniki nieźle przygotowały się do buntu. Co tu dużo mówić: mamy tysiące diabelsko wściekłych beorian, którzy właśnie dobijają się do bazy. Byliby już blisko zwycięstwa, gdyby nie jeden fakt. Freilon to nie zwykłe miejsce wydobywcze. Freilon to nie słabo wyposażony areszt domowy. Freilon to nie księżyc, na którym człowiek może czuć się zagrożony.

Pozbawiony owłosienia mówca przerwał wypowiedź. Na koniec, z oczami błyszczącymi podnieceniem, przerwał ciszę i dopowiedział dostojnie:

– Freilon to forteca – mówiąc to, spoglądał spokojnie na twarze słuchaczy. – Tak, to tutaj znajduje się obiekt, który jeszcze pół wieku temu był najbezpieczniejszym schronem w całym Wszechświecie, wybudowanym na wypadek konieczności ewakuacji międzygalaktycznej rady. Co prawda ma już swojego następcę, ale forteca na drugiej półkuli Freilonu nadal pozostaje w świetnej formie. Jeśli tam dotrzemy, opanujemy powstanie bez najmniejszego wysiłku. To nasza jedyna szansa. Do dzieła!

 

***

 

Kilkanaście minut później czterdzieści dwa opancerzone, wypełnione ludźmi pojazdy były już gotowe do drogi. Byłem ciekaw, jak zostanie przeprowadzona ewakuacja, dlatego wsiadłem jako jeden z ostatnich cywili, a co za tym idzie, przypadło mi miejsce niemal na samym końcu uzbrojonego po zęby peletonu. Niestety, poza przednią kabiną, transportery nie były wyposażone w szyby, dlatego pomimo ogromnej ciekawości, nie widziałem, co dzieje się na zewnątrz.

Podróż przebiegała spokojnie i sprawnie. Do pewnego momentu. Nawet nie wiem dokładnie, co się stało. Pamiętam tylko ogłuszający huk i targanych niemiłosiernie siłami bezwładności ludzi. Nie wiem w jaki sposób, ale znalazłem się na zewnątrz. Zniszczone zostały tylko cztery wozy. Reszta uciekła, zostawiając nas w samym środku piekła. Podłoże składało się niemal w całości z nieznanego mi, jasnoniebieskiego minerału, pokrytego suchym, śnieżnobiałym pyłem, wciąż gęsto opadającym ze znajdujących się nad nami obłoków. Panowanie ogarniającej Freilon o tej porze ciemności zostało skutecznie zakłócone przez całą masę laserowych pocisków, hurtem wydobywających się z pobliskich okopów. Kilkaset metrów dalej, w półmroku dostrzegłem kontury tajemniczych istot, ciskających z dużą siłą wybuchowymi przedmiotami.

– W nogi! – ryknął pełnym głosem napakowany brodacz, rzucając się do panicznej ucieczki. – Te cholerne skurwysyny powyrzynają nas w pień!

Nie myślałem trzeźwo, ale wiedziałem, że ogarnięty paniką mięśniak ma rację. Ruszyłem ile sił w kierunku okopów, cudem unikając eksplodujących wszędzie bryłek.

– W zachodnim punkcie obrony potrzebują amunicji – zwrócił się do mnie jeden z żołnierzy, prując jednocześnie z griowyrzutni w kierunku nadchodzących wrogów. – Sam nie dam rady tam dotrzeć. Bierz tę torbę i biegnij za mną.

– Co? Jestem ofiarą wypadku, nie należę do sił zbrojnych – odparłem bez zastanowienia.

– No tak, rzeczywiście. Dlatego nie możesz ruszyć dupy, chociaż wiesz, że bez naszej pomocy padnie kilkudziesięciu naszych – fala ironii sprawnie wylała się z ust żołnierza.

Po chwili byliśmy już w drodze. Kilkukilometrowy bieg z ciężką torbą skrajnie mnie wyczerpał. Wszechobecny, gęsty pył drażniąco smagał nasze twarze, z kolei nierówne, skaliste podłoże zdawało się z premedytacją nam dokuczać, wywołując co jakiś czas bolesne upadki. Całe szczęście, że pokonywany obszar był wolny od walki.

 

***

 

Podróż przebiegłaby znakomicie, gdyby nie jej końcówka. Oto gdy widzieliśmy już naszych wojaków, wpadliśmy pod niezły ostrzał. Wszystko zaczęło się od granatu eksplodującego kilkanaście stóp za naszymi plecami. Ktoś zauważył odkrytego wroga. Grad pocisków zalał okolicę, stawiając nas w sytuacji niemal bez wyjścia. Odłamki ostro raziły całe ciało, tnąc skórę niczym brzytwa. Przeżyliśmy wyłącznie dzięki niewielkiemu, kulistemu garażowi na sondy, którego konstrukcja mogłaby bezpiecznie przetrzymać nie taki atak. Po kilku chwilach nikt już nie ciskał zabójczej materii w naszym kierunku.

– Na trzy biegniemy do chłopaków. Będziesz za wolny? Dostaniesz wybuchowy prezent. Zrozumiano? – wysapał zmęczony żołnierz, po czym zaczął liczyć – Raz, dwa…

– Stój! – krzyknąłem wprost do jego ucha. – Nie ruszę się stąd, dopóki mi czegoś nie wyjaśnisz.

– Brawo. Świetny pomysł – nieznajomy towarzysz spojrzał na mnie z pogardą, zakładając ręce na siebie. – Może usiądziemy, napijemy się purlandzkiej i w spokoju porozmawiamy. Nie? To ruszaj dupsko, póki żaden frajer ci go nie odstrzelił i…

– Przestań pieprzyć – przerwałem. – Powiesz mi w końcu, co się tutaj dzieje? Dlaczego strzelają do nas ludzie?

– Ludzie? – zdziwienie rozmówcy było tak sztuczne, że aż śmieszne.

– Nie jestem głupi. Lasery typu AT, system identyfikacji ludzkiego DNA. Mówi ci to coś? Wbrew pozorom potrafię rozróżnić pociski.

– Naoglądałeś się bajek. Zresztą rób, co chcesz. Ja nie zamierzam tu czekać.

Żołnierz wyrwał mi torbę, po czym wybiegł z garażu. Nie zdążyłem nawet zareagować, kiedy granatowy, nieregularny przedmiot wpadł przez górny otwór. Co się później stało? Nie pamiętam.

 

***

 

Obudziłem się kilkadziesiąt metrów dalej, ukryty za niewielkim wzniesieniem. Ktoś musiał mnie tam przenieść. Osłabiony wzrok, wdzierający się zewsząd do głowy nieznośny tumult i przeszywający całe ciało ból. To właśnie mnie przywitało. Nie myśląc racjonalnie, ruszyłem przed siebie. Im dalej od terenu walki, tym lepiej. Nie patrzyłem pod nogi. Nie wiedziałem, że biegnę wprost na wywierconą w podłożu wyrwę. Wpadłem. Oto kilkadziesiąt nieznanych mi istot z niekrytym przerażeniem wlepiło we mnie wzrok. Budowa humanoidalna, duże, mocno wysunięte do tyłu czaszki, brak owłosienia, wyjątkowo długie palce, skośne, różowe oczy, szerokie szczęki odsłaniające silne uzębienie, ciała pokryte gładką, ciemnopomarańczową skórą. Jednak najbardziej rzucało się w oczy nieproporcjonalnie rozwinięte umięśnienie, wskazujące na nieprzeciętną siłę przedstawicieli rasy.

Wszyscy równo padli na kolana, w geście poddania kierując dłonie za mocno wysunięte głowy. „Co oni robią? Dlaczego tak się mnie boją?” – pytałem samego siebie z niemałym zdziwieniem.

W końcu dostrzegłem czarną, połyskującą dźwignię, usytuowaną tuż obok mojej nogi. Tak, to ta sama dźwignia, którą kilka godzin wcześniej widziałem w hali. „Gdzieś musi być przedmiot z przezroczystej kapsuły” – pomyślałem. Nie myliłem się. Nie miałem pojęcia, co kryje w sobie owalna, metaliczna obudowa, ale osobnik trzymający ją w dłoniach wyglądał na wyjątkowo przestraszonego. Gdy zacząłem przypatrywać się dźwigni, jeden z obcych powoli wstał i zrobił krok naprzód.

– Nie rób tego – powiedział z błaganiem w głosie. – Widzę, że nie jesteś żołnierzem. Wiesz, dlaczego tak naprawdę tu jesteśmy?

– Beorianie? – postanowiłem się upewnić.

– Tak.

– Zagrażacie bezpieczeństwu Wszechświata.

– Zagrażamy bezpieczeństwu przedsiębiorstw energetycznych. – Beorianin zbliżył się do mnie i zdejmując z szyi osłonę, pokazał półprzezroczysty, wypukły narząd o trójkątnym kształcie. – Po przyjęciu odpowiedniej chemii oraz podłączeniu do wykreowanej przez nas aparatury jesteśmy w stanie pozyskiwać energię z pobliskich gwiazd z dziesięciokrotnie większą skutecznością niż tradycyjne elektrownie wodorowe.

– Jesteście chodzącymi elektrowniami o gigantycznym potencjale energetycznym? – odparłem ze sporą dozą nieufności. – I te wszystkie wasze wojny to tylko bajeczki? Ja mam w to uwierzyć?

– Tak. To bajeczki przekupionego przez korporacje sprzedające energię rządu Sojuszu Trzech Układów. Na początku kwarantanna była nawet w porządku. Dali nam bogaty w złoża księżyc i pozwolili spokojnie żyć. Ale miesiąc temu przybyli tu przedstawiciele koalicji ludzkiego parlamentu i zaczęli zmuszać nas do darmowej pracy. Dzisiaj mówimy dość.

Nadal okazywałem zdecydowany brak zaufania, dlatego otrzymałem od beorian cały plik ze skradzionymi video-raportami, które potwierdzały przedstawioną przez nich wersję.

 

***

 

Kilkanaście minut później byłem już w prowizorycznej bazie powstańczej. Wciąż jednak nie mogłem otrząsnąć się z szoku. Całe moje pojęcie o świecie nagle zostało zachwiane. Wiedziałem, że w tym niemal doskonałym spisku maczały palce dziesiątki istot uważanych przeze mnie za autorytety.

Musiałem się jednak pozbierać, gdy podszedł do mnie peral imieniem Voncello, jeden z najznakomitszych wynalazców ostatniej dekady.

– Przyleciałem tutaj w zasadzie przez przypadek – zaczął spokojnym tonem, marszcząc wysokie, zielone czoło. – Nie spodziewałem się, że przyjdzie mi walczyć za tę nieszczęsną rasę. No ale co zrobić, ludzie posunęli się o krok za daleko.

– Nie możesz po prostu wystąpić i powiadomić o tym wszystkim kogo trzeba?

– Tak się składa, że nie mogę. Podpisałem… pewne papiery. Zgodnie z nimi wkroczyłem do zamkniętego grona wyjątkowych naukowców, zyskując wiele możliwości, ale też zrzekając się prawa do mieszania się w politykę i publicznego przedstawiania moich opinii. Ale mniejsza o to. Będziesz nam potrzebny.

Peral spojrzał w kartkę i zamyślił się na chwilę.

– Co by się stało? – zapytałem.

– Słucham?

– Co by się stało, gdybym użył dźwigni?

– Właśnie o tym chciałem mówić – Voncello uśmiechnął się przyjaźnie. – Wszyscy beorianie w promieniu dwudziestu kilometrów zostaliby sparaliżowani na jakieś pięć godzin. To zwykła bomba chemiczna. Zaraz przeprogramuję ją na ludzi.

– Załatwisz przy tym kilkudziesięciu przedstawicieli mojej rasy, którzy wam pomagają. Nie wspominając już o mojej skromnej osobie.

– Nie doceniasz moich możliwości. Zmniejszę promień rażenia. Całe szczęście, że wszyscy mają powstańców za idiotów. Już dawno zajęliśmy fortecę i przygotowaliśmy niezłą pułapkę. W skrócie mówiąc: zwabimy ludzi do wieży strażniczej położonej dwa kilometry przed murami schronu, gdzie wcześniej umieścimy to nasze jajowate cudeńko. Ty pójdziesz razem z dwoma beorianami wyłączyć zasilanie bramy, zatrzaskując nieszczęśników w wieży. Nie będą mogli nic zrobić, kiedy paraliż będzie ich powolnie obejmował. Twoi kompani wiedzą, co robić. Tyle, co musisz wiedzieć. Powodzenia.

Powiedziawszy to, Voncello pośpiesznie udał się do pomieszczenia obok. Ja natomiast, pozostawiony sam na sam z bombardującymi mnie ze wszystkich stron myślami, musiałem czekać na zaproszenie do szybkolotu.

 

***

 

Poruszając się trzykrotnie szybciej od dźwięku, sprawnie dotarliśmy na spokojny jeszcze plac boju. Wyglądał całkiem niepozornie. Stosunkowo gładkie podłoże, po którym nerwowo krzątało się paru beorian, nie zdawało się być przygotowane do przyjęcia litrów krwi i poeksplozyjnych odłamków. Nawet obfite opady i szalejący od wielu godzin wiatr postanowiły odpuścić.

Wdarliśmy się na nieduże wzniesienie, uznane najpewniej za doskonały punkt obserwacyjny. Kluczowy moment powstania miał się rozegrać zaledwie dwa kilometry od schronu. Gigantyczne mury dumnie połyskiwały odbitym z pobliskiej planety, nieśmiałym światłem. Ich srebrzystoszare podstawy wykonane były bez wątpienia z leurrytu – najtwardszego ze znanych we Wspólnocie Galaktycznej minerałów. Z kolei tuż obok nas znajdowała się czternastopiętrowa wieża strażnicza z wysuniętą, szmaragdową bramą i kopułowym zadaszeniem. Ten zapierający dech w piersiach obraz zupełnie nie pasował do nieprzyjaznych, freilońskich pustkowi.

W końcu z oddali dobiegł do nas warkot silników magnetycznych, w wyniku czego napięcie widoczne wśród powstańców wyraźnie osiągnęło szczytowy poziom. Po krótkiej chwili wozy ewakuacyjne wjechały w pole widzenia. Jak na złość, znów zaczął sypać suchy pył, drażniący niemal wszystkie zmysły.

– Teraz! – wrzasnął wniebogłosy jeden z powstańców, kiedy transportowce odpowiednio się zbliżyły.

Obok korowodu pojazdów natychmiast pojawiły się cztery słupy niebieskawego ognia, natychmiast stłumionego w niskotlenowej atmosferze. Spanikowane załogi ludzkich pojazdów nie zdążyły nawet wybiec z wozów, gdy niemal w tym samym miejscu kolejna seria wybuchów z hukiem rozpoczęła swą niszczycielską działalność. Zapewne ładunki zostały ulokowane w tunelach otaczających fortecę.

Jednak to nie wszystko, co przygotowali powstańcy. Setki emitujących bladoniebieskie światło, łatwych w wykonaniu granatów zalało teren między schronem, a wozami, tworząc niewyobrażalne wręcz kłęby dymu. Z kolei od tyłu z dużą szybkością zbliżał się tłum rozwścieczonych beorian. W ten sposób osaczeni ludzie mimowolnie zostali skierowani wzdłuż białej linii, wyrysowanej wcześniej przez przygotowujących akcję buntowników. Droga ta idealnie wręcz sprawiała wrażenie jedynej trasy ucieczki. A prowadziła oczywiście wprost do wieży, przy której zostało już nas zaledwie ośmiu. Od naszej ekipy zależały dalsze losy powstania.

Kiedy przerażone ofiary ataku, połykając haczyk, wpadły do wieży, rozdzieliliśmy się na dwie grupy, oczywiście w zgodności z wcześniejszymi instrukcjami. Nie mam pojęcia, jakie było zadanie drugiej ekipy, ale my z niekrytym strachem ruszyliśmy pospiesznie do generatora umiejscowionego w tylnej części wieży.

Dobrze, że było nas trzech. O ile zhakowanie pierwszej, całkowicie elektronicznej osłony okazało się bułką z masłem, to już rozgrzane do czerwoności łańcuchy sprawiły nam pewien problem. Specjalistyczne szczypce nadawały się do użycia dopiero po ich odpowiednim ulokowaniu w gęstwinie rozżarzonych ogniw.

– Niech to szlag! – zawyłem nagle, odsuwając od źródła ciepła cholernie poparzoną dłoń.

– Ajj. Nie wygląda to dobrze – skrzywił się jeden z kompanów. – Poczekaj chwilę, zaraz dokończymy robotę.

Pełen zawrotów głowy usiadłem, nie wiedząc, co obserwować: rozpływającą się po niesamowicie piekącej dłoni skórę czy dalsze próby wyłączenia generatora.

– Zrobione! – zadowolony beorianin wreszcie zaczął mówić do miniaturowego mikrofonu. – Potwierdzam, że od środka nikt już nie otworzy bramy.

 

***

 

Nękany porażającym bólem, jakimś cudem dałem radę dostać się do centrum dowodzenia. Tam peralski naukowiec był już gotowy do użycia dźwigni i wydania rozkazu rozbrojenia sparaliżowanych osobników.

Nic z tego. Na niebie pojawiły się gigantyczne reflektory promu, który najwyraźniej został wezwany na pomoc.

– To powolny przestrzeniolot – ktoś za mną doszedł do oczywistego wniosku. – Nie jest dobrze przystosowany do walki.

– Nie lekceważyłbym go – odparł skupiony Voncello.

– Racja. Nigdy nie wiadomo, co może kryć w zbiornikach rakietowych – przytaknął wyjątkowo pulchny beorianin.

Olbrzymi statek, migając na przemian lampami, wyraźnie sygnalizował chęć podjęcia negocjacji. Później już tylko, z pomocą coraz bardziej popularnego w przestrzeni kosmicznej alfabetu Morse'a, ustalono warunki. W skład załogi kapsuły reprezentującej powstańców wchodzić miał Voncello oraz kilkunastu ludzi.

Krótka narada wyłoniła siedemnaście osób. Jako że natychmiast potrzebowałem pomocy lekarskiej, zostałem jednym z wybrańców.

Lecąc w kierunku przestrzeniolotu, miast planować negocjacyjne strategie, pasażerowie kapsuły zajęli się hakowaniem systemów łączności, by podsłuchać załogę promu.

– Mamy przewagę. – Wybitny wynalazca obrócił się w kierunku towarzyszy. – Jeśli chodzi o politykę, nie mam głosu. Ale gdyby coś mi się stało, ludzkość…

Niewyraźny szum przerwał wypowiedź geniusza. Po chwili przekształcił się w niezbyt donośny, ale zrozumiały głos, należący najwyraźniej do kapitana przestrzeniolotu:

– Voncello na pokładzie. Potwierdzam, Voncello bezpieczny. Wykonać rozkaz.

Nie zdążyliśmy nawet zastanowić się nad treścią komunikatu, kiedy oślepił nas potężny błysk. Tuż obok nas przeleciała oznakowana, ciemnozielona kula o dobrze znanej wszystkim zawartości. Nie mogliśmy nic zrobić, gdy niosący olbrzymią energię pocisk bezwładnie pokonywał tereny próżni, niosąc nieuchronną zagładę uwięzionym na Freilonie istnieniom.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Najbardziej rzuca się w oczy naiwność wykreowanego świata. Akcja na jakimś księżycu. Chyba terraformowanym, bo zdaje się, że biegają po powierzchni bez skafandrów. Jakie tam jest ciążenie? Nieważne, bohater o tym nie wspomina. Facet nic nie wie, ale trwa wojna, więc opowiada się po tej stronie, która pierwsza się do niego odezwie. Dostaje odłamkami granatu, trochę boli, ale nie szkodzi, oczekuje się od niego, że będzie biegł dalej. To wojna czy paintball? Rasa mająca dostęp do ogromnych energii bez protestów daje się zamknąć na księżycu. Dlaczego? Usterek językowych też trochę jest. Najbardziej rozbawił mnie język morsa. Foczy jest równie popularny?

Babska logika rządzi!

Szczerze mówiąc…  zgadzam się z większością Twoich zarzutów, Finklo. Tak naprawdę jest to moje pierwsze opowiadanie, dlatego w kreowaniu świata chciałem sobie trochę ułatwić sprawę. Najwidoczniej przesadziłem, rezygnując z realizmu na rzecz nieskomplikowanej fantastyki (niby świadomie, ale zapewne bez wyczucia). Obiecuję, że kolejne opowiadanie będzie miało duuużo więcej wspólnego z fizyką i dokładnie przemyślę logikę zdarzeń. Być może powyższy tekst nie powinien ujrzeć światła dziennego, bo zaczynam dostrzegać, że napisałem go na zasadzie "Ciekawe jak to jest, skrobnąć opko. Trzeba spróbować." Mam nadzieję, że mimo wszystko czasu spędzonego na lekturze nie uznasz za stracony ;) PS język morsa :O Nie wiem jak mogło to przejść poczwórną korektę. Poprawione.

Debiut? No dobrze. Świetnie, że nie zakładasz, iż wszystkie zarzuty są wydumane i ludzie się czepiają, bo przecież stworzyłeś opko najgenialniejsze na świecie. ;-) Od czegoś trzeba zacząć. Postaraj się w następnym popełnić jakieś nowe błędy, zamiast kopiować stare, bo na to dopiero szkoda czasu. Językowo w miarę poprawnie, ale pewnie jeszcze jakieś "kfjatki" Ci pozostały. Na przykład, przeglądając pobieżnie, znalazłam "pełen zawrotów głowy". Jak się uważnie przyjrzeć, to dziwnie wygląda, prawda? Standardową radą w tej sytuacji jest: napisać tekst, odłożyć go na co najmniej kilka dni, dopiero potem przeczytać ponownie. Usterki stają się wtedy bardziej widoczne. Ewentualnie powtórzyć cykl. Zrobiłeś to? Ale pisz dalej, trenuj, a będzie coraz lepiej. Nie, nie uważam tego czasu za stracony. Zawsze mogłam przerwać lekturę. :-)

Babska logika rządzi!

Tak, zrobiłem to. Odłożyłem tekst na jakieś dwa tygodnie, żeby po powrocie do niego wyłapać błędy i postanowić, czy publikować. Zapewne zrobiłem to zbyt mało dokładnie. Dzięki za komentarz ;)

Jak na debiut bardzo odważny. Niezłą masz wyobraźnię. Taka historia na pierwszy raz, no,no. Owszem, jest naiwnie i mało logicznie, ale z rozmachem. Nie boisz się pisać, to widać. Może ciut Cię ponosi i przez to można się uśmiechnąć z rozbawieniem przy kilku zdaniach, ale i tak ładnie :) Pisz koniecznie, trening czyni mistrza!

…Przeczytałem połowę. Moje poprzedniczki wszystko napisały, nie mam nic do dodania. Tylko daj sobie spokój z innymi galaktykami. I na naszej prowincjonalnej Drodze Mlecznej można wymyślać fajne przygody. Pozdrawiam.

Dzięki za przeczytanie i miłe słowa ;) @ryszard …Nie planuję w najbliższym czasie opuszczać Drogi Mlecznej, ale dlaczego wg Ciebie nie warto tego robić? Przecież ukazał się już niejeden tekst z międzygalaktyczną wędrówką i często nie wychodziło to na minus. Oczywiście mówię o opowiadaniach, w których prawa fizyki traktowane są bardzo luźno (tak jak w powyższym tekście, pewnie moim pierwszym i ostatnim tego typu). Pozdrawiam również.

Ponieważ zgadzam się z tym co napisały Finkla i Prokris, nie będę się powtarzać. Napisałeś: Być może powyższy tekst nie powinien ujrzeć światła dziennego, bo zaczynam dostrzegać, że napisałem go na zasadzie "Ciekawe jak to jest, skrobnąć opko”. Teraz, skoro skrobnąłeś i zamieściłeś, już wiesz. I myślę, że dobrze zrobiłeś. Wiesz także, że jak na pierwszy raz, jest całkiem nieźle, mimo wielu niedoskonałości. Mam nadzieję, że świadomość popełnionych błędów pozwoli Ci ustrzec się ich w przyszłości. Może przyda się także moja łapanka. Życzę powodzenia i czekam na kolejne, coraz lepsze opowiadania. ;-)    

 

Z promu wyszedłem powoli, znajdując się w tunelu dobrze oświetlonym… – Wolałabym: Prom opuściłem powoli, idąc tunelem dobrze oświetlonym

 

…przedzielone były różnorakiej wielkości pomieszczeniami. – Wolałabym: …przedzielone były pomieszczeniami różnej wielkości.

 

Droga do mojego gabinetu wiodła przez całkiem sporych rozmiarów, budowaną na planie nieregularnego siedmiokąta halę. Po prawej stronie niecodziennej budowy maszyna… – Powtórzenie. Może w pierwszym zdaniu: Droga do mojego gabinetu wiodła przez całkiem sporych rozmiarów, wznoszoną na planie nieregularnego siedmiokąta, halę.

 

…ze znudzeniem rzucał w podłogę kolorowymi granulkami, wywołując oślepiający błysk, któremu towarzyszył świst tak nieznośny, jak gdyby dochodził wprost z płuc chorującej na astmę staruszki. – Skoro rzucał, to wielokrotnie. Dlatego winno być: …ze znudzeniem rzucał w podłogę kolorowymi granulkami, powodując oślepiające błyski, którym towarzyszył świst tak nieznośny, jak gdyby dochodził wprost z płuc chorującej na astmę staruszki.

 

Wcale nie mniej tajemniczo prezentowała się reszta hali… – Wystarczy: Niemniej tajemniczo prezentowała się reszta hali

 

Zajmowała nią nieprzeciętnych rozmiarów kapsuła, wykonana z materiału do złudzenia przypominającego szkło, ale szkłem z pewnością nie będącego.Zajmowała nieprzeciętnych rozmiarów kapsuła, wykonana z materiału do złudzenia przypominającego szkło, ale szkłem z pewnością nie będącym.

 

Jej wnętrze to już niewielki, metaliczny przedmiot, którego owalne kształty wskazywałyJej wnętrze to już niewielki, metaliczny przedmiot, którego owalny kształt wskazywał… Jeden przedmiot ma chyba jeden kształt.

 

…jak prowadzący mnie koleś. Prawdziwy jęk zawodu wydałem jednak dopiero po otwarciu solidnych drzwi do mojej „komnaty”. Oto moim oczom ukazał się… – Nadmiar zaimków.

Może: …jak idący przodem koleś. Jednak prawdziwy jęk zawodu wydałem dopiero po otwarciu solidnych drzwi do mojej „komnaty”. Ujrzałem bowiem

 

Uspokoiwszy nieco rozszarpujące mnie niczym wygłodniały rekin oburzenie… – Rozumiem, że bohater był wkurzony, ale rozszarpujące oburzenie i jeszcze rekin do tego… Proszę o wybaczenie, ale nie mogę tego czytać.

 

Odwracając tam mój wzrok…Odwracając/ kierując tam wzrok

Nie mógł odwrócić cudzego wzroku.

 

…ujrzałem poobdzieranego na całym ciele mężczyznę… – Czy mężczyzna był poobdzierany ze skóry, czy miał poszarpane ubranie. ;-)

Może: …ujrzałem mocno/ bardzo poranionego mężczyznę

 

Dopiero wtedy zauważyłem, że bezwładnie rozłożona na bok ręka sprawnie wydalała zawartość żył, dzięki wyjątkowo głębokiej ranie ciętej. – Bardzo nieforemne zdanie.

Może: Dopiero wtedy zauważyłem, że z wyjątkowo głębokiej rany ciętej na bezwładnie leżącej ręce, wypływa krew.

 

…że była to najmniej doinformowana grupa pracownicza na Freilonie. – Wolałabym: …że była to grupa najbardziej niedoinformowanych pracowników na Freilonie.

 

Pozbawiony owłosienia mówca przerwał wypowiedź… – Mówca był tylko łysawy, w dodatku okrywał go gruby mundur. Nie wiemy, czy był wydepilowany na całym ciele. ;-)  

 

…oddając na chwilę inicjatywę dominującej w sali ciszy. – W jaki sposób cisza przejmuje inicjatywę? ;-)  

 

W końcu zakończył ten stan oczekiwania zdaniem wypowiedzianym dostojnie, ze świecącymi na znak podniecenia oczami: – Powtórzenie. Zdanie mało zgrabne. Może: Na koniec, z oczami błyszczącymi podnieceniem, przerwał ciszę i dopowiedział dostojnie:  

 

przypadło mi miejsce niemal na samym końcu uzbrojonego po zęby peletonu. – A za peletonem pędziła grupa pościgowa, również po zęby uzbrojonych kolarzy, na – to chyba oczywiste – także pancernych rowerach. ;-)

Za SJP: Peleton – «zwarta grupa kolarzy jadących w wyścigu»

 

Niestety, poza przednią kabiną, transportowce nie były wyposażone w szyby… – Czy Twoje transportowce miały także tylną kabinę, nieoszkloną? ;-)

Za SJP: Transportowiec – «samolot lub statek transportowy»

Zupełnie się na tym nie znam, ale podejrzewam, że miałeś na myśli transportery, prawdopodobnie opancerzone. Te, jeśli się nie mylę, w ogóle nie maja okien/ szyb, jeno jakieś wizjery i otwory strzelnicze.

 

…ryknął pełnym głosem napakowany brodacz, rzucając się w wir ucieczki. – Nie wiem, jak można rzucić się w wir ucieczki. Może chodzi o to, że rzucił się do panicznej ucieczki?

 

Bież tę torbę i biegnij za mną.Bierz tę torbę i biegnij za mną. Poprawnie byłoby także: Bierz tę torbę i bież za mną. ;-)

Wybacz Autorze, ale nie jestem w stanie uwierzyć w kosmicznego żołnierza, pokonującego na polu walki kilka kilometrów biegiem, w dodatku z torbą pełną amunicji.  

 

…że bez naszej pomocy padnie kilkudziesięciu naszych – Powtórzenie.

 

Kilkukilometrowy bieg z ciężką torbą skrajnie mnie wyczerpał. – Moim zdaniem, to cud boski, że bohater przeżył. ;-)  

 

…pokazał półprzezroczysty, wypukły narząd o trójkątnych kształtach. – Ile kształtów miał jeden narząd?

 

Na początku kwarantanna byłą nawet w porządku. – Literówka.

 

Całe moje spojrzenie na świat nagle zostało zachwiane. – Wolałabym: Całe moje pojęcie o świecie nagle zostało zachwiane.

 

Gigantyczne mury dumnie połyskiwały odbitym z pobliskiej planety, nieśmiałym światłem. – Co sprawiało, że nieśmiałe światło, odbite od murów, stawało się dumnie połyskliwe? ;-)  

 

…zadowolony beorianin wreszcie skierował głos do miniaturowego mikrofonu. – Wolałabym: …zadowolony beorianin wreszcie zaczął mówić do miniaturowego mikrofonu.

 

Olbrzymi statek migającymi na przemian lampami wyraźnie nadawał chęć negocjacji. – Wolałabym: Olbrzymi statek, migając na przemian lampami, wyraźnie sygnalizował chęć podjęcia negocjacji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję za wyłapanie błędów. Takie komentarze naprawdę pomagają unikać w przyszłości tych samych błędów ;) Szkoda tylko, że nie można poprawić tekstu (wiem, wiem… czas edycji ma zostać wkrótce wydłużony).

Swoją drogą możliwość edycji swoich komentarzy też by się przydała. Niezbyt przyjemne jest pozostawienie rażącego powtórzenia w tak króciutkim komentarzu, jak ten powyższy ;) Jak ja tego nie zauważyłem? Pewnie ze zmęczenia.

Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. ;-)  Przykro mi, że już po czasie. ;-( Jeśli się nie mylę, na nowej stronie czas edycji będzie nieograniczony. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Przyjemne

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Nowa Fantastyka