- Opowiadanie: Marianna - Łańcuch pokarmowy

Łańcuch pokarmowy

(To moja propozycja na konkurs. Jak na standardy tego portalu, coś mało fantastyki zawiera, ale skoro już napisałam, to ośmieliłam się wrzucić.)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Łańcuch pokarmowy

 

 

 

Spalony słońcem step rozciągał się po sam horyzont i chłopiec wiedział, że nie wróci dziś do domu na obiad. Martwe zwierzę, które miał szczęście znaleźć, wyglądało całkiem świeżo; nie mógł wprost uwierzyć, że trafił mu się tak wspaniały i co najważniejsze, darmowy kawał mięsa. Truchło niedużego gryzonia nie zdążyło nawet zesztywnieć, a jeszcze nie skrzepnięta krew wciąż cienką strużką wytaczała się z rozharatanego kłami większego drapieżnika gardła. Spłoszony ludzkimi krokami, pechowy łowca czmychnął zapewne w pośpiechu, z żalem pozostawiając swój łup w ofierze groźniejszemu stworzeniu. Dzieciak z lubością zacierał dłonie i ślina sama napływała mu do ust. Stepowy szczur, to było coś. Żadne korzonki albo kora, żadne robactwo, które matka co dnia serwowała na obiad, bo tylko to pozostało, kiedy wieśniacy zjedli wszystkie psy i koty.

Tuląc do piersi martwego szczura niczym drogocenny skarb, młody człowiek zbierał poskręcane, wysuszone na wiór źdźbła traw i szeleszczący pod stopami, łamliwy chrust. Łagodnie falująca równina, skąpo poprzeplatana wyspami niskich, usychających krzewów, nie oferowała wygodnego schronienia, w którym można byłoby rozpalić ognisko i upiec gryzonia. Skrawek wątłego cienia, rzucany przez kępę takich zamierających krzaków, musiał wystarczyć głodnemu włóczykijowi. Z ulgą usiadł na wyraźnie chłodniejszym piasku, prostując zmęczone nogi. Młokosa nie nękały żadne wyrzuty sumienia, po prostu cieszył się chwilą. Krewni w mig rozdrapaliby ochłap, a chłopcu, jak każdemu członkowi licznej rodziny dostałaby się tylko nieznaczna cząstka tak pożądanego przez zabiedzone ciała mięsa. Tym razem nie zaniesie znaleziska do domu i nikt się o tym nie dowie, a przecież czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, rozważał, oprawiając gryzonia.

Po ściągnięciu skóry i wydobyciu wnętrzności, z okazałej wcześniej zdobyczy pozostał tylko drobny, żylasty zbitek różowych mięśni, cuchnący jeszcze świeżo wytoczoną krwią, ziemią i piachem. Po upieczeniu, chłopiec wiedział to dobrze, skurczy się jeszcze bardziej. Drżącymi z niecierpliwości, oblepionym czerwoną posoką palcami nadziewał mięso na prowizoryczny rożen z zaostrzonego scyzorykiem patyka. Ogień zapłonął bez przeszkód i wkrótce pieczeń zaczęła skwierczeć ponad złotymi płomieniami, a zapach pieczonego mięsa rozszedł się po okolicy.

Dawno minęło południe i obezwładniająca senność zaczęła ogarniać osłabione ciało młodego człowieka. Powieki same opadały na łzawiące od dymu, znużone oczy, a patyk z pieczonym szczurem opadał coraz niżej i coraz częściej drogocenne mięso lizały gorące jęzory płomieni. Zdążyło już sczernieć tu i ówdzie; uświadomiwszy sobie ten fakt chłopak poruszył się niespokojnie, otrząsając się z niepożądanego snu jak od wstrętnego robactwa. Przyklęknął niczym do modlitwy, ale gdy drżąc z niecierpliwości dobierał się do parzącego opuszki palców i wargi mięsa, wokoło nagle pociemniało, jakby jakaś ciemna chmura zakryła palące słońce.

– Tu jesteś, matole. – Usłyszał ochrypły, pełen pogardy głos.

Zaskoczony dzieciak obrócił głowę, by ujrzeć swego przeklętego prześladowcę, obmierzłego wyrostka z tej samej wioski, który nie wiedzieć czemu upodobał sobie nękanie młodszego kolegi obraźliwymi słowami i bolesnymi kuksańcami.

– Co się tak głupio gapisz? – zagrzmiał przybysz, podchodząc jeszcze bliżej. – Co tam chowasz?

Jedzący nie odpowiedział; zszokowany, nie zdążył ukryć wymarzonego posiłku. W osłupieniu przyglądał się intruzowi otwierając ze zdziwienia usta; jeszcze nie przeżute mięso wypadło z nich wprost na piasek.

– Podziel się, skoro ci nie smakuje. – Prześladowca skrzywił się z obrzydzeniem i chwyciwszy końcówkę rożna, pociągnął patyk do siebie.

Młodszy chłopiec zdążył otrząsnąć się już z pierwszego szoku i mocno zacisnął palce na swoim końcu patyka.

– Nie! – zawołał rozpaczliwie. – Ja to znalazłem! To moje!

Mocowali się przez chwilę, ale silniejszy przybysz zdołał w końcu wyrwać zdobycz z rąk kolegi. Zwycięzca triumfalnie uniósł patyk z nadzianym nań szczurem i przyglądał mu się pożądliwie, po czym ostentacyjnie zatopił zęby w pieczeni. Ograbiony dzieciak zagryzł gniewnie wargi i nie mogąc oderwać wzroku od znikającego w ustach grabieżcy mięsa, rozcapierzonymi palcami, po omacku, szukał wokół siebie zgubionego scyzoryka. Nie znalazłszy go, zacisnął blade pięści i podrywając się z klęczek, znienacka rzucił się na intruza.

– Oddaj! – charczał. – Oddaj, ty… ty… złodzieju!

Tarmoszony dwoma parami nieustępliwych rąk patyk nie wytrzymał, łamiąc się z trzaskiem. Gorąca jeszcze, niedojedzona padlina poszybowała gdzieś na bok, tocząc się po piachu; obaj walczący natychmiast rzucili się jej śladem, kalecząc boleśnie łokcie, dłonie i kolana. Młodszy chłopiec był szybszy – pochwycił zdobycz, wbijając w nią paznokcie jak szpony i kuląc się niczym embrion, ukrył pieczeń w twierdzy własnego ciała.

– Moje! Moje! – krzyczał płaczliwie, jeszcze mocniej podciągając kolana ku piersiom i mężnie znosząc ciosy, wymierzane gdzie popadnie przez coraz bardziej wściekłego agresora.

Grabieżca wkrótce opadł z sił, coraz słabsze uderzenia powoli ustały, ale atakujący nie zamierzał dać za wygraną. Ofiara, wykorzystując chwilę, w której zmęczony oprawca gwałtownie chwytał powietrze, w mgnieniu oka rzuciła się do ucieczki, unosząc ze sobą ocalony posiłek. Młodszy z chłopców nie odbiegł jednak daleko. Pierwszy z miotanych przez agresora kamieni chybił celu, drugi odbił się od łydki uciekiniera, destabilizując i tak pokraczny bieg pokiereszowanej ofiary. Trzeci ugodził biedaka w plecy, kilka następnych trafiło w step, aż któryś z kolei trafił chłopaka w głowę, z hukiem odbijając się od czaszki. Młody człowiek padł jak długi na piach, by już się nie podnieść. Oprawca zachłannie wydarł trofeum z drgających dłoni nieprzytomnego kolegi i oddalił się pośpiesznie, łapczywymi kęsami pochłaniając cenne mięso.

 

 

***

 

Spalony słońcem step rozciągał się po sam horyzont i mężczyzna wiedział już, że nie zdąży do domu na obiad. Smagnął batem zad ciągnącej wóz, wychudzonej kobyły raz i drugi, by skłonić znużone zwierzę do większego wysiłku, lecz nie zdołał zmienić monotonnego stukotu kopyt w nic bardziej ożywionego. Oddychając ciężko, woźnica otarł gęsty pot ze zmarszczonego frasobliwie czoła, poprawił się na koźle, kolejny raz machnął batem i wreszcie zmęczona klacz żwawiej pociągnęła stary, rozklekotany wóz, podążając ku majaczącemu już w oddali miasteczku.

Zatrzymawszy się przed bramą położonego na peryferiach domostwa, woźnica zgwizdał raz i drugi. Z okna na parterze wyjrzała na moment ciemnowłosa, młoda dziewczyna, po czym zniknęła wewnątrz, a na ulicy dało posłyszeć się donośne wołanie:

– Ojciec! Ojciec, Mykoła wrócił!

Brama szeroko otworzyła się przed przybyszem i woźnica bez zwłoki wjechał do środka. Zgarbiony, utykający na prawą nogę starzec pośpiesznie zamknął wrota, pytając ciekawie:

– Co masz?

– Zboże, trochę koniny – odparł Mykoła, zsiadając z kozła. – Coraz ciężej o to.

– Wejdź do domu, matka zostawiła dla ciebie coś z obiadu. – Starzec pokiwał głową z uznaniem.

– Później, ojciec – odparł Mykoła niecierpliwie. – Trzeba ukryć ziarno, bo ktoś z sąsiadów jeszcze wypatrzy i poćwiartować mięso, zanim dobiorą się do niego muchy. Muszę się spieszyć, przecież o zmroku przyjdzie kupiec…

Gdy stary zniknął w domu, syn westchnął ciężko i potoczył się ku studni. Nabrał wody dla klaczy, ale zanim napoił zwierzę, sam zanurzył czerwoną twarz w zimnym, przejrzystym płynie. Nie przyniosło to znużonemu mężczyźnie spodziewanego orzeźwienia. Patrząc na chciwie pochłaniającą wodę kobyłę, przysiadł na moment na ziemi, opierając spocone plecy o chłodną cembrowinę studni. Słońce nieubłaganie chyliło się ku zachodowi, prażąc wciąż niemiłosiernie. Niedużo czasu pozostało do zmroku; nie czas teraz na odpoczynek. Głodny i zły, Mykoła podniósł się ociężale i z ociąganiem podszedł do wozu, by ostrożnie zajrzeć pod okrywającą przywiezioną żywność połataną płachtę.

Wieczorem, zamiast miejscowego sklepikarza, w domu na przedmieściach zjawiło się trzech smutnych panów, prezentując na powitanie śmiertelnie poważne miny na zdjęciach w służbowych legitymacjach. Przerywając grobową ciszę, zakłócaną tylko brzęczeniem zwabionych rozkładającym się powoli mięsem much, najniższy z przybyszy zauważył twardo:

– Handlujecie tu żywnością bez zezwolenia.

Drugi, najwyższy, zatrzymał wymowne spojrzenie na talerzach zaskoczonej przy kolacji rodziny, uśmiechając się ironicznie. Trzeci milczał, zachowując kamienny wyraz twarzy. Mykoła z trudnością przepchnął kęs pożywienia przez ściśnięte strachem gardło.

– Ależ skąd, panowie. To jakaś pomyłka, o tak, na pewno pomyłka.

– Były na was donosy. Wiele. Z różnych źródeł.

O któryś z talerzy z donośnym brzękiem uderzyła łyżka; cała rodzina wstrzymała oddechy, gdy wysoki funkcjonariusz niedbałym krokiem zbliżył się do kredensu i, jakby od niechcenia, zaczął zaglądać do garnków, naczyń i pudełek. Gdy wreszcie znalazł, to, czego szukał, uśmiechnął się jadowicie i wytrząsając zawartość naczynia na podłogę, spytał z triumfem:

– A to?

– Mąka – przyznał ojciec. – Ale stęchła, śmierdząca, ze starych zapasów, wasza łaskawość!

– Wasza łaskawość?! – ryknął ostro najniższy z przybyłych, sięgając po pistolet. – Dam ja ci łaskawość, spekulancie jeden! Wstawać! Wszyscy wstawać! Na zewnątrz! Ale już!

Popychani przez oprawców mieszkańcy pospiesznie podnosili się z miejsc, z rumorem odsuwając krzesła i popędzani uderzeniami rękojeści pistoletów, kuląc się przed nieubłaganymi ciosami pięści, kolejno znikali w ciemnej sieni. Kobiety uderzyły w rozpaczliwy szloch; nagle powietrze przeszył rozdzierający wrzask młodej dziewczyny, ciągniętej za gruby warkocz przez niskiego urzędnika w jakiś ciemny kąt. Chrapliwy krzyk syna i jęki matki dopełniły obrazu tragedii. Starzec został z milczącym funkcjonariuszem w głównej izbie sam na sam. Nie widząc dla siebie ratunku, padł na kolana.

– Panie, odstąpcie… – bełkotał drżącymi wargami. – Darujcie, panie. Pokażę wszystko, wszystko powiem!

– Tak. – Mężczyzna skinął głową. – Wszystko powiecie. Gdzie zboże?

Stary zadrżał, oczy zaszły mu łzami i obezwładniający ciężar osiadł na piersi. Wrzaski córki i odgłosy szamotaniny zza ściany rozdzierały mu serce.

– Tam – wyjąkał, nieskoordynowanym ruchem trzęsącej się dłoni wskazując nieokreślone miejsce za otwartym oknem. – Tam, w drewutni…

– Prowadźcie – odrzekł groźnie oficer.

Zanim stary zdołał podźwignąć się z kolan, z pomieszczenia obok dobiegł głuchy odgłos jakiegoś mocnego uderzenia i krzyki dziewczyny ucichły. Gdy w towarzystwie małomównego mężczyzny przemierzał korytarz, z ciemnego pomieszczenia dobiegało już tylko sapanie krępego urzędnika.

Przed domem zastał leżącego Mykołę z rozbitym rękojeścią pistoletu czołem i zawodzącą nad ciałem nieprzytomnego syna żonę. Żal ścisnął mężczyźnie gardło, ale minął krewnych bez słowa i zawiódł oficera do ciasnej komórki, gdzie warstwy równo poukładanego drewna skrywały przed ludzkimi oczami wnękę z dwoma workami wypełnionymi ziarnem i ledwo okrytym zakrwawioną szmatą stosem czerwonego mięsa. Funkcjonariusz obrzucił beznamiętnym spojrzeniem kradzione zboże; spodziewał się przecież takiego widoku. Powoli przeniósł wzrok na zgiętego w półukłonie, spoconego ze strachu starca.

– Za coś takiego grozi kara śmierci – stwierdził obojętnie. – Wiecie o tym?

– Wiem – zaszczękał zębami spekulant. –Wiem! Panie komisarzu… Oddam wszystko. Weźcie, co chcecie. Ziarno, mięso, pieniądze… Weźcie wszystko, życie biednym ludziom darujcie!

– Sąd ludowy waszą sprawę rozsądzi. – Urzędnik skrzywił się z pogardą.

– Nie spieszcie się, panie komisarzu. – Starzec uczepił się rękawa mężczyzny, trzymając go kurczowo. – Sądowi wydać nas zawsze zdążycie. Pomyślcie o waszych dzieciach! Coraz trudniej o żywność, a ja umiem ją zdobyć. – Widząc, że urzędnik się waha, ojciec puścił jego rękaw i odsłonił mięso, namawiając: – Weźcie, panie komisarzu. Dla was, dla żony i dzieci. Pierwszorzędna konina! U mnie dostaniecie taką co tydzień, a czasy idą ciężkie…

Funkcjonariusz nie odpowiedział; sięgnął do jednego z worków i przesypując ziarno między palcami, wyszeptał, uśmiechając się pobłażliwie do naiwnego ministranta, którym był dawno temu:

– „…A po nich nastanie siedem lat głodu; i pójdzie w niepamięć cała ta obfitość w Egipcie, gdy głód będzie niszczył kraj…”

Starzec z ciekawością nastawił uszu.

– Co mówicie, panie komisarzu?

– Towarzyszu – poprawił oficer. – Teraz mówi się: towarzyszu, rozumiecie? Zastanawiam się, co z wami zrobić…

Spekulant, wstrzymując oddech, oczekiwał na odpowiedź. Serce zdesperowanego mężczyzny ociężałymi uderzeniami odmierzało czas do wyroku.

– Dobrze – orzekł w końcu funkcjonariusz. – Co tydzień będę sprawdzał, jak się sprawujecie. A dziś zabiorę to – mówił, wskazując na ziarno i stosik mięsa. – Rekwiruję te produkty, jako własność państwa, rozumiecie?

Pobladły i przerażony starzec zdobył się jedynie na słabe skinienie głowy.

Trzęsącymi się dłońmi ojciec zamykał bramę za wychodzącymi urzędnikami. Mamrocząc dziękczynne modlitwy, pomógł żonie odprowadzić oprzytomniałego już Mykołę do domu i nie mogąc uspokoić nierówno bijącego serca, opatrywał rozbitą głowę syna.

– Nie daruję… nie daruję – bełkotał Mykoła, rzucając się na posłaniu i wściekle zaciskając pięści. – Zabiję… jak psa!

– Cicho, głupi! – syknął starzec, trwożnie rozglądając się wokoło. – Ciesz się, że tylko tak się to wszystko skończyło! Zabrali to, co przywiozłeś, choć mogli zabrać nas!

Syn gwałtownie wyrwał się z objęć opatrującego go ojca i niespodziewanie usiadł na łóżku.

– Zabrali? Wszystko? Ziarno i… – załamał mu się głos – mięso też?

– Tak. A niech się udławią tą naszą koniną, psia ich mać! – Stary wyrzucił z siebie gniewne słowa. – Wszystko oddałem, co miałem robić?

Mykoła w jednej chwili zbladł jak papier, przerażając ojca nie na żarty.

– Dziecko, co ci?

– Ojciec, coś ty najlepszego zrobił – wyjąkał syn, opadając na poduszki. – To nie była żadna konina! Znalazłem trupa… przy drodze. Dzieciaka z rozwaloną czaszką… Szkoda było zostawić. Po wsiach to nie tylko koni, ale nawet psów i kotów już nie ma…

Zszokowany stary milczał przez chwilę, rozważając słowa Mykoły.

– Nie zorientują się – orzekł w końcu niezbyt pewnie. – To mięso i to mięso. Gorzej, bo obiecałem im… dostawę co tydzień. Zarżniemy naszą kobyłę, ale potem…

Syn nie odpowiedział; zamknął oczy i jęknął cicho.

 

 

Koniec

Komentarze

Nie mogłaś wstawić tego jutro rano? Może mi się przyśnić to i owo…

Miałam wstawić w Haloween (tak się to pisze?), ale nie było czasu…

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Istotnie, fantastyki nie dostrzegłam, ale opowiadanie podobało mi się. Zakończenie sugeruje jednak, że to czego nie napisałaś, by nie szokować czytelników, byłoby absolutnie fantastyczne.  

 

Trzeci ugodził plecy biedaka… – Wolałabym: Trzeci ugodził biedaka w plecy

 

Brama otworzyła się przed przybyszem szeroko… – Wolałabym: Brama szeroko otworzyła się przed przybyszem

 

Zgarbiony, utykający na prawdą nogę starzec… – Literówka.

 

Chrapliwy krzyk syna i jęki matki wypełniły dopełniły obrazu tragedii. – Proszę Autorkę o zdecydowanie, co zrobiły krzyki i jęki. Ja uważam, że dopełniły. ;-)  

 

…sięgnął do jednego z worków i obracając ziarno między palcami… – Wolałabym: …sięgnął do jednego z worków i przesypując ziarno między palcami

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-) Nie mów, że z dynią biegałaś…  :-)   Coś jakoś takoś mi siem wydawa, że Koleżanka systematycznie "zwyżkuje". Bardzo sugestywny, pomimo oszczędnego stylu, tekst. No i spoza SF, czyli nie tylko tam Koleżanka coś potrafi…

Regulatorzy, stokrotne dzięki. Chyba pierwszy raz wyrobiłam się z poprawą w dwudziestoczterogodzinnym "oknie edycji" ;) Adamie: Nie dynia. Bigos i takie tam…

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Wydaje mi się, że padlina to określenie na zwłoki zwierzęcia, które padło w naturalny sposób. A Twój gryzoń zdaje się został zagryziony. :) No, fajny tekst. Z porządnym dreszczykiem na końcu. Podoba mi się sposób, w jaki konstruujesz opisy. Jest ich sporo, całkiem szczegółowych, a jednocześnie napisanych tak, że czyta się je z zainteresowaniem, bez znużenia. Dopiero dwa teksty na konkurs, ale jeśli pozostałe będą trzymać ich poziom, to naprawdę współczuję jurorowi. Będzie miał problem. :)

Cholercia, Marianno, a ja jestem przed śniadaniem… Dobra, będzie serek i warzywa.  Przerażająca wizja!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Też jestem przed śniadaniem, ale jakoś nie zniechęciło mnie to do skorzystania z wszechstronności produktów w lodówce. Konkurencja dla mojego przyszłego tekstu rośnie ;).

Ogół nie chce wiedzieć, że jest myślącą masą złożoną z bezmyślnych jednostek

Podobało mi się, ciekawa konstrukcja i ciekawe rozwiązanie akcji.

Podobało mi się, że powiązałaś na końcu oba wątki, bo obawiałem się… że tego nie zrobisz :D Potwornie się zamotałem w końcówce pierwszego fragmentu. Nagromadzenie różnych określeń dla młodszego i starszego chłopca sprawiło, że w końcu nie wiedziałem, który jest który. I zaskoczyło mnie, z jaką łatwością dryblas znalazł małego po ciemku na wielkim stepie. Pomysł fajny, zakończenie satysfakcjonujące. Mimo małego zamieszania czytało się dobrze. Poradziłaś sobie z tematem.

Ocho, zabiłaś mi ćwieka z tą padliną. Zawsze myślałam, że to po prostu martwe zwierzę, a poza lakonicznym hasłem w Wikipedii nie bardzo mam to gdzie sprawdzić. Bemik, do głowy mi nie przyszło, że ten tekst może odstręczać od jedzenia. Sama, pisząc, nie miałam problemów z konsumpcją, ale być może na piszącego tekst nie działa w ten sposób. Taki np. Steven King musiałby chyba umierać z głodu ;) Kudłaczu, W sumie mogłam nadać tym chłopakom imiona, ale w końcu zostało tak jak zostało. I tak jeden miał zostać zjedzony… Akcja szarpaniny chłpców nie rozgrywa się po ciemku – napisałam tylko, że "jakby chmura zakryła słońce". Myślę, że zapach pieczeni pomógł w poszukiwaniach ;) Dziękuję wszystkim za budujące słowa.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

padlina ż IV, CMs. ~nie, blm

rozkładające się ciało zdechłego zwierzęcia; mięso zdechłego zwierzęcia.

Padlina końska.

Sępy żywią się padliną.

 

Wikipedia to mało pewne źródło, niestety…

No tak. A jest jakieś specjalne określenie na zwierzęcia, które nie zakończyło życia w sposób naturalny?

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

*dla zwierzęcia

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Ciekawe i dobrze napisane. Co do zwierzęcych zwłok – może "ścierwo"? Tylko chyba określenie to sugeruje, że zaczął się już rozkład, a tu raczej świeżynka była.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nie kojarzę, przynajmniej w tej chwili nie przypominam sobie, by istniało określenie na ciała*) zwierząt, które nie zakończyły życia w sposób naturalny. Zwykle operuje się w opisie przyczyną śmierci: przejechany, zastrzelony, zagryziony i co tam jeszcze.    Sytuację w pewien sposób komplikuje fakt, że wszystkie słowniki, jakie mam pod ręką, ograniczają "zwłoki" do ciała ludzkiego. *) dotyczy, oczywiście, ciał jeszcze nie tkniętych rozkładem.

Adamie, spotkałam się gdzieś z taką interpretacją: człowiek umiera i pozostają po nim zwłoki, zwierzę natomiast pada i to co zostaje, to padlina. Faktycznie, nie przychodzi mi do głowy żadne specjalne określenie. Trup też odnosi się  raczej do człowieka. AlexFagus: Ścierwo też byłoby dobrym określeniem, gdybym w tym tekście zamierzała iść w stronę zdecydowanej makabry, a tego nie chciałam.   Dlatego, może brzmiałoby lepiej zdanie: Martwe zwierzę, które miał szczęście znaleźć, wyglądało całkiem świeżo; nie mógł wprost uwierzyć, że trafił mu się tak wspaniały i co najważniejsze, darmowy kawał mięsa.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Lepiej. Ale pamiętaj o przecinku po "i". Czasami odnoszę takie wrażenie, jak gdyby nasz język "unikał" niektórych tematów. Radość i smutek możemy opisać wieloma słowami, oddającymi treść i tonację uczucia, natomiast przy próbie nazwania, jak w tym przypadku, ciała nieżywego zwierzęcia walimy głową w żelbetową sosnę. Padlina, ścierwo, trup. Jeszcze zewłok i truchło, przestarzałe i książkowe. 

Brzmi zdecydowanie lepiej – i odsuwa na bok nieprzyjemne skojarzenia dotyczące rozkładu – teraz to całkiem apetyczny kawałek szczura. Oj, chyba pora wreszcie zrobić śniadanie…

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

:-)  Opis martwego szczura jako impuls do zrobienia śniadania… Ojojoj… Ale nic to, zaraz idę robić kanapki! Z szynką, nie ze szczurem…  :-)

Oj tam, oj tam. Bear Grylls nie takie obrzydliwstwa jada ;) Dziękuję za wszystkie komentarze.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Jedz albo bądź zjedzony ;) Podobało mi się nagłe wrzucenie ludowych komisarzy, szczególnie w kontekście spekulacji mięsem – śmieszno-straszno, szczególnie w kraju, w którym prokuratorzy wnosili o kary śmierci w aferze mięsnej. W dodatku jedną chyba nawet wykonano. Przekupny aparatczyk nadużywający władzy pachnie bardzo znajomo :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Podobało się! Ładnie to napisałaś, jakoś tak plastycznie, choć czy ja wiem, czy to dobrze ;) 

Przyznam, od dawna marzyłam o napisaniu tekstu z komisarzami ludowymi. Pewnie to głupio zabrzmi, ale tak jak esesmani są dość "wdzięcznymi" postaciami do opisywania ;). Psychofish, Prokris, dziękuję za opinie.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

komisarze ludowi – ach, mieli rozmach sk…syny. ;) I to poczucie, że niektóre rzeczy niestety się nie zmieniają, bo ułomni jesteśmy i tej ułomności przełamać po prostu się nie da, zawsze wracamy do prawa kaduka… Cała przyjemność po mojej stronie, świetna lektura.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałam. Zdecydowanie wolę Cię w takich tekstach niż w SF, Marianno ; ) Przynajmniej zrozumiałam wszystkie słowa – może aż za dobrze. Dobry tekst. Przejmujący. Gratuluję.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim, co ja poradzę, że tak lubię SF?  Ale czasem i nie-SF coś nabazgrolę. Wielkie dzięki, że zajrzałaś.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Porządny warsztat, czyta się bez zgrzytów, historia wciąga czytelnika i szybko się kończy. Zdecydowanie za szybko. Właściwie nie zdążyłem poznać świata przedstawionego w opowiadaniu, byłem tylko świadkiem dwóch – co prawda ciekawie napisanych – scen, które z pewnością mogły się stać zaczątkiem interesującej opowieści.  Mimo wszystko nie jestem w pełni usatysfakcjonowany. Pozdrawiam.

Domku, Z Twoją opinią jednocześnie zgadzam się i nie zgadzam. O ile pierwszą część tekstu faktycznie można określić jako scenę, to druga część, jak na scenę, wydaje mi się trochę bardziej rozbudowana. Mogę nie mieć racji i oczywiście masz prawo do takiej opinii, zwłaszcza że od pewnego czasu obserwuję u siebie tendencję do pisania coraz krótszych tekstów. Co do oszczędnego potraktowania świata przedstawionego, to nie wchodziłam w szczegóły, wydawało mi się bowiem, że rzucając hasła: step-głód-towarzysze czytelnicy domyślą się, o jaki "świat" chodzi. Być może takie upraszczanie jest błędem. Pozdrawiam i dziękuję za wizytę.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Niezła historyjka – choć elementu fantastycznego brak. Zastanawia mnie, czy zrobiłaby się lepsza, gdyby ją bardziej skondensować ; ) Być może takie upraszczanie jest błędem. – przedstawienie świata jest w porządku, jest dość oczywiste, o co chodzi. Myślę jednak, że warto by się pokusić o odnalezienie jakiegoś punktu zaczepienie dla tego wspomnianego fantastycznego wątku. 

I po co to było?

Syfie, chyba skondensowanie nie wyszłoby tej akurat historii na dobre ;) Dziękuję za komentarz.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Przeczytałam, ale szczerze, nic tu dla siebie nie znalazłam

Artanian, bo też nie jest to tekst, w którym "każdy znajdzie coś dla siebie" ;)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Mocny tekst. Sprawnie napisany, z ładnie zamkniętym zakończeniem. A co najważniejsze, bardzo proporcjonalny. Przedstawiasz historię oszczędnie, ale nie na tyle, by można było narzekać na niedociągnięcia fabularne. Przegadania też nie ma. Złote proporcje, jak się patrzy. Sama historia jest bardzo sugestywna, odrobinę straszna, ale udało ci się uniknąć, tego naturalistycznego niesmaku, z jakim z reguły podobne historie są serwowane. Brawo.

Vyzarcie, Wielkie dzięki za wizytę i budujące słowa. To chyba oznacza, że nie muszę rozygnować z mojego oszczędnego stylu – dobrze się z nim czuję. Pozdrawiam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Naprawdę podobało mi się i podoba mi się to opowiadanie. Bardzo dobra jakość językowa, ale jednego zabrakło… to znaczy jest, ale czuję lekki niedosyt. Chodzi o elementy fantastyki.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Przyzwoicie napisane, ładnie wyważone i nieprzesadzone w naturalizmie. Z drugiej strony raczej do przeczytania i zapomnienia. Poza tym brak tu fantastyki, co moim zdaniem w kontekście przyznawania piórek skreśla tekst.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

…Ciekawe opowiadanie. Niedobór fantastyki w najmniejszym stopniu mi nie przeszkadzał. Wyrzuciłbym słowo "serwować", bo to trochę takie zalatujące restauracjają. Pozdrawiam.

…*Restauracją.

Oj, co Wy wszyscy z tą fantastyką… :) A mnie tak się wydaje, że wrzucenie w tę historię jakiegoś typowo fantastycznego elementu by jej tylko zaszkodzilo. Komisarze mogliby okazać się kosmitami, albo spekulanci wilkołakami, wreszcie w drewutni mógłby zacząć straszyć duch poćwiatrowanego chłopaka, ale historia wtedy zmienłlaby się w farsę. Zresztą, chciałam w tym tekście przedstawić pewien konkretny kontekst historyczny z ubiegłego wieku. Nie wiem, czy zrobiłam to czytelnie, czy nie; uważam jednak, że ubiegły wiek obfitował w horror i niezwykłość, ktorych nie wymyśiłby żaden poczytny pisarz i jakoś nie przyszło mi do głowy, by jeszcze ubarwiać to "cudami na kiju". Berylu, a to my rozmawiamy w kontekście piórka? Myślałam, że startuję w konkursie Kudłacza. Ryszardzie

Rrestauracją, powiadasz? Byli czytelnicy, którym ten tekst narobił ochoty na śniadanie, więc coś jest na rzeczy… :) Pozdrawiam i dziękuję za komentarze

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Berylu,

a to my rozmawiamy w kontekście piórka? Myślałam, że startuję w konkursie Kudłacza.

Niewątpliwie startujesz, ale Twój tekst jest również nominowany do piórka.   A mnie tak się wydaje, że wrzucenie w tę historię jakiegoś typowo fantastycznego elementu by jej tylko zaszkodzilo.

Proponuję spojrzeć na to z drugiej strony: nie oczekujemy od tekstu fantastyki dlatego, że by mu zrobiła dobrze, ale dlatego, że wrzuciłaś tekst na portal fantastyka.pl bez fantastyki :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

…Moim zdaniem, jeżeli autor wrzuci już kilka opowiadań z fantastyką na pierwszym planie, to ma prawo wrzucić od czasu do czasu tekst bez niej. A historia głodu na Ukrainie jest tak poruszająca, że opowiadanie Marianny o głodzie lat trzydziestych w dawnym ZSRR jest warta przypomnienia. Pozdrawiam usatysfakcjonowany lekturą.

Ryszardzie, ja nie odbieram nikomu prawa do wrzucenia tekstu bez fantastyki, ale uważam – prawdę mówiąc – za niedopuszczalne, żeby na tym portalu wyróżnienie otrzymał taki tekst, nawet jeśli bardzo dobry. I w takim konteście pisałem.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Zwłaszcza, że Marianna pisała ten tekst na konkurs, w którego regułach stało jak byk, że fantastyka nie jest niezbędna. Już nie Jej wina, że został nominowany. :)

Kurczę, jakaż tu silna tendencja do bronienia autorki jest – a czy ja jej zarzucam, że jej tekst został nominowany? :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Bo Autorka fajnie pisze. :) A swój komentarz napisałam, zanim przeczytałam Twój przedostatni, więc wszystko juz jasne.

Musiałam coś przeoczyć albo czegoś nie doczytać, bo nie wiedziałam, że jestem nominowana. Przyznanie piórka to decyzja Loży, więc nie widzę problemu – skoro tekst się nie nadaje, to wystarczy nagrody nie przyznawać. Pozostaje mi obiecać, że następny tu wrzucony będzie charakteryzował się już odpowiednią zawartością fantastyki w fantastyce ;), a ewentualne nie spełniające wymogów wrzucę gdzieś indziej, żeby niezgody w narodzie nie było :):);)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Dobry tekst. Podobał mi się.

Edyta

Dzięki, Edyto :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Mnie też brakowało fantastyki – wolę Cię w SF. :-)

No i puenty można się domyślić; tytuł bardzo dużo sugeruje.

A co do głodu na Ukrainie… Ostatnio czytam Suworowa, który nazwał ZSRR “najbogatszym krajem świata”, z całą świadomością, że niektórzy obywatele tego przebogatego kraju zmarli z głodu. To straszne i fascynujące zarazem, co propaganda potrafi zrobić z ludźmi.

Babska logika rządzi!

Finklo, ja też wolę się w SF, ale jak mnie coś czasem historycznie najdzie, to wiesz. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi ;). A ZSRR to cóż, niewyczerpana kopalnia absurdów, tak fantastycznych, że prawdziwa fantastyka przy nich wymięka.

Wielkie dzięki za odgrzebanie tego opka :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Nowa Fantastyka