- Opowiadanie: zygfryd89 - Przez dziurkę od klucza

Przez dziurkę od klucza

Moje pierwsze napisane na poważnie opowiadanie, z początku 2012 roku. Od tamtego czasu przeszło gruntowny remont.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Przez dziurkę od klucza

 

1

 

– Przyśnił mi się anioł – rzekł Koral. Sam nie wiedział, czemu to wyznał. Czy chciał zbyć naprzykrzającego się towarzysza potokiem bredni? A może naprawę pragnął o tym komuś opowiedzieć? – Byłem w ciemnym pomieszczeniu, leżały tam martwe ciała. A potem przyszedł ten anioł, złapał mnie za rękę i dokądś zaprowadził. Dokąd? Nie pamiętam.

– Za dużo alkoholu – zawyrokował Kuba, szesnastoletni, wyjątkowo namolny sąsiad spod ósemki.

Czasami Koral zastanawiał się, czy jest dla chłopca, o zgrozo, czymś w rodzaju wzoru do naśladowania. Młody zaczepiał go przy każdej możliwej okazji. Tym razem napatoczył się na drodze prowadzącej do kamienicy.

– Nie wypiliśmy wiele – powiedział nie do końca zgodnie z prawdą.

– Już ja was znam – odparł chłopiec, uśmiechając się obleśnie. – Mogliście mnie zaprosić.

Zapomnij – pomyślał. Zapadła krępująca cisza. Na szczęście zza padającego śniegu wyłoniła się kamienica, brzydka, stara, z dawna nieremontowana, nisko oczynszowana. W sam raz na studencką kieszeń. Osiem mieszkań w segmencie, siedem z lokatorami. Koral mieszkał pod jedynką wraz z dwójką przyjaciół ze studiów. Stancja była mała, w kuchni wiało jak na biegunie, a woda zamarzała w rurach. Nie narzekał jednak. Miał w plecaku piwo.

Kuba pożegnał się i podreptał na ostatnie piętro. Jest w tym chłopaku coś antypatycznego – pomyślał, odprowadzając go wzrokiem. Drzwi nie były zamknięte na klucz, Rafał przebywał w domu. Drugi z jego współlokatorów wyjechał do rodziny na święta i planował pozostać tam do Nowego Roku. Koral zastanawiał się, czy śnieżyca pozwoli mu planowo wrócić. Kraj był sparaliżowany przez śniegi.

Znalazł Rafała w kuchni. Kumpel pichcił coś niezbyt apetycznego. Spojrzał na Korala, krzywiąc się nieco.

– Oż, cholera, teraz będę musiał się z tobą podzielić. – Zamieszał w garnku i usiadł na taborecie. – Masz piwo?

– Oczywiście.

Rafał rozpromienił się, lecz po chwili zrzedła mu mina.

– Był tu dziś właściciel.

– Coś osiągnął?

– A skąd. Głównie ryczał. Że nie płacimy. Że demolujemy. Że mordujemy niemowlęta. Wszyscy go wyśmiali.

– Wszyscy?

– No… ja, Bob i Cesarz. Starego Jóźwiaka nie było, więc właściciel nie poniósł żadnego uszczerbku na zdrowiu. Poszedł sobie w końcu, wykrzykując, że znajdzie na nas sposób, wróci z policją i inne podobne głupoty.

– Co, jeśli naprawdę wezwie policję? – zaniepokoił się Koral.

– To się przeprowadzimy. Gdzieś, gdzie jest ciepło. Gdzie można przejść po klatce schodowej, nie narażając się na zawał serca. – Wstał i energicznie zamieszał w garnku.

 

 

2

 

Naprzeciwko studentów, pod dwójką, mieszkał Adam wraz z żoną Martą. Mężczyzna był w domu sam. Stał w oknie, spoglądał na gęsto padający śnieg, czekał. Wracaj, sukinsynu.

Cesarz wyszedł na spacer ze swoimi bestiami prawie godzinę temu. Może ich zasypie i już nie wrócą – łudził się.

Dwa lata temu, gdy Cesarz, a właściwie Alfred, wprowadził się w miejsce Nowaka do mieszkania numer sześć, wszyscy sąsiedzi odetchnęli z ulgą.

Każdy podejrzewał, że Nowak należał do jakiegoś rodzaju grupy przestępczej, lecz nikt nie mówił o tym głośno. Gdy pewnego dnia pod kamienicę podjechały radiowozy, łotr był już pewnie tysiące kilometrów stąd, zapewne wygrzewał się na plażach kraju, którego Adam nie potrafiłby wskazać na mapie. Mieszkanie wynajął Cesarz. Przywitany niczym bohater, szybko przemienił się w antagonistę, bowiem już pierwszego dnia zademonstrował swój rytuał.

Miał dwa wielkie rottweilery, czarne jak otchłań demony. Wychodząc na spacer, puszczał je samopas na klatkę schodową. Mknęły na dół z prędkością światła. Osoba, która wówczas pojawiała się w pobliżu… Adam aż się wzdrygnął. Przypomniał sobie pierwsze pogryzienie – córka Jóźwiaka ledwo uszła z życiem. Biedne dziecko. Nie dość, że katowana przez ojca, to jeszcze coś takiego. Dziewczynka spędziła miesiąc w szpitalu. Zapijaczony Jóźwiak zawsze ma taaaką wielką mordę, a wtedy nic nie zrobił. Może nawet niczego nie zauważył.

Radiowozy przyjechały po raz kolejny. Cesarz zarzekał się, przysięgał i błagał o miłosierdzie. Dostał wyrok w zawieszeniu. Zaprzestać rytuału nie miał zamiaru.

Zapadał zmrok, śnieg sypał coraz intensywniej, cały świat utonął w bieli. Sąsiad z góry zaczął wiercić, co przeszkadzało Adamowi zebrać myśli. Cesarz zarobił do tej pory dwa wyroki. Oba w zawieszeniu. Jeśli bydlaki mnie pogryzą, stary drań pójdzie siedzieć. Na ile? Na pół roku ? Na rok ? Nie warto.

Ale nie mógł już dłużej czekać.

Wyszedł na klatkę schodową cicho i ostrożnie jak przemykający złodziej. Stare drewniane schody były jego sprzymierzeńcem, zawsze ostrzegały przed nadejściem bestii. Jak tu zimno – wzdrygnął się. Wszedł na półpiętro, minął ustawione w rzędzie kwiaty i stary rower. Był już prawie u celu. I wtedy je usłyszał.

Rzucił się biegiem, naparł całym ciałem na klamkę drzwi z numerem trzy. Były zamknięte.

– Chwila – odezwał się kobiecy głos.

– Szybciej, Kasiu! – zawołał.

Kątem oka widział już sylwetki mknących po schodach psów. Drzwi otworzyły się i wpadł do środka.

– Te… bestie. Pieprzony barbarzyńca. Widzisz, Kasiu, ryzykuję dla ciebie życiem – powiedział swej sąsiadce. Nagrodziła go pocałunkiem.

 

 

3

 

Robert Jóźwiak miał osiem lat, gdy podczas lekcji plastyki pani nauczycielka kazała uczniom namalować portret rodziny. Ujrzawszy pracę chłopca, pobiegła z nią do wychowawczyni klasy. Wychowawczyni zgłosiła to pani dyrektor, pani dyrektor zawiadomiła policję, a policjanci nasłali panią kurator. Kobieta przybyła do mieszkania numer siedem w starej kamienicy późnym popołudniem następnego dnia. Robert doskonale pamiętał tę wizytę. Ojciec sprawiał wrażenie miłego, choć czuć było od niego alkohol. Matka jak zwykle nie odezwała się ani słowem. Gdy kurator wyszła, chłopiec został skatowany jak jeszcze nigdy w życiu. Żegnał się ze światem, był pewien, że tym razem ojciec go zabije. Przeżył jednak i obiecał coś swemu rodzeństwu. Przysiągł, że któregoś dnia uwolni ich od rodziciela.

W śnieżny wieczór pięć lat później Robert cicho wszedł do pokoju, w którym ukrywali się jego brat i siostra. Czekali na powrót ojca w milczeniu. Chłopiec czuł ich strach. Sam bał się równie mocno. Dźwięk wiertarki rozległ się tak niespodziewanie, że wszyscy troje podskoczyli. Hałas jest dobry, nikt nas nie podsłucha.

Siostra wlepiała w niego pełne przerażenia, ciemne oczy.

– Nie ma innego wyjścia? – zapytała łkającym głosem, chyba po raz setny. – Może… uciekniemy.

– Znajdzie nas – uciął Robert.

– Może nie będzie szukał…

– Dlaczego to my mamy uciekać? – zapytał. Czuł, jak drżą mu ręce. – Marku, co ty o tym sądzisz.

Młodszy z braci wydawał się jeszcze bardziej przerażony niż jego siostra.

– Ja… nie wiem… – wydukał ze wzrokiem wbitym w stary dywan.

– Nie musicie nic robić – uspokajał ich Robert. – Naprawdę. Wszystkim zajmę się sam. Chcę jedynie, byście się zgodzili.

– A czy to w ogóle zadziała? – zapytał Marek, wskazując na ukryty pod fotelem woreczek. – Skąd to masz?

– Zadziała. Nie powiem, skąd. Nie musicie wiedzieć.

– Może najpierw wypróbujemy – zasugerowała dziewczynka. – Może… na psach. Na psach Cesarza, które kiedyś mnie poraniły … Boje się, że pewnego dnia kogoś zagryzą na śmierć.

– Nie. To byłoby zbyt podejrzane. Myślę, że… – Nie dokończył. Zaskrzypiały drzwi. Wrócił ojciec. Stanął w progu ich pokoju.

Powinienem przygotować tego więcej – pomyślał Robert, gdy po jakiejś wieczności odważył się podnieść wzrok. On jest taki duży. Alkoholik nie powinni być aż tak gruby.

– Aniu – warknął – przynieś mi obiad.

Dziewczynka jęknęła i opuściła pokój. Bracia przysłuchiwali się jej krokom. Weszła do kuchni, legowiska ich matki. Później zaniosła obiad do drugiego pokoju, gdzie mężczyzna zdążył się już usadowić.

– Czy mogę iść? – usłyszeli głos Ani.

– Idź. Albo nie, zaczekaj. – Uderzył ją, być może w głowę. Wybuchnęła płaczem. – To dlatego, że stajesz się taka podobna do matki – oznajmił. – Wszyscy troje stajecie się do niej podobni. Teraz wypierdalaj.

Gdy wróciła, nie odezwała się ani słowem, lecz w jej zapłakanych oczach Robert wyczytał aprobatę. Marek spojrzał na niego i również się nie sprzeciwił.

A więc mylisz się, ojcze. Nie zdajesz sobie sprawy, jak podobni do ciebie jesteśmy.

 

 

4

 

Pod numerem trzecim zamieszkiwali małżonkowie, Kasia i Piotr. Wprowadzili się w zeszłym roku, tuż po ślubie. Kobieta naprawdę kochała swojego męża… przez kilka pierwszych miesięcy wspólnego pożycia. Potem najwyraźniej w świecie znudziła się tym flegmatykiem bez własnego zdania, który przytakiwał jej we wszystkim i wciąż obdarowywał drogimi prezentami. Im bardziej się starał, tym bardziej była nim znudzona.

Na szczęście napatoczył się sąsiad spod dwójki, Adam. On również oddalał się od swej żony, potwornej choleryczki, która wciąż wywoływała kłótnie o mało istotne pierdoły. A przynajmniej taki jej obraz sąsiad kreował w opowieściach.

Kasia i Adam zaczęli ze sobą sypiać i było cudownie. Szybko jednak pojawił się ten wstrętny, uśmiechnięty szczur i sielanka się skończyła.

Tego śnieżnego wieczoru Adam wpadł do jej mieszkania śmiertelnie przerażony. Mamrotał coś o psach sąsiada spod szóstki. Nic ją to nie obchodziło. Pocałowała go i zaprowadziła do sypialni. Kochali się przy doprowadzającym do szału, absurdalnie głośnym akompaniamencie wiertarki, gdyż kretyn mieszkający naprzeciwko znów wznowił niekończący się remont.

Kretyn nazywał się Bogdan (choć prześmiewczo nazywali go Bob) i remontował – z krótkimi przerwami – chyba od początku świata. Wszyscy sąsiedzi zachodzili w głowę, dlaczego to robi, ponieważ powszechnie wiadomo było, że mężczyzna nie płaci czynszu i właściciel wciąż grozi mu wypowiedzeniem umowy najmu.

– Musisz coś dla mnie zrobić – rzekła Kasia do swego kochanka, gdy już skończyli. Za ścianą Bogdan chwilowo przestał maltretować dzielącą ich mieszkania ścianę. – Jest ktoś, kto o nas wie.

– Dobry Boże, kto? – przeraził się.

Zadzwonił telefon. Kasia uciszyła sąsiada, podeszła naga do szafki i odebrała.

– Dobrze się bawicie? – zapytał szczurzy głos w słuchawce.

– Doskonale. Odpierdol się. – Chciała natychmiast zakończyć rozmowę, lecz coś podpowiadało jej, że lepiej tego nie robić.

– Źle mnie oceniasz. Chcę ci pomóc. Dlatego informuję cię, że z okna widzę twojego męża. Wraca do domu. Tak dla naszego wspólnego dobra… schowaj go gdzieś. Kochanka, nie męża, rzecz jasna.

Kasia zamknęła oczy i ujrzała jego szczurzy uśmiech. Odłożyła słuchawkę, podbiegła do okna.

Piotr przekroczył już próg kamienicy.

– Szybko, musisz uciekać! – ryknęła. Ale na ucieczkę było już za późno. Zwinęła więc ubrania Adama i zamknęła go w szafie.

Jakie to klasyczne – pomyślała i omal się nie zaśmiała.

Bogdan i jego wiertarka znów przystąpili do dzieła. Paskudny hałas tym razem wydawał się jeszcze głośniejszy.

 

 

5

 

Ukryty w szafie Adam przyjął pozycję, o jakiej nie śniło się najsprawniejszych joginom. Zewsząd otaczały go ubrania, wełniany szalik chciał mu wykłuć oko. Głową opierał się o tylną ściankę szafy, stracił czucie w nogach. Wszystko zaczęło drżeć, gdyż Bob rozpoczął kolejny cykl wiercenia.

Gdy zapadła cisza, Adamowi udało się podsłuchać rozmowę małżeństwa.

Piotr wrócił z pracy wcześniej, ponieważ szef puścił go do domu z powodu śnieżycy. Miły gość – pomyślał. Adam zaczął się zastanawiać, gdzie pracuje jego sąsiad. Kiedyś to wiedział. Jakiś sklep. Ze specjalistycznym sprzętem.

Nic nie wskazywało, by Piotr cokolwiek podejrzewał. Małżonkowie opuścili pokój, Adam nieco się rozluźnił.

Wtem znów rozległ się odgłos wiercenia, tak głośny, że niemal rozsadził mu mózg. Ściany są tu stanowczo za cienkie – pomyślał w chwili eksplozji potwornego bólu w potylicy. Po jego plecach spływała krew.

 

 

6

 

– Taka mysz! Taaaka! – Rafał machał rękami, pokazując rozmiar z taką przesadą, że Koral doszedł do wniosku, iż przez ich łazienkę przebiegło coś wielkości niedźwiedzia.

Wypili po dwa piwa. Ile Rafał spożył wcześniej? Koral nie wiedział, ale patrząc na współlokatora, zdawał sobie sprawę, że niemało. W dodatku Rafał bał się myszy.

– Zdawało ci się – zapewnił, choć dla świętego spokoju obiecał to sprawdzić.

Łazienka była mała, zimna i brudna. Woda już dawno zamarzła w rurach, a podłoga lepiła się od czegoś paskudnego. Koral obejrzał wszystkie zakamarki, wczołgał się pod wannę, ubrudził się cały. Myszy nie znalazł.

– Koral! Jest w pokoju! Zabieraj tu swoją dupę!

Pobiegł do kuchni, chwycił nóż i wkroczył do izby. Rafał stał na wersalce, wskazując miejsce niedaleko telewizora. Chwilę później było już po wszystkim.

– Piękny rzut – pochwalił go współlokator. – Musisz mnie kiedyś tego nauczyć. A teraz posprzątaj.

– Pieprz się. To twoja ofiara. Twój problem.

– Ale twój tydzień sprzątania – zauważył. Odpowiedzialność za porządki była funkcją przechodnią i całkowicie iluzoryczną. I tak nikt nie sprzątał. – Ty, Kol… Koral, a może ją podrzucimy komuś do piwnicy?

– Komu? Cesarzowi?

– Ostatnio bardziej wkurza mnie Bob. Wierci całe dnie.

– Już przestał. Prawdę mówiąc, wolę wkurzyć Cesarza.

– No dobra, dobra. Przynieś też węgiel.

To był kolejny z wielu momentów, gdy miał ochotę udusić Rafała.

– Kazałem ci to zrobić wczoraj! Siedzisz cały dzień na dupie i chlejesz, mogłeś zrobić choć tę jedną rzecz.

– Wiesz, żeby przynieść węgiel, musiałbym zejść tam na dół.

– No i?

– A tam są myszy.

 

 

7

 

Alfred, zwany przez sąsiadów Cesarzem, od lat pracował w swym mieszkaniu pod numerem szóstym. Był tłumaczem, czego szczerze nie znosił. Przez ostatnie lata zlecano mu przekłady tekstów coraz gorszej jakości. Tłumaczyło się je strasznie. A co gorsza pod każdym widniało później jego nazwisko.

Odszedł od biurka i spojrzał przez okno. Zapadł zmrok, sypał śnieg, pojawiła się też mgła. Wydawało się, że cały świat zniknął, pozostała jedynie ich kamienica. Zegar wybił godzinę siedemnastą. Alfreda czekał jeszcze jeden spacer z psami. Nie miał na niego ochoty w taką pogodę.

Na klatce schodowej trzasnęły drzwi. Co jest, do cholery?

Naprzeciwko niego, pod piątką, nikt nie mieszkał. Pięcioosobowa rodzina, Alfred nie pamiętał ich nazwiska, wyprowadziła się przed dwoma miesiącami.

Psy stały w przedpokoju, były niespokojne, warczały. Jeden skoczył na drzwi i podrapał je pazurami. Alfred odgonił pupila i spojrzał przez judasza. Na klatce było ciemno jak w grobie. Nic nie zobaczył.

Otworzył drzwi gwałtownie, jakby chciał przyłapać tajemniczego trzaskającego na gorącym uczynku. Fala światła wylała się z mieszkania. Nikogo nie ma. Zza pleców Alfreda wyskoczył Bokser, większy z psów. Zwierzę pomknęło po schodach, co mężczyzna skwitował soczystym przekleństwem. Zaczeka na dole.

Tak, jak się spodziewał, Bokser siedział grzecznie na parterze.

– Gdyby ktoś wychylił nos z mieszkania, nie byłbyś taki spokojny – rzekł z uśmiechem, głaszcząc zwierzę po pysku.

Zagonił psa na górę i wrócił do siebie. Stanął jak wryty. Stał tak przez chwilę, nie wierząc w to, co widzi.

Drugi z psów, Bruno, leżał w przedpokoju w kałuży krwi. Ktoś rozciął go niemal na pół. Bokser zaskamlał cicho i położył się obok martwego przyjaciela.

Zszokowany mężczyzna dowlókł się do telefonu. Wykręcił dwie dziewiątki, po czym odłożył słuchawkę. Przypomniał sobie, że za znęcanie się nad zwierzętami sądy przyznają śmiesznie niskie wyroki. Zdecydował, że sam znajdzie sprawcę.

 

 

8

 

Kasia nerwowo obserwowała męża, który prawdopodobnie bił właśnie rekord świata w kategorii najwolniej zjedzonego posiłku.

– Nie smakuje ci? – zapytała, gdy skończyła jej się cierpliwość.

– Bardzo mi smakuje – odparł z uśmiechem.

Nadział na widelec maluteńki kawałek mięsa i zjadł go w trzech kęsach. To dobre na trawienie – pomyślała i omal nie zaśmiała się w głos.

W końcu, mogłaby przysiąc, że po jakiś stu latach, skończył obiad. Gdy zniknął za drzwiami łazienki, Kasia zaczęła nasłuchiwać. Odgłos przekręcanego klucza, dźwięk nalewanej do wanny wody. Mam jakieś dziesięć godzin czasu, nim się wykąpie. Pobiegła do sypialni.

– Adam – wyszeptała i otworzyła szafę.

Na szczęście zdołała zakryć dłonią usta. Gdyby tego nie zrobiła, krzyk, który wydobył się z jej gardła, z pewnością postawiłby na nogi całą kamienicę. Jej kochanek nie żył. Zatrzasnęła drzwiczki i otwarła je ponownie. Wciąż nie żył. W środku było mnóstwo krwi.

Zszokowana usiadła na dywanie. Roześmiała się, potem zaczęła płakać, potem znów się roześmiała. Słyszała, jak Piotr pluska się w wannie, wesoło pogwizdując.

Muszę go stąd zabrać – to była jedyna myśl, jaka przyszła jej do głowy. Mieszkanie, pieniądze, wygodne życie – wiedziała, że straci to wszystko, jeśli jej mąż dowie się o zdradzie. Przyniosła dwie torby: większą na ciało i mniejszą, by owinąć nią głowę, z której wciąż sączyła się krew.

Jak to się mogło stać? Weszła do szafy, pozwalając sobie na krótkie dochodzenie. Ujrzała dziurę w tylnej ściance. Przyłożyła oko i zobaczyła mieszkanie Bogdana. Sąsiad stał w przedpokoju, w skupieniu przyglądał się narzędziom. A więc to twoja wina, sukinsynu.

Po długich zmaganiach w końcu upchnęła trupa do torby. Zasunęła zamek błyskawiczny i odetchnęła z chwilową ulgą. Miała nadzieję, że dzięki mniejszej torbie nie zostawi żadnych śladów krwi.

Usłyszała kroki Bogdana i natychmiast zakryła dziurę szalikiem. Jej sąsiad był tuż po drugiej stronie, przyglądał się otworowi. Odniosła wrażenie, że szalik się porusza, jakby mężczyzna wsadzał do dziury paluch. Czym prędzej zamknęła szafę, chwyciła torbę i zaczęła ją ciągnąć po podłodze. Piotr się ubierał, słyszała szelest ubrań.

Z wielkim trudem dociągnęła bagaż na korytarz. Na schodach użyteczna okazała się grawitacja. Kasia modliła się, by nie stanął jej na drodze któryś z sąsiadów. Po chwili była już w piwnicy.

Pomieszczenie piwniczne numer trzy znajdowało się na końcu korytarza. Dociągnęła pod nie torbę, trzęsąc się zimna i strachu.

Nie zabrała kluczy.

Zostawiła torbę, wbiegła po schodach, wpadła do mieszkania z gracją tornada.

– Gdzie byłaś? – spytał świeżo wykąpany Piotr.

– W piwnicy… po przetwory. Wracam tam.

– Weź kompot z czereśni. Zjadłbym – rzekł z uśmiechem jej mąż. – Albo nie… lepiej z wiśni. Chociaż… sam nie wiem. Mam ochotę na oba.

– Dobrze. Wybacz, spieszę się – wymamrotała.

– Spieszysz się do piwnicy? – zdziwił się jej mąż, lecz nie doczekał się wyjaśnienia. Kasia chwyciła klucze i wybiegła z mieszkania.

Zeskakiwała po trzy stopnie niczym rottweiler Cesarza. Szybko wróciła w miejsce, gdzie zostawiła torbę.

– O… cześć, Kasiu – rzekł czyjś głos.

O mało nie krzyknęła. Ktoś stał w półmroku. Był to jeden z tych wiecznie pijanych studentów z parteru. Wydawał się zakłopotany jej widokiem, coś chował za plecami. Nieudolnie, gdyż Kasia dostrzegła mysi ogon. Widzę, że nie tylko ja próbuję ukryć zwłoki – tym razem nie potrafiła powstrzymać śmiechu.

– Cześć, Koral.

– Pomóc ci z torbą? Wygląda na ciężką.

– Nie, dziękuję, poradzę sobie. – Spierdalaj, spierdalaj stąd – prosiła go w myślach.

Zaczęła walczyć ze starym zamkiem, a gdy go pokonała, Koral chwycił za torbę.

– Nie godzi się, by kobieta nosiła takie ciężary. Rany, co ty tu masz? Waży z siedemdziesiąt kilo.

Trupa.

– Takie różne przetwory. – On wie. Widzi moje zdenerwowanie.

Koral postawił torbę pod ścianą, w jedynym niezagraconym kącie pomieszczenia.

– Kasiu… tu ci się chyba coś wylało. Czy to… wygląda jak…

– To przecier – oznajmiła szybko, szczerząc zęby. – Przecier z buraczków.

Koral klęknął i przyjrzał się cieczy.

– To wygląda jak krew – rzekł i pociągnął za zamek błyskawiczny.

Pod ręką Kasi, być może przypadkiem, a może zrządzeniem losu, stała łopata do odgarniania śniegu. Kobieta chwyciła ją ze sprawnością, o jaką się nie podejrzewała, i uderzyła studenta w głowę. Gdy padł nieprzytomny na podłogę, zaczęła się rozglądać po półkach. Na jednej z nich leżała duża rolka taśmy malarskiej.

 

 

9

 

Każdy dzień Roberta Jóźwiaka składał się z szeregu obowiązków. Pomagał rodzeństwu w nauce. Sprzątał. Wynosił śmiecie. Nalewał ojcu piwo. To ostatnie było jego najważniejszym zadaniem. I właśnie z nim wiązał swe nadzieje.

Drżącymi dłońmi wyjął butelkę z lodówki i zaczął przelewać trunek do kufla. Matka, niemal zrośnięta z kuchennym krzesłem, rzuciła mu tylko jedno mętne spojrzenie. Mógłbym dodać truciznę przed jej oczami, a i tak by tego nie zauważyła. Nie mógł sobie jednak pozwolić na takie ryzyko. Musiał to zrobić jednym zgrabnym ruchem, w przedpokoju, w martwej strefie, poza zasięgiem wzroku rodziców. Choć trzęsły mu się ręce, zdołał to uczynić.

Choć trzęsły mu się ręce, zdołał to zrobić. Schował woreczek do rękawa.

Postawił kufel przed ojcem. Serce biło mu jak oszalałe. Odwrócił się, chciał pobiec do rodzeństwa, uściskać ich, powiedzieć, że teraz już wszystko będzie dobrze. Że już nie muszą się bać.

– Zaczekaj – warknął mężczyzna. I zaczęło się piekło. – Usiądź. – Zrobił to. – Jesteś już prawie dorosłym mężczyzną. Powinieneś zacząć się zachowywać jak mężczyzna. Twój dziadek też to kiedyś zrobił, gdy ja byłem w twoim wieku.

Postawił przed Robertem zatrute piwo. Sam przyniósł sobie drugie z kuchni.

Chłopiec starał się opanować drżenie. W głowie miał pustkę.

– No, co jest? Nie napijesz się z ojcem?

– Ja… nie bardzo mogę. Biorę leki. – Spojrzał na twarz ojca i niemal jęknął ze strachu. Czy on wie?

– Wypij – nakazał podniesionym głosem. – Nic ci się nie stanie po jednym piwie.

Chłopiec czuł się jak w sennym koszmarze. Za chwilę mógł stracić życie. Chciałem tylko chronić moje rodzeństwo. Co stanie się po jego śmierci? Ania jest najsłabsza, pewnego dnia ją zabije. Później przyjdzie kolej na mojego brata. Mama wytrwa najdłużej, by najdłużej cierpieć.

Musiał żyć. Musiał coś zrobić. Podniósł kufel i, niby przypadkiem, rozlał całą zawartość na podłogę.

Później wszystko zdarzyło się bardzo szybko.

Ojciec wstał i grzmotnął chłopca z całej siły. Robert upadł w kałużę piwa. Poczuł, że mężczyzna chwyta go za kark, ujrzał otwierane drzwi. Kolejne uderzenie, tym razem chłodu. Upadł w śnieg zalegający na balkonie.

– Poczekasz tu sobie, aż zmądrzejesz – warknął ojciec i zamknął drzwi.

Chłopiec ubrany był jedynie w cienkie spodnie i dziurawy sweter. Stał po kostki w białym puchu. Spojrzał przez okno i dostrzegł matkę.

– Proszę – powiedział, wzbijając obłoki pary.

Na twarzy kobiety widział strach, niedowierzanie i cierpienie.

– Proszę.

Odwróciła głowę.

Po chwili zaczął tracić czucie w palcach. Próbował się poruszyć. Sypiący śnieg oblepiał go białym całunem. Było potwornie zimno, czuł się jakby przebywał w sercu ojca.

– Ratuuunku! – zawołał, gdyż wiedział, że wkrótce nie będzie miał na to siły.

– Ciszej, człowieku. Moja babcia właśnie zasnęła. – Na sąsiednim balkonie stał Kuba, jego szesnastoletni sąsiad. Robert nie darzył go zbytnią sympatią, lecz w tej chwili, widząc jego twarz, omal nie krzyknął z radości.

Kuba uśmiechał się do niego z ciemności. Płatki śniegu lepiły mu się do twarzy.

– Pomóż mi, proszę. Ojciec mnie tu zamknął.

– Jak mam ci pomóc? Przynieść koc? – Uśmiechnął się szerzej. – Pomiędzy balkonami nie dasz rady przejść. No… chyba że chcesz spróbować. Chętnie popatrzę.

– Nie wiem… Pomóż mi jakoś, jakkolwiek.

– Poczekaj momencik. – Kuba zniknął w swym mieszkaniu. Po chwili wrócił, wychylił się nad balustradą i podał mu jakiś przedmiot.

– Młotek? – zdziwił się Robert. – Po co mi młotek?

– Rozbij szybę i wróć do swojego mieszkania. Co za problem? Zrób to jak prawdziwy mężczyzna.

– Ale… mój ojciec… on mnie…

– Przecież masz młotek – odparł, odwrócił się i zostawił go samego.

Z każdą chwilą robiło się coraz zimniej. Chłopiec podniósł narzędzie i przyjrzał mu się uważnie.

 

 

10

 

Na świdrze była krew. Bogdan nie zauważył jej od razu. Zmieszana z drobinami cegły i tynku, czerwona jak dojrzały owoc, czyjaś krew. Czyja? Wolał nie wiedzieć. Usiadł na wersalce i próbował zebrać myśli.

Zajmował się remontami już od przeszło dwudziestu pięciu lat. Zaczynał ze swym ojcem. Od kiedy wprowadził się do mieszkania numer cztery w starej kamienicy, remontował w każdej wolnej chwili. Było to dla niego przyjemne, relaksujące zajęcie. Cudnie było obserwować, jak paskudne, zaniedbane wnętrze przeistacza się w iście królewskie salony. Mimo to właściciel ani razu mu nie podziękował. Mało tego, wciąż podnosił czynsz. Kilka miesięcy temu Bogdan zdecydował, że nie da mu już ani złotówki. Wytrwał w tym postanowieniu i nie czuł z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

Teraz jednak prawdopodobnie przewiercił kogoś wiertarką, i jego sumienie o mało nie eksplodowało. Utkwił wzrok w dziurze i zaczął się zastanawiać. Czy trafiłem na zamurowane ciało? Odrzucił tę myśl, ściany były zbyt cienkie.

Podszedł do dziury i wsadził w nią mały palec. Bardzo, bardzo cienkie. Wyczuł krew, po drugiej stronie musnął jakiś materiał.

Po długich namysłach stanął przed drzwiami sąsiadów z naprzeciwka. Co właściwie im powiem? Przepraszam, czy przypadkiem nie przewierciłem współmałżonka wiertarką?

Zapukał. Otworzyła mu kobieta.

– Bardzo przepraszam, że nachodzę, ale czy nie wyrządziłem jakichś szkód w państwa mieszkaniu? – zapytał, uśmiechając się życzliwie.

– Szkód? – Kobieta spoglądała na niego bardzo dziwnym wzrokiem. – Nie sądzę.

– Czy pani mąż jest w domu?

– Owszem.

– Cały i zdrowy?

– Niestety tak.

– Czy mógłbym rzucić okiem na to miejsce, na państwa ścianę, w której wierciłem?

– Nie – odparła i trzasnęła drzwiami przed jego nosem.

Dziwnie. Bardzo dziwnie.

Wracając do mieszkania, zastanawiał się, czy zadzwonić na policję. Gdy wszedł do pokoju, wszystkie myśli opuściły go w jednej chwili.

W rogu, niedaleko krwawiącej dziury, stała zakapturzona postać. Wysoka, ubrana na czarno. Bogdan nie widział twarzy napastnika, lecz dostrzegł, co trzyma on w dłoniach – w prawej nóż, z ostrzem długim na pół metra, w drugiej podłączoną do prądu wiertarkę.

Bogdan zaczął krzyczeć, lecz z pewnością nikt go nie usłyszał, gdyż mężczyzna w kapturze wbił świder w ścianę. Próbował uciec, lecz potknął się o skrzynkę z narzędziami, upadł, wyrżnął głową w wiadro. Postać ruszyła ku niemu.

Użyła noża.

 

 

11

 

Zapytam – postanowił Alfred. Tak po prostu. Odwiedzę każde z mieszkań i zadam jedno proste pytanie. Rozpoznam kłamcę.

Zszedł na parter i zapukał do drzwi mieszkania numer jeden.

Po długiej chwili otwarły się powoli, pojawił się w nich jeden z tych okropnych studentów, których Alfred znał tylko z widzenia. Młodzieniec stał na nogach tylko dlatego, że trzymał się futryny. Cuchnął alkoholem silniej niż gorzelnia.

– W czczym mogę pomóc waszej wysokości? – Chciał chyba zasalutować, podniósł rękę i omal nie upadł na podłogę. Znów chwycił się framugi.

– Ktoś zabił mi psa – warknął. – Znalazłem ciało. Wiesz coś o tym?

Student zawahał się, po czym machnięciem ręki kazał mu się zbliżyć.

– Ale to będzie nasza tajemnica?

– Oczywiście.

– To był Kolal. Latało to nam po mieszkaniu, a taaaki ogon miało. – Znów oderwał rękę, chciał pokazać rozmiar, nie zdołał.

– Mój pies latał wam po mieszkaniu? Co ty bredzisz?

– A to nie mysz? – zdziwił się zasmucony. Szybko jednak się uśmiechnął. – A to myszy pan jeszcze nie widział? To niech pan zendzie do piwnicy. Tam taaaką mysz zostawiliśmy! Kolal się bał, ale ja mu rzekłem: bądź meszczyzną, patrz na mnie i wtedy ja ciach tego szczura.

– Mysz – poprawił go. – A może jednak psa?

– Nie, to z pewnością był pszesztawiciel gryzoni, wiem, bo miałem to na ściągach do kolokwium.

– Gdzie twoi współlokatorzy?

– Jeden wyjechał i go nie ma. A Koral w piwnicy. Z trupem tam siedzi. Coś długo. A… a znalazł pan już naszą mysz? Taaaka była!

Minęła długa chwila, nim zdołał się od niego odpędzić. Student był zbyt pijany, by zabić psa, lecz ten drugi wciąż pozostawał podejrzany. Wykończyć niewinne zwierzę dla żartu… Alfred uznał, że to zdecydowanie w ich stylu. Przypomniał sobie, jak w zeszłym roku wyrzucili wersalkę przez okno, gdyż nie chciało im się jej znosić. A przecież mieszkali na parterze. Co gorsza, do środka wsadzili jakiegoś swojego kumpla. Gdy mebel wylądował, zabrali nieszczęśnika z powrotem do mieszkania. Łóżkowy podróżnik nie dał rady chodzić o własnych siłach nie z powodu odniesionych obrażeń, ale dlatego że był tak pijany.

Pod numerem drugim nikt mu nie otworzył. Alfred dzwonił, pukał i dzwonił, po czym skierował się na pierwsze piętro.

– Zaginął mój pies. Wiesz coś o tym?

Kobieta spod trójki sprawiała niepokojące wrażenie. Była dziwnie nieobecna. Naćpana?

– Pies – powtórzyła. – Nie wiem nic o żadnym psie. Jeśli pan znajdzie sprawcę, proszę mu ode mnie podziękować. – Szarpnęła za klamkę, lecz Alfred zdołał przytrzymać drzwi.

– A mąż? Może on coś wie. Przyprowadź go.

– Mój mąż? On miałby zabić pana psa? Chyba musiałby zanudzić go na śmierć – stwierdziła, po czym parsknęła, jakby zorientowała się, że nie powinna była tego mówić.

Pod numerem czwartym również nikt mu nie otworzył.

– Bogdan, wiem, że tam jesteś! – ryknął. – Przed chwilą słyszałem wiertarkę! – Kolejny podejrzany.

Ominął drugi piętro i skierował się na trzecie.

Pod siódemką otworzył mu Jóźwiak. Był nawalony, choć nie tak mocno jak student, a w dodatku mocno wkurzony. To nie będzie miła pogawędka. Alfred nie cierpiał tego prymitywnego typa. Kiedyś niemal pobili się na ulicy przed kamienicą.

– Zaginął mój pies. Wiesz coś o tym?

– Nie – odparł.

– A może któreś z pana dzieci? Albo żona?

– Oni? Weź pan spierdalaj.

Z mieszkania Jóźwiaka dobiegł odgłos tłuczonego szkła.

– Ktoś ci tam zdrowo narozrabiał – rzucił Alfred. Jóźwiak zakasłał, zamknął drzwi. Alfred słyszał jakieś krzyki dobiegające z mieszkania. Potem zapadła cisza. Dziwnie przerażająca.

Jóźwiak jest podejrzany jak cholera – doszedł do wniosku.

Zostało mu ostatnie lokum. Numer osiem. Mieszkał tu nastolatek z babcią. Chłopiec pojawił się w drzwiach bardzo szybko, jakby cały czas czekał pod nimi na czyjąś wizytę.

– Zginął mój…

– Pies? – przerwał pytanie.

– Skąd wiesz?

– Co inne mogło panu zginąć, jeśli nie pies? – Chłopiec uśmiechnął się do niego.

– Kto to zrobił? Ty?

Sąsiad zaprosił go do środka. Alfred wszedł do przedpokoju. Wszędzie panował półmrok. Chłopiec uśmiechał się szeroko.

– Przepraszam, że porozmawiamy tutaj, ale w jednym pokoju śpi moja babcia, a w drugim mam potworny bałagan. – Nagle spoważniał. – Wskażę panu, kto zabił psa, ale nikt nie może się dowiedzieć, że wie to pan ode mnie.

– Oczywiście.

– Sąsiad spod trójki.

Zapadła długa cisza.

– Skąd wiesz?

– Widziałem, jak wchodził do pana mieszkania, gdy ten drugi pies zbiegł na dół.

– Dlaczego to zrobił?

– Nie mam pojęcia – rzekł chłopiec. – Jeśli chce pan z nim porozmawiać, to za parę chwil jego żona przyjdzie do mojej babci. Pani Kasia opiekuje się staruszką. Drań zostanie sam w domu.

– Dziękuję ci, chłopcze.

Schodząc na dół, zastanawiał się, jak wydusi z sukinsyna prawdę. Oczywiście, jeśli chłopak mówił prawdę. Co do tego Alfred nie miał wątpliwości. Po co miałby kłamać?

 

 

12

 

Młotek ciążył mu w dłoni. Każda spędzona na balkonie minuta wydawała się długa jak noc.

Przed trzema laty ojciec znalazł pracę. Opuszał mieszkanie na długie godziny, mniej pił i nie miał tak wielu okazji, by się nad nimi znęcać. Tamtymi czasy, w chwilach, gdy zostawali sami w domu, często siadali wieczorami na balkonie i spoglądali w gwiazdy. Niekiedy przysiadywała się do nich mama.

Tego zimowego wieczoru mgła była jednak tak gęsta, że Robert nie widział nawet świateł ulicznych latarni. Lecz gwiazdy wciąż tam były, schowane za bielą.

Pod balkonem zalegała śnieżna zaspa. Metr, może nawet dwa grubości. Osiem, dziewięć metrów poniżej balustrady. Nie odważył się skoczyć. Miał młotek.

Szansa nadarzyła się, gdy ojciec wyszedł z pokoju. Robert wiedział, że albo się teraz uwolni, albo za chwilę zamarznie.

Zdawał sobie sprawę, że pierwszy cios będzie trudny, ale drugi… sto razy trudniejszy. Muszę uderzyć go w głowę. Sąd uzna to za obronę konieczną. Dziecko zamknięte na mrozie i pozostawione na śmierć uwalnia się dzięki pomocy sąsiada. Ojciec przychodzi dopełnić dzieła. Chłopiec broni się…

Czy w ogóle zaprowadzą mnie przed sąd? Mam trzynaście lat…

Czy Ania i Marek są bezpieczni? Czy wiedzą, że tu jestem?

Nie mógł więcej myśleć, musiał działać.

Zacisnął odmrożoną dłoń na trzonku młotka i uderzył w szybę, tuż obok klamki. Dźwięk tłuczonego szkła wypełnił noc. Wsadził rękę przez otwór, poranił się, pociągnął za klamkę. Gdy wpadł po środka, uderzyło go ciepłe powietrze. Wyprostował się, chwycił mocniej za narzędzie. Ojciec się zbliżał.

– Co ty, kurwa, odpierdalasz?! Pytam się ciebie! – ryczał.

Robert w całym swym życiu nie widział go tak wściekłego.

Miał jedną szansę. Zamachnął się, lecz ojciec przytrzymał jego rękę i wytrącił młotek. Robert zatoczył się do tyłu. Chciał uciec z mieszkania, lecz rodzic zagrodził mu drogę.

Pozostało mu tylko jedno wyjście. Zerwał się z podłogi, pobiegł na balkon, przeskoczył balustradę.

Spadając, słyszał przekleństwa niosące się echem pośród pełnych śniegu ciemności.

 

 

13

 

– Kasiu, czy nie powinnaś być u pani Maczeskiej?

Spojrzała na zegarek. Na śmierć zapomniałam. To było ostatnie, na co miała ochotę.

– Tak, tak, już pędzę.

Szczur. Znów wyruszam do oślizgłego królestwa oślizgłego gryzonia. Może powinnam złapać go za fraki, zaciągnąć do piwnicy i usadowić koło studenta? To miejsce w sam raz dla takich jak on. Lepsza okazja już się nie trafi.. A może… Nie, nie. Zdecydowanie nie. Chociaż…

Zeszła do piwnicy tylko na chwilę. Student nie wydawał żadnych odgłosów. Co powinnam zrobić? Uwolnić go? Przekonać, że nic się nie stało? Mogła zadzwonić na policję, lecz bała się. Zbezczeszczenie zwłok i uwięzienie człowieka z pewnością wystarczą, by poszła do więzienia. Straci też męża…

Nie mogę o tym myśleć. Nie po to tu przyszłam.

Po chwili była już pod drzwiami numer osiem.

– Babcia się niecierpliwi – powiedział Kuba. Stał w otwartych drzwiach.

– Witaj, szczurze.

– Witaj, Kasiu. Ślicznie dziś wyglądasz. – Uśmiechnął się, a za każdym razem, gdy to robił, upodabniał się do gryzonia. Zaprosił ją do środka.

– Ty wyglądasz jak kupa gówna.

– Och, Kasiu. Coś jesteś dziś w nie w sosie. Kochanek cię nie zadowolił?

– Zawsze pytasz o takie intymne sprawy? Matka cię nie wychowała?

– Wyjechała za granicę do pracy, gdy byłem mały. Wychowałem się sam.

– Słabo ci to wyszło.

Kiedy Kasia rozpoczęła romans z Adamem, niedługo potem pojawił się on. Nastoletni sąsiad, którego imienia nie znała. Stwierdził, że wie o ich romansie. Oznajmi też, że jest osobą dyskretną i nikomu nic nie powie, jeśli Kasia spełni dwa warunki. Pierwszym był haracz, comiesięczna ściśle określona kwota. Drugi był znacznie gorszy. Przynajmniej raz w tygodniu kobieta musiała z nim sypiać. Z czasem obniżył żądanie pieniężne, lecz co do tej drugiej kwestii pozostawał nieugięty. Chłopiec, choć nie był brzydki, napawał ją odrazą. Odrażająca kreatura, ale ja nie jestem lepsza. Więżę bogu ducha winnego człowieka w piwnicy.

Kasia ukończyła kiedyś studium masażu i co tydzień pod pozorem rehabilitacji staruszki przychodziła do mieszkania numer osiem. Szczur wykorzystywał ją za każdym razem. Ledwo żywa babcia nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.

– Napijesz się czegoś? – zapytał uprzejmie gryzoń.

– Kawy.

Po chwili przyniósł dwie filiżanki.

– Wiesz, zrobiłem dziś dobry uczynek – powiedział dumny z siebie.

– Zrobiłbyś dobry uczynek, gdybyś skoczył z mostu.

– Wspomogłem potrzebującego – kontynuował, ignorując jej słowa – a potem obejrzałem interesujący film. Jeniec uciekł z obozu na Syberii. Skoczył z trzeciego piętra, skubany. Ale potem rozpoczęli na niego polowanie. A jak tobie minął dzień?

– Wspaniale.

Przybliżył się do niej i uśmiechnął szeroko. Myślałam, że już bardziej nie może przypominać szczura. A jednak.

– To co, Kasiu? Zaczynamy?

 

 

14

 

Błąkał się wśród zasp zalegających za kamienicą, w miejscu, gdzie spędził połowę dzieciństwa. W tej chwil jednak nie poznawał okolicy, wydawało mu się, że wędruje po jakieś zapomnianej, przykrytej wiecznym śniegiem kranie.

W krainie tej był prawdziwy potwór, który go ścigał. Skrywał się gdzieś w bieli, czyhał na swego syna.

– Robercik – usłyszał głos matki i zamarł.

Czy to podstęp? Nasłał ją, by mnie wywabić?

Kobieta wyłoniła się z bieli, podeszła do niego, objęła i pocałowała.

– Chodź ze mną, uciekamy w tej chwili. Zamówiłam już taksówkę.

Brodzili po kolana w zaspach, a śnieg sypał w ich twarze. Robert się bał. To musiała być jakaś sztuczka ojca. Nie odstąpił od podejrzeń nawet, gdy z mgły wyłoniła się taksówka.

W środku siedzieli Ania i Marek. Robert miał tak wiele pytań. Na chwilę zatrzymało się jego serce, gdy wziął siedzącego za kierownicą mężczyznę za ojca. To jednak nie był on. Gdy przyjrzał się uważniej, zdał dostrzec zupełnie nieznajomą, sympatyczną twarz taksówkarza.

Wsiadł do samochodu i spojrzał na rodzeństwo. Ania rzuciła mu się na szyję. Marek również był szczęśliwy. Robert spojrzał za siebie, na miejsce, w którym spędził całe życie. Przez mgłę nic nie zobaczył. I dobrze. Mam nadzieję, że nigdy tu nie wrócę.

Ruszyli, przebijając biel. I wtedy się obudził.

Leżał w śniegu, nie umiał się poruszyć. Wciąż żył, tylko tyle potrafił stwierdzić. Gdy po długiej chwili zdołał wstać, spojrzał w miejsce, z którego skoczył. Mgła była tak gęsta, że nie widział balkonu swego mieszkania, lecz piętro niżej…

Jęknął. Stała tam czarna, zakapturzona postać. Trzymała coś w dłoniach. Nóż? Lina? Krzyknął, odwrócił się i podbiegł. Gdy oddalił się od świateł kamienicy, biel otoczyła go z każdej strony. Była tak gęsta, że mogła wywołać atak klaustrofobii. Mijał zaśnieżone drzewa i zasypane samochody. Z ręki kapała mu krew, brudził śnieg. Biegł, choć nie miał pojęcia, skąd bierze na to siłę.

W końcu upadł, potykając się o coś zagrzebanego w śniegu. Obrócił się na plecy. Przed jego oczami na niebie tańczyły tysiące białych płatków. Chciał wstać, lecz nie miał nawet siły, by się poruszyć.

Ktoś stanął koło niego. Podejrzewał, kto.

– Naprawdę myślałeś, że uciekniesz przede mną, synku? – zapytał ochrypłym głosem.

Ojciec kucnął i wypowiedział trzy najbardziej przerażające słowa, jakie Robert słyszał w swym krótkim życiu:

– Śmierć z wychłodzenia. – Zaczął nakrywać chłopca śniegiem. – Jest mgła, więc jesteśmy niewidzialny, synku. – Zadumał się na chwilę. – Uciekłeś z domu i zmarzłeś. Dla mnie brzmi to przekonująco. Do zobaczenia po tamtej stronie. Będziesz na mnie czekał? Wiem, że będziesz.

Gdy przykrył Roberta szczelnym całunem, odszedł.

Chłopiec leżał nieruchomo pod śniegiem, aż poczuł ciepło. A gdy je poczuł, umarł.

 

 

15

 

Już czas.

Alfred wyjął z szuflady biurka pistolet. Odziedziczył go po ojcu. Załadowana i nieużywana broń przez lata czekała na dzień swojej chwały.

Mężczyzna nie miał zamiaru zabijać sąsiada, lecz spluwa w dłoni z pewnością sprawi, że sukinsyn przyzna się do wszystkiego. A potem… potem wymyślę sposób, by go ukarać. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wziąć ze sobą Boksera, ale odrzucił tę myśl. Chciał mieć pełną kontrolę nad sytuacją. Pies nie mógł mu tego zagwarantować.

Nie zamknął mieszkania, gdyż wiedział, że zwierzę nie pozwoli nikomu wejść. Zatrzymał się na chwilę na schodach. Ujrzał czarną kałużę, miniaturową otchłań. Czy to krew? Obejrzał podeszwy butów. Były czyste, więc to nie krew Bruna. Bardzo, bardzo dziwne. Nie miał jednak czasu na kolejne dochodzenie.

Zapukał do drzwi numer trzy. Sąsiad otworzył po długiej chwili.

– Słucham pana – rzekł.

– Żony nie ma?

– Nie ma. Udziela rehabilitacji.

– Czy mogę wejść?

Sąsiad zaprosił go do przedpokoju.

– Zadam jedno krótkie pytanie – przemówił Alfred. – Czy zabił pan mojego psa?

Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby ktoś zadał mu pytanie w obcym języku.

– Na Boga, nie! – odparł po chwili.

Alfred wyczytał w jego słowach kłamstwo. Wyjął pistolet.

– Spokojnie, człowieku! Nie wiem, kto ci to powiedział, ale to nieprawda! Nie zabiłem żadnego zwierzęcia!

Ktoś zapukał do drzwi. Alfred schował broń i kazał mu otworzyć.

Na klatce schodowej stała żona sąsiada spod dwójki. Z jej płaszcza kapał roztopiony śnieg, zapewne dopiero wróciła z pracy.

– Czy ktoś widział mojego męża? – zapytała obu mężczyzn. – Nie ma go w domu… – nie zdążyła dokończyć. Sąsiad wyleciał z mieszkania jak z procy i trzasnął drzwiami.

Tchórz.

Alfred był wkurzony. Wszystko poszło źle, cholera. Postanowił rozejrzeć się po mieszkaniu, a nuż znajdzie jakiś dowód. Wszedł do pokoju.

Kątem oka dostrzegł ruch na balkonie. Wiatr zwiewa śnieg – pomyślał w pierwszej chwili. Mylił się. Stała tam zakapturzona postać, cała w czerni, jakby zrodzona z nocy. W ręku trzymała wielki nóż pokryty krwią.

Alfred stanął jak wryty. Nie pamiętał, by kiedykolwiek w życiu tak się bał.

Ale po chwili cały strach go opuścił. Miał przecież pistolet, a ten ktoś jedynie nóż. Podniósł broń i zaczął kroczyć ku drzwiom. Postać ani drgnęła. Wpuścił do środka mroźne powietrze, wszedł na balkon.

– Dlaczego zabiłeś mojego psa, podły skurwielu? – zapytał typa.

– Domyśl się.

Alfred rozpoznał głos.

– Ty. O ty, skurwysynie. – Opuścił lekko broń, wymierzył w kolano, pociągnął za spust.

Broń nie wystrzeliła.

– Czyżby ktoś wyjął naboje, Alfredzie? – zapytała z politowaniem postać.

Rzucił się do ucieczki, lecz plecy przeszył mu nagły ból. Pochylił głowę. Z jego brzucha wystawało ostrze długie jak ludzka dłoń. Padł na kolana.

Czarna postać przerzuciła go przez balustradę. Wylądował lekko w śniegu, gdzie umarł.

 

 

16

 

Marta, żona Adama, od lat mieszkała pod numerem drugim i widziała już wiele strasznych rzeczy. Nic jednak nie było w stanie jej przestraszyć. Wyszła kiedyś cało z potwornego wypadku, przeżyła jako jedyna. Od tamtej chwili wiedziała, że żyje na kredyt. I gdzieś zatraciła zdolność do odczuwania strachu.

Dlatego bardzo spokojnie podeszła do spanikowanego sąsiada spod trójki, który, czerwony na twarzy, sprawiał wrażenie, jakby właśnie uciekł diabłu z kotła.

– Co się stało? – zapytała, gdy ukryli się w jej mieszkaniu.

– Sąsiad spod szóstki groził mi bronią.

– Pan Alfred?

– To nie żaden pan Alfred tylko zwykły psychopata. – Mężczyzna był tak blady, że ledwo było go widać na tle białej ściany. – Nie dość mu terroryzowania ludzi psami, teraz zaczął bronią. Strach pomyśleć, co zrobi jutro.

Spoglądała na niego, jakby był niespełna rozumu.

– Pójdę z nim pogadać – orzekła.

– Odradzam.

– To ciebie chciał zabić, nie mnie. Dowiem się, o co mu chodzi.

Udała się na pierwsze piętro, weszła do mieszkania numer trzy, lecz nikogo w nim nie było.

– Poszedł sobie – oznajmiła, gdy wróciła do spanikowanego sąsiada.

– Powinniśmy zadzwonić na policję.

– Zadzwonisz od siebie, ja nie mam zamiaru płacić za te wygłupy.

Gdy wracali, natknęli się na żonę Piotra.

– Szukam męża – oznajmiła Marta, widząc, jak Kasia na nią patrzy.

– Proszę udać się do agencji matrymonialnej. Ten jest mój.

– Mojego męża Adama – warknęła. – Widziałaś go?

– Skądże.

Piotr łamiącym się głosem zaczął szczegółowo streszczać całe zajście. Marta zostawiła ich samych.

Zapukała do wszystkich mieszkań, chcąc poznać los małżonka. Otworzył jej tylko młody sąsiad spod ósemki.

– Ostatni raz widziałem pani męża, gdy wchodził do mieszkania numer trzy – oznajmił.

A to ciekawe.

– Teraz tam go nie ma.

– Ale był – zaznaczył chłopiec.

Czy babsko spod trójki mnie okłamało?

Gdy wracała do siebie, na schodach prowadzących do piwnicy ujrzała trupa. Leżał poskręcany i śmierdział.

Nagle trup poruszył się.

– Szukam Kolalola – wybełkotał. – Taaaką mysz miał, a potem ją wziął i uciekł.

– Nie widziałam twojego współlokatora, właśnie wróciłam z pracy. A czy ty widziałeś mojego męża?

– To ty masz mesza? A ja chciał cię zaprosić na randkę. Kor… Krolol! – zawołał, podnosząc się powoli. – Tak go trudno nazwaliśmy… A było przewidzieć, że po pijaku nikt tego nie wypowie. Jak wycześwieje, to go przechsze.

– Pomóc ci? Zaprowadzić do domu? – Prawdę mówiąc, nie wiedziała, czy da radę go podnieść.

– Nie jestem aż tak pijany – oburzył się. Wstał, przytrzymując się ściany. – Jak przeszcic Kololola? – zapytał za przejęciem, jakby to od tego zależał los świata.

– Nie mam pojęcia. – Westchnęła i ruszyła do swego mieszkania.

 

 

17

 

Ania widziała wszystko. Stała w przedpokoju, gdy zdarzyły się te wszystkie straszne rzeczy. Jej brat wyskoczył z balkonu, pewnie się zabił. Uciekał przed ojcem. Dziewczynka stłumiała krzyk, zakrywając usta małymi dłońmi.

– Niech nikt mi się nie waży wyglądać przez okno albo wychodzić na balkon – ryknął potwór, który był jej ojcem. Jego głos przepełniony był gniewem, ochrypły od ciągłego krzyku. Założył kurtkę, wyszedł z domu.

Ania go nie posłuchała. Nie miała zamiaru wpatrywać się w ścianę nieobecnym wzrokiem, jak robił to Marek. Nie miała zamiaru szlochać cicho w samotności, jak czyniła to matka. Udała się na balkon.

Było potwornie zimno. Podziwiała brata, że wytrwał tak długo. Nic nie widziała przez mgłę, ale słyszała. Kroki stawiane na śniegu. Oddalały się. Potem kolejne kroki, nieco głośniejsze.

– Naprawdę myślałeś, że uciekniesz przede mną, synku? – usłyszała z oddali słowa cichsze od szeptu. Zamarło jej serce. Coś się tam działo, ktoś przesuwał śnieg. Wiedziała, kto. – Śmierć z wychłodzenia – dodał ojciec. Potem powiedział coś jeszcze, czego dziewczynka już nie zrozumiała.

Znów kroki. Jednej osoby.

Uciekła do łazienki, gdzie się rozpłakała.

Ojciec wrócił po chwili. Oświadczył wszystkim, że Robert uciekł z domu. Mimo szczerych chęci, nie zdołał go odnaleźć.

– Skoro wybrał taki los, nie chcę go tu więcej widzieć – zakończył. Nalał sobie do kieliszka wódki i zaczął łatać potłuczoną szybę kawałkiem dykty.

Ania wiedziała, że teraz musi być ostrożna. Gdy wyszeptała bratu, że chce wymknąć się z domu, odpowiedział jej jedynie pustym spojrzeniem. Zabrała z szafy koc, założyła cichutko kurtkę i zaczęła skradać się do drzwi. Zapukała do najbliższego mieszkania, pod ósemkę. Otworzył jej Kuba.

– Proszę, posłuchaj, ojciec chce zabić mojego brata. Albo już to zrobił. Zadzwoń na policję i na pogotowie.

Nie czekała na odpowiedź. Zbiegła na dół, opuściła kamienicę, wkroczyła w noc, okrążyła budynek, zaczęła szukać brata.

– Robert! – zawołała tak głośno, że jeśli ojciec jeszcze nie naprawił szyby, z pewnością ją usłyszał. Bała się tak bardzo, że serce niemal wyskoczyło jej z piersi. Co chwilę spoglądała za siebie, upewniała się, że potwór nie wyłania się z mgły.

Brnęła przez śnieg sięgający jej do pasa. Dlaczego jeszcze nie słychać syren?

W końcu natknęła się na ślady. Zaprowadziły ją do ciała brata. Było zimne niczym lód. Uklęknęła obok niego i znów zapłakała.

Usłyszała kroki i odgłos ugniatanego śniegu. Bała się spojrzeć za siebie. Muszę to zrobić. W końcu się odważyła.

– Miałeś zadzwonić na policję! – zawołała z wyrzutem.

– Telefony nie działają – stwierdził Kuba. – Bardzo mi przykro, to był dobry chłopiec. – Uklęknął obok dziewczynki. – Myślę, że zawiadomienie władz nie jest dobrym wyjściem. Wasz stary się z tego wywinie. Gdybym ja była na twoim miejscu… chociaż… nie, nie… to zbyt…

– Powiedz – zażądała.

– Jeśli chcesz pomścić brata, mam dla ciebie idealne rozwiązanie.

W bladym blasku rzucanym przez odległe latarnie dziewczynka ujrzała jego uśmiech.

 

 

18

 

W jego śnie zamknięty w torbie trup wyściubił z niej palec i rozsunął zamek błyskawiczny. Wyskoczył ze środka bardzo zwinnie i usiadł Koralowi na kolanach. Jego ciało było w stadium zaawansowanego rozkładu. Twarz miał czarną, z czoła wychodził robak. Wyglądał, jakby nie żył od dawna. Uśmiechnął się smutno.

Kim jesteś?

– Spójrz, co zrobiła mi ta kobieta. – Przycisnął przegniły palec do klatki piersiowej studenta. – Ty jesteś następny na jej liście – po tych słowach odpadła mu głowa.

Koral otworzył oczy. Otaczała go klaustrofobiczna ciemność. Leżał związany na podłodze. Było mu zimno, a obok leżał trup. To musi być jej mąż – doszedł do wniosku. Mnie też zabije.

Kolejne chwile spędził na bezskutecznej próbie poluzowania więzów.

Uderzyła mnie czymś – przypomniał sobie. Chyba łopatą. Gdzieś tu powinna być. Zaczął turlać się po podłodze, aż w końcu nadział się boleśnie na czerpak. Był metalowy i ostry, z czego się ucieszył. Zaczął przecinać węzły. Działa! Działa!

Usłyszał kroki i zamarł.

– Kolal! Koloal! Jesteś tu? – zapijaczony głos należał do Rafała. Koral niemal popłakał się z radości. Nie mógł mu odpowiedzieć, gdyż suka zakleiła mu usta. Przyłożył je do krawędzi czerpaka i zaczął rozcinać. Pokaleczył sobie wargi, lecz odzyskał zdolność mówienia.

– Rafał! Pomocy! Tu jestem! Uwięziono mnie! – krzyczał z całych sił. Nie miał pewności, czy współlokator go usłyszał. Przez trwającą wieczność chwilę nie uzyskał żadnej odpowiedzi.

– Uwieńziony? – zapytał bełkotliwy głos.

– Tak, pomóż mi!

– Złapali cię z tą myszą, co? To się doigrałeś, Koloal.

– Nie z myszą. Posłuchaj, skup się! Musisz otworzyć drzwi.

– To będzie trudne – odparł zatroskany – bo nie mam klucza. A gdybym miał, to też nie byłoby łatwo, bo musiałbym w dziurkę trafić. Koual, wiesz, że trzeba cię przechszczyć?

– Rozwal kłódkę! Kamieniem albo czymś innym!

– Nie mam kamienia. Ale może ten gość ma? Zapytam go, Kolal.

– Jaki gość?

– Śmieszny taki. Ty, Koloal, to on cię uwięził? Ten śmieszny gość w kapturze.

– Nie! Rafał, co się tam dzieje?

– O kulwa – zabełkotał jego współlokator, po czym zaczął krzyczeć.

– Rafał, uciekaj! Sprowadź pomoc!

Coś ciężkiego spadło na ziemię. Zapadła cisza. Po chwili usłyszał kroki. Ktoś potrząsnął kłódką. Potem rozległ się odgłos uderzenia. I kolejny. Oby wytrzymała, proszę, Boże. Po piątym uderzeniu znów nastała cisza. Koral usłyszał westchnienie, człowiek za drzwiami podniósł coś ciężkiego. Rozległ się odgłos kroków, który milkł z każdą sekundą. Wróci po mnie. Zabrał się do piłowania taśmy z jeszcze większą energią. Po kwadransie zdołał się całkowicie oswobodzić. Chwycił łopatę, stanął przy wejściu i czekał.

Niedługo potem znów usłyszał kroki. Ucichły pod drzwiami. Osoba na korytarzu zaczęła mocować się z kłódką. Do środka wlała się jasność, a przed oczami Korala pojawiła się postać. Wtedy uderzył.

Zapalił światło. Gdy jego oczy przywykły, zdał sobie sprawę, kogo zdzielił łopatą. Los bywa sprawiedliwy.

Na podłodze leżała Kasia. Nie straciła przytomności, przeczołgała się kawałek, odwróciła głowę i wlepiła w niego przerażone spojrzenie.

– Kto jest w torbie? – zapytał. – Twój mąż?

– Nie – odparła. – To Adam spod dwójki. Posłuchaj, musisz mi uwierzyć. To nie ja go zabiłam. Zostałam… zmusił mnie. Zmusił mnie do wszystkiego!

– Kto?

– Dzieciak z ostatniego piętra. Kuba. On jest niebezpieczny. Prześladuje mnie od dawna. – Podniosła się, Koral zrobił krok do tyłu, nie opuszczając łopaty. – Musisz tam iść i się z nim policzyć, proszę.

– Kuba go zabił?

– Tak. Przysięgam na życie mojego męża.

Koral zamyślił się i kiwnął głową. Kobieta, tak jak oczekiwał, przyjęła to z ulgą.

Wtedy wybiegł z piwnicy, zamknął drzwi i zatrzasnął kłódkę. Słyszał krzyki uwięzionej sąsiadki. Wyzywała go od skurwysynów i groziła śmiercią. Po chwili wrzaski przeszły w cichy pisk. Uskarżała się też, o ironio, na towarzystwo nieboszczyka.

Los naprawdę bywa sprawiedliwy.

– Wiesz, co zrobię, Kasiu? Zadzwonię na policję, ot co. Oni wszystko wyjaśnią.

Nie wierzył w ani jedno jej słowo. Kuba był namolny i nieco dziwny, lecz Koral nie sądził, by chłopiec był zdolny kogoś skrzywdzić. Wybiegł z piwnicy i ruszył do swego mieszkania.

 

 

19

 

Wycięte z gazety kolorowe litery anonimu, który ktoś wsunął pod drzwiami, tworzyły iście absurdalną treść:

 

Twój mąż nie żyje. Ciało znajdziesz w piwnicy, w pomieszczeniu nr 3.

 

Jak to nie żyje? – zastanawiała się Marta.

Czy ktoś go zabił? Autor tej wiadomości? To niemożliwe. Pewnie któryś ze studentów robi kolejny dowcip.

Wyjęła z szuflady najostrzejszy nóż, tak na wszelki wypadek. Będzie musiała zejść i sprawdzić. Telefony nie działały, była zdana tylko na siebie. Nie bała się.

Ktoś załomotał do drzwi. Marta schowała nóż do kieszeni i poszła otworzyć.

– O co chodzi, panowie? – zapytała Piotra i jednego ze studentów z naprzeciwka. Obaj mężczyźni stali w półmroku, wpatrując się w nią dziwnym wzrokiem. Młodszy był brudny i zakrwawiony.

– Kolega twierdzi – odezwał się sąsiad spod trójki – że chce nam coś pokazać.

– Zejdziemy do piwnicy – zdecydował student.

Zrobili to. Kobietę zaczęły ogarniać bardzo złe przeczucia. Odgłos walenia w drzwi i kobiece krzyki, które zdawały się wypełniać ciemną piwnicę, zupełnie ją zdezorientowały.

– Uwięziłeś moją żonę? – zapytał zszokowany Piotr.

Student wyjął klucz, otwarł drzwi, zaprosił ich do środka.

Pośród starych mebli, pustych kartonów i dziesiątków innego rodzaju śmieci stała blada jak śmierć Kasia. Obok niej leżała wypchana torba, dziwnie niepasująca do reszty pomieszczenia.

– Kto mi wyjaśni, co się tu stało? – zapytał Piotr.

– Zabił go – odezwała się jego zdruzgotana żona, wskazując na studenta. – Ten sukinsyn go zabił, a potem mnie uwięził. Chce mnie obarczyć winą. – Wskazała na torbę, a potem na Martę. – Wiesz, kto tu jest, prawda?

Wiedziała. Podeszła do torby i pociągnęła za suwak.

– W jaki sposób go zabiłem? – zapytał spokojnie student.

– Wwiercił mu się w mózg! – ryknęła kobieta. – To psychopata, musicie mi uwierzyć. A szczur spod ósemki mu pomógł.

Piotr spoglądał na całą tę scenę ze zmarszczonym czołem, wyglądał jak rozwiązujący krzyżówkę, który natrafił na bardzo trudne hasło.

–Ależ, Kasiu – przemówił po chwili – to przecież nasza torba. Po co schodziłaś dziś do piwnicy?

– Nie zabiłam go, naprawdę – zaskamlała. – Kochaliśmy się, wróciłeś, musiałam go ukryć, a wtedy Bob go… przewiercił.

– Kochaliście się? – To wyznanie wstrząsnęło Piotrem o wiele mocniej niż widok martwego sąsiada.

– Słuchajcie – odezwał się student – telefony nie działają, a mój współlokator zaginął. Chyba ktoś go zabił, ktoś bardzo groźny. Pójdę poszukać miejsca, z którego można zadzwonić, a wy tu zostańcie. Tak będzie najbezpieczniej.

Poszedł. Zostali w trójkę.

– Mam rozumieć – Marta zwróciła się do Kasi – że miałaś romans z moim mężem i przez ciebie on leży tu martwy?

Nie odpowiedziała.

Życie na kredyt – pomyślała Marta i wyjęła nóż. Pchnięcie było szybkie i zabójczo celne. Pragnęła napawać się widokiem swego dokonania, być może całą wieczność, lecz nie mogła. W całym budynku zgasło światło.

 

 

20

 

– Marku – zwróciła się do brata – wkrótce to wszystko się skończy.

Spojrzał na nią pustymi oczyma.

– Robert też obiecywała – wyjąkał. – I co? I nic. Uciekł.

– Nie uciekł, nie wierz temu kłamcy.

– Zostań ze mną, Aniu, nie uda ci się to.

Ma rację – pomyślała dziewczynka. To się nie uda. Nie mogła jednak pokazać, jak bardzo się boi.

Gdy Kuba wyłożył jej swój plan, ogarnęła ją panika.

– To takie trudne – powiedziała sąsiadowi. – Czemu wszystko muszę zrobić sama?

– Moja rola jest równie trudna jak twoja – odparł.

Była pełna wątpliwości. Skąd on może to wiedzieć na pewno? Skąd on to ma? I czy będzie tak, jak mówi? Zbyt wiele niewiadomych.

Śmiertelnie przerażona udała się wolnym krokiem do pokoju.

– Tato – niemal wyszeptała. Ojciec podniósł powoli wzrok. Był już mocno pijany. – Robert wrócił.

Wyczytała w jego oczach niedowierzanie i strach. Udało się jej przestraszyć ojca po raz pierwszy w życiu. To już było coś.

– Jak to wrócił? – warknął.

– Rozmawiałam z nim przed chwilą. Jest na dole. Chce się z tobą zobaczyć.

– Nie mam ochoty z nim gadać.

– Powiedział, że chce wezwał policję. Mówiłam, żeby tego nie robił. Ale on dalej chce. Może ty z nim porozmawiasz.

Wstał i ruszył ku drzwiom.

– Ty zostajesz – rozkazał dziewczynce.

To się nie uda.

– Pomogę ci go przekonać. Razem mamy większą szansę.

– To rusz dupę i chodź.

Gdy wyszli na klatkę schodową, zgasły wszystkie światła. Ojciec uderzył kilka razy włącznik, lecz nic nie wskórał.

– Co do cholery? Jeśli to jakaś kolejna sztuczka, to oboje was zatłukę. – Wrócił się po latarkę. – Czujesz gaz? – zapytał.

– Nic nie czuję – skłamała. Wyczuła smród szybciej od ojca.

Woń gazu i awaria oświetlenia – to nie były części planu. Ania miała bardzo złe przeczucia.

Zeszli na drugie piętro. Za drzwiami z numerem sześć pies Cesarza wył wniebogłosy.

– Tato, zaczekaj – powiedziała. Teraz. Rzuciła się na klamkę, wypuściła bydlę na zewnątrz. Wybiegł niczym rozjuszony byk. Rzucił się na jej ojca. Dziewczynka chwyciła latarkę, która potoczyła się po podłodze, wbiegła do mieszkania pana Alfreda, zamknęła drzwi.

Wyjęła pistolet, który dał jej Kuba. Potrzebowała naboi. Ojciec darł się okropnie.

Zaczęła oświetlać przedpokój. Drugi z psów, tak jak twierdził Kuba, leżał w kałuży krwi. Na cielsku zauważyła ślady zębów. Pan Alfred musiał rzadko je karmić. To dobrze.

Podeszła do szafki i od razu znalazła naboje. Są tam, gdzie Kuba twierdził, że będą. Dopiero teraz uwierzyła w powodzenie planu. Wsadziła amunicję tak, jak pouczył ją Kuba. Wróciła pod drzwi. Może pies sobie z nim poradzi. Wtedy zastrzelę psa. Tak byłoby łatwiej. Nic nie słyszała. Stała w ciemnym przedpokoju, drżąc ze strachu. Nachodziły ją coraz paskudniejsze myśli. Zabił zwierzaka. Tak jak wykończył Roberta. Teraz zajmie się mną. Odbezpieczyła broń. W sposób, jaki pokazał jej Kuba.

Ręce jej się trzęsły, gdy otwierała drzwi. Pole widzenia dziewczynki ograniczało się do snopa światła, maleńkiego fragmentu rzeczywistości wydartego ciemnościom. Usłyszała skrzypienia schodów. Poświeciła w górę i ujrzała okrwawiony pysk psa. Zwierzę biegło ku niej, świecąc czarnymi ślepiami. Zaczęła krzyczeć. Wystrzeliła, od razu, niemal odruchowo. Odskoczyła na bok.

Kula trafiła w łeb potwora, krew trysnęła we wszystkich kierunkach.

Dziewczynka minęła truchło i zaczęła wchodzić po schodach. Wypatrywała ciała ojca, lecz nigdzie nie było go widać. Uciekł do naszego domu, żeby zabić Marka i mamę. Była już na ostatnim piętrze. Otworzyła drzwi oznaczone numerem siedem. Oświetliła przedpokój.

– Marku! Mamo!

Ojciec pojawił się tuż za nią, chwycił dziewczynkę za szyję.

– Sąsiad z naprzeciwka udzielił mi schronienia – wyjawił. – Miły chłopiec.

Jedną ręką dusił swą córkę, drugą próbował wyrwać jej broń. Latarka potoczyła się po schodach, zaczęła oświetlać zupełnie nieistotny fragment świata. Ojciec wykręcił jej nadgarstek. I wtedy padł strzał.

Przez moment wydawało jej się, że kula trafiła w ścianę, lecz po chwili poczuła, że ucisk słabnie. Mężczyzna osunął się podłogę.

– Strzeliłaś do mnie – powiedział z niedowierzaniem, patrząc na ranę.

Przykucnęła przy potworze, który kiedyś dał jej życie.

– Naprawdę myślałeś, że tego nie zrobię, tato?

Przyjrzała mu się dokładnie. Pies ugryzł go przynajmniej dwukrotnie. Ciało mężczyzny przypominało jedną wielką ranę.

– Dobij mnie – wyszeptał z trudem.

– Nie – odparła. Po chwili z jej ust wydobyły się trzy najbardziej przerażające słowa, jakie powiedziała w swym krótkim życiu – śmierć z wykrwawienia.

Stała nad nim, by się upewnić, a gdy umarł, wróciła do rodziny.

 

 

21

 

Kuba oglądał całą scenę przez judasza. A więc dziewczynka wygrała. Nie spodziewał się tego. Był pod wrażeniem. Musiał przyznać, że nastąpiło rozwiązanie jeszcze ciekawsze niż to, które zaplanował.

Wrócił do łazienki, gdzie palił pełne dziur gazety. Ani jednego dowodu. Gdy obróciły się w popiół, tak jak jego sąsiedzi, wrócił do swego idealnie wysprzątanego pokoju. Dręczyły go dziwne zawroty głowy. Leżąc w blasku zapalonych świec, zaczął udoskonalać swoją wersję wydarzeń na chwilę, gdy zjawi się policja. Wszystko było takie ekscytujące.

Kuba wiedział jednak, że był drugi reżyser. Widział tajemniczą, czarną postać. Była wspaniała, niesamowicie fascynująca. Nie znał dokładnie jej działań, ale półmetrowy nóż zrobił na chłopcu niemałe wrażenie. Wciąż mam kilka pomysłów – pomyślał. – Wciąż mogę wyjść na prowadzenie w naszej dziwnej rywalizacji.

Świat przed jego oczami zawirował. Pobiegł do łazienki zwymiotować. Gdy zwrócił kolację, wcale nie poczuł się lepiej. Wrócił po latarkę, chciał umyć wannę. Rano musiał wykąpać w niej babcię. Wtedy zauważył leżącą na umywalce kartkę.

 

Dodałam ci coś do picia.

To trutka na takich jak ty.

Pozdrawiam K.

 

Przerażony, spojrzał do wanny. Była cała we krwi.

 

 

22

 

Policja była już w drodze. Obsługujący całodobowy sklep sprzedawca domagał się wyjaśnień, lecz Koral nie wiedział nawet, od czego zacząć.

– Mamy trupa – rzekł tylko. To jedno, co wiedział na pewno.

Wyszedł przed sklep, stanął na mrozie. Nie miał zamiaru wracać do pogrążonej w mroku kamienicy. Czekał na dźwięk syren.

Wtedy z mgły wyłoniła się znajoma twarz.

– Co się u was dzieje? – zapytał właściciel kamienicy. – Właśnie do was idę. Telefony nawaliły?

– Gorzej. Jakby to panu wyjaśnić….

– Chodź. Opowiesz mi po drodze.

– Nie…

– Rusz się!

Bob, Cesarz, Jóźwiak czy nawet Rafał – każdy z nich ryknąłby na właściciela i skutecznie go spławił. Koral nie był taki. Usłuchał go.

– Awaria oświetlenia – zaczął, gdy byli już blisko, i na tym skończył.

Niech inni mu to wyjaśnią. Ja przesiedziałem cały wieczór w ciemnościach.

– Powinniśmy zejść do piwnicy? – zasugerował właścicielowi. – Zgromadziła się tam kupa ludzi.

– Najpierw do ciebie. Chciałem rzucić okiem na rozdzielnię.

Weszli do mieszkania numer jeden. Koral zapalił jedną świeczkę, mimo to wciąż było ciemno jak w grobie.

Właściciel stał w mroku, jego postać – szczupła i wysoka – wydawała się idealnie czarna.

– Zaczęło się od myszy – przemówił nieco drżącym głosem.

Właściciel zdjął kurtkę i założył kaptur. Światło świecy odbijało się w ostrzu noża, który pojawił się w jego ręku.

– Skończy się na tobie – zawyrokował mężczyzna.

Pierwszy cios był szybki i zabójczo silny, lecz student zdołał odskoczyć. Gdy właściciel pchnął po raz drugi, Koral złapał go za rękę i uderzył łokciem. Nóż upadł na podłogę.

Zakapturzony mężczyzna złapał go za szyję i zaczął dusić. Upadli, potoczyli się pod ścianę. Tu zabiłem mysz. Tu wszystko się zaczęło. Otrzymał cios w nos, tak silny, że jego usta zalała krew.

Napastnik rozluźnił uścisk, sięgnął po nóż. To była szansa dla Korala. Wyrwał się, rzucił na niego. Obaj złapali za trzonek, szarpali zaciekle. Koral był silniejszy. Wbił półmetrowe ostrze w brzuch właściciela.

Będę musiał sobie poszukać nowej stacji – naszła go absurdalna w tej chwili myśl.

– Dlaczego? – zapytał.

– Dziwisz mi się? – wydukał z trudem. – To był jedyny sposób, żeby was stąd wykurzyć, sukinsyny. Dorwałem prawie wszystkich. Został mi Jóźwiak, ale nim zajmują się jego dzieci.

– Rafał nie żyje?

Właściciel zbierał w sobie siły na odpowiedź. Uciskał ranę, dłonie miał czerwone od krwi.

– Kto wie. Sprawdź sam.

– Gdzie on jest?

– Zostawiłem go – zrobił długą pauzę – pod piątką. – Wlepił wzrok w padający za oknem śnieg i znieruchomiał.

Koral wyjął klucz z jego kieszeni, zabrał świeczkę i ruszył na drugie piętro. Po drodze płomień zgasł. Cholera, szkoda że gdzieś zapodziałem latarkę.

Otworzył drzwi po ciemku, co wcale nie było łatwe. Wszedł do mieszkania numer pięć, lokum, w którym ponoć nikt nie mieszkał. Skierował się do pokoju.

W bladym świetle wpadającym przez okno ujrzał ustawione w dwóch rzędach ekrany. Siedem. Cały czas nas obserwował. Gdzieś w mieszkaniu Korala była ukryta kamera. Poczuł się jak bohater powieści, choć nie był zbyt zaskoczony. Tego dnia zbyt wiele przeżył.

Usłyszał policyjne syreny i podszedł do okna. Po chwili pojawili się Marta i Piotr, wchodzili do radiowozu. Nigdzie nie widział Kasi, co przyjął z lekkim niepokojem. Ciekawe, jak policjanci połączą to w całość.

W ciemności odnalazł stolik, a na nim świeczkę i zapałki. Zapalił jedną. Przez ułamek sekundy w blasku płomienia ujrzał twarze Boba, Alfreda i Rafała. Leżeli na podłodze jeden koło drugiego, martwi.

Wtem zrobiło się jasno niczym w ciepły letni dzień. Anioł pojawił się znikąd, piękny i dostojny. Złapał Korala za dłoń.

Student poszedł za nim.

Koniec

Komentarze

Dobre. Fajnie napisane. Nie zaużyłem żadnych większych błędów.

Niezła jatka. Jest trochę literówek.

Babska logika rządzi!

Bardzo wciągające – i to od samego początku. I, pomimo, że w zasadzie sam pomysł na fabułę nie jest specjalnie oryginalny, to podczas czytania wydaje się naprawdę wyjątkowy – aż do samego zakończenia. Trzyma w napięciu, a przy okazji okraszone delikatnym humorem pasującym do tego opowiadania. Było jedynie kilka zwrotów, które mi jakoś nie pasowały (np. słowo "doczłapał", które wg mnie nie do końca pasuje do określenia zachowania człowieka, któremu właśnie zamordowano psa), ale to moje subiektywne odczucia, innych mogą nie razić. Zapraszam do przeczytania mojego opowiadania, ktore jednak się wolniej rozkręca;)

"Miał dwa wielkie rottweilery, czarne jak otchłań demony. Wychodząc na spacer, puszczał je w samopas…" Puszczał je samowtór, jak sądzę. O, będzie jatka? Tak coś właśnie przeczuwałem. Zaczyna się obiecująco. Cza bedzie czytnąć. Znaczy poczytam, jak będę miał odpowiedni nastrój.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Kto by pomyślał, że nastrój nadejdzie tak szybko. Rzeczywiście niezła jatka, niezła klima. Niezłe opowiadanie.   Wg SJP PWN (sprawdziłem, bo coś mnie tknęło) może być "samopas". Tylko bez tego "w" rzecz jasna. Ja bym napisał, że puszczał luzem. Literówek sporo i trochę dziwnych sformułowań, do dopracowania i wyważenia. Jednak tak naprawdę nie zwracałem na to za bardzo uwagi, bo dałem się wciągnąć historii.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Wciągający, sprawnie napisany tekst. Z klimatu i scenografii przypomniał mi "Domofon" Miłoszewskiego, a to był niezły dreszczowiec. Kilka, wydaje mi się, blokowych nielogiczności się by znalazło – np. awantury robione przez choleryczki znane są sąsiadom z powodu cienkich ścian, mąż nie musi nawet opowiadać. Psy, które niebezpiecznie pogryzły dziecko, a do tego wciąż są zagrożeniem, po prostu się usypia. Śmierć kochanka Kasi wygląda jednak na przypadkową? Czy mnie coś umknęło? I dlaczego Kasia zostawia tak oczywisty dowód zbrodni, jak zapisana karteczka? Mówi się "na przedpokoju"? Ja zawsze mówię "w przedpokoju". Pewne jedno z nich to jakiś regionalizm. Zakradła się całkiem pokaźna ilość literówek. Ale nic to – i tak fajnie. Mały dreszczowiec na niedzielny poranek nie jest zły. :)

Dziękuje za zwrócenie uwagi. Rzeczywiście powinno być "w przedpokoju" i "samopas", bez "w".

Porządny dreszczowiec z kilkoma nieścisłościami. Czytało się nieźle, mimo że liczne błędy skutecznie utrudniały lekturę. Mam nadzieję na kolejne, znacznie lepiej napisane opowiadanie.  

 

„Drzwi nie były zakluczone, Rafał przebywał w domu”. –– Wolałabym: Drzwi nie były zamknięte na klucz, Rafał przebywał w domu.

 

„Drugi z jego współlokatorów wyjechał do rodziny na święta i planował pozostać tam do nowego roku”. –– Drugi z jego współlokatorów wyjechał do rodziny na święta i planował pozostać tam do Nowego Roku.

 

Jego kumpel pichcił coś niezbyt apetycznego”. –– Wiemy już, że Rafał jest kumplem Korala. Wystarczy: Kumpel pichcił coś niezbyt apetycznego.

 

Osz, cholera, teraz będę musiał się z tobą podzielić”. –– , cholera, teraz będę musiał się z tobą podzielić.

 

„Gdy pewnego dnia pod kamienice podjechały radiowozy…” –– Literówka.

 

„…bowiem już pierwszego zademonstrował swój rytuał”. –– Pewnie miało być: …bowiem już pierwszego dnia zademonstrował/zaprezentował swój rytuał.

 

„Wychodząc na spacer, puszczał je w samopas na klatkę schodową”. –– Wychodząc na spacer, puszczał je samopas na klatkę schodową.

 

„Cesarz zarobił do tej pory dwa wyroki. Oba w zawieszeniu”. –– Nie znam się na prawie, więc zastanawiam się, czy można, mając wyrok w zawieszeniu, dostać drugi, również w zawieszeniu?

 

„Drzwi otworzyły i wpadł do środka”. –– Drzwi otworzyły się i wpadł do środka.

 

Wybuchła płaczem”. –– Wybuchnęła płaczem.

 

„Kobieta naprawdę kochała swojego męża… przez pierwsze kilka miesięcy wspólnego pożycia”. –– Kobieta naprawdę kochała swojego męża… przez kilka pierwszych miesięcy wspólnego pożycia.

 

„…który przytakiwał jej we wszystkim i wciąż obdarowywał drogimi prezentami”. –– Drugi zaimek zbędny.

 

„Chciała natychmiast zakończyć rozmowę, lecz podpowiadało jej, że lepiej tego nie robić”. –– Co podpowiadało Kasi?

 

„Pobiegł do kuchni, chwycił za nóż i wkroczył do izby”. –– Pobiegł do kuchni, chwycił nóż i wkroczył do pomieszczenia. Izba bardziej pasuje mi do pomieszczenia w chacie, na wsi, nie w kamienicy.

 

„Zapadł zmrok, sypał śnieg, pojawiła się też mgła”. –– Nie wiem, czy w czasie śnieżycy, przy wielkim mrozie, może pojawić się mgła. Może znajdzie się meteorolog i wyjaśni…

 

Zwierze pomknęło po schodach…” –– Literówka.

 

„…rzekł z uśmiechem, głaszcząc zwierze po pysku”. –– Literówka

 

„Zszokowany mężczyzna doczłapał się do telefonu”. –– Wolalabym: Zszokowany mężczyzna dowlókł się do telefonu.

 

„…jakby mężczyzna wsadzał do dziury palucha”. –– …jakby mężczyzna wsadzał do dziury paluch.

 

„Gdy zniknął za drzwiami łazienki, Kasia zaczęła nasłuchiwać. Odgłos przekręcanego klucza, dźwięk nalewanej do wanny wody”. –– Jeśli u studentów na parterze woda zamarzła w rurach, to jakim cudem dotarła do łazienki na piętrze?

 

„…chwyciła za torbę i zaczęła ją ciągnąć po podłodze”. –– …chwyciła torbę i zaczęła ją ciągnąć po podłodze.

 

„Weź kompot z czereśni. Spożyłbym – rzekł z uśmiechem jej mąż”. –– Wolałabym: Weź kompot z czereśni. Zjadłbym – rzekł z uśmiechem jej mąż.

 

„Ktoś stał pośród półmroku”. –– Ktoś stał w półmroku.

 

„Zaczęła walcząc ze starym zamkiem, a gdy go pokonała, Koral chwycił za torbę”. –– Zaczęła walczyć ze starym zamkiem, a gdy go pokonała, Koral chwycił torbę.

 

„Na jednej z nich leżała duża taśma malarska”. –– Chyba nie wiem jak wygląda taśma malarska, ale taśma to coś długiego i raczej wąskiego. Nie podoba mi się duża taśma, jeśli już, to raczej szeroka.  Może: Na jednej z nich leżała duża rolka taśmy malarskiej.

 

„Każdy dzień Robert Jóźwiaka składał się z szeregu obowiązków”. –– Literówka.

 

„Musiał to zrobić jednym zgrabnym ruchem, na przedpokoju, w martwej strefie pomiędzy wzrokami rodziców Choć trzęsły mu się ręce, zdołał to zrobić”. –– Wzrok nie występuje w liczbie mnogiej. Powtórzenie. Proponuję: Musiał to zrobić jednym zgrabnym ruchem, w przedpokoju, w martwej strefie, poza zasięgiem wzroku rodziców. Choć trzęsły mu się ręce, zdołał to uczynić.

 

„Podniósł szklankę i niby przypadkiem rozlał całą zawartość kufla na podłogę”. –– Piwo było w kuflu. Skąd się wzięła szklanka? Proponuję: Podniósł kufel i, niby przypadkiem, rozlał całą zawartość na podłogę.

 

„Chłopiec ubrany był jedynie w cienkie spodnie z materiału i dziurawy sweter”. –– Spodnie zazwyczaj są z materiału, chyba nie trzeba tego podkreślać.

 

„…czy nie wyrządziłem jakiś szkód w państwa mieszkaniu?” –– …czy nie wyrządziłem jakichś szkód w państwa mieszkaniu?

 

„Potem rozległa się cisza”. –– Potem zaległa cisza. Rozlega się to, co można usłyszeć. Cisza tego nie umie. ;-)  

 

„Dla brzmi to przekonująco”. –– Pewnie miało być: Dla mnie brzmi to przekonująco.

„Załadowana i nieużywana broń przez lata czekał na swój dzień chwały”. –– Załadowana i nieużywana broń, przez lata czekała na dzień swojej chwały.

 

„Nie zakluczył mieszkania…” –– Nie zamknął mieszkania

 

„Gdy wracała do siebie, na drzwiach prowadzących do piwnicy ujrzała trupa”. –– Trup raczej nie leżał na drzwiach, chyba że drzwi leżały, bo były wyłamane, ale wtedy nie prowadziłyby do piwnicy. ;-)  

 

„Stała na przedpokoju, gdy zdarzyły się te wszystkie straszne rzeczy”. –– Stała w przedpokoju, gdy zdarzyły się te wszystkie straszne rzeczy.

 

„Zaprowadziły ją do ciała brata. Było zimny niczym lód”. –– Literówka.

 

„Kolejne chwile spędziła na bezskutecznej próbie poluzowania więzów”. –– Literówka.

 

„Chwycił za łopatę, stanął przy wejściu i czekał”. –– Chwycił łopatę, stanął przy wejściu i czekał.

 

„Spojrzał na nią swymi pustymi oczyma”. –– Nie mógł patrzeć cudzymi oczami, więc wystarczy: Spojrzał na nią pustymi oczyma.

 

„Jeśli to jakaś kolejna sztuczka, to obu was zatłukę”. –– Jóźwiak chyba mógł tak powiedzieć, bo był prostakiem i pewnie nie wiedział, że powinien rzec: Jeśli to jakaś kolejna sztuczka, to oboje was zatłukę.

 

„Za drzwiami z numerem sześć pies Cesarza wył w niebogłosy”. –– Za drzwiami z numerem sześć pies Cesarza wył wniebogłosy.

 

„…wbiegła do mieszkania pana Alfreda, zakluczyła drzwi”. –– …wbiegła do mieszkania pana Alfreda, zamknęła drzwi.

 

Zwierze biegło ku niej…” –– Literówka.

 

„Gdy zwrócił z siebie kolację, wcale nie poczuł się lepiej”. –– Wystarczy: Gdy zwrócił kolację, wcale nie poczuł się lepiej.

 

„To jedne, co wiedział na pewno”. –– To jedno, co wiedział na pewno.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Regualtorzy. Zdążyłem poprawić przed końcem czasu edycji. "Zwierzę" prześladuje mnie w kolejnych tekstach, nie wiem czemu, ale wciąż zapominam o ogonku. O "zakluczeniu" czytałem i trochę się wahałem, ale w końcu znalazłem w jakimś szemranym słowniku. "Trup" leżący na drzwiach to wpadka :] Miał leżeć na schodach.

Zakluczanie to chyba jakiś regionalizm. Niby poprawnie, ale brzmi tak nienaturalnie. Też mnie to raziło, nie ma sensu tak udziwniać.

Zygfrydzie, cieszę się, że mogłam pomóc. Zwierzęta muszą mieć ogonki, bez ogonków nie są sobą. No, może Koty z wyspy Man… ;-) Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sroga opowieść. Przesadzona, ale – w ramach konwencji – wywiera jednak całkiem pozytywne wrażenie. Wydaje mi ię natomiast, że lepiej by było nieco bardziej wyeksponować wątek właściciela i tych jego sztuczek.

I po co to było?

Nowa Fantastyka