- Opowiadanie: Jafieli - Piracki interes [PRZE-TWORZENIE 2013]

Piracki interes [PRZE-TWORZENIE 2013]

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Piracki interes [PRZE-TWORZENIE 2013]

 

Dźwięk porcelanowej filiżanki stawianej na spodeczku wyrwał mężczyznę z koszmaru. Zlany potem otworzył szeroko oczy i rzucił dzikim wzrokiem po pokoju. Jest przywiązany – spostrzegł próbując zerwać się z jakiegoś dziwnego łóżka. Mebel, na tyle na ile go widział, swoją budową przypominał łóżko lekarskie z drobnym wyjątkiem łamania w okolicy bioder, dzięki czemu był w pozycji półsiedzącej.

 

– Ki diabeł? – spytał spoglądając na ręce. Grube, ordynarne pasy, o których słyszał, że stosuje się w zakładach dla obłąkanych, przypinały je do drewnianej konstrukcji.

 

Szelest gazety zwrócił jego uwagę na odległy, przeszklony ganek. W mieniącym się kolorami, rażącym świetle siedziała jakaś postać. Zmrużył oczy.

 

– Wygraliśmy wojnę – stwierdziła osoba, stanowiąca czarną plamę na tle tęczy kolorów.

 

Każde słowo było wypowiedziane spokojnie i bez jakiegokolwiek rozpoznawalnego akcentu.

 

– Zapewne jesteś bardzo szczęśliwy z tego powodu. Nikt już siłą nie wcieli cię do armii.

 

– Kim jesteś? Dlaczego jestem przywiązany?

 

– Muszę przyznać, czytając między wierszami, że o włos. Podobno Gnomi Król, kiedy sytuacja malowała się dla niego paskudnie na polu, wiodąc ze sobą doborową piechotę i ogry, we własnej osobie poprowadził szarżę w kierunku chorągwi Hetmana Koronnego Vizermana.

 

– Gówno mnie to obchodzi!

 

– A szkoda. To była naprawdę ciekawa bitwa. Podobno wzięły w niej udział dwa krążowniki chmurowe gremlinów. Wszyscy myśleli, że wyginęły dziesiątki lat temu, a tu krążowniki! Musiały być ogromne…

 

Postać zaczęła wstała z fotela i zaczęła się powoli zbliżać. Stukot butów zdradził, że pomieszczenie wyłożone jest parkietem.

 

– Nawet szarża pancernej jazdy zrodzonych z chaosu nie spowolniła tego natarcia. Dwustu rycerzy zostało wdeptanych głęboko w ziemię wraz z całą chorągwią Hetmana. Vizerman ze swoim sztabem musiał ratować się ucieczką. Autor artykułu oczywiście twierdzi, że wszystko to było zaplanowane. Niestety, a może i na szczęście, za wrogim królem, nasze rycerstwo zazębiło wyłom w linii. Został otoczony na tyłach i w końcu nawet doborowa piechota karłów nie dała rady. Wszystkich wycięto co do nogi, a monarcha spoczął wysoko na pikach. Królowa Dziewięciu Wież ogłosiła z tego powodu święto. Wygląda na to, że Straszna Wojna dobiegła końca.

 

Cień wreszcie stał się na tyle wyraźny by mężczyzna mógł przyjrzeć się postaci. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że ma do czynienia z osobą raczej z raczej zamożną, chociaż nie bogaczem. Świadczyły o tym elegancki kapelusz, który tamten nosił nawet po mieszkaniu, tego samego koloru jaskółczy żakiet, szara kamizelka i złoty łańcuszek, prawdopodobnie od zegarka, wystający z kieszonki. Do pełni obrazu brakowało tylko złotych pierścieni na chudych palcach. Prawdziwą naturę istoty zdradziły jednak oczy. Spod kapelusza połyskiwały jadowicie żółte tęczówki, przecięte pionowymi kreskami źrenice. Mimo kilku odstępstw od normy, jak to, że widocznych spod ubioru twarzy i rąk nie porastała łuska, a tkanka do złudzenia przypominała ludzką skórę, stojący przy łóżku mężczyzna musiał być jaszczurzem.

 

– Świętujmy więc. – Stołek skrzypnął cicho obok łóżka pod ciężarem nieznajomego.

 

– Świętować? Jasne, mogę świętować. Rozwiąż mnie i wychylmy parę kufli… – mężczyzna nagle urwał.

 

Jaszczur, przechylając się lekko na taborecie, powolnym ruchem przysunął do łóżka metalowy stolik na kółkach wyłożony najprzeróżniejszymi przyrządami których nie powstydziłby się żaden miejski chirurg lub rzeźnik. Granice między oboma zawodami czasami się zacierały. Mężczyzna rozpoznał tylko niektóre z nich, jak kilka wersji skalpeli, tasak, piłę czy nożyce. Część z tych, których nie potrafił nazwać miała nieregularne, zakrzywione kształty. Inne wyglądały na zupełnie tępe, wszystkie jednak, czyste i wypolerowane połyskiwały w równych rzędach.

 

– Nie, nie, nie… stary, tak się nie świętuje! – krzyknął, kiedy tamten po chwili namysłu podniósł skalpel o małym ostrzu.

 

Krzyk odbił się echem. Teraz dopiero zauważył ciszę, jaka panowała w pomieszczeniu. Ciszę jaką ciężko było znaleźć gdziekolwiek w gwarnych Dziewięciu Wieżach. Promyk światła zatańczył w metalu.

 

– Wypuść mnie! Zapłacę! – jego głos drżał. Wciskał głowę w drewniane oparcie. – Mam małe, przytulne mieszkanko. Przy Wieży Cienia! Jest sporo warte. Zastawię je! Nie! Sprzedam! Podaruję! Cokolwiek…

 

Chuda, podłużna twarz zbliżyła się na odległość kilku centymetrów. Zagościł na niej paskudny, rozbawiony uśmiech.

 

– A więc myślisz, że potrzebuję pieniędzy?

 

Głuchy łomot o solidne, drewniane drzwi rozniósł się po pokoju. Jedna z brwi postaci, naturalnie nie występujących u tej rasy, uniosła się nieznacznie do góry w widocznym rozbawieniu. Ostrożnie odłożył skalpel na stolik, ten zaś odsunął kawałek dalej. Rozległ się kolejny łoskot.

 

– Naprawdę jesteś urodzony pod jakąś szczęśliwą gwiazdą.

 

Ciężka, ciemnozielona tkanina zawieszona na metalowych kółkach tuż pod sufitem, całkowicie zasunęła mężczyźnie widok na pomieszczenie. Za fałdami materiału zniknęła również i postać.

 

– Najpierw unikasz poboru, teraz to… – dobiegło jeszcze, nieco przytłumione, zza zasłony.

 

 

 

 

Trzecie, brzmiące już bardzo natarczywie, pukanie do drzwi przerwał dźwięk otwieranych zamków. Sieć kółek zębatych, prętów i zapadek zastukała o siebie po czym masywne drewno odsłoniło wejście bez żadnego skrzypnięcia, lekko jak piórko.

 

– Dobre drzwi Salezar – usłyszał gospodarz, kiedy jego gość przecisnął się między nim a framugą.

 

– Shahalezadar – wycedził przez zaciśnięte zęby, przymykając na chwilę oczy i próbując się uspokoić. Dopiero po paru sekundach otworzył je z powrotem i zamknął drzwi. – Wejdź proszę, mości Urbosie.

 

– Ale żeś się urządził, na co ci tyle mebli i staroci?

 

Shahalezadar obiegł pomieszczenie wzrokiem. Parawan, stół z filiżanką po wywarze, gazeta, fotel i pozostałe 90 pustych metrów kwadratowych parkietu, a także drzwi do kuchni i drzwi do sypialni. Upewniwszy się, że nic magicznie nie wyrosło w kątach, odpowiedział kwaśno:

 

– Nie lubię otwartych przestrzeni.

 

– W ustach mi zaschło od tych uprzejmości. Masz coś czego można się napić?

 

Mężczyzna stanął na środku pokoju zatykając grube paluchy za grubym, skórzanym pasem opiętym na surducie. Rozglądał się na boki nie zwracając na gospodarza za dużo uwagi.

 

Gospodarz za to kalkulował, ile czasu zajęłoby mu doskoczenie do szyi gościa i wyszarpanie mu języka przez gardło. Powstrzymał się jednak od udzielenia tamtemu lekcji manier. Piraci byli zbyt ciężkim materiałem do nauki, a poza tym musiałby przedostać się przez ogromne połacie brody z pozaplatanymi gdzieniegdzie pasemkami. Broda zaś, jak to u piratów stacjonujących zbyt długo na lądzie bywa, miała swój własny mikroklimat, którego Shahalezadar brzydził się niesamowicie.

 

Jakby czytając w jego myślach Urbos wyszczerzył rządek zębów spod zaplecionych w dwa grube warkocze wąsów.

 

– Niestety. Mogę uraczyć cię tylko szklanką wody.

 

– A to szkoda. Wielka szkoda.

 

Urbos zaczął zmierzać powolnym krokiem w stronę parawanu. Zatknięta za pas szabla miarowo uderzała o jedną z klamer butów przy każdym kroku. Shahalezadar nieco szybciej, tyłem próbował zablokować mu drogę.

 

– Ale może to i dobrze. Inaczej zabawiłbym tu zbyt długo. A morze czeka. Projekt własny? – spytał kiedy znaleźli się na pół metra od parawanu, wskazując na niego grubym paluchem.

 

– Coś w tym rodzaju.

 

– Ratunku! – dobiegł przepełniony nadzieją i rozpaczą głos zza zasłony.

 

– Wybacz na chwilę. – Jaszczur skłonił się lekko, po czym wślizgnął się między łączenie materiału.

 

– Nie! Pomocy! Sukin…

 

– Spokojnie, nie mój interes, aż tak mi się nie spieszy – mruknął Urobs do niewidocznego już za zasłoną gospodarza.

Kiedy Shahalezadar wychylił się z powrotem, zastał mężczyznę rozłożonego na jego fotelu, który definitywnie zmienił swoje położenie. Z jedną dłonią za pasem, nie za daleko od pistoletu zatkniętego po przeciwnej stronie niż szabla, drugą ręką przechylał małą, srebrną piersiówkę.

 

Będę musiał kupić jedną z tych maszyn na parę do dezynfekcji – pomyślał gospodarz opanowując drżenie ręki.

 

– A więc drogi Salezarze, by rozwiać twoje wątpliwości względem mojej wizyty… – pociągnął łyk z piersiówki. – A cholera z tą, ftu, psia mać etykietą. Potrzebuję twojej pomocy. Prosto i do celu. Po jakiego w mordę grzyba te wszystkie "by", "ażeby" i całe to pieprzenie. – Gestykulował machając piersiówką.

 

Shahalezadar śledził jej każdy ruch w powietrzu oczekując wzorów na parkiecie odzwierciedlających jej trasę.

 

– A ja myślałem, że przyszedłeś mi wyżłopać całe piwo. – Gospodarz czuł się trochę nieswojo w swoim własnym mieszkaniu. Nie do końca wiedział gdzie się podziać, skoro rozmowa nie toczyła się, jak to wymagała etykieta, czyli przy stole. Zdecydował się na wolny spacer od jednej ściany do drugiej.

 

– Piwo? Masz tu… – zamilkł na chwilę.

 

Jaszczur odpowiedział mu uśmiechem.

 

– A ty przechero. Żartów ci się zachciało.

 

Ponownie ktoś zapukał do drzwi. Trzy razy, w równych odstępach czasu, mocno ale tak, jak się powinno pukać do czyichś drzwi, czyli używając kostek pięści, nie jej podstawy. Tak czy inaczej, tylko określony gatunek ludzi nie wiedział do czego służy kołatka.

 

– A dzień zaczął się tak pięknie – westchnął Shahalezadar. Miał już dość gości, tych nieproszonych.

 

Nim uchylił drzwi wiedział kogo zastanie po drugiej stronie. Gdyby nie wiedział, dziś akurat nikomu by nie otwierał.

 

Stała w progu ubrana elegancko jak zawsze. Nie jak arystokratka – elegancko jak na pirata, czyli schludnie, ładnie a przede wszystkim użytecznie z odrobiną przepychu w postaci złotych naszyjników, czyli tam, gdzie to nie wadziło. Włosy mocno upięła kilkoma grubymi, posrebrzanymi spinkami, białą koszulę spinęła dość ciasno bardzo szerokim i długim gorsetem służącym jednocześnie za pas pod dwa pistolety, sejmitar z bogato zdobionym jelcem. Spod całości wystawała bardzo krótka spódnica. Kobieta miała na sobie wysokie, skórzane buty optycznie poprawiające jej niski wzrost o 2-3 centymetry. Metalowe czubki butów nosiły ślady częstego używania, zwłaszcza prawy.

 

Kobieta była dość młoda szczególnie jak na stanowisko kapitana statku, które piastowała. Gospodarz wyceniał ją na 30, może 35 lat. Dokładna data jej urodzin pozostawała tajemnicą. Teraz jednak można było zauważyć, że drobna siateczka zmarszczek pojawiła się przy kącikach jej oczu i ust. Ręce również wydawały się już nie tak delikatne jak kiedyś. Za jej plecami stała jak zwykle dwójka wpatrzonych w podłogę służących – tęgi mężczyzna i młoda kobieta. Na ich szyjach jaszczur dostrzegł odciśnięte ślady po obrożach i łańcuchach.

 

– Iris.

 

– Ssshahalezzzadaaar – zasyczała kobieta wchodząc do pokoju.

 

Była człowiekiem, w jej żyłach nie płynęła ani kropla jaszczurzej krwi. Nie miała też żadnej wady wymowy, za to dużą wadę charakteru. Znali się na tyle długo by wiedziała, jak bardzo Shahalezadar nie lubił swoich korzeni i jak bardzo starał się wyglądać i zachowywać ludzko. Do tego stopnia mu to wychodziło, że został odsunięty z jaszczurzego środowiska, zabrano mu w nim prawa głosu i pozbawiono rodowodu koniecznego do przebywania w mieście. Mając papiery na rodowód na proweniencję ludzką, gnomą i świeżą jeszcze, ledwo co wyrobioną niebieskookich nie przejmował się tym za bardzo. Proces utrzymania ludzkiego wyglądu był bardziej kłopotliwy w porównaniu do metryk. Na dodatek kosztowny i wymagający codziennego, w miarę regularnego utrzymania. Każdego dnia o określonych porach musiał pić różnego rodzaju eliksiry. Na skórę, by przypominała ludzką, na porost włosów w tym brwi i zarostu, co pozwalało mu się golić i na wiele innych, ludzkich przypadłości. Przeszedł nawet bardzo bolesną operację języka mającą na celu pozbycie się tak charakterystycznej dla jego gatunku wymowy "s" i "z". Niestety, imię zdążyło przykleić się do jego osoby nim zdążył zdecydować się na któreś z jego alternatyw.

 

Za kobietą do pokoju weszła także dwójka służących, a za nimi mały karzeł, którego nie dostrzegł wcześniej ze względu na jego niski, nawet jak na karły, wzrost. Jedną ręką uniósł lekko kapelusz w powitaniu przechodząc przez próg, drugą trzymał strzelbę z uciętą ordynarnie lufą na wypadek kłopotów.

 

– Ale tu u ciebie śmierdzi wielorybem. Zawsze miałam cię za pedantycznego czyścioszka. Jednego z tych… – Iris pocierała kciukiem opuszki palców szukając odpowiedniego słowa.

 

– Jakim wielorybem? – zagrzmiał głos Urbosa który z okazji powitania podniósł się z fotela. – To zapach prawdziwego faceta, pana i władcy siedmiu mórz!

 

– Ah, Urbos! To tak wiele wyjaśnia. Widzisz, drogi przyjacielu, pozwól że cię wtajemniczę w subtelny świat kobiecych nosów.

 

– Wolałbym nie, ale jeśli gospodarz pozwoli… – spojrzał na posyłającego mu kwaśny uśmiech jaszczura.

 

– Jest delikatna różnica w zapachu mężczyzny, który świeżo wykąpany dał z siebie wszystko w łóżku. – Iris nie czekała na pozwolenie. – Co jest, jak to ująłeś zapachem prawdziwego mężczyzny. Jest też zapach świeżo umytego faceta, który opłynął siedem mórz i obszedł siedemdziesiąt tawern przed kolejną kąpielą. To jest zapach wieloryba w końcowym etapie transportu do portu.

 

– Naprawdę przyszliście tu rozmawiać o zapachach? – Shahalezadar wtrącił się do ich dyskusji.

 

– Oczywiście, że nie. – Zwrócił się do podpartej o boki kobiety. – Ja przyszedłem tu jak człowiek, rozmawiać o interesach. Chociaż, zanim do nich przejdziemy, muszę przyznać, mimo języka ciętego jak nóż, który nosisz za pasem i braku dobrego gustu w zapachach, na innych rzeczach znasz się bardzo dobrze. – Mężczyzna poskubał się po brodzie. – Widzę, że tobie lat przybywa a twoim zabawkom ubywa. Zmieniasz swoje zabawki na coraz to nowsze, ładniejsze, sprawniejsze…

 

– Niewątpliwie lubię, jak mają trochę wigoru. – Iris rzuciła długie spojrzenie mierząc dziewczynę stojącą za jej plecami. Tamta zarumieniła się lekko. – To jest Dora, podarowana mi w prezencie kilka miesięcy temu. Ale nie śliń się tak na nią, to moja zabawka.

 

– Co? – Urbos najwyraźniej został wyrwany z jakiegoś głębokiego zamyślenia. – Ah, ty jak zwykle o dupczeniu. Eh Shahalezadar, naprawdę niewyżyta z niej kobieta. Może ty byś jej dogodził. Chociaż bez tego jaszczurzego jęzora będzie ci ciężej. Ja mówię o tych cudeńkach co to za pasem nosisz! Piękna sprawa, nowiutkie, wielostrzały, hę? Widać gnomią robotę, nie to co motłoch przy gaciach nosi. Robione i ważone do ręki, strzelają pewnie na…

 

– Dobrze. Dziękuję wam niezmiernie za wizytę. Naprawdę, z całego serca. A teraz poproszę o wyjście. – Jaszczur, który stracił resztki cierpliwości zaczął zmierzać w stronę drzwi gestem nakazując gościom aby wykonali to samo.

 

– Tak, masz rację Shahalezadarze. Wpadnę porozmawiać, jak już przewietrzysz i doszorujesz to pomieszczenie. Oszczędzaj kolana. – Iris zwróciła się ku drzwiom.

 

Służący posłusznie podreptali za nią.

 

– Ej, ty! Bez takich mi tu. – Urbos w pośpiechu zakręcił piersiówkę. – Jak już oboje w tym siedzimy to oboje za to płacimy. Myślałaś, że się wywiniesz teraz, hę? Że to niby na herbatkę tu wpadłaś? Jak stąd wyjdziesz to i ja zabiorę swój wielorybi tyłek aż ci się w stoczniach straż do trunków dobierze. – Podciągnął pas wyżej i poprawił surdut po czym założył ręce na piersiach czekając na reakcję.

 

– I dzień od razu zrobiłby się lepszy. – Jaszczur mruknął pod nosem.

 

– A myślałam, że wypłukałeś wszystko pod tą kopułą. – Iris zatrzymała się i obróciła. Jej towarzysze nie do końca zdążyli zorientować się w sytuacji, więc wyminęła ich zanim ustawili się z powrotem tam gdzie być powinni, czyli za jej plecami.

 

– Mamy problem, jak się okazuje mamy go oboje więc i oboje płacimy. Ha! Jaki piękny dzień. Tydzień się zebrać nie mogłem na taki wydatek. Aż tu w końcu mus! Trzeba! A tu ktoś jeszcze w kosztach pomoże. – Urbos rozluźnił się trochę i opadł z powrotem na fotel, w którym coś cicho chrupnęło. Ułożył się w nim wygodniej nasłuchując czy chrupnie ponownie a kiedy to nie nastąpiło, uśmiechnął się szeroko do Iris.

 

– Zakładam, że macie sprawę do mnie. Zalecam pośpiech. Widzicie, piraci mają to coś. Ten taki… brak poczucia strachu. Raz wpuści ich miły jaszczur do mieszkania, gotowi nigdy nie wyjść. Jeszcze mu meble zrujnować. – Shahalezadar teatralnie przeszedł na środek pomieszczenia po czym odwrócił się do rozmówców z małą, czerwoną fiolką pełną jakiegoś płynu. – Dlatego też u mojego znajomego alchemika Ralfa zakupiłem tę oto fiolkę. Bardzo ładna, bardzo delikatna. – Uniósł ją wyżej, oglądając pod światło. – Pełna jest wirusa ogrzej biegunki. Bardzo paskudna sprawa. Żeby coś wywołało biegunkę u takiej sterty mięsa, musi być naprawdę mocne. – Przeniósł wzrok na zerkających po sobie piratów. – Prawdę powiedziawszy, od dawna zastanawiałem się czy działa tak, jak to mówił alchemik.

 

– Dobra, dobra, nie popadajmy w skrajności… – zagrzmiał głębokim głosem Urbos, jednak przerwało mu beknięcie, które nie do końca stłumił.

 

– Mówił, że wirus jest tak mocny, że trawi przeciętnego człowieka już od samego nosa…Oczywiście – Jaszczur kontynuował niewzruszony – nieostrożnie by było z mojej strony nosić z sobą taki specyfik nie będąc zaszczepionym…

 

– Tak jak już mówiłem. – Urbos jeszcze raz poprawił się na siedzeniu. W jego głosie nie było już takiej pewności siebie, jak do tej pory.

 

Ralf w pewnych grupach cieszył się wątpliwą sławą ze względu na jego rzekomy wkład w ostatnią epidemię ospy. Czasami Shahalezadar żałował, że ktoś taki istniał tylko jako wymysł kilku alchemików stworzony wyłącznie dla ich własnej ochrony.

 

– Nie popadajmy w skrajności. Załatwiamy sprawę i już nas nie ma.

 

– Chodzi o stocznię… – Iris westchnęła. Nie wzięła serio groźby fiolki wiszącej w powietrzu w dwóch palcach. A przynajmniej nie okazywała tego. – Zaczęli nam ginąć pracownicy…

 

– W stoczni przecież zawsze ktoś ginie – stwierdził ze zdziwieniem Shahalezadar.

 

 

***

 

 

Desery są problematyczne. Jeśli są dobre, są drogie. Dużo droższe od normalnego pożywienia potrzebnego do życia. W dodatku najlepiej smakują podane w odpowiedni sposób i o odpowiedniej porze. Deser zaserwowany zbyt wcześnie lub zbyt późno nie będzie nigdy smakował tak samo jak serwowany w momencie, kiedy ma się na niego ochotę.

 

Shahalezadar spojrzał jeszcze raz, czy kroplówka była podłączona odpowiednio do ramienia mężczyzny. Ten deser nie będzie już taki sam. Lek, który kropla po kropli spływał do żył ofiary został opracowany na potrzeby armii dla chirurgów polowych by mogli wprowadzać operowanych w stan kontrolowanej śpiączki. Pacjentom którzy przeżyli operację i częste późniejsze komplikacje, pomagał przespać pierwsze, najgorsze dni, tym mniej szczęśliwym oszczędzał długiej, świadomej agonii. To co w warunkach szpitali polowych było błogosławieństwem, jaszczur przeklinał w swojej pracy. Śpiączkę kontrolowało się łatwo tylko w jedną stroną – wybudzenie zajmowało sporo czasu a dojście do siebie jeszcze więcej.

 

„Czekanie jest irytujące” stwierdził po raz kolejny. Założył kapelusz, zerknął czy zbierające się za oknem burzowe chmury nie zdecydowały jednak okrążyć miasta zamiast, jak to zazwyczaj było letnimi popołudniami, sprowadzać kurtynę deszczu. Poprawił ciężki płaszcz, poklepał szablę i rewolwer które były na swoich miejscach po czym wyszedł z mieszkania.

 

Królowa Aleksandria wydała specjalny dekret, zaraz po tym jak objęła tron, zakazujący noszenia nabitej broni palnej w mieście. Obszedł on jednak Dziewięć Wież gromkim echem śmiechu.

 

Miasto, prawdopodobnie najbardziej zaludnione na świecie, przynajmniej spośród tych już odkrytych, liczyło sobie dwa miliony mieszkańców. Była to mieszanka wszystkich ras, które postanowiły poświęcić jakąś część siebie w zamian za namiastkę stabilności i komedię bezpieczeństwa. Dla większości mieszkańców Dziewięć Wież było jednak dziwne, ciągle zmieniające swoje oblicze, przytłoczone wiecznie zalegającym cieniem spuścizny po przodkach – wieżami, których czubki ginęły w chmurach.

 

Pierwsze odnalezione zapiski o niesamowitych budowlach sięgały ponad dwóch i pół tysiąca lat wstecz, kiedy miasto zbudowały i rządziły nim gnomy. Pradawna elita umysłowa i budownicza kontynentu, podczas swojego złotego wieku wzniosła dziewięć kolosalnych konstrukcji. Stu trzydziestopiętrowe, wzniesione na podstawie koła budowle, swoim kształtem przypominające wydłużone do granic możliwości wulkany górowały nad miastem. W przeciągu kolejnych wieków gnomia potęga podupadła. Gniła od wewnątrz w niekończących się sporach i dysputach. Do miasta najpierw wprowadziły się inne rasy, później zaczęły się wojny.

 

Spośród rewolucji i sporów o tron trzy wyróżniały się z natłoku na tyle, by zasłużyć na własne nazwy.

Pierwsza – Biała Wojna – wbrew nazwie wziętej od obłoków dymu z dział, była najbardziej krwawym spórem, w której generał korony wystąpił przeciwko królowi. Zamach stanu nie powiódł się, a miasto ogarnęła półtoraroczna batalia o każdy próg. Po jednej stronie byli gnomi konserwatyści i większość wojska, żądający między innymi oczyszczenia miasta z innych ras, po drugiej znaleźli się znacznie mniej liczni liberałowie wraz z Królem, arystokracją i wszystkimi kreaturami tego świata nazywającymi Dziewięć Wież domem, a w których nie płynęła gnomia krew. Władca wojnę wygrał, ale dla samych gnomów była to największa porażka prawdopodobnie w całej ich historii.

 

Drugą batalię miasto stoczyło między sobą w wojnie Chlebowej. Przyczyną było embargo nałożone na miasto przez jego sąsiadów z powodu zapędów militarnych kolejnego tyrana. W mieście zaczęło brakować niemal wszystkiego. Fabryki bez kruszywa stanęły, stocznie przestały produkować, a port był pełen statków handlowych, które nie mogły wypłynąć. By zapobiec nieuchronnemu wybuchowi zamieszek król wysłał regularne wojsko na ulice miasta. Nie pomogło to powstrzymać rewolucji, być może nawetprzyspieszając ją. Po dwóch tygodniach beznadziejnej, bezsensownej walki między dwiema głodującymi stronami monarcha w dziwnych okolicznościach zaginął, a tron objął bardziej pacyfistyczny następca. Tydzień czasu – tyle zajęło mu podpisanie zawieszenia broni lub pokoju ze wszystkimi sąsiadami blokującymi okoliczne wody i szlaki handlowe. Sto lat – tyle fabryki i stocznie podnosiły się po kilku tygodniach przestoju.

 

Ostatnia z trzech wielkich wojen, Grzmiących Bębnów, miała miejsce już za czasów młodości Shahalezadara. Był to zryw niepodległościowy gnomów. Jaszczur musiał przyznać, że pierwszy i ostatni raz w swoim życiu tak bardzo się bał. Nad ranem, jeszcze przed wschodem słońca, po jednym z hucznych świąt bóstwa marynarzy, kiedy wydawało się, że wszyscy jeszcze spali, w mieście zagrzmiały trąby i bębny. Dźwięk był nie do opisania. Czysty i donośny docierał podobno aż na drugą stronię cieśniny morskiej przy której wznosiło się było miasto. Pamiętał, że jako pierwszy z rodziny wyleciał z łóżka, z dolnej części wieży, wskoczył na windę i poszybował na szczyt. Platformy przemieszczające się w górę były całkiem puste. Pozostali mieszkańcy wieży, którzy zdążyli się już ocknąć, oprzytomnieć i zorientować w sytuacji szybowali na płaskich kamiennych blokach w dół, ściskając niewielkie pakunki, które złapali w biegu w biegu. Uciekali z miasta. Tymczasem Shahalezadar z tarasu obserwował, co się działo na zewnątrz, podczas gdywieżę ogarniał wewnętrzny chaos.

 

Wydawało się, że całe miasto zapłonęło. Ogień i gęste chmury dymu rozprzestrzeniały się w coraz to nowych miejscach w akompaniamencie gnomiego śpiewu – coś czego nie dało się opisać, wibrowało w powietrzu. Gorąco uderzało mu podmuchami w twarz. Nie rozumiał słów, jednak była to tak dumna i tak przejmująca melodia, że wyryła mu się w pamięci.

 

Wojna nie trwała długo. Bez pomocy karłów, którzy zazwyczaj maszerowali z gnomami ramię w ramię, w ciągu trzech dni większość małego ludu została pozabijana lub wzięta do niewoli. Jeszcze dwa tygodnie słychać było strzały z Wieży Młota, po czym i tam wszystko ucichło. Miasto pokryły duże placki zgliszczy tam gdzie toczyły się największe starcia, oraz przy składach broni.

 

Dla Shahalezadara nieważne było, że przegrali. W Dziewięciu Wieżach nie dało się uchować tajemnicy. Nie tak dużej, jak uzbrojona i wytrenowana armia. Sam fakt, że zdołali zaskoczyć wszystkich, że stanowiąc mniejszość mniejszości rasowej zdołali stoczyć taką batalię był dla jaszczura niesamowity. Gdyby miał jak, sam podpaliłby miasto i rozdał broń pozostałym gnomom by móc usłyszeć jeszcze raz ten śpiew i zobaczyć płomienie połykające całe budynki. Poczuć jeszcze raz to samo…

 

 

***

 

 

Zniszczenia odbudowano. Tam, gdzie władca nie sypnął grubo złotem, zabudowania stawiano szybko czyli byle tanio, byle z zyskiem i byle jak tworząc gąszcz ciasnych, niezaplanowanych, ciemnych i nie zawsze prowadzących gdziekolwiek uliczek. Tam, gdzie król nie poskąpił monet powstały konstrukcje, na które wcześniej nie było miejsca. Skorzystano z okazji i zbudowano długą i szeroką aleję zwycięzców prowadzącą po dawniej gnomich dzielnicach, do bram pałacu królewskiego. Koło głównego rynku, gdzie spłonął arsenał, wybudowano ogromną arenę dla rozrywki ludu i klas wyższych. Starczyło też na pokaźnych rozmiarów teatr, bibliotekę mającą zgromadzić największe dzieła literatury świata przetłumaczone na uniwersalny język i uniwersytet dla tych, którym pieniądz przychodził łatwo.

 

Na szczęście wieże stały dalej niewzruszone ani granatami, armatami i ładunkami wybuchowymi użytymi w czasie walk ani morzem czerwieni rozbijającym swoje fale o czarny kamień gdyż w Dziewięciu Wieżach nie pozostał nikt kto porwałby się na stwierdzenie, że potrafiłby je naprawić. O tym przez co przeszły, świadczyły jedynie zdewastowane mieszkania na niższych piętrach i sadza oblepiająca okna na wyższych poziomach.

 

Kiedy ktoś wychodził z wieży i wkraczał w ubogie dzielnice, czuł się jak gdyby w innym świecie. W tętniącej równinie miasta życie zataczało koła bardzo szybko. Tym szybciej im dalej od Pałacu Królewskiego znajdującego się na przeciwległym krańcu miasta niż Wieża Mew, przy murze. Tam, jak i w większości miasta, średni wiek w najspokojniejszych czasach osiągał maksymalnie 45 lat. Kradzież, gwałt, choroba i morderstwo były tak powszechne, że gazety nie pisały o nich dopóki nie osiągnęły wartości kilkudziesięciu ofiar w przeciągu nie dłużej niż godziny. Po ulicach krążyło przysłowie, że starości bez metalu w żebrach dożywał tylko morderca.

 

Shahalezadar czekał aż granitowa płyta zleci wystarczająco nisko. System wind w wieżach był niesamowity i budził jego podziw, niezależnie od tego, ile jaszczur miał lat. Ogromne głazy z postawionym przez późniejszych mieszkańców metalowym ogrodzeniem, bez żadnych lin latały w górę i w dół słupa stanowiącego centrum wieży. Kiedy Shahalezadar był jeszcze małym jaszczurem, myślał, że to jakaś mistyczna, starodawna magia. Dziś wiedział, że jest to coś mechanicznego czego zasady działania zostały dawno zapomniane i czego jemu akurat na pewno nie uda się wydedukować. Zjechał na dół. Tam, w jednym z mieszkań które wynajmował dostatecznie bogatym lub przydatnym osobom, zebrał swoją standardową eskortę. Trzech mężczyzn i jednego niebieskookiego. Przedstawiciela chyba jednej z najmniej licznych mniejszości rasowej tego miasta. Mniej bywało już chyba tylko poszczególnych gatunków potworów czyhających w cieniach.

 

Niebieskoocy w zasadzie rzadko faktycznie miewali niebieskie oczy. Nazwa pochodziła od koloru lotnej substancji, która przy każdym mrugnięciu wydobywała się z ich kącików. Przez to właśnie ludzie, którzy zawsze nadają wszystkiemu własne, bardzo uproszczone nazwy, wybrali właśnie tę. Dlaczego nie „gruboskórzy” ze względu na ogrom zrogowaciałej tkanki, która stanowiła barierę między tymi istotami a światem, lub „biali” z pozbawionych pigmentu włosów, tego Shahalezadar nie wiedział. Żeby zrozumieć, musiałby chyba urodzić się człowiekiem.

 

Niezależnie jednak od tego jak ich nazywać niebieskoocy byli bardzo czuli na magię, co na rynku o rosnącym zapotrzebowaniu na nowych, lepszych zabójców, bywało użyteczne. I tylko to się liczyło.

 

Gdy tylko opuścili mury wieży, chłodny podmuch wiatru przyniósł ze sobą woń miasta.

Kiedy wiał z południa lub zachodu, był to najczęściej swąd dymu z fabryk i stoczni, od zachodu zawsze zalatywało rybami i zgnilizną, a północny wiatr można było rozpoznać po zimnej ale czystej, morskiej bryzie.

Tym razem był to rybi odór który zmieszany z brudem dotkliwie ukłuł jaszczura w czuły nos.

 

Przed udaniem się do stoczni, jednego z dziwniejszych miejsc w mieście, Shahalezadar potrzebował jeszcze dwóch osób. One również były lokatorami w jego mieszkaniach, a na dodatek, obie jak zwykle zalegały z czynszem. Oczywiście, jaszczur nie wynajmował kwater licząc tylko na zapłatę w złocie. Zamiast tego, każdy zwolniony od klasycznego czynszu mógł dostarczyć mu w zamian coś, czego jaszczur potrzebował. W ten czy inny sposób, każdy z lokatorów był w jakiś sposób przydatny.

 

Gnoma odnalazł w zamkniętej na trzydzieści spustów piwniczce pod małym zakładem krawieckim, którego Shahalezadar był właścicielem. Sądząc po odgłosach jakie mała istota wydawała przy otwieraniu drzwi, były one zastawione dodatkowo jakiegoś rodzaju meblem.

 

– W co się wpakowałeś tym razem, Lanse? – jaszczur zapytał wchodząc.

 

Bez problemu zlokalizował źródło wcześniejszego hałasu – komodę, która przeniosła się ostatnimi czasy na ścianę koło drzwi, a sądząc po rysach na drewnianej podłodze służyła jako barykada. Reszta sprzętów stała tak samo jak zawsze, czyli w pozornym bezładzie. Pozornym, ponieważ gnom poruszał się między meblami, maszynami, menzurkami i papierami z gracją godną kota spacerującego po wąskim płocie. Z doświadczenia już wszyscy wiedzieli, że zagłębienie się dalej niż na metr od drzwi grozi naruszeniem idealnego porządku i doprowadzeniem gnoma do szału.

 

– Ja? Nic. Nie, nic. – Gnom podrapał się po głowie, po czym odwrócił na pięcie w stronę swoich maszyn. – Jestem pewien, że nic. Na pewno nic.

 

– Musicie na to marnować czas? – zapytał znudzonym głosem Melhim opierając się o ścianę – Zastawił piwnicę u lichwiarza i teraz od tygodnia boi się wyjść z mieszkania. Zobacz jaki chudy. Gdyby nie przemiła pani z zakładu krawieckiego, która zostawiła mu ostatnio ciasteczka na progu, niechybnie umarłby już z głodu.

 

– Co wy, niebieskoocy możecie wiedzieć o gnomim świecie! – dobiegł głos zza któregoś stołu. – To bardzo ciężki, trudny i niebezpieczny świat! Każdy powinien się mieć na baczności!

 

– Lanse…

 

– Wszyscy czyhają tylko aż biednemu gnomowi podwinie się noga by mu zabrać jego drogocenny sprzęt!

 

– Lanse, nie lubię jak się mnie ignoruje – upomniał go właściciel wychylając się przez jeden ze stołów – zalegasz z opłatą. W dodatku zastawiłeś nie swoje mieszkanie. To czyni mnie bardzo, bardzo niecierpliwym.

 

– Bo widzisz, to był pewny system… – pod spojrzeniem jaszczura gnom skulił się zakrywając szarym, wyniszczonym bezrękawnikiem założonym na starą koszulę.

 

– Co ja ci mówiłem o systemach?

 

– Że jak będę jakiegoś pewien, to pierwsza oznaka, że jest błędny. Ale ten powinien był być bezbłędny! – malutka postać zaczęła wymachiwać rękoma. – Zobacz panie jaszczurze, zobacz proszę. – Wygrzebał kilka kartek z jednego z leżących na podłodze stosów papierów i podał je Shahalezadarowi zanim ten zdążył choćby mrugnąć. – Jeśli wziąć pod uwagę konia, osiągnięcia koni z których został wyhodowany, wykonywany dziennie trening, średnią wyników z ostatniego roku, paszę która jest mu podawana…

 

Stronice były pokryte ogromną liczbą malutkich cyferek co nie pozostawiało ani odrobiny przestrzeni na zmarnowanie. Znaczki i liczby były miejscami podkreślone różnymi kolorami, czasami łączyły je ze sobą dziweięcioliniowe wykresy. Jaszczur nic z nich nie zrozumiał. Odłożył kartki na stół, na stertę innych papierów.

 

Każdy inny mieszkaniec Dziewięciu Wież, który przysporzyłby w jakikolwiek sposób tylu problemów co Lanse skończyłby jako napuchnięte zwłoki pływające w zatoce. Każdy kto nie byłby gnomem przynajmniej. W jakiś dziwny sposób czuł sentyment do tej rasy. Takie dziwne, palące uczucie jakby niestrawności po niezdrowym ale bardzo smacznym obiedzie. Często tłumaczył sobie, że to prawdopodobnie przez dzieciństwo i gnomie powstanie, jednak było tam coś więcej. Ten sposób myślenia…

 

Fascynował go ich sposób myślenia, pokrętne drogi jakimi w gnomich głowach potrafiły powstawać równie często genialne, jak skrajnie abstrakcyjne teorie. Zupełnie inaczej, niż u ludzi, którzy rzadko wznosili się ponad proste, łopatologiczne wręcz idee. Tych jednak uwielbiał za upór. Nieważne w jak beznadziejnej sytuacji się znajdowali, parli do przodu. Przynajmniej niektórzy. Shahalezadar nie zgadzał się jednak ze stwierdzeniem, że typ człowieka można rozpoznać po jego oczach. To była bujda. W oczach nigdy nie zobaczył nic ciekawego.

 

Tym co odróżniało jednego człowieka od drugiego był zapach. Inaczej pachniał ktoś pochłonięty codziennym życiem, przygięty do ziemi nieustającymi falami prozaicznych problemów a inaczej ten który robił wszystko by się wybić, wyrwać z niekończącego koła nieszczęść.

 

Ktoś taki roztaczał wokół siebie niesamowity zapach. Mocny, energiczny, trącający w duszy nutę szaleństwa i radości, a jednocześnie relaksujący. Dla Shahalezadara był niemal jak narkotyk.

 

Był jeszcze trzeci zapach. Przyjemna woń tych, którzy wybili się ponad to wszystko. Ludzi, którzy stali ponad Dziewięcioma Wieżami, ponad jego prawami, przepisami i utartymi szlakami lejąc na wszystkich i wszystko poniżej. Tak pachniała większość władców Dziewięciu Wież, głowy wysokich rodów, niektórzy urzędnicy a także lordowie podziemia, piraci i płatni zabójcy.

 

– Melhim. – Jaszczur jako jedyny przechadzał się po pomieszczeniu przyglądając się efektom pracy gnoma. – Czemu mi o tym wcześniej nie powiedziałeś?

 

– Nie było takiej potrzeby. Miałeś ważniejsze…

 

– Melhim. – Shahalezadar powtórzył upominającym tonem.

 

– Było mi na rękę – przyznał się w końcu. – Miałem porachunki z tym lichwiarzem. Ekipa czekała gotowa aż się pojawi.

 

– Po pierwsze powinieneś i masz mi mówić takie rzeczy. Taka była umowa i dalej obowiązuje. Chcę wiedzieć wszystko i sam zajmę się oceną informacji. – Jaszczur natrafił na schemat broni rozłożony na jednym z biurek. Przyjrzał mu się z zaciekawieniem.

 

– Tak jest. – Niebieskooki powiedział to raczej w znudzonym i odczepnym stylu. Jego zwyczajnym.

 

– Ponadto, gdybyś mi też powiedział o tym wcześniej, nie zmarnowałbyś tygodnia czasu. Nie przyjdzie. W tym momencie już pewnie wie, że mieszkanie jest moje, nie gnoma i kupa kasy przeszła mu koło nosa. Działasz zbyt dwuwymiarowo. Po utartych szlakach. Jeśli chcesz kiedyś zajść wyżej, musisz zacząć myśleć twójwymiarowo. – Pokiwał głową z uznaniem nad projektem po czym ruszył z powrotem w stronę wejścia. – Lanse, zbieraj się. Idziemy na spacer po mieście.

 

Gnom mamrotał i gderał. Chodził od szafki do szafki przebierając w rzeczach, skubał brodę, drapał się po głowie i po kilka razy upewniał, że aparatura którą pozostawi włączoną nie uczyni jego i sąsiadów u góry bezdomnymi. W końcu podał jednemu z towarzyszących jaszczurowi mężczyzn sporą metalową walizkę, poprawił brudną koszulę, poślinioną dłonią przygładził włosy i wyszedł za Shahalezadarem i niebieskookim.

 

Przez te kilkanaście minut, które spędzili w piwnicy gnoma, na zewnątrz pociemniało. Burzowe chmury zdławiły ostatnie promienie słońca które próbowały prześlizgiwać się bokami Wieży Mew. Mocny wiatr zamiast zapachu przynosił tumany kurzu i drobnych pozostałości codziennego życia. Silniki dużego transportowca lecącego nisko nad zabudowaniami huczały niemiłosiernie. Maszyna wypluwała z kominów kłęby czarnego dymu. Był to jeden ze starszych modeli, nie przeznaczony do lotów w taką pogodę. Utrzymanie go na odpowiednim kursie który pozwoliłby w ogóle trafić w płytę lotniska wymagało od załogi użycia wszystkich napędów w jakie wyposażyła go fabryka by trafić na płytę. Nawet mimo tego, pokryty miedzią brzuch maszyny kołysał się na boki.

 

Pierwsze krople deszczu okrasiły szary bruk ulic. Jakaś postać zaciągnęła głębiej kaptur i uciekła w pośpiechu w boczną uliczkę pozostawiając po sobie kolejny dopisek w wielokrotnie modyfikowanym graffiti na ceglastej ścianie.

 

„PRECZ z gnomami! pozostało: około 50 tys. Wystarczy.

I karłami! już tylko 45. do czego?

precz mi ze ściany!

Oddajcie 9W właścicielom! zdefiniuj własność – kamienie przyniosły karły. układać MY.

kupa

a w niej siła!

Bóg was ukarze! Który? każdy!

Do boju za Dziewięć Wież! Bijcie gnomy! Za Królową!

gnomy pobite – Bić królową!”

 

 

 

– Masz miłych sąsiadów – mruknął Melhim, po czym zakrył się szczelniej szarym płaszczem.

 

Gnom wyjął z kieszeni metalowe gogle i zawiązał je z tyłu głowy. Był już przyzwyczajony do ciągłych słownych przepychanek z niebieskookim. Uczynili z tego sposób na zabicie czasu. Kłócili się o historię, technologię, kulturę, chemię i biologię. Jakby nie dość tego Melhim starał się udowodnić za wszelką cenę, że to co spotkało gnomy było tym, na co zasłużyli. Nie dlatego, że w to wierzył. W przeciwieństwie do Lansa, dla niego to czy zasłużyli czy nie, nie miało żadnego znaczenia.

 

Obaj byli oczytani, a spostrzeżenia którymi się nieustannie wymieniali potrafiły być zabawne, lub przynajmniej interesujące. Słuchanie tej dwójki miło zajmowało czas więc na dłuższą metę te długie wywody nie przeszkadzały Shahalezadarowi. Czasami nawet przyłapywał się na tym, że sam wciągał się w jakąś debatę.

 

– Ludzie już tacy są. Po prostu nie potrafią pogodzić się z prostym faktem, że gnomy mają większego.

Shahalezadar parsknął. To był pierwszy raz kiedy Melhim zaniemówił zbity z tropu. W obronie swojego męskiego honoru stanęli za to dwaj ochroniarze, jednak Lanse skutecznie ich ignorował.

 

– Dokąd idziemy szefuńciu? – zapytał nie kryjąc satysfakcji.

 

– Do Warusa. – Melhim odnalazł w końcu język. – Nie potrafisz rozpoznać po drodze? W ogóle, Shahalezadar, po co ta cała tajemnica? Po co ich zbierasz? – kiwnął głową w kierunku gnoma i dwóch ludzi. – Ktoś zabił pieska cudownej władczyni, która spadła nam z nieba i mimo że jacyś złoczyńcy obcięli jej skrzydła, stała się królową?

 

– Nie do końca. Dostałem ciekawą ofertę. Coś podobno zaczęło zabijać pracowników w stoczniach gdzie Iris i Ubros mają swoje interesy. Ostatnio zginął operator mostów. – Jaszczur zatrzymał się przed drzwiami do kompleksu małych mieszkań które również wynajmował. – Zależy im, żebyśmy załatwili sprawę tych morderstw możliwie szybko i możliwie bez zbędnego rozgłosu.

 

– Operator czy nie, to są przecież stocznie. – Melhim wzruszył ramionami. – W stoczniach zawsze ktoś ginie.

 

 

***

 

 

– A ja wam mówię, że ta cała historia z królową to jedna wielka bujda. – stwierdził Lanse kiedy czekali pod drzwiami jednego z mieszkań.

 

– Mmm? – mruknął Melhim wpatrując się z zaciekawieniem w kształt obgryzionego paznokcia.

 

– No przecież posłuchaj sam tej historii w skrócie. – Gnom zdjął gogle i zaczął przecierać szkiełka suchym skrajem koszuli. – Jedna z elfek, została porwana ze swojego miasta w powietrzu, obcięli jej skrzydła i wsadzili do burdelu. Dobra, w to uwierzę. Widziałem ich wiele pewnego czasu. Ale później pomarły! Wszystkie! Jak muchy! Podobno są niezdolne do życia w klatce. Zamknięte wystarczająco długo umierają! Jak dzikie zwierzęta!

 

– Taki duży… – Melhim spojrzał w dół. – Taki gnomi, a w bajki wierzy. Nie zamknięcie je pozabijało, a to co z nimi robili w tych burdelach… – niebieskooki przerwał na chwilę. Widocznie paznokieć nie był ogryziony wystarczająco równo. – Pomogły temu nieznane dla ich rasy choroby szerzące się od zawsze w Dziewięciu Wieżach, parszywe warunki i jedzenie.

 

– Tak, tak, mniejsza z tym. Zginęły! Dziś już nie uświadczysz elfki w burdelu. – Gnom zaczął wymachiwać rękoma. Oznaka tego, że wczuł się w rozmowę.

 

– Ano.

 

– I każą nam wierzyć, że nie tylko przeżyła i uciekła na wolność, to jeszcze ustawiła się tak, że rewolucjoniści obrali ją królową! Przecież to śmierdzi kłamstwem dalej niż rybami z portów! Tylko ludzie mogli takie coś wymyślić.

 

– Ma kikuty na plecach czy ich nie ma, historia mieszkańców porwała. – Melhim wzruszył ramionami. – A dziś co to kogo obchodzi, czy jest elfką czy nie i czy nosi koronę. Wierz sobie w co chcesz. Jak ci się lepiej śpi z myślą, że nie ma kikutów to uznaj, że ich nie ma, sprawa z głowy. W całej tej historii liczy się, że arystokracja skosztowała elfek w burdelach a elfek teraz nie ma. Gdzie jest popyt, tam i podaż. Myślę, że niebawem piraci zrobią kolejny rajd na latające miasta.

 

– A tam. Teraz mają większe zmartwienie. – Lanse zaczął chodzić wzdłuż pustego korytarza.

Każdy, kto wracał do jednego z kompleksu mieszkań na ich widok, albo zawracał, albo po wejściu w pośpiechu barykadował za sobą drzwi. Jaszczur czekał zwyczajem Melhima oparty o ścianę, z przymkniętymi oczami.

 

– Odkąd wprowadziła prohibicję, piraci mają bardziej dochodowe i mniej niebezpieczne źródło dochodów – gnom kontynuował.

 

– Policję i wojsko na karku – wtrącił niebieskooki.

 

– Wojsko jeszcze świętuje wygraną bitwę, a policja może im…

 

– Uważaj. – Jaszczur wmieszał się do rozmowy – Pamiętaj, że być może traktuję swoją pracę, jak i wszystko inne, przedmiotowo, to jestem dalej honorowym detektywem policji w obrębie Wieży Mew. – Uśmiechnął się krzywo. – Mam swój honor.

 

– Herbatkę. – skończył gnom lekko kłaniając się jak gdyby w przeprosinach. – Poza tym, policja nie sypie piorunami, a na widok mundurowych nie pojawiają się morskie ognie skaczące po tłokach.

 

– Jeśli przyszłoroczny budżet przejdzie, może zaczniemy. – Po schodach wszedł policjant.

 

Za nim, ledwo mieszcząc się na wąskiej klatce schodowej, kroczył Warus. Kiedykolwiek Shahalezadar patrzył na niego, czuł dyskomfort. Nie dlatego, że mężczyzna był wysoki na dwa metry i szeroki na kolejne dwa, z czego ciężko było dopatrzeć się na nim tłuszczu bądź sadła. To przez jego charakter. Obraz tego człowieka, nie pasował do koszyczka z owsem, mlekiem i kilkoma innymi produktami, który niósł. Jaszczur zawsze uważał, że ludzie o rękach większych od cegły powinni mieć kogoś kto chodziłby za nimi i wszystko za nich nosił. A ten człowiek w dodatku był miły. Do obrzydzenia wręcz, nienaturalnie dla tego miasta uprzejmy. Mówił mało, nie klął, a na domiar złego pomagał innym, mimo, że z zawodowego mordobicia na ringu zarabiał tylko marne grosze. Żył według zasady robienia wobec innych co chciałby żeby inni robili wobec niego. Kiedyś Melhim trafnie zdefiniował go jako człowieka, który z gruszy spadł do rynsztoka.

 

– Podkomisarz Moon. – Shahalezadar wyprostował się; poprawił płaszcz. Za jedynym, małym, brudnym i popękanym okienkiem na korytarzu, dźwięk dużych kropel deszczu rozbijających się o szkło wzmógł się. – Cóż za niespodzianka. Co złego dziś zrobił nasz notoryczny przestępca Warus?

 

– Doprowadził dzielnego podkomisarza do notorycznego przestępcy żyjącego z łapania innych przestępców – odpowiedział z przekąsem policjant, podając jaszczurowi dłoń. – Cóż taki dostojny jaszczurz jak ty robi na takim zadupiu?

 

– Jaszczur, nie jaszczurz wieśniaku. – Gnom stanął w obronie Shahalezadara prężąc pierś. – Już czas żeby ktoś cię nauczył poprawnej wymowy.

 

– Przysiągłbym, że usłyszałem czyjś głos, ale na linii wzroku nikomu nie otworzyły się usta. – Podkomisarz oparł się o ścianę robiąc miejsce Warusowi zmierzającemu do swoich drzwi.

 

– Witaj Warusie. – przywitał się Shahalezadar obserwując jak mężczyzna spokojnie przekręca klucz w zamku.

 

– Dzień dobry, panie Shahalezadarze. – odpowiedział.

 

– W zasadzie to paskudny. – Jaszczur wskazał kciukiem na okno. – Leje i niebo się burzy.

 

– Podobno od błysków wieże same się naprawiają. A woda przyda się roślinom. – Mężczyzna przepuścił wszystkich przodem do pokoiku.

 

Na wystrój pomieszczenia nie składało się wiele rzeczy. Mała kuchenka kaflowa opalana drewnem, toporne, twarde łóżko z siennikiem wypchanym słomą służącym za materac i szafa na ubrania. Jednak były tam też drzwi do toalety z bieżącą wodą, luksusem uważanym za szczyt myśli technologicznej nowego oświecenia.

 

– Cóż, miło jest od czasu do czasu porozmawiać o pogodzie, ale przywiodło mnie tu co innego. – Shahalezadar rozglądał się po pomieszczeniu próbując na czymś zawiesić oko, jednak bezowocnie. – Zalegasz z czynszem.

 

– Wiem. – Mężczyzna nie wydawał się przejęty. Nie wydawał się nawet zwracać na nich uwagi.

 

– Cieszę się. Jest to bardzo pocieszające, że wiesz. Ja bym chciał wiedzieć kiedy zapłacisz.

 

– Wiem.

 

Kiedyś już Shahalezadar stracił cierpliwość z Warusem głównie przez sposób w jaki mężczyzna prowadził rozmowy. Bójka jaka z tego wniknęła nie skończyła się pięknie. Oboje dochodzili po niej do siebie przez długie tygodnie, z czego jaszczur trochę dłużej ze względu na złamaną rękę. Nauczył się wtedy dwóch rzeczy. Po pierwsze, z Warusem trzeba zachowywać spokój. Prędzej ogra nauczy się manier niż jego zmieni. Po drugie, na boksera takiej postawy nie ma co rzucać się z samymi pazurami. Można go drapać, szarpać, ale zasłoni wszystkie ważne organy. Jeżeli przyjdzie mu się bić jeszcze raz z tą górą mięsa, jedynym sensownym rozwiązaniem będzie albo bardzo ostra szabla, albo jeden z tych starych muszkietów jakie wojsko używało lata temu, nabity gwoździami. Był pewien, że strzał ze zwykłej broni skończyłby się tak, jak kończy się kiedy nie trafi się z pistoletu w niedźwiedzie oko.

 

Warus ze stoickim spokojem, przeprosił ich na bok przechodząc do łazienki. Zza zamkniętych drzwi, przy wtórze melodyjnego pomrukiwania słychać było lejącą się wodę.

 

– W dziwnych ludziach gustujesz Shahakalu. – Podkomisarz przechadzał się po pokoiku oglądając zawartość garnków, półek i szafy. – Garnki to ty chyba szlifierką myjesz, tak się świecą. – Zawołał w stronę łazienki.

 

– Wierz w to bądź nie, a niewielu faktycznie wierzy, ale tacy jak oni, są czasami przydatni – odpowiedział Shahalezadar prawie siadając na łóżku. W porę jednak zastanowił się i poderwał z powrotem nim jego płaszcz obszedł słomą. – Zdradzisz mi wreszcie powód twojej wizyty? Nie robisz chyba za osobistego ochroniarza boksera drugiej ligi?

 

– Wiem. Muszą być, inaczej już dawno by ich rybacy wyłowili z morza. – Moon wyszczerzył zęby w szczerym uśmiechu. – A chodzę sobie, upewniam się, że obywatelom dobrze żyje się w naszych wspaniałych Dziewięciu…

 

Gnom kichnął głośno. Mamrocząc wyciągnął z kieszeni chusteczkę i wysmarkał w nią nos – jeszcze głośniej.

 

– Przepraszam – powiedział w końcu. – Tak mnie zanudziłeś, że aż w nosie zakręciło.

 

– Wysłali mnie żebym sprawdził co się dzieje w stoczniach. – Policjant skrzywił się z niesmakiem na widok bardzo już zużytej chusteczki.

 

– Wysłali samotnego podkomisarza na wywiad do stoczni? – Melhim zainteresował się rozmową. – Ktoś ci dobrze życzy.

 

– No właśnie. Jak by mogło się tam dziać coś dziwnego. Składownie alkoholu, narkotyków, niewolników, dziwek i wszystkiego czym można handlować. – Stróż prawa zamyślił się na krótką chwilę. – A, nie wiem czy wiecie, ale ostatnio dziwna, mroczna plotka chodzi po mieście, jakoby w stoczniach statki budowali.

 

 

 

 

Po dłuższej chwili bezsensownego wałęsania się po bardzo małej przestrzeni, doczekali się uwagi przebranego Warusa. Zaraz po tym, jak przecisnął się bez słowa do swojej szafy z ubraniami po czystą koszulę. Zamiast potem pachniał teraz szarym mydłem. Shahalezadar stwierdził, że za dużo chyba przebywał w okolicy gnomów i karłów. Nie mógł przyzwyczaić się do nowej woni.

 

– Ze strasznych rzeczy to ja też słyszałem, że w stoczniach coś złego się dzieje. Podobno pracownicy giną w niewyjaśnionych okolicznościach. – Powiedział typowym dla siebie, spokojnym, głębokim głosem, zamykając za sobą drzwi łazienki. – Strasznych okolicznościach. – Dodał.

 

Z niewiadomych przyczyn policjant spojrzał po niewzruszonych twarzach Melhima i Shahalezadara.

 

– Ah, czyli jednak się tym zajmiecie – stwierdził. – Cóż, nie rozumiem waszych powodów, ale na mnie już pora. Dopilnowałem, żeby sprawiedliwość zapanowała nad miastem, teraz kiedy jej świetlisty miecz…

 

– Nie pieprz. – Przerwał mu Melhim zanim gnom zdążył otworzyć usta żeby kichnąć ponownie.

 

– Ale serio? Bierzecie sprawę stoczni? Przecież to stocznie! Tam zawsze ktoś ginie.

 

– Gdzieś już to dziś słyszałem. – Shahalezadar powiódł zmęczonym spojrzeniem za kierującym się w stronę wyjścia podkomisarzem Moonem. Siły opuściły go zanim postawił stopę w dzielnicy, do której zmierzał.

 

 

***

 

 

Przeciągły, wiercący w uszach gwizd oznajmił, że parociąg odjeżdża. Padający nieustannie deszcz zmywał z niego kurz i błoto odsłaniając wypolerowane zęby podłużnych krat, które wieńczyły przód maszyny. Z dwóch kominów buchnęła para. Miejska miniatura kolosa używanego do transportu materiałów w największych fabrykach Dziewięciu Wież z hałasem potoczyła się po torach. Ryzykanci, którzy nie chcieli zostać odcięci po swojej stronie i czekać w ulewie, aż rozpędzający się powoli parociąg zwolni przejście, przebiegali przed masywnym dziobem miejskiej kolejki.

 

Warus w ostatniej chwili spostrzegł, że również Lanse niespodziewanie nabiera prędkości. Bezceremonialnie złapał gnoma za kołnierz i pociągnął w tył. Ktoś inny przecenił swoje możliwości i teraz krzyczał w agonii kiedy maszyna parła do przodu. Nikt nie zwrócił na to za dużo uwagi. Wypadki przy parociągach zdarzały się na tyle często, że maszyniści zupełnie zobojętnieli. Do zadań policji należało zapewnienie, by nikt nie znajdował się na torach kiedy parociąg ruszał i sprzątanie po swoich niedopatrzeniach. Zatrzymanie kolejki i tak nie pomogłoby już nieszczęśnikowi, za to spowodowałoby jedynie opóźnienia, straty i w najgorszym wypadku być może nawet kolizję, a co za tym idzie jeszcze więcej ofiar i strat.

 

Z długiego na kilkaset metrów peronu roztaczał się widok na stocznię. Sterczące wysoko kominy i zbiorniki rzucały długie cienie. Spomiędzy nich stocznie spoglądały złowrogo na dziwną zbieraninę istot zbliżających się do ich wnętrzności. Ulice zaprojektowane do przewożenia materiałów potrzebnych do budowy statków były nieco szersze niż w reszcie miasta. Po ich środku biegły dwa rzędy torów dla kolejek, które w pośpiechu, bez przerwy kursowały w obie strony. Ostatnio pojawiła się nawet teoria, że system parociagów w Dziewięciu Wieżach był swojego rodzaju mechanizmem obronnym miasta przed przeludnieniem.

 

– Wirus ogrzej biegunki? – spytał ze zdziwieniem Melhim, kiedy Shahalezadar relacjonował w wielkim skrócie swoje spotkanie z dwójką piratów, mijając boczna uliczki. – Przecież nie ma czegoś takiego.

 

– Wiem, wiem… – jaszczur wyraźnie był już zmęczony brakiem zrozumienia ze strony istoty, która była najbliższa wyobrażeniu ucznia. – Już ci mówiłem Melhim. Nie myśl dwuwymiarowo. To czy coś jest czy tego nie ma to nie kwestia naukowa. Coś istnieje, jeśli ktoś w to wierzy.

 

– Czyli wystarczy, że nabiję pistolet prochem, a moja ofiara sama uwierzy, że nie żyje? – zapytał ironicznie niebieskooki.

 

– Nie! Ale w całych Dziewięciu Wieżach nie ma istot bardziej przesądnych niż piraci. – Jaszczur prowadził grupę w kierunku metalowych kopuł piętrzących się przed nimi w odległości niecałego kilometra. – Wiesz skąd się wzięło powiedzenie byle do piątku? Ponieważ żeglarze w Dziewięciu Wieżach uważają piątek za dzień ich bóstwa. – Jaszczur nie czekał na odpowiedź. – I nie wypływają ani w morze, ani w chmury, bo to zły dzień by handlować, czy łupić, zamiast oddawać hołd. Dlatego też, co mądrzejsi i mniej przesądni handlarze płynący z lub do naszego miasta, wyczekują piątku jak wiatru w żaglach. Tak samo, jeśli piraci wierzą, że istnieje coś takiego jak wirus ogrzej biegunki, to nie ważne, że w fiolce masz sproszkowaną paprykę. Jeśli z odpowiednim przekonaniem będziesz obchodził się z nią, jakby zawierała ogrzą biegunkę i przypadkowo ci się nie otworzy, będzie traktowana jako owa.

 

– Hm. Chyba rozumiem. – wymamrotał Melhim.

 

– A to znaczy, że chyba nie rozumiesz. Powiedz mi, dlaczego królowa jest królową i posiada taką władzę?

 

– Bo ma koronę.

 

– I co, jak sobie zrobisz taką samą, to wszyscy ci będą bili pokłony? Ma władzę jaką ma, bo wszyscy wierzą, że ją ma.

 

Ulicami gdzie kursowały parociągi nie chodziło wiele osób. Od czasu do czasu jakaś osoba w pośpiechu gnała za swoimi interesami lub ktoś, mimo zakazów używania koni w mieście, przewoził co delikatniejsze towary, przykryte materiałami na furmance.

 

W stoczniach prowadziło się interesy, a nie załatwiało je. Z powodu dużej odległości do Pałacu, były idealnym miejscem by składować, bądź tworzyć różne rzeczy ale do handlu używano miejskich targów bądź portów gdzie można było wystawić produkty. Tutaj za centra sprzedaży służyły tylko małe, firmowe sklepy z towarem niczym nieumywającym się do wystawianego na straganach w innych częściach miasta.

 

Firmowe były też małe jadłodajnie i burdele, pomyślane tak, żeby jak najwięcej grosza pozostało w kieszeni spółek. Życie pracowników miało kręcić się wokół stoczni i zakładu w którym pracowali.

 

W tym wypadku szli właśnie dzielnicą należącą do Braci Holk, o czym świadczyły szyldy wiszące w oknach i powiewające nad ulicami flagi z herbem braci – cyrklem rozstawionym nad węgielnicą na karmazynowym tle, powiewające nad ulicami. Do heraldyki w stoczniach przykładano czasem więcej wagi, niż na dworach i w czasie turniejów. Każdy pracownik, nawet zwykły nosiśruba zakładał na lewe ramię opaskę z herbem firmowym jako znak swojej przynależności. Dawało to poczucie jedności i dumy z miejsca pracy. Często zdarzało się, że stanowiska przechodziły z ojca na syna przez generacje, a transfer do konkurencji był traktowany gorzej niż zdrada stanu.

 

– Ty musisz być detektywem Shahacośtam, od Iris i Urbosa – zagadał głośno, spod parasola, tęgi karzeł w sędziwym wieku siedzący przy kuflu pienistego piwa, przed jedną z jadłodajni, które właśnie mijali. Jednym łykiem dopił pozostałość, stanowiącą czwartą część naczynia, otarł rękawem brodę i wąsy z piany po czym wstał i ruszył w kierunku jaszczura.

 

– Shahalezadar – poprawił go detektyw. – Tak.

 

– Brygadzista Karmar. – Karzeł skłonił się lekko. – Hai! Dostałem polecenie oprowadzenia jegomościów po stoczni. Mam też asystować wam we wszelkich pracach. Chodźmy. – Machnął ręką w stronę serca stoczni Braci Holk, kolosalnej metalowej kopuły obmywanej strugami wody.

 

– Wszystko jest tak, jak poleciłem? – Shahalezadar ruszył pierwszy obok przewodnika, a reszta kompanii podążyła za nim.

 

– Ano. Chociaż przyznam, że mnie się pomysł nie podoba. Źle jest martwiaków zaraz do wody nie wrzucić. Paskudne rzeczy się potem dzieją. – Karmar nie był za wysoki, nosił przed sobą sporo zimowego zapasu sadła i utykał lekko na jedną nogę, ale jego krok nadal był szybki i prężny. – Hai! Może przez to Nikkub wprowadził się do domu. Znaczy do Holklandu się rozumie – wyjaśnił.

 

– Nikkub? – zapytał z tyłu Melhim.

 

– Hai. Złe stworzenie – wyjaśnił Karmar. – Wielkie ślepia błyskające w mroku, setka zębów, ogromne łapska z pazurami. Mówię wam, widziałem sporo ciał. Widziałem nawet jak szczur, wielki niczym koń, zjada mojego kamrata. Tydzień polowaliśmy na bydlę po stoczni, stoczni, bezskutecznie. Aż któregoś razu jak miałem nocną zmianę dojrzałem bestię, kiedy czyhała na mnie. Wziąłem rozgrzany do czerwoności pręt i przebiłem ją niczym rapierem…

 

– Więc widzieliście to stworzenie? – spytał Shahalezadar, niezbyt zaciekawiony opisem batalii karła z gigantycznym szczurem.

 

– Hai! Ja, nie! Tfu, jego szczęście. Zdrowie już nie to, ale siłę to ja jeszcze mam! – karzeł zamachał bardziej pięścią w powietrzu. – Niektóre z ciał musieliśmy usunąć. – wrócił do pierwotnego tematu. – Już sześć odnaleźliśmy i plotki zaczęły się rozchodzić. Ludzie przestraszeni byli, więc żeby ich uspokoić Prezes kazał jeno trzy najświeższe trzymać. Bo tak żeście polecili, że świeże chcecie.

 

– Co za kompletny brak profesjonalizmu. – komentował z tyłu gnom. – Im więcej ciał, tym więcej danych!

 

– Dane, danymi a Nikkub żreć będzie dalej, więc i ciał więcej będzie, tfu. – Karzeł splunął na ziemię. – Tymczasem pracy nie ubywa, tylko pracowników.

 

– A nad czym to teraz pracujecie, jeśli można? – spytał z ciekawości Shahalezadar.

 

– Tajemnica służbowa mości jaszczurze. Mnie o tym mówić nie można. Przynajmniej o szczegółach, bo łódź samą to i tak zobaczycie. – Karmar zamyślił się na chwilę, ewidentnie rozważając sprzeczność wytycznych. Wzruszył jednak ramionami i prowadził ich dalej. – Hai. Łódź. Piękną a smukłą! Oj jak ją zobaczycie; jak z przodu jej patrzy to i kobieta o swojego faceta zazdrosna być może! Nie skończona jeszcze po prawdzie. Tylko przód zrobiony, bebechy ma jeszcze rozgrzebane, bo to nowe specjalne… a zresztą. Przejdziecie, zobaczycie. Tam też są zresztą umrzyki ostatnie.

 

W końcu dotarli pod bramę, prowadzącą do samego serca stoczni. Otaczający całość, wysoki na pięć metrów mur, w przeciwieństwie do innych budowli w okolicy, nie był zrobiony z cegły. Do jego konstrukcji użyto sporych rozmiarów, kamiennych bloków które statkami sprowadzono z niedalekich kamieniołomów. Przy ciężkich, żelaznych wrotach, obok drewnianej dobudówki, stało kilkunastu uzbrojonych w halabardy wartowników. Do ich głównych zadań należało kontrolowanie osób które wjeżdżały i wyjeżdżały z zamkniętego terenu.

 

– Na stocznię nie można wnosić broni – wyjaśnił karzeł. – Ale dla was zrobimy wyjątek. W końcu Nikkuba gołymi łapskami łapać nie będziecie. Dostaniecie też nasz herb na czas śledztwa. Macie go zdać przy każdym wyjściu. Przy wejściu odbierzecie go na nowo.

 

– Myślałem, że już jesteśmy w stoczni – skomentował Wiliam, wyższy z ochroniarzy podnajmowanych przez Shahalezadara.

 

– Hai! Doprawdy zdurnieliście. – Karmar potrząsł głową. – Owszem, cały teren to Holkland, ale stocznia to jego część, w której konkretnie buduje się statki. Co za ciołek budowałby statek poza tymi murami?

 

Shahalezadar chciał odpowiedzieć, że konkurencja, jednak ugryzł się w język. Przezornie wolał nie wypowiadać bez potrzeby słowa, które było tutaj odbierane jako najwyższa obelga i najparszywniejsze przekleństwo. W Holklandzie wszyscy żyli, jak gdyby w oddzielnym państwie, gdzie strach przed otoczeniem był nieustannie podsycany, a opowieści o "świecie zewnętrznym", pełnym istot gotowych ograbić rodzinną stocznię do ostatniej cegły urastały do rangi mitów.

 

Przy wejściu dostali opaski na ramiona z herbem Braci Holków, które wszyscy z wyjątkiem Lanse założyli na stosowne miejsce. Gnom, ze względu na to, że standardowe opaski były za duże, rozciągnął swoją do granic wytrzymałości i założył na głowę. Strażnicy nie wiedzieli, czy powinni pękać z dumy, śmiać się, czy też ganić i krzyczeć, więc zdecydowali się na neutralne zignorowanie nietypowego postępowania. Sam Karmar wywrócił tylko oczami i poprowadził ich w głąb stoczni, do obszaru chronionego wysokim murem. Dopiero po przejściu na drugą stronę zauważyli, że cały czas mierzono do nich ze strzelb. Na blankach stało kilku gnomów z odbezpieczoną, gotową do strzału bronią.

 

– Jak w fortecy – rzucił lekko Melhim, nie wyglądając na specjalnie przejętego.

 

Za murami tory kolejowe rozdzielały się na lewo i prawo, a trzecia, środkowa nitka biegła wprost do wnętrza budynku, w którego kierunku zmierzali. Konstrukcja była niezwykle wysoka, chociaż nie dorównywała żadnej z Dziewięciu Wież wielkością ani ciężkim, przytłaczającym charakterem. Zbudowana u podstaw z tego samego kamienia co mur, a dalej podwyższona cegłą blisko wierzchołka pięła się jeszcze kilka metrów w górę konstrukcją ogromnej, metalowej kopuły. Całość mogła mieć według Shahalezadara wysokość jakichś dwudziestu pięter. Po obu stronach koronował ją rząd kominów, z których spływający dym giął się nisko ku ziemi.

 

Druga brama w niczym nie przypominała pierwszej. Grube, wysokie płaty drzwi zdobione mosiężną rzeźbą przedstawiającą prawdopodobnie historię tego miejsca, wspierały się ciężko na dwóch potężnych kolumnach. Na ich widok, gnom pociągnął nosem, po czym rozdziawił usta jak małe dziecko ze wsi wprowadzone do pałacu. Spomiędzy otwartych na oścież skrzydeł biła delikatna, przyciemniona parą i dymem z parociągów ciepła łuna, nadając wrotom niemal magiczny wygląd.

 

Mało kto widział stocznię Braci Holk od środka. Po mieście krążyło wiele plotek na jej temat, jednak Shahalezadar stwierdził, że nijak nie oddawały one faktycznego, osobliwego uroku tego miejsca. Do wnętrza, na odległość większą niż dziesięć metrów od bramy, nie docierała już ani odrobina naturalnego światła. Zastępował je żółty, zabrudzony nieco blask lamp zawieszonych pod sufitami, na belkach, mostach łączeń i nieczynnych latarniach. Były ich tysiące, być może nawet więcej. Rozsiane wokół, na wszystkich poziomach stoczni sprawiały wrażenie jakby do wnętrza przeniknął rój żółtych świetlików.

 

Kolejną rzeczą która zwróciła uwagę jaszczura był huk. Odgłosy parociągów zataczających pętle na małej zajezdni, z których grupy karłów zrzucały węgiel, metale i inne dobra na plac służący za magazyn, młotów uderzających w oddali, mruku maszyn, szczękania łańcuchów i mieszaniny głosów. Dźwięk był z początku ogłuszający, ciężki i przyprawiający o ból głowy, jednak po chwili Shahalezadar przyzwyczaił się do niego.

 

Powiódł wzrokiem dalej, w głąb stoczni, gdzie napotkał obiekt, na temat którego Kramar miał problemy z trzymaniem języka za zębami. Wysoki, strzelisty dziób statku połyskując groźnie połaciami szarego, wypolerowanego metalu w rozmigotanym świetle lamp witał każdego odwiedzającego stocznię. Budowany okręt należał do największych, które Shahalezadar widział w życiu. kilkudziesięciu gnomów mogłoby stanąć sobie na ramionach i znajdujący się najwyżej wciąż nie dotknąłby szczytu burty. Jednak pomimo rozmiarów metalowy moloch pozostawał smukły. Podłużnym kształtem przypominał ostrze harpuna.

 

– Łamacz Chmur. – oznajmił kobiecy głos.

 

Cztery gigantyczne dźwigi rozstawione po obu stronach statku utrzymywały go nad ziemią. Wokół okrętu, pod nim, na i w szkieletowym wnętrzu uwijali się pracownicy. Część z nich, przy pomocy lin lub przemieszczając się sprawnie po sięgających burt rusztowaniach, zmierzało w różnych kierunkach. Niektórzy nieśli ze sobą mniejsze lub większe pakunki, inni wyraźnie kończyli właśnie lub zaczynali nową zmianę. Żadne miejsce długo nie pozostawało puste, na każdym metrze kwadratowym okrętu wrzała wytężona praca.

 

Operatorzy systemu dźwigów linowych umocowanych na stelażu pod samym sklepieniem wieży odpowiadali za dostarczenie robotnikom najcięższych materiałów bezpośrednio na miejsce, gdzie były potrzebne. Nieustanny dźwięk uderzających o metal młotów towarzyszył przybijaniu blachy burt. Połacie szarego stopu powoli zakrywały podłużny szkielet okrętu, tam zaczynali swoją pracę magowie. Wyróżniające się spośród robotników postacie w skupieniu mruczały zaklęcia i wybijały stosowne runy. Każdy czarownik przemysłowy był odpowiedzialny tylko za jedno zaklęcie które miał opanowane do najwyższego stopnia. Kiedy wykonał swoją pracę w jednym miejscu, przenosił się do następnego. Nie byli to ani wielcy magowie, tych zostało już niewielu w Dziewięciu Wieżach, ani wielkie czary. Ich zadaniem była lekka modyfikacja metalu tak, aby był lżejszy, twardszy i odporniejszy na korozję. Dopiero potem całość pokrywano lakierem.

 

– Masztowiec? – zapytał Shahalezadar ze zdziwieniem, zamiast na kobietę, patrząc na robotę przy salingach.

 

– Mhm – odmruknęła. – Będzie miał kilka napędów, każdy spełniający inną funkcję.

 

– Nah, cudo jakich mało, faktycznie Karmar, znacie się tu na robocie! – Lanse pochwalił karła zdejmując przesiąkniętą kamizelkę i koszulę po czym zaczął z nich wyciskać wodę. – Widać, że Holk to stocznia! Nie jakaś zaściankowa montuj-statek banda obdartusów.

 

– Hai! – Karmar na pochwałę zareagował jak żarówka na prąd. Promieniował dumą i prężył pierś spoglądając na Łamacza Chmur.

 

– Takiego statku Shahalezadarze jeszcze nie widziałeś. – Kobieta zrobiła kilka kroków przed jaszczura. – Będzie miał cztery silniki próżniowe, dzięki czemu gromadząc wakkum w kontenerach po bokach będzie mógł unieść się na odpowiednią wysokość. Tam załapią dwa silniki statyczne, czerpiące energię z pierwszej powłoki magiczno-statycznej…

 

– Pierwszej? – zapytał gnom ze zdziwieniem.

 

– Ostatnio Stocznia Holk przeprowadziła udany eksperyment przebicia się nad początkową warstwę powłoki. Zmierzyli ją i wznosząc się wyżej znaleźli też drugą, jeszcze bardziej skoncentrowaną – odpowiedziała Iris, odwracając się w kierunku kompani. – Z załogi co prawda przetrwała tylko jedna osoba i aparatura, ale eksperyment zakończył się dużym sukcesem. – Piratka wzruszyła ramionami.

 

– Czyli udało się wam przetworzyć ten potencjał na zdatną energię… – zamyślił się gnom.

 

– W rzeczy samej – przytaknęła. – Jest ona gromadzona do późniejszej obsługi próżniówek lub kilku śmigieł na wypadek żeglowania pod wiatr. No i oczywiście trzeci zestaw silników, zwykłe spalinówki. Po wylądowaniu na wodzie napędzają śruby, bądź mogą same naładować baterię.

 

– Po co czymś takim lądować na wodzie? – spytał Melhim. – Ja bym takim cudem nie lądował nigdzie indziej niż na lotnisku. Po co niszczyć statek w słonej wodzie?

 

– Wprowadzili nowy podatek. – Gnom odpowiedział za Iris, wyraźnie rozważając, czy wypada mu wyciskać także spodnie.

 

– Od lądowania i od towarów które w ten sposób dostaną się do Dziewięciu Wież – dokończyła za Iris. – Podobno chwilowy, na załatanie dziury budżetowej, która powstała w wyniku wojny. Ale wszyscy wiemy, jak szybko takie podatki się pojawiają, a jak długo znikają.

 

– Na te towary, jakie by one nie były, to ci wiele miejsca nie zostanie miedzy silnikami, maszynerią a załogą – wtrącił Melhim.

 

– Kochany, o mój biznes to ty się nie martw aż tak bardzo. – Kobieta odwróciła się na pięcie, ruszając wzdłuż prawego boku statku. – Lepiej chodźmy zanim zwłoki zaczną śmierdzieć, jak ta puszka Urbosa kiedy przybija do portu.

 

– Oj uchroń wszelka opatrzność! – Karzeł żwawo ruszył za piratką. – Ostatnio jak zawinął to ja wyciągnąłem krótką słomkę kiedy losowaliśmy kto będzie pomagał mu zacumować. Słowo daję, oni śmierdzą już gdy wypływają, jak przypływają…

 

– Oszczędź nam opisów. Myślę, że pan Shahalezadar zna Urbosa na tyle, żeby się domyślić, a reszta niech żyje w błogiej nieświadomości.

 

– Hai! Co racja, to racja.

 

 

 

 

 

 

Zostali poprowadzeni bardzo dziwną drogą, na którą składał się labirynt schodów i łączeń metalowych mostów. Jak się okazało, Bracia Holk nie zadawali sobie wiele trudu przebudową dzielnicy, w której stawiali stocznie. Budynki, które stały w tym miejscu wcześniej, stały dalej, wchłonięte przez ogromną halę. Niektóre służyły nawet za jej kolumny. Wewnątrz wyburzono wiele ścian, zamieniając ciasne mieszkanka w ciasne hale, na których pracowano przy wyrobie różnego rodzaju sprzętu. Idąc do pierwszego ciała zawędrowali do działu produkcji jakiegoś silnika, potem minęli biura architektów i warsztaty inżynierów. Najdłużej zajęło im przejście przez pracownię artystyczną, gdzie Shahalezadar rozpoznał Dorę, pozującą nago do projektu. Artysta pracujący nad dziełem zupełnie ich nie zauważył, tak samo jak ochroniarze jaszczura nie zwrócili uwagi na artystę. Galion wyłaniający się spod jego dłuta, prezentował pochyloną do przodu, miejscami nieznacznie upiększoną niewolnicę Iris, której z której pleców pod wpływem wizji artysty wyrósł potężny szkielet skrzydeł. Oddana szczegółowo, kościana konstrukcja miała prawdopodobnie opleść cały dziób statku a szacując po jej wielkości, końcówki skrzydeł mogły sięgnąć nawet do ćwierci długości burty. Dzieło było na ukończeniu, twórca poprawiał już tylko ostatnie szczegóły przed oddaniem całości do odlewu. Warus pociągnął Wiliama i trochę od niego starszego i niższego Carla za kołnierze. Grupa z jaszczurem i karłem na czele skierowała się do wyjścia.

 

Kiedy w końcu pokonali całą krętą drogę, ciało było jeszcze w dobrym stanie. Leżało na jednym z wyższych mostów, położonym nie więcej niż dwa poziomy od stelażu kopuły, pomiędzy rozdzielnią, a pomieszczeniem zwanym „kanciapą” elektryków gdzie spotykali się w wolnych od pracy chwilach na zakrapiany posiłek. Warus, swoją posturą zablokował przejście z jednej strony, kiedy Wiliam i Carl, ostrożnie przechodząc obok ciała zastawili drogę z drugiej. Shahalezadar wydawał się niezadowolony, co wyraził w nie dwuznacznych słowach jego osobisty, przenośny gnom. Nazwę tą nadała mu Iris.

 

– Co za idiota zostawił tu ciało bez żadnego nadzoru! Ani znaku ostrzegawczego! – rozwodził się gnom, nie widząc jak twarz Karmara robi się coraz bardziej czerwona. – Żeby wszystko rozdeptali! Przegrzebali i pozabierali! I co ja mam teraz tu badać? Gnój z butów każdego, kto tędy przechodził? Probówek by mi brakło!

 

Shahalezadar dyskretnie kopnął gnoma w kostkę, dając mu znać, że powinien się w końcu zamknąć. Melhim zabrał się za uspokajanie i odprowadzenie kipiącego gniewem karła do kanciapy, żeby ochłonął.

 

– I co tu widzisz? – spytała Iris pokładając ogrom zaufania w metalowej barierce, która dzieliła ją od kilku pięter lotu w dół, wprost na dach niższego budynku.

 

– Zwłoki ktoś faktycznie przegrzebał i okradł – odpowiedział spokojnym głosem honorowy detektyw. – Żeby to zrobić musiał mieć dość mocne nerwy. Brakuje na nim – Shahalezadar wskazał butem na wypatroszony region brzucha ofiary – większości miękkiej tkanki. Z drugiej strony pracownicy w stoczniach nie są za czuli.

 

Gnom, swoim zwyczajem gderając pod nosem, poszedł po odpowiedni sprzęt do swojej walizki.

 

– Tak, ale mają honoru więcej niż rozumu – odpowiedziała spoglądając we wskazany region.

 

– Więc być może to nasz sprawca, a być może ktoś nowy w stoczni. – Jaszczur przysiadł przyglądając się uważnie najbliższemu otoczeniu zwłok. – Z drugiej strony jednak, wokół brakuje śladów typowych dla rozszarpania, no i brakuje samych wnętrzności. Być może… – Shahalezadar wstał, włożył ręce do kieszeni i zamyślił się.

 

Gnom w tym czasie wrócił z całą blaszaną walizką, prawdopodobnie nie mogąc się zdecydować na to, co z niej wybrać.

 

– Iris, nie obraź się, ale zostaw nas samych. – Jaszczur zdecydował w końcu.

 

– I tak nic tu po mnie. Możliwe, że plotki mają rację i jakiś potwór znów uplótł gniazdko w Holklandzie. – Iris odepchnęła się od barierki i ruszyła w stronę Warusa, skąd przyszli. – Jeśli będziesz mnie potrzebował do czegokolwiek, będę w sterowni.

 

Gnom poczekał w ciszy aż uszy piratki znikną za drzwiami, po czym wyciągnął ogromną lupę i niemal włożył nos w pozostałości żołądka ofiary.

 

– Definitywnie coś mi tu nie gra – powiedział Shahalezadar przysiadając obok gnoma.

 

– Zawsze mówiłem, że jaszczury mają najlepsze nosy. – padła wymamrotana odpowiedź. – Coś go definitywnie zjadło, co do tego nie mam wątpliwości. Miało sporo zębów, bardzo dziwnych, ale i równych. W dodatku nie pozostawiło po sobie za wiele śladów. Brak jakiejkolwiek tkanki, która mogłaby należeć do napastnika. Żadnego futra, sierści, łusek, niczego.

 

– Powiedz mi lepiej, co było przyczyną śmierci. – Detektyw zaczął ostrożnie przeglądać pozostałości roboczej kurtki ofiary.

 

– Sądząc po tym, że najwięcej krwi ma pod głową, i po tym… – Gnom podniósł lekko, trochę nadgryziony czerep trupa pokazując ranę z tyłu czaski jaszczurowi i powracającemu Melhimowi. – Ktoś najwidoczniej przyrąbał mu rurką albo jakimś innym tępym przedmiotem. A także fakt, że w biedaku nie płynęła już krew kiedy był pożerany.

 

– Potwór posługujący się rurką? – Niebieskooki oparł się w tym samym, sprawdzonym przez Iris miejscu. – To by był pierwszy raz.

 

– W rzeczy samej. – Shahalezadar wstał energicznie i wskazał na drzwi. – Czyli co wiemy to to, że biedak szedł z kanciapy. Być może coś tam wypił, bo nie usłyszał zbliżających się kroków. Za późno przyszliśmy żeby ustalić czy pił czy nie. Oberwał w głowę z taką siłą i precyzją, że zakończyło to jego marny żywot.

 

– Po czym coś go zjadło – dokończył gnom.

 

– Tak. – przytaknął jaszczur. – Ale wcześniej napastnik okradł ciało z rzeczy, które mogły mu się przydać. Zabrał prawie wszystko, poza pieniędzmi.

 

– A to zazwyczaj bywa na odwrót – dodał Melhim.

 

– Tak więc wszystko wiemy. Nie jesteśmy tu już na nic potrzebni. Upewnijmy się czy pozostali skończyli tak samo.

 

 

 

 

 

Droga kluczyła w dół aż pod samą ścianę stoczni gdzie znajdował się jeden z kilkudziesięciu systemów toalet. Tym razem ofiara, tęgi karzeł, najprawdopodobniej stoczyła walkę z napastnikiem. Uderzenie w tył głowy rozcięło skórę i ogłuszyło budowniczego, ale zdążył jeszcze się odpłacić się kilkoma soczystymi ciosami zanim ostatecznie padł na ziemię. Świadczyła o tym pozdzierana skóra na kostkach ogromnych dłoni i kilka stłuczeń wyglądających, jakby ofiara miała jeszcze siłę zasłaniać się przed kolejnymi ciosami. Gdyby napastnik nieopatrznie stracił broń w czasie walki, prawdopodobnie to pozostałości po nim, a nie po masywnym karle, analizowaliby w tej chwili.

 

Wieść o prowadzonym dochodzeniu musiała już rozejść się po stoczni, bo w odległości kilku metrów od nich gromadziła się coraz większa grupa pracowników, którzy prawdopodobnie skończyli już swoją zmianę i nie mieli nic lepszego do roboty, niż przyglądanie się pracy grupy śledczych. Shahalezadar spodziewał się czegoś takiego i zdążył przekazać swoim podkomendnym odpowiednie instrukcje, resztę pozostawiając ich imaginacji. Zbierający się coraz gęstszy tłumek karłów, gnomów i nielicznych ludzi szemrał wokół.

 

Lanse wyjął ze skrzynki podłużną lunetę i w zbliżeniu przyjrzał się jednej z ran na głowie trupa. Zamruczał i wrócił do walizki odnotować coś na skrawku papieru. Następnie odczytał pomiar temperatury, wskazywany przez termometr wbity pomiędzy żebra umarlaka, poskubał się po brodzie i zapisał. Pobrał też próbkę brudu spod paznokci, a kiedy wrzucił ją do przygotowanej wcześniej, dymiącej menzurki, zielona ciecz zareagowała gwałtownie rozbłyskając krótką eksplozją płomieni. Oczy gnoma rozszerzyły się, uradowany rzucił wyjaśniającym wszystko „Ah!”.

 

W tym samym czasie na wypowiedziane głośno i dobitnie, tak żeby dotarło do zbiegowiska stoczniowców polecenie Shahalezadara, Melhim z dramatycznym wyrazem twarzy skanował stocznię w poszukiwaniu magii. Usiadł na niecały metr od ciała w pozycji lotosu i pomrukując kiwał się na boki mrugając od czasu do czasu oczami co wywoływało wypływające z ich kącików małe obłoczki niebieskiego dymu.

 

Kiedy Lanse zaczął skakać wokół ofiary posypując ją substancją, która w kontakcie w krwią pieniła się dziko i skandować przy tym jakieś niezrozumiałe formuły, a Melhim uznał za stosowne zagłuszenie go "Um" i "Am" swojej medytacji dostając czegoś co wyglądało na spazmy, Shahalezadar uznał, że wystarczy. Przywołał obu do siebie i po cichu, nachylając się konspiracyjnie nad ciałem, pod czujnym okiem skupionych parę metrów dalej stoczniowców, omówili co by najchętniej zjedli na zbliżającą się powoli obiadokolację.

 

 

 

 

 

Wszyscy bez wyjątku są głupi. Niektórzy są tą głupotą i zabobonem obdarzeni bardziej od innych. Shahalezadar bał się jednak, że jeśli dać Lasne i Melhimowi szansę, mogą spowodować wśród obserwujących precedens ruszenia głową. Stawka, jaką utargował z Iris i Urbosem była zbyt wysoka jak na zwykłego zabójcę z kawałkiem rurki w ręku, ale za niska na demona z piekieł, syna samego zła którego Lense i Melhim, rozpędziwszy się nieco przesadnie, próbowali przedstawić widowni. Upewniwszy się, że zaaferowany rolą w odgrywanej komedii gnom zabrał ze sobą próbki tkanki i odpowiednio je zabezpieczył, jaszczur poprosił o wskazanie im trzeciej ofiary.

 

– Więc panie Shalahezadar… – zaczął Karmar kiedy kręte schody prowadziły ich niżej i niżej w głąb ziemi. Na ścianach pojawiły się zacieki, czasami szczury przebiegały im drogę. – Nikkub, prawda?

 

– Nie.

 

– Hai. Wylewny to ty nie jesteś – mruknął karzeł. – Co jak nie Nikkub, mogło coś takiego zrobić takiemu mocarzowi jak Gramar? Nie raz ja się z nim na rękę siłowałem i to wam powiem, że ani razu nie wygrałem. Wiem więc, nie miejcie mnie za głupiego, że zdrowo on tego Nikkuba poprzestawiał!

 

– Panie Karmar… – zaczął cicho Shahalezadar nachylając się lekko w stronę brygadzisty. – Jest pan porządnym karłem więc ufam, że zostanie to na razie między nami dopóki się nie upewnimy… – jaszczur zrobił dramatyczną pauzę.

 

– Hai! – wykrzyknął karzeł. – Mnie można zaufać – dodał najciszej jak tylko potrafił, co znaczyło, że nawet Warus zamykający pochód, gdyby chciał, mimo szmeru pomp znajdujących się prawdopodobnie w jeszcze niższych szybach, nieustannie wypompowujących wodę, mógłby usłyszeć echo donośnego głosu brygadzisty odbijane w ciemnym kanale do którego zeszli.

 

– Nikkub to złe stworzenie naturą zbliżone do wilka.– szeptał Jaszczur gestykulując rękoma w mroku. Nigdy nie robił tego nieświadomie, zauważył jednak, że nawet w ciemności której nie rozświetlało dostatecznie kilka wiszących pod stropem żarówek, tego typu mowa ciała dodawała wiarygodności do każdej opowieści. – Jest silny i szybki, potrafi niepostrzeżenie przemykać w mroku i napadać słabo wyglądające ofiary które odłączą się od grupy.

 

– Hai… – karzeł kiwał głową potwierdzająco. Po chwili jednak zmarszczył brwi. – Ale Gramar nie był słaby.

– Właśnie – przytaknął jaszczur. – Mam kilka hipotez. – Splunął karlim zwyczajem w kąt. – Każda gorsza od poprzedniej.

 

Nic tak nie wpływało na rozwój plotek jak poufne zwierzenie. Prawdopodobnie, zanim jeszcze zdążą zajść do swoich domów by przygotować odpowiedni sprzęt do polowania na potwora, cała stocznia wymyśli coś tak straszliwego, że Nikkub będzie się przy tym wydawał jak potulny szczeniak o jednym oklapniętym jeszcze uchu.

 

 

 

 

 

Nad najświeższym miejscem zbrodni mądrze pokiwali głowami wymieniając się zdawkowymi, tajemniczymi uwagami wokół ciała młodego, chuderlawego nosiśruby. Ponieważ wszystko zgadzało się ze scenami poprzednich zabójstw, tylko dla świętego spokoju i z zasady pobrali kilka próbek. Zmęczeni długim marszem kanałami ciągnącymi się pod Łamaczem Chmur koniecznym żeby dotrzeć na drugą stronę stoczni, a potem ponowną wspinaczką pod samą kopułę, nie chcieli już niczego więcej jak tylko usiąść i odpocząć chwilę.

 

– Panie Karmar, teraz potrzebujemy od pana trzech rzeczy – westchnął jaszczur, opierając się o ścianę budynku.

 

– Hai! – Karzeł nie wydawał się ani trochę zmęczony drogą.

 

– Niech pan rozgłosi wszystkim, żeby trzymali się w kupie i nigdzie nie chodzili sami. Tak, jak kobiety na balu kiedy muszą za potrzebą, żeby ich kto po drodze do pustego pokoju nie zawlókł. Nawet nosiśruby niech biegają dwójkami.

 

– Hai. – Brygadzista pokiwał głową w skupieniu, starając się dokładnie zapamiętać polecenie, najlepiej co do słowa, żeby nikt nie mógł potem zarzucić mu partactwa.

 

– Po drugie. – Shahalezadar kontynuował. – Niech się pan przy okazji dowie dla mnie o kradzieżach, które mogły mieć tu ostatnio miejsce.

 

– Hai, kradzieżach? – karzeł poczerwieniał zbulwersowany. – U nas nikt nie kradnie! Jesteśmy tu jak rodzina! Nikt nie okrada własnej rodziny!

 

– Niewątpliwie – stwierdził kwaśno jaszczur – jednak proszę sprawdzić wszystkie przypadki zaginięć nawet tak błahych jak zgubione drugie śniadanie najmłodszego nosiśruby. I na koniec, proszę mi powiedzieć w jakich godzinach operuje stocznia.

 

– Hai. Stocznia operuje zazwyczaj do północy. Później jest sześciogodzinna przerwa, którą młody panicz Holk wprowadził w ramach oszczędności, wtedy tylko tylko fabryki pracują. O szóstej rano wszystko wraca do normy.

 

– A więc oczekujcie nas jutro przed północą.

 

– Ale, ale! – zakrzyknął karzeł. – Co z demonem? Co ze złym? Przecie zanim wrócicie, dziesięciu więcej ubędzie!

 

– To jeszcze nie jest dojrzały stwór. Jest bardzo głodny, ale oberwał mocno od mości Gramara dlatego następnego zaatakował tego chuderlaczka, mimo że niewiele na nim było do zjedzenia w porównaniu do dwóch poprzednich. Minie jeszcze trochę czasu zanim wydorośleje, a jeszcze więcej nim odważy się zaatakować grupę ofiar. Jeśli zastosujecie się do moich wytycznych – Shahalezadar ruszył w dół, kierując się do bramy stoczni. – Wszystko będzie dobrze.

Po spędzeniu tak wielu godzin w stoczni jaszczur mógłby przysiąc, że ciągły, z ledwością mieszczący się w granicach tolerancji huk uszkodził mu słuch. Nie słyszał już uderzeń młotów i warkotu silników. Wszystko zlało się w jedną całość i przez krótką chwilę z ogólnej wrzawy wychwycił rytm muzyki. Melodię z przeszłości. Nie była tak dumna, nie była tak groźna, przesycona bardziej charakterem ciężkiej pracy i dążenia do celu niż nienawiścią. Niosła ze sobą ideę budowy czegoś większego, ponadczasowego. Pokręcił głową. Z wiekiem stawał się bardziej sentymentalny.

 

 

***

 

 

Burza pomrukiwała jeszcze w oddali kiedy opuszczali stocznię. Z ulgą odetchnęli świeżym, mroźnym powietrzem za murem, wolnym od kurzu i dymu towarzyszącego każdemu etapowi budowy statku. Na ulice Holklandu wyległy dzieci biegając wokół kompani, nie zwracając na nią uwagi. Skakały przez kałuże, grały w gry, ganiały się, wyzywały i biły doprowadzając jaszczura na skraj poczytalności.

 

– Co Shahalezadar, nie myślałeś może o zrobieniu sobie paru cudownych, małych jaszczurzątek? – zapytał kwaśno Melhim.

 

– Nie rozumiem dlaczego ludzie topią w wiadrach małe kocięta a zostawiają te szkodniki. – jaszczur starał się trzymać świerzbiące ręce w kieszeni. – Koty przynajmniej są pożyteczne i samodzielne, a nie potrzebują żeby ktoś ich tego uczył przez dwadzieścia parę lat.

 

– Bo ludzie są głupi – odpowiedział mu Lanse. – Jeśli będziesz się przez dwadzieścia lat uczył głupoty i zabobonu, osiągniesz prawdzie mistrzowski poziom. Utrzymaj go przez tyle pokoleń, to wejdzie ci w krew. – Gnom nie wydawał się przejmować tłokiem i piskiem. – Poza tym, to są ludzie, którzy robią coś od pokoleń bo tak było robione, tak każe im kultura i zwyczaj, a nie pamiętają już skąd jedno i drugie się wzięło. Piętrzą tomy na temat poprawności ich rodzimej mowy wspólnej, nie mając pojęcia, że tak naprawdę mówią w języku wspólnym gnomów i karłów z tego regionu, który przejęli kiedy pojawili się tu pierwszy raz.

 

– Mości gnomie… – zaczął Melhim.

 

– Hm?

 

– Pieprzysz. – Niebieskooki skończył zaczętą myśl. – Poza tym zobacz ile tu gnomiej i karlej dzieciarni. Aż się rzygać chce.

 

Shahalezadar nie poświęcał więcej uwagi zbierającej się przez wiele godzin sprzeczce między Melhimem a Lanse. Jego myśli biegły w kierunku pozostawionego w domu deseru. Przez sprawę nad którą pracowali, całkowicie stracił na niego ochotę. Zbyt dużo do zrobienia, przemyślenia i zadecydowania, żeby oddawać się przyjemnościom. Nie miałby nawet czasu dobrze się zająć swoim hobby nie mówiąc nawet o skupieniu.

 

– Lanse, przebadaj próbki. – Minęli już dawno bramy stoczni i oddalili się od nich na tyle daleko, by Shahalezadar poczuł się wystarczająco bezpiecznie, żeby omówić parę rzeczy zanim się rozejdą. – Zawęź najdokładniej jak się da, z czym mamy do czynienia. Warus – zwrócił się do ogromnego człowieka spokojnie człaptającego za jego plecami – upewnij się, żeby nikt nie przeszkadzał naszemu gnomowi.

 

– Miałem inne plany. – Mężczyzna odpowiedział spokojnie.

 

– Więc je zmienisz. – Shahalezadar nie miał ochoty na dyskusję. – Zarobisz sobie przynajmniej na czynsz. Melhim, ty zajmiesz się…

 

– Dzień dobry. – Wysoka, ubrana w mundur postać stanęła im na drodze.

 

Jaszczur przysiągłby, że rewolwer magicznie znalazł się w jego ręce. Warus wraz z Wiliamem i Carlem stanęli jednak przed nim zanim magia pociągnęła za spust.

 

Obok nieznajomego wyrósł rząd kompanów w policyjnych strojach ze zdecydowaną przewagą broni palnej, w obliczu której nawet obecność boksera nie dodawała odwagi.

 

– Co my tu mamy… – Mężczyzna z kilkudniowym zarostem przecisnął się przez rząd luf i pomiędzy obstawą Shahalezadara by przyjrzeć się wciąż wyciągniętemu rewolwerowi. Czuć było od niego potem i tanią gorzałką, co nieprzyjemnie wpływało na pusty, jaszczurzy żołądek. Człowiek stanął obok jaszczura w pozycji w jakiej szermierz szykuje się na pojedynek. – Myślę, że to będzie konfiskata broni i mandacik. Rodowód poproszę. – Policjant uśmiechnął się szeroko, chwiejąc się lekko na boki.

 

– Widzę, że weterani skończyli bić się na przedpolach z wrogami, więc zabierają się za swoich. – Shahalezadar pozostawał niewzruszony. Spodziewał się takiego obrotu sprawy.

 

Królowa po wygranej bitwie wcieliła wielu żołnierzy do policji starając się małymi kroczkami rozszerzyć swoje wpływy dalej od pałacu.

 

– Tak się składa, że jestem detektywem. Honorowym detektywem i mam pozwolenie na broń.

 

– Jaszczur detektywem, dobre sobie. – Mężczyzna zaśmiał się szyderczo.

 

– Jesteście bardzo, ale to bardzo daleko od pałacu. – Shahalezadar zmrużył oczy.

 

 

 

Wokół nich robiło się coraz większe zbiegowisko jak zawsze w Dziewięciu Wieżach kiedy w grę wchodziły gotowe do cięcia szable, a także pistolety tuż przed tym, jak wypaliły.

 

– Z drogi! Z drogi bo pałą zdzielę! Z drogi mówię! – rozległo się wołanie, przerywane głośnym dźwiękiem gwizdka. – Z drogi, policja! Co się tu dzieje? – zapytał podkomisarz Moon, przeciskając się do centrum zamieszania z drewnianą pałką uniesioną wysoko nad głową. – Dlaczego mierzycie do naszego honorowego detektywa?

 

– To jest detektyw? – Chwiejnie trzymający się na nogach mężczyzna odpowiedział krzywiąc się jeszcze bardziej. – To na dobre nawet jaszczur nie jest. Zobacz go jaki okudlony.

 

– To nie brzmi zbyt przekonująco z ust osoby bardziej kudłatej od szczura kanałowego. – Shahalezadar wyszczerzył szereg zębów. – Właściwie, to także zalatujesz takim. Może nie jesteś na dobre nawet człowiekiem?

 

– Dosyć już z tymi uprzejmościami! Rozejść się! Ale już! Bo pałą przez łeb zdzielę! – krzyknął podkomisarz w stronę weterana ignorując, że ostatnie "uprzejmości" wypłynęły z ust jaszczura.

 

– Policję!? Pałą!? – Weteran poczerwieniał ze złości.

 

– Tfu, nie policja! – Splunął gnom, czując się wystarczająco bezpiecznie by wyściubić nos zza muru ciał. – Hańbicie prawdziwą, porządną policję!

 

Podobne głosy zaczęły dobiegać również z otaczającego ich tłumu, aż w końcu cała ulica ryczała z dezaprobatą.

Mamrocząc niechętnie, świeżo wbici w mundury policjanci poszli w kierunku pałacu królewskiego gdzie byli bardziej szanowani. Na miejscu pozostała jedynie grupa, którą przywiódł ze sobą podkomisarz Moon.

 

– Nie byłeś tu przypadkiem. – Honorowy detektyw obrębu Wieży Mew z powrotem schował rewolwer za pasem. – Nie odpuścili ci Holklandu?

 

– A, cholera by ich wzięła. – Policjant schował pałkę. – Stary się uparł. Usłyszał, że szef policji węszy po stoczniach. Ponieważ był pewien, że nigdzie nie wychodził, dodał parę faktów i kazał tam zmierzać niezwłocznie z bandą nowych rekrutów żeby przeszli chrzest bojowy.

 

– No więc tak. Jeśli chcecie wejść do stoczni pełnej gnomów i karłów uzbrojonych po zęby w młoty, kilofy, piły i od czasu do czasu strzelby, to możecie iść tam. – Jaszczur kciukiem wskazał kierunek, z którego właśnie przyszedł. Wiadomość kierował jednak bardziej do długich uszu policjantów wokół Moona niż do samego podkomisarza. – A jeśli wam życie miłe i chcecie tylko wiedzieć co się dzieje, to faktycznie grasuje tam potwór, a nie żaden szef policji. Bestia wygryza swoim ofiarom tkankę miękką począwszy od jaj wzwyż. Prawdopodobnie jest też drugi. Sumując, całe mnóstwo trupów, wszystkie mają ślady pobicia na tym co nie zostało wyjedzone. – Shahalezadar poklepał policjanta po ramieniu. – To ci powinno starczyć do uciszenia starego.

 

– I niech to będzie dla was lekcja! – zawołał Moon odwracając się na pięcie do swoich podopiecznych. – Informacje! Zbierajcie informacje! Często uratuje wam to dupę a w tym wypadku być może i gałąź z drzewa genealogicznego!

 

 

 

 

– Ostatecznie Melhimowi upiekło się najbardziej. – Jaszczur upił z filiżanki łyk ciepłego płynu, po czym rozsiadł się wygodniej na krześle. – Chciałem go wysłać po Moona, ale ten sam przyszedł w końcu do mnie. Poleciłem mu więc podrobienie opasek ze stoczni. Bardzo dobrze odnajduje się w takich sprawach.

 

Uśpiony mężczyzna leżał tak, jak został zostawiony. Środek podany w kroplówce, dzięki stopniowej aplikacji, nie naruszając systemu nerwowego utrzymywał go stanie śpiączki. System działał perfekcyjnie do momentu kiedy ktoś był uśpiony zbyt długo i funkcje biologiczne mąciły idealne rozwiązanie. Shahalezadar będąc perfekcjonistą istotą za jakiego się uważał, po prostu nie miał głowy do takich rzeczy jak karmienie, dowadnianie i sprzątanie po naturalnych konsekwencjach. Musiał przyznać sam przed sobą, że prawdopodobnie połowa szczęściarzy którzy zostali poddani działaniu leku, umarła z niedożywienia lub odwodnienia.

 

W pomieszczeniu paliła się tylko jedna świeczka rzucając nikły blask na zamyśloną twarz jaszczura. Przez oszklony ganek wpadało do pomieszczenia srebrzyste lśnienie księżyca, Shahalezadar nie potrzebował więcej światła. W całej tej sprawie, coś mu nie grało. Policzył Iris i Urbosowi ogrom pieniędzy za wzięcie ciężkiej sprawy zabójstw w stoczni i zrobił wszystko, żeby wyglądała na bardzo trudną i wymagającą, ale tak naprawdę, poza kilkoma niewiadomymi, układała się dość prosto. Brakowało nawet zwyczajnych przy tego typu sytuacjach utrudnień ze strony otoczenia – wszyscy byli chętni do współpracy z detektywem nie zwracając nawet uwagi, że ten był jaszczurem. Po oględzinach ciał Shahalezadar mógł stwierdzić z łatwością, że przynajmniej jeden sprawca musiał być istotą myślącą, żadne bezrozumne stworzenie nie używałoby tępego narzędzia, i nie celowałoby w tył głowy, żeby z zaskoczenia ogłuszyć swoje ofiary. Pozostawała kwestia rasy, zabójca mógł być człowiekiem, karłem lub przedstawicielem jakiejkolwiek innej grupy, wystarczająco silnej fizycznie by powalić swoje ofiary. Pytanie polegało jak zawęzić tą tezę oraz czy osobnik mieszka na terenie stoczni, przychodzi tam do pracy czy dostał się z zewnątrz. Nie ulegało też wątpliwości, że w grę wchodził element padlinożerny. Tylko po co? Dlaczego ktoś miałby zadawać sobie tyle trudu i ryzykować poruszanie się z padlinożercą tak dużym i nietypowym, na jakiego wskazywały badania zwłok? Shahalezadar zdmuchnął świeczkę.

 

 

***

 

 

Jaszczur narzucił na siebie ciężki, podbijany specjalnym, mocnym materiałem płaszcz. Zwyczajowo poklepał się po szabli i rewolwerze zanim ruszył w dół wieży po swoją obstawę. Na dole zastał całą trójkę, dwóch ludzi i niebieskookiego jak na życzenie zebranych w jednym miejscu.

 

Na co dzień Wiliam i Carl prowadzili w wynajmowanych od jaszczura mieszkaniach mały, lokalny, bo przeznaczony tylko dla mieszkańców wieży burdel. By wybić się przed obecną na każdym rogu konkurencję, wymyślili system lupanaru zamówieniowego. Zbierali dyspozycje na zaspokojenie wyraźnie sprecyzowanych, często niecodziennych potrzeb, a potem umawiając czas i miejsce zapewniali towar, ewentualne dodatkowe eksponaty jak na przykład łóżka oraz prywatność. Biznes kręcił się na tyle dobrze, że ostatnio Wiliam przebąkiwał o otworzeniu filii w Wieży Cienia, jednak Carl nie był taki pewien co do pomysłu. W Wieży Mew miejsce działalności mieli zapewnione praktycznie za darmo, w zamian za występowanie od czasu do czasu w roli ochroniarzy pewnego jaszczuropodobnego ekscentryka.

 

– Jesteś pewien, że nie chcesz przełożyć wizyty w Holklandzie na kiedy indziej? – Melhim jak zwykle, opierał się o ścianę, z przymrużonymi oczami udając że nic go nie obchodzi i nigdy nie obchodziło.

 

Tym razem tak jak jaszczur miał na sobie podbijany mocnym materiałem płaszcz spod którego z lewej strony wystawał koniec pochwy od szabli. Tkanina była stworzona tak, by nie przepuszczać kul wystrzelonych z odległości większej, niż optymalna dla danej broni. Nie była to magiczna, kuloodporna zbroja, noszona przez zrodzonych z chaosu, ani lekki kirys zrobiony z kompozytów tkanin świetnie sprawdzający się na popularną w mieście broń lekką, ale dawało to pewną ochronę przed niespodziewanym atakiem.

 

Melhim rzadko wybierał się gdziekolwiek w pełni uzbrojony. Shahalezadar często wypominał mu tą beztroskę jako karygodny błąd i niepotrzebne narażanie się, co niebieskooki zbywał wzruszeniem ramion. Coś musiało być poważnie na rzeczy, skoro tym razem wybrał ten sam ubiór, co z natury wolący dmuchać na zimne jaszczur.

 

– Dlaczego miałbym zmienić zdanie? – Shahalezadar przyjrzał się niezbyt pewnym siebie twarzom swoich ochroniarzy.

 

– Mówi się, że szykuje się pogrom gnomów. – W końcu wydusił z siebie Carl. – Podobno zaatakowali oddział policji, który w poszukiwaniu alkoholu zapędził się za zbyt blisko stoczni.

 

– Weterani szukają roboty – streścił sprawę Melhim. – Może być z tego niezłe widowisko.

 

– A Lanse ma tu przyjść? – rzucił nerwowo jaszczur, orientując się po chwili dopiero, że wykazuje za dużo emocji.

 

– Ano – rzucił mruknął od niechcenia Melhim.

 

– Wiecie o pogromie i pozwoliliście na to? – zapytał już spokojniej detektyw, patrząc prosto w oczy stojącego najbliżej Williama.

 

– Daj spokój. Przyjdzie z Warusem. Przy tym gigancie, Lanse wygląda jak dziecko. Wystarczy, że bokser weźmie gnoma za rękę a ten wsadzi sobie kciuka w gębę.

 

– Sam sobie wsadź palucha w dziubasa! – usłyszeli zza drzwi. – Oczywiście, że przyszedłem z Warusem. Jeszcze by biedaka napadli po drodze.

 

– Chodź ty altruisto. Mam nadzieję, że Kramar wywiązał się z zadania i nie robimy sobie przechadzki jedynie dla zdrowia – rzucił Shahalezadar, odwracając się do wyjścia, gdzie stali już gnom i gigantyczny człowiek. – I faktycznie złap Warusa za rękę. – Jaszczur podejrzewał, że idący za jego plecami Melhim nawet nie próbuje powstrzymać się od szczerzenia zębów.

 

 

 

 

Po dość ciepłym dniu i wieczornej burzy, którą w końcu przegnał mocny wiatr, powietrze było świeże i czyste, rozświetlone blaskiem wiszącego nisko nad miastem księżyca. W oddali jaśniała nikła łuna pożaru. Ulice były dziwnie puste jak na wieczorną godzinę, w której knajpy i domy publiczne zwykle zbierały największe żniwo, a ulokowany między portami a Wieżą Mew nocny targ dopiero rozpoczynał sprzedaż. Dla pewności Shahalezadar nakazał, aby to Warus prowadził ich mały pochód w kierunku stoczni, a sam jaszczur, szedł bardzo blisko Williama i Carla, tuż za Lanse. Formację zamykał Melhim. Honorowy detektyw okręgu Wieży Mew rzadko odczuwał strach, jednak tym razem wolał na wszelki wypadek podróżować w zwartym, dającym względne bezpieczeństwo szyku. Nigdy nie ufał logice tłumu, szczególnie kiedy ten porywał się na jakąś rasę z tak błahych przyczyn, jak wzrost jej przedstawicieli, lub nie szukając daleko przykładu, spływający policzkami kolorowy dym.

 

Wraz z tym, jak zbliżali się do Holklandu, napotykali coraz więcej podpitych, buzujących agresją ludzi, którzy krążąc po ulicach, zbierali się w rosnące grupy. Wraz z liczebnością, wzbierała również odwaga hałastry, a obraźliwe okrzyki na temat pochodzenia gnomów stawały się coraz częstsze, głośniejsze i bardziej wyszukane. Przedstawiciele wszystkich innych ras, które zamieszkiwały Dziewięć Wież zaszyli się w domach, oddając miasto we chwilowe władanie najliczniejszej z nich – ludzi. Kątem oka Shahalezadar zauważył, jak Lanse zaciąga kaptur głębiej na głowę, jednocześnie kuląc się w sobie i infantylnie przykładając dłoń do skrytych w cieniu ust. Gnom nerwowo rozglądał się na boki i podskakiwał przy każdym głośniejszym okrzyku, jednak ostatecznie duma nie pozwoliła mu, żeby wziąć Warusa za rękę. Utrzymując szyk przyspieszyli, żeby jak najszybciej dotrzeć do bram Holklandu, a kiedy za ich plecami rozległ się wybuch, któremu wtórowały głośne krzyki, prawie zaczęli biec.

 

Kilkaset metrów przed stocznią, wypadając z bocznej uliczki, natknęli się na oddział policji, stojący pod szafirowym sztandarem, na którym srebrzącą się nicią była wyhaftowana metalowa odznaka. Stróże porządku publicznego trwali w bezruchu ustawieni w równią linię, plecami do siebie blokując całą szerokość obszernej, brukowanej drogi prowadzącej do Holklandu. Zastosowana formacja pozwalała na jednoczesne odpieranie ataków z obu stron. Mur pawęży połyskiwał groźnie w świetle pochodni, a złote zdobienia odbijały blask płomieni sprawiając wrażenie, jakby same były rozgrzane do czerwoności. Z drobnych szczelin pomiędzy tarczami gotowe do ataku wyglądały ostrza krótkich mieczy. Oddział, otoczony ciszą i powagą budził respekt nakłaniając do ostrożności i przemyślenia swoich planów każdego, kto próbował się zbliżyć.

 

– Nie bić! To nasi! – ktoś krzyknął z wnętrza szyku.

 

Lufa maszyny ustawionej na trzech nogach pośrodku zbrojnej formacji uniosła się z powrotem w górę, a przed szereg przecisnął się podkomisarz Moon w pełnej miejskiej zbroi. Składały się na nią bogato zdobiony kirys z fartuchem, oraz naramienniki. Obrazu zbrojnego dopełniał założony na lewe przedramię puklerz i standardowy, zwieńczony barwnym irokezem hełm zasłaniający większą część twarzy.

 

– Widzę, że nie lekceważycie sytuacji i wyprowadzacie od razu ciężkie działa. – Shahalezadar kiwnął głową w kierunku maszyny.

 

– Nie ma co lekceważyć niezdyscyplinowanej bandy podpitego wojska. To był naprawdę kiepski pomysł żeby wcielić ich do policji.

 

Shahalezadar nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej widział Moona poważnie podchodzącego do jakiejkolwiek sytuacji.

 

– Niech psubraty podejdą na sto metrów; to cacko zrobi durszlak z każdej zbroi. Kretyni, tfu! – Moon splunął na bruk.

 

– Nie spodziewałem się, że policja tak poważnie podejdzie do ochrony gnomów. – Zdziwił się Melhim. – Trzeba mieć jaja żeby stać murem między tą bandą hołoty a stocznią. Nie jest was wielu, żeby obronić wszystkich tych biednych mikrusów przed świeżo rozwiązanym wojskiem.

 

– Tfu. – Moon splunął ponownie. – Niebawem kończy się zmiana w Holklandzie. Chwilowo stoimy między wściekłą na wszystko tuszą a bramą stoczni, ale za dwie godziny, możemy być jedynym co stoi na drodze równie wściekłym stoczniowcom. – Moon niepewnie spojrzał na majaczący w oddali, otoczony lekką łuną budynek. – Tfu, będzie co ma być, ale nikt nie powie potem, że policja stała z boku!

 

 

 

 

– Panie Karmar. – Jaszczur uderzył w oficjalne tony – Dziękujemy panu za te cenne informacje. – Shahalezadar splótł ręce za plecami wysłuchawszy relacji karła o kradzieżach, których jak się okazało kilka miało jednak miejsce i skuteczności wprowadzonego systemu poruszania się po stoczni parami. – Jednak teraz, żeby złapać bestię, musimy się rozstać. Proszę tu na nas poczekać.

 

– Niestety, mam wyraźne polecenie… – zaprotestował karzeł.

 

– Panie Kramar, bestia jest teraz głodna – upomniał brygadzistę Shahalezadar. – Musimy działać szybko i każda minuta, kiedy upiera się pan przy swoim, naraża czyjeś życie. Proszę poczekać tutaj razem z pańskim pomocnikiem. Wrócimy niebawem.

 

Jaszczur nie czekał, aż bijący się z myślami karzeł zda sobie sprawę, że i tak nie ma innego wyjścia jak tylko zgodzić się na polecenie detektywa. Energicznym krokiem ruszył na przód, w głąb odlewni. Cel nie był ważny, ważne było odłączenie się od pary nasłuchujących uważnie uszu.

 

– Dobrze więc, podsumujmy co ustaliliśmy – powiedział w jednym z korytarzy, po kilkunastu minutach szybkiego marszu, upewniwszy się najpierw, że nikt niepowołany nie może go usłyszeć. – Giną rzeczy codziennego użytku. Błahe. Przede wszystkim jedzenie, woda, samogon ale tu pewnie nie wszyscy się przyznali, od czasu do czasu ubrania robocze i proste narzędzia – wymieniał. – Wnioskuję z tego, że napastnik mieszka w stoczni. Nie wychodzi z niej i nie potrzebuje pieniędzy, bo te pozostawił nawet przy trupach.

 

– Materiał który zebrałem potwierdza padlinożercę – podjął temat gnom, przysiadając pod ścianą. On najbardziej odczuł szybkie tempo w których dotąd poruszała się kompania. – Po rozmiarze szczęk mogę stwierdzić, że prawdopodobnie zwierzę powinno mieć rozmiar gdzieś między dużym psem a małym koniem. Sądząc po ilości pożywienia którego potrzebuje, skłaniam się bardziej w kierunku konia.

 

– Z mentalnością psa – dodał Melhim. – Ewidentnie podąża za swoim żywicielem.

 

– Mieszka gdzieś w kanałach – odezwał się po raz pierwszy tego dnia Warus.

 

– W kanałach? – spytał Shahalezadar. – Skąd wiesz?

 

– Gdzieś w końcu musi załatwiać swoje potrzeby. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – U góry ktoś szybko zauważyłby odchody leżące na mostach lub spadające z sufitu. Na dole mogą być wypłukane przez wodę.

 

– Hm. – Shahalezadar zamyślił się. Spostrzeżenie Warusa rzucało nowe światło na sprawę. Napastnik mógł korzystać z toalet rozsianych po stoczni, ciężko jednak tego samego oczekiwać od nierozumnego stworzenia. Nawet gdyby myślący czynnik duetu próbował sprzątać po swoim padlinożernym pupilu, nie dawałoby to stuprocentowej pewności pozostania niezauważonym. Poza tym musiałby mieć bestię przez cały czas na oku, co utrudniałoby wyszukiwanie ofiar. – A więc to musi być pracownik stoczni.

 

– I to wieloletni – powiedział niebieskooki, stając obok detektywa. – Jeśli nie poluje z góry, znaczy że zna rozkład stoczni. Nawet ty, gdyby nie Kramar pogubiłbyś się w tej plątaninie mostów i korytarzy.

 

– Masz rację. Ale myślisz znów dwu-wymiarowo. Musimy go potraktować jako osobę raczej mądrą niż głupią, a na dodatek pomysłową. – Kącik ust Shahalezadara uniósł się lekko do góry. – Maskowanie swoich zabójstw przy użyciu bestii… Sam musisz przyznać, że jest to bardzo ciekawe rozwiązanie.

 

– Ano. – Melhim westchnął. – Więc co teraz?

 

– Teraz sprawdźmy coś ciekawego. Zdejmiemy Holksowe opaski i założymy nasze, świeżo co wyrobione. – Shahalezadar ściągnął symbol stoczni z ramienia i ostrożnie wpakował go głęboko do jednej z kieszeni by nie zgubić swojej oryginalnej przepustki. Na jej miejsce, założył niezwykle podobną opaskę, którą wręczył mu Melhim. Pozostali poszli jego śladem.

 

Idąc w ciszy przez stocznię, bez nieustannie sapiącego, pomrukującego i wtrącającego "Hai!" przy każdej możliwej okazji Kramara, Shahalezadar znów usłyszał tą samą melodię Wszystkie dźwięki, jakie powstawały w czasie robót nie były tylko zwykłym hałasem, a jednym, spójnym rytmem, do której każdy dostosowywał swoje tempo pracy. Każde uderzenie młota, każdy łoskot miał w nim określone miejsce. Jaszczur chciał przystanąć i wsłuchać się głębiej w powstającą w ten sposób muzykę, jednak świadomość uciekającego czasu nie pozwalała na przyjemności. Przeklinając w myślach, że nie przyszli tu wcześniej, kluczył dalej uliczkami. Bez celu. Za którymś zakrętem zorientował się, że idąc chaotycznym torem przyciągają coraz więcej ciekawskich spojrzeń.

 

Każdy krok pracownika stoczni był czymś podyktowany. Nosiśruby, prosto z fabryk, przynosili materiały potrzebne do produkcji statku, a potem biegli z powrotem, po kolejną partię. Elektrycy naprawiali urządzenia, wymieniali żarówki i sprawdzali poprawność pracy wszystkich silników rozlokowanych po stoczni. Wykonywali to wszystko w ściśle określonym porządku, według ustalonej kolejności. Między-rasowa grupa sześciu osobników poruszających się po stoczni z pustymi rękoma, zwróciła w końcu uwagę. Gnom odmierzył nawet czas – minutę zajęło zrobienie zbiegowiska wokół jaszczura, dwie minuty, zanim Karmar zdążył przybiec, zapobiegając bójce. Pięć minut – tak długą, nieprzerwaną wiązanką przekleństw uraczył ich karzeł na widok podrobionych herbów. Na dodatek żadnego słowa nie użył dwa razy, wzbudzając tym samym niekłamany podziw Lanse.

 

– To był naukowy eksperyment… – Shahalezadar po raz kolejny spróbował wyjaśnić zaistniałą sytuację kipiącemu gniewem Karmarowi.

 

– W dupie mam wasze eksperymenty! – krzyczał dalej karzeł. – Taki numer odstawić tuż pod moim nosem! Jak by to ode mnie zależało, kazałbym was wszystkich wystawić za bramę i publicznie wychłostać!

 

– Koniec tego! – Po kolejnej, bezowocnej próbie przemówienia brygadziście do rozsądku, Shahalezadar uznał, że jedynym sposobem na przedstawienie swoich racji będzie przekrzyczenie Kramara, co nie wydawało się proste – Demon podszywa się pod jednego z waszych! Rozważaliśmy jak jest to możliwe! Teraz wiemy już, że to nie takie proste przejść koło was niezauważonym – dodał spokojniej.

 

– Odkryliście, że morze faluje – burknął karzeł.

 

– Dziś na niego zapolujemy. – Jaszczur przeszedł w stronę mostku łączącego odlewnię z magazynem materiałów potrzebnych do produkcji odlewów. Oparł się o barierkę zza której roztaczał się widok na Łamacza Chmur. Wokół statku ekipy kończyły właśnie swoją zmianę, sprzątając miejsce pracy i zabierając ze sobą narzędzia.

 

– Myślałem, że planujecie jedynie narobić nam dziś kłopotu. – Karmar ochłoną trochę, w czym wybitnie pomógł fakt, że gapie w końcu rozeszli się z powrotem do swoich spraw. Nawet w stoczni, pozory miały swoją wartość. – Nie zostało wam wiele czasu.

 

– O nie, nie – wtrącił się Lanse machając palcem. – Nie można tropić czegoś takiego kiedy w stoczni są pracownicy. Potwór żywi się w okolicach statku, więc i my tam na niego zapolujemy. Ale jak ścigać coś takiego na tak dużej przestrzeni? – Rozłożył ręce. – Ha! Tu pan jaszczur opracował genialny plan! Ostatnie kilkanaście godzin potwór nie jadł, więc jest bardzo głodny. Wystawimy przynętę. Jedynie nie zdecydowaliśmy, kto z nas powinien przyjąć tą zaszczytną rolę. Chyba, że pan, panie Kramarze chciałby porobić za wabik? – zapytał gnom z nadzieją w głosie.

Jeśli coś mogło przekonać Kramara, żeby po raz drugi zostawił Shahalezadara z jego kompanią samych i pozwolił im działać na własną rękę, Lanse właśnie to znalazł. Karzeł podrapał się po głowie, zaszurał butem o metalowe podłoże po czym wziął głęboki oddech.

 

– Macie łapać potwora, to łapcie. Ja za to pieniędzy nie dostaje. – Zdecydował w końcu. – Hai. Skoro dyrekcja zleciła wam takie zadanie, nie będę stawał na drodze. Tylko nie zdemolujcie mi stoczni. – Spojrzał groźnie na Shahalezadara. – Bo wtedy sami za Galiony posłużycie.

 

– Nie martw się – uspokajał go Lanse. – Jesteśmy profesjonalistami.

 

– Tacy są najgorsi.

 

– Panie Karmar. – Shahalezadar wtrącił się do rozmowy, ignorując zupełnie jej wcześniejszy temat – Proszę załatwić, żeby dziś w drodze wyjątku, nie wyłączano świateł w stoczni. – Rzucił poważne spojrzenie w stronę niezadowolonego karła. – Da pan radę to dla nas zrobić?

 

– I tak nigdy nie wyłączamy wszystkich świateł – odpowiedział brygadzista kierując się do magazynu z którego wiodła droga do wyjścia ze stoczni. – Zobaczę co da się zrobić.

 

Lanse, zadowolony z siebie, poczekał, aż brygadzista odejdzie zakończyć swoją zmianę asystowania honorowemu detektywowi, po czym zapytał:

 

– To jak zamierzamy go złapać?

 

– Dokładnie tak jak powiedziałeś. – Shahalezadar wyszczerzył w kierunku gnoma rząd białych kłów.

 

Lanse zaczął przybierać dziwnie zielonkawy kolor.

 

 

 

 

Stocznia ucichła. Miarowe dudnienie maszyn w fabrykach rozchodziło się przytłumionym szmerem między budynkami i po pustych korytarzach. Kompleks sprawiał wrażenie wyludnionego miasta. Jego środkiem, jakaś pijana postać szła zataczając się alejką, która wiodła wzdłuż lewej burty Łamacza Chmur. Za poruszającą się chwiejnie sylwetką pozostawała ledwie widoczna ścieżka smużek niebieskawego dymu. Gdzieś z oddali dobiegł szczęk metalu. Postać przystanęła na chwilę by się rozejrzeć, a upewniwszy się, że nic złego nie czyha na nią za plecami, wznowiła marsz. Umilała sobie czas śpiewając donośnie, piracką piosenkę o pijanym marynarzu, mieszając kolejność zwrotek.

 

Shahalezadar wyostrzał wszystkie zmysły rozglądając się po okolicy. W oczekiwaniu na jakiś ruch usadowił się na rusztowaniu jednego ze słabiej oświetlonych mostów. Trwając nieruchomo wtapiał się w cień.

Podwójny błysk widoczny wysoko pod sklepieniem stoczni, po przeciwnej stronie statku oznajmił, że Lanse i Warus również zajęli swoje pozycje. Jaszczur wyobraził sobie gigantycznego człowieka wciśniętego gdzieś między rusztowanie, a kopułę w niewątpliwie bardzo niewygodnej pozycji. Uśmiechnął się do tej myśli.

 

Pozostałą część swojej ochrony Shahalezadar wysłał do kanałów, skąd w razie potrzeby mieli wykurzyć potwora, jeśli ten nie zechce wyjść sam. Mimo wszystko jaszczur nie pokładał w pomyśle zbyt wiele nadziei. Podejrzewał, że jeśli stworzenie ze swoim panem nie pojawią się dobrowolnie na wyższych poziomach, Carl i William włamią się do jakiegoś schowka, żeby bezpiecznie przeczekać noc. Nie mógł ich za to zbytnio winić. Darmowy wynajem lokalu w jednej z Dziewięciu Wież nie rekompensował utraty zdrowia lub życia w sprawie, z której nie ujrzą choćby złamanego miedziaka.

 

Nagły huk wyrwał Shahalezadara z zamyślenia. Wiodąc wzrokiem wzdłuż pasm dymu po pociskach, biegnących od sklepienia kopuły wyśledził bezkształtny cień przemykający pomiędzy budynkami. Bez chwili zwłoki wdrapał się po rusztowaniu na most i biegiem rzucił w kierunku, który wskazywały smugi po kulach. Nie mógł uwierzyć, że zasadzka zadziałała już po pół godziny Melhimowego wałęsania po stoczni, jednak gnał za uciekającym cieniem skracając sobie drogę karkołomnymi skokami, przy których jedyną pomocą było kilka sznurów od lamp. Shahalezadar miał tylko nadzieję, że były utrzymywane w należytym porządku. Kolejne strzały wyznaczały mu cel. Zbliżał się szybko. Kątem oka złapał zarys Melhima biegnącego piętro bądź dwa niżej i blok na lewo, z równym pośpiechem i w tym samym kierunku.

 

Zza zakrętu kolejnego korytarza wypadł na długi, metalowy most niczym pajęczyna łączący ze sobą osiem różnych budynków. Nie przerywając biegu wyszarpnął szablę z pochwy. Widział, że sylwetka uciekającej postaci przemierzyła już połowę konstrukcji. Strzał Lanse chybił cel po raz kolejny. Coś tu było nie tak…

 

Uciekinier zatrzymał się, odwracając w stronę jaszczura. Shahalezadar zobaczył gładką, nierównomiernie porośniętą brodą twarz młodzieńca, który uśmiechał się do niego z tryumfem. Zatrzymał się gwałtownie, na kilka kroków od chłopaka. Sytuacja pachniała mu zasadzką. Szybko powiódł wzrokiem na boki w poszukiwaniu bestii.

– Trzeci wymiar sukinsynu! – niespodziewanie dobiegło go z boku.

 

Teraz wszystko zaczęło nabierać sensu. Ostrze szabli błysnęło mu przed oczami kiedy w ostatniej chwili przechylił się przez barierkę ratując skokiem w dół. Melhim zaklął paskudnie po czym wymierzył ręką w obracającego się w powietrzu niczym kot jaszczura. Fala gorąca uderzyła Shahalezadara w plecy, kiedy już udało mu się złapać jedną ręką rusztowania znajdującego się niżej mostu. Zaciśnięte kurczowo palce nie wytrzymały jednak zwiększonego magią ciężaru i jaszczur zdążył jedynie krzyknąć tuż przed uderzeniem w ceglastą ścianę. Bezwładnie osunął się w dół, znikając z oczu Melhima.

 

Lanse podjął decyzję znacznie szybciej niż niebieskooki przypuszczał. Niemal od razu po tym, jak mag skończył zaklęcie, z góry posypał się grad ołowiu. Niezbyt celny, ponieważ ani gnom ani jaszczur, planując obławę, nie podejrzewali, że stworzenie na które polują będzie na tyle powolne by w nie trafić. Strzały miały wskazywać jedynie kierunek. Rozsądek jednak nakazywał, by mag niezwłocznie schylił się i biegiem udał do jakiegoś zakrytego, bezpiecznego od ostrzału zejścia na dół. Chłopak, którego Melhim wykorzystał do swojego planu również nie czekał na zbłąkaną kulę, ale wybrał przeciwny do niebieskookiego kierunek.

 

Tyle czasu i przygotowań, których wymagało oddzielenie Shahalezadara od jego obstawy i stworzenie odpowiedniej sytuacji wzięło w łeb. Mag miał nadzieję, że przynajmniej Wiliam nie spartaczył swojego zadania.

 

 

***

 

 

Iris ani przez chwilę nie wątpiła w zdolności Shahalezadara, jednak życie nauczyło ją dopilnowywać ważnych spraw. A ważne było, żeby Łamacz Chmur został ukończony zanim jego niedoszły kapitan zbankrutuje. Wraz z grupą piratów przemierzała ciasne uliczki między budynkami, kierując się w stronę, gdzie biegły szare smugi dymu po strzałach. Ze wszystkich gnomów, które postawiły stopę w stoczni, tylko Lanse mógł wpaść na pomysł takiego wskazywania celu i miał na tyle rozumu, by przerodzić ideę w faktyczne działającą technikę. Musiała przyznać, że Shahalezadar nie postradał zmysłów troszcząc się przez te wszystkie lata o niewielkiego sprawiacza wielkich problemów. W sytuacji takiej jak ta, mózg Lanse był wart więcej niż cały oddział gnomiego wojska.

 

To co zobaczyła wysoko na moście, przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Stała oszołomiona przyglądając się jak Shahalezadar podejmuje beznadziejną próbę ratowania się skokiem i jak strumień ognia wypuszczony z ręki Melhima rozbija jaszczura o ścianę. Trwała w miejscu jeszcze dłuższą chwilę której jej mózg potrzebował, żeby przetrawić napływające informacje i wykoncypować z nich jakiś użytek. Jeśli mag maczał palce w całej sprawie zabójstw i to on sprowadził potwora do stoczni, potrzebowała jaszczura bardziej niż kiedykolwiek. Do podobnego wniosku musiał dojść również snajper ukryty gdzieś nad światłami, bo nieprzerwanie słał w kierunku mostu pocisk za pociskiem.

Iris kluczyła po omacku, trzymając się blisko kontenerów i ścian. Rozglądała się, kurczowo ściskając w dłoniach krótką strzelbę. Wraz ze swoimi ludźmi starała się odnaleźć miejsce w które upadł najlepszy i najdroższy zabójca w całych Dziewięciu Wieżach.

 

 

Najpierw zobaczył cień na suficie z którego uważnie przyglądała mu się para ślepi. Po chwili, masywny kształt, cicho zszedł po ścianie podchodząc bliżej i bliżej. Ogromny łeb nachylił się, a ruchliwe chrapy nosa zaczęły obwąchiwać uważnie sparaliżowanego bólem jaszczura Shahalezadar próbował za wszelką cenę zmusić się do jakiegokolwiek ruchu, jednak nie mógł zapanować nad mięśniami.

 

Stworzenie wcale nie było tak duże, jak wskazywały obliczenia gnoma. Stojąc przed jaszczurem na czterech mocno umięśnionych łapach, mogło mieć rozmiary co najwyżej kucyka. Głowa bestii, nieproporcjonalnie wielka w stosunku do reszty ciała, gdyby nie zaistniała sytuacja, wyglądałaby dla Shahalezadara wręcz komicznie. Ślina zaczęła kapać coraz obficiej na ręce i brzuch detektywa kiedy stworzenie nabierało przekonania, że mimo otwartych oczu, jego ofiara nie żyje. Stojąc tak bestia swoim kształtem przypominała sylwetkę psa. Ogara być może, gdyby tylko gruba, szara skóra chciała porosnąć choćby krótką sierścią. Nagłe uderzenie odtrąciło stworzenie na bok.

 

 

 

 

Skowyt świdrujący uszy. Iris zatrzymała się powstrzymując narastający śmiech. Shahalezadar najwyraźniej przeżył. W jej skromnym mniemaniu, niebieskooki stanowił teraz definicję osoby po uszy w gównie. Ostrożnie ruszyła na przód, przez słabo oświetlony korytarz między magazynami.

 

Nie zauważyła go w pierwszej chwili. Otoczony pasemkami ciemnego dymu pojawił się jak gdyby znikąd, rozebrany od pasa w górę i z paskudnym wyrazem twarzy, która w tym momencie nawet bardziej niż zwykle nie przypominała ani jaszczurzej, ani ludzkiej.

 

– Shahalezadar? – spytała niepewnym głosem, powstrzymując drżenie rąk i modląc się w duchu by nikt z jej załogi nie strzelił do przerażającej postaci.

 

– Nareszcie, nareszcie… – odpowiedział jej, patrząc błędnie gdzieś ponad głową piratki. – Nareszcie, nareszcie… – powtarzał.

 

– Shahalezadar!

 

– Iris? – spytał zaskoczony. – Co ty tu robisz?

 

– Nic ci nie jest? Na bogów! Spadłeś z kilku pięter! – krzyknęła mu w twarz na chwilę tracąc nad sobą panowanie, jednak szybko ściszyła głos do szeptu – Nie martw się. Dopadniemy sukinsyna…

 

– Martwić się? – zdziwił się jaszczur. – Nie, nie, nie. Nie. – Złapał ją za ramiona, chociaż wciąż w jednym ręku trzymał szablę. – Iris, świętuj ze mną! Mój ukochany uczeń nareszcie dorósł!

 

– Shahalezadar?

 

– Idź wysoko. Idź najwyżej jak możesz – powiedział puszczając ją i przeciskając się między dygoczącą ze strachu załogą. – Podziwiaj przedstawienie.

 

– Tylko nie rozpieprz mi statku! – zawołała za niknącym w cieniu jaszczurem. Jej wzrok pobiegł dalej. Kilka metrów od miejsca, gdzie przed chwilą stał Shahalezadar spostrzegła młodzieńca, którego detektyw gonił aż do mostu. Przebijający pierś metalowy pręt przytwierdzał bezwładne ciało do ściany. Obok niego, z poobijaną twarzą, dysząc ciężko siedział Carl.

 

– Ten sukinsyn tak kocha swoje gnomy, że każdego z nich złotem by obsypał, a wyliniałą z łusek dupę, za zaoszczędzone marne parę groszy uratował mu człowiek. – Mężczyzna zaśmiał się. – Pamiętaj Iris, szpieguj konkurencję, ale swojego wspólnika bardziej.

 

 

 

 

– Przez lata karmiłem cię i opiekowałem się tobą. Dałem ci edukację, dałem pieniądze, dałem ci wszystko czym się stałeś. A ty zatajasz przede mną taki talent? Chodź tu mój drogi uczniu, spójrz mi w oczy! – wykrzyczał Shahalezadar, idąc środkiem tego samego mostu, z którego wcześniej ewakuował się przez balustradę. Energia, jaką zgromadził wokół siebie falowała jak ciepłe powietrze, samemu Shahalezadarowi ograniczając pole widzenia. Nie starczyłoby jej co prawda na choćby jeden czar pokroju tego, którym Melhim zaatakował go wcześniej, jednak rozedrgana bariera powinna być wstanie ochronić jaszczura przed pierwszym atakiem niebieskookiego. – Nareszcie wyrosłeś na maga! Jestem z ciebie prawdziwie dumny, jak ojciec z syna! Stań przede mną!

 

Najpierw pojawiły się języki ognia, dopiero za nimi zza drzwi wyłoniła się smukła sylwetka Melhima, zakrytego płaszczem, którego kołnierz sięgał mu prawie po czubek nosa. To jaszczur nauczył go jak ważne jest dla maga, by przeciwnik nie mógł odczytać ruchu jego ust w czasie wypowiadania formuł. Iskry zaczęły skakać między metalowymi poręczami.

 

– Jesteś cholernie upierdliwym ojcem – wymamrotał niebieskooki wyciągając szablę z pochwy. – Mógłbyś wreszcie zginąć.

 

– Nie uciekłeś z podkulonym ogonem! – Shahalezadar spojrzał głęboko w fioletowe oczy Melhima, upewniając się, że nie przecenił swojego ucznia. – Nareszcie dojrzałeś!

 

– Przeczysz sam swoim zasadom. Zawsze uczyłeś mnie, że trzeba postępować ostrożnie, bez zbędnego ryzyka. – Mag postąpił kilka kroków do przodu. – Gdybyś uciekł ze stoczni i wylizał rany, prawdopodobnie byłbym skończony w Dziewięciu Wieżach. Tymczasem…

 

Delikatne wcześniej obłoczki dymu, które wydobywały się z kącików oczy Melhima, zmieniły kolor na soczysty granat. Mag zrobił kolejny krok do przodu, a Shahalezadar skopiował jego ruch. Po chwili obaj ponownie postąpili do przodu. I znowu i znowu, aż w końcu wpadli na siebie w biegu. Ogniste języki tańczyły chaotycznie wokół jaszczura, jednak był dla nich zbyt szybki, unikał każdego w dzikim tańcu. Stal uderzyła o stal krzesząc niesamowity deszcz iskier, które pomiędzy błyskiem ostrzy karmiły się magią. Po wymianie pierwszych uderzeń Melhim odskoczył do tyłu posyłając wszystkie płomienne języki, które mu pozostały, w swojego mistrza. Shahalezadar z niespodziewaną szybkością sięgnął po rewolwer, wyszarpnął go i natychmiast posłał dwa strzały. Mimo zaledwie kilku metrów dzielącej ich odległości, pociski nie trafiły w cel zmieniając trajektorię lotu we wnętrzu jednego z płomieni. Detektyw odskoczył na oślep posyłając przed siebie resztę naboi z cylindra. Nie ważne było, że żaden nie trafił. Nie musiał. Chmura jaka powstała wystarczyła.

 

Jaszczur zebrał wokół siebie tyle dymu ile zdołał zgromadzić w krótkiej chwili, po czym skoczył przez most w kilku krokach dopadając zaskoczonego maga. Kolejna kula ognia, którą tamten szykował, rozproszyła się nie dokończona. Po dwóch szybkich cięciach jaszczurzej szabli brzuch i ręka Melhima buchnęły krwią. Mag instynktownie próbował jeszcze ratować się ucieczką, jednak Shahalezadar nie dał mu takiej możliwości. Ciął na oślep aż do chwili, kiedy ciało jego ucznia padło bezwładnie na metalowe podłoże. Przycisnął go jeszcze stopą, upewniając się, że nigdy już nie wstanie.

 

– Z drogi!

 

Z góry dobiegło go wołanie Lanse. Jak na komendę odskoczył do tyłu oczekując wybuchu granatu. Zamiast ładunku na nieboszczyka spadły z wysoka żółte krople.

 

 

***

 

 

– Aj! Że też mnie tam nie było! Złapałbym ja tego Nikkuba za uszy… – Urbos gestykulował żywo. – I raz i drugi o podłogę aż by się oduczył ludziom w interesach mieszać.

 

– Chcesz mi powiedzieć, że mogłeś tą sprawę załatwić sam, ale zamiast tego, postanowiłeś zlecić ją mnie? – zapytał Shahalezadar znad filiżanki ciepłego wywaru.

 

– Mówię, że jak bym go złapał za uszy – zaznaczył mężczyzna – a nie jestem już tak młody, żeby się za nim uganiać po moście.

 

– Musiałbyś sadło taczką przed sobą wieźć żeby biec gdziekolwiek – skomentowała kwaśno Iris. – Ważne, że sprawa jest zamknięta. Dalej jednak nie widziałam ciała potwora – dodała. – Skąd mam wiedzieć, że na pewno wykonałeś swoje zadanie?

 

– Iris… – Shahalezadar przerwał, by upić kolejny łyk napoju – Widzisz, u nas w zawodzie liczy się reputacja. Jest najważniejsza, dzięki niej mamy pracę. Nie zrobiłbym nic, co by mogło negatywnie wpłynąć na moje dobre imię.

 

– Względem potwora, Iris ma rację. – Pirat zmęczony staniem przed siedzącym jaszczurem przysiadł na stole. – Poza tym, jak mówisz, był chłopak, opiekun bestii, był Mag który przyzwał demona zza światów – wymieniał – Nikkub, żarłoczna bestia z innego wymiaru no i William, kolejny zdrajca w twoich szeregach śledzący twój każdy ruch.

 

– W rzeczy samej – przytaknął jaszczur.

 

– Z moich obliczeń wynika, że spowodowałeś co najmniej połowę naszych strat. – Postanowił mężczyzna.

 

– Co? – Detektyw zmarszczył brwi nie nadążając za dziwaczną logiką.

– No spójrz na to. – Pirat kontynuował. – Mag był twoim uczniem, a Wiliam ochroniarzem. To połowa problemu. Już nie wspomnę nawet, że gdyby nie mag, samego gołowąsa złapalibyśmy raz-dwa.

 

– Dlatego uważamy, że połowa zapłaty za twoją pracę będzie bardzo hojna z naszej strony. – Iris przeszła od razu do sedna wywodu.

 

– Drodzy piraci… – Shahalezadar zdobył się na spokojny, rzeczowy ton – Umówiliśmy się na pewną kwotę i jeśli wykonałem swoje zadanie, oczekuję swojej zapłaty, jeśli go nie wykonałem, nie oczekuję ani grosza.

 

Na dźwięk tych ostatnich słów twarz Urbosa rozpromieniła się nagle.

 

– Ja jednak uważam, że wykonałem zlecenie, które otrzymałem – ciągnął dalej, odstawiając filiżankę obok mężczyzny – i teraz musicie podjąć decyzję, każde za siebie, czy zdecydujecie się dotrzymać swojej części umowy.

 

Shahalezadar w spokoju przeczekał dłuższą chwilę, którą zajęło piratom zdecydowanie, jakiej odpowiedzi udzielić. Nigdzie mu się nie spieszyło, mógł do woli delektować się ich minami. Zdecydował również, że do swojego nowego apartamentu będzie jednak musiał dokupić jakieś krzesła; piękny, pachnący jeszcze lasem stół uginał się lekko pod ciężarem pirata.

 

 

 

– Nigdy przecież nie kwestionowaliśmy tego że wykonałeś swoje zadanie. – Urbos podrapał się po brodzie. – Jedynie wiesz, negocjowaliśmy ceny. W końcu biznes to biznes.

 

– Nie wątpię – powiedział jaszczur, próbując upchać do swoich słów więcej ironii niż przeciętny służący, na balu dla bogatych, srebra do kieszeni. – A więc?

 

– To dużo pieniędzy Shahalezadar. Potrzebujemy czasu żeby wyjąć je z banku i bezpiecznie przetransportować. – Iris potarła skroń. Teraz, kiedy nie było już realnego zagrożenia, rozstanie się ze złotem przychodziło jej dużo ciężej.

 

– Nie trudźcie się. – Detektyw machnął ręką. – Złóżcie transfer na moje imię. Znają mnie w każdym z szesnastu banków Dziewięciu Wież.

 

– Nie no, przyniesiemy ci pieniądze do ręki, nie przystoi przecież naszej renomie robić transferów…

 

– Ah, właśnie. Jeśli o tym mowa. Mam nadzieję, że nie rozważacie przyniesienia mi żadnych papierów. – Shahalezadar zmrużył oczy.

 

– Przecież to są legalne pieniądze – zdziwił się Urbos.

 

– Urbosie, pozwól że powiem to w języku, który zrozumiesz najlepiej. Pieprzy mnie to. – Jaszczur zwrócił uwagę na to by wypowiedzieć każdą literę z należytą dla niej intonacją. – Nie obchodzi mnie pomysł królowej, która postanowiła zmienić metalowe pieniądze na papierowe. Metal to metal, można go zważyć i sprawdzić. Czuć na ręce kiedy się go wydaje i ile. Żaden szanujący się biznesmen nigdy nie będzie handlował kolorowymi papierkami. – Uśmiechnął się. – Jako takowy, powinieneś zrozumieć.

 

– Niech więc będzie transfer psia mać. Eh, te czasy… – Urbos ciężko ześlizgnął się ze stołu, poprawiając surdut. – Transfery, papiery, pieczęcie, podpisy i inne arystokratyczne fetysze. – Gestykulował energicznie z obrzydzeniem na twarzy wymachując rekami. – Pod przykrywką przejrzystości i pewności kiedyś to wszystko zrobi się tak skomplikowane, że nikt już sam nie będzie wiedział na co się godzi – gderał.

 

– Swoją drogą, doszły mnie słuchy o nowej firmie w Dziewięciu Wieżach… – jaszczur zmienił temat. – I. U. & Holks, wiecie może coś na ten temat?

 

– Spółka jawna – wyjaśniła Iris. – Legalny biznes.

 

– Czasy piratów dobiegły końca – oznajmił brodaty przedsiębiorca zmierzając do wyjścia. – Teraz statki latają w chmurach i pływają w konwojach. Samotny pirat może co najwyżej kutry rybackie z łowu rabować. Czas najwyższy było spieniężyć łupy i zainwestować w bardziej przyszłościowy interes.

 

– Czyżby? – Jaszczur uniósł brew w rozbawieniu. – Przysiągłbym, że na Łamaczu Chmur ze sto dział się naliczyłem…

 

– Sto sześć – sprostowała Iris również kierując się w stronę drzwi. – Jeszcze na dziobie; będą wystawały między skrzydłami galionu.

 

– Ah tak. Więc czym teraz planujecie się zajmować? – gospodarz wstał odprowadzić swoich gości.

 

– Przyjmowaniem opodatkowanych darowizn na morzu. – Urbos odwrócił się szczerząc zęby.

 

 

 

 

Znawcą czasów nie będąc, Shahalezadar również zauważył pewną subtelną zmianę – jego mieszkanie zamiast waleniem pachniało modną ostatnio wodą kolońską. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej chciał wyjrzeć przez okno by upewnić się czy broda Urbosa nie była przypadkiem uczesana. Mieszkając na drugim piętrze, nie miałby z tym żadnego problemu, jednak postanowił powstrzymać się. Ot, dla wzmocnienia charakteru i w imię dawnych czasów które mijały.

 

Zamiast w stronę okna udał się do mniejszego z pokoi w jego nowym mieszkaniu, jedynego zamkniętego na klucz. Otworzył zamek i zerkając ostrożnie przez cienką szczelinę pomiędzy drzwiami, a futryną upewnił się, że może bezpiecznie wejść. Nabrawszy pewności, że jego nowy przyjaciel leży leniwie na podłodze, wszedł do środka. Na jego widok, Bestia, jak nazwał nowego współlokatora, poderwała się z miejsca pozostawiając na podłodze plamę śliny wokół obgryzanej dotąd kości i radośnie machając ogonem. Shahalezadar z niesmakiem zauważył, że chyba robi się sentymentalny.

 

– Cieszę się, że przynajmniej tobie smakował mój deser – powiedział czule, głaszcząc zwierzę między uszami.

Koniec

Komentarze

Przeczytane!:)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

A ja na pewno  wieczorem czytnę :)

Zuber, a jak ty wszedleś w profil RogeraRedeye i wkleiłeś link w "HP", pokazujacy wszystkie szczegóły, hę? Złamałeś kody? Ciekawe…

      Zuber, gorąco przepraszam, sprawa została wyjaśniona. Mój błąd. Proszę o wybaczenie. 

Na Nadzwyczajnym Zgromadzeniu Wspólników  Spółki Zuber, stworzenie o ograniczonej odpowiedzialności, zarząd w składzie: Zuber, Zapuszkowany Żubr, jednomyślnie podjęli ustawę o treści: wybaczyć użytkownikowi Feniks99 pod warunkiem uważnego, spokojnego zapoznania się ze strukturą działania podstrony serwisu www.fantastyka.pl - profil.html Na tym zakończono porządek obrad.

:)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

„Mebel, na tyle na ile go widział, swoją budową przypominał łóżko lekarskie z drobnym wyjątkiem łamania w okolicy bioder, dzięki czemu był w pozycji półsiedzącej”. –– Prawdziwe łóżka lekarskie mają zdrowe biodra i nie czują łamania w ich okolicach, ale cieszę się, że rzeczony mebel mógł przyjąć pozycję półsiedzącą, zapewne dającą ulgę w cierpieniu. ;-)  

 

„Postać zaczęła wstała z fotela i zaczęła się powoli zbliżać”. –– Postać zaczęła zbyt wcześnie, dlatego zrobiła to powtórnie. ;-)  

 

„Na pierwszy rzut oka wydawało się, że ma do czynienia z osobą raczej z raczej zamożną, chociaż nie bogaczem”. –– Na pierwszy rzut oka poniekąd wydaje mi się, że poniekąd coś tu nie gra. ;-)  

 

„Świadczyły o tym elegancki kapelusz, który tamten nosił nawet po mieszkaniu, tego samego koloru jaskółczy żakiet…” –– Czy elegancki kapelusz był noszony z pokoju do pokoju, z kąta w kąt a także z kuchni do toalety i przedpokoju? ;-) Czy rzeczywiście jaskółczy żakiet miał kolor który tamten nosił nawet po mieszkaniu? Ciekawe, czy dobrano ten sam odcień? ;-)

Proponuję: Świadczyły o tym elegancki kapelusz, który tamten nosił nawet w mieszkaniu… Reszta zdania do przerobienia.

 

„…stojący przy łóżku mężczyzna musiał być jaszczurzem”. –– Literówka. Albo ja nie wiem kim jest jaszczurz. ;-)  

 

„Stołek skrzypnął cicho obok łóżka pod ciężarem nieznajomego”. ––Dlaczego łóżko było pod ciężarem nieznajomego? ;-)  

 

„…przysunął do łóżka metalowy stolik na kółkach wyłożony najprzeróżniejszymi przyrządami których nie powstydziłby się żaden miejski chirurg lub rzeźnik. Granice między oboma zawodami czasami się zacierały. Mężczyzna rozpoznał tylko niektóre z nich, jak kilka wersji skalpeli, tasak, piłę czy nożyce”. –– Dzięki temu fragmentowi dowiedziałam się, że różnice między zawodami –– miejskiego chirurga i rzeźnika, to: kilka wersji skalpeli, tasak, piła i nożyce. Różnic jest więcej, ale mężczyzna nie potrafi ich nazwać. ;-)

 

„…po czym masywne drewno odsłoniło wejście bez żadnego skrzypnięcia…” –– Czy bywają też wejścia mające wiele skrzypnięć? ;-) …po czym masywne drewno, bez żadnego skrzypnięcia, odsłoniło wejście

 

„Shahalezadar obiegł pomieszczenie wzrokiem”. –– Obiegać wzrokiem –– to chyba całkiem nowy sposób patrzenia na świat? ;-)  

 

„…fotel i pozostałe 90 pustych metrów kwadratowych parkietu…” –– …fotel i pozostałe dziewięćdziesiąt pustych metrów kwadratowych parkietu. Liczby zapisujemy słownie!

 

Zatknięta za pas szabla miarowo uderzała o jedną z klamer butów przy każdym kroku”. –– Co to są buty przy każdym kroku? ;-)

 

Kiedy Shahalezadar wychylił się z powrotem, zastał mężczyznę rozłożonego na jego fotelu, który definitywnie zmienił swoje położenie. Z jedną dłonią za pasem, nie za daleko od pistoletu zatkniętego po przeciwnej stronie niż szabla, drugą ręką przechylał małą, srebrną piersiówkę”. –– Czy fotel osobiście i samodzielnie zmienił swoje położenie? Domyślam się, że uczynił to, kiedy jeszcze był w stanie, to znaczy, nim zaczął pociągać z piersiówki. ;-)  

„Będę musiał kupić jedną z tych maszyn na parę do dezynfekcji – pomyślał gospodarz opanowując drżenie ręki”. –– Czyżby fotelowi się, że tak powiem, ulało? ;-)

 

„…skoro rozmowa nie toczyła się, jak to wymagała etykieta, czyli przy stole”. –– …skoro rozmowa nie toczyła się, jak tego wymagała etykieta, czyli przy stole.

 

„…białą koszulę spinęła dość ciasno bardzo szerokim i długim gorsetem służącym jednocześnie za pas pod dwa pistolety…” –– Literówka i bardzo osobliwy gorset! Czy Autor zdarzyło się widzieć gorset? ;-)  

Tu wymiękłam. Przeczytawszy zaledwie niewielki fragment niniejszego dzieła, odpuszczam, co mi się rzadko zdarza. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich błędów, bo musiałabym pochylić się nad niemal każdym zdaniem, jako że tekst został napisany, łagodnie mówiąc, nie najlepiej. Autorze, widzę przed Tobą wiele, wiele pracy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się podobało

Przeczytane. Raziły mnie te liczby nie zapisane słownie.

regulatorzy – dzięki za poprawki. Wprowadzę je do tekstu. Postaram się wyłapać resztę. Anet – autorowi bardzo miło :D. Monsun – a oprócz tych liczb? ;)

"krążowniki chmurowe gremlinów" – przeraziły mnie. Tkanina, która zasunęła widok – też. "wyszarpanie mu języka przez gardło" – no a niby przez co? Niestetyt nie doczytałem do końca. Dużo błędów zniechęcających do czytania.

Nowa Fantastyka